Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Veryan Weston. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Veryan Weston. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 marca 2021

Mapless Quiet! Dalgoo! Aforismen! Willers! Ceccaldi! More Soma! Unk! Brom! The March Round-up!


Marcowa zbiorówka przed nami, w całej okazałości! Osiem świeżych płyt, choć w większości datowanych jeszcze na rok ubiegły, jak zwykle spory tygiel gatunkowy, garść dobrych znajomych i cała zgraja muzyków związanych ze znanym francuskim wydawcą, o których z pewnością usłyszycie po raz pierwszy.

Zaczynamy wszakże od wybitnych postaci brytyjskiego free improv grających open jazz w ciekawym, norweskim towarzystwie i na tamtejszej ziemi. Potem zapraszamy na spotkanie z pewnym niemieckim kwartetem, który intensywnie pachnie spuścizną po Ornette Colemanie, ale zdaje się mieć także kilka innych wymiarów estetycznych. W dalszej kolejności dwie nowości z holenderskiej stajni Evil Rabbit – pierwsza subtelna i kameralna, druga bardziej multigatunkowa, choć w wymiarze solowym. Zaraz potem skok do Portugalii (ale z muzykiem francuskim) i kolejna solowa płyta, tym razem na wiolonczelę. W ramach kontynuacji wątku francuskiego trio i kwartet złożony z niemal tych samych muzyków, dowodzących prawdziwości maksymy, iż lepsze bywa wrogiem dobrego. Dodajmy, iż od tego momentu będziemy grali już dużo głośniej, a na sam finał tej zbiorówki nawet hałaśliwie, dzięki naszym dobrym znajomych z Moskwy.

 


Butcher/ Weston/ Storesund/ Knedal Anderson  Mapless Quiet (Motvind Records, 2020)

Koncertowe nagranie z norweskiego Bergen, z września 2018 roku, a na scenie: John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy, Veryan Weston – fortepian, także preparowany, Oyvind Storesund – kontrabas oraz Dag Erik Knedal Anderson - perkusja. Panowie improwizują przez niemal 50 minut, często sięgają po post-jazzowe grepsy, ale i w roli miłośników free chamber czują się bardzo dobrze. Całość koncertu dostajemy w jednym traku.

Suche powietrze z tuby saksofonu tenorowego, minimal piano z czarnych klawiszy, smyczek na kontrabasie i szeleszczące perkusjonalia – otwarcie koncertu sięga po kameralistykę, która sprzyja czynnościom inicjacyjnym muzyków, którzy nie grają ze sobą zbyt często. Pierwszy uderza w dzwon Butcher – piszczy, skrzeczy, jakby grał samym ustnikiem. Zaraz potem milknie i wypuszcza w bój swobodne, post-jazzowe trio. W dalszej fazie gry będzie tak czynić często, dzięki czemu dużo dobrego do obrazu całości wnosić będzie Weston - raz za razem umiejętnie kreować opowieść, czy też zapuszczać się w obszar swobodnych preparacji. Cała narracja toczy się na dużej przestrzeni, donikąd nie goni, często dzieli kwartet na duety i tria - zdaje się, że momentów w pełni kwartetowych mamy tutaj w wymiarze minutowym najmniej. Ta niemal stała rotacja składu dobrze wszakże czyni dramaturgii całości.

W ramach owych zabaw w podgrupach warto odnotować kilka niezwykle urokliwych duetów saksofonu (zarówno tenorowego, jak i sopranowego) ze zmysłowym smyczkiem, a także open jazzowe frazy piana, dobrze konweniujące z bystrą perkusją. Pierwszą, niedługą salwę ekspresji w kwartecie dostajemy tuż przed upływem 20 minuty koncertu. Tu równie udane zdaje się być szybkie wytłumienie emocji wprost w klimaty dark chamber. Kolejny peak narracji ma miejsca parę minut później, a w roli głównej występuje sopran. Uspokojenie znów odbywa się pod dyktando piana, z saksofonem, który woli słuchać niż wydawać dźwięki. W okolicach 37 minuty tenże saksofon zaczyna bardzo łagodnie śpiewać. Kwartetowa kołysanka sprawia wrażenie, jakby prowadziła muzyków już do kresu koncertu. Po kolejnych czterech minutach muzycy rzeczywiście pogrążają się w niemal zupełnej ciszy. To jednak nie koniec – raz za razem ślą drobne, separatywne frazy, jakby zakończenie koncertu było dla nich nad wyraz trudnym zadaniem. Milkną ostatecznie pod koniec pięćdziesiątej minuty, skwitowani adekwatnymi oklaskami.

 


Dalgoo  Liberté Égalité Fraternité (Jazzwerkstatt, CD 2020)

Dalgoo, to anonsowany już wcześniej kwartet z Niemiec, w którego składzie odnajdujemy niemal samych dobrych znajomych: Tobiasa Kleina (saksofon altowy, klarnet basowy i kontrabasowy), Meinrada Kneera (kontrabas), Christiana Mariena (perkusja) oraz Lothara Ohlmeiera (saksofon tenorowy i klarnet basowy). Nagranie studyjne ze stycznia 2020 roku (Leussow) trwa prawie 70 minut i składa się z trzynastu utworów – siedmiu kompozycji Kleina, trzech Kneera oraz trzech kolektywnych, swobodnych improwizacji kwartetu, z których każda nosi tytuł stanowiący część jakże efektownego tytułu całej płyty.

Liberté Égalité Fraternité, to płyta długa, bardzo różnorodna stylistycznie, ale wyjątkowo zmyślnie skonstruowana, składająca się w sumie z czterech wątków, które świetnie się uzupełniają, pokazując zarówno duże możliwości kompozytorskie muzyków, jak i nade wszystko ich doskonały warsztat improwizatorski. Zacznijmy może od kompozycji Kleina, które prowadzone są przez saksofony. To prawdziwy ukłon w kierunku estetyki akustycznego kwartetu Ornette'a Colemana. Śpiewne tematy, które wpadają w ogniste, ale trzymane pod kontrolą improwizacje, często skonstruowane wedle jazzowych schematów, ale rozśpiewane, swobodne, pięknie ogrywające temat, zarówno melodycznie, jak i rytmiczne. W tej grupie utworów szczególnie wartościowy jest chyba ten pierwszy – dynamiczny, skrzący się emocjami i powykręcanymi po colemanowsku melodiami. Druga grupa kompozycji Kleina wykorzystuje klarnety, sięga po semickie skale, bywa tanecznie frywolna, ale także zadumana i kierująca swe spojrzenia w kierunku kameralistyki. Tu szczególnie wartościowym wydaje się być utwór numer dwa, pięknie rozpoczęty barokowo brzmiącym smyczkiem. Równie smakowite są utwory jedenasty i dwunasty, gdy muzycy, co rusz czymś nas zaskakują. Nie boją się także eksperymentować z brzmieniami post-chamber (choćby efektowne, znów barokowe solo Kneera w pierwszym z nich). Mnóstwo intrygujących fraz klarnetu kontrabasowego pięknie rozrywa narrację w drugim z przywołanych tu utworów.

Osobny rozdział stanowią kompozycje Kneera. Bardzo zróżnicowane w zakresie nastroju, tempa i użytych środków wyrazu. Pierwsza z nich (trzecia na płycie) wydaje się być nazbyt jazzowa (z użyciem saksofonów), pchana ku górze ciepłym tembrem pizzicato. Dwie pozostałe kompozycje kontrabasisty stawiają na klarnety. Szósty utwór na płycie kreuje semickie gorzkie żale, pełne smyczkowych niuansów, rezonujących talerzy i szumiących klarnetów. W dziewiątym utworze kluczem do sukcesu zdaje się być nieregularny, bystry rytm dyktowany przez kontrabas. Osobnym elementem składowym płyty są trzy swobodne improwizacje, krótkie (każda trwająca około dwóch minut), pokazujące inne oblicze muzyków. Bystre frazy, małe dźwięki, świetne reakcje, a nawet improwizacje metodą call & responce, no i kontrabas Kneera, który w owych miniaturach zdaje się mieć tysiące twarzy. Chętnie poznamy Dalgoo (to już ich czwarta płyta), właśnie w konwencji swobodnej improwizacji, ale realizowanej już na dłuższym dystansie.

 


Baars/ Dumitriu/ Henneman/ Sola  Aforismen = Aforisme = Aforismes (Evil Rabbit Records, CD 2020)

Kontynuujemy eksplorację muzyki wykonywanej w kwartecie. Tym razem jednak istotnie zmieniamy klimat i zanurzamy się po uszy w celebrowanej, chwilami demonstracyjnie powolnej, a w drugiej części płyty wręcz medytacyjnej kameralistyce (definitywnie przeznaczonej do odbioru słuchawkowego!). Przed nami kwartet niemal smyczkowy (jedyny dęciak w tym gronie często wydaje dźwięki, niczym wytrawny strunowiec): Ab Baars - klarnet, shakuhachi, George Dumitriu – altówka, skrzypce, Ig Henneman – skrzypce oraz Pau Sola Masafrets – wiolonczela. Muzycy przygotowali dla nas jedenaście kompozycji (na ogół w formie dobrze zaplanowanych … improwizacji). Nagranie zrealizowane w Amsterdamie, w tamtejszym konserwatorium (czerwiec 2019 roku), trwa 51 minut z sekundami.

Na początek muzycy serwują nam kilka zagadek – czy to dźwięk strun, czy może jednak ktoś dmucha w drobny instrument dęty? To błysk smyczka, czy oddech klarnetu? Mały festiwal fake sounds dobrze wprowadza nas w klimat nagrania. Dźwięki rodzą się z ciszy, pełne są niepokoju, ale i medytacji. Duża swoboda, kilka imitacji, tudzież bystrych reakcji na zaskakujący dźwięk. Improwizacja na zaciągniętym hamulcu ręcznym też potrafi kąsać! Japoński dęciak dodaje całości posmaku folkowego, łamie odwieczne zasady kameralistyki, która zdaje się popadać w kocie lamenty. W drugiej części strings grają skoczne pizzicato, a wyposzczony klarnet może odrobinę porozrabiać. W trzeciej z kolei, pokaz budzących się do życia smyczków – rwane, nerwowe frazy i garść dętych dronów. W czwartej strunowce riffują niczym wygłodzone gitary akustycznego post-rocka. Znów smakuje tu post-folkiem, ale coraz dłuższe frazy zaczynają przypominać rodzące się na zgliszczach filharmonii free chamber, które nie daje się zagonić do jakiejkolwiek zagrody gatunkowej. Piąta część dodaje do tego jeszcze emocje, a nawet zaskakującą dynamikę.

Począwszy od szóstej opowieści kwartet zaczyna konsekwentnie stawiać na dramaturgiczne zaniechanie. Molowe frazy wprost z ciszy i mroku tajemniczych zakątków sceny - coś skrzypi, jakiś przedmiot uderza o inny przedmiot, coś szura i lękliwie wzdycha. Dźwięki eksplodują urodą, bywają niebywale zabrudzone, intrygująco zakrzywione, ale dramaturgia całości nieco siada. Jeden z ostatnich podrygów emocji muzycy serwują nam w części ósmej – rodzaj wzajemnych nawoływań na dużej przestrzeni strunowca i dęciaka, kilka zwinnych akcji, tudzież dobrych pytań i zmyślnych ripost. Trzy finałowe utwory, to jakby konsekwentne wygaszanie płomienia narracji. Klarnet leniwie podśpiewuje, obok pojedyncze szarpnięcia za struny, kilka smyczkowych półgłosów, matowych fraz z tracących życie instrumentów. Opowieść zdaje się cierpieć z każdą mijającą sekundą, rwie się na strzępy i rzęzi niemrawym oddechem. Królestwo death chamber zostaje ustanowione na wieki.

 


Andreas Willers  Haerae (Evil Rabbit Records, CD 2020)

Zostawiamy już kwartety i przechodzimy do podrozdziału improwizacji solowych (tu także zwanych kompozycjami). Aż dziwne, iż z niemieckim gitarzystą Andreasem Willersem, dalece nienajmłodszego już pokolenia, spotykamy się na tych łamach po raz pierwszy. Gra tu on na dwóch jeszcze od niego starszych gitarach akustycznych. Płyta składa się z ośmiu części, trwa prawie 49 minut, a nagrana została w kwietniu ubiegłego roku, zapewne w samotnych okolicznościach pandemicznych.

Już na wstępnie odnotujmy, iż pierwsze dwie improwizacje na płycie są doprawdy doskonale! Muzyk pląsa po strunach niczym prestidigitator, sztukmistrz wyposażony w setki palców, tańczy na nich, rwie je strzępy i raz za razem odnajduje molekuły dźwięków. Struny gitary drżą, trzeszczą, rezonują, a muzyk bawi się nimi jak dziecięcymi perkusjonaliami. Narracja potrafi tu przypominać pijanego Django Reinhardta, by za moment przywołać w głowie skojarzenia z Derekiem Baileyem, który wypił zbyt dużo kwasu z samego rana. Muzyk dewastuje gitarę, preparuje dźwięki, by za moment płynąć post-bluesowym tembrem i czekać na oklaski. Brzmienie instrumentu jest chwilami szorstkie, innym razem melodyjne, a muzyk zdaje się zmieniać gatunkowe konotacje jeszcze szybciej niż wydawać dźwięki. Druga improwizacja zwalnia i zaczyna wykorzystywać akustykę pudła rezonansowego gitary – wszystko zdaje się tu trzeszczeć, pulsować, oddychać swoim życiem, piszczeć i niemal śpiewać. I znów, w tym tyglu pokręconej dramaturgii, muzyk odnajduje źdźbła dźwięku, a na sam koniec brzmi frazami niemal post-jazzowymi.

Kolejne utwory nieco spuszczają z tonu, zwłaszcza te najdłuższe. Muzyk cedzi frazy, szuka bardziej oczywistych, nawet klasycznych grepsów gitarowych. Można odnieść wrażenie, że na jednej płycie chciałby zawrzeć wszystkie swoje inspiracje, a także pokazać kunszt (niepodlegający dyskusji!) w dowolnie zadanej estetyce. Niemniej, na płycie nie brakuje kolejnych perełek. W czwartej części Willers bawi się w minimalistyczne gierki na pograniczu ciszy. Śle kilka fake sounds, czym skutecznie utrzymuje uwagę słuchacza. Potrafi rysować zadziorne frazy znów godne Baileya, by po chwili brzmieć jak mandolinista. W piątej części mruczy i ciekawie preparuje dźwięki, w szóstej jego instrument rezonuje każdym swoim elementem, a w siódmej skrzy się post-barokowymi ornamentami. Na samo zakończenie Andreas produkuje kilka post-bluesowych fraz i ewidentnie puszcza do nas oko. Intrygująca płyta, skrócona o kilka czy kilkanaście minut rzuciłaby nas na kolana bez cienia wątpliwości.

 


Valentin Ceccaldi  Ossos (Cipsela, CD 2020)

Jeśli przy omawianiu poprzedniej płyty recenzent był łaskaw skonstatować, iż pierwsze dwa utwory na krążku są doprawdy doskonałe, to w przypadku solowej płyty wiolonczelisty Valentina Ceccaldiego może już śmiało ogłosić, iż taka opinia dotyczy całego nagrania! Zauważmy, nagrania znacznie krótszego (a jednak!), trwającego 34 minuty z sekundami, a składającego się z trzech dość precyzyjnie zaplanowanych improwizacji (dwóch piętnastominutowych i krótkie encore). Dodajmy, iż muzyka powstała w portugalskiej Coimbrze, w maju 2017 roku.

Dźwięki otwarcia wydają się być skutkiem rezonowania każdej części instrumentu Valentina – drżą struny, trzeszczy pudło rezonansowe, coś piszczy i igra z ciszą. Efekt całości wzmaga duża przestrzeń i niewidzialne podmuchy powietrza. Oto post-barok w ciemnej pieczarze - smyczek, który szuka kantów i ostrych krawędzi, raz staje się perkusyjną pałeczką, innym razem generuje drony dark chamber, które balansują od czerstwego, bezdźwięcznego mroku po granice hałasu. Dobrze zaplanowana improwizacja, co rusz podsuwa nam nowe wątki, godne nie tylko niewieścich westchnień zachwytu. Najpierw mała gra w półdźwięki i nasłuchiwanie pogłosu, potem garść brudnych fraz, które zdają się na siebie nakładać. Muzyk pozwala wybrzmiewać dźwiękom aż po granicę ciszy, ale nie kończy nagrania. Sieje niepokój, zadaje pytania, ale nie oczekuje odpowiedzi. Jego smyczek pnie się ku niebu, by po chwili spadać z hukiem na ziemię.

Druga improwizacja pozostawia ciszę w roli biernego obserwatora. Zgrzyty na gryfie, bystre riffy i nerwowe podrygi rozgrzanych do czerwoności strun, które krzyczą z rozpaczy. Free chamber na kwasie, w tej samej sekundzie ostre i łagodne, ze smarowaniem i po suchości. Oto smyczek, który wierci dziurę w głowie, potem śpiewa jak skowronek, by w końcu bić jak dzwon z opuszczonego kościoła. Gdy emocje delikatnie opadają, narracja wchodzi w fazę wielominutowej repetycji, kreowanej dość delikatnym pizzicato. Rodzaj medytacji, która raz za razem przerywana jest incydentami na gryfie wiolonczeli. Finał tej części zdaje się być kreślony pawim piórem, niemal unosi się w powietrzu. Zaraz potem niespełna czterominutowe encore – smyczek piszczy i szoruje struny, cedzi śpiewne frazy przez szczerbate uzębienie, pracuje niczym uszkodzona piszczałka. Opowieść nabiera pewnej meta taneczności, szuka okazji do eskalacji, ale próżny to trud – niedługo potem niechętnie przygasa.

 


More Soma  Hondendodendans (Circum-Disk, CD 2021)

Zdecydowanie zmieniamy klimat, porzucamy kameralistyczne dywagacje, stawiamy na dynamikę i ekspresję, na rytm i gorące emocje! W tym niecnym czynie pomogą nam muzycy nagrywający dla francuskiego labelu Circum-Disk. Na początek trio w składzie: Mathieu Millet (amplifikowany kontrabas, który brzmi jak … gitara basowa), Frederic L’Homme – perkusja i JB Rubin – saksofon altowy i barytonowy. Płyta nagrana w Lille, latem 2019 roku, składa się z czterech utworów (śmiało możemy je nazwać kompozycjami lub mocno ustrukturyzowanymi improwizacjami) i trwa 41 minut z sekundami.

Płyta o długim tytule, będącym zbitkiem trzech słów, to doprawdy urocza, bezpretensjonalna, żywa zabawa z rytmem, para-rockową repetycją i prawdziwie improwizowanymi emocjami. Muzycy proponują nam podróż po zakamarkach jazz-rocka, od pierwszej chwili przywołują też w pamięci estetykę m-base, wykreowaną ponad trzy dekady temu przez amerykańskiego saksofonistę Steve’a Colemana. Rytm stanowi tu epicentrum każdego zdarzenia muzycznego, wokół którego wszystkie instrumenty tańczą jak ćmy wokół latarni. Ogrywają jego strukturę, improwizują wedle ścieżek, jakie wskazuje. Saksofon altowy w nieparzystych częściach, a barytonowy w parzystych, kreślą pętle i zygzaki, snują smugi efektownych dźwięków, które niesione są przez bas i pozostającą w nieustannym ruchu perkusję, raz wysokim wzgórzem, innym razem tajemniczą doliną.  Tej dynamicznej, nawet w spokojniejszych momentach, opowieści towarzyszy pewna ulotna melodyjność. Co ciekawe, nie kreuje jej saksofon, ale raczej bas.

Każda opowieść na płycie ma w sobie zaszyty nerw rytmu. Muzycy w procesie improwizacji kreują czasami całkiem separatywne strumienie dźwięków, ale nawet przez moment nie zapominają o kierunku podróży. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy basista sięga po smyczek (choćby pod koniec drugiego utworu). W tym tyglu emocji najłagodniejszy zdaje się być początek trzeciej części, gdy wyraźną linię melodyczną rysuje spokojny bas. Saksofon i perkusja zaczynają tańczyć wedle tych wskazówek, a całe trio nabiera dynamiki w naprawdę imponujący sposób. Początek ostatniej części pachnie cool-jazzem, słychać perkusyjne szczoteczki i repetytywny śpiew barytonu. Muzycy rysują kolejną, zwinną pętlę i pozostają w niej aż do końca płyty, nie przestając stylowo improwizować.

 


Unk  Now (Circum-Disk, CD 2021)

Millet i Rubin pozostają z nami, a do kwartetu doproszeni zostają: Charles Duyrtschaever na perkusji oraz Christophe Maerten na gitarze elektrycznej. Tym razem muzycy bazować będą zdecydowanie na materiale skomponowanym (autorstwa Milleta). Siedem utworów z tytułami trwa blisko godzinę zegarową.

Muzyka kwartetu bezwzględnie posiada wiele atrybutów, jakie przypisaliśmy kilka chwil temu triu. Znów bazą dla wszelkich poczynań muzyków zdaje się być rytm, dynamiczna, rockowa repetycja i stylowe improwizacje. Jednak w rekontrze należy zauważyć, iż ubogacona wersja More Soma zdaje się mieć nieco stępiony pazur kreatywności i niższą skłonność do improwizacji. Muzyka bywa tu zaaranżowana po najdrobniejsze szczegóły, a gitara nade wszystko myśli o rockowej ekspresji i efektownych ekspozycjach, godnych nawet dużych scen festiwalowych. Oczywiście znów należy podkreślić, iż tej muzyki słucha się naprawdę bardzo dobrze, można pośpiewywać, potupać nogą, wybijać dobrze skonstruowany rytm każdą częścią ciała. Na pewno propozycja Unk nadaje się na długą podróżą samochodem, ale do jej odsłuchu być może wystarczy nam dostęp do jakiegoś znanego serwisu streamingowego, a nie koniecznie ładnie wydany dysk kompaktowy.

Kompozycja otwarcia podkreśla cechy, jakimi obdarzyliśmy tę muzykę w poprzednim akapicie. W drugim utworze ciekawie pulsuje gitara, pracująca na dużej dynamice, efektownie sięgająca po zdobycze m-base, a gdy narracja zwalnia, dobrze wpisująca się w kanon jazz-rocka godny nowojorskiego downtown music sprzed 25 lat (pamiętacie choćby Lost Tribe?). Począwszy od czwartej części muzycy jeszcze mocniej akcentują swoje rockowe powinowactwa. Bystrze pracuje kontrabas, który oczywiście brzmi jak gitara basowa, a perkusja ocieka potem i jest świetnym cerberem ładu w zakresie dynamiki. Kilkukrotnie tu, i w kolejnych częściach, udanie zazębiają się symultaniczne, solowe ekspozycje saksofonu i gitary. Ta ostatnia, co pewien czas sięga po grepsy rockowej psychodelii, a na sam finał kleci nam spokojną balladę.

 


Brom  Dance with an Idiot (Trost Records, LP 2020)

Na zakończenie dzisiejszej zbiorówki zawitamy do Moskwy. Nasz ulubiony kwartet tej części świata zagra dla nas osiem punk-jazzowych petard, tu w składzie bazowym, a zatem: Dmitry Lapshin – gitara basowa, Anton Ponomarev – saksofon altowy, Felix Mikensky – elektronika oraz Yaroslav Kurilo – perkusja. Dwie strony winyla trwają łącznie trochę ponad trzy kwadranse.

Czyż nie jest tak, że najbardziej lubimy te piosenki, które dobrze znamy? Brom na swojej dziewiątej płycie niczym nas nie zaskakuje, ale jednocześnie sprawia, iż każda sekunda spędzona z ich muzyką jest czasem definitywnie dobrze wykorzystanym. Niesamowita mieszanka punkowej dynamiki, noise’ rockowych, basowych przełomów, post-jazzowych improwizacji, a tu także, dobrze wkomponowanej w ten tygiel dzikich emocji elektroniki, która brzmi równie analogowo, jak i współcześnie, niemal turntable’owo!

Płytę otwiera silnie sfuzzowany bas, który już na wejściu buduje małą ścianę dźwięku. Po pewnym czasie z tej chmury wydobywa się wrzask saksofonu i beat perkusji, które w kilka chwila są w stanie równie efektownie hałasować. Druga część zdaje się być budowana nad wyraz delikatnie, jak na kanony Bromu - melodia rysowana szczupłym brzmieniem basu. Tuż potem wybrany zostaje kierunek – połamany rock w tempie marsza z bystrymi, syntetycznymi improwizacjami. Trzeci odcinek, to niemal klasyk – speedpunkowa sekcja śmierci, drony elektroniki i post-jazzowy skowyt altu. Z kolei część czwarta, to nieco inne rozdanie. Utwór toczy się pod dyktando elektroniki, która pokazuje wszystkie swoje oblicza. Bas jak zwykle kreśli zygzaki, a finał opowieści wlecze się wyjątkowo powoli z posmakiem zdrowej psychodelii. Piąty numer, najdłuższy, to jakby przegląd estetycznych zainteresowań kwartetu. Muzycy toną w ciągłej zmianie - jak hieny krążą nad zgliszczami muzycznych gatunków, które stawiają na emocje i nie zdejmują bez potrzeby nogi z gazu. Biorą z tego, co im się podoba i techniką upside down podają jako swoje specjały. Tempo karabinu maszynowego powraca w części szóstej, w a siódmej Brom efektownie funkuje! Bas tańczy i swawoli, obok funkowe riffy generuje … gitara (?), a reszta załogi tylko dorzuca do ognia, wijąc się serpentynami z dołu do góry i z powrotem. Wreszcie finał – szybka palcówki na basie i spowolnione oddechy saksofonu i perkusji. Kilka powtórzeń, dwie sekundy zawahania i ostateczny skok w przepaść! Highway to the end and noise for ever!

 


piątek, 29 maja 2020

The Trevor Watts Quartet! The Real Intention!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, dni temu pięć.


Trevor Watts, człowiek-legenda free jazzu, pełnoprawny założyciel gatunku zwanego free improv, muzyk, który niemalże w pojedynkę wykreował estetykę Moire Music, w roku ubiegłym obchodził 80 urodziny! Wiem o tym doskonale, także o tym, iż nową dekadę życia otworzył wieloma jubileuszowymi koncertami, którymi pokazał nam, iż forma artystyczna i fizyczna jest ciągle jego niebywałym atutem.

Główne uroczystości urodzinowe odbyły na przełomie lata i jesieni. Wtedy to m.in. w londyńskim Café Oto odbył się niezwykle energetyczny, prawdziwie free jazzowy koncert formacji, którą na tę okoliczność nazwano The Trevor Watts Quartet. Saksofonistę (tradycyjnie alt i sopran) wspierały wówczas same żywe legendy sceny brytyjskiej (czyli światowej) – Veryan Weston na fortepianie, John Edwards na kontrabasie i Mark Sanders na perkusji. Koncert zarejestrowano, a już w nowym roku, za sprawą Fundacji Słuchaj!, udostępniono całemu światu. Podzielony na cztery części z tytułami trwa 68 minut i kilka sekund.




W słynnym londyńskim klubie zjawiamy się wraz z pierwszym uderzeniem free jazzowego podmuchu dźwięków, kolektywnie tworzonego przez artystów wielkiej mocy. Przyciemniona scena, mrok publiczności, na środku jeden mikrofon zbierający wszystkie dźwięki, od lewej do prawej - fortepianu, kontrabasu i saksofonu, wreszcie perkusji. Surowe, subdoskonałe, zabrudzone brzmienie zdaje się podkreślać wagę chwili. Być może wcale nie trafiliśmy do Cafe Oto, ale zupełnie niespodziewanie znaleźliśmy się nowojorskim lofcie całe czterdzieści kilka lat temu. Być może muzycy grają już tu od wielu minut, czy godzin, a my dopiero teraz zasiedliśmy na niewygodnych krzesełkach, w zadymionej salce klubowej.

Od startu saksofon altowy rusza w bystry, dynamiczny, na poły melodyjny taniec. Na jego lewej flance swawoli pianista, który także tryska energią i pozytywnymi emocjami. Sekcja rytmu robi swoje, jak zwykle po mistrzowsku. Nasz ulubiony kontrabasista tamtej części świata nie byłby sobą, gdyby w masywy flow kwartetu nie wpuszczał, co pewien czas, swoich dramaturgicznych fermentów, jak choćby wtedy, gdy niespodziewanie w okolicach trzeciej minuty wchodzi w rytmiczną imitację z pianistą! Rzeczony pianista jest tu także przygotowany niemal na wszystko, serwuje nam na przykład pasaż post-ragtime’owej motoryki, która dodatkowo dynamizuje poczynania muzyków. Free Jazz Quartet as a pattern! Saksofon altowy, zatopiony w jedynym i niepowtarzalnym Watts’style, nie ma tu z niczym najmniejszego problemu. Kolektywnie, w ogniu tylko dobrych interakcji, muzycy budują narrację jakby mimochodem, świetnie się ze sobą komunikując. Gdy w piątej minucie Edwards sięga po smyczek, chwila dramaturgicznej zadumy trwa jedynie kilka sekund. Saksofon zaczyna wyć do księżyca, a piano ma krótkie solo z perkusyjnymi zdobieniami. Po powrocie do kwartetowej ekspozycji, nadal gęstej od dźwięków, muzycy zdają się już nie forsować tempa, jak na starcie, ale wciąż budują w pełni kolektywny, ognisty przekaz. W czternastej minucie krótki epizod post-chamber, z lirycznym piano i ciszą saksofonu, znów stanowi jedynie preludium do dynamicznej eskalacji, która wieńczy pierwszą improwizację.

Druga część zaczyna się nad wyraz spokojnie. Łagodny alt, smyczek na kontrabasie, małe piano. Narracja buduje się bez pośpiechu, ale każdorazowym prowodyrem wzrostu emocji wydaje się być przede wszystkim szacowny jubilat. Etap galopu kwartet osiąga mniej więcej po pięciu minutach. Opowieść jest bardzo różnorodna, każdy z muzyków nieustannie kreuje i inicjuje nowe sytuacje sceniczne. Tuż przed upływem dziesiątej minuty faza repetycji buduje podwaliny pod istotne spowolnienie. Najpierw głównym aktorem jest saksofonista, potem pianista i kontrabasista. Powrót do kwartetowej narracji jeszcze zaognia sytuację. Watts tańczy jak opętany, a narracja mimo dynamiki zaczyna się kołysać i stopniowo - metodą dobrych pytań i jeszcze lepszych odpowiedzi - osiąga w pełni zrównoważony finał.

Kolejną część muzycy ponownie zaczynają w skupieniu – wyważone plastry dźwięków z klawiatury, półśpiew altu, smyczek nisko zawieszony na gryfie kontrabasu, incydentalne akcje perkusjonalne. Kameralne intro trwa cztery minuty, pełne jest niemal post-barokowego uroku. Gdy Edwards wzbudza kontrabasowe pizzicato, wszyscy już wiedzą, iż nadszedł czas, by na powrót wpaść w wir free jazzowego szaleństwa. W okolicach dziesiątej minuty saksofonista bierze łyk wody i kolejny duży oddech, a trio pozostałych muzyków plecie ciekawą konstrukcję open jazzową. Watts wraca wyposażony w saksofon sopranowy i buduje podniebny flow pełen emocji. Dobrze asystuje mu smyczkiem kontrabasista, a całość nabiera dynamiki w mgnieniu oka. W połowie szesnastej minuty drobne spowolnienie, kilka dźwiękowych niuansów - saksofon na stronie z kontrabasem, ciche piano i szczoteczki perkusyjne, które zdają się budować nową opowieść. Oczywiście tak temperamentni artyści nie odmówią sobie na finał bystrej eskalacji. Mistrzem ceremonii – ognisty sopran!

Czas na finałową część koncertu, choć krótszą niż pozostałe, to jednak będącą czymś więcej niż urodzinowym bisem. Start – oczywiście – łagodny, dramaturgicznie spolegliwy, lekki, ale od samego początku kreowany na sporej dynamice. Watts wraca do altu i sieje popłoch na scenie już po kilku pętlach narracji. Najpierw jurny, pikantny galop, potem krótki oddech, ubarwiony solówką kontrabasu. Gdy wracają pozostali muzycy, pot i krew leją się ze ścian. Alt opętany rytmem, gęsty ścieg kontrabasu i perkusji, rozkołysane wichurą piano – esencja free jazzu! Opowieść zmysłowo, ale i wieloetapowo przygasa. W tle niecierpliwa publika chciałby już ryknąć oklaskami, ale muzycy cedzą ostatnie dźwięki – rezonans talerzy, półfrazy saksofonu i piana, droga do ostatniego dźwięku niczym wisienka na urodzinowym torcie. Brawo!

piątek, 1 lutego 2019

London Improvisers Orchestra! Twenty Years On!


Przed nami płyta, która być może … była najważniejszym wydarzeniem ubiegłego roku na europejskiej scenie muzyki improwizowanej. Co niezwykle zaskakujące, przemknęła ona przez roczne podsumowania i adresy odpowiedzialne za promowanie gatunku (sic!) niemal niezauważona. Być może te łamy są jedynymi, które fakt jej wydania w ogóle zauważyły.

Drodzy Państwo - niemal po dekadzie fonograficznego milczenia – najnowsza płyta London Improvisers Orchestra!!! Żeby nie było mało – z okazji XX lecia jej wspaniałego istnienia!




W rozbudowanym liner notes Evana Parkera czytamy zabawną ciekawostkę, iż LIO powstała trochę na znak protestu przeciwko metodom dyrygenckim samego Butcha Morrisa. Przez pierwszą dekadę istnienia formacji, jej koncerty były dość skrupulatnie dokumentowane przez EMANEM Records Martina Davidsona i jego sublabel Psi Records, kierowany artystycznie przez Evana Parkera. Muzycy grali raz w miesiącu w słynnym Red Rose, a płyty zachwycały nasze uszy raz za razem (łącznie było ich dziewięć*), przy czym ta ostatnia HMS Concert, wydana jako cd-r w roku 2012, jest zupełnie niedostępna, osobiście nigdy jej nie słyszałem – kto ma, niech się tym szczęściem podzieli!). Słynny kolorowy budynek został zamknięty bodaj w roku 2007. Orkiestra błąkała się po przeróżnych miejscówkach, a po roku 2010 nawet (chyba?) na pewien czas zamilkła. 

Mniej więcej w połowie obecnej dekady LIO zadomowiła się w londyńskim IKLECTIK i zwyczaj comiesięcznego muzykowania powrócił w całej rozciągłości. Po prawdzie nie wiem, kto stał się w tym czasie głównym organizatorem przedsięwzięcia (w poprzedniej dekadzie był nim, jakby na to nie patrzeć, sam Evan Parker). Muzykowanie szło w najlepsze, jednakże efektów fonograficznych nie mogliśmy dojrzeć na półkach dobrych, nieistniejących sklepów muzycznych.

Szczęśliwie, w obliczu dwudziestolecia istnienia Orkiestry, muzycy zwarli szeregi i wydali własnym sumptem (!) podwójne wydawnictwo, które dziś – uprzedźmy przebieg wypadków – zachwyca nas od pierwszego do ostatniego dźwięku! Przy okazji, tymże faktem edytorskiej determinacji, Londyńczycy zawstydzili wszystkich bez wyjątku wydawców muzyki improwizowanej po obu stronach Wielkiej Wody!

Na płycie 20 Years On znajdujemy – w przeciwieństwie do poprzednich płyt LIO – wybór nagrań z wielu koncertów. Dokładnie 14 fragmentów z 11 koncertów, które miały miejsce w IKLECTIK, między grudniem 2015, a czerwcem 2018. Dwa srebrne krążki, łącznie 67 muzyków, niemal 150 minut wspaniałej muzyki. Zatem wszyscy wielbiciele, tudzież istotnie zainteresowani, niemal natychmiast osiągają stan orgazmu permanentnego (cytując klasyka). Poniżej skomentujemy każdy z utworów zawartych na wydawnictwie, wskazując jego tytuł, czas powstania i personalia dyrygenta, a po pełną listę uczestników wszystkich koncertów odsyłamy pod niżej wskazany adres:


Improvisation, Czerwiec 2018: Spokojna rozmowa muzykantów, dobrych znajomych z podwórka, trochę urwisów, ale artystycznie bardzo odpowiedzialnych. Klimat dość swobodnie traktowanego call & response. Seria małych dźwięków wchodzących w zwinne interakcje. Partia perkusjonalii, narastające bogactwo filigranowych narracji, swobodnych, luźnych wypowiedzi. Kilka ekspozycji, które moglibyśmy określić, znów posiłkując się nomenklaturą Johna Stevensa, mianem more sustained pieces, a po nich spokojne wyciszenie. London Improvisers Orchestra w stanie czystej, wolnej improwizacji, czyli bez dyrygenta!

Sweet Freedom, Terry Day, Grudzień 2015. Zawodzące pasaże strunowców i klasyczne już dziś melorecytacje weterana sceny brytyjskiej, perkusjonalisty Terry Daya – tu, niemal zgodnie z tytułem, dedykowane Sunny’emu Murrayowi i Albertowi Aylerowi. Zdaje się, że cała Orkiestra akompaniuje temperamentnemu liderowi. Łagodne flety, pogodne piano, także moc pięknych, krótkotrwałych eksplozji kolektywnych emocji. Symfoniczne niemalże kontrapunkty, wszystko, by podkreślić słodki wymiar przekazu werbalnego.

Veryan Weston/ Improvisation, Lipiec 2016. Preparacje piano, wspierane przez perkusjonalia i moc elektroakustycznych obiektów. Bijące serce ogniska strunowców, a zaraz potem spokojna narracja dętych, w delikatnej opozycji do tych pierwszych. Przykład lekko rozwichrzonej krainy … łagodności. Także garść upalonych skrzypiec i swingujący saksofon. Bystra, wszakże silnie sterowana improwizacja. W drugiej części fortepian, który wchodzi w stan konfrontacji z rozbudowaną watahą dęciaków. Są i bardzo aktywne gitary. Tuż po tym, jak Weston zdejmuje ręce z pulpitu sterowniczego i puszcza ansambl w słodki żywioł, piękny obraz chaosu swobodnej improwizacji dużego zestawu instrumentalnego. A na sam finał dronowy wielogłos.

Rinse, Rondo for Orchestra, Ashley Wales, Maj 2016. Rozbudowana, strunowa ekspozycja grana różnymi technikami – naprawdę błyskotliwa! Taniec na szkle! Obok piano wprost z klawiatury, na bogato! Cała narracja w bystrym galopie. W tle jakże spokojne pasaże dęciaków, grane jakby z pięciolinii. Strunowce w kompulsywnych repetycjach, godnych Steve'a Reicha i jego Pociągów. Po uspokojeniu - gęsta, posuwista meta filharmonia. Zdaje się, że fragment precyzyjnie dyrygowany przez mistrza drum’n’bass ze Spring Heel Jack, Ashleya Walesa, to najlepszy jak dotąd odcinek tej płyty! Na finał powrót reichowych repetycji, w tle krwiste, dęte wybrzmiewanie, z którego lepi się finałowych dron.

Improvisation, Marzec 2016. Kolejna, swobodna wycieczka do lasu! Struktura tej pieśni jawi się mniej więcej w ten sposób: wysokie pasmo instrumentów dętych, sucha warstwa strunowej sonorystyki i niskie pasmo dętych. Pełna swobodna wyboru, ale i permanentne skupienie oraz odpowiedzialność za każdy dźwięk. Prawdziwie kolektywna radość tworzenia i konsekwencja w działaniu. Gra cały ansambl, także plamy analogowej elektroniki w gęstej pajęczynie interakcji z żywymi.

Concerto For Charlotte Hug, Alison Blunt, Październik 2016. Panie definitywnie biorą sprawy w swoje ręce. Zjednoczone Królestwo strun i pięknych dźwięków. Narracja rodzi się z samego dna ciszy i błyskotliwie rozbrzmiewa, przy silnym wsparciu klarnetu basowego. Opowieść tkana kobiecą wrażliwością i odrobiną męskiego szaleństwa. Oczywiście przywołana w roli tytułowej Hug jest tu Panią na włościach. Sonorystyka zwinnego gardła, posuwiste półdrony na gorącym gryfie altówki, zapewne także szczypta teatralnej ekspresji. Wataha strunowców idzie po złote runo, mając sprzymierzeńca w preparowanym fortepianie. Zapasy i fajerwerki, eskalacja goni eskalację. Śpiew małych strun i kontrapunkty basu. Na finałowej prostej kolejne pogawędki, także głosowe, z glazurą niskich dźwięków. Brawo!

Drone Study, Tasos Stamou, Grudzień 2015. Tytuł, który obiecuje wiele i spełnia wszystko bez mrugnięcia okiem. Niskie pomruki dwóch kontrabasów i trzech wiolonczeli na dobry początek. Pięknie narastają. Obok szwadron dętych śle równie wyraziste pozdrowienia. Po czym wszystko zwinnie rozwarstwia się, tak do poziomu małych grup, jak i nawet pojedynczego instrumentu. Powrót do wielogłosowej narracji przeprowadzony z saperską precyzją. Dyrygentura naprawdę wysokiego lotu! Po kolejnym rozbiciu szyku, jęki strun, pląsy drewnianych i blaszanych. W 9 minucie mała sekcja sonorystyki z wyciszonych tub. W odpowiedzi strunowce płynące smutnym, niskim barokiem – ale cuda! Finał koncertu muzycy odnajdują w gęstej fakturze kolejnego drona. What a game!




Outside and Inside, Adrian Northover, Lipiec 2017. Drewniane i blaszane w ekstatycznej introdukcji, idą szeroką ławą. Jest i szczypta filharmonicznego zadęcia, i piano, które wraz z kontrabasem knuje skromną, jazzową intrygę. W odpowiedzi trąbki i saksofony punktują bardzo boleśnie. Ciekawe akcenty wiolonczeli w dialogu z saksofonem Northovera (?). Narracja skrzy się bogatymi interakcjami, stylowym call & response, tu i ówdzie także porcją indywidualnych ekspozycji lub duetów. Także kolektywne unisono, na dowód tego, iż zmienność akcji jest cechą dominującą tej dyrygentury. Outside and inside, so go again!

Une Note... Caroline Kraabel, Marzec 2018. Małe akcyjki, zwinne podpowiedzi, dylemat wyższości call & response nad search & reflect. Na początek ledwie kilka instrumentów – flet, viola, piano, gitara… Gdy dochodzą kolejne, narracja buduje się na wielu poziomach, jakby rosła ilość stanowisk dowodzenia. Puzon pięknie eksponuje swoje brzmienie na tle orkiestrowego unisono. Kilka perełek z gryfów małych strunowców. 8 minuta, to zwarty szyk, marsz po rozchełstane szczęście improwizatorów. Swingujące piano, kwilenia sopranowego i pomruki tuby. What ever you want! Skrupulatne, precyzyjne, co do milimetra, zwieńczenie tej historii.

Noel Taylor, Luty 2017. Perkusjonalna introdukcja na trzy ludzkie byty. Małe gierki drewnianych z blaszanymi, zmysłowe, strunowe drony. Piano rozbłyskuje na tle tych ostatnich. Także szczypta melodii, tkanej jakby pod dyktat z kartki. Urokliwie piękne! Dęciaki wchodzą w to, jak w masło! Obok ponownie aktywne perkusjonalia, a zaraz potem fantastyczna ekspozycja z sopranowym w roli głównej. 10 minuta, to moment prawdziwego szaleństwa na gryfach małych strunowców, które brzmią jakby zostały wzmocnione prądem. Także trąbka i kontrabas, i jeszcze tysiąc innych, niemniej udanych pomysłów na rozwój improwizacji. 

Guilherme Peluci, Luty 2017. Krótka, ale dość szczególna pozycja w zestawie. Wejście piana w towarzystwie chóru szaleńców! Small talks, jazgot preparacji, także głosowych! Suche struny w powolnym marszu. Obok głosy ludzkie, niczym jadowite węże na polowaniu. Konwulsja percussion oraz piękny chaos ludzkiej natury, determinowany krzykiem.

Philipp Waschmann, Maj 2017. Start z poziomu płaskich strun w sonorystycznym dygocie, perkusjonalia i obiekty elektroakustyczne. Małe dźwięki, dzwonki, bardzo aktywne tło – szmery, szuranie, stukanie. Reeds & Brass zdają się wyruszać w podróż ku akustycznej plądrofonii – jakże zmysłowe! Wysoki tembr kontrabasów, symfoniczny rozmach dęciaków. A potem wszystko idzie ku gęstemu, przy wtórze rozgrzanego fortepianu. 9 minuta, znów odzywa się kontrabas, który czyści pole zwinnym pizzicato. Komentarze z innych strun, powolne gubienie tropu w oparach narastającej ciszy.

Collective/Co-operate, Dave Tucker, Grudzień 2017. Puzonowe pomruki z trzech dużych otworów. Obok percussion i suche sonore z tuby. Delikatne piano, dzwonki, rodzaj chamber before the storm. Jakże oryginalna narracja! Nieśmiały saksofon, kolektywne unisono na małych strunach, piano w roli akompaniamentu. Świetny dialog tego ostatniego z altowym. Wreszcie triumfalny powrót puzonów, pasus klarnetów, miliony drobnych fonii, zmiana goniąca zmianę. Smutne, nostalgiczne tony i salwy konwulsyjnego śmiechu.

Steve Beresford, December 2017. Groźne pomruki kontrabasu i jeszcze niżej posadowionej tuby. Po kilkudziesięciu sekundach wchodzą kolejne strunowce, orszak puzonów, klarnet, a także elektroakustyczne preparacje. Z gitar elektrycznych rodzi się gęsta narracja, podpierana salwą perkusjonalii. Pulsacja prądu, a w opozycji oniryczne pasaże strings. Tajemnicza, złowieszczo brzmiąca sytuacja sceniczna. Wysoka ekspozycja altowego, tuż obok komentarz innego drewniaka, a w tle skwierczenie na kablach. Opowieść rośnie w kierunku eskalacji. Szczypta hałasu i dark ambientowe wybrzmiewanie. Efektowny finał jest udziałem Klausa Bru na c melody sax and electronics, o czym dowiadujemy się już po wybrzmieniu, z komentarza scenicznego.


*) więcej szczegółów dyskograficznych odnajdziecie w jednym z rozdziałów monografii Evana Parkera, dokładnie w tym miejscu


piątek, 5 października 2018

Parker! Russell! Coombes! Turner! Beresford! Wilkinson! Weston! Nicols! Noble! Ward! And many strong aspirants to fame! Channel by Discovery Festival 2017!


Zjednoczone Królestwo swobodnej improwizacji! 16 września 2017 roku, Ye Olde Rose & Crown, Walthamstow, Londyn. Sobotnie popołudnie z ciepła herbatką, być może także z odrobiną czegoś wzmacniającego nadwątlone siły wielbicieli całkowicie wyzwolonej improwizacji.

Discovery Festival trwał ponad sześć godzin zegarowych, nagranie zaś dokumentujące to wydarzenie nazwano Channel. Wyłącznie w formie elektronicznej dostarcza label Johna Russella i Paula G. Smytha – Weekertoft (2018).

Teatime for Dreamers! Czyż nie za to kochamy wyspiarką muzykę? Werbalny komentarz do każdego z koncertów festiwalu przed Wami!




Zaczynamy od jedenastoosobowej orkiestry prawdziwych aspirantów i jednego mistrza gatunku - Mopomoso Workshop Group (Sebastian Sterkowicz – klarnet basowy, Sam Enthoven - elektronika, John Eyles – saksofon altowy, Emmanuelle Waeckerle - głos, Martin Clarke – saksofon altowy, Deborah Chin – saksofon sopranowy, Alan Newcombe – saksofon tenorowy, Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn, Phil Durrant - mandolina, Chris Hill - klarnet, Alec Kronacker – gitara elektryczna). Ponad półgodzinna, zgrabna, bardzo swobodna improwizacja. Nie znamy ośrodka decyzyjnego, być może zatem rzecz działa się całkowicie kolektywnie. Bardziej niż udane użycie elektroniki, nieinwazyjnej, pięknie komentującej żywe incydenty dźwiękowe. Intrygująca gitara, wyrazista, o głębokim brzmieniu. Aktywna, skupiona i rozbudowana sekcja dęta, niestroniąca od eskalacji. Po 20 minucie, jakby więcej syntetyki w tembrze orkiestry, w dobrej komitywie z dęciakami, a na finał udany dialog klarnetu basowego i głosu kobiecego.

A teraz trio o dynamicznej nazwie Crush! (Mark Browne- saksofon, Ian McGowan – trąbka, Sonic Pleasure – obiekty). Błyskotliwy, niespełna 20 minutowy set. Dobrze ułożone proporcje instrumentalne (żywe w przewadze!). Narracja równocześnie intensywna i subtelna. Zdaje się, iż nie brakuje tu adekwatnego live processing. Słyszymy dźwięk fletu, syntetykę perkusyjną, a nawet brzmienia gitary. Saksofonista potrafi dąć w sopran niczym Trevor Watts w duetowej edycji Spontaneous Music Ensemble. Całość jawi się jako elektroakustyczna perełka. Brawo!

Czas na kolejny bardziej rozbudowany ansambl, znów rojący się od zdolnych aspirantów. W ramach South Leicestershire Improvisers Ensemble na scenie pojawiają się: Lee Boyd Allatson - drum set, Virginia Anderson - klarnety, Bruce Coates, - saksofony, Christopher Hobbs - fortepian, małe instrumenty, Trevor Lines - bas, Rick Nance - flugelhorn, Nilufar Habibian – qanun oraz David Hackbridge-Johnson – skrzypce i pozostają z nami na prawie 24 minuty. Początkowo dominacja dźwięków strunowych (nawet dość nieoczywistych), rodzaj zwinnej kameralistyki, która szybko znajduje powód do eskalowania napięcia. Parę chwil dobrego call & responce, trochę dętych ekspozycji w klimatach contemporary, także kilka galopów wyzwolonego improve. Znów muzykom należy się słowo pochwały za dobrą organizację przestrzeni fonicznej (na liście płac nikt nie przyznaje się do dyrygentury).

Teraz na scenie melduje się free jazzowy duet Stefan Keune (saksofon altowy) i Steve Noble (instrumenty perkusyjne). Syna Albionu znamy doskonale, nie wymaga on rekomendacji. Mniej popularny zdaje się być niemiecki saksofonista, ale i on z niejednego pieca chleb jadł. No i to właśnie Keune w trakcie 17 minutowego seta udowadnia, iż pierwszy rząd europejskiego free winien być jego stałym miejscem. Zaczynają na ostro, ale już po paru minutach saksofonista schodzi niżej i zaczyna szukać ciekawszych dźwięków, głęboko zaglądając w tubę swego instrumentu. Noble czyta pismo nosem i aplikuje do gry na pełnych prawach. Bardziej niż błyskotliwe!

Chwila pianistycznego ukojenia, to z dramaturgicznego punktu widzenia, świetny pomysł. Paul G. Smyth w wersji solo (niemal 20 minut)! Zaczyna od preparacji, nisko pochylony na pudłem rezonansowym. Sporo subtelności, które podkreślają dźwięki otoczenia (słychać miasto w tle!). Minimal piano in deep space! Ciekawe, suche brzmienie. Pasus bardziej dynamiczny zdaje się być mniej intrygujący, ale finał seta rekompensuje wszelkie ambiwalencje – bardzo efektowny, niemal demoniczny, z dubową poświatą

Zdaje się, że festiwalowa rozbiegówka już dawno za nami. Oto kwartet o jakże niebanalnej nazwie Lullula (Jim Dvorak - trąbka, Kay Grant - głos, Armorel Weston - głos, Marcio Mattos - kontrabas). Dwa fragmenty, łącznie 20 minut z sekundami. Efektowna, bogata instrumentacja – dwa głosy kobiece, trębacz, który nuci pod nosem i kontrabas ze smyczkiem. Panie zdają się raz za razem szczytować, Panowie dzielnie akompaniują on full improve. Gdy szukają ukojenia, intrygująco gaworzą w klimat Julie Tippett i Spontaneous Music Ensemble. W dogrywce bez chwili zawahania idą w dobrą sonorystykę.

I znów nazwa formacji przyciąga uwagę jeszcze przed pierwszym dźwiękiem - Compulsive Quintet (Rick Jensen – saksofon, klarnet, Luisa Tucciariello – głos, flet, efekty, Michele Paccagnella - gitara, Sebastian Sterkowicz – klarnet basowy, Jordan Muscatello – kontrabas). Dwa odcinki, ponad 22 minuty. Na starcie jazzowe frazy saksofonu, okraszone głosem kobiecym. Reszta czeka, a potem wszyscy razem robią duży skok w wolną improwizację. Nawet hałasują, gitara zwinnie psychodelizuje. Rwana, zmienna narracja, przyzwolenie na każdy dźwięk, przeto całość trochę nierówna. Ognisty finał pierwszego odcinka, więcej spokoju w drugim.

Kobiecy duet na skrzypce i fortepian? Why not!? Alison Blunt na tych pierwszych, Yoko Miura - na drugim. Ponad 20 minut rozwichrzonej kameralistyki. Piano odrobinę akademickie, często operujące mikrofazami i zatopione w konstruktywnym free improve skrzypce, z lekko zabrudzonym brzmieniem. Zdecydowanie więcej dzieje się po 7 minucie, gdy Panie postawiają gorąco podyskutować na argumenty foniczne. Pod koniec piękne, repetujące frazy skrzypiec, przypominające błysk Billiany Voutchkovej.

Zdecydowanie dobry to moment na coś prawdziwie bombowego! I tak dzieje się w istocie, na scenie bowiem melduje się skandynawskie trio Bomb (Ola Paulson – saksofon altowy, Anders Lindsjö – gitara basowa, Anders Uddeskog - perkusja). Niespełna 16 minutowa petarda free! Wytrawny saksofon, jurna, zagotowana od startu sekcja (doskonały bas elektryczny!), pełna swoboda kreacji – czego chcieć więcej? Jakże świeże i odkrywcze nagranie na tle osiągnięć gwardii uznanych i nadmiernie honorowanych kolegów z tej części kontynentu. Od eksplozji do konstruktywnego skupienia, zwinnej, małej gry. Świetna komunikacja, doskonały warsztat. Finał ocieka wysokogatunkową spermą! Brawo!

Po takiej wolcie, dobrze byłoby, gdyby jacyś inni artyści sprowadzili nas na ziemię nieco mniej ekscytującą narracją. Mówisz, masz! Enzo Rocco na gitarze, Veryan Weston na fortepianie. Set niemal 25 minutowy. Jazzowa, gęsta, trochę przegadana ekspozycja. Panowie nie żałują energii, tryskają temperamentem, ale po paru minutach koncert zaczyna trochę nużyć. Być może, tak intensywna gra obu muzyków dowodzi w tym wypadku problemów w zakresie wzajemnej komunikacji. Cóż, tak bywa.

Popołudniowa herbatka  w Ye Olde Rose & Crown zaczyna nabierać mocy. Festiwal wkracza w drugą fazę. Na scenie za moment zaroi się od postaci pomnikowych gatunku. Bądźcie czujni!

Trio Blurb zdaje się, że dobrze wpisuje się w powyższy anons. Maggie Nicols użyczy nam głosu, John Russell gitary, a Mia Zabelka skrzypiec i głosu. Dwa odcinki, każdy równo 9 minut i 39 sekund! Piękny, klasyczny dla free improve głos, jedyna w swoim rodzaju, akustyczna gitara ze splątanymi strunami, swarne, lekko psychodelizujące skrzypce, które chowane w klatce, wciąż uciekają na wolność! Błyskotliwa komunikacja, piękne zadziory akustyczne, z pewnością jeden ze szczytowych momentów tego popołudnia. Maggie niczym przekupka na rynku z warzywami, John precyzyjny i zupełnie wyzbyty zahamowań artystycznych i Mia, czasami filigranowa, także używająca głosu! Doskonałe!

Kolejny koncert znów konfrontuje kobiecy głos z instrumentem akustycznym. Viv Corringham w parze z Alex Wardem na klarnecie. Niespełna 14 minut. Na starcie kogucie bulgotanie z obu stron sceny. Tak w gardle, jak w tubie klarnetu. Niezła imitacja! Kobiecy głos nieco histeryczny, przeładowany energią, klarnet w dokładnej opozycji. Dużo emocji, sporo hałasu, stabilna komunikacja. Przed większość czasu recenzent wolałby pójść na solowy koncert Warda (pięknie gra!), ale ognisty finał pozostawia go w obliczu duetu i nie czyni rozczarowanym.

Czas na trio, znów damsko-męskie: Lee Boyd Allatson - drum set, Alan Wilkinson – saksofon altowy, Hannah Marshall – wiolonczela. 22 minuty i tyleż sekund ciekawej, free jazzowej opowieści z wiolonczelą, która nie dość, że jest delikatnie amplifikowana, to od startu wychodzi przed szereg i ustala zasady współpracy. Nie mamy zastrzeżeń! Saksofon Wilkinsona (sięga też po baryton) dość przewidywalny, niepozbawiony wszakże ekspresji i dobrego tonu, Allatson dopóki nie zacznie wydawać dźwięków głosowych, nie budzący wątpliwości. Króluje wszakże Marshall, która zabiera Panów na ognisty finał, który zdecydowanie podnosi jakość całej ekspozycji. 

Festiwal drobnymi krokami wchodzi na ostatnią prostą. Wejście jest iście piorunujące: Nigel Coombes na skrzypcach i Roger Turner na perkusji! Dwie improwizacje, łącznie prawie 24 minuty. Chciałoby się rzec – Spontaneous Music Ensemble Revisited! Spotkanie jedynych w swoim rodzaju improwizujących skrzypiec (ach, ten karkołomny, folkowy zaśpiew!) i drummera, która zjadł zęby na wybitnej free improve. Wirtuozeria, mistrzowska mała gra, maestria filigranowości. Classic of molecular improve! Czy wiecie dlaczego Turner nigdy nie zagrał w SME? Bo tam było miejsce tylko dla jednego perkusisty. Bez cienia wątpliwości – najważniejsze wydarzenie tamtej soboty!

Ciąg dalszy artystycznej kulminacji Discovery Festival! Evan Parker – saksofon tenorowy, John Russell - gitara, John Edwards – kontrabas. Ponad 23 minuty. Każde nagranie takiego tria warte jest wszystkich pieniędzy świata! Wolna improwizacja, model klasyczny. Bez zaskoczeń, tylko ekstaza! Być może, przy tej okazji, warto pochylić się nad jakością pracy Edwardsa w tej konfiguracji personalnej. Dynamika, ekspresja, kompatybilność w każdym wymiarze. Tu, nawet bardziej dynamicznie niż zazwyczaj. Takie trio, to dowód rzeczowy na tezę, iż telepatia nie jest pojęciem teoretycznym!

Po artystycznej eksplozji, ponownie czas na duet fortepian-skrzypce. Tym razem jednak męsko -damska odsłona: odpowiednio Steve Beresford i Satoko Fukuda. Kwadrans z okładem bezbolesnej improwizacji na piano z klawisza i klasycyzujące skrzypce. Steve, jak zwykle cytuje cały świat muzyki, jest rubaszny, zabawny, ale bardzo precyzyjny. Narracja jest rwana, ale wielowątkowa, bogata w naprawę udane momenty. Po stronie Japonki genialna wręcz technika gry. W ramach chwili relaksu ten pierwszy robi wariacje na temat ragtime’u, ta druga gra melodię dla powtórnie zakochanych. Dobry finał w galopie.

Oto i koniec dnia mamy już w zasięgu ręki. W ramach pierwszego podprowadzenia Dave Tucker Group (Dave Tucker – kontrabas, Claude Deppa – trąbka, Rachel Musson - saksofon, Mark Sanders – perkusja). Prawie 20 minut modelowej niemalże free jazzowej ekspozycji. Niebanalny flow, strumień dobrze uporządkowanej improwizacji. Bardzo śpiewana trąbka, doskonały saksofon (bez zaskoczeń!), sekcja, która okazjonalnie nawet swinguje. W połowie seta solo lidera, potem start nowej narracji. Finał wszakże bez nadmiernej ekscytacji.

W ramach drugiego podprowadzenia strunowe trio Barrel (Alison Blunt - skrzypce, Ivor Kallin - altówka, Hannah Marshall – wiolonczela). Set 16 i pół minutowy. Narracja pełna przeciągania liny, zwarć i całusów, toczona na pięknym, zabrudzonym brzmieniu przez każdego z muzyków. Co rusz, któryś z nich wychodzi przed szereg i stawia stempel mistrzowski. Prawdziwa perła string free improve. Zjazdy i podjazdy, sonorystycznie i melodycznie. W połowie seta incydenty z gardła, pokrzykiwania, jęki i drobne ekstazy. Potem chwila hałasu i rozbudowany, epicki finał.

Czas powoli gasić światła. Na ostatni set festiwalowy wychodzą szefowie Weekertoft, by zwinną improwizacją zakończyć to wielobarwne i naprawę udane popołudnie (wieczór). Paul G. Smyth, - fortepian, John Russell – gitara. Skromny, 9-minutowy rodzaj encore. Mała gra, preparacje, flażolety. Beauty in silence! Na ostatniej prostej muzycy trochę jednak rozrabiają! Finał godny całej imprezy! Brawa dla wszystkich!


Channel kupicie za skromne trzydzieści funciaków pod tym dokładnie adresem!



piątek, 1 grudnia 2017

Trevor Watts! All There Are Dialogues! Not Only With Strings!


Postać angielskiego saksofonisty Trevora Wattsa wykuta jest na Trybunie Muzyki Spontanicznej w złotej skale! Muzyk ten nie potrzebuje jakichkolwiek introdukcji, pisanie o jego muzyce nie wymaga powtórki z historii muzyki improwizowanej. Bowiem on sam jest tą historią i to bodaj jedną z tych najważniejszych!

Dziś czas odpowiedni na omówienie dwóch tegorocznych premier płytowych Trevora! Kwartet i duet! A na koniec drobny suplement na piano solo, oczywiście bez udziału saksofonisty, poczyniony przez jednego z jego współczesnych partnerów w żmudnym procesie improwizacji.




Dialogues With Strings!

Pytanie, czy formuła improwizowania w kwartecie może być twórczym rozwinięciem takiejż czynności, uprawianej w duecie, jest oczywiście retoryczne, ale gdybyśmy usilnie potrzebowali powodu rzeczowego, przykładem niech będą Dialogi ze Strunami. Wieloletnia i wielopłytowa współpraca Trevora Wattsa z pianistą Veryanem Westonem właśnie osiągnęła stan wzmożonej potrzeby czegoś więcej. Doproszenie do duetu dwóch wyjątkowo atrakcyjnych muzycznie artystek, jakimi są skrzypaczka Alison Blunt i wiolonczelistka Hannah Marshall, jest zatem naturalną konsekwencją wyżej zastanej sytuacji.

Pierwszy koncert nowego kwartetu odbył się wiosną tego roku. Potem pojawiła się płyta, która miała swą premierę w trakcie koncertu czwórki na warszawskim Festiwalu Ad Libitum. A na rzeczonej płycie, właśnie ów pierwszy koncert.

Rzecz działa się 23 kwietnia br. w Cafe Oto w Londynie. Dziś słuchamy tego na CD, wydanym przez Fundację Słuchaj!, a zatytułowanym właśnie Dialogues With Strings. Trzy odcinki muzyczne (tytuły sugerują, iż są to fragmenty większej całości). Godzina zegarowa i jedna minuta konkretnie wartościowych doznań muzycznych przed nami.

Każdy z muzyków płynnie wchodzi w zadaną konwencję estetyczną (gramy muzyką komponowaną, stworzoną oczywiście w drodze jak najbardziej swobodnej improwizacji!). Wiolonczela ma delikatnie upalone brzmienie, czym łechta zmysły recenzenta od pierwszej do ostatniej minuty koncertu. Piano stąpa pojedynczymi akordami, wprost z klawiatury, skrzypce na boku, w stanie łagodności,  a saksofon w oczekiwaniu na pierwszy podmuch swojej tuby. Jakby wzdychanie narkotyzującej się filharmonii przed pierwszym uderzeniem w batutę. Alt Wattsa wchodzi ostrożnie, jest odrobinę słodki, nienachalny. Skupienie, ale i odwaga, nawet bezczelność. Gęsta narracja, ciało w ciało, bez pustych przebiegów. Piano ewidentnie nawołuje do tańca, strunowce nie mówią „nie”. Trevor stara się tonizować emocje młodszej falangi tego kwartetu, ale nie jest w tym do końca skuteczny. Czupurność Alison i Hannah, pewna zuchwałość Veryana, sprawiają, iż alcista puszcza wodze fantazji i pozwala, by cały kwartet poszedł na całość! Dwóch starszych Panów i dwie bystre Panny na wydaniu. Trochę kabaretu damsko-męskiego z wyjątkowo dobrym skutkiem dla tej improwizacji. Narracja płynie wytrwale, trochę w stylu down and up, ale bez kameralistycznych dłużyzn – dzieje się! Czasami to narowisty strumyk, innym razem rwący potok. Jedynie piano Westona zdaje się być w tym zestawie mniej wywrotowe. 10-minuta, pierwszy głębszy oddech improwizacji, ale w dobrym guście, smakowite five o’clock. 14 minutę zdobi szalona jazda saksofonu sopranowego. Brudne, wyuzdane brzmienie strunowców wzmaga efekt dramaturgiczny fragmentu. Na finał pierwszego Dialogu, dynamiczne incydenty w pełnym galopie, a potem szybkie down to the silence.

Perkusyjne piano budzi do życia kwartet po sekundzie przerwy regeneracyjnej. Filtrujący przestrzeń saksofon. Odrobina agresji i zabawy na strunach. Skrzypce brzmią jak dęciak. Dęciak pachnie strunami. Prawdziwe kameleony! Jakby się wszyscy wzajemnie imitowali. Artystyczny mezalians! Idą w urocze tango i mizdrzą się do siebie! Synergia i empatia szczytują bezboleśnie. Jakby całe życie tylko w tym gronie trwonili czas.

Znów Weston – jurnymi uderzeniami w klawiaturę - ogłasza start kolejnego Dialogu. Stawia rytm, jest precyzyjny i raczej nieskory do akceptowania zdań odrębnych. Taneczny krok dobrze służy także tej improwizacji (strunowce znów w zalotach, urzekająco piękne). Boogie? Ragtime? Watts rozwiewa jednak wszelkie wątpliwości – dmie w tubę i przypomina, że gramy krwiste free improve! Wybrzmienie tej akurat eskalacji okraszone sonorystyką skrzypiec i wiolonczeli (ach! – wzdycha recenzent). W 6 minucie Panie giną w konwulsjach nieoczywistych dźwięków, Panowie mają zaś ochotę na kameralistyczny spacer! Ot, ciekawy dysonans! W 10 minucie Strings wchodzą w dół, Panowie brną raczej górą. Wymiana poglądów, że aż iskrzy! Konsensus osiągnięty w mgnieniu oka (to częsty przypadek w tym kwartecie). Jakby kolejny orgazm tej improwizacji. Zaraz potem szczypta hałaśliwego galopu. Gęsto i soczyście! Po 20 minucie, spowolnienie, które nie nosi cech kameralistyki, jest bowiem ogniście piekielne! Cztery zwarte ciała, błyskotliwe interakcje! Watts, jak przystało na najstarszego w tym gronie, napędza improwizację i nadaje jej freejazzowy wręcz sznyt! Brutalny, acz piękny stop, to okolice 24 minuty, wprost w otchłań sonorystyki. Także one step to chamber! Na dużej swobodzie! Tak, na tej płycie zdarzyć się może doprawdy wszystko! Finał jest dynamiczny, pełnowymiarowy, bez niedomówień. Tłusty od tylko dobrych reakcji, czupurnych odpowiedzi i sążnistych znaków zapytania. Na wybrzmieniu, uszy stają nam dęba! No, i burza oklasków!





All There Is!

W nieco innych okolicznościach artystycznych odnajdujemy Trevora Wattsa na płycie poczynionej w duecie z pianistą Stephenem Grew. Poprzedniej zimy zawieszaliśmy ucho na ich duecie Con Fluent …nagranym korespondencyjnie. Na nowej płycie muzycy grają już zdecydowanie w tym samym miejscu i czasie, a czynią to w trakcie dwóch tegorocznych, styczniowych popołudniówek w kościele w Lancaster. Dokument fonograficzny nazwali All There Is (Discus, 2017). Siedem improwizacji (z czystej przekory nazwanych composed by…), godzina zegarowa. Dodajmy, iż Watts gra oczywiście na sopranie i alcie, Grew zaś na kawai mini grand piano

Chytry sopran, pnący się ku górze w opozycji, a może w kompozycji, z nadpobudliwym, szybkim piano, wprost z klawiatury. Błyskotliwa technika, lisia zwinność i lamparcia dynamika. Piano ma lekkie, nieco mniej przestrzenne niż zwykle brzmienie. Alt i sopran niczym woda święcona. Rzec można, nieskomplikowana, free jazzowa ekspozycji z dużą porcją emocji i wzajemnego szacunku (można to nazwać empatią). Maksimum efektu dramaturgicznego, osiąganego przy ograniczonym nakładzie sił i środków, zwłaszcza w spokojniejszych odcinkach muzycznych. Grew używa całego spektrum dźwiękowego swojego mini grand piano, choć jeśli w ogóle stosuje preparacje, to są one subtelne, nieoczywiste i raczej okazjonalne. Woli smak niedopowiedzenia, niż nadmierne gadulstwo. Ten rodzaj artystycznego minimalizmu dobrze robi improwizacjom Wattsa, zostawia im czas i przestrzeń, bez zbytniej kontroli. Także klasycystyczne naleciałości w pianistyce Grew stawiają saksofonistę w obliczu konieczności podejmowania intrygujących decyzji. Watts gra swoje, wiecznie rozpoznawalne pasaże (zwłaszcza na sopranie), ale nie sposób nie zachwycić się ich tembrem i dramaturgią. Także wysoką dyspozycją dnia!

W trzecim fragmencie muzycy plotą uroczy dialog w niemal stojącej narracji. Niskie piano, silnie sonorystyczny alt! Grew silniej pobudza do aktywności improwizatorskiej Wattsa, niż choćby bardziej wycofany, chwilami klasycyzujący Veryan Weston. Potrafi grać agresywnie, pyskato, nie przestaje być dynamiczny, nawet gdy gra wystudzone pasaże. W czwartym utworze piękne pasaże bardzo szorstkiego altu, z odpowiednią dawką melodii na dyszach i potu w samej tubie. Zachwyty recenzenta nie kończą się w trakcie piątej ekspozycji – krzepiące galopady pianisty komentowane wyrafinowanymi eksplozjami saksofonu. W szóstym, przykład sytuacji akcja! reakcja! eksplozja! w dobrym, free jazzowym idiomie. Siódmy, ostatni numer to stempel, sygnatura jakości! Brawo!




The Delicate Gates Of The Spirit 

Jeśli zdołałem dziś zaintrygować Was postacią Grew, warto byście sięgnęli po jego ostatnią płytę solową The Delicate Gates Of The Spirit (póki co, nagranie ma status selfreleased, dostępne do odsłuchu na stronie muzyka). Sześć improwizacji pochodzi z roku 2016, trzy kwadranse do odsłuchania.

Nagranie cechuje proste, szorstkie, ale niebywale płynne brzmienie fortepianu. Krótkie, nieagresywne palcówki z klawiatury, z zaszytym wewnętrznym nerwem, rodzajem artystycznego niepokoju. Narracja na ogół jest szybka, pozbawiona romantycznej zadumy, z pewną dozą angielskiej powściągliwości, wyposażona wszakże w odpowiednią dawkę ekspresji. Muzyk nie stroni od bystrych galopad, ale szczęśliwie daleko mu do natręctw, typowych dla pianistów free jazzowych. Czuć w tej muzyce posmak klasycznego wykształcenia muzycznego.

Bez wątpienia Grew, to przykład pianisty osobnego, który podąża swoimi indywidualnymi ścieżkami. Często jego wybory dramaturgiczne są nieoczywiste i potrafią zaskakiwać. Nie stroni od poszukiwań nowych środków wyrazu, bazując jednak na tym, co dać może zwykła klawiatura fortepianu. Czerpie z doświadczeń współczesnej kameralistyki, pozostając wszakże przede wszystkim zwinnym improwizatorem. Grew potrafi być silny, jak tur, by za moment sprawiać wrażenie bezbronnego słowika na gałązce jemioły.

Gdy decyduje się na pozostawienie na moment klawiatury, wchodzi w minimalistyczne preparacje i czyni je z dużym smakiem. Szczypta repetycji, może zapach serializmu (?). Na pewno konsekwencja, precyzja, technika gry, to atuty muzyka. Także krnąbrność i rzadka cecha muzyków korzystających z tego instrumentu – nie potrafi przynudzać!

Na finał tej płyty znów dostajemy skromną porcję preparacji. Choć ekspresja w tym momencie zdaje się czuwać na zaciągniętym ręcznym, wybrzmienie jest stylowe i naprawdę smakowite!


poniedziałek, 16 października 2017

Leandre! Guy! Fernandez! Liquid Quintet! Watts! Crispell! Edwards! 12th Ad Libitum Festival! And so is history! I tak tworzy się historia!


Każdy akt zbiorowego grania i słuchania muzyki ma swoją historię, swoje genialne epizody, tudzież dla odmiany garść prawdziwych gniotów. Warszawski Festiwal Muzyki Improwizowanej Ad Libitum szczęśliwie od lat unika tych ostatnich i na ogół kreuje wydarzenia artystyczne na poziomie trudno osiągalnym dla innych tego typu inicjatyw w naszym pięknie powykręcanym kraju.

Tegoroczna edycja była jednak wyjątkowa! Trzy dni, osiem koncertów i każdy z nich… zasługuje na najwyższą ocenę. Ze statystycznego punktu widzenia, zjawisko to niemal niemożliwe. W praktyce koncertowej – miało jednak miejsce! Poniżej w kilku reporterskich impresjach, postaram się tę szaleńczą tezę uzasadnić.


Dzień pierwszy

Panów Agusti Fernandeza i Barry Guya znamy doskonale. Na tych łamach padły już nawet stwierdzenia, iż z artystycznego punktu widzenia, obaj muzycy są polskimi rezydentami. Koncerty, płyty (zarówno w przypadku katalońskiego pianisty, jak i brytyjskiego kontrabasisty) są naszym częstym udziałem. Nie zmienia to jednak faktu, iż muzycy nie grali tu jeszcze w składzie dwuosobowym. Sam występ duetu, dla tych którzy doskonale znają muzyków, niczym nie zaskoczył, ale poziom artystyczny, umiejętność kooperacji, dźwiękowa wrażliwość, improwizatorska wyobraźnia wzniesione zostały na tak wysoki poziom, iż czujnik zadowolenia recenzenta osiągnął bez problemu stan maksymalny. Z jednej strony szczypta notacji, mikro scenariuszy, z drugiej furia pomysłów, wytrawnych preparacji i szaleństw improwizatorskich. Jeśli ktoś oczekiwał nostalgii i zadumy typowej dla obu muzyków, gdy realizują się wspólnie w ramach tria Aurora, mógł zginąć z nadmiaru wrażeń. Na bis wszakże muzycy zacytowali bodaj najpiękniejszą melodię z debiutanckiej płyty w/w formacji.




Punkt drugi i ostatni wieczoru otwarcia – grupa warsztatowa polskich muzyków improwizujących pod światłym przewodnictwem Joëlle Leandre (kontrabas) i Krzysztofa Knittela (elektronika). Obok liderów (a może jedynie skromnych przewodników) w składzie grupy – niebywały głos kobiecy (Marta Grzywacz), dwie gitary (Marcin Olak, Wojciech Błażejczyk), klarnet (Mateusz Rybicki), trąbka (Olgierd Dokalski), akordeon (Zbigniew Chojnacki), skrzypce i altówka (Patryk Zakrocki), wibrafon (Dominik Bukowski), fortepian (Łukasz Ojdana) i perkusja (Krzysztof Gradziuk). Krótki, ale jakże misternie skonstruowany w czasie rzeczywistym fragment zbiorowej, kolektywnej improwizacji. Smakowita, nieco kameralistyczna narracja, która miała dwunastu dyrygentów i ani jednego nietrafionego dramaturgicznie pomysłu. Wyśmienite!


Dzień drugi

Skrzypce i kontrabas na pierwszy strzał wieczoru. Dagna Sadkowska przyszła na ten koncert od strony muzyki współczesnej, John Edwards - od strony krwistego i niewymownie pięknego free jazzu/ free improvisations. Połączyła ich skłonność do niczym nieskrępowanej improwizacji. Samo spotkanie było elektryzujące i buchało emocjami, choć narracja w wielu fragmentach balansowała na pograniczu ciszy, kleiła się do wielu jej wymiarów i kolorów. Anglik pokazał kunszt i wirtuozerię, których wielu z nas być może nie spodziewało się, znając jego eksplozywną grę na wszystkich europejskich scenach free. Polka nie była nachalna, często z kobiecą gracją czekała na to, cóż zdarzy się po stronie jej partnera. Efekt muzyczny zadowolił wszystkich.




Angielscy weterani gatunku – Trevor Watts (saksofony) i Veryan Weston (fortepian) grają ze sobą już kilka dziesiątek lat. Są prawdziwie pomnikowymi postaciami free improvisation. Tu rozbudowali swój duet o dwa instrumenty smyczkowe – wiolonczelę i skrzypce, a do występu zaprosili dwie duże młodsze panny, ale już o uznanych personaliach – Hannah Marshall i Alison Blunt. Jeśli ktoś oczekiwał, że napotka free jazz przeniesiony do filharmonii, to zawiódł się srodze. Muzyka kipiała energią, kolektywną i intuitywną improwizacją. Tam, gdzie muzyka współczesna styka się ze zdrowym hałasem, tam także, gdzie free jazz wpada w odrobinę kameralnej zadumy. To muzyczne pola rażenia tego niezwykłego kwartetu! Każdy z muzyków iskrzył pomysłami, a historii mieli do opowiedzenia opasłe tomy. Jeden z dwóch najlepszych koncertów festiwalu!

Na wieczór późniejszy trio, które znamy od lat, ale pewnie na żywo nie widzieliśmy nigdy (przynajmniej w kraju). Amerykańska pianistka Marylin Crispell, kobieta, która wyznaczyła kanon pianistycznej improwizacji u boku Anthony Braxtona, Barry Guy (by the way… świętujący na festiwalu 70-e urodziny!) na kontrabasie i Paul Lytton na perkusji. W tym miejscu w zasadzie można powtórzyć słowa, jakimi skomentowałem koncert Guya z Fernandezem. Bez zaskoczeń, jednakże na poziomie artystycznym osiągalnym dla niewielu. Wielka radość recenzenta, móc zobaczyć Crispell na żywo. Wyśmienita pianistka, jak każdy wybitny muzyk, potrafi zagrać wszystko, ale gra tylko to, co zechce.


Dzień ostatni

Z wielu powodów koncert otwarcia dnia trzeciego był dla mnie kluczowy na tej imprezie. I od razu skomentuję – okazał się najlepszy. Katalońskie Liquid Trio, które na tym koncercie wieściło światu ukazanie się trzeciej płyty, uzupełnione o dwóch znakomitych muzyków z polskim paszportem – zatem niechybnie Liquid … Quintet. Personalnie zaś: Agusti Fernandez (piano, głównie preparowane), Albert Cirera (saksofon tenorowy i sopranowy), Artur Majewski (trąbka i flugelhorn), Rafał Mazur (akustyczna gitara basowa) i Ramon Prats (perkusja). Od prawdziwie drapieżnego i wielowymiarowego free improv, po oczyszczającą ciszę, którą muzycy osiągnęli w niebywały sposób, kolektywnie schodząc step by step do ostatniego dźwięku i linearnie ograniczając skalę swoich ekspresyjnych zachowań. Prats grający stopą po werblu, Mazur traktujący smykiem swoją gitarę, która stawała się małym kontrabasem, Majewski z niebywałą umiejętnością wypełniania przestrzeni akustycznej dźwiękami w wysokim rejestrze, Cirera tryskający energią i pomysłami, kluczowy element kongenialnego wybrzmiewania nagrania, gdy pracował na sopranie nie używając ustnika, wreszcie Fernandez, który w każdej sekundzie najbardziej zagmatwanej improwizacji, wiedział jaki zagrać dźwięk. Doskonały koncert!




Duet dwóch kontrabasów - Joëlle Leandre i Barry Guy. Dwie najważniejsze postaci festiwalu, z racji zadań i zakresu obowiązków (każdy po trzy występy!). Nie będę opisywał techniki ich gry, wyobraźni i palety rozwiązań improwizacyjnych. To zawsze najwyższa skala oceny. To nie był koncert. To był spektakl teatralny. Muzycy prześcigali się w pomysłach, w zakresie wzajemnej komunikacji (Barry grał nawet przez moment na kontrabasie Joëlle, choć wcale nie zamieniali się instrumentami!). Finał wyniósł publiczność pod nieboskłon Centrum Sztuki Współczesnej. Guy, nie przestając grać na instrumencie, najpierw ułożył do snu swój kontrabas, a potem już wspólnie z partnerką, kontrabas Leandre. Emocje eksplodowały!

Finał nie mógł nie należeć do tej ostatniej - Joëlle Leandre Tentet. Trochę narracji z partytury, bardziej na zasadzie inspiracji i tworzenia ładu narracyjnego, niż chęci odgrywania gotowego materiału kompozytorskiego. Wybitni muzycy, których nazwisk nie wylistuję w całości, gdyż program festiwalu ich nie opisał, a na koncercie nie notowałem. Może przywołam jedynie tych muzyków, których znałem już wcześniej – zatem Theo i Valentin Ceccaldi (skrzypce, wiolonczela), Alexandra Grimal (saksofony) i Jean Luc Cappozzo (flugelhorn). Szczególnie urokliwe brzmiały instrumenty strunowe, których rola w Tentecie jest fundamentalna. W przeciwieństwie do płyty Can You Hear Me?, którą muzycy twórczo dekonstruowali na koncercie, improwizacja szczęśliwie dominowała nad materiałem skomponowanym. Przywołany wyżej tytuł był przy okazji naczelnym hasłem 12 edycji Festiwalu Ad Libitum.

Tak, słyszeliśmy Cię! I to jak!


piątek, 7 października 2016

John Butcher! Ståle Liavik Solberg! – jesienny powiew świeżości, czyli .. jak pięknie, że już pada


Po tropikalnym, jak na krajowe warunki wrześniu, nowy miesiąc pokazał nam miejsce w szeregu. Jak zaczęło padać ostatniej niedzieli, to póki co, jeszcze nie przestało. I nawet te nanosekundowe chwile bez deszczu, z odrobiną słońca, mają jakiś ironiczny wymiar.

Odczarujmy złą aurę! Sięgnijmy po krążek zatytułowany na tyle przewrotnie w kontekście sytuacji pogodowej, że po jego odsłuchu musi wydarzyć się coś pozytywnego!

So beautiful, it starts to rain!

Londyńska scena klubu Café Oto (znów tam jesteśmy!?!), sierpień roku ubiegłego i dwóch pełnokrwistych facetów, którzy czekają, by wydobyć z siebie pierwszy dźwięk. Ten pierwszy, zdecydowanie starszy i bardziej doświadczony, przy okazji obywatel Zjednoczonego Królestwa, nazywa się John Butcher i zagra na saksofonie tenorowym i sopranowym. Ten drugi, nieco wyższy - w paszporcie ma wpisane Ståle Liavik Solberg i jest poddanym Króla Norwegii - siedzi za zestawem perkusyjnym, uzupełnionym o kilka niezbędnych przedmiotów do generowania nieoczekiwanych dźwięków.




Jeśli pamięć Waszego recenzenta nie szwankuje, Panowie Ci spotykają się w okolicznościach muzycznych po raz pierwszy. A zatem szanse na odrobinę świeżości w zadęciu, szczyptę nieoczywistości w dewastowaniu werbla i talerza, czy zmyślne reakcje na kontrowersyjny pomysł partnera, zdają się być ponadnormatywne.

Od razu uprzedźmy przebieg wydarzeń. Po 35 minutach odsłuchu tego nieprzerwanego ciągu dźwięków, z radością skonstatujemy, iż szanse owe zostały w pełni wykorzystane (o tak, Derek Bailey zza grobu unosi kciuk w geście tryumfu!).




A przebieg wydarzeń jest następujący: Od pierwszego westchnienia na scenie, Solberg drąży kanał, ewidentnie chce się przebić do Śródmieścia. Uklepuje grunt seriami nieoczywistych uderzeń, jest dynamiczny i odrobinę molekularny. Butcher całuje kryształ, jęczy i wibruje, chyba bada wytrzymałość perkusyjnej tekstury. Szorstki flow jego tenoru przypomina lot zmutowanego czmiela, który goni miniaturowe stado bawołów. Pięści każdy dźwięk i zdecydowanie szuka swojego terytorium. Solberg daje radę ogarnąć całość i spokojnie tyczy granice przyzwoitości dla tej improwizacji. Niczym jurny nosorożec, kopytami znaczy teren. Talerzykuje, łyżeczkuje, poleruje. Butcher chwyta za sopran i bezceremonialnie sięga dna, w momencie, gdy bębny krążą już pod sufitem, zdzierając pajęczyny z nieodkurzanych od lat narożników. Dynamika koncertu łapie ciekawią arytmię. Muzycy wchodzą sobie w drogę, kolektywnie skowycząc i ocierając się o siebie, jakby byli w okresie godowym. Z każdą chwilą rośnie w nas przekonanie, że jesteśmy we właściwym czasie, w równie odpowiednim miejscu. Podobnie rzecz się ma z formą muzyków. Jadą w górę windą bez stacji pośrednich. Gdy na horyzoncie pojawia się perspektywa finału tej zabawy, zaczynają kwilić jak trusie, toczyć ptasi dialog bez potrzeby puentowania. Saksofon stawia stemple, a perkusja rytualnie obiega jego ślady. Po obu stronach sceny oczywistym staje się przekonanie, że John Butcher jest w stanie zagrać każdy dźwięk. Solberg też ma tego świadomość, co więcej – jest przygotowany na każdą ewentualność sceniczną i nie zawodzi w jakimkolwiek momencie. Bez dyskusji - Ci dwaj faceci na scenie Cafe Oto świetnie sobie ze sobą radzą!

Otwieramy oczy. Łapiemy oddech. Nie pada!!!!! Cud jest naszym udziałem.


****

Płyta duetu John Butcher/ Ståle Liavik Solberg So beautiful, it starts to rain, ukazała się dwa tygodnie temu, nakładem wydawnictwa Clean Feed. Składa się z jednej, 35-minutowej improwizacji, która na potrzeby słuchaczy została podzielona na nośniku cyfrowym na trzy części. Ich tytuły też są efektem sztucznego podziału tytuły całej płyty.

Powyższe skromne review najnowszej płyty z udziałem Johna  Butchera, uzupełnijmy o garść informacji o innych jego aktualnych aktywnościach. Od kilkunastu tygodniu są już z nami, rozkochanymi w wolnej improwizacji, dwa inne koncerty Johna Butchera z Cafe Oto. O nagraniu tria The Apophonics 27.11.13 pisałem nie dalej, jak w ubiegłym tygodniu. Warto zatem wspomnieć o innym wydawnictwie otorokowym, wyposażonym w przenikliwy tytuł Quintillions Green. Stanowi ono dokumentację spotkania saksofonisty z Fredem Frithem (gitara) i Teresą Wong (wiolonczela, głos), poczynionego jesienią ubiegłego roku. Pięć improwizowanych fragmentów, trwających prawie 100 minut. Jak tylko poznam te dźwięki, natychmiast podzielę się wrażeniami.

Z mrowieniem w kręgosłupie oczekiwać także będę na edytorski efekt koncertów, jak będą miały miejsce w tym miesiącu na Półwyspie Iberyjskim (m.in. Festiwal w Coimbrze). Zagra tamże frapujący kwartet w składzie - John Butcher/ Agusti Fernandez/ Hugo Antunes/ Roger Turner. Ta piorunująca mieszanka muzycznych osobowości winna nas połechtać doskonałymi dźwiękami.




Na koniec zostawmy już njusy i sięgnijmy po pewien starszy krążek autorski Butchera. W latach 1996-98, czyli trzy epoki kamienia łapanego temu, nasz ulubiony fizyk-saksofonista popełnił kilka sesji duetowych i solowych, które w niedługim czasie znalazły się na płycie o niezbyt odkrywczym tytule Music on Seven Occasions (Meniscus, 2000). Aż osiemnaście wyjątkowo dosadnych i smakowitych przy okazji miniatur free improv. Wśród zaproszonych na sesję gości odnajdujemy naszych dobrych znajomych: Gino Robaira, Veryana Westona, Thomasa Lehna, Johna Corbetta (amerykańskiego gitarzystę; nie mylić z angielskim trębaczem Jonem Corbettem), Jeba Bishopa, Freda Lonberga-Holma i Michaela Zeranga. Skład uzupełniają Alexander Frangeinheim (kontrabas) i Terri Kapsalis (skrzypce). Jeśli z jakichś istotnych względów pragniecie posiadać tylko jedną płytę genialnego Johna Butchera, to ten krążek nada się znakomicie.