Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorz Tarwid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorz Tarwid. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 grudnia 2024

Dominik Strycharski & Grzegorz Tarwid na zakończenie tegorocznej edycji Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

W piątek 13 grudnia odbędzie się ostatni w tym roku koncert cyklu Spontaneous Live Series, odbywającego się pod patronatem Trybuny Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club począwszy od roku 2019. Na klubowych deskach poznańskiej mekki muzyki free jazz/ free impro wystąpią definitywnie ponadgatunkowi artyści polskiej sceny muzyki kreatywnej – flecista Dominik Strycharski i pianista Grzegorz Tarwid.


Ostatni tegoroczny koncert cyklu przeniesie dragonową publiczność do świata o nieco szerszym niż improwizacja spektrum artystycznych zainteresowań. Jak piszą sami muzycy, którzy zagoszczą na scenie Małego Domu Kultury: „Koncert (będzie) rozpięty między akustyczną przestrzenią fletów i fortepianu, operujących w rejestrach współczesnej kameralistyki, skoncentrowanej na ekspresji i wyrazistości. Muzycy, czerpiąc ze swoich bogatych doświadczeń z muzyką jazzową, improwizowaną i komponowaną, tworzą własny teatr dźwięku”.



Muzycy, których nie trzeba szerzej przedstawiać miłośnikom jazzu i improwizacji, pracują wspólnie od kilku lat, a efektem tego jest ich tegoroczny album „Apogeum” wydany nakładem AudioCave. Każdy z nich wniósł tu swój osobisty bagaż doświadczeń, stworzony na bazie wielu muzycznych gatunków, tyluż mediów i wydarzeń artystycznych także spoza sfery bezpośrednio związanej z uprawianiem muzyki.

 

Spontaneous Live Series Vol.68: Dominik Strycharski & Grzegorz Tarwid

13 grudnia 2024, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godz. 20.00

Dominik Strycharski – flety blokowe

Grzegorz Tarwid – fortepian, elektronika.

Bilety dostępne przed koncertem (gotówka lub blik).

 

Biogramy:

Dominik Strycharski – kompozytor, flecista, wokalista, improwizator, performer, nauczyciel i publicysta. Laureat Paszportu Polityki 2021. Gra i komponuje współczesny jazz w wielu odsłonach, muzykę współczesną, elektroniczną, posthiphop, noise, a także różne odmiany muzyki improwizowanej. Nagrał ponad 35 albumów w bardzo różnych składach. Jest twórcą i założycielem zespołu Pulsarus, łączącego jazz z zaawansowaną elektroniką, a także Core, Prophetic Fall, Myriad Duo. Jako kompozytor zajmuje się współczesną muzyką elektroakustyczną, korzystającą z nieortodoksyjnych technik i stylistycznych połączeń. Intensywnie rozwija współczesny język fletu prostego oraz ludzkiego głosu łączonego z elektroniką. Współpracował z takimi artystami, jak Mikołaj Trzaska, Agustí Fernandez, Rafał Mazur, Joëlle Léandre, Nuria Andora, Wojciech Waglewski, Adam Pierończyk, Jan Peszek, Barbara Drążkowska. Jako twórca teatralny skomponował różnorodną stylistycznie muzykę do przeszło 90 spektakli i projektów takich twórców scenicznych, jak Paweł Łyska, Bartosz Szydłowski, Michał Zadara, Paweł Świątek, Wojtek Klemm, Katarzyna Raduszyńska, Jan Peszek, Anna Badora, Wojtek Urbański, Kuba Roszkowski i wielu innych. Spektakle z jego muzyką grane są w całej Polsce i za granicą. W 2019 premierę miał kreatywny dokument „Symfonia Fabryki Ursus”, w którym jego muzyka pełni ogromną rolę. W 2020 premierę na Docs Against Gravity miał premierę film „Jeszcze Zdążę” z muzyką Strycharskiego. Od roku 1998 tworzy (jako kompozytor i wykonawca) wielowymiarowy projekt solowy Doministry, łączący współczesną muzykę elektroniczną, posthiphop, performance, noise i elektro-ambient. Jest twórcą jedynego na świecie dziennika dźwiękowego, którego kolekcja obejmuje dziś prawie 500 utworów. Od 2007 roku prowadzi swoją stronę i bloga:

http://www.doministry.blogspot.com

https://doministry.bandcamp.com/music

Grzegorz Tarwid - pianista i kompozytor. Zebrał doświadczenie od mistrzów polskiej pianistyki: Wojciecha Kamińskiego, Andrzeja Jagodzińskiego i Michała Tokaja, by przenieść się na studia do Kopenhagi i inspirować się duńską sceną improwizowaną. Ma na swoim koncie koncerty m.in. ze Zbigniewem Namysłowskim, Maciejem Obarą, ale też Janem Młynarskim czy Marcinem Maseckim. Współtworzy: trio Sundial z Wojciechem Jachną i Krzysztofem Szmańdą, duet Diomede z Tomaszem Markaniczem, projekt Alfons Slik z Szymonem „Pimponem” Gąsiorkiem oraz sekstet Franciszka Pospieszalskiego. W styczniu 2019 był kuratorem festiwalu Piano Room w warszawskim klubie SPATiF.

https://tarwid.bandcamp.com/



 

wtorek, 23 sierpnia 2022

Marek Pospieszalski & Polish Composers Of The 20th Century!


Oktet uformowany z przedstawicieli krajowej młodzieży jazzowej*) pod kierunkiem Marka Pospieszalskiego bierze ma warsztat dwanaście utworów polskich kompozytorów ubiegłego wieku, tych o proweniencji zdecydowanie współczesnej, popełnia coś na kształt wariacji na temat (cytuję za opisem płyty) i zabiera nas w niebywałą podróż po meandrach dalece ponadgatunkowej, stylowo ustrukturyzowanej … improwizacji. Bez dwóch zdań efekt tych działań jest bardziej niż wyśmienity, zatem bez zbędnych wstępów, kreślących dorobek artystyczny kompozytorów bardziej lub mniej znanych (z perspektywy miłośnika muzyki improwizowanej), tudzież epistoł odnoszących się do oryginalnych wykonów rzeczonych utworów, często elektroakustycznych, zanurzamy się w dwóch godzinach doprawdy niezwykłych dźwięków!

 


Na początek Krauze! Opowieść budowana jest jednocześnie epicką melodyjnością i kompulsywnym brudem, jaki mości się pomiędzy dźwiękami. Narracja definitywnie molowa, podszyta nerwowymi podrygami strun i grasującymi po scenie trzema dęciakami. Gęsty strumień dźwięków nabiera tu cech marszowych, na brzegach zaciąga post-industrialnym fetorem i systematycznie narasta. Gitara zaczyna kąsać rockiem, saksofony i trąbka budować ognistą ścianę dźwięku, a szmer złowrogiej elektroniki dopełnia czary dramaturgicznej goryczy. Wielka pętla nerwowej melodii, kreowana przez osiem ośrodków dźwiękowych, swym rozmachem przypomina tu konającą filharmonię. Choć to prawie niemożliwe, na końcu flow jeszcze bardziej się zagęszcza, po czym swobodnie rozlewa w szerokie koryto improwizacji.

Teraz Kotoński! Perkusyjne intro, wsparte klarnetem, buduje soundtrack do kolejnego klasyka kina noir. Wystukiwany rytm pęcznieje dętymi preparacjami, tudzież swobodnymi podmuchami zimnego i gorącego powietrza. Dodatkową grozę budują czarne klawisze piana. Z czasem wszyscy zaczynają szukać tu rytmicznej powłoki, pną się ku górze, czasami spadają na samo dno. Wszyscy coraz szerzej, znów ku ścianie dźwięku. W ostatecznym rozrachunku żegnamy się z Kotońskim surowym, gołym stukaniem.

Czas na Bairda! Początkowo opowieść przypomina balladę, budowaną przez piano i ciepłe frazy gitary. Po niedługim wstępie w rolę wichrzycieli ładu i porządku wcielają się wszystkie instrumenty dęte. Ich dekonstruowane, rwane i szarpane frazy sycą narrację kolejnymi epizodami, ale zadekretowana przez kompozytora melodia płynie swoim tempem. Tło pulsuje martwą elektroniką, a kontrabas szyje strugę post-jazzu. Dość niespodziewanie na czoło pochodu skazańców wysuwa się altówka, która kleci pieśń żałobną, targana niebywałymi emocjami. Cała opowieść pęcznieje i szuka nieznacznego wzniesienia. Znaki zapytania nie zawsze odnajdują adekwatne odpowiedzi, ale narracja stylowo powraca do swego prapoczątku. Milknie przy dźwiękach gitary i piana.

Rudziński! Mała wolta rytmiczna przynosi nam tu całkiem skoczną melodię, która dobrze eksponuje drummerską robotę. Owej melodii daleko jednak do kojenia złych myśli, niesie ją bowiem w ciemny las zgrzytliwa elektronika. Całość zdaje się przypominać rozhuśtane, upalone bolero, którego temat z czasem przybiera postać improwizowanych spekulacji. To kolektywny taniec, który gaśnie w potoku dźwięków gitarowych pick-upów. Na ostatniej prostej zgraja dęciaków leży pod płotem i skomle o łyk wody.

A teraz Stachowski! Tłumione emocje znajdują tu ujście w minimalistycznej paradzie short & long cuts. Na gryfie gitary odnajdujemy duże porcje prądu, ale tej fonii zdają się towarzyszyć też frazy … gitary akustycznej. Nerwowy, nieco pokraczny rytm black piano przez moment sieje spustoszenie, a kurz i brud pomiędzy dźwiękami dopełniają obrazu cudownej katastrofy. Wbrew dyktatowi rytmu efektowne expo serwuje nam krnąbrna gitara. Narrację zdobią coraz bardziej wywrotowe figury stylistyczne - ktoś śpiewa pod nosem, ktoś uderza po płaskich powierzchniach, a maszynowy rytm pochłania każdą napotkaną frazę. W tak zadekretowanej sytuacji dramaturgicznej chaos improwizacji przepięknie odnajduje adekwatne zakończenie.

Krenz! Minimalistyczne piano i basowe steps szyją tu zgrabną narrację, powolną, ale zgrzytającą gęstą powłoką elektroniki, dętymi śpiewami, małymi perkusjonaliami i plejadą niezidentyfikowanych preparacji. Opowieść, jak to ma w zwyczaju tego wieczoru, systematycznie narasta. Altówka kwili na boku, a słowa pozdrowienia śle wybudzony ze sny zimowego flet. Perkusjonalia nabierają syntetycznych barw, a na finał gra już nam cała orkiestra! Tutti grande! Aylerowska melodyka pnie się niemal do samego nieba (albo piekła, w zależności od punktu widzenia).

Czas na Serockiego! Flet, gitara, akcenty perkusjonalne i elektroakustyczne zgrzyty formują się w tłustą strugę brudnych dźwięków. Dęciaki w opozycji, szmerają ciepłym powietrzem. Najważniejsza jest tu jednak perkusja, która buduje gęsty, bardzo syntetycznie brzmiący flow. Nad nią toczy się mała wojna światów, którą kreują pozostałe instrumenty, tu wyraźnie uwolnione od ciężaru gatunkowych skojarzeń. Opowieść staje się boleśnie poszarpana, czerstwa, niemal na granicy hałasu. Nie przeszkadza to jednak dęciakom w radosnym podśpiewywaniu.

A teraz Palester! Kameralna pętla piana, smyczków i ciepłych, dętych westchnień dewastowana tu jest elektroakustycznymi perkusjonaliami. Całość brzmi, niczym live processing! Po paru zwrotkach gitara zdaje się zgłaszać zdanie odrębne. Narracja przypomina teraz chorobę dwubiegunową – ciepłe frazy i brudne pomyje, proste melodie i zawadiackie zgrzyty. Wydaje się być jednak wyjątkowo stabilna, w pewnym stopniu monotonna, budowana głównie powtarzanymi frazami. Ostatecznie umiera przy dźwiękach piana i echa.

Szalonek! Najpierw brudny tembr smyczka na gryfie kontrabasu, który powtarza frazę i napotyka salwę tutti. Kolejną warstwę repetycji daje delikatnie preparowane piano i znów kontra tutti. Następnie gitara i kolejne instrumenty wchodzą w repetę, a potem ripostują z całym oktetem. Opowieść nabiera bogatych barw, po czym niespodziewanie przepoczwarza się w … jazzowy drive z rytmem i melodią do śpiewania. Ekspresja rośnie w tempie geometrycznym, free jazz staje nam u stóp i bluzga niecenzuralnymi dźwiękami.

Panufnik! Dęciaki szukają zagubionych melodii, elektronika zgrzyta zębami, a cała opowieść łapie post-aylerowską meta balladowość. Wszystko sprawia tu wrażenie, jakby nie stroiło ze sobą, a każdy z osobną zdaje się taplać w psychodelicznym mule. Wolne tempo nie przeszkadza formowaniu się fraz w śnieżne kule hałasu. Owa diabelska kołysanka, może znów dla Rosemary, nabiera syntetycznych barw i łyka kolejne porcje noise’owych pigułek szczęścia. Na koniec można odnieść wrażenie, że każdy akustyczny dźwięk poddawany tu jest elektronicznej transformacji.

Teraz Sikorski! Oto czas ukojenia, celebrowania ciszy! Pogłos bezruchu, małe dźwięki lepiące się w ambient tła. Delikatne, dęte frazy, niczym polne koniki, tajemnicze odgłosy piana, niczym zły sen o poranku. Ciche struny łapiące elektroniczny pogłos. Leniwa, ale pęczniejąca opowieść o umieraniu. Z czasem dźwięki zaczynają rwać się niczym stara taśma magnetofonowa w zepsutym decku.

A na koniec Schaeffer, bo któż by inny! Posmak analogowej elektroniki, swąd przepalonych syntezatorów, tu bogacony dętymi zaśpiewami, pełnymi brudu spod paznokci. Także gitarowe spiętrzenia, wymieszane z syntetycznymi śmieciami i małymi plejadami akustycznych fraz. Niespodzianka goni tu za niespodzianką! A melodia powraca jak zła mantra, znów pachnie upoconym Aylerem. Opowieść, jak i cała płyta, cudownie dogorywa, naprzemiennie sycąc się mrokiem nocy i blaskiem wschodzącego słońca.

 

Marek Pospieszalski Polish Composers Of The 20th Century (Clean Feed Records, 2CD 2022). Marek Pospieszalski – saksofon sopranowy, altowy i tenorowy, klarnet, klarnet basowy, flet, taśma oraz aranżacje, Piotr Chęcki – saksofon tenorowy, Tomasz Dąbrowski – trąbka, Tomasz Sroczyński – altówka, Szymon Mika - gitara elektryczna i akustyczna, Grzegorz Tarwid – fortepian, Max Mucha – kontrabas oraz Qba Janicki - perkusja & soundboard. Dwanaście wariacji na temat kompozycji Zygmunta Krauze, Włodzimierza Kotońskiego, Tadeusza Bairda, Zbigniewa Rudzińskiego, Marka Stachowskiego, Jana Krenza, Kazimierza Serockiego, Romana Palestera, Witolda Szalonka, Andrzeja Panufnika, Tomasza Sikorskiego oraz Bogusława Schaeffera. Nagranie zarejestrowane w krakowskiej Alchemii (lipiec 2021 roku, prawdopodobnie bez udziału publiczności), trwa 112 minut.

 

*) zgodnie z niepisanymi regułami, improwizujących muzyków do 40 roku życia zwykliśmy traktować jako młodzież, ale ... to oczywiście żart

 


piątek, 15 grudnia 2017

Shelton! Tarwid! Jacobson! Berre! – Strachy na Lachy! Tylko Nadzieje!


Szczęśliwie muzyka improwizowana nie ma narodowości, nie zna granic, ani nie toleruje wulgarnie kolorowych flag, tudzież innych przejawów nadtożsamości lokalnej. Jest wolna, jak jasna cholera, a wszystkim jej partycypantom wyjątkowo dobrze z tym faktem!

Dziś płyta, która jest efektem duńskiego spotkania muzyków polskich, muzyka amerykańskiego i norweskiego, pod intrygującym tytułem Hopes and Fears. Poniżej w kilku żołnierskich, ponadnarodowych słowach, Trybuna postara się udowodnić tezę, iż bezwzględnie warto sięgnąć po to nagranie i niejednokrotnie zanurzyć się w nim po sam koniec nosa.




Ad rem zatem – jesteśmy w Monastic Studios w Kopenhadze, jest 25 stycznia br. Przypięci do swoich instrumentów, następujący mężczyźni: Aram Shelton - saksofon altowy, Grzegorz Tarwid - fortepian, Tomo Jacobson - kontrabas i Hakon Berre - perkusja. Muzycy będą improwizować przez niespełna 39 minut, a efekty ich pracy zostaną nam przedstawione w trzech częściach z tytułami. Wydawcą jest Multikulti Project (seria Improvised Music), zaś tytułem wykonawczym same nazwiska muzyków, wydrukowane na okładce w kolejności, w jakiej przed momentem ich przedstawiłem.

Hopes and Fears. Kontrabas drży i pomrukuje, saksofon i perkusja plamią przestrzeń drobnymi dźwiękami, piano zaś droczy się z pozostałymi uczestnikami zabawy bystrymi akordami. Pozorny zdaje się być spokój pianisty, który operuje bardzo oszczędnie, ale ewidentnie prowokuje kolegów do działania. Wolna improwizacja wyrastająca z jazzu na kilometr! Uwolniona od lukrowanego swingu i natarczywych synkop. Rwana, krótkodcinkowa narracja. Zwinne, demokratycznie kolektywne mikroeskalacje. Od lewej do prawej – piano, sekcja i saksofon. Już w 6 minucie piękny krok w chmury! Precyzyjny Tarwid, narowisty Shelton! Tuż potem, szybkie, udane wybrzmienie. Kwartet kompetentnych i elokwentnych muzyków w stanie permanentnej wymiany poglądów, dźwiękowych przekomarzań. Alt zaś, w częstej dla siebie roli, napędzającego improwizację (świetny moment w 15 minucie).

Daydreams and Terrors. Skromna, ale precyzyjna preparacja wewnątrz fortepianu (recenzent w pełnym uśmiechu!). Tłumione emocje z czterech równoprawnych ośrodków decyzyjnych. Drobne, molekularne incydenty, drobinki sonorystyki. Pójście na wymianę ciosów z materią dźwięków, to doskonały, na tę chwilę, pomysł dramaturgiczny. Alt płynie silnie zabrudzonym soundem, piano skacze do chmur, a sekcja kotłuje się ze sobą i pętli, nie żałując pary! Dobra komunikacja podkreśla jakość tej improwizacji. Na finał znów udane wytłumienie, błyskotliwe zejście w ciszę.




Ambitions and Doubts. Dominacja twardych dźwięków nad próbami ekspozycji sonorystycznych. Skoczna, nawet taneczna, bardzo jazzowa narracja. Świetny, głęboki tembr kontrabasu, przyklejona do niego perkusja o kocich ruchach, soliści na flankach w żywiole eskalacji (szczególnie, doskonały alt!). W 4 minucie ciekawa ekspozycja kontrabasu, który wychodzi przed szereg i ma kilka niebanalnych pomysłów do zrealizowania. Ale reszta też nie stroni od dźwięków. Największy instrument kwartetu zdaje się rządzić tą częścią improwizacji. Ponownie świetna komunikacja na flankach – jakże udane próby imitacji piana i saksofonu. Piano like drums! Sax like zoombie! 10 minuta – kolektywny flow, trochę przypominający melodykę najlepszych kwartetów Williama Parkera sprzed nastu lat. Eskalacja na finał na wagę dodatkowej gwiazdki w recenzji! Shelton! What a game! Expose Tarwida - błyskotliwe! Duży konkret! 39 minuta i koniec, który brzmi, jak wyrok dla słuchacza. Ciąg dalszy bezwzględnie oczekiwany!