Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean Derome. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean Derome. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 sierpnia 2022

Éric Normand & Tour de Bras: Unbelievably Late! Grace! Attrape-mouches! Rose Drummond!


Wizyta kanadyjskiej orkiestry Le GGRIL była z pewnością jednym z najważniejszych wydarzeń tegorocznej, improwizowanej wiosny, przynajmniej z perspektywy redakcji. Wciąż żyjemy tym wspaniałym koncertem i coraz chętniej zaglądamy do … katalogu rodzimej wytwórni orkiestry, czyli Tour de Bras. Oczywiście czyniliśmy to już wcześniej, ale od pewnego majowego czwartku robimy to z jeszcze większym entuzjazmem.

Dziś zapraszamy na spotkanie z czterema tegorocznymi nowościami labelu, z których dwie mają swoją premierę dopiero we wrześniu, a dwie pozostałe są już z nami od dłuższego czasu. Na albumach znajdujemy nade wszystko szefa labelu i orkiestry, basistę Érica Normanda, ale także Jeana Derome’a, muzyka, którego nagrania śledzimy od lat i po prawdzie dekadę lub dwie temu był on jedynym dobrze rozpoznawalnym muzykiem z Québecu w naszej części świata. Na nowych płytach dostrzegamy także dane personalne innych członków Le GGRIL, zatem radość z odsłuchu towarzyszy nam nieprzerwanie. Dodajmy, iż jak do tej pory tylko jeden album jest dostępny w formacie CD, ale niewykluczone, iż pozostałe także doczekają się fizycznych nośników. Wszystkie są w każdym razie osiągalne na bandcampowej stronie wydawnictwa.

So, welcome to Free Québec!

 


Éric Normand & Franz Hautzinger  Unbelievably Late

Różne lokalizacje, okazjonalne spotkania (?) w latach 2020-2021; Franz Hautzinger – amplifikowana trąbka oraz Éric Normand – bas elektryczny i inne urządzenia (oryginalny opis francuski: motors). Sześć improwizacji, 38 minut z sekundami.

Kanadyjski basista i szwajcarski trębacz spotkali się w swoim artystycznym życiu niejednokrotnie, ale w formule duetu zdają się czynić to po raz pierwszy, innymi słowy – niewyobrażalnie późno. Album zlepiony jest z wielu fragmentów, charakteryzuje się pewną covidową enigmatycznością (po prawdzie nie wiemy, czy muzycy nagrywali te dźwięki niezalenie od siebie, czy jednak face to face). Efekt w każdym razie cieszy ucho, skrzy się mnóstwem bystrych, preparowanych fraz, nie stroni od pick-up’owych, tudzież post-industrialnych dekonstrukcji. Improwizacja nieoczywista, tajemnicza, incydentalnie odrobinę challangowa, ale tylko dla mniej wprawionych słuchaczy.

Na starcie słyszymy pasmo basowego ambientu i szorstkie westchnienia trąbki na delikatnym pogłosie. Basista podrzuca nam mnóstwo ciekawostek, trębacz stawia raczej na sprawdzone patenty. W kolejnej narracji muzycy nie zmieniają metod pracy, ale intrygująco zbliżają się do okolic ciszy. Mamy garść mikro sprzężeń, leniwe drony trąbki. Owa niedynamiczna wymiana poglądów z czasem nabiera pewnej meta intensywności, szumi niczym zeschłe powietrze znad oceanu. Pojawia się nawet enigmatyczna linia melodyczna, smutna, jakby żałobna. W trzeciej opowieści muzycy podsyłają nam jeszcze więcej preparowanych subtelności – szumią, zgrzytają zębami, szeleszczą, z trudem łapią oddech. Przez moment mamy wrażenie, że przesypują piasek w klepsydrze. Być może na gryfie basu pojawia się smyczek. Trębacz buduje z małych elementów, ale zdaje się być bardziej ekspansywny od partnera. Ciągnie akcję ku górze, podczas gdy basista stawia na repetycje, a potem akcenty post-perkusyjne.

W czwartej improwizacji, mimo natłoku tajemniczych i nie do końca rozpoznawalnych fraz, słyszymy wreszcie typowy dźwięk strun basowych. Trąbka tymczasem szumi i czeka na przebieg zdarzeń. Opowieść nabiera delikatnych, post-industrialnych barw – bas dudni, blaszak rysuje filigranowe bohomazy. Kolejna historia ma tempo pogrzebowe, mimo, iż bas sugeruje drobną linię melodyczną. Trąbka śpiewa półgębkiem, szumi i pachnie wczorajszym jazzem. Całość przypomina znudzony poranek na francuskiej rivierze. Z kolei narracja końcowa zdaje się być repryzą pierwszej improwizacji. Pasaże ambientu, prychania i skwierczenia trębackich wentyli. Prąd basu miesza się tu z wiatrem trąbki, w oczekiwaniu na ciszę zakończenia.

 


Lori Freedman & Guylaine Cosseron  Grace

Okoliczności koncertowe, czasy pandemiczne, francuski Le Havre; Lori Freedman – klarnety oraz Guylaine Cosseron – głos. Osiem improwizacji, 40 i pół minuty.

Doprawdy niesamowity jest ów koncert, wedle słów wydawcy poczyniony dla publiczności … trzyosobowej. Temperamentni artyści, pełni brawury, świetnie ze sobą skomunikowani tkają narrację zarówno z drobiazgów, jak i grubo ciosanych kamieni. Ich improwizacja często jest imitacyjna, zawsze niebywale spójna, jakby płynęła wyłącznie z jednego ośrodka dowodzenia. Ekspresyjny głos kobiecy i równie szalony klarnet. Wstyd byłoby ten album przegapić!

No, a ten głos! Rzęzi, jęczy, burczy, prycha i syczy, zdaje się być równie wulgarny, jak czuły, na pewno zawadiacki i z szelmowskim uśmiechem od ucha do ucha! Preparowane frazy klarnetu pasują do niego niemal idealnie. Narracja pozornie głośna, ale za moment cicha, zadziorna, ale jakby cierpiętnicza. Na finał pieśni otwarcia brzmi niczym dwa upalone klarnety w locie opadającym. Zaraz potem oddechy wykrztuśne i kocie mruczenie. Zalotny klarnet wpada w taniec węża i oplata ofiarę. W trzeciej części wokalistka odmienia zet z kropką przez francuskie przypadki. Preparowane ćwierć dźwięki klarnetu komentują, a ekspresja całości lewituje. Złowrogie, poranne modlitwy i klarnetowe śpiewy wieczorową porą. I jeszcze ptasie imitacje, poprzedzone krzykami, gwizdami i prychaniami. Usta i klarnetowy ustnik, its the name of the game!

Piąta narracja, to plejada odgłosów fizjologicznych! Bezczelny beat box toczy tu boje z subtelnymi preparacjami. Szósta improwizacja stawia na drobiazgi i wydaje się być budowana niezwykle cierpliwie, jak na kanony tego albumu. Krótkie i długie frazy, leśne nawoływania i zwierzęce imitacje. W części siódmej same literówki. Wokalistka wspina się na szczyt swoich niebotycznych możliwości – rzęzi jak gruźliczka, wibruje niczym stado wysterydowanych mew. Klarnet zanosi się śmiechem, droczy jak sroczka. Imitacje, podskoki, konfabulacje – wszystko zdaje się tu być pokomplikowane niczym polskie znaki diakrytyczne. Gramatyka wszakże zwycięża, muzyka także! W tubie klarnetu wrze, a struny głosowe kreują miłosne alianse. Na zakończenie zgrzyty i chrobotanie. Gardło i tuba klarnetu preparują frazę za frazą. Wysokie, kocie loty, chwila separatywnych fraz i finałowy powrót do jednego strumienia emocji. Big moment!

 


Dionée  Attrape-mouches

Miejsce powstania nagrania nieznane, wiemy jedynie kiedy - od maja do października 2021 roku; Clarisse Bériault – obój, bas akustyczny i elektronika, Robin Servant – akordeon i elektronika oraz Éric Normand – bas elektryczny i elektronika. Siedem improwizacji, około 40 minut.

Na nagraniu zatytułowanym Lep na muchy napotykamy na samo serce orkiestry Le GGRiL – obój, akordeon i mięsisty bas z niemałym prądem. Artyści proponują nam tu gęste, jakże swobodne, elektroakustyczne improwizacje, którym czasami naprawdę blisko do najlepszych wzorców gatunku (choćby wtedy, gdy frazowanie oboju zbliża się do estetyki sopranu Trevor Wattsa!), bywa jednak i tak, że narracja ucieka w plątaninę kabli i zwoje syntetyki. Wszakże i tu wszystko kończy się bardzo szczęśliwie!

Gra wstępna zgodnie z regułami swobodnej improwizacji – krótkie frazy, drobne preparacje, minimalistyczny bas i zadumany akordeon. Od początku także stałe porcje fake sounds, które nie są jedynie efektem działania rozbudowanej elektroniki, jaka towarzyszy każdemu z artystów. W tle nieprzerwana plejada zniekształceń płynących z używania gitarowych przetworników. Pierwsza, rwana i jakże szarpana narracja uroczo kieruje nasze skojarzenia nawet ku epokowemu SME. Druga opowieść, budowana bardziej cierpliwie, jest mroczna i wycofana, niepozbawiona czystszych dźwięków. Improwizacja momentami prowadzona jest tu w trybie call & responce! Bas rzęzi, permanentnie fermentuje, reszta zaś załogi kwili niczym drobne ptaszęta. Trzecią opowieść kreuje dysonans. Elektroakustyczne sprzężenia i akustyczne śmieciowisko. Jakbyśmy słyszeli smyczek, jakbyśmy tonęli w obłokach gęstego szumu. Z jednej strony żywe struny basu, z drugiej mała, elektroniczna plądrofonia.

Czwarta opowieść dostarcza kolejnych niezapomnianych wrażeń. Z jednej strony dość oniryczna aura, z drugiej sporo hałaśliwych fraz, pomimo aktywnej postawy dość delikatnego oboju. Muzycy stawiają tu na dłuższe, bardziej wystudiowane narracje. W kolejnej historii część instrumentów piszczy, część szuka swej perkusjonalnej powłoki. Improwizacja powraca do rwanych, zdekonstruowanych struktur. Świetne chwile zapewnia nam obój, choć towarzysząca mu chmura elektroniki nie jest do nas przyjaźnie nastawiona. W szóstej opowieści znów dłuższe, chwilami wręcz ambientowe frazy. Trochę tajemniczych dźwięków i obój, który karze na siebie długo czekać. Bas nieustannie mąci flow, a niegłupia elektronika zaczyna się eskalować. Na drobny szczyt wspina się także akordeon. Końcowa improwizacja, to subtelne drobny i dogasające promyczki narracji. Słyszymy dźwięki kontrabasu, ale może nam się tylko wydaje, albowiem pomruk elektronarzędzi czyni krecią robotę.

 


Jean Derome  Rose Drummond

Coopérative de solidarité Paradis de Rimouski, Quebec, 22-26 czerwca 2021 roku: Jean Derome – głos, saksofon altowy, obiekty, przestarzała trąbka basowa, syntezator, automatyczna sekretarka, kompozycje, Joane Hétu – saksofon altowy, głos i obiekty, Alexandre Robichaud – trąbka, głos i obiekty, Robin Servant – akordeon, głos i obiekty, Tom Jacques – wibrafon, instrumenty perkusyjne i głos, Robert Bastien – gitara elektryczna, obiekty i głos, Éric Normand – bas elektryczny, tenorowe banjo i głos oraz Michel F Côté – perkusja, głos i efekty. Piętnaście utworów, blisko godzina zegarowa muzyki.

Na albumie stanowiącym żywy hołd dla wielkiej kanadyjskiej artystki Rose Drummond znajdujemy kolekcję gotowych i absurdalnych piosenek, które powstały w trakcie całej muzycznej kariery Jeana Derome'a. W składzie zaś oktetu kolejnych muzyków naszej ulubionej orkiestry zza wielkiej wody. Płyta jest naprawdę piosenkowa, rubaszna, trochę slapstickowa, z pewnością mogłaby stanowić soundtrack do francuskiego, nieco surrealistycznego kina, jakie znamy choćby z drugiej połowy lat 90. ubiegłego stulecia. Wszakże opowieść nie pozbawiona jest elementów, które na tych łamach szczególnie kochamy, czyli improwizacji i plejad dziwnych, zniekształconych dźwięków.

Pierwsza odsłona albumu, to leniwe frazy gitary, kabaretowy tekst recytowany po angielsku, któremu towarzyszy śpiew … po francusku i całe mnóstwo rubasznych dźwięków. Utwór dostaje operetkowy rytm na dwa i możemy śmiało ruszyć do tańca. Kolejny zdaje się być repryzą początku, tworzoną wyłącznie przy użyciu zabawek dźwiękowych. Trzecia piosenka także ma rytm, jest bogato instrumentalizowana, pachnie pokrętnym szaleństwem godnym Johna Zorna i szczyptą surrealizmu. Świetnie nabiera tempa i stymuluje emocje. Czwarta część, to walczyk budowany akordeonem i słownymi wyliczankami, zaś piąty to zabawy fonetyczne samymi głosami. W kolejnych utworach prym wiodą saksofony, wibrafon i akordeon – wszystko zaś zdobione jest tu wokalnymi popisami, niczym z konkursów piosenki autorskiej.

W ósmej części znów prym wokalu, a tło dętych jedynie w roli ornamentu. Kolejna część zdaje się być dobrze ułożoną piosenką z drive’em godnym nowojorskich the B-52’s sprzed czterdziestu lat. Ostra zabawa! W kolejnych częściach dużo akcentów percussion, pijana gitara i śpiewy przy rozlanym piwie. Nowe zabawki w akcji i dużo kabaretu na dalszym planie. Ostatnie trzy piosenki do tego tygla emocji i nadprodukcji pomysłów dramaturgicznych dodają jeszcze dużo dynamiki, mocy gitar i niemal wodewilowego rozmachu. Znów czujemy się jak w operetce, gdzie piękne kobiety tańczą widowiskowego kankana. Dla poszukujących silniejszych wrażeń kilka udanych wypadów wokalnych i saksofonowe improwizacje!  



 

piątek, 10 grudnia 2021

Le GGRIL & Sommes! The birthday postcard!


Wielka Regionalna Grupa Wolnej Improwizacji (Le Grand groupe régional d’improvisation libérée), zwana skrótowo GGRIL, pochodzi z francuskojęzycznej części Kanady i gości na łamach Trybuny przy okazji każdej swojej nowej płyty. Od dwóch prawie lat Kanadyjczycy pod organizacyjnym przywództwem basisty Érica Normanda wybierają się do Europy, by uczcić 15-lecie swojej pracy artystycznej. Jeśli wieczna zaraza pozwoli, wiosną przyszłego roku (w ramach trzeciego podejścia!), akcja ta zostanie zakończona powodzeniem. A jeśli zaistnieje jeszcze kilka innych okoliczności, GRRIL zawita także do Poznania!

Nim ów ekscytująco zapowiadający się event dojdzie do skutku, śmiało możemy zasłuchiwać się w nowym, trzypłytowym wydawnictwie Orkiestry, które zbiera nagrania z lat 2013-2021 i prezentuje je w pięknej oprawie graficznej. GRRIL, jak to zwykle ma w zwyczaju, improwizuje grupowo wedle wskazań zawartych w materiale wcześniej przygotowanym, a jubileuszowa płyta nie stanowi wyłomu w tej dziedzinie. Na trzech efektownych krążkach znajdujemy siedemnaście utworów, które skomponowali następujący artyści: Frédéric Blondy, Robert Marcel Lepage, Lisa Cay Miller, Malcolm Goldstein, Caroline Kraabel, Allison Cameron, Martin Arnold, Lori Freedman, Michel F. Côté, Jean Derome oraz Gus Garside (brak danych potwierdzających, iż są to utwory stworzone wyłącznie na potrzeby tej akurat orkiestry).

Nim zaś zanurzymy się słowach opisujących dźwięki zawarte na krążku Sommes (Tour De Bras, 3CD 2021), poznajmy muzyków, którzy wykonują rzeczone kompozycje (albumowe credits nie rozbija składu na poszczególne utwory): Alexandre Robichaud – trąbka, Alexis Gagnier-Michel – wiolonczela, Antoine Létourneau-Berger - instrumenty perkusyjne, syntezatory, gitara akustyczna, Catherine S. Massicotte – skrzypce, Clarisse Bériault – obój, Éric Normand – bas elektryczny, kontrabas elektryczny oraz elektronika, Gabriel Rochette-Bériau – puzon, Isabelle Clermont – harfa elektryczna, głos, Jonathan Huard – instrumenty perkusyjne, Luke Dawson – kontrabas, Marc-Antoine Mackin-Guay – barytonowa gitara elektryczna i gitara akustyczna, Mathieu Gosselin – saksofon barytonowy, Olivier D'Amours – gitara akustyczna i elektryczna, Pascal Landry – gitara klasyczna, Patricia Ho-Yi Wang – skrzypce, Robert Bastien – gitara elektryczna, słowa, Robin Servant – akordeon diatoniczny, Rémy Bélanger de Beauport – wiolonczela, bas elektryczny, Sébastien Côrriveau – klarnet basowy, gitara elektryczna, bas elektryczny, Thomas Gaudet-Asselin – bas elektryczny, słowa, Tom Jacques - instrumenty perkusyjne i gitara akustyczna oraz w roli gości: Martin Arnold – banjo i Quatuor Bozzini (Isabelle Bozzini – wiolonczela, Stéphanie Bozzini – altówka, Alissa Cheung – skrzypce, Clemens Merkel – skrzypce). Dodajmy, iż w rolę dyrygentów wcielają się tu: Jonathan Huard, Robert Marcel Lepage, Éric Normand, Allison Cameron, Martin Arnold, Rémy Bélanger de Beauport, Guido del Fabbro oraz Luke Dawson. Całość odsłuchu zajmie nam – bagatela! – prawie 190 minut! Welcome!

Analizując skład instrumentalny kanadyjskiej Orkiestry, nie sposób nie zauważyć, iż jest to dość specyficznie skonstruowany ansambl. Otóż w składzie GRRIL (niemal 20-osobowym, nie licząc gości) dominują gitary, także basowe oraz inne instrumenty strunowe, a reprezentacja instrumentów dętych ogranicza się do ledwie czterech takich przypadków. Nie ma w tym składzie perkusji - jedynie drobne zestawy instrumentów perkusyjnych, nie zawsze zresztą biorące udział w grze. Odnotujmy także śladowy udział dźwięków syntetycznych i elektronicznych.

 


Nagrania zawarte na trzypłytowym boxie Sommes, zarejestrowane na przestrzeni dziewięciu lat, zapewne w bardzo różnych zestawach personalnych, to prawdziwy kalejdoskop zdarzeń i wrażeń artystycznych. Co oczywiste, nie wszystkie nagrania trzymają kosmiczny poziom, który znamy z innych, bardziej jednorodnych koncepcyjnie płyt Orkiestry. Niektóre z nich zdają się być delikatnie przegadane, inne zbyt skoncentrowane na realizacji zamysłów kompozytów, ale błyskotliwych fraz, nietłumionych niczym emocji i kąśliwych, drużynowych improwizacji nie brakuje na każdym etapie nagrania. Po prawdzie najwyższy poziom trzyma pierwsze i ostatnie pół godziny tego wielopaku. Te momenty omówimy za moment szczegółowo, w przypadku pozostałych zaś utworów skupimy się na tak zwanym wrażeniu ogólnym, wskazując te chwile, które szczególnie przypadły nam do gustu.

Pierwsza, ponad 25-minutowa kompozycja znanego nam kanadyjskiego pianisty, to orkiestrowy majstersztyk! Zaczyna się niemal w zupełnej ciszy, od drobnych odgłosów ze sceny, szmerów, szurania nogami, mikro melodii z dętych tub. Jakże efektowne, ale wytłumione do granic kind of acoustic field recordings. Owo strunowe dark chamber z dętymi boleściami zostaje efektownie zgwałcone post-rockowym spiętrzeniem w okolicach 5 minuty. Narracja po tym ciosie chwieje się na nogach, rozlewa szerokim strumieniem i stara łapać na nowo oddech. Pojawia się intrygujący, elektroakustyczny posmak i ambientowe tło. Opowieść zaczyna gęstnieć, formować się w wielowymiarowy dron i nabierać post-industrialnych rumieńców (basy elektryczne robią swoje!). Jeszcze tylko kilka tajemniczych, niezidentyfikowanych fraz, garść syntetycznych wymiocin i Orkiestra w pełnym rynsztunku może zacząć wspinać się na bardzo efektowny szczyt. Po 20 minucie niespodziewany stopping! Wybudzenie następuje dzięki perkusjonaliom, kilku rytmicznym frazom serwowanym unisono i samotnemu klarnetowi basowemu. Niepokój sieje riff kontrabasu, a całość formuje się w koślawy marsz w kierunku efektownego zakończenia. Dźwięki umierają w obłokach szumów i post-akustycznych szmerów. Drobnym, ale wartościowym uzupełnieniem doskonałego początku płyty jest druga kompozycja, którą stanowi ledwie 2 i półminutowa ekspozycja minimalistycznej wiolonczeli.

Równie wyśmienicie wypadają kompozycje końcowe, których zestaw otwiera, również krótki, elektroakustyczny spazm szumów wypełniający trzynasty utwór. Zaraz po nim następuje kompozycja prawie 7-minutowa, doskonale obrazująca dalece ponadgatunkowy wymiar dokonań artystycznych GRRIL. Najpierw urywane frazy strun kontrapunktowane są przez pozostałe instrumenty, które zdają się sugerować post-jazzową intrygę. Nerwowe odgłosy, także ludzkie, coś na kształt połamanego rytmu. Wreszcie ostry smyczek, który zdaje się kroić narrację niczym brzytwa wstęgi jedwabne. Narracja nabiera śpiewności, pewnej dalekowschodniej melodyjności, pojawiają się echa post-rocka, a nawet uformowanego w zwarty strumień dźwięków avant-popu! Zaraz potem kolejne solowe interludium, które kreuje świszczący smyczek, przenoszący nas bezboleśnie do dwóch ostatnich kompozycji, które wynoszą poziom artystyczny orkiestry na szczyt godny kompozycji otwierającej Sommes. Pierwszą z nich (niespełna 5-munutową) otwiera chór basów, które niebywale nisko osadzone ryją bruzdy w ziemi. Jakże efektowne post-chamber, które zaprasza do zabawy pozostałych uczestników gry! Ci podłączają się z pewną dozą nieśmiałości, ale każdy wnosi tu swój indywidualny znak jakości. Nagle opowieść staje w miejscu i wszystko zaczyna przeradzać się w kompulsywny, elektroakustyczny szum. Dęte okrzyki, rytm od gitar i basów - cały konglomerat zmian. Pomysł goni tu za pomysłem, na ogół trafiając do celu. Wreszcie czas na wielki finał, tu prawie 11-minutowy. Do roli introduktorów znów stają basy, które zabierają ze sobą w podróż także klarnet basowy. Black chamber snuje dronowe, mrożące krew w żyłach strumienie dźwiękowe. Odzywają się także wyjątkowo smutne instrumenty dęte, które pną się z ku górze z piskiem, ale i pewną filigranowością. Znów wszystko staje w miejscu, a prym przyjmuje chór prawdziwie ludzkich głosów. Powrót instrumentów wyznacza szlak efektownej, choć kameralnej eskalacji. Po osiągnieciu szczytu opowieść obumiera molowymi dronami, na skraju których czeka na nas ostatni krzyk żywych gardeł!  

A cóż intrygującego dzieje się w tak zwanym międzyczasie - począwszy od trzeciej, a skończywszy na dwunastej kompozycji? Ta trzecia stawia na emocje, czasami wręcz rockowe, ale też tapla się w mroku i zadaje mnóstwo pytań, a ładnie zdobią ją preparowane perkusjonalia. Czwarta przypomina jarmarczny gwar sprośnych rozmów i kuglarstwa. Budowana jest trochę na zasadzie stylistycznej dychotomii post-rock vs. chamber, upstrzona drobinkami jazzu, a nawet wątkami trzecionurtowymi. Piąta wykreowana jest wyłącznie przez instrumenty akustyczne! Zlepiona z drobiazgów nabiera mocy kilkukrotnie, ale równie często ją traci. Szósta sięga po klasyczne dla jazzu i rocka grepsy, po czym konfrontuje je z mroczną kameralistyką. Siódma i ósma, to solowe interludia, odpowiednio gitary akustycznej i puzonu. Dziewiąta początkowo przypomina pop-chamber, z czasem zyskuje jednak na emocjach, faluje jak zimny ocean, kipi niczym wulkaniczny gejzer. Dziesiąta stworzona zostaje wyłącznie z dźwięków akordeonu i fraz strunowych, niepozbawionych melodii i dalekowschodnich naleciałości. Nie bez dłużyzn w pierwszej części, zyskuje na jakości dzięki improwizacyjnym fermentom rozsiewanym z wielu miejsc. Jedenasta ponownie stawia na dysonans, kołysze się od ciszy do wrzasku, bywa równocześnie oniryczna i kompulsywna. Obiecuje wiele, ale ewidentnie, nie ona jedna, przeładowana jest pomysłami, charakteryzuje się nadmierną zmiennością akcji. No i dwunasta kompozycja – sklecona z tysiąca małych dźwięków, które czasami wchodzą w bystre interakcje, innym razem toczą się obok siebie, potęgując wrażenie dramaturgicznego chaosu. Dobrze całości robi tu natomiast wątek wielośladowych gitar, rytmiczna postawa akordeonu i ciekawe, pijackie zaśpiewy trąbki. Post-jazzem pachnie w momencie, gdy ekspozycję duetową realizują perkusjonalia i coś, co brzmi jak wibrafon. Everything you want!