Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christine Abdelnour. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christine Abdelnour. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lutego 2026

Magda Mayas' Filamental in Murmur!


Oktet berlińskiej pianistki Magdy Mayas powraca! To trzecie ujawnienie formacji złożonej z sześciu instrumentów strunowych (w tym inside piano) i dwóch dętych.

Artyści tworzący Filamental muzykują/ improwizują mając przed obliczem swej nieograniczonej kreatywności każdorazowo pewną ideę, zasianą przez Mayas. Czasami nosi ona miano kompozycji, czasami jest pojęciem bardziej abstrakcyjnym, nienotyfikowanym w jakikolwiek sposób. W przypadku pierwszego albumu inspiracją było dwanaście fotografii rzeki, w kontekście nowego albumu, to wizja ptaków w kolektywnym locie (szmerze), pozornie chaotycznym, a jednak uporządkowanym. Dodajmy, iż drugi album oktetu był nietypowy (pandemiczny), albowiem każdy z artystów nagrał swoją ścieżkę dźwiękową osobno, a potem ulepiono z nich zwartą, ośmiopodmiotową narrację.

Z radością sięgamy zatem po dokumentację foniczną owego ptasiego lotu, jak zwykle w przypadku Filamental pięknego, soczyście akustycznego, udramatyzowanego metodami, których do końca nie znamy. Zwinnie zadekretowana improwizacja – zapewne mocą zjawisk metafizycznych - zdaje się być konsekwentnie prowadzona ku krainie wiecznej szczęśliwości.

  


Opowieść od samego początku realizowana jest metodami kolektywnymi. Klarnet i saksofon swobodnie oddychają, wataha strunowców wydaje szereg nieartykułowanych dźwięków, tworząc szeleszczącą i pulsującą magmę tajemniczej, bezkresnej akustyki. Narracja obtoczona jest mrokiem, ma charakter dość filigranowy, a frazy bardziej masywne stanowią wyjątek. Kameralny charakter formacji szczególnie uwidacznia się w locie wnoszącym. Bywa z kolei bardziej korpulentny w momentach kontrolowanego opadania. Pierwszy taki przykład mamy już w 5 minucie. Ptaki w swobodnym locie, zmyślnie kierowane instynktem stadnym.

W okolicach 10 minuty narracja intrygująco rozwarstwia się, słyszymy niemal pojedyncze frazy, a cisza wokół głęboko oddycha. Potem flow nabiera pewnej masy właściwej, lepiony z szorowanych i stukanych odgłosów. Wewnątrz strumienia fonii pojawia się coś na kształt rytmu, ale dość szybko zanika. Na dnie szemrają dęciaki, górą płyną filigranowe strunowce. Całość przypomina przez moment mroczną lewitację.

Tuż przed upływem drugiej dziesiątki minut muzycy zaczynają formować dron podszczypywany stemplami z klawiatury. Proces jednak dość szybko rozwarstwia się, stawiając drobne znaki zapytania o kierunek dalszej drogi. Na czoło forsują się teraz preparowane, dość gęste frazy smyczkowe. Nim narracja zastygnie w ciszy (w okolicach 25 minuty), muzycy ślą ku nam jeszcze delikatne fonie zarejestrowane w trakcie spaceru po łące zroszonej poranną mgłą.

Po chwili rzeczonej ciszy rozpoczyna się konstruowanie nowego, bardziej uporządkowanego wątku. Strunowce znów sięgają nieba, dęciaki szorują glazurę podłoża. Muzycy bawią się w didaskalia, nie dbając nadmiernie o linearność opowiadania. Drżą, rezonują i szeleszczą, aż w końcu jednoczą siły i budują niezbyt strome podejdzie pod finał spektaklu. Smyczki skaczą po strunach, dęte szeleszczą i prychają. Ostatnią prostą rysują matowo brzmiące frazy z klawiatury piana, sprawiając, iż powolnej narracji udaje się doczołgać do końcowego dźwięku.

 

Magda Mayas' Filamental Murmur (Relative Pitch, CD 2026). Zeena Parkins – harfa, Rhodri Davies – harfa, Magda Mayas – fortepian, Aimée Theriot – wiolonczela, Anthea Caddy – wiolonczela, Angharad Davies – skrzypce, Christine Abdelnour – saksofon altowy oraz Michael Thieke – klarnet. Nagrane w Exploratorium, Berlin, wrzesień 2024. Jeden utwór, 38 minut.



wtorek, 11 czerwca 2024

Magda Mayas' Filamental plays Ritual Mechanics!


Nowojorski label The Relative Pitch Records zdaje się nie ustawać w walce o miano przodownika pracy w nowożytnym świecie muzyki improwizowanej. Stali Czytelnicy tych łamów wiedzą o tym doskonale, bo niemal każda nowa pozycja w katalogu wytwórni jest tu komentowana.

Słowo się rzekło, wiosna roku bieżącego dostarcza aż dziesięć nowych krążków z logo RP. W bieżącym tygodniu wszystkie je omówimy. Dziś w ramach dobrego początku zapraszamy na odczyt i odsłuch albumu, który z zestawu nowości wydaje się najciekawszy, w piątek zaś czeka nas degustacja pozostałych dziewięciu albumów.



 

Berlińskiej pianistce, improwizatorce i kompozytorce Magdzie Mayas towarzyszymy od lat i staramy się nie pomijać jakiegokolwiek z jej wydawnictw. Z większym składem, który Mayas zwykła nazywać Filamental, spotkaliśmy się trzy lata temu, przy okazji monumentalnego dzieła Confluence, inspirowanego … zdjęciami dużych rzek europejskich w różnych stadiach turbulencji. Za wykon kompozycji był wtedy odpowiedzialny oktet strunowo-dęty, wsparty klawiaturą fortepianu.

Dziś artystka powraca ze składem skonfigurowanym w identyczny sposób, z tą drobną różnicą, iż ona sama pracuje na pianie elektrycznym (w pierwszym utworze) i harmonium (w drugim). Ale co być może bardziej istotne, muzycy nie wykonali tym razem kompozycji wspólnie, albowiem każdy z nich rejestrował własną ścieżkę indywidualnie (jedynie Mayas nagrywała wspólnie ze skrzypaczką Angharad Davies). Powstało zatem siedem ścieżek, których miksowania podjął się Tony Buck, muzyk tysiąca talentów, z jednej strony perkusista australijskiej legendy sceny overgenre, czyli The Necks, z drugiej wieloletni partner Mayas w duecie The Spill, a także w innych impro incydentach. On sam w roku ubiegłym zlepił z wielu wątków instrumentalnych (tu akurat wszystkie wykonał osobiście) album Environmental Studies, który bezwzględnie nas zachwycił i trafił na coroczną listę best –off. Sznyt Buckowskiego budowania muzycznej mozaiki zdaje się być na nowej płycie Mayas dalece dostrzegalny/ słyszalny. I wespół ze wszystkim elementami dzieła sprawia, iż nagranie, nad którym dziś nadstawiamy uszy śmiało zasługuje na miano wyśmienitej.

Sytuacja dramaturgiczna na nieistniejącej scenie wyimaginowanego koncertu Filamental jest następująca: na przeciwległych flankach posadowione są instrumenty dęte – saksofon altowy i klarnet, pomiędzy nimi dźwięki generuje pięć instrumentów strunowych – dwie harfy, dwie wiolonczele i skrzypce oraz instrument kompozytorki - najpierw rhodes, potem harmonium. Pierwszy utwór trwa tu dwadzieścia minut, drugi jest dłuższy o dwie minuty.

Otwarcie pierwszej kompozycji lepi się z fraz strunowych – delikatnych szarpnięć i smukłych arco w tembrze na ogół preparowanym. Wokół panoszy się chmura szumów i szmerów (zapewne dętych) i uspakajające frazy elektrycznego piana. Narracja zdaje się mieć tendencje wzrostowe, incydentalnie formuje się w krótkotrwałe crescenda, bywa także ulotna, mglista i delikatna niczym dźwięki gamelanu skąpanego porannym opadem atmosferycznym. Od czasu do czasu opowieść zdobiona jest pewną konstrukcją rytmiczną, ledwie zasugerowaną, niemal filigranową. Domniemujemy, iż jest to efekt pracy rhodes. Całość przypomina wielką pajęczynę akcji i wystudiowanych interakcji, która płynie swobodnie, niespiesznie, dalece intrygująco. Dźwięki, jakie generuje Mayas wydają się tu być dramaturgicznym komentarzem, teatralnym chórem, stygmatyzującym, ale też porządkującym wydarzenia i studzącym emocje, jakie powstają na strunach i w dętych tubach. Tam bowiem dzieje się naprawdę wiele – preparowane frazy altu i klarnetu, mnogość akcji arco & pizzicato. Mniej więcej od trzynastej minuty narracja spowalnia, jakby zanurzała się w onirycznej chmurze niedopowiedzenia. Przyjmuje postać leniwej medytacji, która skrzy się urokliwym brzmieniem każdego z ośmiu instrumentów, doposażonym tajemniczym, niemal dalekowschodnim posmakiem.

Drugą kompozycję znów otwierają strunowce, tym razem wszakże w pozie post-perkusjonalnej. Klarnet i saksofon budują krótkotrwałe drony, a głosem decydującym zdaje się być gęsta plama harmonium, rozlewająca się po pełnym spektrum dźwiękowym spektaklu. Opowieść z jednej strony wydaje się być bardziej płynna, mocniej ustrukturyzowana, z drugiej znów tworzą ją plejady short-cuts generowane przez siedem instrumentów i masywny głos harmonium, które nie odzywa się często, ale gdy już wyda z siebie przeciągłe westchnienie, sieje popłoch na scenie i przywołuje wszystkich do porządku. Narracja skrzy się tu wyjątkową urodą, zarówno na poziomie nerwowych akcji oktetu, jak i wytłumionych, rozległych plam post-ambientu, jakie od czasu do czasu wytwarzają się jakby pomiędzy akcjami instrumentalnymi. Z nowych elementów warto odnotować drobne ekspozycje harfowe, które wnoszą do bogatego już arsenału artystycznych środków wyrazu pewien post-klasyczny sznyt. W okolicach szesnastej minuty opowieść napotyka na drobny fragment ciszy, po czym buduje się jakby od nowa. Szumią dęte tuby, szemrzą małe struny, a powrót harmonium, mimo tłustego brzmienia, wydaje się być teraz bardziej kojący. Finał utworu lepi się z drobnych fraz, które choć gasną, wciąż niosą ze sobą spory bagaż emocji.

 

Magda Mayas' Filamental Ritual Mechanics (The Relative Pitch Records, CD 2024). Christine Abdelnour – saksofon altowy, Anthea Caddy – wiolonczela, Angharad Davies – skrzypce, Rhodri Davies – harfa, Magda Mayas - rhodes, harmonium, kompozycja, Zeena Parkins – harfa, Aimée Theriot-Ramos – wiolonczela oraz Michael Thieke – klarnet. Nagrane w różnych miejscach i momentach kosmicznej czasoprzestrzeni. Dwa utwory, 42 minuty.



wtorek, 23 stycznia 2024

Mats Gustafsson’ back to acoustic: Gush! Ensemble E! Hydros 9!


Wnikliwi Czytelnicy Trybuny zauważyli być może, iż ostatnimi czasy legenda free jazzu i muzyki improwizowanej, szwedzki saksofonista Mats Gustafsson pojawia się tu jakby rzadziej. Nie wynika to bynajmniej z faktu, iż artysta wydaje mniej albumów, tudzież jest mniej aktywny koncertowo. To raczej konsekwencja tego, iż artysta od dłuższego czasu koncentruje się na graniu … głośnej i na ogół obudowanej elektroniką muzyki, która systematyczne oddala się od naszego ulubionego freely improvised music. Szanujemy każdy wybór artystyczny, jakkolwiek w tym przypadku od dawna mamy poczucie pewnej straty dla współczesnego wizerunku gatunku.

Z tym większą radością donosimy, iż Gustafsson zaprezentował jesienią ubiegłego roku aż trzy nowe albumy, które zdają się zwiastować powrót do idei akustycznego (lub prawie akustycznego) muzykowania. Co więcej, jednym z przejawów tej wspaniałej tendencji jest fonograficzne odrodzenie się jednej z najważniejszych formacji europejskiego free jazzu lat 90., czyli formacji Gush, którą Mats współtworzy z kolejnymi wybitnymi obywatelami Królestwa Szwecji – pianistą Stenem Sandellem i perkusistą Raymondem Stridem. Do gushowej reinkarnacji dodać trzeba jeszcze dwie orkiestry (Ensemble E i Hidros 9), które pod wodzą Matsa dostarczyły nam jesienią mnóstwo bardzo dobrych wrażeń muzycznych. I jakby było mało, wszystkie albumy, które dziś omówimy, zostały nagrane w Polsce!



 

Gush 30 (Not Two Records, 3CD 2023)

Alchemia, Manggha, Kraków, listopad 2018: Mats Gustafsson – reslide sax, saksofon sopranowy, tenorowy, barytonowy, flet, Sten Sandell – fortepian, głos, Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz goście: Christine Abdelnour – saksofon altowy (utwory od 2-2 do 2-5), Jörgen Adolfsson – saksofon altowy (3-2, 3-6), Anders Nyqvist – trąbka (1-3 do 1-5), Philipp Wachsmann – skrzypce (2-1, 2-5), Sofia Jernberg – głos (1-2 do 1-5), Sven-Åke Johansson – recytacja (3-3, 3-4), Peter Söderberg – gitara, lutnia (3-2, 3-5). Łącznie siedemnaście improwizacji, 157 minut.

Gush świętował w Krakowie trzydzieste urodziny niemal dokładnie pięć lat temu. Fonograficzna dokumentacja wydarzenia trafia do nas dopiero teraz, ale warto było na nią bezwzględnie czekać. Trzy wieczory, trio bazowe i siódemka gości, która wchodzi w improwizowane interakcje z jubilatami w trakcie kilkunastu improwizacji. W dwóch przypadkach goście improwizują także sami ze sobą.

Dysk pierwszy przynosi sześć improwizacji – trio saute, kwartet z wokalistką, kwintet z wokalistką i trębaczem (w trzech utworach) i duet gości, pomieszczony pomiędzy pierwszą, a drugą improwizacją rzeczonego kwintetu. Początek Gustafssona, Sandella i Strida, to bukiet wyważonego post-jazzu, w pół kroku do estetyki free, ale i dwa kroki od zgrzebnej post-balladowości. Wszystko doposażone dużą porcją brzmieniowych i dramaturgicznych subtelności. Mats korzysta najpierw z tenoru, potem z sopranu, Sten pracuje głównie na klawiaturze, a Raymond sięga po jak zawsze szeroką paletę drums & percussion. Po dojściu wokalistki Jernberg improwizacja bardziej skupia się na dźwiękach preparowanych, dobrze pracuje z ciszą, a jej puentę stanowi drobna eksplozja emocji. Z kolei w kwintecie narracja do całego arsenału użytych technik rozszerzonych dodaje dużo jazzu i czystych, trębackich fraz Nyqvista. Trzy improwizacje kwintetu, to zarówno gra na małe pola, moc brzmieniowych atrakcji (z barytonem i inside piano), kontrolowana ekspresja na wydechu, jak i spora liczba jazzowych akcji w podgrupach. W części przedostatniej szczególnie podobać się może ekspresyjne duo saksofonu i perkusji. W finałowej odsłonie trzeba też odnotować pojawienie się fletu. Dysk uzupełnia niezbyt długa improwizacja wokalistki i trębacza. Sporo tu dźwięków preparowanych, ale także momentów dramaturgicznego rozdroża.

Drugi dzień urodzin, czyli dysk drugi, to pięć improwizacji - trio ze skrzypkiem, trzy krótkie akcje tria z saksofonistką, wreszcie finał wieczoru zrealizowany w kwintecie. Gush grywał onegdaj z Wachsmannem, przyjmował wtedy nazwę Gushwachs! Tu kwartet zagłębia się w subtelnościach akcji kameralnych – śpiewne skrzypce, emocjonalny flet, inside piano i perkusyjne zdobienia. W fazie środkowej muzycy sięgają niemal po estetykę folkową, na koniec zaś raczą nas sporą dawką ekspresji. Improwizacje z Abdelnour, to ocean saksofonowych, niekiedy minimalistycznych preparacji wsparty prawie niedostrzegalnym akompaniamentem pianisty i perkusisty. To bez wątpienia crème de la crème całych urodzin, ze szczególnym uwzględnieniem klasy saksofonistki. Dysk wieńczy rozbudowana improwizacja kwintetu. Spokojny początek budowany czystymi frazami, potem dość szybka wspinaczka na szczyt, w fazie środkowej didaskalia drobiazgowych, preparowanych brzmień (z fletem, a także urokliwymi frazami altu i skrzypiec), wreszcie bardzo ekspresyjne zakończenie, niestety z prawie niesłyszalną w tumulcie free jazzu alcistką.

Dzień trzeci, finałowy, to sześć improwizacji – trio bazowe, duet gości (gitara i saksofon altowy), dwie miniatury tria z recytatorem, a na koniec dwa kwartety – najpierw z gitarą, potem z altem. Otwarcie tria zbudowane jest na kontraście – mroczny, filigranowy początek i ekspresyjna puenta, z pewnością najgłośniejszy moment urodzinowej trzydniówki. Mats zaczyna na tenorze, kończy na flecie, a ekspresyjne solo prezentuje pianista. Duet gości – gitarzysta Söderberg i alcista Adolfsson – to minimalistyczna zabawa na wdechu, trochę dronów i narracyjnych pętli, dość wszakże mało ekspresyjna ekspozycja. Z radością witamy ponownie na scenie Gush, które najpierw serwuje nam dwie krótkie opowieści z głosem. W roli narratora … perkusyjna legenda gatunku, czyli Sven-Åke Johansson! W pierwszej części gość używa języka szwedzkiego i zdaje się głosić jakiś manifest, w drugiej części opowiada ciekawą historię używając języka angielskiego. Trio świetnie mu akompaniuje, jakby zostało stworzone trzy dekady temu tylko po to, by przygrywać trupie teatralnej. Urodzinową dokumentację wieńczą kolejne dwa kwartety. Ten z gitarzystą zdaje się być lekki niczym Jezioro Łabędzie, ten drugi z alcistą sięga po melodie, a także frazy preparowane. Pierwszy nie stroni od dynamiki na etapie rozwinięcia, drugi przyobleka się w szaty farewell song, po czym dość niespodziewanie eksploduje mocą pełnokrwistego free jazzu.



 

Mats Gustafsson & Ensemble E EE Opus One (Trost Records, CD 2023)

Festiwal Kody, Lublin, maj 2022 (koncert) oraz Polskie Radio, Warszawa, wrzesień 2022 (dogrywki): Helga Myhr – skrzypce, Sylwia Świątkowska – biłgorajska suka, Susana Santos Silva – trąbka, Maniucha Bikont – głos, tuba, Daniel Formo – organy, fortepian preparowany, Arne Forsén – fortepian preparowany, klawikord, instrumenty perkusyjne, Mats Gustafsson – saksofon barytonowy, flet, spilåpipa, dyrygentura. Jeden utwór, 48 minut.

Opus One, to z jednej strony efekt fascynacji muzyką folkową Gustafssona i jego rozbudowana kompozycja - mozaika motywów i akcji w podgrupach, którą artyści starają się łączyć w strumień zwartej opowieści, z drugiej niebanalny zamysł pozwalający zebrać intrygujący, międzynarodowy aparat wykonawczy. Połączenie brzmień typowo folkowych i preparowanych fraz dętych, tudzież pianistycznych wypada doprawdy intrygująco, a wiele epizodów trzeba uznać za definitywnie wartościowe. Udanie skonstruowane elementy składowe nie zawsze budują tu jednak linearną opowieść, innymi słowy bywa, że brakuje efektu synergii, a dramaturgia czterdziestu ośmiu minut koncertu napotyka na drobne mielizny.

Początek koncertu jest dalece kameralny, budowany minimalistycznymi akcjami, pełnymi rozwagi i determinacji nieczynienia zbyt pochopnych ruchów. Powolna opowieść jest kontrapunktowana zarówno dętymi frazami free impro, jak i folkowymi plamami melodii. Na tym etapie podobać się może szczególnie śpiew płynący na bazie strunowych ekspozycji. Kolejne wejście dętych i piana przypomina już małą burzę z piorunami. Po jej dość sprawnym ugaszeniu (okolice 12 minuty) kilka samotnych chwil mają onirycznie brzmiące organy. Następne fazy koncertu zdobią akcje piana i perkusjonalii oraz ponownie folk płynący ze strun. W okolicach 25 minuty muzykuje już chyba cały septet, ale aura pozostaje folkowa. Narracja kołysze się od incydentalnych, ale akustycznie dosadnych akcji free impro do folkowych epizodów z dobrze zarysowaną linią narracji. Swoje dokłada tu tuba, która stara się łączyć estetycznie obie frakcje ansamblu. Po 35 minucie dostajemy wyjątkowo urokliwy passus wokalny, dla którego kameralny akompaniament kreuje kilku strumieni dźwiękowych. Po zejściu w ciszę opowieść startuje od nowa. Dużo w niej teraz nerwowych, rwanych fraz, generowanych przez obie frakcje (szczególne brawa dla strunowców!). Narracja zdaje się być jednocześnie taneczna i smutna, delikatnie oniryczna. To drugie zapewnia choćby duet organów i piana doposażony kilkoma głębszymi oddechami fletu. Samo zakończenie koncertu trwa kilka minut i wydaje się być odrobinę niedopracowane – z jednej strony folkowa zgrzebność, z drugiej post-jazzowy background i porcja fraz preparowanych. Ostatnia prosta zostaje pozostawiona samotnie wybrzmiewającej, biłgorajskiej suce.



Mats Gustafsson Hidros 9 Mirrors (Trost Records, CD 2023)

Avant Art Festival, Warszawa, 2022 - Soliści: Anders Nyqvist - trąbki (slide, piccolo), Colin Stetson – amplifikowany saksofon basowy, Hedvig Mollestad – gitara, Per-Åke Holmlander – tuba, Jerome Noetinger - tape machine, Dieb13 – gramofony; NyMusikk Trondheim: Eira Bjørnstad Foss – skrzypce, Matilda Rolfsson – bęben basowy, Lars Ove Fossheim – gitara, Michael F. Duch – bas, Øyvind Engen – wiolonczela, Kyrre Laastad – perkusja i elektronika, Nicolas Leirtrø – bas, Daniel Formo – organy, fortepian preparowany, Ida Løvli Hidle – akordeon; Avant Art Ensemble: Teoniki Rożynek – skrzypce, Dominika Korzeniecka – bęben basowy, Szymon Wójcik – gitara, elektronika, Rafał Różalski – bas, Magdalena Bojanowicz – wiolonczela, Qba Janicki – perkusja i elektronika, Paweł Romańczuk – bas, Barbara Drażkov – organy, fortepian preparowany, Zbigniew Chojnacki – akordeon; Mats Gustafsson – dyrygentura, kompozycja na dwa identyczne, 9-osobowe zespoły kameralne, czterech solistów, tape machine oraz gramofony. Dziewięć części, 77 minut.

Druga z prezentowanych dziś orkiestr, to zdecydowanie bardziej epickie przedsięwzięcie – dwa niemal bliźniacze instrumentalnie nonety (jeden norweski, drugi polski), czterech improwizujących solistów, dwóch elektroakustycznych instalatorów na taśmach i gramofonach, wreszcie dyrygujący, tym razem pozbawiony instrumentu Gustafsson. Dźwięki koncertu wypełniają prawie całą nominalną pojemność dysku kompaktowego i dzielą się na dziewięć opowieści – od Intro po Outro, poprzez odpowiednio: Lustra, Cienie, Echo, Refleksje i ponownie, ale w lustrzanym odbiciu: Echo, Cienie i Lustra. Znów mnóstwo wrażeń fonicznych i dramaturgicznych, znów podobna uwaga, jak przypadku Ensemble E – ekscytujące niekiedy epizody, na ogół w podgrupach (często nawet w duetach!), nie zawsze łączą się w zwartą, równie intrygującą całość.

Opowieść, zgodnie z tym, co powyżej, można porównać do piramidy. Od otwarcia, poprzez wystudzone, w pełni kontrolowane epizody w podgrupach (bardziej akustyczne Mirrors i Shadows, bardziej elektroakustyczne Echoes), po szczytowe w tym wypadku Reflections, gdzie akcji i emocji jest najwięcej, aż po drogę powrotną, stanowiącą konstruktywną repryzę drogi na szczyt, niekiedy szczęśliwie doposażoną w większą dawkę żywiołowości i improwizowanych mini eskalacji. Bardzo bogate instrumentarium, gigantyczny, 25-osobowy skład generuje w trakcie koncertu mnóstwo dźwięków i sytuacji scenicznych, ale pomiędzy zadanymi tematami pojawia się dużo chwil ciszy, momentów zaniechania i nadmiernej kontroli narracyjnej. Fragmenty nagrania, gdy wykorzystywany jest cały aparat wykonawczy można policzyć na palcach jednej ręki. Tak rzecz się ma w kulminacyjnym, piątym epizodzie, który, tu bez zaskoczenia, jest najciekawszym fragmentem koncertu. Budowanym skrupulatnie, płynącym szerokim spektrum dźwiękowym, uformowanym na pewnym etapie w jakże ekscytujące crescendo. Dużo ciekawych, elektroakustycznych zdarzeń przynoszą obie części Echa, dostarczające wielu brzmieniowych niespodzianek. Na drugim biegunie atrakcji śmiało można usytuować obie części Mirrors, długie, łącznie trwające ponad dwa kwadranse, nadmiernie doposażone w momenty dramaturgicznego zastoju. Nie sposób zatem uniknąć konstatacji, iż orkiestra płynie zbyt często na zaciągniętym ręcznym i szkoda, iż precyzyjne ramy multi-kompozycji nie zostały w procesie wykonawczym nieco poluzowane, a muzycy puszczeni, w skończonej liczbie przypadków, na improwizacyjny żywioł.



piątek, 7 maja 2021

Cranes! Filamental! Mœrs Quartet! Ensemble X & Artblau! Vario 34-3! Five Free Chamber Pearls with german impro discipline!


Niemiecka muzyka swobodnie improwizowana ma się świetnie i stan ten utrzymuje się od ponad pięćdziesięciu lat. Nowych dowodów rzeczowych w sprawie przybywa z każdym rokiem, a w gronie redakcyjnym powstała nawet pewna teoria na ten temat. Cóż bowiem innego tak dobrze służy generowaniu niczym nieskrępowanej kawalkady dźwięków, jak dyscyplina wykonawcza artystów, a także ich bardzo dobry warsztat, wyuczony w całej masie świetnych szkół muzycznych. Te dwie, jakże istotne przywary muzycy niemieccy zapisane mają w swoich artystycznych kodach genetycznych!

Dziś pięć prawdziwych perełek z katalogu najnowszych płyt (z perspektywy kilkunastu miesięcy!), powstałych na zachód od Odry, zawierających muzykę improwizowaną stworzoną przez muzyków tam rezydujących, nie rzadko przy znaczącym udziale partnerów z innych, równie zacnych skupisk ludzkich! Zaczynamy od świetnie nam znanego duetu Superimpose, który przy okazji spotkania z francuską pianistką Eve Risser przyjął nazwę Cranes. Zaraz potem imponujący, międzynarodowy oktet pod światłym przywództwem pianistki Magdy Mayas. W dalszej kolejności czekają nas dwa nagrania z udziałem tubisty Carla Ludwiga Hübscha – najpierw bystry kwartet, a potem - na jednej płycie - dwa kilkunastoosobowe składy swobodnie improwizujące. A na sam koniec tej szalonej podróży, prawdziwa niespodzianka – nowa edycja słynnych spotkań improwizatorów Vario, prowadzonych przez wiolonczelistę i puzonistę Güntera Christmanna od ponad 40 lat! Dziś wersja 34-3 z udziałem samych legend gatunku!

Oj, zapnijcie dobrze pasy, bo odlecicie dziś wyjątkowo wysoko!  

 


Cranes: Matthias Müller/ Eve Risser/ Christian Marien  Formation < Deviation (Relative Pitch Records, CD 2021)

Berlin, magiczne miejsce zwane Studioboerne45, listopad 2017 roku i trójka muzyków: Matthias Müller – puzon, Eve Risser – fortepian oraz Christian Marien – perkusja. Dwa swobodnie improwizowane sety, trwające łącznie 41 minut z sekundami.

Otwarcie spektaklu dźwiękowego, który – uprzedźmy wypadki - istotnie nas zachwyci, wydaje się być nad wyraz delikatne. Struny piana błyszczą z oddali, werbel drży, a z tuby dużego blaszaka dobywają się podmuchy chłodnego powietrza. Sytuacja sceniczna od razu nabiera jednak pewnej wewnętrznej dynamiki i ładu dramaturgicznego. Posadowione na flankach piano i perkusja budują metafizykę rytmu - oba instrumenty brzmią chwilami niezwykle podobnie, aż trudno poznać, który z nich odpowiada za dany dźwięk. Środkiem narracji płynie puzon, który tańczy, śpiewa lub zalotnie prycha – czujny cerber rozkwitającej improwizacji. Perkusja stara się budować narrację, ale piano wciąż stawia znaki zapytania i kreuje suspens, który zdaje się chwilami krępować inicjatywę ustawodawczą pierwszego z wymienionych instrumentów. W dziewiątej minucie następuje pierwsze tego dnia wyhamowanie wprost w objęcia ciszy. Prawdziwe królestwo meta akustyki – rezonujące struny, moszczący się puzon, wyjątkowo głęboki drumming. Po czternastej minucie pojawia się pierwszy dźwięk klawisza fortepianowego, ale stanowi on tu jedynie ornament, nie zaś narzędzie budowania narracji. Na zakończenie opowieść nabiera gęstości, która podkreśla jej walory rytmiczne, a dodatkowo zasypuje nas jeszcze deszczem urokliwych fake sounds.

Drugi set zdaje się być początkowo budowany niemal wyłącznie ze strzępów dźwięku. Ktoś ledwie dotyka strun, ktoś opiera palce na wentylu, ktoś drży metalem perkusji. Po niedługiej chwili piano przechodzi do fazy preparacji, a puzon i perkusja lepią się w jeden strumień post-rytmu. Flow budowany jest wszakże na wdechu, w aurze kreatywnego zaniechania, skoncentrowany na ugniataniu dźwięków, które nie powinny wybrzmieć do końca. Tuż przed upływem ósmej minuty ta półmartwa narracja staje w miejscu, ugaszona do dźwięku pojedynczej struny i ambientowego post-drummingu. Sygnał do delikatnego wybudzenia daje puzon – kind of silence trance! Moc jednak dopada muzyków – struny piana świszczą, jak pociski wielkokalibrowe, puzon bucha, jak lokomotywa parowa, a perkusja zawłaszcza teren, niczym wojskowy śmigłowiec. Stopping nadchodzi dość niespodziewanie i przeradza się w rezonans, który zaczynać wyć, niczym syrena alarmowa. Ale to nie koniec cudów na dziś! Po niedługiej chwili meta drumming piana i puzonu płyną ku górze na szeleszczących talerzach - wszystkie dźwięki formują się w jeden strumień, która zaczyna incydentalnie hałasować. Tuż pod koniec siedemnastej minuty muzycy znów delikatnie hamują i oddają narrację w ręce zmutowanego brzmieniowo fortepianu. Pod jego klawiaturę podłącza się perkusja i taki właśnie duet wiedzie nas w nieznane przez dobrych kilka minut. Puzon wraca na wielki finał, który skrzy się – to już nie jest zaskoczenie! – efektowną, wewnętrzną rytmiką. Płomień narracji umiera pod presją wdechów puzonu i akcentów percussion na obu flankach.

 


Magda Mayas' Filamental  Confluence (Relative Pitch Records, CD 2021)

Przenosimy się do austriackiego Wels, na kolejną edycję Music Unlimited Festival, jaka odbyła się w listopadzie 2019 roku. Na spektakl skomponowanej improwizacji (dla której inspiracją było dwanaście zdjęć rzeki!) zaprasza nas autorka koncepcji i pianistka Magda Mayas. W oktecie, który podjął się karkołomnej próby improwizowania wedle wartkiego nurtu wodnego odnajdujemy kolejnych muzyków: Angharad Davies – skrzypce, Anthea Caddy i Aimée Theriot – wiolonczele, Rhodri Davies i Zeena Parkins – harfy, Michael Thieke – klarnet oraz last, but not least, Christine Abdelnour – saksofon. Muzyka sformowana jest w jeden trak, który trwa 49 i pół minuty.

Międzynarodowy (interkontynentalny!), prawdziwie gwiazdorski (a jakże!) oktet zaprasza nas na koncert konceptualnej, wyzwolonej kameralistyki, która od pierwszej do pięćdziesiątej minuty tonąć będzie w morzu fantastycznych dźwięków, na ogół niedefiniowalnych, co do źródła ich pochodzenia. Jeśli w trakcie odsłuchu recenzent wskaże na dźwięk konkretnego instrumentu, oznacza to jedynie tyle, iż pomylił się o skończoną liczbę przypadków. Od startu Konfluencji dostajemy się w nurt rezonujących fraz, półdźwięków tworzących delikatny, oniryczny dron – coś świszcze, coś szumi, ktoś delikatnie dotyka strun, ktoś inny oddycha własnymi płucami. Większość instrumentów wydaje długie, posuwiste dźwięki, część jednak bawi się w drobne incydenty polegające na tarciu lub szarpaniu przedmiotów muzycznego użytku. Wraz z zarysowaniem przez mikro piano ścieżki rytmicznego rozwoju narracji na scenie toczyć zaczyna się intrygująca historia, rodzaj sieci zazębiających się subtelności dźwiękowych, pogrupowana w małe spiętrzenia i rozlegle doliny. W okolicach 9 minuty otrzymujemy krótkie, samotne, post-perkusjonalne expose. Domniemujemy, iż sprawcą zdarzenia jest pianistka. Po krótkiej jednak chwili znów toniemy w oceanie delikatnych, preparowanych dźwięków akustycznych. Przestajemy zastanawiać się, kto wydaje dany dźwięk, dajemy się nieść strumieniowi nieoczywistych fraz. Z trudem zauważamy, iż w okolicach 17 minuty strunowce fundują nam mały peak ekspresji.

Po adekwatnym dla rozwoju sytuacji scenicznej spowolnieniu pogrążamy się dla odmiany w szeleście spadających papierków, tudzież frazach, które mógłby wydać tonący gamelan. Pojedyncze dźwięki zaczynają spacerować leniwie po scenie – akcje pizzicato i arco idą ramię w ramię, a wokół szumią dęciaki, niczym stuletnie topole na delikatnym wietrze. Z czasem owo dramaturgiczne lenistwo zaczyna jednak nabierać pewnej pokrętnej dynamiki, do tego stopnia, że w okolicach 30 minuty możemy powiedzieć, iż muzycy grają dość.. głośno. Ku naszej kolejnej radości, bystrze osiągają także stadium improwizacji czynionej metodą call & responce! Niskie wiolonczele i wysokie skrzypce mają tu kilka chwil niemal wyłącznie dla siebie. Ale zmiana go zmianę, a niemal każda minuta przynosi coś nowego, kolejną niespodziankę w zadanej od początku estetyce fake sounds. Narracja ponownie uspokaja się, dzięki czemu na piedestał może wdrapać się także klarnet. Opowieść ocieka smutkiem, stawia pytania i nie daje odpowiedzi. Wybicie 40 minuty wyznacza początek fazy nobliwych, ale nerwowych repetycji, a także daje życie plejadzie separatywnych akcji – piszczenia, parskania i piłowania. Wszystko wszakże wciąż ma tu swój wewnętrzny, pokręcony rytm i jakże kompulsywną logikę. W połowie 45 minuty czyste frazy harfy (kolejne zaskoczenie!) zdają się znamionować rozpoczęcie procesu gaszenia narracji. Deep piano repetuje, strunowce plotą ambientowe smugi cienia, klarnet i saksofon głośnio oddychają. Na ostatniej prostej szczególnie efektownie kona saksofon.

 


Debacker/ Zwißler/ Hübsch/ Nillesen  Live at Mœrs Festival '20 (Impakt-Koeln, DL 2021)

Słynny niemiecki festiwal w Moers miał swoją ubiegłoroczną edycję w trakcie pierwszej fali pandemii (czy z publicznością?), dokładnie w maju. Tamże spotykamy kwartet muzyków: Marlies Debacker – fortepian i clavinet, Florian Zwißler – syntezator, Carl Ludwig Hübsch – tuba i obiekty oraz Etienne Nillesen – mały zestaw perkusyjny, a dokładnym będąc extended snare drum. Dwie swobodne improwizacje, trwające łącznie 35 minut z sekundami.

Damsko-męski kwartet bez nazwy własnej zaprasza na zmysłową, bardzo kolektywną, ale i abstrakcyjną improwizację, broczącą ścieżkami post-chamber, która – to ważne! - używa dźwięków syntetycznych w sposób umiarkowany i adekwatny do sytuacji scenicznej. Koncert rozpoczyna się plejadą preparowanych dźwięków w formie short-cuts – pojedynczy klawisz piana, brzdęk werbla, burknięcie tuby, ultra delikatna pulsacja syntezatora. Opowieść na poły minimalistyczna, budowana na wdechu, pełna dramaturgicznego suspensu, ale też meta rytmu, który drży w otulinie fortepianowych strun. Nie brakuje w niej wątków realizowanych w formie pytań i odpowiedzi. Narracja z czasem gęstnieje. Niepozbawiona znamion dynamiki i ekspresji, zdobiona garściami tajemniczych dźwięków (syntezator lub obiekty tuby), bystrze konstruowana improwizacja potrafi tu zabrzmieć chwilami niemal industrialnie.  W ramach wisienki na torcie warto też odnotować intrygujący duet basowego pasma syntetyki i groźnych pomruków z tuby. Na finał ta ostatnia zaczyna bić rytm, buchać ciepłym powietrzem, niczym parostatek i nieść cały kwartet naprawdę efektownym wzgórzem.

Druga improwizacja rodzi się z preparowanych dźwięków, które lepią się w całość z dramaturgiczną precyzją. W zasadzie od początku zdaje się być masywna, pozbawiona subtelności brzmieniowych. Zatem już po kilku pętlach opowieść zaczyna wrzeć dobrymi emocjami, wzniecanymi kolejnymi mikro zdarzeniami w brzuchu syntezatora, wokół którego tli się ponownie industrialny posmak. Po 5 minucie wszystko efektownie przygasa i przechodzi w fazę metalicznego rezonansu – tkanego z drobiazgów akustyki i mgławic syntetyki, które płyną tu w pełnej synergii, stawiając kolejne stemple jakości. Z małych fraz muzycy sukcesywnie budują zwartą i całkiem gęstą opowieść. Znów tuba daje sygnał do eskalacji, tańczy i swawoli, a całość, zwłaszcza po 13 minucie, nabiera ekspresji godnej abstrakcyjnego post-free jazzu! Po niedługiej chwili tłumi się jednak w kameralne pasma dźwięków z klawiatury fortepianu i burczącej z zadowolenia tuby. Zakończenie tego doskonałego koncertu realizowane jest - oczywiście w pełni kolektywnie - ambientowym rezonansem, pełnym mroku i tajemniczości.

 


Ensemble X/ Artblau  Big Ensemble Improvisation (Carl Ludwig Hübsch’ bandcamp, DL 2020)

Tubista Carl Ludwig Hübsch zostaje z nami i zaprasza na spotkanie z dwoma dużymi składami improwizującymi, których jest członkiem, a także najprawdopodobniej osobą najbardziej sprawczą. Dodajmy od razu, iż wedle opisu płyty nagrania 14- i 10-osobowego składu powstały bez jakichkolwiek scenariuszy, wskazań, czy też autorskich koncepcji. Wieloosobowe pure free impro? Wszystko na to wskazuje, a zatem … duża dyscyplina wykonawcza i świetny warsztat muzyczny, czy tak? Patrz: wstęp do dzisiejszej opowieści!

Czas na poznanie danych personalnych aktorów obu spektakli. A zatem, Ensemble X: Tiziana Bertoncini - skrzypce, Xavier Charles - klarnet, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, Nicolas Desmarchelier – gitara, Carl Ludwig Hübsch – tuba, katalizator, Harald Kimmig - skrzypce, Dirk Marwedel - saksofon, Matthias Muche - puzon, Ulrich Phillipp - bas, Christoph Schiller - szpinet, Angelika Sheridan - flet, Michael Vorfeld – instrumenty perkusyjne, Eiko Yamada –flet oraz Philip Zoubek – fortepian. Artblau: Carl Ludwig Hübsch - tuba, głos, Akiko Ahrendt - skrzypce, Elisabeth Coudoux - wiolonczela, Leonhard Huhn - saksofon, Angelika Sheridan - flet, Salim Javaid - saksofon, Matthias Muche – puzon, Philip Zoubek - fortepian, Constantin Herzog – bas oraz Etienne Nillesen – instrumenty perkusyjne. Oba składy zarejestrowały swoje nagrania w Kolonii - pierwszy w marcu, drugi w listopadzie 2018 roku. Album zawiera pięć części zasadniczych (pierwszą i ostatnią wykonuje Ensemble X, od drugiej do czwartej - Artblau) oraz zabawne encore, w trakcie którego słyszymy komentarz Hübscha reasumujący walory merkantylne albumu oraz ciężką pracę muzyka improwizującego, zwłaszcza w dużych formacjach.

Płytę otwiera swobodna improwizacja kilkunastoosobowego Ensemble X. Bystre, rwane frazy od początku płyną rozległym strumieniem, dość na razie abstrakcyjnie brzmiącego big orchestral chamber. Muzycy pracują w skupieniu, pełni dyscypliny (!), każdą decyzję podejmują z należytą ostrożnością, kreują suspens zarówno wydając dźwięki, jak i pozostawiając plamy ciszy. Samych dźwięków wszakże nie brakuje, bo orkiestra zdaje się pracować całym swoim arsenałem instrumentalnym. Nie trudno nie usłyszeć, iż frakcja dęciaków zdaje się mieć pewną przewagą nad strunowcami, i to nie tylko liczebną. Utwór gaśnie w zmysłowej mgle akustycznego ambientu.

Na kolejne trzy improwizacje zostajemy oddani w ręce dziesięcioosobowego Artblau. Sposoby budowania narracji także tu bazują na krótkich, dobrze skorelowanych ze sobą frazach, granych przez wszystkich muzyków, jakkolwiek już na starcie można usłyszeć, iż improwizacja częściej przebiera tu formę call & responce, niż miało to miejsce w trakcie improwizacji większego składu. W brzmieniu niektórych instrumentów częściej natrafiamy na akcenty preparowane. Wydaje się też, że same dźwięki efektowniej się tu do siebie lepią, a całość expose budzi nieco większe emocje. W tej części warto odnotować małą kulminację na zakończenie, gdy efekty pracy dziesiątki muzyków przybierają postać post-free jazzu, który płynie szczególnie dobitnie z klawiatury fortepianu, basu i perkusji. W trzeciej części kolejna plejada short-cuts zdaje się toczyć po równi pochyłej – popada w dramaturgiczne szaleństwa, by po chwili taplać się w kameralnej zadumie. Opowieść kreuje tu także wątek repetytywny, który umiejętnie eskaluje poziom emocji. Czwarta improwizacja prowadzi już nas na sam szczyt! Dęte, masywne frazy, pięknie kontrapunktowane strunowymi ornamentami i meta rytmem z piania, dość szybko nabierają ciekawej dynamiki i już po kilku pętlach śmiało dają się porównać do temperamentu Globe Unity Orchestra w jej najlepszych edycjach. Zakończenie utworu podkreśla jeszcze jego jakość – piękne wytłumienie wprost w objęcia repetytywnego post-chamber! Brawo!

Czas na powrót Ensemble X! Tym razem muzycy budują dłuższe frazy, wyciągają dźwięki do granic możliwości swoich płuc i wytrzymałości strun. Zdają się preparować improwizowany incydent, który śmiało możemy nazwać po stevensowsku sustained piece. Chcąc nie chcąc narracja dość szybko osiąga tu swój szczyt, po czym zaczyna być konstruowana od nowa, nie tylko z długich, ale także krótszych, bardziej nerwowych fraz. Owo chwilowe, emocjonalne rozhuśtanie zostaje bystrze uporządkowane przez małą eskalację, jaką realizują tuba i bas. W tym uroczym peaku czeka nas ocean akustycznych drobiazgów, ale emocji nie brakuje do ostatniego dźwięku. Ów wyjątkowo urokliwy i emocjonujący album kończy dwuminutowe outro, w trakcie którego tubista, definitywnie chyba w tym gronie najważniejszy, na tle pobrzmiewającej orkiestry kwituje w kilku zabawnych słowach całe wydawnictwo i … przekornie zaprasza na zakupy!

 


Vario 34-3  Free Improvised Music (Corbett vs. Dempsey, CD 2020)

Na koniec dzisiejszej kameralnej epistoły, pełnej swobodnej improwizacji wedle niemieckich wartości, zapowiadana niespodzianka. Günter Christmann pierwsze spotkania pod szyldem Vario realizował już w drugiej połowie lat 70. Na przestrzeni lat nazbierało się ich sporo, jakkolwiek ostatnie lata były na osi czasu zbiorem pustym. Tym większa zatem radość, iż w sierpniu 2018 roku Christmann zebrał na dwóch koncertach w Berlinie i Hanowerze jakże smakowity kwintet: on sam na wiolonczeli i puzonie (ten ostatni tylko w jednym utworze), Alexander Frangenheim na kontrabasie, Thomas Lehn pracujący z elektroniką (brzmiącą jak zawsze bardzo analogowo, ale jego praca została także określona jako live-electronic), Paul Lovens na instrumentach perkusyjnych oraz Mats Gustafsson na saksofonie sopranowym. Na krążku znalazło się dziewięć swobodnych improwizacji – w pięciu słyszymy cały kwintet, w dwóch tria i kolejnych dwóch duety. Całość tych elektroakustycznych wspaniałości trwa 49 minut i kilka sekund.

Pierwsze dwie części realizuje kwintet. Muzycy rysują plamy dźwiękowe, od startu tłocząc je w powłóczysty, ale zgrabny, niemal klasycznie brzmiący … swobodny post-chamber. Ciekawe dialogi melodyjnej wiolonczeli z zadziornym kontrabasem, bystre kontrapunkty pozostałych, w tym także ulotnej, nieinwazyjnej elektroniki szukającej matowego brzmienia, które nie kaleczyłoby zwiewności akustycznych strumieni dźwiękowych. Krótkie i długie frazy, wdechy i westchnienia, dobre reakcje, cięte riposty. Pięknie na tym tle jawi się sopran, który kwili urywanymi frazami, niczym instrument Trevora Wattsa w najlepszych dla Spontaneous Music Ensemble latach. Drugi pasus kwintetowy zagłębia się w szczegóły, szumi, szmera, dba o niuanse i perkusyjne ornamenty na strunach. Świetną robotę wykonuje perkusjonalista, który ów zwiewny potok nieoczywistości stara się po czasie formować w całkiem dynamiczną ekspozycję. Czas na trio basu, sopranu i perkusjonalii – muzycy stawiają wzajemne zasieki, reagują na siebie ze sporymi emocjami, płyną zwinnie od szczegółu do ogółu. Czwarta część, to duet elektroniki i bystrze preparowanego puzonu. Choć nie jest to takie proste, muzycy w tej ekspozycji starają się nade wszystko wzajemnie imitować. Efekt jest fantastyczny! Od ciszy pomruków po hałas akustycznych przesterów.

Na część piątą i szóstą znów powracamy do formuły pełnego składu. Najpierw morze wystudzonego chamber. Małe frazy arco, subtelne podrygi pizzicato, łagodny saksofon. Całość smakowicie rozkwita, zwłaszcza kontrabas pozostawiony na pastwę smyczka. Kolejna opowieść, to moment, któremu śmiało można przyznać miano najpiękniejszego na całej płycie. Zaczynają go samotne, melancholijne smyczki. Po kilku ważnych oddechach podłączają się talerze, prychający dęciak i echo syntetycznych zwarć i przepięć. Urokliwe chamber, ale podane bez jednego przesłodzonego dźwięku, na finał zmyślnie ekspresyjne!

Siódma część, to duet kontrabasu i elektroniki – grzmoty, złowieszcze echo, mokre plamy i smugi cienia. Znów elektronika szuka tu cech wspólnych z akustyką, a nie odwrotnie. Ósma improwizacja, to trio (saksofon, wiolonczela i perkusjonalia) i kolejny stempel doskonałości koncepcji preparowania subtelnych fraz na dramaturgicznym wdechu. Opowieść rysowana wyjątkowo cienką, delikatną kreską. Na finał powraca kwintet, który świetnie reasumuje całość dwóch koncertowych spotkań wyjątkowych muzyków. Kontrabas na uwięzi smyczka, mikro drumming, tło syntetyki, zalotny saksofon i perkusjonalne cello! Bystry suspens, szukanie rytmu, tłumienie emocji. Same smakołyki!

 

 

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Christine Abdelnour & Magda Mayas! The Setting Sun Is Beautiful Because Of All It Makes Us Lose!


Nowości płytowych z czterema tajemniczymi cyframi 2020 ciąg dalszy! Nieobecne od dawien dawna na tych łamach, norweskie wydawnictwo Sofa zaczyna świętowanie swoich 20. urodzin koncertem zarejestrowanym w roku 2018, na Festiwalu Ultima w Oslo. Na ostatni dzień stycznia zaplanowano premierę płyty (w formacie CD) The Setting Sun Is Beautiful Because Of All It Makes Us Lose, za dźwięki której odpowiedzialne są dwie wspaniałe artystki, bezwględnie prawdziwe królowe europejskiej swobodnej improwizacji – saksofonistka Christine Abdelnour i pianistka Magda Mayas. Krążek o wyjątkowo długim tytule, to ich trzecie wspólne nagranie. Składa się ono z jednej improwizacji, którą cisza spowija już po 35 minutach i 10 sekundach.




Sucha tuba, tańczące, nagie struny fortepianu, Panie od pierwszej chwili koncertu czynią z dźwiękami same cuda, bez trudu osiągając stan preparacji permanentnej. Piano Magdy zdaje się brzmieć niczym marimba spoczywająca na dnie oceanu, dla odmiany saksofon altowy Christine oddycha suchym, niemal pustynnym powietrzem. Narracja jest delikatna, krytycznie zmysłowa, na swój sposób kobieca w dotyku. Niemal oniryczna, budowana czasami z pojedynczych dźwięków. Po 5 minucie saksofon nabiera wilgoci, a piano repetuje i rezonuje. Dziewczynom bliżej jest do ciszy, niż jakiekolwiek postaci hałasu, co wcale nie przeszkadza im nabierać mocy drobnymi krokami, kolorować teksturę improwizacji post-industrialnymi bazgrołami, filtrowanymi kobiecą zmysłowością. Nieustannie preparowane dźwięki, generowane przez saksofon i fortepian, chwilami wręcz śpiewają, pełne są wewnętrznej niezgody na jakiekolwiek pójcie na skróty. Niczym średniowieczna mantra zagubionych wędrowców – saksofon brnie ku górze i skowycze, piano brzmi jak zepsuty klawesyn. Palce obu artystek przez chwilę zdają się szybciej poruszać, ale już po chwili tracą ową pozorną dynamikę. Po 20 minucie oba instrumenty zaczynają poszukiwać wzajemnego rezonansu, ślą wypukłe drony, które próbują imitować jeden drugiego. Preparacje pełne opiłków metalu osiadają na skroniach artystek, a bogactwo dźwięków owego rozmazanego obrazu rzeczywistości upiększa narrację w każdym jej momencie. Pochłaniając kolejne sekundy tego smakowitego koncertu, Panie podejmują wyłącznie udane decyzje dramaturgiczne.

Pod koniec tej jakże swobodnej improwizacji, artystki ponownie wchodzą w fazę wzajemnego rezonansu, który pełen jest jednak brudu i zaschniętej krwi. Saksofon znów pnie się ku górze, piano przypomina zegar z kukułką, obok kołyszą się strzępy nierozpoznanych do końca dźwięków (smyczek na strunach piana?). Kolejny krok wydaje się być zdecydowanie bardziej hałaśliwy, jak na reguły tego spektaklu – saksofon bulgocze, piano zgrzyta zębami, a narracja toczy się w tempie intensywnej medytacji. Ostatnie sto sekund – długie, posuwiste frazy siarczystej łagodności, wszystkie dźwięki zaczynają zlewać się w jeden strumień akustycznej … elektroakustyki, który więdnie niczym bukiet pięknych kwiatów.


piątek, 26 lipca 2019

Christine Abdelnour & Chris Corsano! Quand Fond La Neige, Où Va Le Blanc? That is a question!



Francuską saksofonistkę, o libańskich korzeniach, Christine Abdelnour znamy na tych łamach całkiem dobrze, choć na ogół z czasów, gdy występowała pod nazwiskiem Sehnaoui, była bowiem wtedy żoną jeszcze lepiej nam znanego gitarzysty Sharifa. Po prawdzie od tamtych czasów (niemal dekadę temu) nie była jakoś specjalnie aktywna na rynku wydawniczym muzyki swobodnie improwizowanej, ale nigdy o niej zapomnieliśmy (była choćby gościem ostatniej Krakowskiej Jesieni Jazzowej, w ramach jubileuszowych obchodów wielolecia formacji Gush). Dziś powraca do nas, uprzedźmy przebieg wypadków, z płytą absolutnie wyjątkową. Skomplikowany (pozornie) francuski tytuł nagrania widnieje w nazwie dzisiejszej opowieści. Partnerem saksofonistki w tym zacnym, artystycznym wydarzeniu jest amerykański drummer Chris Corsano, który był ostatnio gościem Trybuny dokładnie… trzy dni temu.

Nagranie studyjne z lata 2017 roku, dokonane w miejscu zwanym Audio Cue Tonlabor, zawiera dziewięć improwizacji z tytułami, które bezczelnie skutecznie przenoszą nas do świata preparacji dźwięku, wytrawnej sonorystyki i wszystkiego tego, co bezpowrotnie oddala nas od melodii, tonacji i tradycyjnego stroju instrumentów. Ostrzegamy – prawdziwe cacko z mocą niebanalnych, czasami trudnych dźwięków!

Bylibyśmy zapomnieli: Christine zagra na saksofonie altowym, a Chris – poza akcesoriami perkusyjnymi – będzie też korzystał ze slide klarnetu (i to często!). Płyta trwa 55 minut i tyleż sekund, wydawcą CD jest amerykański Relative Pitch Records, a miała ona swoją premierę w kwietniu bieżącego roku.




Spektakl rodzi się w niemal industrialnym środowisku dźwiękowym – instrument przypominjący saksofon skwierczy mechanicznie, buduje małe, hałaśliwe drony, zdaje się mieć kilka separatywnych pasm fonii. Perkusja i wszystko, co do niej jest podczepione (klarnet?), gra silnym rezonansem, drży i trzeszczy w posadach, skrzy się wibrującymi talerzami. Mechanistyczna propedeutyka preparacji  – przed nami świat nieustających tajemnic. Recenzentowi trudno jest precyzyjnie zdefiniować źródła dźwięków, tonie w dysonansie poznawczym i jest mu w tym doprawdy wspaniale! Ów krytycznie challangowy odsłuch napina wszystkie mięśnie twarzy i skutkuje systematycznym uwalnianiem ogromnych pokładów endorfin. W połowie trzeciej minuty prawą flankę przestrzeni dźwiękowej opanowują zwoje szumów z tuby instrumentu dętego. Istnieje zatem pewne prawdopodobieństwo, iż to właśnie tam posadowiła się saksofonistka. Narracja wszakże toczy się dalej z wysoką intensywnością, niczym mała orkiestra symfoniczna na dużych sterydach, która na finał improwizacji otwarcia potrafi zmysłowo rozrzedzić się i zaprezentować więcej separatywnych fonii, które przypominają nam, iż na scenie mamy jedynie saksofon i perkusję.

Druga piosenka stawia nas na baczność! Prawdziwie imitacyjny taniec godowy dwóch upalonych świerszczy! Oba pasma fonii lepią się w jednorodny strumień. Metafizyka dźwięku, który zdaje się płynąć całą szerokością pomieszczenia, w którym znajdują się muzycy. Trzecia historia, to rodzaj obopólnego rezonansu i plastycznych dronów. Cudowna cisza post-hałasu. Powietrze szumi, muzycy szukają nowej porcji tlenu. Preparacje i sonorystyka na samym dachu dalekowschodniego wysokościowca. Znów garść imitacji, szukania wspólnego mianownika dla całej improwizacji. Outside and inside, z ciszy po korpulentny dźwięk i z powrotem. Klarnet Chrisa wkleszcza się pomiędzy saksofon, a elementy zestawu perkusyjnego i drży transcendentalnym niepokojem. Chwilowo Amerykanin przejmuje rolę magika nadrzędnego. Po 4 minucie, muzycy proponują więcej drummingu i brzmienia saksofonu, które sugeruje, iż być może składa się on jednak z tuby i dysz, które muzyk naprzemiennie otwiera i zamyka. Akcenty rytmiczne i kawałek złamanej melodii, to kolejne, acz krótkotrwałe zaskoczenia dramaturgiczne. W końcowej części drumming nabiera pustynnego posmaku, a saksofon podśpiewuje pod nosem.

Czwartą opowieść otwiera perkusja, która brzmi … niczym perkusja. Obok, w tubie altu, krople potu bulgoczą zamaszyście. Flow jest nerwowy, a dźwięki - co wydaje się w tym fragmencie płyty niemal niemożliwe – ciągle zaskakują. Szumiący rezonans chwyta za gardło, a potem kończy improwizację. I już piąty odcinek – w tubie znalazło się prawdopodobnie jakieś obce ciało, gdyż saksofon drży jak młot pneumatyczny. Pod nim wibrujący werbel czyni swoją powinność. Kolejny pik preparacji i wzajemnych imitacji. Dwa śpiewające stwory o dżdżystym poranku, ze słońcem, które z roztargnienia zapomniało wzejść i posmakiem napalmu. Mechanika rytmu skondensowanego – saksofon, klarnet, głuchy drumming. Fonia skacze ku górze, świdrująca, ptasia rewolta trwa w najlepsze. Szósty fragment – werbel w fazie preparacji, pusta tuba prosi o łyk wody, dysze klaszczą w ciszy. Na dnie muzycy szukają rytmicznego mianownika - moc aktywności po stronie Chrisa, szczypta lenistwa ze strony Christine. Pięknie gaszą ledwie tlący się płomień narracji.

Na wejściu w odcinek siódmy powraca smak gęstego industrialu, który siał popłoch na początku płyty. Dwa ogniska krzyczącej meta fonii. Gdy niespodziewanie gasną, na scenie tworzy się tęcza piękna. Król i Królowa nocy, z orszakiem wątpliwych pochlebców, kroczą wyjątkowo dostojnie. Ósma część i powrót do brzmień, jakich moglibyśmy oczekiwać po zgromadzonym instrumentarium. Aktywny drumming, bawole porykiwania saksofonu, free jazz pełen zdrowych emocji. Po paru okrążeniach, Christine powraca w zarosła preparacji, nabiera wody w usta i prycha. Po 4 minucie skromny galop, a potem zmysłowy stopping – muzycy łykają gorące powietrze wielkimi porcjami. Pieśń zamknięcia, czas już na nią. Tupot suchych dysz o pusty pokład, mały drumming, dęte mikrofrazy. Klarnet rezonuje z werblem (chyba), płomień imitacji znów żarzy się szeroką łuną. Kolejny krok w kierunku nieba. A po chwili czas na finałowe odliczanie – urywane porywy powietrza z tuby, cisza na tomach, powolny marsz w poszukiwaniu ostatniego dźwięku.