Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean-Luc Petit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean-Luc Petit. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 maja 2022

Benjamin Duboc’ Ensemble Icosikaihenagone! The Musical and Choreographic Fiction!


Dwudziestoosobowy zespół o nazwie własnej nieprzetłumaczalnej na jakikolwiek język świata, dyrygent i kompozytor w jednej osobie, troje aktorów i duża scena teatralna. A na niej tom drugi opowieści pod tytułem Fikcja muzyczna i choreograficzna - Kreacja na Wielką Orkiestrę i Korpus Aktorski.

Francuski kontrabasista Benjamin Duboc, to muzyk wyjątkowy, o czym świadczą jego rozliczne dokonania na niwie swobodnej improwizacji, free jazzu, a także, jak się właśnie okazuje, na polu kreatywnej, po części improwizowanej muzyki współczesnej. Muzyk, który w ostatnich latach niezbyt często ujawniał światu swoje nowe dokonania, powraca z płytą niezwykłą i wartą tysiąckrotnego eksplorowania. A dla tych, którzy nie znają lub nie pamiętają muzycznych aktywności 51-letniego artysty, szczególnie sprzed mniej więcej dekady (wtedy był bodaj najaktywniejszy na scenie free impro), na zakończenie dzisiejszej opowieści krótki zestaw linków do tekstów opisujących czerstwymi metaforami Pana Redaktora muzyczne dokonania Duboca.

A teraz, bez zbędnej zwłoki, przenosimy się na deski Teatru Miejskiego we francuskim Montreuil!

 


Bez trudu odnajdujemy się na widowni. Słyszymy szmer rozmów, odgłosy otoczenia, nerwową ciszę oczekiwania. Zaczynają głosy kobiece – najpierw jeden, potem drugi recytują tekst, a w tle pierwsze oddechy wydają instrumenty dęte. Po upływie trzeciej minuty rusza muzyka – orkiestra wypuszcza z siebie ledwie jeden duży strzęp dźwięku i słucha, jak długofalowo potrafi on wybrzmiewać, rozpływać się w przestrzeni obiektu teatralnego. Pojawia się kontrabasowy dron, któremu towarzyszą dęte ornamenty. Orkiestra buduje suspens na wdechu, pełna niepokoju, wręcz trwogi. Jeszcze tylko kilka bardziej intensywnych uderzeń w klawiaturę fortepianu i pierwszy akt spektaklu tonie w gęstej ciszy. Tym razem słyszymy odgłosy przyrody, zatopione w instrumentalnym bezruchu, dającym odpowiednią przestrzeń dla budowania nowego wątku. Ósma minuta, to moment, w którym rozbudowane instrumentarium zaczyna prowadzić ze sobą leniwe small talks. Po kolejnych dwóch minutach uderzenie w wielki kocioł zdaje się oznajmiać otwarcie kolejnego rytuału dźwiękowego. Szmery, nieme gesty, oddechy, minimalistyczne piano, akordeon, szeleszczące struny, błyszczące talerze – wszystko to buduje akustyczny przednówek niemal dark ambientowej ekspozycji. Tymczasem krótką, bardzo oszczędną w słowa opowieść proponuje nam piano. Kilka silniejszych uderzeń w czarne klawisze zdaje się tu wybudzać z snu całą orkiestrę, która zaczyna lepić kolektywnie dźwiękowe crescendo. W okolicach 14 minuty owa żmudna droga na szczyt przybiera dalece uroczą i jakże intensywną postać. Obfity strumień dźwięków rozlewa się tu bardzo szerokim korytem i jeszcze nabiera mocy, w połowie 18 minuty przypominając niemalże krzyk dzikiego zwierzęcia!

Opowieść opada teraz na samo dno i przeobraża się w suche, męsko-damskie dialogi. To postrzępione fragmenty rozmów z muzykami, tu lepione w strumień niemal surrealistycznej narracji. Po kilkudziesięciu sekundach spektakl płynnie wchodzi w nowe stadium. Muzycy serwują nam kilka wątków jednocześnie. Małe frazy strunowe, wokal, jazzująca trąbka, pomruki klarnetu basowego, garść dźwięków preparowanych z kilku źródeł – wszystko to tworzy plejadę zmysłowych incydentów fonicznych, które choć separatystycznie generowane, tworzą zwartą, nerwową strukturę. Narracja stabilizuje się serią powtórzeń i przechodzi do kolejnego etapu. W 25 minucie tym, który proponuje nowy kierunek jest kontrabasowy smyczek, ryjący głęboką bruzdę w ziemi. Na jego lepkiej powierzchni osiadają dęte, krótkie frazy i wokalne inkrustacje. Emocje znów rosną, a swoje trzy grosze dokładają tu, rozstawione na przeciwległych flankach, perkusjonalia, które niespodziewanie wygaszają basowy dron. Duetowa ekspozycja nie szczędzi nam dźwięków preparowanych. Tuż po niej dostajemy strzępi fonii ze strony elektroniki, być może także gitarowych przetworników, które przypominają fale radiowe, raz za razem wyłapujące tajemnicze dźwięki z kosmosu. I to właśnie ten moment otwiera zaskakujący melanż krótkich, ciętych fraz, które wydają się być dźwiękami granymi przez orkiestrę, ale także matowymi samplami wyszukanymi w przestrzeni radiowej - wątek jazzowego, kontrabasowego drive’u, śpiewanej piosenki, kameralnego smyczka do pary z fortepianem, jazzowej orkiestry dętej, wreszcie ciekawie wyeksponowanej trąbki i głosów recytujących półsłowa. Tanecznym krokiem skaczemy po radiowej skali, mieszamy wątki i systematycznie tracimy kontakt z rzeczywistością.

Na początku 34 minuty wrzask ludzkiego głosu (brzmiący jak tuba!) przenosi nas w inny wymiar spektaklu. Jakbyśmy umęczeni daleką podrożą wrócili na teatralną scenę. A tu orkiestra żyje i gra nam dynamiczny jazz na wiele głosów! W tle moszczą się post-elektroniczne zgrzyty, które tłamszą opowieść i odbierają jej życie tuż nad podłogą. Nowa plejada dźwięków tym razem płynie wprost z wielkiej tuby i watahy nerwowych strunowców. Wszystko lepi się tu w mgławy, leniwy dron, głównie basowy. Orkiestra znów zaczyna budować crescendo! Do gry wchodzi rozhuśtany saksofon i perkusjonalia, a potem inne narzędzia drewniane, blaszane i strunowe. Narracja wydaje się być w tym momencie wyjątkowa swobodna, wypuszczona z ryzów dyrygenckiej dyscypliny. Przez moment flow prowadzą samotne perkusjonalia. Tuż przed upływem 40 minuty opowieść znów startuje z samego dna ciszy. Bas mruczy, dęte oddychają, głosy szepczą i szemrają, klawisze piana złowrogo stukają po wystudzonych młoteczkach. Nagle na scenie pojawia się rozochocona gitara, która buduje meta psychodeliczną narrację, sieje spustoszenie prądem zmiennym i wzbudza odgłosy całej orkiestry. Tak, to definitywnie ostatnia już prosta tej niebywałej historii. Tutti Grande! Finał, falujący niczym wzburzony ocean, grany jest na dużym wydechu! Urywa się nagle, za pociągnięciem producenckiego skalpela, wprost w ciszę … oczekiwania, dokładnie taką samą, jaką znamy z pierwszych sekund tego nagrania. Piękny nawias dramaturgiczny po kilkudziesięciu sekundach ostatecznie topi nas w bezwzględnej ciszy.

 

Ensemble Icosikaihenagone Volumes II - Fiction Musicale et Chorégraphique - Création pour Grand Orchestre et Corps Actants (Dark Tree Records, CD 2022). Benjamin Duboc (kompozytor i dyrygent), Émilie Aridon-Kociołek (fortepian i głos), Sébastien Beliah (kontrabas i głos), Claire Bergerault (wokal i akordeon), Christiane Bopp (puzon i głos), Patricia Bosshard (skrzypce), Cyprien Busolini (altówka), Jean-Luc Cappozzo (trąbka i głos), Guylaine Cosseron (wokal), Jean Daufresne (tuba), Amélie Grould (instrumenty perkusyjne), Franz Hautzinger (trąbka), Sylvain Kassap (klarnet i klawisze), Dorian Marcel (kontrabas), Jean-Sébastien Mariage (gitara elektryczna), Gaël Mevel (wiolonczela i głos), Mathias Naon (skrzypce), Alexis Persigan (puzon i głos), Jean-Luc Petit (klarnet kontrabasowy i sopranino), Diemo Schwarz (elektronika i głos), Thierry Waziniak (perkusja) oraz aktorzy na scenie: Valérie Blanchon, Valérie Fontaine i Giuseppe Molino. Ponadto w nagraniu wykorzystano teksty autorstwa Benoîta Spinga i Benjamina Duboca oraz fragmenty wywiadów z muzykami. Nagrano w Théâtre Municipal Berthelot - Jean Guerrin, Montreuil, Francja, w dniach 25-30 października 2021 roku. Jeden trak: 44 minuty i 52 sekundy.

 

Linki przydatne w eksploracji innych dokonań Benjamina Duboca:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/06/benjamin-duboc-powiesc-wielowatkowa-z.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/05/risser-duboc-perraud-all-about-eve-and.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/03/desprez-duboc-loutelier-sonecznik-z.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/07/daunik-lazro-francuski-acznik.html

 


piątek, 10 maja 2019

Brighton! Comte, Petit & Fell! Serrato & Covarino! Taylor! Dikeman! Schindler! Górczyński! Cichocki! Orins! The May’ Reviews Summary!


Pierwsza dekada chłodnego maja (jak zawsze nad Wisłą, Odrą i Wartą), to dobry moment na gorącą zbiorówkę recenzji płyt świeżych i bardzo świeżych, które najprzeróżniejszymi kanałami dotarły do odtwarzaczy redakcji. Dziś bez specjalnej myśli przewodniej, po prostu do czytania, słuchania i … kupowania (nie zapominajmy, iż ten ostatni proces jest bardzo ważny dla muzyków i wydawców!).

Zaczniemy bardzo po brytyjsku, z mocą jakże pięknej i wyzwolonej improwizacji. Potem będzie poważny akcent free jazzowy, a po nim duży blok muzyki z użyciem głosu ludzkiego. Na finał odrobina dźwięków dla grzecznych dzieci, bo i one należą do wspaniałego świata muzyki! Startujemy w Londynie, potem francuskie Limoges, andaluzyjska Sevilla, powrót do Londynu, Nowy Jork, Monachium, akcentów krajowe (… także z Nowego Jorku) i francuski finał.




Ian Brighton  ‎Imaginings (FMR Records, CD 2018)

Na powrót brytyjskiego gitarzysty Iana Brightona do świata żywych czekaliśmy niemal ćwierć wieku. Ale gdy już powrócił, dość regularnie dostarcza nam nowych nagrań. Oto jedno z nich – studyjne spotkanie z przyjaciółmi (w każdym niemal przypadku - legendami gatunku!), w celu swobodnego improwizowania, poczynione ubiegłego lata w Londynie. Lista obecności jest następująca: Marcio Mattos - kontrabas, wiolonczela, elektronika, Neil Metcalfe – flet, Trevor Taylor – perkusjonalia, elektronika, Steve Beresford – fortepian, zabawki, Francois Carrier – saksofon altowy, Jon Seagroatt – saksofon sopranowy, klarnet basowy, Philipp Wachsmann – skrzypce, elektronika, wreszcie sam gospodarz – gitara elektryczna.  Płytę zaczynają dwa duety, potem mamy trio, kwartet, kwintet, sekstet, … oktet i na finał – występ solowy Brightona, który jako jedyny uczestniczy w każdej z ośmiu improwizacji (łącznie 63 minuty, bez sześciu sekund).

Dwa pierwsze duety bardzo udanie wprowadzają nas w klimat nagrania. Najpierw perkusjonalia, potem skrzypce, wraz z ciepłą, grającą płynnymi frazami gitarą, plotą spokojne, jakże molekularne, filigranowe opowieści. Użycie elektroniki jest nienachalne, wprowadza ciekawy dysonans elektroakustyczny – słyszymy choćby dźwięk pijanego wibrafonu, czy skrzypiec, którą brzmią niezwykle gitarowo. Niewątpliwie urokliwa jest praca samego Brightona – jego instrument śpiewa, snuje małe pętle, ślizga się po gryfie, buduje klimat skupionej improwizacji, która nieśpiesznie dostarcza nam moc wyłącznie przyjemnych doznań. Wszystko toczy się jednak z nerwem godnym mistrzów free improv, zatem wielbicieli ECM-owskiej nudy z pogranicza ciszy definitywnie odsyłamy pod inny adres. Kropelkowa muskulatura bystrych interakcji, to bowiem konstytucja sesji Imaginings! W odcinku granym we trzech (dochodzi wiolonczela), przekonujemy się, iż ta improwizacja skrzy się, co prawda kobiecą niemal delikatnością, ale jej sprawcą są prawdziwie męskie dłonie. W każdym kolejnym utworze do składu dochodzi dodatkowy muzyk, a narracja staje się coraz gęstsza, krytycznie kolektywna, z pięknymi inkrustacjami gitary, która czyni swoją powinność, nadto doskonale czuwa nad dramaturgicznym przebiegiem całości. W wersji kwintetowej skutecznie szukamy odblasku współczesnej kameralistyki, gdy soczysta akustyka osiąga stan symbiozy z delikatną syntetyką elektroniki.

Uroda improwizacji przybiera na sile w układzie sekstetu i oktetu – narracja skrzy się pomysłami, doskonałymi interakcjami, a idiom mistrzowskiej improwizacji spod znaku Spontaneous Music Ensemble pojawia się jako trwały element tej sesji nagraniowej (na myśli mamy zwłaszcza płytę Karyobin, która zresztą w roku ubiegłym obchodziła 50 urodziny). W ten gęsty flow post-stevensowskiej improwizacji błyskotliwie wplata się nasz główny bohater. Jest zwinny jak kot, czuje się w tej rzece, jakby żył w niej od zawsze. Muzyka smakuje chwilami psychodelią, pełna jest małych, drobnych fraz, które lepią się we wspaniałą, kolektywną, jakże improwizowaną kameralistykę. Na sam finał płyty dostajemy garść solowych dźwięków Brigthona – flying slow motion gently guitar! Granych na delikatnym pogłosie, ze szczyptą delayu, drobinkami dubu i swoistego poślizgu na strunach. Kosmos filigranowego dźwięku! Brawo!




Comte/ Petit/ Fell  Limoges (Bruce's Fingers, CD 2019)

Pozostajemy w obrębie przemożnych wpływów UK, ale przenosimy się do francuskiego Limoges. Intrygujące trio doświadczonych improwizatorów: Richard Comte – gitara elektryczna, Jean-Luc Petit – klarnet kontrabasowy, saksofon sopranowy oraz Simon H. Fell – kontrabas. Koncert całkowicie swobodnie improwizowany, z rzeczonego Limoges, odbył jesienią 2017 roku i trwał niemal pełne 42 minuty.

Aura otwarcia – najniższy z klarnetów plami raz słabiej, raz mocniej, kontrabas drży, traktowany wieloma technikami, zarówno smykiem, jak i palcami (uderzany, gnieciony, rwany i szarpany), wreszcie mała gitara z dawką adekwatnego prądu, subtelna, głośniejsza od wyjątkowo niskiej bazy jedynie od czasu do czasu. Narracja na ogół zwarta, kolektywna, pozostająca w stanie permanentnej zmiany, chwilami niebanalnie kameralna (najczęściej), w innych momentach – drapieżna, niemal free jazzowa (nieco rzadziej). Masywność dołu, filigranowość góry – jeśli patrzeć na cały proces generowania dźwięków w aspekcie spektralnym. Sporo kolektywnych podróży down and up, także inside and outside. Każdy z muzyków stosuje tu różne metody, by przykuć naszą uwagę. Petit na ogół grzmi klarnetem kontrabasowym, gdy zaś sięga po sopran, szybuje wysoko i pokazuje adekwatne kompetencje w zakresie swobodnej improwizacji. Comte najczęściej pozostaje w roli komentatora, spiętrzenia jego mocy bywają rzadkie, ale za to wyjątkowo bystre. Gdy ucieka w modulowany, wielobarwny ambient, potrafi zwrócić na siebie uwagę przez dłuższy czas. Wreszcie Fell – tu możemy liczyć na każde rozwiązanie. Nie dość, że ze smykiem potrafi zrobić wszystko, to jeszcze świetnie zdaje się czuwać na konstrukcją całości, nie pozwala na dłużyzny, ani na chwile dramaturgicznego przestoju.

Jeśli mielibyśmy wskazać najbardziej udane momenty tego świetnego koncertu, to nie sposób nie wspomnieć krótkiego fragmentu improwizacji, który toczył się pod dyktando śpiewnego, frywolnego, ale i bardzo precyzyjnego saksofonu sopranowego (19-26 minuta). Tuż po nim - zdecydowanie najspokojniejszy odcinek koncertu – matowy dron & ambient na gryfie kontrabasu, meta cisza wokół dysz klarnetu i gitarowy pogłos z odległej galaktyki. Jakże piękna akustyka! Po 31 minucie muzycy robią krok w kierunku otwartego jazzu – wchodzą w full contact, krzyczą na siebie, są drapieżni i nieprzewidywalni. Po wytłumieniu zaś swoje opus magnum czyni Comte – jest zwiewny jak piórko, ale nie dopuszcza do głosu kolegów, dyktuje przebieg narracji niczym Pan na włościach! Na sam finał płyty powraca saksofon sopranowy, nadając całej opowieści niemal metafizycznej lekkości i biorąc koncert w gigantyczny cudzysłów. Gitara najpierw milczy, a potem samodzielnie kreśli napisy końcowe.




Marco Serrato/ Francesco Covarino  Bestemmia (Raw Tonk, CD-r 2019)

Czas na duet Andaluzyjczyków, wydany wszakże w … Zjednoczonym Królestwie! Marco Serrato – kontrabas oraz Francesco Covarino – instrumenty perkusyjne. Rejestracja z Sewilli, poczyniona ubiegłoroczną wiosną. Sześć swobodnych improwizacji, 39 minut i 38 sekund.

Muzycy proponują nam podróż dość jednorodną, stylistycznie osadzoną we free improv, lubiącą rockowe emocje, ale szukającą inspiracji raczej we współczesnej, bardzo wyzwolonej kameralistyce (kontrabasista), tudzież w idiomie free jazzu (perkusjonalista), from time to time bogaconą zwinnymi preparacjami, tudzież garścią niezobowiązującego noise. W ramach wstępnej reasumpcji, uznać by można ten duet jako solową ekspozycję kontrabasu z akompaniamentem zwinnie improwizujących perkusjonalii. Choć recenzent nie psioczy nadmiernie, poziom interakcji pomiędzy muzykami mógłby być w niektórych momentach bardziej intensywny. W zakresie zaś kreatywności, więcej możnaby było oczekiwać od perkusjonalisty.

Wskazując wszakże pozytywy, których nie brak na krążku – już w pierwszym utworze kontrabasista szuka swojego brzmienia, maltretuje struny i pudło rezonansowe, dość szybko uzyskując ciekawy efekt foniczny. Takie zjawisko towarzyszy nam w zasadzie w każdym odcinku. W pierwszym strunowiec brzmi niemal jak upalone cello. W drugiej części, gdy kontrabasista sięga nie tylko po smyczek, ale chyba także po perkusyjne pałeczki, dostajemy bardzo intrygujący duet perkusjonalistów, pełen dobrych wrażeń i niebanalnych emocji. Garść preparacji sprawia, iż mamy wrażenie słuchania muzyki barokowej, ale nafaszerowanej sterydami. Dynamiczny i zadziorny jest flow czwartej opowieści – smyczek uczepiony strun plecie bystrą mantrę. Repetycja, siarczyste brzmienie obu instrumentów, a po chwili zejście w blue ambient, gdy smyczek wręcz śpiewa. W piątej części strumień dźwięków serwowany przez kontrabas smakuje rockową ekspresją, a koncert zdaje się mieć miejsce tuż po barokowej introdukcji – prawdziwa mieszanka wybuchowa! Finałowa pieśń także nie stroni od fake sounds – jakbyśmy weszli do zakładu szlifiersko-tokarskiego, potem odwiedzili warsztat mechaniki pojazdowej i wystawę silników niskoobrotowych. A w ramach last minute – drobiny czerstwej sonorystyki na samym dnie gryfu kontrabasu.




Benedict Taylor  Solstice (Nachtstück Records, DL 2018)

Jeśli tylko macie ochotę na spędzenie pięciu kwadransów z samotną altówką, to trafiliście pod dobry adres! Będzie z nami Benedict Taylor, który sprawi, iż czas poświęcony na odsłuch Solstice, będzie momentem niezwykłym. Cztery epickie opowieści, nagrane w bliżej nieokreślonych okolicznościach studyjnych w Londynie, w roku 2017.

Klimat otwarcia jest następujący – plątanina suchych strun i brudne, szczere brzmienie dźwięków dobywanych w skocznym rytmie, ale i z garścią hałasu, innymi słowy kind of chamber in industrial taste! Bajeczna technika wykonania, takaż kreatywność w budowaniu żmudnego procesu swobodnej, acz w wielu aspektach, zapewne zaplanowanej improwizacji. Narracja skrzy się dużą ilością dźwięków - smyczek skowycze, tańczy, swawoli, krzyczy, ale i uwodzi pięknymi pasażami. Drobne akcenty pizzicato, molekuły ciszy pomiędzy dźwiękami, rwane frazy, filigranowe zgrzyty – wszechświat akustyki altówki.  Zmiana zdaje się gonić zmianę – w zakresie techniki gry, tempa narracji, stosowanych skal i poziomu głośności. Także trochę popisywania się, być może na potrzeby indywidualnego portfolio, ale wszystko -z mistrzowską klasą.  Druga opowieść wtłacza do tej niesfornej historii elementy melodyki, niemal góralskiego zaśpiewu. Taylor, być może do perfekcji, opanował umiejętność niechodzenia na skróty, gmatwania sytuacji dramaturgicznej i wydobywania ze skromnego strunowca pokładów wyjątkowych dźwięków. Bogactwo fonii, skromność formy – jego altówka płonie, skowycze, piszczy, rozdziera szaty, mlaska, prycha i … pięknie śpiewa dowolnie zadaną techniką. Parafrazując językiem Szekspira – prepare & sonore, casual distortion and multiflow of as beauty as dirty sounds!

Trzecia opowieść stawia na modulowany sound altówki. Ta wyje do księżyca i plecie zmysłowe serenady. Raz jest siarczysta, innym razem czysta jak łza, jeszcze innym ckliwa i pełna emocji, chwilami nawet folkowych. Nie pytajcie proszę o to, co dzieje się, gdy altówka Benedicta poszukuje ciszy! W czwartej części muzyk serwuje nam spektakl upalonego baroku – śpiewa rzewnie na czele orszaku potępionych dźwięków. Narracja toczy się płynnie, nostalgicznie, ale i zadziornie. Rodzaj chamber na dobrych sterydach! W 13 minucie roztańczony smyczek schodzi do poziomu ciszy - altówka oddycha, szepce, szura gołymi stopami po porowatej podłodze. Smyk zdaje się mieć zwinność rosyjskiej baletnicy. Ta niezwykła płyta kończy się paletą wyjątkowo czystych barw, znów ze śpiewem na ustach, brnących posuwistym, tanecznym krokiem.




John Dikeman/ Brandon Lopez/ Onno Govaert  Those Impossible Creatures (Sonorus Records, Kaseta 2018)

Dobrze nam znane holenderskie trio Cactus Track, dwa lata temu w trakcie trasy po USA, na moment zagubiło gdzieś swego gitarzystę/ basistę, dzięki czemu pozostali muzycy znaleźli czas na studyjne spotkanie z amerykańskim kontrabasistą. Jego efekt dostajemy dziś na kasecie Those Impossible Creatures. W nowojorskim studiu znaleźli się zatem: John Dikeman — saksofon tenorowy (pamiętamy, iż to holenderski rezydent z amerykańskim paszportem!), Brandon Lopez — kontrabas oraz Onno Govaert — perkusja. Trzy tłuste, free jazzowe kawałki mięsa, niespełna 32 minuty.

Pierwsza, zasadnicza część nagrania rozpoczyna się spokojną, bluesową, delikatnie szarpaną niepokojem wewnętrznym narracją – mocny tembr kontrabasu, saksofon niczym pijany we mgle, brnie szerokim łukiem, ale pewny jest swoich ruchów, wreszcie bystra, trafiająca w punkt perkusja. Swobodny, lekko rozchełstany free jazz, który nabiera rozpędu, staje się masywny, czerstwy, symbiotyczny. Dużo dobrego czyni tu Lopez, który wciąż mąci flow opowieści, na boku kreśli swoje pętle i daleko mu do typowego frazowania dla takich, a nie innych okoliczności gatunkowych. From time to time daje wyraziste, choć krótkie popisy solowe. Dikeman, znamy się świetnie, lubi drobne kipiele, nie zwykł zdejmować nogi z gazu, gdy nie jest to bezwzględnie konieczne. Govaert, mistrz precyzji, zwinnie podąża za każdym z partnerów. Partie rozbujanego bluesa komentuje finałowa galopada.

W drugiej opowieści Lopez sięga po smyczek, a gra nabiera gęstości i dramaturgicznego suspensu. Z radością w grze muzyków dostrzegamy akcenty call & responce. Saksofon kipi i pogwizduje, kontrabas śpiewa, perkusja krąży wokół własnej osi, nieustannie gotowa do eskalacji.  Ostatni epizod przywraca warunki mocnego free jazzu. Walking kontrabasu nosi nawet znamiona swingu. Zwinna opowieść, ciało w ciało, choć odrobinę przewidywalna. Na finał muzycy powracają do bluesa, z którym zdaje się, że dziś jest im najwygodniej.




Udo Schindler/ Jaap Blonk  ‎Hillside Talks (Relative Pitch Records, CD 2019)

Rozpoczynamy blok recenzji płyt z udziałem głosu ludzkiego! Na początek stały bywalec naszych zbiorówek, niemiecki multiinstrumentalista dęty i blaszany, Udo Schindler w towarzystwie Holendra Jaapa Blonka, który obok szeroko rozumianego głosu własnego, używać będzie także komputera. Na płycie odnajdujemy dziesięć kompozycji, które przy bliższym poznaniu okazują się dość swobodnymi improwizacjami. Odsłuch koncertowej rejestracji z roku 2017 (dwa wydarzenia) zajmie nam 53 minuty i tyleż sekund.

Udo, choć najczęściej sięga po instrumenty dęte drewniane (głównie klarnety), zaczyna swój występ na puzonie. Głos Blonka od początku zdaje się być zawadiacki, prowokacyjny, pełen czarnego humoru, a także młodzieńczej frywolności (niezależnie od metryki urodzenia). Przypomina Phila Mintona i to winno nam starczyć za całą rekomendację. Często i bardzo stylowo korzysta z komputera, który zarówno generuje separatywne fonie, jak i w niektórych momentach sprawia wrażenie, jakby angażował się w live proccesing dźwięków generowanych przez partnera, jak i własny głos. Wachlarz jego artystycznych środków wyrazu jest przeogromny i niech to też wystarczy nam za powód, by nad płytą Hillside Talks pochylić się z należytą starannością. Z obu stron napotykamy na fragmenty intrygująco preparowanych dźwięków, jak i sonorystycznego podejścia do specyfiki procesu swobodnej improwizacji.

W drugim odcinku komputer dostarcza nam, dużymi garściami, ciekawe dźwięki analogowej elektroniki. Łączy się ona ze strumieniem ustnych fonii, które opisywać można w nieskończoność – śpiew, który przechodzi w pisk, charkot, które zaczyna skomleć. Warto pochylić ucho nad mocą perkusyjnych ekspozycji, jaką serwują nam obaj na początku trzeciej części – tylko suche dysze i wilgotne usta, także plastyczne policzki i szkliwo zębów. Czwarty odcinek, to porcja wielokolorowego ambientu, a piąty - garść upoconych parsknięć z wielu źródeł. Szczególnie ciekawy zdaje się być odcinek numer siedem – Udo burczy po niedźwiedziemu zarówno niskim klarnetem, jak i własnym gardłem. Jaap podchodzi do niego na palcach i szeleści elektroniką. Narracja gęstnieje, nabiera epickiej mocy, polotu i zdrowej brawury! Królestwem preparacji i sonorystycznych igraszek jest zaś odcinek dziewiąty. Udo gada przez ustnik blaszaka, Jaap nuci przy goleniu i wsadza głowę w ekran komputera. Wreszcie sam finał płyty, który wydaje się jej najciekawszym epizodem – mamy wrażenie, że słyszymy dźwięki harfy, obok pulsuje niski dęciak, dziwna cisza i tajemnicze mrowienia w stopach. Na to wszystko wchodzi Jaap i głosem pijanego kloszarda, wspieranym akordami piano (?) i garścią plądrofonicznych grepsów, doprowadza nas do ostatniego dźwięku.




Michał Górczyński/ Sean Palmer/ Tomasz Wiracki  William's Things (Multikulti Project, CD 2018)

Wiersze Wiliama Blake’a, recytowane i śpiewane, oprawione muzycznie klarnetem kontrabasowym i minimalistycznym fortepianem. Sporo melodii i harmonii, garść improwizacji, bezapelacyjnie dobry smak kompozytora, wreszcie niezliczone pokłady pięknych dźwięków! Michał Górczyński - klarnet kontrabasowy, looper mobilny, kompozytor, Sean Palmer – śpiew, Tomasz Wiracki – fortepian oraz Nela Górczyńska - głos w looperze. Dziesięć wierszy, prawie 52 minuty dźwięków. Nagranie studyjne z roku 2018.

Szum semickiego klarnetu, echo cichej pustyni, potem drugi, a nawet trzeci klarnet wpuszczone w wir loopera. Skromne piano, ciepły głos. Niczym muzyka do ważnego egzystencjalnie filmu drogi, pełnego troski o losy świata i znikających tajemniczo postaci. Taniec, rytm i śpiew, to elementy konstytuujące kolejną opowieść. Klarnet płynie gęstym strumieniem, pełnym niespodzianek, bez prostych skojarzeń stylistycznych. W roli akompaniatora i komentatora udanie realizuje się pianista, który raczej szczędzi dźwięków niż ich nadużywa, co sprzyja jakości całej narracji. Głos ludzki, jak przystało na profesjonalnego aktora, jest w stanie zaproponować każde rozwiązanie stylistyczne i estetyczne – grzmi basowym tembrem, śpiewa chłopięcym głosem, głosi prawdy świata niczym kobieta zatroskana o jego losy.

Czwarta opowieść zbudowana jest na loopie, który się … zaciął. Minimalistyczne piano, spokojny, tajemniczy głos – poranny spacer w lekkiej mgle. Piąta brzmi niczym marsz pogrzebowy – niskie dźwięki klarnetu i głosu, wysokie pasaże piano, akcenty perkusjonalne. Groźny klarnet tańczy, tygrys śpiewa. Wnikliwy słuchacz zachwyci się tu także samymi słowami, ekspresją poszczególnych zwrotów i sekwencji literackich. Sporo emocji dostarcza pieśń siódma – zadziorny klarnet, a z ust aktora płynie coś na kształt beat-boxingu. Komentarz dęciaka wynosi ów epizod do miana najpiękniejszego na całej płycie. W finałowych częściach nagrania natrafiamy na moc repetycji, skupienia, zwinne mantry klarnetu, także barwę głosu, która recenzentowi kojarzy się z łagodnym odpowiednikiem Nicka Cave’a. Jeśli starczy wam wyobraźni i dobrej znajomości języka Szekspira, ta podróż może być wyjątkowa.




Kuba Cichocki  Live at Spectrum (Multikulti Project, CD 2018)

Na finał bloku wokalno-recytatorskiego, odrobina free-jazzowego performansu, metafizycznego ujęcia teatru i … droczenia się z publicznością! Polski pianista, nowojorski rezydent, Kuba Cichocki w towarzystwie Patricka Breinera (saksofon tenorowy), Seana Aliego (bas), Flina van Hemmena (perkusja) oraz … publiczności, która trzyma w rękach tajemnicze zabawki i wydaje dźwięki (tu: głośno rozmawia). Dodajmy, iż każdy z muzyków wyposażony został w zabawki dźwiękowe i recytować będzie mniej lub bardziej absurdalne teksty, na ogół zupełnie wyrwane z kontekstu sytuacyjnego. Całość spektaklu składa się z czternastu części, trwa mniej więcej trzy kwadranse, a wydarzyła się w nowojorskim klubie Spectrum w 2014 roku. Od razu zaznaczmy – ta płyta to challange dla słuchacza. Nie jest zwykłym free jazzowym koncertem, ba, w ogóle nie należy jej w tych kategoriach traktować. Zajrzyjmy do środka, by nie pozostać gołosłownym.

Jazz w wielkim mieście! Kwartet gra swingowy temat, jeden z muzyków donośnym głosem recytuje tekst, który sprawia wrażenie zapowiedzi programu publicystycznego na temat coming outu. Zaraz potem głos zabiera publiczność, która głośno debatuje o niczym. Kwartet próbuje przebić się z muzyką. Narracja nabiera mocy improwizacji i konsekwentnie zabija dźwięk baru. Kolejnym zadaniem kwartetu jest zdominowanie foniczne spikera, który zdaje się głosić prawdy objawione. Kolejny passus – już bez obcych akcentów - pokazuje kwartet w pełnej free jazzowej krasie, z mocą ekspresji i siłą kolektywnych improwizacji.

Kolejne odcinki tej epopei, to obok krótkich, filigranowych ekspozycji pianisty, dłuższe, trzy-, czterominutowe, improwizowane przygody w konwencji, jaką poznaliśmy już wcześniej. Szósta część przynosi - nie po raz ostatni - skojarzenie z kolażową muzyką Johna Zorna: krótkie, rwane frazy, dosadne kontrapunkty i dużo humoru. W ósmym - znów recytacja i dużo dobrych dźwięków zatopionych w teatralnych skeczach. Prowokacja i zabawa, trochę żartu z roli publiczności na koncercie. W jedenastej części - tekst po polsku o.. ośle! A na finał Bossa, ale nie nowa… Do gry wchodzi mnóstwo zabawek, zapewne także ze strony publiczności – rodzaj podsumowania tego zaskakującego performansu, podróży tyleż drażniącej i irytującej, co fascynującej i nasączonej ogromną ilości ciekawych free jazzowych fraz.




Julien Favreuille/ Christophe Motury/ Stefan Orins  Till Mina Vanner (Circum Disk, CD 2019)

Na finał naszej dzisiejszej zbiorówki, obiecana muzyka dla … grzecznych dzieci. Recenzentowi trudno powstrzymać się od pewnej dozy ironii, albowiem poprzednie tegoroczne premiery Circum-Disk za każdym razem zasługiwały na moc zachwytów i komplementów, ta zaś, zupełnie najnowsza, jest po prostu nudna. Ale niech nam muzycy wybaczą tę chwilę szczerości - Julien Favreuille na saksofonie tenorowym, Christophe Motury na fluegelhornie i sprawca całego zamieszania, kompozytor i pianista Stefan Orins (doceniamy wszakże fakt, iż swoje personalia umieścił na okładce na ostatnim miejscu).  Siedem utworów (nagranych … live at home), 41 minut z sekundami.

Niemal każda z części płyty, to słodkie melodie podawane unisono przez trójkę muzyków. Po stosownej introdukcji, muzycy kolektywnie tworzą wariacje na temat zadanej melodii. Czasami czynią to dość zgrabnie, jednak ich działania artystyczne na ogół nie noszą znamion improwizacji. Jeśli już któryś z muzyków zostaje wypuszczony na swobodne pole, jego ekspozycja rzadko ekscytuje, a poziom ekspresji przyjmuje na ogół wartości średnie. Dominuje spokojna, melodyjna narracja, pełna powtórzeń i grepsów jazzowych.

Na plus tym incydentom fonicznym trzeba zapisać, iż część z tematów Orinsa naprawdę urzeka swą melodyką i pewną ulotną metaforycznością. Szkoda, że tak zgrabne tematy nie zostają potem ubrane w szaty porządnej improwizacji. Muzykę, którą poza kilkoma, jakże krótkimi momentami semi spiętrzeń, zaliczyć możemy do rzewnego odłamu chill-outu. Żmudne oczekiwanie recenzenta na choćby ziarenko zaskoczenia wieńczy zaś ostatni dźwięk na płycie.



wtorek, 8 stycznia 2019

Bopp! Barbares! Leandre & Minton! Welcome to Creative FOUndation!


Kolejny odcinek Trybuny uzupełniający recenzje płyt, jakie znalazły na naszym rocznym podsumowaniu. Czas na francuską puzonistkę Christiane Bopp, która uraczyła nas w roku ubiegłym nie tylko doskonałą płytą solową, ale także równie smakowitym koncertem na warszawskim Ad Libitum, w duecie z Nurrią Andorrą.

Odsłuch i odczyt płyty Bopp Noyau de Lune, uzupełnimy o dwie kolejne, jedną z jej udziałem, drugą zaś bez, ale za to, jak wszystkie dziś prezentowane, wydaną przez francuską oficynę Fou Records, którą kieruje człowiek-instytucja na tamtejszej scenie muzycznej – Jean-Marc Foussat. Dodajmy, że te dwie ostatnie płyty nie są premierami, mają już bowiem za sobą więcej niż 12 miesięcy życia.




Christiane Bopp Noyau de Lune (Fou Records, CD 2018)

Ubiegłoroczne lato było gorące w każdej części Europy. W tych niełatwych okolicznościach przyrody, w jednym z paryskich studiów nagraniowych, powstała płyta, zarejestrowana przy wykorzystaniu puzonu, również preparowanego, głosu, wielu dodatkowych urządzeń, w tym tzw. końcówek do instrumentu dętego blaszanego, a także w wyniku manipulowania poziomem nagłośnienia dźwięku (odczyt z francuskiego być może nie wyszedł nam najlepiej). Siedem historii z tytułami, równo 40 minut muzyki.

Puzon Christiane startuje z dna głębokiej rzeki, tuż obok czujemy też podmuch ciepłego powietrza. Od początku zdajemy sobie zatem sprawę, że gra dla nas więcej niż jeden instrument. Dodajmy, iż dziać się tak będzie w prawie każdym utworze. Akustyczne preparacje, półmrok, pół… cisza. Tajemniczy oddech, któremu towarzyszy… dźwięk trzeciego puzonu. Narracja przypomina elektroakustyczny flow, ale bez prądu, może jedynie, gdzie niegdzie, dźwięk bywa delikatnie amplifikowany. W drugim utworze napotykamy na dwa wątki dynamicznego prychania, szum, pokrzykiwania i głos ludzki. Wątki, które wchodzą w emocjonalny, acz spokojny dialog. Brzmienie puzonu jest czyste, niemal zlepione z głosem. Trzeci odcinek zaprasza nas do tańca! Dźwięk z tuby puzonu i głos biorą się pod ramię i brną we wspólny, niemal folkowy zaśpiew. Bystre, niesamowite! Kocie pląsy, tygrysie zaloty! Mantra, hinduska raga, cokolwiek sobie wymarzysz – kosmos kreatywności! W czwartej części puzony rodzą się jak grzyby do deszczu. Na starcie są już trzy. Garść akcentów perkusjonalnych, suche prychanie i mokre całusy. Igraszki z fakturą dźwięku, multifonia, przekomarzania, a potem zwinne zejście do poziomu ciszy. Piąty – śpiewnie, hymnicznie, każdym porem skóry, każdym fragmentem puzonu. W tle oddech, łapanie powietrza. Jest i drugi puzon, a może to tylko echo, albo rodzaj live processing. Puzony wchodzą w dialog, obok jęki wprost z głębi gardła. Szósty utwór wita nas krótkimi, urywanymi frazami. Szept, pogłos, a … jednak to drugi puzon. Trochę się przedrzeźniają, ale na wesoło i bez specjalnych emocji. Meta taneczna ekspozycja, posadowiona jednak bardzo blisko ciszy. Wreszcie finał – powraca folkowe zawodzenie. Oddech, szmer kurzu, gwizd ustnika. Śpiew z samego gardła, znów gwizd, zabawa na całego. Niemal jak żart – upalona Japonka zagubiła się na wakacjach w Europie i desperacko szuka pomocy! Tuż potem dynamiczne pasaże, coś na kształt beat-boxingu, no i puzon, który śpiewa już samodzielnie, bez udziału sprawczego muzyka. Fajerwerki, wszystko, czego chcesz!




Barbares ‎ Débris D'Orgueil (Fou Records, CD 2017)

Christiane zostaje z nami! Dołącza do niej trzech postawnych mężczyzn: Jean-Luc Petit - klarnet kontrabasowy i saksofon sopranowy, Jean-Marc Foussat – syntezator i głos oraz Makoto Sato – perkusja. Dwie swobodne improwizacje, zarejestrowane w Paryżu, w dwa kolejne, letnie dni 2016 roku. Łącznie 59 minut z sekundami (opis płyty zawiera błędy w tym zakresie).

Dzień pierwszy. Zwinne, kocie perkusjonalia, które szybko przechodzą w progresywny drumming, rechot dęciaków i syntetyczne dźwięki w tle, groźnie pomrukujące. Od pierwszego dźwięku narracja jest bystra, gęsta i szczędzi nam pustych przebiegów. Klarnet kontrabasowy kreśli pętle, puzon zdaje się tańczyć wokół niego. Piękna i trzy bestie! Elektronika początkowo skromna, nieinwazyjna, leje się jak woda i podśpiewuje. Od 6 minuty stara się jednak przejmować inicjatywę, stymulować rozwój improwizacji. Oniryczna, płynna podróż najeżona akustycznymi przeszkodami. Są i głosy z piekła rodem, łoskot analogowej elektroniki. Po 11 minucie atak syntetyki wydaje się nieco zbyt natarczywy, reszta muzykantów walczy jednak bardzo dzielnie. Po chwili chaos elektroakustyki pięknie wybrzmiewa i rozlewa się gęstymi strumieniami. W komentarzu drobny zaśpiew puzonu. W 19 minucie Bopp jakby się multiplikowała, a może to Foussat jest sprawcą tego akustycznego wrażenia. Spokojna narracja, skąpana w drobinach syntetyki, wiedzie nas na finał dnia. Na scenie pojawia się po raz pierwszy tego dnia saksofon sopranowy, kierując całą narrację ku eskalacji. Mnogość dźwięków nieznanego pochodzenia ciekawie zagęszcza finał. Jest i zwinny dźwięk puzonu, i taneczny sopran w stylistyce Trevora Wattsa.

Dzień drugi. Drony dużego klarnetu, smugi cienia puzonu, szelest perkusji, syntezator, który wchodzi do gry stojąc na palcach. Trochę repetycji na flankach, potem krok w kierunku zagęszczania narracji. 6 minuta i mały, niemal akustyczny galop z elektroakustycznym backgroundem. Trzy minuty później Foussat atakuje chórem syntetyki. W komentarzu dęty dialog i drumming z synkopą. A zaraz potem konfrontacja syntezatora z puzonem, niczym mała burza z piorunami. Równie piękna, jak i dynamiczna ściana dźwięku. Recenzent śle jednak pochwały pod adresem Foussata, który tym razem świetnie trzyma nerwy na wodzy, a dawki jego elektroniki są dziś szyte na miarę coraz ciekawszej improwizacji. Kolejne wyciszenie znów przychodzi szybko, ale i we właściwym momencie (brawa dla wszystkich za porządek dramaturgiczny!). Intrygujące echo sopranu daje dość szybko znak do kolejnej eskalacji. 15 minuta, to dobre, dęte dialogi, choć elektronika nadciąga dużymi krokami. Całość narracji dość zwinnie przepoczwarza się w niemal free jazzowy galop, tu ze świetnym drummingiem Sato (jeden z najlepszych momentów płyty!). Powerful! W 19 minucie muzycy schodzą w głuchą ciszę. Zwinny puzon, mała perkusja, jakże smakowity duet. W tle pogłos, echo rozsądnej elektroniki. Narracja w tle jakby lepiła się w dron. Klarnet drży, puzon też ma ochotę na dłuższą ekspozycję. Są i głosy, tym razem anielskie, lekko podpalane, także zmysłowy sopran. Od 25 minuty następuje kolektywne i sukcesywne gaszenie improwizacji. Dęciaki pomrukują z zadowolenia, słychać śpiew ptaków (!). Bopp i Petit na moment zostają sami, nawet słychać gości w barze. Po chwili sprawy w swoje ręce biorą Foussat i Sato. Bystrym duetem, podszytym delikatnym rytmem, osiągają linię mety.




Joëlle Léandre/ Phil Minton  Léandre-Minton (Fou Records, CD 2017)

Początek października 2016 roku, Paryż, 19 rue Paul Fort. Na scenie dwie wyjątkowe postaci europejskiego free improv – Ona na kontrabasie, będzie też używać głosu i On, który używać będzie wyłącznie głosu. Zasadnicza część koncertu przekroczy 30 minut, po nim dwa kilkominutowe encore – łącznie trzy kwadranse i kilkadziesiąt sekund. Płyta nie ma co prawda tytułu, ale połączone w całość nazwy poszczególnych jej części dadzą nam roboczy tytuł Silence in Bluish.

Wejście Francuzki w koncert, jak to ona ma w zwyczaju, jest niezwykle wyraziste – szarpnięcie struny i smyczek niemal w jednym dźwięku. Obok z samego dna gardła zmysłowo pojękuje Anglik. Od pierwszego spojrzenia muzycy pozostają w wyśmienitej relacji. Nic w zachowaniu partnera nie uchodzi ich uwadze, bystrze na siebie reagują, wchodzą w intrygującego dialogi, incydentalnie imitują się wzajemnie. Skwierczący smyczek i zalotne gwizdy, śpiew i krzyk, także sążniste zapasy, gdy schodzą nisko na kolanach – barokowe niemal bogactwo dźwięków i wrażeń (zapewne także wizualnych). Popisy Mintona, który – jak świetnie wiemy – jest w stanie wydać z siebie każdy dźwięk, obok Leandre, która arsenał werbalnych środków wyrazu – to także świetnie wiemy – ma niezwykle rozbudowany. Ta druga do słownych igraszek włącza się około 10 minuty. Humor, szczypta teatralnej groteski, rozbudowane didaskalia. W 12-13 minucie muzycy śmiało idą w dynamiczny półgalop. Minton zdaje się mieć tysiąc pomysłów na sekundę, Leandre dokłada kolejne kilkaset. Zmiana goni zmianę. W 20 minucie wzajemnie na siebie pogwizdują, dwie minuty potem rozgrzany smyczek dyskutuje z melorecytacją wokalisty. W 25 minucie kontrabasistka śpiewa drobną arię operową, towarzyszy jej pomruk zadowolenia partnera – jakże piękny moment! Brawura, humor, kosmiczny warsztat, barokowy przepych – reasumuje recenzent. Na finał szmery i syczenie – whaw!

Pierwsza dogrywka zaczyna się od ptasiego gwizdu, pijackiego gaworzenia. Obok przyczajone pizzicato. Muzycy znów kipią emocjami, empatią i pełnym zrozumieniem idei tej zabawy w dźwięki. Słyszymy dawno zapomniany głos Kaczora Donalda! Leandre w ramach riposty jęczy i śpiewa bluesa. Potem galop i równie dynamiczne stopowanie, połączone z rozszarpywaniem strun ołowianym smykiem. Wreszcie sam finał tego błyskotliwego spektaklu – kaszel, mdłości, podrygi i … pizzicato. Krzyk, jęki konającego i zapach lisiego potu. Zejście na kolana, zwinne poszukiwanie ciszy. Barok Leandre na niskim smyku niemal płonie, Minton bulgocze, gdacze i skatuje. What a finish!



wtorek, 13 czerwca 2017

Benjamin Duboc – powieść wielowątkowa z kontrabasem w roli tytułowej


Benjamin Duboc, francuski improwizujący kontrabasista (wiek średni w rozkwicie), powoli wydeptuje już sobie stałe miejsce na Trybunie Muzyki Spontanicznej. Nie dziwi to jednak absolutnie nikogo, albowiem muzyk to doprawdy doskonały.

Nie dalej jak kilkanaście dni temu udowadniałem – mam nadzieję, skutecznie – iż czegokolwiek muzyk ten nie tknie się w ostatnich latach, to efekt fonograficzny budzi niekłamany podziw (przynajmniej Pana Redaktora). W tym akurat przypadku dowodem rzeczowym były płyty popełnione w ramach ekscytującej francuskiej wytwórni Dark Tree Records. Tu trop dla przypomnienia.

Jeśli zatem powiedziało się A, czas najwyższy powiedzieć B. Jak Benjamin! W trakcie ostatnich dwóch tygodni, w tempie karabinu maszynowego, przetoczyło się przez odtwarzacze redakcji kolejnych kilkanaście płyt z udziałem Duboca, zarówno autorskich, jak i tych bardziej współtwórczych. Dzięki temu dynamicznemu procesowi śmiało możemy dziś przystąpić do omówienia kilku z nich, zaś szczególny nacisk położymy na pewien trójpak. Zresztą od niego zaczniemy.


Primare Cantus/ Śpiew pierwotny – trzy dowody na poparcie tezy otwarcia

Od lipca 2010 do lutego 2011 roku, Benjamin Duboc poczynił sześć rejestracji studyjnych (w każdym razie, bez oklasków), w przeróżnych konfiguracjach personalnych, także w wersji solowej. Po kilku miesiącach, nagrania wyedytowane aż na trzech dyskach, ujawnił światu Ayler Records pod intrygującym tytulem Primare Cantus. Data publikacji nie była prawdopodobnie przypadkowa, albowiem dokładnie w roku 2011 nasz bohater … obchodził czterdzieste urodziny. Nie tylko zresztą ta okoliczność stanowi o wyjątkowości trójpaku. Decyduje o tym przed wszystkim zawarta na nim muzyka. Bez zbędnych kalkulacji dzieło Śpiewu Pierwotnego określić można mianem opus magnum francuskiego kontrabasisty (oczywiście z gruntownym zastrzeżeniem – jak do tej pory!).




Dysk pierwszy. Duboc, sam na sam ze swoim kontrabasem, przez 42 minuty snuje monumentalną, minimalistyczną opowieść o meandrach niskich częstotliwości. Wykorzystuje głównie dolny fragment kontrabasu (jak rozumiem, poniżej progu), traktowany smykiem. Ten dość wąski rejestr instrumentu uzupełnia wyższymi dźwiękami, będącymi skutkiem tarcia strun i generowania wibracji otworem gębowym. Jakkolwiek opis procesu sugeruje, iż mamy do czynienia wyłącznie z dźwiękami akustycznymi, wytrawne ucho recenzenta doszukać się potrafi kosmetycznych amplifikacji. Prawdziwa symfonia rozedrganego minimalizmu. Repetycja wibracji. Wibracja repetycji. Prawdziwy śpiew pierwotny z głębi ziemi, zaiste przeklętej. Determinacja, cierpliwość, posłuszność wobec przyjętej strategii działania. Około 20 minuty, w tej zwartej strukturze dźwięku, doszukać się można syndromu… rytmu. Jakby spirala maszyny na moment zatrybiła, ale i tak stanowi to jedynie ornament, źdźbło trawy na wielkiej łące. Drobiny nowych dźwięków pojawiają się nie częściej niż raz na kilka minut, choć z czasem (w proustowskim niemalże ujęciu!) dron narracji jakby pęczniał. Pod sam koniec ulega wszakże skromnego rozwarstwieniu, by krok po kroku dreptać do finału, delikatnie się eskalując. Finał zaś stanowi ostre uderzenia smyka w zapocony gryf! Primare Cantus - piękne, jakże duże wyzwanie dla odbiorcy.

Dysk drugi.  Trzy skromne duety Duboca z muzykami, z którymi współtworzy on swoją sztukę niemal na co dzień. Swoiste Brothers in Arms.

Na początek Jean-Luc Petit (saksofon tenorowy i barytonowy; nie należy mylić go z Julienem Petitem, saksofonistą znanym ze współpracy z Herbem Robertsonem, w ramach Space Cadets). Trzy zwarte, nieprzegadane opowieści. Sonorystyka saksofonu w opozycji do rwania strun i demolowania pudła rezonansowego. Dynamiczny smyk w opozycji do jurnego galopu saksofonu, wprost z krwawiącej dyszy. Drapieżny drumming Duboca, trochę wulgarnych macanek na boku ze strony Petita. Gdy baryton szeleści i drży jak niedotarty dwusuw, kontrabas rwie się ku akordowej eskalacji. Po jej wystudzeniu, cedzi emocje przez gęste sito, na szczęście durszlak pęka od nadmiaru dźwięków.

Duet drugi, to spotkanie z perkusistą, tu bardziej perkusjonalistą (small drum kit, rzeklibyśmy) Didierem Lasserre. Epizod pierwszy to krótkie talerzykowe fajerwerki, zdobione łamanymi strunami kontrabasu. Jakby wstęp do epizodu drugiego, który śmiało kandydować może do najlepszego odcinka trójpaku. Drżenie, rezonans, metatrans. Wyjątkowej urody post-elektronika bez kabli! Pulsacja, histeryczno-oniryczne talerzykowanie. Wielowymiarowy dron, który przepoczwarza się w kilkunastominutową perłę dźwiękową. Wyjątkowe! Finał tego duetu, jakby w opozycji do poprzedniego fragmentu. Ostre, kanciaste riffy i sonoryzm perkusjonalii – szczoteczkowanie, szuranie, trochę więcej konwencjonalnego drummingu w dostojnym tempie.

Czas na trzeci duet. Saksofon tenorowy i jego właściciel - Sylvain Guérineau. Cztery miniatury o silnie jazzowej strukturze. Tenor jest powabny, płynie bez kantów, gdyż akurat tych w nadmiarze serwuje nam kontrabasista. Duża amplituda dynamiki tej rejestracji, muzykom zdarza się brnąć przez improwizację nawet w tempie balladowym.

Dysk trzeci. Dwie rozbudowane narracje i field recordingowy epizod. Najpierw duet z gitarzystą Pascalem Battusem. Od razu zastrzeżenie: Pascal nie będzie grał na gitarze, a jedynie używał przystawki gitarowej, przetwornika, który został tu zdefiniowany jako guitar pickup. Dostajemy się zatem w otchłań quasi elektronicznych (elektrycznych!) poszukiwań narracyjnych punktów zaczepienia. Kontrabas jedzie smykiem w bardzo niskim rejestrze. Jest chyba lekko amplifikowany, co udanie konweniuje z gitarowymi zgrzytami, strojnymi trzaskami na kablach i gałkach potencjometrów. Rodzaj dość subtelnego noise’u. Duboc robi swoje i nie wchodzi początkowo w czupurne zwarcia. Trochę minimalistycznego wyciszenia, z którego wyłania się skoczny, zmutowany drumming strunowca, zwinnie kontrapunktowany przez szmery z przetwornika gitarowego (z kajetu recenzenta: sonorystyczne ach!). Temu ostatniemu trudno zaimponować w spokojniej narracji. Dużo ciekawiej dzieje się w drugiej połowie nagrania, gdy muzycy postanawiają brnąć w estetykę przesterowanego noise’u. Zgiełk, konkretny hałas, eskalowanie narracji – to właściwy kierunek! Duboc zdziera skórę ze strun kontrabasu, krew tryska po oczach – ogień! Piękna, kolektywna nawałnica z piorunami, z delikatnie wpisanymi w dramatyzm sytuacji scenicznej, repetycją i ograniczaniem środków wyrazu.

Po burzy z piorunami, tuż przed erupcją wulkanu, czas na szczyptę wyciszającego, choć odrobinę egzystencjalnego field recordingu autorstwa Benjamina.  Szum miasta, skowyt deszczu. Pasaż drwiącej z siebie natury dźwięku (z kajetu recenzenta: ciekawe, ile tu dołożono na etapie postprodukcji).

Finał trójpaku! A jak finał, to koniecznie trio! Sophie Agnel na fortepianie, Christian Pruvost na trąbce, Benjamin Duboc na kontrabasie. Od samego początku dynamika spotkania jest dalece konkretna. Muzycy kolektywnie brną w delikatnie onirycznym, trochę psychodelicznym nastroju (będzie się działo!). Wszystkie instrumenty brzmią niemal podobnie. Współczesna kameralistyka, ale na ostrym speadzie. Tuż po pierwszym wytłumieniu emocji, minimalistyczne pasaże każdego z muzyków, pełne mikrozdarzeń akustycznych - ochłapy sonorystyki, noise’owe akcenty. Intrygująca eskalacja, jakby wprost z głębi ziemi, z bardzo niskiego pułapu. Aż trudno uwierzyć, że przed nami produkują się wyłącznie akustyczne instrumenty. Pruvost jest nieznośne elektroakustyczny, dmie lewą powierzchnią płuc, uprawia sztuczki magiczne. Agnel gniecie struny fortepianu, chyba już na nich leży. Duboc drży całym ciałem, subtelnie zaznacza rytm, chlaszcząc pudło kontrabasu kijem bejsbolowym. Muzyka konkretna, dalece konkretna! Eksplozywne, czupurne, stanowczo wyjątkowe zwieńczenie urodzinowego trójpaku. Jaki piękny hałas! Preparacje pianistki, szaleństwa trębacza, smykowe implozje kontrabasisty. Krzyk instrumentów (trąbka!). Wybrzmienie następuje na obolałym gryfie kontrabasu, ze skomlącym smykiem, który całkowicie zatracił poczucie rzeczywistości. What a game!




Jeśli przebrnięcie przez solową część Primare Cantus okaże się, dla niektórych z nas, zadaniem ponad siły, mam dobrą wiadomość.  W kwietniu 2013 roku, Benjamin rejestruje płytę solową. Zwie ją St. James Infirmary (Improvising Beings, 2014). Nagranie poczynione w obiekcie sakralnym, zatem z gwarancją wspaniałego brzmienia niejako w pakiecie. Dwie rozbudowane opowieści, które diametralnie różnią się od eksperymentu Pieśni Pierwotnej. Pierwszą śmiało pomieścić możemy w jazzowej estetyce. Frazy, akordy, improwizacje i szczypta melodii. Niebanalny pokaz kompetencji muzyka. Opowieść druga jest bardziej różnorodna stylistycznie. Łatwiej powiedzieć, czego tu nie ma. Bogactwo narracji, technik improwizatorskich, po części także rodzaj podręcznika dla adeptów kontrabasu.  Można ten właśnie fragment solowych ekspozycji Duboca określić mianem jego the best of. Rodzaj portfolio, które dołącza do CV, w trakcie procesu aplikowania o etat w najlepszej orkiestrze świata. Piękne, głębokie, choć nie zawsze czyste brzmienie.


Double-Basse – duet z dolin

Świat niskich częstotliwości, to naturalna fauna i flora dla faceta, który rwie grube struny kontrabasu. Pomysł na duet z klarnetem kontrabasowym zdaje się w tej sytuacji rozwiązaniem oczywistym. Partner zwie się Jean-Luc Petit (muzyk przywołany kilka akapitów wcześniej, tym razem jednak na innym dęciaku). Panowie przyjęli nazwę Double –Basse, której adekwatność nie budzi jakichkolwiek wątpliwości.




Spotkanie studyjne (? – w każdym razie bez oklasków), poczynione w kwietniu 2013r. dokumentuje doskonała płyta This Is Not Art (Clean Feed Records, 2015). Dwie rozbudowane, całkowicie wyzwolone improwizacje, toczone wszakże w dużym skupieniu i bez popisów indywidualnych. Niczym J.S.Bach dogorywający w ogniu piekielnym, z głosami potępienia w tle i śmiercią w oczach. Duboc nie dość, że brzmi monumentalnie, to gra z bywałą atencją i tyczy piękny szlak dla postękiwań nielekkiego dęciaka. Demoluje struny kontrabasu ołowianym smykiem, płynie po nich lub ordynarnie gwałci je histerycznym drummingiem. Muzyka trwa onirycznymi pasusami, jest metaforyczna i wciąż stawia znaki zapytania. Sonorystyczna zaduma, szczypta kreatywnej zasady imitacji, to główne elementy składowe konstruktywnych utarczek obu muzyków. Tytuł wszak zobowiązuje! Brzmienie kontrabasu jest czyste, lśniące, ale dalekie od barokowego stroju Barry’ego Guya. Tembr strunowca jest matowy, szorstki, lubi chlastać po twarzy, gdy za blisko podejdziesz. Petit w pierwszej części pozostaje raczej w ukryciu, nie jest nadmiernie ekspresyjny i jedynie komentuje wyczyny Duboca. W części drugiej staje na środku sceny i robi wszystko, by zadać kłam opinii recenzenta.


Kwintet Nuts i duetowe uzupełnienie

Kolejna perła w dorobku Benjamina, to ulotny, nietypowy i ciekawy personalnie kwintet, ukrywający się pod nazwą Nuts i łączący w sobie dwa pokolenia muzyków improwizujących z … trzech kontynentów.

Dwa zestawy perkusyjne (Didier Lasserre i Makoto Sato) przyczajone delikatnie w tle, na przeciwległych flankach. Bliżej naszych uszu, także szeroko rozstawione dwa zestawy dęciaków (Itaru Oki i Rasul Siddik). Na samym zaś środku Benjamin Duboc i jego wyjątkowo ogromny kontrabas. Muzyka jest swobodnie improwizowana, mnóstwo w niej komunikatywnej i niebanalnej sonorystyki z dęciaków, jazzowy drive bębnów, które pozostają w ciągłym zwarciu i kontrabas, który rządzi, niepokoi, rozrywa przestrzeń akustyczną koncertu swym gigantycznym soundem. Jest sam, ale chwilami brzmi tak potężnie, masywnie, jakbyśmy słyszeli, co najmniej trzy takie instrumenty. Skojarzenia z włoskimi płytami Billa Dixona z lat 90. jak najbardziej zasadne, zwłaszcza, iż zaciąg dęty gra przede wszystkim na trąbkach i flugelhornach (okazjonalnie także flety, inne drobne reeds i preparacje). Muzyka bywa dynamiczna, nie brakuje w niej jednak szczypty niesentymentalnego liryzmu i progresywnych chwil artystycznego zaniechania.





Orzeszki (Nuts) pozostawiły po sobie, jak dotąd, dwa wydawnictwa. Pierwsze zwie się
L'Atelier Tampon-Ramier (Sans Bruit, 2008 – nagranie dostępne jedynie w plikach) i jest rejestracją pierwszego koncertu kwintetu, jaki miał miejsce w Paryżu, we wrześniu 2007r.  (tytuł płyty, to nazwa klubu, który gościł Nuts). Druga zaś, to Symphony For Old And New Dimensions (CD Ayler Records, 2009). Nagranie z lutego 2009r. z Le Carré Bleu, w Poitiers (gdzieś we Francji).

Pełnoprawne uzupełnienie dwóch smakowitych płyt kwintetu Nuts, stanowić może płyta duetu, który jest jego… podzbiorem. Benjamin Duboc i Itaru Oki (trąbka, flugelhorn, flet) w grudniu 2009r. w Paryżu, zarejestrowali kolejny wartościowy artystycznie materiał, który edytorsko udostępniła nam francuska inicjatywa wydawnicza Improvising Beings pod tytułem Nobusiko (2010). Osiem drobnych, improwizowanych perełek z japońskimi tytułami, do wiecznej eksploracji. Skupienie, dbałość o niuanse, akustyczna perwersja.


Ogniste Trio The Fish plus duet na dokładkę

Czas na drobną epistołę z nieco głośniejszymi, mniej subtelnym dźwiękami. Tu głównym partnerem kontrabasisty będzie saksofonista altowy, Jean-Luc Guionnet. Wraz z perkusistą Edwardem Perraudem muzycy funkcjonują pod nazwą własną The Fish, mają także za sobą epizod duetowy.

Nazwisko alcisty może niektórym z nas kojarzyć się z innym triem, The Ames Room (Clayton Thomas, Will Guthrie), które kilkakrotnie gościło w Polsce na koncertach. Rybia muzyka jest równie ekspresyjna, stanowi bowiem przykład absolutnie bezkompromisowego free jazzu. Gdy Guionnet na początku koncertu wkłada do ust lufę swojego karabinu, to wyciąga ją wraz z wybrzmieniem ostatniego dźwięku. Gra narowiście, z głębokim zadęciem, często stosuje repetycję. Być może nie jest to ulubiony rodzaj ekspresji Pana Redaktora, ale i to ma swoją wartość. Na tle gęstej powłoki saksofonowych erupcji, odnaleźć można w niemal klinicznym stanie doskonałą robotę kontrabasisty, tu dodatkowo, w bystrej kooperacji z jakże kompetentnym drummerem. I tak też słuchałem obu płyt The Fish, a czas płynął wartko i stosunkowo kreatywne.




Pierwsza ekspozycja płytowa tria, to podwójne wydawnictwo Live At Olympic Café & Jazz À Mulhouse (Ayler Records, 2007). Dysk pierwszy, to dwa sety z paryskiego koncertu, z grudnia 2005r, zaś drugi – jednosetowy incydent z Moulhouse, z sierpnia 2006r. Trwająca łącznie 110-minut, ekspresyjna petarda zaspokoi gusta każdego wielbiciela gatunku. Osobiście bardziej podoba mi się młodsze nagranie tria. Myślę o krążku Moon Fish (Clean Feed Records, 2012). Trzy kwadranse tego koncertu (dane szczegółowe niedostępne) zdają się być bardziej zwarte narracyjnie, mniej przegadane. Być może o walorach tego akurat nagrania decyduje także zrównoważony emocjonalnie czas jego trwania.




W kontekście słów, jakie padły w odniesieniu do muzyki The Fish, zupełnie zaskakujące okazuje się wspólne nagrania Duboca i Guionneta w duecie. Panowie wchodzą do całkowicie innej bajki. W listopadzie 2005r. w Paryżu realizują nagranie, które trafia na krążek W (Amor Fati, 2008). Trwająca niespełna 41 minut improwizacja opiera się na akustycznie destruktywnej sonorystyce bardzo suchego altu i drapieżnego, traktowanego głównie smykiem, kontrabasu. Dramaturgicznie pozostajemy w stylistyce niezwykle minimalistycznej, a istotnym atrybutem narracji jest cisza, która często oddziela od siebie duetowe ekspozycje. Muzycy w wielu momentach płynną wspólnie, stosując bardzo konsekwentnie zasadę imitacji. Odniesienie do szeroko rozumianej muzyki współczesnej też nie jest tu złym tropem. Niełatwe w odbiorze, konsekwentnie prowadzone, bardzo konkretne w brzmieniu nagranie, które intryguje ponadnormatywnie. Szkoda, że jak dotąd nie doczekaliśmy się ciągu dalszego tego duetu.


Inne epizody, damsko-męskie

Ponieważ nasza wielowątkowa powieść o muzyce Benjamina Duboca urosła już do rozmiarów trudno przyswajalnych z ekranu telefonu, czy nawet komputera, czas najwyższy zmierzać ku końcowi. A zatem na koniec skromne zajawki innych, także ciekawych przygód muzycznych kontrabasisty z Francji.

Le Retour D’Ulysse (Promenade) (Improvising Beings, 2015). Duet Duboca z francuską saksofonistą Alexandrą Grimal (tenor, sopran). Długie, dwupłytowe wydawnictwo zawiera chwilami dość ciepłe i na ogół niebanalne improwizacje (także jedną kompozycję Johna Coltrane’a). Duboc gra na swoim doskonałym poziomie, ilość fajerwerków tryskających z gryfu kontrabasu, jak zwykle imponuje. Grimal nie zawsze jest jednak w stanie utrzymymać poziom, zaproponowany przez partnera. Szczególnie dzieje się tak, gdy sięga po saksofon tenorowy. Gdyby płyta miała wymiar trzech kwadransów broniłaby się zdecydowanie lepiej.




There Starts The Future (Ayler Records, 2009). Choć na tej płycie, formalnie Benjaminowi przypada jedynie rola sidemana, nie sposób przez chwilę nie pochylić się nad tym doskonałym nagraniem. Firmuje je Abdelhai Bennani Trio. Francuski saksofonista, marokańskiego pochodzenia, gra wyjątkowo interesująco, nie dominuje, jak to ma w zwyczaju wielu saksofonistów w trio, świetnie wchodzi w improwizowane interakcje z kontrabasistą i tym trzecim, perkusistą Edwardem Perraudem. Ta trzyosobówka ma konkretnie demokratyczny strój, każdy z muzyków do free jazzowej konstrukcji dokłada swoje trzy gorsze. Płyty słucha się wyśmienicie, zwłaszcza drugiej jej części, gdy nasz bohater ewidentnie przejmuje rolę lidera tej eskalacji. Na końcu gra już prawie sam, a jego partnerzy mogą jedynie głośno wzdychać z wrażenia.

Free Unfold Trio (Amor Fati, 2006). Jeśli pragniecie posłuchać bardzo wytrawnego i kompetentnego tria jazzowego z fortepianem, to trafiliście idealnie. Duboca wspiera tu Didier Lasserre na perkusji i Jobic Le Masson na fortepianie. Nagranie poczynione na festiwalu w Bordeaux, w 2006 roku. Pod tym szyldem muzycy popełnili także incydent studyjny – Ballades (Ayler Records, 2009).




Entropy/ Enthalpy (Rouge Art, 2015). Podwójne wydawnictwo firmowane przez jednorazową formację The Turbine! (wykrzyknik stanowi część nazwy tego składu). Zapewne dla wielu fanów, silnie zapatrzonych w improwizowaną muzykę anglosaską, było to jedyne, jak dotąd, spotkanie z muzyką Duboca. Bardzo poważny zaciąg amerykański (Hamid Drake, William Parker, Harrison Bankhead) sprawia, że to najbardziej znane z nagrań naszego dzisiejszego bohatera. Znane, nie znaczy dobre. Dla mnie to wyjątkowo nierówna płyta. W wielu fragmentach gra podwójnej sekcji rytmicznej prowadzi donikąd. Są ekscytujące fajerwerki, pokazy sztucznych ogni, popisy indywidualne, tylko dobrej muzyki jak na lekarstwo. Z tego za długiego wydawnictwa, moją uwagę przykuwa jedynie blisko 30-minutowy free jazzowy pokaz emocji, gdy kwartet dwóch basistów i dwóch perkusistów wspiera świetnym flowem, francuski saksofonista Lionel Garcin (nazwisko do zapamiętania).



Ogromne podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań !