Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guilherme Rodrigues. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guilherme Rodrigues. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 stycznia 2026

Red List Ensemble in Fabrica de Lanificios!


Z berlińską formacją Red List Ensemble zetknęliśmy się na przełomie dekady, gdy ukazał się jej pierwszy album z bardzo czerwoną okładką. Za tym kolektywnie improwizującym większym składem kryje się, w aspekcie sprawczym, portugalski wiolonczelista Guilherme Rodrigues, od lat rezydujący w stolic Niemiec.

Do kolejnej inkarnacji RLE doszło … w Polsce, gdy rzeczony Portugalczyk był gościem-rezydentem piątej edycji Spontaneous Music Festival. Na scenie Dragona zebrano międzynarodową grupę muzyków, która po krótkiej instrukcji Guilherme (mamy się wszyscy bardzo uważnie słuchać) swobodnie improwizowała, a dokumentację fonograficzną tego zdarzenia można odnaleźć na jednej z płyt cyklu Spontaneous Live Series. Dodajmy, iż ostatecznie podmiot wykonawczy został w tym wypadku określony mianem Spontaneous Orchestra.

Na powrót pod nazwą Red List Ensemble formacja zaznaczyła swoją obecność na mapie improwizowanej Europy na początku minionego grudnia. Nagranie koncertowe zarejestrowano w Berlinie jesienią roku poprzedniego. Oczywiście i tym razem zestaw personalny jest inny, jakkolwiek, skoro koncert miał miejsce w mieście rodzinnym grupy, część muzyków doskonale pamięta i była elementem wykonawczym pierwszej płyty formacji.

 


Rejestracja koncertu zawiera trzy wielominutowe opowieści, z których każda kolejna jest dłuższa od poprzedniej, a wszystkie razem trwają niepełną godzinę zegarową. Na scenie dostrzegamy dziewięcioro muzyków wyposażonych w trzy instrumenty dęte, trzy strunowe, akordeon, syntezator modularny i perkusjonalia.

Otwarcie spektaklu jest dość typowe dla dużych składów, które pracują bez notyfikacji, tudzież wsparcia kierowniczego – strzępy dźwięków, elektroakustyczny szmer, filigranowe zgrzytanie strun, prychanie i nerwowe oddechy dętych. Wszystko to tworzy strugę fonii, która z oczywistych względów dość szybko nabiera masy własnej. W tym wypadku RLE potrzebuje około siedmiu-ośmiu minut, by stanąć na baczność i dąć w róg, ile fabryka dała. Ekspresja eskaluje, ale śmiało można skonstatować, iż wszystko znajduje się pod pełną kontrolą artystów. Dowodem zgrabnie uformowana koda, ugaszona niemal do pojedynczego dźwięku.

Druga opowieść na etapie początkowym wydaje się definitywnie kameralna, szyta długimi poścignięciami pędzla. Na czoło forsują się strunowce i akordeon. Muzyka faluje, efektownie podszczypywana przez instrumenty dęte i perkusjonalia. Te ostatnie chętnie przejmują na siebie obowiązek klejenia opowieści w bardziej linearny ciąg zdarzeń. Improwizacja ma tu kilka intrygujących momentów zwrotnych. Wspaniale łapie oniryczną ciszę, z której wyłania się mocą kreatywności każdego z artystów, a w okolicach dziesiątej minuty wspina na spore wzniesienie. Finał drugiej części jest bardzo reaktywny, skoczny, niemal radosny.

Ostatni akt spektaklu trwa prawie dwa kwadranse i efektownie konsumuje zdobycze artystyczne poprzednich części. Początek to plejada short-cuts wchodząca w permanentne interakcje. Muzycy nakręcają się wzajemnie, jak sprężyny wielkiego zegara. Stabilna intensywność zostaje osiągnięta już po kilku minutach. W dalszej części tej bogatej w wydarzenia odsłony koncertu natrafiamy na fazę ambientowego mroku, drobne ekscesy strunowo-talerzowe, niemal free jazzową eskalację, passus melodyjnego frazowania puzonu na tle rozdygotanego backgroundu, odrobinę narracyjnej flauty zawieszonej na akordeonowym dronie, wreszcie etap elektroakustycznych pulsacji. Po siedemnastej minucie flow zdaje się w końcu formować w coś bardziej linearnego i mającego wspólny dla wszystkich kierunek podróży. Znów warto podkreślić kreatywność i żywotność perkusjonalii. Samo zakończenie inauguruje seria powtórzeń, potem słyszymy dużo melodii, szczególnie klarnetu, która nastraja muzyków do bardzo łagodnego zakończenia koncertu.

 

Red List Ensemble Fabrica de Lanificios (Bandcamp’ self-release, DL 2025). Vojta Drnek – akordeon, Mia Dyberg – saksofon altowy, Ernesto Rodrigues – skrzypce, Kai Fagaschinski – klarnet, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Matthias Müller – puzon, Klaus Kürvers – kontrabas, Richard Scott – syntezator modularny oraz Sofia Borges – instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, PAS, Berlin, październik 2024. Trzy improwizacje, 55 minut.



 

piątek, 29 listopada 2024

Harri Sjöström in Fields Quartet and Sestetto Internazionale!


Fiński saksofonista Harri Sjöström, od wieków berliński rezydent, to muzyk funkcjonujący trochę na obrzeżach europejskiej sceny free jazz/ free impro, przez lata kojarzony głównie jako częsty, europejski współpracownik Cecila Taylora.

Ostatnie lata dowodzą, iż to artysta definitywnie pierwszej linii frontu, szczególnie udanie sytuujący swoją kreatywność w swobodnie improwizujących składach - od tysiąca duetów, po setki kwartetów i niemniej fascynujący Sekstet Międzynarodowy.

Harri jest dość regularnych uczestnikiem przedsięwzięć związanych z krajowym FSR Records (labelem określanym onegdaj częściej jako Fundacja Słuchaj!) – zarówno w wymiarze płytowym, jak koncertowym. Jego występy na warszawskim Festiwalu Ad Libitum w ad hoc kwartetach, dwa lata temu z Elisabeth Harnik, Wilbertem De Joode i Dagiem Magnusem Narvesenem oraz w roku bieżącym z Benem Dweyerem, Rafałem Mazurem i Vasco Trillą, to dowody rzeczowe konstytuujące wartość, jaką ten wyśmienity muzyk wnosi do europejskiej muzyki improwizowanej.

Na łamach Trybuny nazwisko Fina pojawia się najczęściej przy okazji nowych produkcji wspomnianej FSR Records. Dziś dla odmiany sięgamy po dwa tytuły wydane w innych częściach świata. Tegoroczny kwartet wiele ma wspólnego z Portugalią i Niemcami, zeszłoroczny sekstet z rzeczonymi Niemcami i Włochami.



 

Lawrence Casserley, Floros Floridis, Guilherme Rodrigues & Harri Sjöström Fields (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence Casserley – signal proces instrument, Floros Floridis – klarnety, Harri Sjöström – saksofon sopranowy, sopranino, Guilherme Rodrigues – wiolonczela. Nagrane w PAS, Berlin 2022. Dwie improwizacje, 38 minut.

Kwartetowy front-line tworzą tu dwa dęciaki - ulotny, acz czupurny saksofon sopranowy (zamiennie z sopranino) i klarnet, na ogół basowy, preferujący zdystansowane riposty. Towarzyszy im frywolna wiolonczela, która zdaje się być pogrążona w estetyce chamber, ale gdy trzeba docisnąć struny, możemy na nią liczyć, a także wszędobylska elektronika, która na ogół czyni powinności live processing, ale zdolna jest też płynąć własnymi frazami i incydentalnie wyznaczać kierunek dalszej podróży. Fundamentem całego kwartetu w ujęciu dramaturgicznym jest potrzeba ciągłej zmiany. Każda akcja może tu liczyć na reakcję, a zasada ultra intensywnego słuchania i wchodzenia w dyskurs jest powinnością przypisaną bez wyjątku wszystkim.

Pierwsza improwizacja trwa ponad 24 minuty i konsumuje wszelkie walory dramaturgiczne dzieła wskazane w preambule. Głębokie wdechy i jeszcze głębsze wydechy budują gwałtowną powolność, syconą emocjami i chwilami ukradkowej nostalgii. Dęte frazy zdają się tu mieć niegraniczoną przestrzeń poruszania się, w ślad za nimi snuje się oniryczna elektronika, która potrafi kąsać, a instrumentem, który ma pieczę nad ładem i porządkiem narracji jest wiolonczela. Czujna, melodyjna, stabilizuje eko-system nerwowej improwizacji. Opowieść ma kilka punktów zwrotnych. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy odnajdują ciszę, sięgają po najdrobniejsze frazy. Akcje reanimują perkusjonalne wtręty wiolonczeli, mające wsparcie w zimnych podmuchach dętych i delikatnych plamach syntetyki. Po kolejnych pięciu minutach akcja osiąga stan wrzenia – wszyscy dygoczą z emocji, jedni formują się w strugę dronów, inni śpiewają post-barokiem wspartym na wyjątkowo nisko zawieszonym smyczku. Przed dłuższą chwilę opowieść balansuje od rozciągniętej w czasie ciszy po korpulentne fazy hałasu. Dramaturgiczny konsensus zostaje osiągnięty po dwudziestej minucie, gdy wszyscy lepią się w mroczny dron molowych medytacji. Za proces gaszenia płomienia odpowiada elektronika. Skwierczy, szmera, w końcu dosięga ciszy.

Druga improwizacja trwa dwanaście minut z sekundami. Jej początek jest ostry jak brzytwa. Saksofon i klarnet pokrzykują na siebie, wiolonczela śpiewa, a elektronika rozsiewa insekty kreatywności. Narracja intrygująco piętrzy się, po czym wpada w obcięcia kameralnej taneczności. Teraz zdarzyć się może już dokładnie wszystko – strunowe slajsy, dęte wdechy, frywolne zaczepki i krwiste riposty. Bywa, że na moment ktoś wychodzi przed szereg, ale dyktat kolektywności szybko przywołuje go do porządku. Jeszcze tylko kilka kocich westchnień i w okolicach dziesiątej minuty opowieść zaczyna układać się do snu. Przez moment można odnieść wrażenie, że czeka nas jeszcze finałowa kulminacja, ale to tylko pozór. Długie, leniwe frazy osiągają stan końcowej ciszy nie bez ingerencji edytorskiej.



 

Sestetto Internationale (Achim Kaufmann, Veli Kujala, Gianni Mimmo, Ignaz Schick, Harri Sjöström & Philipp Wachsmann) Due Muatabili (Amirani Records, CD 2023)

Achim Kaufmann – fortepian, Veli Kujala – akordeon ćwierćtonowy, Gianni Mimmo – saksofon sopranowy, Ignaz Schick – turntables, sampler, Harri Sjöström - saksofon sopranowy, sopranino, Philipp Wachsmann – skrzypce, live electronics. Nagranie koncertowe, MUG, Monachium, 2022. Dwie improwizacje, 58 minut.

Sekstet Międzynarodowy, który rozwinął się na przestrzeni lat z duetu dwóch saksofonów sopranowych, ma jedną konstytucję. Wedle słów Harri’ego, skomponowany tu jest jedynie wyjściowy line-up. Reszta, to efekt wzajemnego słuchania, bystrego reagowania i nieustannego podtrzymywania dobrej chemii w zespole. Dodajmy, iż koncert z Monachium, to trzeci album tego składu.

Początek koncertu jest dalece kameralny, ale rzeczona dobra chemia działa! Wystarczy jedno ukradkowe spojrzenie, by szóstka silnych mężczyzn dała się uwieść porywowi ekspresji. Rozśpiewani saksofoniści mogą tu liczyć na kreatywny wstrząs ze strony elektronika i rozbujanego akordeonisty, a w roli tych, którzy dbają o linearność improwizacji sytuują się pianista i delikatnie okablowany skrzypek. Oto sekstet, który zdaje się mieć niemal free jazzowy potencjał, ale też stojącą za nim nieskończoną kameralność. W tzw. przestrzeni pomiędzy dzieje się bardzo wiele. Aspekt brzmieniowy każdego instrumentu wnosi tu porcję przyjemnych niespodzianek – piano nabiera intrygująco brudnego brzmienia, elektronika kąsa niczym żmija, dźwięki dętych bywają zmyślnie preparowane, skrzypce dekonstruowane są elektroniką, z kolei ćwierćtonowy akordeon łamie frazy na tysiące sposobów.

Tuż przed połową pierwszego seta, który trwa blisko czterdzieści minut, artyści serwują nam prawdziwy szczyt emocji, kreślony szczególnie ekspresją skrzypka, akordeonisty i saksofonistów. Zejście z takiego wzniesienia do kameralnych dolin jawi się jako wyjątkowo urokliwe, przepełnione bojaźliwymi śpiewami, garścią preparacji i podmuchami ciszy, która zdaje się wisieć nad głowami muzyków, niczym wyrocznia. W tej fazie koncertu nie brakuje akcji w podgrupach, a na czoło tych najbardziej udanych sforuje się duet Harri’ego i Achima. Zakończenie seta, to moc kolejnych wrażeń – piano inside, elektroakustyczne szmerowisko, zabawne akcje skrzypka, czy efektowne, dęte drony na wydechu.

Drugi set trwa niewiele ponad dwadzieścia minut, a jego emocje wydają się jeszcze bardziej skondensowane. Otwarcie lepi się z drobnych fraz, które interferują niemal tanecznie. Wszędzie wokół panoszy się szmer zdartej płyty winylowej. Piano śle dźwięki z samego dna, a rozochocone saksofony kwilą, jak wróble na słupie wysokiego napięcia. Improwizacja nabiera tu wiatru w żagle stopniowo, bez napinania mięśni i zbędnego pośpiechu. Osiąga swój szczyt, pełen krzyków i hałasu, niedługo przed upływem kwadransa. Następująca tuż potem chwila wydechu sugeruje zakończenie, ale muzycy postanawiają raz jeszcze uderzyć w dzwon. Ostatnia prosta dość niespodziewanie przepoczwarza się w kameralny duet pianisty i saksofonisty (tu Gianniego), którego instrument brzmi niczym flet.




piątek, 10 listopada 2023

Torf Records’ fresh outfit: RRTGC & EN!


Torf Records, poznański label radykalnej muzyki improwizowanej (cytujemy za wydawcą), permanentnie dostarcza nowych, swobodnie wykreowanych sytuacji dźwiękowych.

Letni i wczesnojesienny pakiet premier zawiera dwie intrygujące rejestracje. Pierwsza z nich została zaimprowizowana na … ogródkach działkowych, pośród gwaru rozmów, a uzupełniona parastudyjną rejestracją dnia kolejnego. Ta druga swe artystyczne życie rozpoczęła w naszym ukochanym Dragonie, w ramach jednej z najciekawszych, w ujęciu historycznym, najbardziej wartościowych edycji koncertowego cyklu Spontaneous Live Series. A naszą opowieść zaczniemy od drugiego z omawianych przypadków.



Duo, trio & quintet

W pewną listopadową niedzielę roku ubiegłego do Poznania zawitała trójka portugalskich improwizatorów – altowiolinista Ernesto Rodrigues, wiolonczelista Guilherme Rodrigues oraz saksofonista Nuno Torres. Do towarzystwa dodano im dwójkę lokalnych muzyków – klarnecistę i saksofonistę Michała Giżyckiego oraz pianistę Witolda Oleszaka. Dzięki temu stworzono program wieczoru składający się z dwóch mieszanych setów duetowych, setu portugalskiego tria i wieńczącego improwizowany capstrzyk setu kwintetowego. Na nowym albumie Torf trafia do nas wszystko poza pierwszym setem duetowym, wtedy wykonanym przez pianistę i altowiolinistę.

Na początek zatem albumu duet wiolonczeli i klarnetu basowego! W ramach działań rozpoznawczych, typowych dla setu ad hoc klarnet wypuszcza mroczne westchnienia, a na gryfie wiolonczeli powstają drobne, filigranowe riffy. Muzycy reagują na siebie na tyle bystrze, że już po kilku pętlach narracyjnych lepią wspólny, na poły imitowany strumień niemal post-barokowo brzmiącej melodii. Kilkunastominutowa improwizacja charakteryzuje się tu świetną dramaturgią, doskonałym zarządzaniem przez artystów zarówno ciszą, jak i incydentalnymi eksplozjami emocji. Owo wyzwolone, kameralne combo śle nam także mnóstwo urokliwie preparowanych fraz. Po kwadransie i mobilizującej porcji oklasków otrzymujemy jeszcze trzyminutowe encore, które kreują inteligentna gra na małe pola i kilka radosnych podskoków.

Po chwili przerwy na scenie montuje się portugalskie trio. Spokojne, wycyzelowane otwarcie to efekt delikatnie pocieranych strun i suchych podmuchów z tuby saksofonu. Po kilka głębszych oddechach flow tria staje się wspólnym strumieniem rozhuśtanego free chamber. Narracja charakteryzuje się stanem ciągłej zmiany – nastroju, instrumentacji, czy dynamiki. Bywa urokliwie dronowa, bywa ulotna i melodyjna niczym barok z epoki. Bywa wreszcie agresywna, pełna emocji, niemal o pół kroku od free jazzu. Świetna komunikacja, będąca efektem wielu wspólnych koncertów i nagrań, procentuje tu w dwójnasób. W połowie koncertu podobać się może szczególnie faza minimalistyczna – skrzypiące struny i saksofonowy bezdech. Z kolei pod sam koniec seta artyści serwują nam piękne, post-barokowe śpiewy. Po 23 minucie giną w chmurze oklasków, po czym pichcą nam niemal siedmiominutowy bis, który zdaje się skrzyć jeszcze większymi emocjami. A zaczyna go zmysłowo brzmiąca wiolonczela w imponującej introdukcji.

Po kolejnej przerwie na scenie pojawia się piątka artystów, w tym Witold Oleszak, którego publiczność w Dragonie słyszała już tego dnia, w przeciwieństwie do odbiorców rejestracji pomieszczonych na omawianym albumie. Kwintet zaczyna, oczywistą w tej sytuacji dramaturgicznej, grą na małe pola, ale rozpoznanie dźwiękiem nie trwa zbyt długo. Plejady short cuts & small talks szybko lepią się w wspólny strumień, wypełniony masą drobnych, preparowanych fonii, także ze strun fortepianu, który brzmi tu niczym trzeci strunowiec. Z kolei para dętych dość szybko nawiązuje relacje na atrakcyjnym wydechu. Gdy tylko piano wchodzi na klawiaturę, narracja od razu wybiera freejazzowy kierunek, gdy zawisa na nisko posadowionej strudze wiolonczelinowego dźwięku, chyli się efektownie ku kameralnej zadumie, tudzież tapla w oceanie post-barokowego smutku. Nie sposób nie zauważyć, iż w wielu momentach improwizacja pozostaje pod jurysdykcją polskich muzyków. Zarówno piano, jak i szczególnie saksofon sopranowy są bowiem w stanie narzucić kwintetowi intrygujący, jakże ekspresyjny kierunek rozwoju. Za akcje bardziej kameralne odpowiadają zaś Portugalczycy, szczególnie operatorzy instrumentów strunowych. Tymczasem improwizacja idzie na szczyt, osiąga go po 12 minucie, po czym zalega w przepięknej dolinie na kolejne cztery minuty. Potem już tylko burza oklasków oraz tradycyjny tego dnia bis, znów wielominutowy. Otwiera go nostalgiczne piano, wtóruje mu molowo usposobiony klarnet. Strunowce budują teraz bazę, a tym, który rwie do przodu jest portugalski saksofonista. Finał dogrywki, seta, albumu, wreszcie całego szalonego dnia w Dragonie, w połowie listopada ubiegłego roku, tonie w niebywałych emocjach.



Quartet

Nagranie kwartetu EN (trąbka Adama Jełowickiego, saksofon tenorowy i klarnet basowy Michała Giżyckiego, kontrabas Mikołaja Nowickiego i perkusja Piotra Dąbrowskiego) ma nieco performatywny charakter. Oto na starcie albumu znajdujemy się w gwarze swobodnych rozmów na tematy różne. W tym tyglu spokojnych głosów damskich i męskich nieśmiało rodzi się muzyka. W trakcie kilkunastominutowej ekspozycji narracja przechodzi wiele faz, bywa niekiedy ekspresyjna na prawdziwe free jazzowy sposób, ale rozmowy w tle nie ustają. Muzycy bez werbalnego akompaniamentu improwizują dopiero podczas drugiej, prawie półgodzinnej części.

Okoliczności początku nagrania zostały już zarysowane, zatem dodajmy, iż muzycy stan efektownie rozhuśtanych, free jazzowych emocji osiągają po kilku minutach rozgrzewki. Trąbka i klarnet zanoszą się śpiewem, a sekcja rytmu płynie do przodu niesiona tłustym, basowym groove. Muzycy dbają wszakże o komfort gadającego tła i mimo sporego ładunku ekspresji, który rośnie z każdym przebytym kilometrem, starają się być delikatni, nienachalni, wyczuleni na niuanse środowiska akustycznego. Brzmienie kwartetu jest dość surowe, wynika po części z outdoorowej rejestracji, dodaje wszakże całemu przekazowi fonicznemu znamion autentyczności. Gdy narracja szuka wytchnienia i snuje się nieco spokojniejszym strumieniem, słyszymy nie tylko głosy, ale nawet beat bliżej nieokreślonych, obcych dźwięków. Tymczasem opowieść zawiesza się na smyczku i nabiera bardziej kameralnego smaku. Sam finał trwającej ponad kwadrans improwizacji ma charakter bardziej transowy, medytacyjny.

Drugi, prawie dwa razy dłuższy set nosi w wymiarze akustycznym znamiona opowieści budowanej w cichej, zamkniętej przestrzeni. Brzmienie jest pełniejsze, bardziej soczyste. Początek budują wspólnie klarnet i kontrabasowy smyczek. Wokół panoszą się perkusjonalne świecidełka, moc rezonujących fraz, zapewne talerzowych i garść trębackich post-melodii. Opowieść nabiera rumieńców, gdy kontrabas zmienia tryb pracy na pizzicato i daje sygnał do zwarcia szeregów w kierunku definitywnie free jazzowym. Ekspresja rośnie jeszcze bardziej, gdy klarnet na kilka chwil ustępuje miejsca saksofonowi tenorowemu. Ognisty kwartet mknie przed siebie, a nieznaczne wyhamowanie następuje w momencie powrotu na scenę klarnetu basowego, który na nisko ugiętych kolanach pcha improwizację w bardziej kameralne rejony. Sekcja rytmu nie odpuszcza i opowieść mieni się teraz wieloma wymiarami dynamiki. Bas repetuje, trąbka zanosi się melodią, a perkusja wpada w furię. Po 23 minucie improwizacja definitywnie hamuje i mogłaby się w zasadzie kończyć. Muzycy nie chcą jednak iść spać i snują kolejne, niekiedy dość separatywne opowieści. Emocje tymczasem rosną - dynamika zdaje się być martwa, ale intensywność improwizacji przybiera na sile. Swoje dokłada tu smyczek. Ostatnia prosta bazuje na dość prostym, nieskomplikowanym rytmie.

 

Guilherme Rodrigues, Ernesto Rodrigues, Nuno Torres, Michał Giżycki & Witold Oleszak Live at SLS (DL 2023). Guilherme Rodrigues – wiolonczela (utwory 1-3), Ernesto Rodrigues – altówka (2, 3), Nuno Torres – saksofon altowy (2, 3), Michał Giżycki – klarnet basowy i saksofon sopranowy (1, 3) oraz Witold Oleszak – piano (3). Nagranie koncertowe, Spontaneous Live Series, Dragon Social Club, Poznań, listopad 2022. Trzy improwizacje, 77 minut.

EN Morrow (DL 2023). Adam Jełowicki – trąbka, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy, Mikołaj Nowicki – kontrabas oraz Piotr Dąbrowski – perkusja. Nagrane w Poznaniu, Działkowy Ogród Międzykulturowy (utwór pierwszy) oraz Kołorking (drugi). Dwie improwizacje, 43 minuty.


 

piątek, 3 listopada 2023

A New Wave of Jazz’ fresh outfit: Hunt At The Brook! Zwosch, Zwosch, Zwosch!


Wczesnojesienne premiery belgijskiego A New Wave Of Jazz przynoszą dwa albumy pomieszczone na trzech kompaktowych dyskach. Z jednej strony kwiat brytyjskiego free improv w wydaniu dalece międzypokoleniowym, z drugiej - pierwsze w pełni portugalskie nagranie w dziejach labelu.

Album londyński zawiera dwa nagrania z roku 2019 – kwietniowe, poczynione w trio uformowane przez często goszczących na tych łamach muzyków młodego-średniego pokolenia, czyli Toma Jacksona, Benedicta Taylora i Daniela Thompsona oraz majowe, zrealizowane w kwartecie, który skonsolidował się dzięki poszerzeniu rzeczonego tria o legendę gatunku, flecistę Neila Metcalfe’a. Nagranie portugalskie także łączy pokolenia – stworzyła je ikona improwizacji tamtej części świata, czyli Carlos Zingaro oraz młodsza i nieco starsza młodzież w osobach Guilherme Rodriguesa & José Oliveiry.

Swobodna improwizacja na najwyższym poziome, to norma labelu prowadzonego przez Dirka Serriesa. Zaglądamy zatem do środka!



Hunt At The Brook Again

Nagranie kwietniowe, to trio złożone z klarnetu, gitary akustycznej i altówki, posadowionych w takiej kolejności, od lewej do prawej strony naszego spektrum odsłuchowego. Na zagranie sześciu improwizacji muzycy potrzebują ponad 50 minut.

Początek, to swoiste small talks zalotnego klarnetu, na poły śpiewnej altówki i minimalistycznej gitary, która cedzi strzępy akordów. Muzycy dość szybko lepią z tego dalece emocjonalną narrację, świetnie na siebie reagują. Druga opowieść zdaje się być odrobinę mroczna, z jednej strony tworzą ją minimalistyczne szumy i szelesty, z drugiej post-melodyjne westchnienia. Improwizacja z każdym krokiem nabiera jednak mocy, a prawdziwie urokliwą ognistość osiąga po 10 minucie. Ekspresja nabiera tu niemal rockowych barw, szczególnie na strunach altówki. Trzecią opowieść zagaja gitara, altówka trzeszczy w szwach, a klarnet snuje kameralne melodie. Artyści przypominają teraz trzy gołębie usadowione na kolczastym drucie. Najpierw skaczą, potem gasną w obłoku post-melodii i strzępów dźwięku. W czwartej części muzycy serwują nam emocje od pierwszej sekundy. Altówka i klarnet niemal krzyczą, gitara z kolei stawia stemple. Improwizacja faluje niczym wzburzony ocean, bywa, że nabiera post-romantycznego powietrza w płuca, bywa, że śle nam grad drobnych, preparowanych fonii. Początek piątej części jest definitywnie minimalistyczny. Bardziej żwawa narracja rozpoczyna się w momencie, gdy na gryfie altówki pojawia się plama brudu. Emocje rosną tu w postępie geometrycznym, ale gdy zajdzie taka potrzeba, droga od fire music do post-classic chamber trwać może ledwie kilka sekund. Ostatnia improwizacja wydaje się być niezwykle delikatna. Małe melodie i filigranowe szarpnięcia za struny budują tu jednak całkiem dynamiczną ekspozycję, niepozbawioną przybrudzonych, zadziornych fraz.

Hunt At The Brook with Neil Metcalfe

W maju muzycy spotykają się już we czwórkę, a instrumentarium zostaje uzupełnione o flet. Tym razem improwizacja składa się z czterech części i trwa niewiele ponad trzy kwadranse.

Pierwsza improwizacja rodzi się z ciszy, wstaje z kolan wyjątkowo powoli. Altówka skrzypi, reszta załogi podśpiewuje pod nosem. Niektóre wątki zdają się tu brzmieć niemal klasycznie. Szczęśliwie opowieść nabiera jednak rumieńców i zaczyna toczyć się w estetyce, którą tak sobie cenimy. Dobre akcje, świetne interakcje, zadziorne frazy, wyłupiaste spojrzenia i uszy otwarte na każdy dźwięk. Narracja po kilku wzniesieniach tonie w mroku minimalizmu, ale to zdaje się jeszcze bardziej podkreślać urodę chwili. Po restarcie emocje zaczynają buzować, a improwizacja mienić się wszystkimi kolorami tęczy. Finał kilkunastominutowej opowieści, to morze wyjątkowo udanych interakcji. Kolejną część zaczynają samotne dęciaki, płynące bardzo kameralnym strumieniem. Strunowce w rekontrze ślą cięte riposty polepione w brudne frazy. Niewiele tu trzeba, by cały kwartet zatonął w ekspresyjnej, jakże kolektywnej akcji, nasyconej wszakże silnie molową melodyką. Opowieść ma jeszcze jedno efektowne spiętrzenie, zainicjowane przez nad wyraz aktywnego w tym akurat momencie gitarzystę. Trzecia improwizacja, równie leniwa na starcie, jak ta pierwsza, zdaje się wstawać z grobu. Brzmi mrocznie niczym surowa muzyka dawna. Dęciaki w żałobnych modlitwach, strunowce w roli pająków tkających coraz większą pajęczynę. Zdaje się, że każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk znajduje tu swoje miejsce. Po fazie dramaturgicznego rozwinięcia następuje piękna finalizacja, która płynie korytem melodii i smutku. Nagranie wieńczy czterominutowa koda, która zdaje się konsumować urodę wszystkich poprzednich epizodów. Wstęp gitary i fletu, rozwinięcie w pełni kolektywne. Zróżnicowana dynamika i dużo emocji na ostatniej prostej.




Zwosch, Zwosch, Zwosch

Portugalskie spotkanie miało miejsce w sercu lizbońskiego lata roku 2021. Kameralne, strunowe (skrzypce i wiolonczela), ale pełne zaskakujących emocji, szczególnie dzięki bardzo aktywnej pracy perkusjonalisty, który nie stronił od rytmicznych, niekiedy całkiem dynamicznych akcji. Dodajmy, iż koncert jest nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym.

Już od startu perkusjonalista silnie akcentuje swoją obecność - zdaje się mieć w ręku mnóstwo przedmiotów, które jednocześnie wydają dźwięki, choćby miseczki wypełnione metalowymi kulkami. Wiolonczela budzi się do życia ze śpiewem na ustach, z kolei skrzypce naciągają wyjątkowo suche struny. Trochę akcji mechanicznych, garść rezonujących fraz i incydentalnie preparowane frazy ze strony każdego z muzyków. Perkusjonalista w tę różnorodną i wielogatunkową improwizację wkłada mnóstwo kreatywności, którą usytuować można w nieskończonych doświadczeniach free improv, z kolei skrzypek i wiolonczelista uzupełniają ów gatunkowy tygiel mnóstwem fraz post-barokowych, ale niekiedy wręcz bogactwem godnym renesansu. Narracja ma tu wiele faz, urokliwe skrzy się gęstymi porcjami ekspresji, innym razem chowa w ciszy i zdaje się wtedy produkować jeszcze piękniejsze frazy. Dużo mamy melodii, ale także zaskakujących sytuacji, gdy nagle wszystkie instrumenty brzmią niczym wataha dzikich perkusjonalii. Po 20 minucie napotykamy na szczególnie fascynujące wydarzenia – najpierw skrzypek i wiolonczelista siłują się ze strunowymi naciągami, a towarzyszy im nerwowy, szeleszczący perkusjonalista. Potem następuje skok w estetykę muzyki dawnej, bogaconej sekwencja gongów. Gdy cello niespodziewanie przechodzi w tryb pizzicato, improwizacja zaczyna nowe życie, przez moment stając się teatrem jednego aktora. Tuż potem, już w niedalekiej bliskości zakończenia, dostajemy porcję wyjątkowo pięknych, strunowych śpiewów, które doposaża w emocje niecierpliwy i znów niezwykle kreatywny perkusjonalista. Ta niebywała, choć jakże krótka podróż zwieńczona zostaje wspólnym, szczęśliwym dronowaniem.

 

Tom Jackson, Neil Metcalfe, Benedict Taylor & Daniel Thompson Hunt At The Brook with Neil Metcalfe (2CD 2023). Tom Jackson – klarnet, Neil Metcalfe – flet (tylko dysk drugi), Benedict Taylor – altówka oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Nagrane w Stamford Brook, Londyn, kwiecień 2019 (dysk pierwszy) i maj 2019 (dysk drugi). Łącznie dziesięć improwizacji, 97 minut.

Carlos Zingaro, Guilherme Rodrigues & José Oliveira Zwosch, Zwosch, Zwosch (CD 2023). Carlos Zíngaro – skrzypce, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz José Oliveira – instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, Festival DME - Lisboa Incomum, Lizbona, lipiec 2021. Jedna improwizacja, 32 minuty.

 

 


czwartek, 6 kwietnia 2023

The Rodrigues’ Family and their next story: Acoustic Reverb! Chaos! Kompositionen!


W pogoni za nowościami noga z gazu! Dziś sięgamy do przepastnego wora z nagraniami rodziny Rodrigues i zasłuchujemy się w trzech albumach, które zostały upublicznione wieki temu, czyli … minionej jesieni.

Najpierw rzecz niebywała – pięćdziesiąt osiem kompozycji na wiolonczelę solo, nagranych w obiektach sakralnych. Potem dwa kwartety - pierwszy portugalski, swobodnie improwizujący, drugi niemiecki, pichcący z mozołem cztery kompozycje własne artystów, które w realu brzmią oczywiście jak swobodne improwizacje nieskażone notacją graficzną. Ale szczegóły poniżej!



 

Acoustic Reverb

Wiosną, latem i wczesną jesienią ubiegłego roku Guilherme Rodrigues spacerował ze swoją wiolonczelą po berlińskich obiektach sakralnych, raz też … przycupnął w rzecznej barce. Rejestrował tam krótkie lub bardzo krótkie formy muzyczne, sycił się ich przestrzennym brzmieniem, transcendencją napotykanych miejsc i dźwięków, jakie generował. Na album wystrugał aż 58 takich miniatur. W ich trakcie zaprezentował wszelkie dostępne techniki gry na wiolonczeli, ale nade wszystko dbał o klimat, nastrój chwili, urodę pojedynczej frazy. Jego ponadgatunkowe inklinacje muzyczne są nam świetne znane, tu w wersji terenowej zdają się jeszcze uwypuklać artystyczną różnorodność Portugalczyka. Płyta jest stosunkowo długa i składa się niemal wyłącznie z narracji, które trwają mniej niż dwie minuty (tych niewiele dłuższych jest raptem dziewięć). Czasami bywają one urywane w pół słowa, ale koncepcja całości zdecydowanie wygrywa. Bo to nie zwyczajny koncert w obiekcie sakralnym, ale podróż, spacer, namysł na istotą piękna akustycznego brzmienia wiolonczeli.

Nie sposób pochylić recenzenckie pióro na każdym utworem tego albumu. Wskażmy zatem te najbardziej spektakularne. Już sam początek stawia nasze uszy do pionu – post-barokowe melodie, zgrzytające pulsacje arco & pizzicato, polerowanie pudła rezonansowego na połysk, a wszystko w żywej, niemal śpiewnej interakcji z echem. Muzyk pracuje na ogół medytacyjnie, ale nie brakuje mu rockowej pasji (utwór 4), w obrębie krótkiej konwencji potrafi budować zgrabną narrację ze strzępów dźwięku nadając im ciekawą formę (5), nie stroni od wyjątkowo smakowitych klimatów muzyki dawnej, ale filtrowanej współczesnymi technikami i indywidualną kreatywnością. Równie chętnie sięga po dźwięki preparowane, które zdają się przypominać otwieranie wielkich drzwi kościelnych (9). Czasami gwiżdże na wietrze (10), innym razem nuci melodie z domowego śpiewnika (11), łyka renesansowe frazy (14), czy też dyskutuje z przelatującymi ptakami (20). Gdy na moment przesiada się na barkę, brzmienie cello gubi przestrzeń, staje się matowe, mroczne, intrygująco niemelodyjne (28-31). W kolejnym kościele instrument znów zaskakuje swoim tembrem – zabrudzonym, surowym, jakby zakurzonym upływem czasu (32 i dalsze). W następnych miniaturach muzyk znów obdarza nas wyjątkowo urokliwymi foniami – jego smyczek tańczy i śpiewa (41), gubi drogę w mrokach muzyki dawnej (45), pnie się do samego nieba (47), tudzież zdaje się gwizdać na palcach i dociskanych do gryfu strunach (51). Swoją niebywałą podróż kończy wystudzonym strumieniem minimalistycznych, dogorywających dźwięków.



Chaos

W pierwszej dziś ekspozycji kwartowej znajdujemy rodzinę Rodrigues w Lizbonie, w towarzystwie kontrabasu i perkusjonalii. Spotkanie wydaje się nad wyraz ciekawe, nie pierwszy raz bowiem altowiolinista Ernesto i wiolonczelista Guilherme zdają się toczyć zaciekłe spory dramaturgiczne, sięgając po elementy, które łączą swobodną kameralistykę i post-jazz, zwłaszcza ten, który zgłasza inklinacje ku eskapadom free jazzowym. Naszym bohaterom w dziele kreacji na styku dwóch estetyk bardzo pomaga doskonały kontrabasista, Joao Madeira, który nieustanie stawia pytania o gatunkowe granice.

Pierwsze kilka improwizacji skonstruowanych jest w formie 4-5 minutowych opowieści. Muzycy budują tu narracje zarówno z zadziornych, preparowanych dźwięków, jak i cierpliwie cedzą czyste, bardziej delikatne frazy. Mamy zatem na scenie trzy kreatywne smyczki, które liczyć mogą w każdym momencie na wsparcie delikatnych perkusjonalii, niepozbawionych warstwy rytmicznej, ale nade wszystko ilustracyjnych. Muzycy nie silą się tu na żadne przystawki, od razu kreują umiarkowanie dynamiczną sytuację, są też w stanie w krótkim czasie uzyskać niemal post-industrialne brzmienie, które puentują potem sporą porcją melodii. W drugiej części improwizacja nabiera pewnej intrygującej taneczności, a frazy niebanalnej śpiewności. Kameralistyka buduje tu emocje, a akcenty post-jazzu udanie ją przyozdabiają. W trzeciej odsłonie dostajemy jeszcze elementy post-barokowe, upstrzone wieloma nerwowymi akcjami. Zaraz potem artyści biorą głęboki oddech i bawią się dźwiękami w okolicach ciszy. Preparowane i rezonujące frazy dość szybko dostają się we władanie dynamiki, choć całości bliżej do free chamber niż do jazzu. Piąta historia kontynuuje wątki, stawia też na działania w trybie call & responce. W szóstej części każdy ze smyczków zdaje się frazować w swoim indywidualnym stylu, a zwinne perkusjonalia kleją zwartą narrację w całość. Garść coraz większych emocji udanie podprowadza nas pod dwie ostanie improwizacje, które trwają na albumie zdecydowanie najdłużej. Pierwsza z nich budowana jest wieloma akcjami perkusjonalnymi, zarówno na werblu i talerzach, jak i gryfach instrumentów strunowych. Dobre tempa, oceany emocji, to prawdziwy hard-core chamber, także dzięki mnogości ostrych, zgrzytliwych zagrań ze strony każdego z muzyków! Ostatnia opowieść, to niemal trzecia część płyty i zdaje się reasumować wszelkie plany artystyczne, jakie mieli muzycy przystępując do nagrania. Nerwowe preparacje na starcie, wsparte na deep drummingu. Dynamika tym razem ściele się wedle reguły up & down. Mamy efektowne, post-jazzowe spowolnienie, potem festiwal kameralnych didaskalii. Równie urokliwa zdaje się być faza dronowego slow-motion. Na finał artyści puszczają wodze fantazji i szyją nam niemal free jazzową intrygę.  



 

Kompositionen

Drugi z dzisiejszych kwartetów ma zdecydowanie berliński wymiar. Familia Rodrigues zwiera tu szyki z muzykami niemieckimi - skrzypkiem Dietrichem Petzoldem i kontrabasistą Matthiasem Baurem. Tym razem na improwizowane spotkanie artyści zabrali ze sobą specjalnie przygotowane notacje graficzne, które w przypadku Niemców miały charakter dość precyzyjnie zaplanowanych kompozycji (szczególnie skrzypka), w przypadku zaś Portugalczyków raczej stanowiły scenariusz dla definitywnie kolektywnych improwizacji.

W notacji niemieckiego skrzypka mamy prawdziwy ład i porządek, który wszakże nie przeszkadza stymulowaniu wielu ekspresyjnych i emocjonalnych momentów. String Chamber Quartet in Dance! Post-barokowe śpiewy, stylowe preparacje, drobiazgi i niuanse, tak brzmieniowe, jak i dramaturgiczne, ale także masywne fale bystrych, kolektywnych pasaży. W dużej opozycji do pierwszego utworu zdaje się stać notacja portugalskiego altowiolinisty. Ma ona kilka faz, a zaczyna się plejadą nerwowych short-cuts, pełną akustycznych perełek. Potem artyści płyną długimi strumieniami dźwięków i podziwiają urodę głębokiej, górskiej doliny. Powrót do krótkich, urywanych fraz zdaje się mieć wymiar niemal taneczny. Kolejna, jakże subtelna faza utworu, to mikro dźwięki przypominające field recordings, które spuentowane zostają dynamicznym zakończeniem. Notacja wiolonczelisty z kolei stawia na urodę mrocznych, nisko osadzonych konfiguracji dźwiękowych. Posadowione blisko ciszy drobne zgrzyty, tudzież eksplozywne jęki i lamenty. Opowieść Guilherme ma też piękną, ekspresyjną kulminację, a jej zakończenie, to niemal post-romantyczna mantra tłumionych emocji. Finał albumu, to notacja kontrabasisty, która sprawia wrażenie konsumującej pomysły narracyjne wszystkich poprzednich części. Dobrze zaplanowana, dająca wszakże dużo przestrzeni na swobodną improwizację, zarówno kwartetową, jak i czynioną w podgrupach. Na starcie nerwowy zgiełk oczekiwania, potem kolektywny flow kontrapunktowany rozhuśtanymi frazami, dużo melodii i kilka precyzyjnie zadekretowanych restartów. Szczególnie urokliwy wydaje się moment głębokiego, kontrabasowego arco, jako zaczyn jednego z nich. Samo zakończenie tonie w emocjach, efektownie podsumowując ową notyfikowaną improwizację.

 

Guilherme Rodrigues Acoustic Reverb. 58 Compositions for Cello. Sound Investigation Process (Creative Sources, CD 2022). Guilherme Rodrigues – wiolonczela. Nagrane w Berlinie, pomiędzy majem, a październikiem 2022 roku. Łączny czas: 70 minut.

Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, João Madeira & José Oliveira Chaos (Creative Sources, CD 2022). Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, João Madeira – kontrabas oraz José Oliveira – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Lizbonie, wrzesień 2022 roku. Osiem improwizacji, 54 minuty.

Dietrich Petzold, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Matthias Bauer Kompositionen (Creative Sources, CD 2022). Kwartet dis/ con/ sent: Dietrich Petzold – skrzypce, altówka, głos, klawikord, Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Matthias Bauer – kontrabas. Nagrane w Berlinie, prawdopodobnie w roku 2022. Cztery kompozycje (graphic score) autorstwa każdego z muzyków, 46 minut.



 

wtorek, 21 lutego 2023

Gonçalo Mortágua, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Günter "Baby" Sommer as Not Bad!


Kontynuujemy przegląd nowości płytowych familii Rodrigues – ojca altowiolinisty i syna wiolonczelisty. Po wyśmienitym albumie popełnionym w towarzystwie Dirka Serriesa, dziś zaglądamy na kolejną intrygującą sesję nagraniową, podczas której kameralnie na ogół usposobieni Ernesto i Guilherme spotykają legendę niemieckiego free jazzu Güntera Sommera, a do kwartetu dobierają jeszcze portugalskiego tenorzystę, któremu do estetyki sławnego drummera niebywale blisko. Album dokumentujący sesję jest bardzo bogaty w wydarzenia, mieni się wszystkimi kolorami tęczy, ale bez dwóch zdań niesie spory ładunek prawdziwie free jazzowych emocji. Jak w tych gęstych okolicznościach narracyjnych radzą sobie nasi mistrzowie kameralnego minimalizmu? Oczywiście, doskonale! Zapraszamy na wnikliwy odsłuch i odczyt płyty nazwanej nieco przewrotnie Not Bad.



Otwarcie albumu ma charakter zdecydowanie rozpoznawczy, ale już po dwóch minutach swobodnej wymiany myśli, lepiona z długich i krótkich fraz opowieść nabiera rumieńców i pewnej meta taneczności. Tworzą ją jazzowo frazujący saksofon, perkusja zatopiona w rytmie i roztańczone, ekspresyjne strunowce. Druga narracja definitywnie przenosi nas już do świata rozśpiewanego, aylerowskiego free jazzu. Połamane rytmy, głęboki tembr tenoru, cello frazujące niczym kontrabas i viola w roli tej, której wolno tu wszystko. W trzeciej ekspozycji dynamika nagrania zostaje wyhamowana. Skrzypiące struny na otwarcie, zalotny flet i pulsujące dźwięki nieznanego przedmiotu w rękach perkusjonalisty. Opowieść o posmaku ethno rozwija się dość leniwie aż do ósmej minuty, gdy narracja zostaje oddana w ręce saksofonu i perkusji. W czwartej improwizacji muzycy bez zbędnych wstępów wpadają w ramiona roztańczonego free jazzu, dyktując sobie niezłe tempo dzięki pizzicato wiolonczeli. Narracja przez moment zdaje się tu delikatnie rozpływać w sennych marzeniach, ale to jedynie zmyślne podprowadzenie pod wielką kulminację, wieńczącą całą opowieść.

Piąta improwizacja także kipi energią, choć tworzy ją plejada drobnych, urywanych fraz. Okrzyki, strunowe preparacje i śpiew dęciaka - wszystko płynie tu w rytmie podyktowanym przez perkusję. W kolejnej opowieści powraca flet, który dyskutuje z ciszą i mikro frazami altówki. Cello & drums budzą się do życia po dwóch minutach. Ów nieco nerwowy chillout z czasem nabiera rumieńców i idealnie podprowadza nas pod dwie improwizacje w duetach. Pierwsza z nich w estetyce perkusjonalnej, kreowana jest przez skaczący po gryfie wiolonczeli smyczek oraz drumming po misach i talerzach. W drugim duecie altówka i saksofon jednoczą siły w zalotnie brzmiących, chwilami preparowanych dźwiękach.

Po kilku krótszych utworach na koniec albumu dostajemy bardziej rozbudowane w czasie ekspozycje. Dziewiąta część pisana jest wyjątkowo leniwą strugą dźwięków. Szeleszczące perkusjonalia, bezdźwięcznie szorowane struny, dęte odgłosy niczym kocie piski. Z czasem saksofon zaczyna budować matowe drony, a w tle pomagają mu rezonujące talerze. Piękna, smutna ballada! W dziesiątej opowieści nerw życia powraca – okrzyki i rwane frazy budowane metodą call & responce. Muzycy skaczą i śpiewają w rytmie perkusji, która zdobi improwizację także odcinkiem solowym. Wreszcie finałowa opowieść, która rozpoczyna się bardzo delikatnymi frazami, doposażonymi w sporą dawkę melodii. Przez moment narracja spoczywa na barkach wiolonczeli i altówki, potem ster przejmuje drummer, który kreuje gorące emocje i dyktuje niemal opętańcze tempo! Na samo zakończenie składają się tu dwa wątki – z jednej strony strunowe, niskie drony, z drugiej mantryczny drumming. Całość gaśnie w strumieniu szeleszczących perkusjonalii.

Gonçalo Mortágua, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Günter "Baby" Sommer Not Bad (Creative Sources, CD 2023). Gonçalo Mortágua – saksofon tenorowy, flet bambusowy, Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Günter "Baby" Sommer – instrumenty perkusyjne. Nagrane w czerwcu 2022 roku, Studio Zentri Fuge, Berlin. Jedenaście improwizacji, 72 minuty.



piątek, 17 lutego 2023

Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Nuno Torres & Dirk Serries in Brecht!


Wymieniona w tytule dzisiejszej opowieści trójka świetnie nam znanych Portugalczyków podróżowała ostatniej jesieni po Europie, w jej dalece centralnej części, prowadziła warsztaty i grała oczywiście koncerty. W trakcie tych ostatnich często dołączali do nich muzycy lokalni, tworząc intrygujące koincydencje personalne.

Artyści grali także w poznańskim Dragonie, gdzie wraz z Witoldem Oleszakiem i Michałem Giżyckim improwizowali aż w czterech setach, w każdym z nich niosąc publiczności niezmierzone połacie fonicznego szczęścia.

Kilka dni przed wizytą w Poznaniu familia Rodriguesów i Nuno Torres gościli w belgijskim Brechcie, gdzie zagrali smakowity set z Dirkiem Serriesem. Ów set został w niebywałym tempie wyprodukowany i już pod koniec starego roku upubliczniony w formie poręcznego dysku kompaktowego. Dziś z radością sprawdzamy jego zawartość.



 

Portugalsko-belgijska improwizacja składa się z kilkuminutowej uwertury, ponad 37-minutowej części głównej i ponad 10-minutowego encore. Już utwór otwarcia wiele nam mówi o tym, co wydarzy się dalej. Typowo minimalistyczna, niezwykle kameralna estetyka, jakiej hołdują na ogół Rodriguesowie w trakcie spotkania w Brechcie rzadko będzie dochodzić do głosu. Tu, ledwie po kilkudziesięciu sekundach wyciszonych i delikatnych dźwięków narracja nabiera dynamiki, stymulowana zarówno dętym preparacjami saksofonu, jak i gitarowymi riffami, dodatkowo wspierana także ognistymi frazami wiolonczeli. Separatywna na tym etapie postawa altówki, to jedynie zasłona dymna.

Set główny zaczyna się jednak za poziomie ciszy, a faza startu lepiona jest z drobnych, urywanych fraz, które wchodzą w leniwie interakcje. Na rozkołysany strumyk dźwięków składają się tu zarówno imitacyjne frazy strunowców, jak i wystudzone oddechy dęciaka. Wszystkie one jednak dość szybko znajdują wspólny język i formują się w zwartą narrację, która nabiera dramaturgicznego rozpędu. Dużo zdarzeń w jednostce czasu, niebanalna melodyka i zadziorne frazy niemal na każdym zakręcie, nie bez hałaśliwych zdobień. Intensywność improwizacji oczywiście faluje, a drobne fazy uspokojenia sycą się emocjami z gitarowych powtórzeń. Przejście do etapu obcowania z ciszą i drobnymi preparacjami, które płyną strumieniem zmysłowego call & responce, następuje po 12 minucie.  Opowieść jednak dość szybko powraca na bardziej dynamiczne tory i kłębi się od kolejnych emocji. Tym, który stara się porządkować połacie ekspresji zdaje się być teraz wiolonczelista i jego smukle pizzicato. Narracja skrzy się na każdym kroku brzmieniowymi wspaniałościami, a lokalnym szczytem jakości jest tu z pewnością krótki duet saksofonu i altówki. Po 18 minucie artyści wchodzą w stadium wyjątkowo urokliwego dark chamber - drony, westchnienia, przeciąganie liny i garść brudów z saksofonowej tuby. Gra na małe pola dość szybko implikuje nowe zaczepki, strzeliste riposty i dźwiękowy zew wiolonczeli, która podrywa kwartet do kolejnej efektownej przebieżki. Emocje wchodzą tu w stadium ekstremalnej hossy – repetycje, piłowania strun, foniczne cuda w tubie, a wszystko szorstkie, zgrzytliwe, nawet matowe w brzmieniu. Drobny oddech przydarza się muzykom dopiero po niemal dziesięciu minutach. Cello zaczyna śpiewać, altówka głęboko oddychać, a gitara i saksofon szukać w powtórzeniach natchnienia do szukania nowych rozwiązań. Narracja łapie prawie chill-outowy oddech i przechodzi w fazę preparowanych subtelności. Z czasem muzycy i ich rozkołysane dźwięki zaczynają rozkwitać, niczym bukiet wyjątkowo kłujących róż. Finał części głównej skrzy się od wyszukanych emocji – drobne melodie, piski i lamenty, stukot saksofonowych dysz, a nawet plama post-baroku.

Ostatni fragment koncertu zaczyna się w trybie dalece minimalistycznym. Mroczny suspens, oddech ciszy na plecach. Narracja toczy się leniwą strugą, ma silnie kameralny posmak, zdaje się być dalece lżejsza od poprzednich prac kwartetu. Wszystkie akcje znów jednak liczyć mogą na błyskotliwe reakcje, nie brakuje efektownych, hałaśliwych zgrzytów, choć czuć już w powietrzu, iż spektakl ma się ku końcowi. Strunowce gaworzą w podgrupach, a saksofon głęboko oddycha i też zdaje się tu być dalece filigranowym uczestnikiem gry. Nim improwizacja ostatecznie skona, artyści zafundują nam jeszcze dynamiczny zryw, którego efekty będą tłumić z nieskrywaną niechęcią.

 

Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Nuno Torres & Dirk Serries Brecht (Creative Sources, CD 2022). Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Nuno Torres – saksofon altowy oraz Dirk Serries – gitara akustyczna (archtop). Nagranie koncertowe, listopad 2022, Oude Klooster, Brecht, Belgia. Trzy improwizacje, 51 minut.



wtorek, 3 stycznia 2023

Spontaneous Live Series 009-011: sweet memories from 5th Spontaneous Music Festival 2021!


Pośród jedenastu setów Spontanicznego Festiwalu roku 2021 cztery wydały się szczególnie intrygujące już w momencie obcowania z nimi na żywo. Po żmudnym procesie decyzyjnym, poprzedzonym bezkrwawymi konsultacjami społecznymi, zostały one ostatecznie wybrane i skierowane do produkcji. W trakcie ostatniej edycji spędu miłośników wolnej improwizacji trzy albumy z owymi czterema setami miały swoją światową premierę. Dziś zaglądamy do środka każdej z szarych kopert z niemal bliźniaczymi napisami i sprawdzamy, jakie dźwięki zostały wygrawerowane na czarnych od smoły dyskach kompaktowych.



 

Spontaneous Live Series 009: Guilherme Rodrigues's Spontaneous Ensemble and Trio

Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Marcelo Dos Reis – gitara elektryczna (utwór 1), gitara akustyczna (2, 3), Anna Jędrzejewska - elektronika (1), fortepian (2, 3), Wojtek Kurek - perkusja (1), Witold Oleszak - fortepian (1), Paweł Doskocz – gitara elektryczna (1), Michał Giżycki – klarnet basowy (1) oraz Ostap Mańko - skrzypce (1). Trzy improwizacje, 58:39.

Na początek oktet! Wiolonczela wybija inicjacyjny rytm, elektronika wysyła wilgotne fale, struny skrzypiec i tuba klarnetu oddychają, coś rezonuje, a drobiny prądu elektrycznego snują się po gryfach gitar – plejada drobnych, rwanych fraz zaczyna formować się w strumień powolnej narracji bez zbędnej zwłoki. Pierwsze preparowane dźwięki śle piano, skrzypce mimowolnie śpiewają, a coraz więcej akcji może liczyć na bystre reakcje. Jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki narracja nadyma się zimnym powietrzem, co zdaje się zwiastować pierwszą burzę tego wieczoru. Kulminacja jest jednak pozorna, muzycy czuwają bowiem kolektywnie nad poziomem emocji. Strumień żywych dźwięków skrzy się coraz większą liczbą preparowanych fraz, podczas gdy elektronika buduje echo, stoi w miejscu i szeleści. Każdy z instrumentów zdaje się teraz szukać dla siebie właściwego pasma transmisji dźwięku. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty improwizacja przypomina małe crescendo, którego końcową fazę zdobi pierwsza bardziej aktywna akcja perkusisty. Flow pnie się jednak dalej ku górze – cello śpiewa pod smyczkiem, gitary atakują ogniem rozproszonym i dopiero zdecydowania reakcja piana sprawia, że narracja wchodzi w długo oczekiwaną fazę wytłumienia. Kameralny klimat łapania oddechu dość niespodziewanie nabiera tu filigranowego rytmu. Strunowce repetują, gitary sieją mały zamęt, a drummer tyczy dalszy szlak podróży. Jeszcze tylko kilka mocniejszych uderzeń w klawiaturę i narracja długo przed upływem dwudziestej minuty wpada w kompulsywny free jazz. Dziki taniec trwa tu kilka minut, a tym, który gasi ów urokliwy pożar jest aktywny dramaturgicznie pianista. Faza uspokojenia koncertuje się teraz na frazach preparowanych i ekspozycjach dronowych. Z jednej strony krótkie, rwane półdźwięki, z drugiej oddech backgroundu, który wydaje się lepki od potu. Po niedługim czasie narracja znów zdaje się nabierać powietrza w płuca. Strunowe riffy i klarnetowe podmuchy piętrzą się dłuższą chwilę, po czym, jakby bez walki poddają się dominacji gitary, która sprytnie gasi emocje. Improwizacja zdecydowanie wchodzi teraz w fazę przedfinałowych pulsacji i dramaturgicznych rozterek. Mniej lub bardziej skondensowane porcje dźwięków, z gitarami na czele pochodu, dość szybko znajdują końcową ciszę.

A teraz trio! Otwarcie spoczywa na barkach wiolonczeli, która sprytnie nawiązuje do klimatu poprzedniego seta. Tymczasem gitara stoi w blokach startowych, a piano stawia na minimalizm. Wzajemne szukanie się artystów na scenie nie trwa jednak zbyt długo. Kameralna nieśpieszność dodaje uroku, ale nie odbiera szansy na budowanie czegoś bardziej interaktywnego. Nim to jednak nastąpi, muzycy proponują garść preparowanych, łamanych kołem zębatym dźwięków, pełnych rezonansu i strunowych westchnień, które definitywnie zdobią opowieść, a może i cały dysk. Sygnał do budowania bardziej zwartej narracji daje tu pianistka, która powtarza kilka fraz. Potem buduje flow na klawiaturze, pod który podłączają się rozśpiewane cello i gitara, która szuka rytmu. Wszyscy idą teraz na szczyt, który osiągają w okolicach dziesiątej minuty. Przez moment każdy instrument wydaje się tu być zbrojnym ramieniem perkusji. Uspokojenie realizuje się w chmurze mglistych i szeleszczących dźwięków, usytuowanych w bezpośredniej bliskości ciszy. Nowy wątek improwizacji klecony jest z drobnych interakcji, które w mgnieniu oka formują się w całkiem efektowną kulminację. Dynamika, świetne reakcje, klimat gitarowego post-flamenco – ogień ekspresji króluje na scenie do końca siedemnastej minuty, po czym gaśnie wprost w ramiona post-klasycznych, pięknych fraz ze strony każdego instrumentu. Nim improwizacja dokona swojego żywota, wiolonczelista zejdzie jeszcze nisko na kolanach, a pianistka odnajdzie na klawiaturze kilka jakże adekwatnych sekwencji. Dogrywka tria trwa niecałe pięć minut budując piękne, melodyjne emocje jakby mimochodem. Wiolonczela śpiewa, a piano preparuje lub pracuje na klawiaturze, wszystko czyniąc w duchu kompulsywnego minimalizmu. Z kolei gitara dba o dramaturgię, kąsa rockowym nerwem i koncertuje się na warstwie rytmicznej tej jakże piosenkowej improwizacji. Ów nieco zaskakujący finał zdaje się urokliwie reasumować wyczyny muzyków w trakcie całego albumu.



 

Spontaneous Live Series 010: Matthias Müller, Witold Oleszak, Peter Orins, Paulina Owczarek

Paulina Owczarek – saksofon altowy, Matthias Müller – puzon, Witold Oleszak – fortepian oraz Peter Orins – perkusja, instrumenty perkusyjne. Dwie improwizacje, 40:50.

Najpierw set zasadniczy! Mała, leniwa gra rozpoznawcza – dęte szumy, półśpiewy, gołe struny piana i szemrzące przedmioty na werblu – nie trwa tu zbyt długo. Muzycy czują zew, znają się w podgrupach, choć w kwartecie tracą właśnie dziewictwo. Już po czterech minutach dęte stwory zaczynają kręcić skromne pętle post-jazzu, a perkusja i piano rozbudowują się na backgroundzie. Kompatybilna i kolektywna improwizacja ma tu swoje drobne incydenty indywidualne – raz puzon idzie na wzgórze, innym razem alt rozdmuchuje duszne powietrze sali koncertowej, z kolei piano błyszczy matowymi strunami, a perkusjonalne akcesoria rezonują. Każda minuta zdaje się tu przemycać magiczne drobiazgi, chwile akustycznych uniesień. Całość nabiera pewnej meta dynamiki po przekroczeniu dziesiątej minuty. Kreacja dramaturgii idzie tu ze strony piana i perkusji, z kolei dęte stawiają stemple czułości i emocjonalnych onomatopei. Narracja nieco tanecznym krokiem wspina się na wzgórze, na które dociera w okolicach 17 minuty. Bierze wtedy głęboki oddech dzięki ciężkiej pracy rezonującego talerza. Nowy wątek inicjuje puzon, a w dziele kreacji wspierają go szczoteczki perkusji i garść matowych, tajemniczych fraz z głębi fortepianowego oceanu. Gra toczy się teraz na mikro frazy – ledwie muskane młoteczki, głaskane dysze, nano-perkusjonalia, szumy i puste westchnienia. Bliskie spotkanie z ciszą inicjuje pianista, reszta stąpa na palcach, pełna strachu przed wydaniem dźwięku. Improwizacja zaczyna wykluwać się z mroku w okolicach 25 minuty. Subtelna dynamika idzie od strony perkusji. Każdy instrument zdaje się tu mieć własne tempo, ale cztery strumienie fonii kleją się do siebie perfekcyjnie. Pierwszy do lotu wzbija się tu puzon. Alt śpiewa, piano stawia na dynamikę, a perkusja na intensywność. Brama ekspresyjnego free jazzu została właśnie otwarta! Tymczasem improwizacja zaskakująco przybiera postać dętego duetu. Perkusista po chwili wraca na samych talerzach, z kolei pianista drży głębią pudła rezonansowego. Opowieść nie szuka już jednak emocji, powoli układa się do snu. Umiera na samej klawiaturze, tulona szumiącą tubą altu i drżeniem werbla.

A teraz encore! Taniec short-cuts, niczym Jezioro Łabędzie po kilku głębszych! Wszystko zaziębia się w mgnieniu oka – subtelności mikro preparacji, ciepło klawiatury, garść emocji na werblu i w tubach. Artyści w pośpiechu szukają kantów i zadziornych fraz, gęstnieją jak na zawołanie. Kręcą finałową pętlę, sycąc ją ognistymi płomieniami. Melodie, powtórzenia, rytm i nieskończone połacie emocji. Free jazzowa kipiel zakończenia zostaje ugaszona jednym spojrzeniem.



 

Spontaneous Live Series 011: Superimpose with Witold Oleszak and Marcelo dos Reis

Matthias Müller – puzon, Christian Marien – perkusja, instrumenty perkusyjne, Witold Oleszak - fortepian (od 21:12) oraz Marcelo dos Reis – gitara elektryczna (od 21:12). Dwie improwizacje, 40:11.

Set główny, w połowie którego duet staje się kwartetem! Pierwsze minuty koncertu, to prawdziwa mantra minimalizmu. Najpierw samotna stopa na bębnie basowym – bije jednostajny, powolny rytm, wypełniony kilogramami ciszy. Pierwsze oddechy puzonu następują po upływie półtorej minuty. Wtedy to perkusja dokłada kilka dodatkowych mikro fraz. Narracja z czasem nabiera powietrza, a może je tylko wypuszcza puzonowymi wentylami. Wieje umiarkowany wiatr, delikatnie kropi deszcz. Po upływie 5 minuty puzonista rozpoczyna bardziej zwartą, po części dronową ekspozycję. Podobnie rzecz ma się z perkusistą, który poleruje glazurę werbla … kostką styropianu. Po kolejnych trzech minutach artyści na moment stają w zupełnej ciszy, po czym rozpoczynają budować nowy wątek. Długie wydechy, skromny drumming, kłębowisko kurzu, tupot mew o pusty pokład. Opowieść nabiera jednak pewnej wewnętrznej dynamiki, przypomina teraz parowóz, który sapie na podjeździe. Po kolejnych kilku minutach flow znów szuka ciszy i przechodzi w fazę obustronnych preparacji - hydraulika, wulkanizacja, chmury rezonującej blachy i metalu. Narracja z oporami pnie się jednak ku górze – w tubie puzonu zagnieździł się jakiś ptak, na werblu piszczą tajemnicze przedmioty. Nim muzycy osiągną szczyt, wydadzą jeszcze z siebie kilka kompulsywnych okrzyków, które przypominają syrenę alarmową, po czym wejdą w tryb pełnowymiarowej narracji. W okolicach 20 minuty przestępują do fazy dramaturgicznego spowolnienia, która z pewnością jest już próbą przygotowania się dwójki muzyków na wizytę gości na scenie. Gitarzysta i pianista wchodzą w suchą magmę narracji i wydają kilka nieśmiałych dźwięków. Gitara dudni, śle garść flażoletów, piano liczy struny, a gospodarze spektaklu głęboko oddychają i szeleszczą. Po wybiciu 25 minuty cała czwórka bierze się do roboty! Pianista szarpie za struny, ale nie zapomina o klawiaturze, gitarzysta preparuje, ale łaknie też bazy dla rozwoju bardziej linearnej opowieści, puzonista wypatruje melodii i wydaje się być na delikatnym rozdrożu, z kolei perkusista preparuje i w ślad za gitarzystą szuka podwalin pod bardziej rytmiczną opowieść. Gdy puzon w końcu decyduje się na bardziej energiczny ruch, improwizacja od razu dostaje wiatru w żagle. Muzycy dynamizują swoje działania, ale nie idą na szczyt. Każdy dokłada teraz od siebie ziarenko złota, a całość efektownie wpada w polirytmię. Śpiewy, westchnienia, meta dynamiczne sploty zdarzeń sięgają narracyjnego punktu przegięcia, po czym wyjątkowo efektownie gasną w ciszy.

No i encore! Na początek plejada drobnych, klawiszowych fraz, które płyną dość matowym strumieniem. Gitarzysta szoruje struny, perkusista kłębi się w sobie, a puzonista po chwili zawahania zanosi się śmiechem i podrywa kolegów do lotu. Opowieść gęstnieje w ułamku sekundy, rysując połamane, kanciaste bohomazy ekspresji. Potem formuje się w taneczny szyk i jeszcze przed upływem szóstej minuty, bystrym cięciem skalpela, wpada wprost w burzę oklasków.

 

Wszystkie dźwięki zostały zarejestrowane w dniach 1-3 października 2021, w trakcie piątej edycji Spontaneous Music Festival, Dragon Social Club, Poznań, Polska. Wszystkie płyty dostępne są w formacie CD, Spontaneous Music Tribune, 2022.



czwartek, 13 października 2022

Jesienne premiery płytowe Spontaneous Live Series!


(informacja prasowa)


Szósty Spontaneous Music Festival zakończył się w poznańskim Dragonie w minioną sobotę. W jego trakcie, zgodnie już z kilkuletnią tradycją, miała miejsce światowa premiera nowych albumów w ramach cyklu „Spontaneous Live Series”. Ta seria wydawnicza z muzyką improwizowaną dokumentuje koncerty, jakie odbyły się w trakcie kolejnych edycjach wspomnianego festiwalu. Skoro zakończyliśmy właśnie edycję anno domini 2022, to na płytach cyklu swą premierę miały nagrania z roku poprzedniego, zatem powstałe w trakcie „Are You Spontaneous? 5. Spontaneous Music Festival 2021”.

Na trzech wolumenach - 009, 010 i 011 - znalazły się cztery sety ubiegłorocznego festiwalu. Czy najlepsze, najciekawsze, to już subiektywna ocena publiczności. W opinii wszakże wydawcy i współtwórcy Festiwalu, na płytach słyszymy właśnie to, co na deskach Dragona było najbardziej frapujące, godne uwagi i upamiętnienia na trwałym nośniku.

Co dokładnie działo się na trakcie owych czterech setów, które miały miejsce od 1 do 3 października 2021 roku i utrwaliły się na najnowszych płytach „Spontaneous Live Series”, przypomnimy sobie sięgając po festiwalową relację sprzed roku, zamieszczoną zarówno na łamach Jazzarium.pl, jak i Trybuny Muzyki Spontanicznej.  



 

Spontaneous Live Series 009

Dziewiąty album serii zawiera dwa festiwalowe sety. W pierwszej kolejności, to ponad półgodzinny występ Spontaneous Ensemble w składzie: Guilherme Rodrigues (wiolonczela), Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna), Anna Jędrzejewska (elektronika), Wojtek Kurek (perkusja), Witold Oleszak (fortepian), Paweł Doskocz (gitara elektryczna), Michał Giżycki (klarnet basowy) oraz Ostap Mańko (skrzypce). Na krążku znajdujemy także set tria, uformowanego przez muzyków współtworzących wyżej wspomniany oktet: Guilherme Rodriguesa (wiolonczela), Marcelo Dos Reisa (gitara akustyczna) oraz Annę Jędrzejewską (fortepian).

„Muzycy nie korzystali (…) z jakichkolwiek notacji, powiedzieli do siebie ledwie kilka słów przed występem. Sam Guilherme w zasadzie wskazał tylko na jeden ważny aspekt luźno zaplanowanej improwizacji – wszyscy mamy się intensywnie słuchać! Efekt był wszakże wspaniały. Ośmioro muzyków grało wedle wewnętrznego porządku, nigdzie niezapisanego - dźwięki płynęły gęstym strumieniem prosto z ich zwojów mózgowych, splecionych niebywale intensywną, artystyczną empatią. Improwizacja początkowo stawiała na kameralne frazy, na pewien minimalizm, ale wielokrotnie w trakcie 35-minutowego seta uciekała w efektowne, gorące, niemal ogniste erupcje emocji. (…) Trio zaprowadziło nas do krainy zmysłowej free chamber music (…). Mistrzowska dramaturgia, fantastyczne, akustyczne brzmienia, no i ten błysk narracyjnej perfekcji, szczególnie ze strony pianistki.”



 

Spontaneous Live Series 010

„Festiwalowa sobota zaczęła się od trzęsienia ziemi, a potem było jeszcze goręcej. Wedle spontanicznych reguł tej imprezy – najpierw składy „ad hoc”, a zatem złożone z muzyków, którzy grali ze sobą po raz pierwszy. Na początek taki oto kwartet - Paulina Owczarek na saksofonie altowym, Peter Orins na perkusji, Matthias Müller na puzonie i Witold Oleszak na fortepianie. Muzycy ci znają się dobrze, grali ze sobą w kilku układach duetowych, ale nigdy w takim kwartecie. Koncert wyniósł publiczność do samego nieba swoją swobodną, kosmicznie rozhulaną improwizacją. Co najbardziej intrygujące, szczególnie zazębiające się akcje biegły wprost od dwójki muzyków, którzy spotkali się na scenie z pewnością po raz pierwszy – od perkusisty i pianisty.”

 


Spontaneous Live Series 011

„Finał piątego spontanicznego festu zaczął się tuż przed godziną 22-ą czasu środkowoeuropejskiego. Na scenie świętujący swoje 15-lecie duet Superimpose - Matthias Müller (puzon) oraz Christian Marien (perkusja). Bijąca stopa bębna basowego, pierwsze pomruki buchającego zimnym powietrzem puzonu. Narracja budowana niczym piramida kart, wymagająca ogromnej precyzji, ale nienarażona na katastrofę. Po 20-25 minutach, w trakcie trwającej nieprzerwanie improwizacji, niemal niespostrzeżenie do duetu dołączyli - Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna) oraz Witold Oleszak (perkusja). Dwaj ostatni weszli do świata Superimpose, jakby byli jego częścią całe piętnaście lat, a może i dłużej. Przynieśli dodatkową porcję własnych dźwięków, o niemal metafizycznej kruchości, ale definitywnie nieśmiertelnych. Wspaniały koncert, gigantyczne zwieńczenie trzech dni ciężkiej pracy, po obu stronach sceny.”

 

Wydawcą cyklu „Spontaneous Live Series” jest Trybuna Muzyki Spontanicznej. Wszystkie albumy ukazują się w formie tłoczonych w regularny sposób CD.

Wszystkie krążki są dostępne. Zapytaj wydawcę, nawet na tej stronie!



 

piątek, 19 sierpnia 2022

The Rodrigues Family and the fresh fruits: Hunter Underwater! The Sage Flower! Wild Elegy! Quelque chose prie la patience des nuages! Sans oublier les arbres!


Nagrania portugalskiej rodziny Rodrigues (ojca Ernesto, altowiolinisty i syna Guilherme, wiolonczelisty) staramy się na Trybunie śledzić na bieżąco. W czasach wszakże gigantycznej nadprodukcji dźwięków (także tych muzyków), nie możemy zapewnić, iż w tym dziele jesteśmy szczególnie skrupulatni. Bywa, że niektóre tytuły pozostają bez komentarza Pana Redaktora. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego!

Dziś sięgamy po pięć najnowszych pozycji, jakie dostępne są na bandcampie syna (poza jedną pozycją, wszystkie na poręcznych kompaktach, firmowanych oczywiście przez Creative Sources). Na dwóch pierwszych albumach usłyszymy tylko syna, w trzech kolejnych będzie obecny także ojciec. Dodajmy, iż jak na kanony gatunkowe rodziny (minimalistyczna, swobodna improwizacja na instrumenty strunowe z dodatkami) obecny zestaw nowości charakteryzuje się dużym rozstrzałem stylistycznym. Zaczniemy kwartetem … wiolonczeli, potem duet wiolonczeli z gitarą, kwartet z instrumentami blaszanymi, kwintet z klarnetem i fortepianem, wspartymi elektroniką, a na koniec trio z tymże samym klarnetem. Wśród współuczestników improwizowanych sesji m.in. nasi ulubieńcy – Dirk Serries i Matthias Müller!



 

Guilherme Rodrigues, Gábor Hartyáni, Guido Kohn & Hui-Chun Lin  Hunter Underwater

Kühlspot Social Club, Berlin, 14 sierpnia 2021; Guilherme Rodrigues, Gábor Hartyáni, Guido Kohn oraz Hui-Chun Lin – wszyscy wiolonczele. Jedna improwizacja, 34 minuty.

Na starcie spektaklu muzycy rozciągają struny, sprawdzają naciągi smyczków i łypią na siebie spode łba. Leniwie, acz nerwowo przebierając nogami, budują strzępy narracji, zarówno frazami czystymi, jak i zabrudzonymi. Płyną pod prąd niczym zagubieni kameraliści w leśnym gąszczu swobodnej improwizacji. Spory suspens kreowany jest tu przez rozległą plejadę short-cuts, w improwizacji nie brakuje jednak przeciągłych, dłuższych fraz. W tyglu zdarzeń odnajdujemy dźwięki preparowane, dźwięki pełne rzewnej melodyki, te płynące pod górę i te zsuwające się z niej, rozhuśtane i bolesne, zawsze jednak realizowane kolektywnie, na ogół w sposób ekspresyjny – so, what ever you want! Pierwsze zejście w pobliże ciszy ma miejsce już po siódmej minucie. Mroczny post-barok, szorowanie glazury pudeł rezonansowych i martwe oddechy wystudzonych strun. Ale i tu odnotowujemy dużą zmienność akcji, także wątki, które muzycy porzucają już po kilka sekwencjach.

Po raz kolejny mroczny nastrój dopada muzyków w okolicach czternastej minuty. Po niedługiej chwili zaczynają kreować nowy wątek przy samej podłodze, budują uroczą pajęczynę subtelnych, niemal filigranowych dźwięków. Emocje wszakże rosną – ciężki post-barok lepi się tu do akustycznych przesterów. Na scenie cztery wiolonczele, ale metod frazowania naliczylibyśmy tysiące! Wraz z wybiciem dwudziestej czwartej minuty muzycy tłumią się bardziej zdecydowanie, jakby niektórzy z nich zaczynali myśleć o przedwczesnej finalizacji. Beauty game of minimal near silence! Rozhuśtane, lekko upalone frazy serwowane są teraz w formie pytań i odpowiedzi. Z czasem na gryfach wiolonczel pojawia się więcej dźwięków preparowanych. Smyczki schodzą do samej ziemi i budują zmysłowe drony. Samo zakończenie kipi od emocji, jakby koniec spektaklu wcale nie musiał nastąpić wraz z końcem trzydziestej czwartej minuty.



 

Guilherme Rodrigues & Dirk Serries  The Sage Flower

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht/ Bruksela, 13 marca 2022; Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Dirk Serries – gitara (archtop). Jedenaście improwizacji, 44 i pół minuty.

Muzycy przygotowali tu dla nas jedenaście kompaktowych rozmiarów improwizacji. W każdej z nich decydują się na inne techniki wydobywania dźwięku, ale w obrębie tej samej odsłony starają się stosować podobne metody i generować narracje, którym niedaleko do zdarzeń imitacyjnych. W utworach pierwszym i ósmym artyści mają w dłoniach smyczki i budują płynną, na poły ambientową narrację dronową. Niedaleko jest im wtedy do ciszy, a jakość samej ekspozycji karze stawiać te dwie improwizacje na czele orszaku najbardziej udanych momentów nagrania. Z kolei druga, trzecia, piąta i dziewiąta opowieść mają w obie dużo progresywnej mechaniki – uderzania w struny, ich rozciągania, ugniatania i dewastowania, innymi słowy - sprawiania, by dźwięki instrumentów brzmiały nad wyraz boleśnie. Agresywne, kanciaste frazy tworzą tu urokliwy bałagan akustyczny, a nieustanne preparowanie dźwięków budzi niekiedy post-industrialne skojarzenia. Inaczej rzecz się ma w czwartej części – tu króluje minimalizm, cisza i pojedynczy dźwięk, który zawsze jej reakcją na dźwięk partnera.

W szóstej części muzyków rozpiera kameralny temperament. Najpierw głęboko barokowe cello, potem gitara, która efektownie szeleści. W siódmej części pachnie bluesem, który nie znajduje jednak drogi wyjścia. Z kolei w części dziesiątej struny obu instrumentów wydają się być wyjątkowo grube, tłuste, nasiąknięte smarem. Dźwięki nadymają się suchym powietrzem i zaczynają być agresywne. Emocje skaczą teraz ku górze, a pióro recenzenta wraz z nimi. Finałowa narracja winna gasić rozbudzone namiętności i tak dzieje się w rzeczy samej. Muzycy ślą sobie wzajemnie imitacyjne riffy, przedzielane warstwami ciszy. Cello zdaje się bezcześcić idee chamber, gitara bluzga rockowymi smugami cienia.

 


Ernesto Rodrigues, Brad Henkel, Guilherme Rodrigues & Matthias Müller  Wild Elegy (DL)

Berlin, 15 maja 2021; Ernesto Rodrigues – altówka, Brad Henkel – trąbka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Matthias Müller – puzon. Cztery improwizacje, 57 minut.

Blisko godzinny zapis dźwiękowy portugalsko-niemieckiego meetingu, który urokliwie sytuuje strunowe frazy w obliczu blaszanych podmuchów zimnego powietrza, to z pewnością crème de la crème dzisiejszego zestawu nowości. Muzycy w tej konfiguracji spotkają się ze sobą chyba po raz pierwszy, zatem faza inicjacji improwizacji jest dość rozbudowana, a koncentruje się na wnikliwej analizie potencjału i budowaniu narracji z drobnych strzępów fonii. Wspomniana faza nie trwa jednak zbyt długo, albowiem muzycy bardzo szybko znajdują wspólny język i brną do przodu head to head, popadając w całkiem intensywne interakcje. W trakcie rozbudowanej czasowo improwizacji otwarcia flow oczywiście faluje niczym wzburzone fale oceanu, sięga ciszy, by po niedługim czasie grzmieć nerwowymi frazami, ale w każdej z tych inkarnacji artyści plotą niemal wyłącznie doskonałe intrygi. Łączą się w drony, szepczą po kątach, strzygą uszami, ale nie stronią też od śpiewnych potoków dźwiękowych. Na sam finał serwują nam kilka sesji pytań i odpowiedzi, dzięki którym poziom emocji sięga tu realnego nieba.

Druga, najkrótsza odsłona, to garść jakże efektownych drobiazgów. Piękne, szeleszczące drony blaszanych i strunowe zdobienia. Całość narracji zdaje się tu przypominać wielkie crescendo czynione na wydechu i melodyjnie stłumione. Początek kolejnej improwizacji, to niemal wyłącznie bezdźwięczne szumy, kreowane zarówno pracą wentyli, jak i dociskaniem strun do gryfów. Znów sporo tu zabawy z ciszą i kreowania opowieści w najdrobniejszych szczegółach. Z jednej strony wentylowa mechanika, z drugiej small talks strun nie bez śpiewnych ornamentów. Kolektywne riffy i kameralne westchnienia, post-jazzowe nerwy i kilka smukłych dronów. Emocje płyną tu zarówno ze świetnej dramaturgii, jak i perfekcyjnego brzmienia nawet pojedynczych fraz. Czwarta, finałowa opowieść zdaje się kontynuować wspaniałości swych poprzedniczek. Free chamber upside down z incydentalnymi eksplozjami ekspresji. Frazy długie i krótkie, mozolne drony i zwiewne meta melodie. Rozbujana narracja, która mogłaby nie mieć końca. Falowanie i spadanie, trębackie śpiewy i strunowe repetycje.



 

Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Bruno Parrinha, Luisa Gonçalves & Carlos Santos  Quelque chose prie la patience des nuages

Beach House, Praia das Maçãs, Colares, 16 stycznia 2022; Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Bruno Parrinha – klarnet basowy, Luisa Gonçalves – fortepian oraz Carlos Santos – elektronika. Dwie improwizacje, 43 i pół minuty.

Stuprocentowo portugalski kwintet zaprasza nas na wyjątkowo minimalistyczną podróż z grubymi plastrami ciszy na ramieniu każdego z artystów. Improwizacja od startu do mety zdaje się tu być lekka jak puch, ale jednocześnie mroczna i tajemnicza. Swoją hiperboliczną nieintensywnością przypomina duetowe medytacje brytyjskiego AMM. Dwa instrumenty strunowe sycą narrację zarówno intrygami, jak i delikatnymi ornamentami, klarnet basowy pozostaje na uboczu i przyjmuje najczęściej rolę komentatora wydarzeń, z kolei elektronika definitywnie koncentruje się na budowaniu tła tej suspended story, w każdym wszakże momencie dostarczając porcję dźwięków idealnie wpasowujących się w akustyczne frazy. Prawdziwą królową tej gry ogłosić trzeba jednak pianistkę, która w minimalistycznym środowisku rodziny Rodrigues czuje się jak ryba w wodzie. Frazuje na miliony sposobów, zawsze idealnie wpisując się w tryb danej fazy improwizacji.

Free chamber wprost z głuchej krypty toczy się tu wyjątkowo spokojnie, by nie rzec leniwie. Każdy dźwięk cedzony jest przez zęby, nic nie dzieje się bez odpowiednich przygotowań, wszystko czynione jest w należytym skupieniu. W połowie każdej z ponad dwudziestominutowych improwizacji muzycy sugerują nam, iż w niedalekiej przyszłości planowana jest intensyfikacja działań dźwiękowych. W pierwszej części na deklaracji się kończy, w drugiej artyści rzeczywiście przez kilka długich chwil zdają się generować swoje dźwięki nieco bardziej energicznie. To swoiste zagęszczenie ściegu idzie na wprost z aktywności Rodriguesów. Powrót do trybu minimalistycznego następuje jednak dość szybko, co stwarza nowe przestrzenie dla rosnącej kreatywności pianistki, która rządzi i dzieli w trakcie ostatnich minut nagrania. Przez moment można odnieść wrażenie, że samo zakończenie spektaklu mgły i ciszy przyniesie nam kilka bardziej ekspresyjnych fraz, ale okazuje się, że to jedynie wiatr hula za oknem.



 

Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Bruno Parrinha  Sans oublier les arbres

Porto Côvo, Portugalia, 15 stycznia 2022; Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Bruno Parrinha – klarnet altowy, klarnet i klarnet basowy. Trzy improwizacje, 37 minut.

Zaprezentowany chwilę wcześniej kwintet kroimy do rozmiarów tria i cofamy się w czasie o … jeden dzień. Dwa instrumenty strunowe i klarnet (w każdej improwizacji inny) prowadzą nas teraz z dala od kompulsywnego minimalizmu edycji kwintetowej, serwując więcej emocji i sprawiając, iż oniryczne wytłumienie mija jak zły sen. Sam początek nie zwiastuje jednak nadmiernych eskalacji, toczy się przy dźwiękach miasta i posuwistych long-cuts każdego z muzyków. Aura zdaje się być dalece mroczna, ale dźwiękowe przebiegi trudno nazwać minimalistycznymi. Kilka melodyjnych fraz, kilka mrugnięć okiem w kierunku ciszy, garść szumów, tudzież drobnych incydentów mechanicznych na gryfach. Narracja zmysłowo się kołysze, a jej pierwsza odsłona umiera przy uroczych, post-barokowych frazach wiolonczeli.

Z kolei druga improwizacja zaczyna się na poziomie ciszy i początkowo klei się z drobnych, niedopowiedzianych fraz. Tym, który stara się tu o należytą dawkę emocji jest zalotny klarnet. Mimowolnie śpiewa, zachęcając strunowce do bardziej melodyjnych wynurzeń. Poziom interakcji rośnie, a każde zadane pytanie może liczyć na wyczerpującą odpowiedź. Opowieść skrzy się brzmieniowymi detalami, a na jej końcu czeka nas jeszcze efektowne spiętrzenie. Ostatnia improwizacja zdaje się być budowana z pewnym zamysłem dramaturgicznym. Subtelne drony (także klarnetu basowego!) i tłuste plastry ciszy. Narracja z mozołem pnie się ku górze i konsumuje wszystkie dźwięki jednym strumieniem fonii. Nim dobije do stacji końcowej podeśle nam jeszcze garść szumów, podmuchów i mikro zdarzeń perkusjonalnych, a także plamy post-baroku i drobne preparacje.