Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martina Verhoeven. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martina Verhoeven. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 kwietnia 2025

Verhoeven, Lopes & Serries have Invincible Time!


Belgijski gitarzysta Dirk Serries, stały bywalec tych łamów, kontynuuje współpracę z muzykami portugalskimi. Tym razem proponuje spotkanie z gitarzystą Luisem Lopesem, którego również nie trzeba przedstawiać w zadanych okolicznościach gatunkowych. W zgrabnie zaaranżowanym trio spotykamy także Martinę Verhoeven, która dopełnia obrazu nagrania poczynionego w gronie dobrych znajomych trybunowej socjety.

Belgijka grywała onegdaj na kontrabasie i wiolonczeli, od pewnego czasu jest już na stałe pianistką, okazjonalnie sięgającą po instrument klawiszowy zwany crumar piano, który w omawianym dziś przypadku swym niepowtarzalnym brzmieniem stawia obu gitarzystów w intrygującej sytuacji dramaturgicznej i estetycznej.



 

Muzyków odnajdujemy w doskonale nam znanej, koncertowej … kaplicy w Brechcie. Dokumentacja fonograficzna ulepiona jest w jeden trak, ale śmiało w rozbudowanej, pięćdziesięciominutowej ekspozycji możemy wyróżnić trzy, a nawet cztery epizody. Nagranie inicjuje jazzowa gitara, która po niedługiej chwili liczyć może na wsparcie drugiej gitary. Ciepłe, delikatne piano pojawia się w grze po półtorej minuty. Bardzo ciekawie brzmiące otwarcie kojarzyć się może z debiutanckim nagraniem … Return To Forever sprzed ponad półwiecza. Tymczasem opowieść nabiera masy, ale nie tempa. Bardziej energiczne ruchy, szczególnie na klawiaturze, odnotowujemy po mniej więcej siedmiu minutach, z kolej po dwunastu frazy każdego z muzyków stają się bardziej zadziorne, a tempo wreszcie nabiera rumieńców. Nie brakuje dobrych reakcji, a brzmienie wszystkich instrumentów wydaje się w tym momencie dość podobne. Improwizacja staje się rytmiczna, tłusta, z delikatnym posmakiem intrygującej kwasowości. Po upływie siedemnastej minuty gaśnie wprost w niczym niezmąconą ciszę.

Nowy wątek budowany jest bardzo pieczołowicie. Na gryfie gitary Dirka pojawia się smyczek, piano Martiny brzmi wyjątkowo onirycznie, a gitara Luisa cedzi drobne frazy przez zaciśnięte zęby. Martwa ballada trwa kilka chwil, budowana zarówno w niskich partiach gitarowych, jak i wyższych, klawiszowych. Opowieść nabiera odrobiny tempa, pęcznieje też na szerokość. Brzmienie staje się mięsiste, szczególnie piana, niemal post-industrialne i niedalekie od hałasu. W okolicach dwudziestej szóstej minuty następuje kolejne tego wieczorku wystudzenie, tym razem nieoparte na chwili ciszy. Przez pewien czas na scenie panuje wystudzona, leniwa flauta, bez ogniska zapalnego, bez skłonności do podejmowania nowych decyzji dramaturgicznych. Ów martwy taniec przez moment staje się duetem bez Lopesa, opartym na plamach klawisza i gitarowych, suchych akordach. Powrót do tria okraszony jest porcją pick-up’owej elektroniki, ale nie trwa długo, gdyż na kolejne kilka chwil spektakl staje się samotnym udziałem Portugalczyka. Potem wspomaga go Belg.

Belgijka wraca do rozgrywki wysoko zawieszonymi frazami, a improwizacja w mgnieniu oka nabiera bardziej dynamicznego kształtu. Spiętrzenie jest o tyle intrygujące, iż tym razem każdy z artystów frazuje inaczej, niosąc indywidualną jakość. Po osiągnięciu szczytu flow opada na samo dno ciszy, zgaszony do pojedynczego dźwięku piana. Na końcowe minuty powraca formuła arco, który staje się chyba udziałem obu gitarzystów. Refleksyjne, mroczne oddechy i westchnienia oblepione subtelnym ambientem towarzyszą nam już do samego końca. Na ostatniej prostej trudno nie dostrzec delikatnego, pięknie uformowanego wzniesienia.

 

Martina Verhoeven, Luis Lopes & Dirk Serries Invincible Time (Raw Tonk Records, CD 2025). Martina Verhoeven - crumar piano, Luis Lopes – gitara oraz Dirk Serries – gitara. Nagrane w Oude Klooster Chapel, Brecht, Belgia, maj 2023. Jedna improwizacja, 50 minut.



piątek, 20 grudnia 2024

The New Wave Of Jazz’ Axis: Tonus! Lemadi Trio! Transition Unit! Verhoeven Quintet!


Belgijski label New Wave Of Jazz, dowodzony przez Dirka Serriesa, zamyka rok bieżący sześcioma wydawnictwami. O dwóch styczniowych premierach pisaliśmy sto lat temu, jak zwykle ciepłymi i nasyconymi radością z odsłuchu słowami. Dziś czas na cztery premiery jesienne.

Szaro-białe okładki NWOJ towarzyszą nam już od dekady, ale od roku ubiegłego Dirk proponuje nam także okładki czarno-białe, zdobione artystycznymi zdjęciami Martiny Verhoeven, a wszystko pod nowym szyldem, rodzajem sublabelu o nazwie Axis. Wszystkie jesienne premiery, to właśnie dzieła opatrzone tą nazwą własną.

W gronie artystów na każdym premierowym krążku odnajdujemy niemal te same nazwiska, w układzie instrumentalnym również zaskakująca koherentność. A jednak każde z nagrań jest inne. Tonus, to tradycyjnie abstrakcyjny post-minimalizm, trzy pozostałe, to swobodny, niczym nieskrępowany post-jazz, z odmiennym wszakże poziomem intensywności – od zmysłowej kameralistyki po erupcje gorącego free jazzu. So, what ever you want!



 

Tonus Analog Deviation (CD, 2024)

Studio domowe, Brecht, sierpień 2023: Dirk Serries - archtop guitar, Benedict Taylor – altówka, także w wersji połamanej oraz Martina Verhoeven – fortepian. Dwie improwizacje, 52 i pół minuty.

Idea minimalistycznego improwizowania pod nazwą Tonus towarzyszy artystycznej drodze Dirka Serriesa od lat. W wymiarze personalnym miała tysiące twarzy i tyleż konfiguracji – od małych składów do sporych rozmiarów orkiestr. Świetnie pamiętamy Oktet, jaki performował na Spontanicznym Festiwalu dokładnie pięć lat temu. Tegoroczna edycja Tonusa powraca do ulubionej chyba formy trzyosobowej i proponuje nam … dalece temperamentną i reaktywną wersję, która zdaje się sytuować na przeciwległym biegunie ekspresji i intensywności w stosunku do przywołanego, poznańskiego Oktetu. Emocje, emocje, emocje, i któżby je kojarzył w Tonusem?

Pierwsza z wielominutowych improwizacji rozpoczyna się w aurze definitywnie minimalistycznej. Altówka zgrzyta, jęczy, z bólem wydaje nawet najdrobniejszą frazę, z oddali docierają strzępy dźwięków fortepianowych strun, a półpętle z gitary przypominają drobne koraliki w pieczołowicie kleconym paciorku. Frazy Martiny i Benedicta wydają się teraz wyjątkowe mroczne, jedynie leniwe podrygi Dirka pochodzą z wyższych warstw narracji. Mimo typowych dla Tonusa charakterystyk opowieść ma zaskakująco linearny kształt, a interakcje pomiędzy artystami są nad wyraz częste. Pianistka potrafi uderzać w struny lub klawisze z intrygującą intensywnością, altowiolinista nie skąpi zwinnych post-melodii, a akcje gitarzysty chętnie przyjmują postać rozbudowanych konfiguracji akordów. W tej części albumu szczególnie urocze są okolice trzynastej minuty, wypełnione plejadą fraz preparowanych. Z kolei w okolicach osiemnastej minuty muzycy wchodzą w zwinne interakcje cedząc przez zęby doprawdy filigranowe porcje fonii, obtaczane krótkotrwałymi plastrami ciszy.

Koncepcja generowania nanofraz zdaje się wypełniać także start drugiego seta. Muzycy reagują tu na siebie metodą zbliżoną do naszej ulubionej call and response. Z czasem pojawiają się drobne zarysy rytmu, będące efektem gitarowych repetycji Serriesa. Wokół krążą obłoki szmerów i szumów, na ogół od Verhoeven, nie brakuje też pojękujących fonii od Taylora. Czuć posmak bluesa, słychać dźwięk fortepianowych klawiszy. Nim upłynie kwadrans muzycy serwują nam coś na kształt eskalacji, szukają dynamiki, zaczepiają się wzajemnie, wchodzą w nieustanne, post-kameralne zwarcia, choć bywa, że ich narzędziem zbrodni jest pojedynczy dźwięk. W końcowej fazie improwizacji na gryfie gitary pojawia się smyczek. Każdy strzyga teraz uszami i zachęca partnerów do wzmożonych interakcji, a improwizację wieńczą zagrywki definitywnie dalekie od tonusowej idei minimalizmu.



 

Lemadi Trio Canonical Discourse (CD, 2024)

Studio domowe, Brecht, marzec 2024: José Lencastre – saksofon altowy, Dirk Serries - archtop guitar, Martina Verhoeven – crumar piano. Cztery improwizacje, 54 minuty.

To portugalsko-belgijskie trio ma nazwę własną od swych narodzin, a prezentowane nagranie jest drugim w jego dorobku. W warstwie muzycznej zdaje się być post-jazzem, który świetnie czuje się w kameralnych okolicznościach, zdobiony plejadami smakowitych lub bardzo smakowitych dźwięków preparowanych. W zakresie brzmienia nie bez znaczenia jest fakt, iż pianistka nie korzysta tu z grand piano, ale bardziej filigranowego crumar piano.

Pierwsze dwie improwizacje stanowią o jakości całego przedsięwzięcia. Obie są silnie reaktywne, wyczulone na drobiazgi, szyte dobrymi pytaniami i jeszcze lepszymi odpowiedziami. Obie rodzą się w mroku zaniechania, pełne są preparowanych dźwięków, szczególnie ze strony pianistki. Grane na wdechu, symbiotyczne frazy budują tu kolektywny flow bez zmrużenia oka. W momentach, gdy Verhoeven przenosi się na klawiaturę, artystów natychmiast dopadają emocje free jazzu. W chwilach wystudzenia ich narracja nabiera nostalgii, rezonującej poświaty i wykwintnej, saksofonowej post-melodyki. W pierwszej odsłonie warto także odnotować imponujący brzmieniowo duet inside piano i gitarowego smyczka, z kolei w drugiej szczególnie udane są fragmenty perkusjonalnego piana i niemal rockowej gitary, którym wtóruje rozkrzyczany saksofon.

Początek trzeciej opowieści spoczywa na barkach gitarzysty. Pianistka stuka po pudle rezonansowym, a saksofonista cedzi kolejne, melodyjne frazy. Narracja dość szybko nabiera free jazzowych rumieńców, po czym zastyga w ciszy rozmodlonego inside piano. Druga faza tej improwizacji okazuje się dość przewidywalna. Post-jazzowa powolność, dbałość o czystość frazy, rodzaj dramaturgicznego rozdroża. Ostatnia improwizacja ma nieco molowy klimat, ale w zakresie emocji, jakie budzi, bliżej jej do poprzedniczki niż do dwóch pierwszych, nasączonych wyjątkową jakością opowiadań. Wyważony, dobrze zbilansowany chamber jazz towarzyszy już nam do końca albumu, który z pewnością mógłby być o kilka minut krótszy.



 

Transition Unit Face Value (CD, 2024)

Estúdio Timbuktu, Lizbona, maj 2023: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Dirk Serries - archtop guitar. Sześć improwizacji, 51 minut.

Kolejne trio także ma nazwę własną, skład instrumentalny niemal bliźniaczy z poprzednim, powstało wszakże w Lizbonie, a w rolę pianisty (grand piano!) wcielił się świetnie rozpoznawalny w naszej części świata Rodrigo Pinheiro. Być może za przyczyną preferencji estetycznych tego ostatniego nagranie zdecydowanie sytuuje się w jazzowym klimacie, z pewnością zasługę na miano kategorii open, ale wycieczki w kierunku soczystego free nie należą tu do rzadkości.

Improwizacja otwarcia śmiało zasługuje na miano dostojnie kroczącego chamber jazz – odrobina mroku, gitarowy smyczek i bardziej linearnie frazujące piano z klawisza. Druga opowieść startuje z pozycji wystudzonej ballady, kończy zaś w oparach rzęsistego, dynamicznego jazzu. Muzycy stylowo kooperują, a wszystkie elementy ich gry zdają się idealnie do siebie pasować. Od opowieści trzeciej emocje zaczynają rosnąć. Gitara śle kilka post-rockowych zadziorów, wystudzone piano łapie rytmiczny pazur free jazzu, podobnie jak melodyjny, zalotny, a jednak czupurny saksofon. Wszakże najciekawiej jest na spowolnieniu, gdy pianista proponuje intrygującą ekspozycję wspierając się gitarowymi zdobieniami.

W czwartej odsłonie artyści dokładają do obrazu całości garść nowych elementów – ambientowe tło, rezonujące frazy inside piano i bolesny tembr dęciaka. Mroczna, budowana długimi pociągnięciami pędzla narracja najpierw wytacza kameralny arsenał, potem zmyślnie ucieka w dynamiczny free jazz. Świetne momenty notuje tu saksofonista, który bierze na swoje barki odpowiedzialność za kształt całej improwizacji. Piąta historia tkana jest znów bardzo kolektywnie i odbywa drogę od kameralnego, spokojnego otwarcia, po intensywne, post-jazzowe rozwinięcie. I znów na wiele ciepłych słów zasługuje saksofonista. Końcowa opowieść jest silnie unerwiona i nasączona intrygującą tanecznością. Lekka, bystra, bez jednego zbędnego dźwięku. Dużej w niej melodii, niemal rockowe zagęszczenie oraz nostalgiczna, dość wolno postępująca finalizacja.



 

Martina Verhoeven Quintet Indicator Light – Live at Paradox 2023 (CD, 2024)

Paradox, Tilburg, luty 2023: Gonçalo Almeida – kontrabas, Onno Govaert – perkusja, Dirk Serries – gitara, Martina Verhoeven – fortepian oraz Colin Webster – saksofon altowy. Jedna improwizacja, 43 i pół minuty.

Ten międzynarodowy kwintet znamy doskonale, podobnie jak każdego z artystów z osobna. Nagranie koncertowe z tilburskiego Paradoxu nie wnosi zatem nic nowego do naszej wiedzy o współczesnej muzyce improwizowanej o silnie free jazzowych korzeniach, ale słucha się tej erupcji kolektywnej i indywidualnej kreatywności doprawdy wyśmienicie.

Inauguracja koncertu jest spokojna, minimalistyczna i opiera się w dźwiękach gitary i kontrabasu. Nerwowa perkusja i plamy inside piano pojawiają się po dwóch minutach, a zaraz potem ciepły, jazzowy tembr saksofonu. Kwintet bez zbędnej zwłoki wchodzi w tryb marszowy nasączony swingującymi synkopami. Gdy szefowa bandu przechodzi na klawiaturę, formacja bez trudu sięga po free jazzowe atrybuty. Dzięki temu, jeszcze przed upływem dziesiątej minuty, scena płonie ogniem soczystej wymiany uprzejmości. Pierwszy stopping jest dość gwałtowany i szybko przenosi nas do kameralnych, mrocznych otchłani zdobionych dwoma smyczkami, dętym dronem, pianistycznym drżeniem i perkusjonalnymi igraszkami. Rozhuśtana narracja, wsparta na mantrującym smyczku kontrabasu, sprawnie powraca do wysokiego poziomu ekspresji sprzed kilku minut. Nim upłynie dwudziesta minuta na scenie ma już miejsce prawdziwa rzeź niewiniątek.

Kolejne stadium koncertu nie jest typowym wystudzeniem, a raczej umiarkowanie ekspresyjną, jazzową akcją w wykonaniu saksofonowego trio, a niedługo potem kwintetu. Trzecią dziesiątkę minut wieńczy z kolei fragment, którą śmiało możemy uznać za jeden z najbardziej urokliwych momentów koncertu. Na tle dogrywającego dęciaka rodzi się filigranowe duo gitarowego smyczka i dźwięków z samego dna pudła rezonansowego fortepianu, które po kolejnych kilku chwilach uzupełnia kontrabasowy smyczek. Owe chamber games z czasem ewoluują w kolejną tego wieczoru swingującą ekspozycję, zarówno w wersji pełnej, jak i bez udziału saksofonu. Ostatnie pięć minut spektaklu, to czas na prawdziwą eksplozję mocy. Każdy dociska teraz gaz i sprawia, iż rzeczywistość po obu stronach sceny staje w ogniu aż po kres wydarzenia.




piątek, 25 października 2024

Martina Verhoeven Invites!


Ledwie tydzień temu omawialiśmy na tych łamach nagranie ośmioosobowego Large Ensemble Colina Webstera, zarejestrowane w londyńskim Cafe Oto w październiku ubiegłego roku. Teraz cofamy się w czasie o trzy miesiące i na tej samej scenie spotykamy tentet firmowany nazwiskiem belgijskiej pianistki Martiny Verhoeven.

Zauważmy, iż w ujęciu personalnym aż pięciu muzyków uczestniczyło w obu nagraniach – Colin Webster, Cath Roberts, Dirk Series, Charlotte Keeffe i Andrew Lisle. W tentecie Martiny poza nią samą spotykamy jeszcze Daniela Thompsona, Benedicta Taylora, Toma Warda i Toma Jacksona. Dobrze zapamiętany z zeszłotygodniowej pogadanki free jazzowy ansamble Webstera został tu poszerzony o zaciąg definitywnie free chamber (altówka, gitara akustyczna, klarnety, flet). I taka jest dwusetowa ekspozycja formacji Martiny – dużo w niej free jazzu, ale i pełne garście wysmakowanej kameralistyki. Na prawie 70 minut oddajmy się temu strumieniowi dźwiękowemu.



 

Zgodnie z nakreśloną w preambule recenzji dwubiegunowością, koncert otwarty zostaje w aurze kameralnej (drobne frazy w pobliżu ciszy, mroczne, acz leniwe i wystudzone), by już po kilku minutach płonąć ogniem free jazzu. Z jednej strony barytonistka i alcista w roli szalbierców ekspresji, z drugiej altowiolinista, klarnecista i flecista po stronie kojących emocje. Jakby po środku tych pozornie przeciwstawnych frakcji dwaj różnobarwni gitarzyści i pianistka, która czuwa nad dramaturgią, a jeśli trzeba dolać oliwy do ognia, czyni to z dalece post-klasyczną nutą. W fazie kameralnej narracja skrzy się ogromem akustycznej urody altówki, gitary, niekiedy także trąbki. W fazie free jazzowego wulkanu do ognia dokładają tu wszyscy, nie sposób wszakże nie podkreślić roli gitary elektrycznej i silnie unerwionej perkusji. Niezależnie wszakże od poziomu zadanej ekspresji, każdy z uczestników spektaklu wchodzi z partnerami w wyłącznie udane interakcje. Nim ponad 26-minutowy set pierwszy dokona swojego żywota, artyści dostarczą nam jeszcze moc różnorodnych zdarzeń – fazę cmokającej ciszy, ekstatyczny duet altówki i gitary akustycznej, wreszcie kilka kolejnych akcji piana, które w tym tyglu niekończących się akcji i reakcji zdaje się dysponować najbardziej rozbudowanym arsenałem środków wyrazu.

Drugi set trwa ponad 40 minut i przynosi jeszcze większą porcję emocji i silnie kontrastujących ze sobą faz. Ognisty, kompulsywny początek wydaje się pewnym zaskoczeniem. Piano pachnie tu Schlippenbachem, akcje dętych mocą kolejnej reinkarnacji Machine Gun. Równie zaskakujące jest szybkie wytłumienie wprost w objęcia permanentnie kreatywnej altówki. Chwila ballady, a zaraz potem struga post-aylerowskich melodii. W tej fazie koncertu pianistka powraca z post-klasycznym sznytem, z kolei gitarzyści raz po raz szyją ściegiem, którego byśmy się po nich nie spodziewali. Z tym ostatnimi często po drodze ma trębaczka, która chyba najczęściej staje okrakiem na najważniejszej tego wieczoru dychotomii – chamber/ free jazz! Po upływie kwadransa improwizacja wspina się na jeden z bardziej ekspresyjnych szczytów, a na etapie falling down przypomina watahę rannych kojotów po przedawkowaniu. I znów kilka chwili wystarczy, by z plejady separatywnych półokrzyków uformować free jazzowy lej gorącej lawy, który zastygnie po niedługiej chwili w martwej melodii. Ostatni kwadrans koncertu, to prawdziwa huśtawka nastrojów. Gdy już widać kameralną finalizację, nagle z szeregu wypada kolejny muzyk i rwie ansambl do lotu (brawo saksofon altowy!). Z kolei fazy kameralnych podmuchów zimnego powietrza (brawo altówka!) w ułamku sekundy potrafią skrzyć się nowymi emocjami. Ostatecznie tentet umiera po podwójnym pokonaniu dużego wzniesienia. Perfekcyjne ugaszony flow wpada wprost w deszcz rzęsistych oklasków, których na albumie jednak nie słyszymy.

 

Martina Verhoeven Invites (Bandcamp’ self-released, CD 2024). Andrew Lisle – perkusja, Benedict Taylor – altówka, Cath Roberts - saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe – trąbka, Colin Webster – saksofon altowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna, Dirk Serries – gitara elektryczna, Martina Verhoeven – fortepian, Tom Jackson – klarnet oraz Tom Ward – klarnet basowy, flet. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, lipiec 2023. Dwie improwizacje, 70 minut.




wtorek, 30 kwietnia 2024

A New Wave of Jazz’ fresh cakes: Lemadi Trio! Defiant Illusion! Garuda+!


Label belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa A New Wave Of Jazz dostarcza trzy nowe smakowitości. I to niemal w całości w wykonaniu … portugalskim. Kochamy ten szalony świat muzyki improwizowanej!

Na dobry początek saksofonista José Lencastre w kompulsywnym trio z szefem labelu i jego żoną. Ta druga improwizuje tu na tajemniczo, ale jakże efektownie brzmiącym instrumencie klawiszowym. Tuż potem kwartet kameralny, stuprocentowo portugalski (z Lencastre’em ma saksofonie!), który udanie posiłkuje się elektroniką. Na finał garść swobodnie improwizowanego jazzu z zachodnich rubieży Półwyspu Iberyjskiego, czyli trio Garuda z gościnnym udziałem pianisty Rodrigo Pinheiro. Nic, tylko słuchać, słuchać i słuchać!

So, welcome to belgian Portuguese!



 

Lemadi Trio Tryptophan Suite (NWOJ Axis series, CD 2024). José Lencastre – saksofon altowy, Dirk Serries – gitara oraz Martina Verhoeven - crumar piano. Nagranie koncertowe, Jazzblazzt, Neeritter, Holandia, maj 2023. Dwie improwizacje, 51 minut.

Verhoeven i Serries często improwizują w trio z saksofonem. W takich wypadkach ich najczęstszym partnerem jest Collin Webster. Tym razem los koncertowy zetknął ich z Portugalczykiem José Lencastre’em, który jest muzykiem równie wyśmienitym, ale dalece innym niż Brytyjczyk, zarówno pod względem temperamentu scenicznego, jak i stosownych technik artykulacyjnych. Mamy zatem całkiem nową sytuację dramaturgiczną dla pianistki i gitarzysty, dodatkowo potęgowaną faktem, iż Martina muzykuje tu na elektrycznym instrumencie klawiszowym, który brzmi niczym stępione ostrze organów Hammonda. Efekt jest dalece intrygujący, tak, jak i cały album - emocje pną się tu od wzdychającej kameralistyki po ogień free jazzu.

Każdy z setów trwa tu grubo powyżej dwudziestu minut i daje artystom szanse na spokojne i przemyślane budowanie dramaturgii. Po kilku poszukiwawczych pętlach odnajdują oni drogę do zgrabnej, linearnej opowieści. Raczej konstruują ją na tym etapie z drobnych fraz, dbają o szczegóły brzmieniowe (piano potrafi tu smakować niczym mała gitara elektryczna), nie eskalują tempa, ani intensywności, choć chętnie wchodzą w krótkotrwałe, ekspresyjne zwarcia. Pierwsze spiętrzenie sytuuje się tu w okolicach 10 minuty i jest gęste od potu. Jeszcze bardziej hałaśliwe zdaje się być wzgórze, na jakie wspinają się artyści w okolicach 15 minuty. Każdorazowa droga na szczyt jest tu dość długa, z kolei momenty hamowania krótkie, ale zdaje się, że jeszcze bardziej efektowne. Finał seta spoczywa na gitarzyście, który najpierw koi nasze zmysły ekspozycją solową, potem do more relaxing sounds zachęca także swoich partnerów.

Gitarzysta otwiera także drugi set. Tu już definitywnie wszystko bazuje na filigranowych dźwiękach. Pracują dysze saksofonu, jęczą struny i trzeszczą klawisze. Spokojna, kolektywna narracja trwa do momentu, gdy z tuby dęciaka wyzwoli się odpowiednia porcja mocy, by zabrać trio na pierwsze wzniesienie drugiego seta. W tak zwany międzyczasie mamy jeszcze epizod solowy Verhoeven. W obrębie 10 minuty muzycy serwują nam porcję ognistego tańca, z kolei faza tłumienia odnajduje efektowny ambient, budowany nie tylko przez gitarzystę. Narracja szczerzy zęby, by raz za razem popadać jednak w nastrój relaksacyjny. W okolicach 17 minuty artyści napotykają ciszę, ale postanawiają jeszcze kilka minut pomuzykować. Piano i gitara dbają o mroczny, rezonujący sound, saksofon szuka ostatnich promieni zachodzącego słońca. Samo zakończenie przypomina delikatnie kwaśną, zmysłową post-balladę.



Carla Santana/ José Lencastre/ Maria do Mar/ Gonçalo Almeida Defiant Illusion (NWOJ, CD 2024). Carla Santana – elektronika, José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Maria do Mar – skrzypce oraz Gonçalo Almeida – kontrabas. Nagrane w Toolate Studio, Abóboda, Portugalia. Osiem improwizacji, 54 minuty.

Tym razem zastajemy Lencastre’a w towarzystwie jeszcze bardziej kameralnym – kontrabasu, skrzypiec i tylko pozornie nieadekwatnej w tej sytuacji scenicznej elektroniki. Ten kolejny doskonały album NWOJ dowodzi dwóch rzeczy. Zdaje się, że subtelność narracyjna i umiar w generowaniu dźwięków, to cechy wpisane w DNA muzyków portugalskich, co skutkuje nagraniami świetnie zbilansowanymi pod niemal każdym względem. Z drugiej zaś strony sam Lencastre, to muzyk, który doskonale radzi sobie w każdej estetce. Jeszcze kilka chwil temu, na poprzednim albumie, bywał free jazzowym, dzikim zwierzem, tu zdaje się być wytrawnym kolorystą i prawdziwym demiurgiem dramaturgii wyważonej, choć niewystudzonej improwizacji.

Zlękniona kameralistyka w leniwych, na poły tajemniczych dronach, to charakterystyka pieśni otwarcia. Drobne, akustyczne frazy są tu efektownie doprawiane delikatnie pulsującą elektroniką. Z jednej strony nerwowość saksofonu, z drugiej post-barok skrzypiec. W drugiej odsłonie na czele pochodu odnajdujemy drgające struny kontrabasu, wokół których panoszą się elektroakustyczne drobiazgi. Dęciak pojawia się tu lekko spóźniony, sieje intrygujący ferment, z kolei skrzypce toną w melodii. W trzeciej części na starcie dominują dźwięki preparowane, a w fazie finalizacji nie pierwszy już dialog saksofonu i skrzypiec. Kolejną opowieść też zdaje się budować pewien dysonans – najpierw toniemy w drobnej chmurze jazzu kontrabasu i saksofonu, by po niedługiej chwili sycić uszy skrzypcowymi frazami opatulonymi subtelną elektroniką. Piąte nagranie jest najdłuższe, a zaczyna się na poziomie ciszy. Narracja na wdechu, na zaciągniętym ręcznym pięknie się tu rozwija niesiona elektroniką, w fazie końcowej doposażoną w ulotną rytmikę i intrygującą ekspozycję dronową. W szóstej części, z jednej strony rozdygotane chamber, z drugiej efektowne, niemal free jazzowe zagęszczenie saksofonu, a zaraz potem kilka ciepłych oddechów z tuby i tanecznych fraz strunowych. Końcowa improwizacja stanowi tu niemal resume całego albumu. Mrok elektroniki niepozbawionej rytmu, strunowe poślizgi i saksofonowe westchnienia, drobny zadzior jazzu z kontrabasowego pizzicato, śpiew skrzypiec i zagadkowe frazy syntetyki na ostatniej prostej - można tego słuchać bez końca!



 

Garuda Trio + Rodrigo Pinheiro Tongues Of Flames (NWOJ, CD 2024). Hugo Costa – saksofon altowy, Hernâni Faustino – kontrabas, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz João Valinho – perkusja. Nagrane w Namouche Studios, Lizbona, lipiec 2022. Trzy improwizacje, 39 minut.

Hugo Costa od lat związany jest ze sceną holenderską (ponadgatunkowy Anticlan, czy noise’owe Albatre), ale nieustannie szuka swoich jazzowych korzeni w rodzimej Portugalii. Jego najlepszym orężem w tym artystycznym trudzie jest trio Garuda, które w trakcie swej drugiej podróży napotyka znamienitego gościa, pianistę Rodrigo Pinheiro. We czwórkę szyją nam tu rasowy, swobodnie improwizowany jazz, który potrafi w mgnieniu oka zamienić się w prawdziwie free jazzowe monstrum.

Pierwsza improwizacja zajmuje niemal połowę płyty i świetnie pokazuje moc kwartowej edycji Garudy. Opowieść inicjuje solowa, minimalistyczna akcja kontrabasu. Pozostali uczestnicy spektaklu wchodzą do gry stopniowo, z dużą dozą wstrzemięźliwości. Narracja przybiera formę slow motion of open jazz, ale potrzebuje ledwie kilku pętli, by nabrać mocy i energii znamionującej freejazzowe wyniesienie. Muzycy świetnie na siebie reagują, a wszystkie decyzje dramaturgiczne podejmują wspólnie. Środkowa faza utworu, już po wybrzmieniu wulkanu ekspresji, toczy się bez udziału dęciaka. Ten ostatni wraca w momencie, gdy trio zdaje się delikatnie unosić w powietrzu. Kilka dętych podmuchów buduje dodatkową jakość, wspartą na ulotnej ekspozycji pianisty. Druga improwizacja jest tu najkrótsza, oparta na ciekawej, nieco zrelaksowanej dynamice. Saksofon płynie wysokim i ekspresyjnym wzniesieniem, twarda sekcja stawia piękne, jazzowe zasieki. Gdy dęciak milknie, kilka błyskotliwych chwil staje się udziałem drummera. W trzeciej, znów kilkunastominutowej opowieści, dzieje się jeszcze więcej. Otwarcie jest kolektywne i szybko umieszcza artystów w zagęszczonym tyglu post-jazzu, dobrze kontrolowanym, ale już całkiem ekspresyjnym. Nim kwartet wejdzie na ścieżkę eskalacji świetne solo prezentuje pianista, a po nim kontrabasista. Po szybkim wystudzeniu improwizacja przechodzi w rozbudowaną fazę free chamber. Pojawia się smyczek, mroczne klawisze i rezonująca tuba saksofonu. Opowieść formuje się w balladę, ale nie kończy w zadanej estetyce. Spora porcja mocy uwidacznia się bowiem w zgrabnych ruchach perkusisty. Finalizacja jest intensywna, choć nadal wsparta na kontrabasowym smyczku. 

 

 

piątek, 1 grudnia 2023

Impetus Group and Density Dots!


Brytyjski saksofonista Colin Webster i obywatele Królestwa Belgii – pianistka Martina Verhoeven oraz gitarzysta Dirk Serries, to artyści na tych łamach przeczytani od deski do deski. Wiemy zatem doskonale, iż we trójkę stanowią - poza wszelkimi innymi swoimi aktywnościami muzycznymi - wyjątkowo zgrany kolektyw muzyków improwizujących.

Nie będziemy tu wyliczać wszystkich przedsięwzięć zrealizowanych przez tę trójkę, świetnie przecież pamiętamy choćby kameralne, minimalistyczne akcje pod szyldem Tonus. Colin, Martina i Dirk współtworzą także większe składy osobowe, takie jak kwintet Impetus Group, który fonograficznie debiutował kilka lat temu. To z kolei formacja, którą śmiało zaliczyć możemy do free jazzowych emanacji mocy. Tu naszych bohaterów wspierają klarnecista Tom Jackson oraz perkusista Teun Verbruggen, improwizatorzy także świetne rozpoznawalni na tych łamach. Śmiało zatem i bez zbędnej zwłoki zaglądamy na najnowszy krążek kwintetu!



 

Muzycy Impetusa znają się jak łyse konie, zatem bez zbędnych ceregieli, plejadą małych zagrywek, w pełni kolektywnie ruszają na free jazzową przebieżkę, niesieni szczególnie temperamentem i aktywnością drummera. Klarnet i saksofon posadowione na flankach, w środkowym kotle emocji piano, gitara i perkusja. Stuprocentowa demokracja w dostępie do ekspresji sprzyja interakcjom i budowaniu ściany dźwięku. Druga historia także nie sili się na zadumane introdukcje. Sygnał wymarszu dają dęciaki. Para w gwizdek, koła w ruch! W połowie trzeciej minuty parowóz free jazzu wyhamowuje, wprost w dęte drony i mikro pasaże piana. Odrobina mroku i deep drums budują nad wyraz urokliwy nastrój. Oto, jak post-chamber spotyka free jazz w dużym rozkroku. Improwizacja szybko wspina się tu na szczyt, po czym efektownie gaśnie pod batutą precyzyjnej gitary. Trzecią improwizację otwierają drobne frazy dęte, perkusyjne i strunowe. To z kolei opowieść o tym, jak ze zmysłowej kołysanki lepi się strumień bystrych, niekiedy agresywnych interakcji. Emocje rosną tu do poziomu godnego ekspresji epokowego Machine Gun!

Czwarta opowieść jest najdłuższa, trwa ponad jedenaście minut. Introdukuje ją saksofon, a chwilę potem zawieszone w próżni piano i perkusja. Piękne trio prowadzi orszak spokoju do momentu podłączenia się pozostałych instrumentów. Klarnet sprawia, że emocje sięgają incydentalnie prawdziwego piekła, z kolei gitara w rytmie… rockabilly gasi emocje i ustanawia nowe prawa. Po pełnym wyhamowaniu dźwiękowych atrakcji jeszcze przybywa. Najpierw to plejada subtelności, potem zaś skromna, finałowa eksplozja. Piąta i szósta improwizacja startują z poziomu szumów i szmerów. W pierwszej z nich konkluzją zmysłowych interakcji jest ogień free jazzu szyty serią kolektywnych spazmów, w drugiej sytuacja dramaturgiczna jest odrobinę bardziej zagmatwana. Tu po raz kolejny świetną robotę odstawia drummer. Improwizacja napina mięśnie, ale potem pracuje na dużym wydechu. Wieńczące całość tango mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Ostatnią improwizację otwiera gitara. Po niedługim czasie nad kształtem narracji pracuje już kwartet, ale wszystko czyni tym razem na wdechu. Piano wprost z klawiatury daje jednak sygnał do ataku. Perkusyjne adhd także sprzyja budowaniu kolejnych warstw emocji. No rest for all!

 

Impetus Group Density Dots (Klanggalerie, CD 2023). Tom Jackson – klarnet, Colin Webster – saksofon altowy, Martina Verhoeven – fortepian, Dirk Serries – amplifikowana gitara archtop oraz Teun Verbruggen – perkusja. Nagrane w Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, luty 2022. Siedem improwizacji, 50:08.



piątek, 11 sierpnia 2023

A New Wave Of Jazz: PlusEtage’ triple live story


A New Wave Of Jazz, nasz ulubiony belgijski wydawca muzyki improwizowanej, nie ustaje w dostarczaniu nowych nagrań, permanentnie dba także o wachlarz oferty produktowej w zakresie nośników dźwięku i nowych inicjatyw edytorskich.

Nowa Fala Jazzu wystartowała dekadę temu jako sublabel holenderskiej stajni Tonefloat, w początkowej fazie koncentrując się na wydawnictwach winylowych i kasetowych. Po usamodzielnieniu wydawnictwo przez lata dostarczało nam płyty kompaktowe w jednolitym, szarym layoucie. W czasach pandemii powróciły wydawnictwa winylowe, teraz dedykowane jedynie nagraniom solowym. Wkrótce potem powróciły kasety, a w roku bieżącym pojawiły się nowe serie wydawnicze oferowane na kompaktach.

W ramach jednej z ich, zatytułowanej Axis, otrzymaliśmy wiosną nagranie Kodian Plus, czyli flagowego tria labelu poszerzonego do rozmiarów kwintetu. Teraz debiutuje kolejna seria, tym razem dedykowana nagraniom koncertowym, zarejestrowanym w jednym miejscu, ulokowanym w Holandii, a zwanym PlusEtage. Na początek potrójny dysk, a na nim trzy koncerty z roku ubiegłego. Personalnie bez zaskoczeń, sami nasi ulubieńcy z obu stron kanału La Manche i Zagłębia Ruhry! Welcome!




Charlotte Keeffe & Andrew Lisle

Spotkanie trąbki i perkusji rozpoczyna się krótką introdukcją na werblu i kilkoma pocałunkami wprost z trębackiego ustnika. Początek zdaje się być nad wyraz minimalistyczny, płynie swobodą niezobowiązującego post-jazzu. Andrew syci opowieść subtelnymi synkopami, Charlotte nie stroni od drobnych śpiewów i wystudzonych westchnień. Muzycy precyzyjnie sterują tu poziomem ekspresji, czasami idą w tango, czasami długo rozmyślają, ale zawsze świetnie na siebie reagują. Trębaczka zdaje się tu mieć nieco więcej inicjatywy, ale jazzowa czujność perkusisty godna jest permanentnego podkreślania. Gdy ta pierwsza oddaje inicjatywę, ten drugi od razu pichci nam bystre, nieprzegadane solo, efektownie podpierając się na blaszanych preparacjach partnerki. Potem role się odwracają, a trębackie solo syci się smakiem rezonujących talerzy. Na finał pierwszego seta artyści powracają do post-jazzowego nurtu głównego, realizowanego na dobrej dynamice.

Drogą odsłonę koncertu otwierają smukłe, rezonujące frazy i wydawane półgębkiem trębackie oddechy. Muzycy budują intrygujący suspens używając wyjątkowo skromnej palety dźwięków. Ten moment koncertu kreują wyjątkowo spokojnie i skrupulatnie. Z czasem wchodzą na dobrze sobie znaną ścieżkę post-jazzu i dają się ponieść konsekwentnie uwalnianym emocjom. Trębaczka płynie tu środkiem sceny, ale rozbudowane macki perkusisty efektownie oplatają strumień jej narracji. Intensywność improwizacji delikatnie faluje, a szczególnie podobać się w momencie delikatnego spowolnienia, gdy trąbka subtelnie preparuje, wspomagając się prowadzonym w wolnym tempie drummingiem. Na koniec Andrew przyspiesza, a Charlotte nadaje swojej opowieści dużo melodyjności.

 

Stefan Keune, Dirk Serries & Benedict Taylor

Tym razem do scenicznego boju ruszają saksofon (najczęściej w najbardziej filigranowej odmianie), akustyczna (archetypowa) gitara i altówka. Początek, to definitywnie gra rozpoznawcza, zawieszony w próżni kreatywny minimalizm. Muzycy reagują na siebie dobrze nam znaną metodą call & responce. Szukają ciszy, prowadzą krótkie, urywane w pół słowa dialogi. Całkiem im teraz blisko do estetyki strunowej odmiany Spontaneous Music Ensemble. Z czasem spirala narracji nakręca się, ale nikt tu nie szuka zbędnych eskalacji – dominuje skupienie, dbałość o drobiazgi, dużo ciszy pomiędzy sekwencjami zdarzeń fonicznych. Dopiero przed dwudziestą minutą saksofon próbuje wciągnąć rozleniwione trio na drobne wzniesienie. Piękny moment nie trwa zbyt długo, a opowieść szybko napotyka na pocałunek ciszy. Pod koniec seta muzycy serfują na falach dość spokojnego oceanu, lekko wszakże wzburzanego zadziornymi frazami altówki. Najwięcej emocji przynosi tu chyba ostatnia prosta.

Drugi set otwiera plejada jęków i westchnień. Leniwe interakcje i programowy minimalizm. To znamy już z części pierwszej. Znów altówka zdaje się dawać sygnał do bardziej żwawych akcji. Zgrzyta, popiskuje, syczy drobnymi półmelodiami. Po upływie ósmej minuty artyści postanawiają sformować szyk i definitywnie podnieść emocje koncertu. Prowodyrem zdarzenia saksofon! Za kilka chwil sytuacja powtarza się, choć w międzyczasie muzycy fundują nam urokliwą porcję dronów i szumów. Improwizacja nabiera intensywności, ale pozostaje cicha. W połowie seta dostajemy się w chmurę strunowego ambientu i pomruków milczącego dęciaka. Gdy na powrót mamy tu trio, narracja klei się z wyjątkowo krótkich epizodów. Muzycy spoglądają sobie głęboko w oczy, brocząc po kolana w gęstej ciszy. Świszczą, skrzypią, szeleszczą, trą metalem i metal. Z tych odprysków dźwiękowych tworzą zwartą, linearną, choć niebywale filigranową opowieść. Napięcie rośnie, sycone coraz większymi partiami post-melodii, głównie ze strony altówki. Na cztery minuty przed końcem nagrania opowieść zamiera do poziomu ciszy. Ostatnie chwile, to parada strunowych półdźwięków i saksofonowych zaśpiewów.


Martina Verhoeven & Gonçalo Almeida

Na trzecim dysku koncertowego boxu spotkanie dwóch kontrabasów! W pierwszej fazie ponad 40-minutowego koncertu artyści pracują smyczkami. Ich pierwsze frazy są dalece perkusjonalne, ale i definitywnie delikatne. Rozdygotany suspens buduje tu pierwsze emocje. Naczelną konstytucją tej części spektaklu jest wzajemne imitowanie się obu kontrabasów. Dzieje się tak zarówno wtedy, gdy wspinają się na wzniesienie, jak i wtedy, gdy po rockowemu riffują lub schodzą bardzo nisko, niemal do poziomu podłogi. Improwizację charakteryzuje też ciągła zmiana. Bywa, że jeden smyczek zgrzyta zębami, a drugi śpiewa post-barokowe melodie. Wpadają w dynamiczny taniec, albo melancholijnie kołyszą się na wietrze. Nie stronią od ciszy, dbają o drobiazgi, donikąd się nie śpieszą, ale lubią pohałasować.

Dopiero w okolicach połowy seta mamy na scenie sytuację konfrontacji – arco vs. pizzicato! Ten moment koncertu zdaje się być szczególnie udany. Tuż potem naciśnięty zostaje klawisz ekspresji, a będące ponownie w grze dwa smyczki z radością zdzierają glazurę strun. Znów pojawiają się akcenty perkusjonalne i post-barokowe śpiewy żałobne. Narracja wchodzi tu w wyjątkowo delikatną, wręcz filigranową fazę, a potencjometr jakości znów skacze do samego nieba. Przed upływem trzydziestej minuty następuje faza kreatywnego minimalizmu, a napięcie budowane jest repetycją. Po nich kolejna eksplozja ekspresji – wzajemne pyskówki, uderzenia strun mocą pólmelodii. Nim koncert wyzionie ducha artyści serwują nam jeszcze wiele zmian. Znów grają subtelnie, choć nie bez kantów i zadziorów, szorują struny, ale hamują z piskiem opon, wreszcie efektownie śpiewają. Na koniec dygoczą z zimna, ale pod ostatnią prostą podchodzą z wyjątkową pieczołowitością. Gasną w poświacie minimalistycznych post-dźwięków.

 

Various Artists Live at Plus-Etage. Volume 1 (A New Wave of Jazz, 3CD 2023). Zbiór nagrań koncertowych zarejestrowanych w Plus-Etage (Baarle-Nassau, Holandia).

Dysk pierwszy: Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn oraz Andrew Lisle – perkusja. Kwiecień 2022, dwie improwizacje, 49:49.

Dysk drugi: Stefan Keune – sopranino, saksofon altowy, Dirk Serries – gitara akustyczna oraz Benedict Taylor – altówka. Wrzesień 2022, dwie improwizacje, 56:24.

Dysk trzeci: Martina Verhoeven – kontrabas oraz Gonçalo Almeida – kontrabas. Listopad 2022, jedna improwizacja, 41:28.

 

 

piątek, 5 maja 2023

The Trilogy Live by Scatterwound!


Duet dark ambientowych gitarzystów – Dirk Serries i Hellmut Neidhardt, artysta ukrywający się pod enigmatycznym szyldem N – świat gatunku, i nie tylko, zna od lat i ceni szczególnie mocno. Panowie pracują od zawsze pod szyldem Scatterwound i cyklicznie raczą nas wspaniałymi, mrocznymi opowieściami, które nie mają początku, ani tym bardziej zakończenia.

Najczęstszym wydawcą duetu jest niemiecka Midira Records, która u progu nowego roku uraczyła nas zbiorem trzech występów Belga i Niemca, zarejestrowanych w trakcie różnych ważnych okolicznościach koncertowych. Dwa z nich są nagraniami pure duetowymi, a w trzecim pojawia się gość z bardzo nietypowym, jak na kanony gatunku, instrumentarium w postaci fortepianu. Zatem powodów, by nad tym umiarkowanie długim (jak na trójpak) albumem pochylić się z należytą pieczołowitością znajdziemy całe mnóstwo.




Platzhirsch 2017

Panowie S i N startują z poziomu ciszy niemal zupełnej. Snują leniwe strugi mrocznego półdźwięku, które z jednej strony przypominają wartki, górski strumień, z drugiej szmer nadlatujących śmigłowców. W tej mozaice fonicznych płynów możemy także usłyszeć delikatny chrobot gitarowych amplifikatorów. Muzycy z każdą pętlą nabierają wiatru w żagle, sycąc narrację zgrzytającym piaskiem i skowytem głuchej, niekończącej się przestrzeni koncertowej lokalizacji. W magmę ambientu utykają także pojedyncze plamy post-gitarowego zgiełku.

W połowie nagrania improwizacja dość niespodziewanie tłumi się do poziomu szumów i delikatnych skwierczeń. Muzycy z mozołem budują zatem nową opowieść. Siłę i moc twórczą zdają się czerpać z pomruku otoczenia i szumiącej ciszy. Lewa flanka nieznacznie trzeszczy, prawa frazuje bardziej czystym dźwiękiem. Po niedługiej chwili obie strony zaczynają charczeć i inicjować marsz w kierunku finałowej ściany dźwięku, która zdaje się być naturalnym punktem docelowym dla każdej improwizowanej porcji dark ambientu. Kończą w krzyku, broczą w trudzie zakończenia. Te ostatnie trwa tu wyjątkowo długo, jest definitywnie urokliwe i precyzyjnie skonstruowane.

 

Roadburn 2018

Tym razem nasi bohaterowie lądują na dużym festiwalu, który lubi soczystego porcje zmutowanego rocka. Zatem od startu pokazują, iż nie znaleźli się tu przez przypadek. Przypominają dwa chroboczące i skwierczące rockowym fuzzem zwierzęta, czające się na brzegu puszczy. Nawet syntetyczne w brzmieniu tło ich pieśni otwarcia dalekie jest od ambientowej smukłości. Z czasem melodia backgroundu przejmuje jednak ster, a rockowe gitary na kilka chwil chowają się w zatęchłych garażach. Improwizacja jest gęsta i intensywna, ale nieco lżejsza od koncertowej introdukcji. Po kilku nawrotach obie gitary chwytają jednak sfuzzowanego bakcyla i idą ku ścianie zagłady.

Po jej pokonaniu muzycy nieznacznie tracą moc, ale budowanie nowego znów zaczynają od rockowego samowyzwalacza. Tym razem ich droga dojścia do celu wiedzie innymi, bardziej krętymi ścieżkami. Najpierw zdają się ginąć w mrocznym echu, potem łapią nowe porcje prądu, tudzież strzępy mocy z gitarowych przetworników i po chwili namysłu kierują się na szczyt. Finałowa faza koncertu przypomina już nalot dywanowy, pełna jest efektownych fajerwerków, ale samo zakończenie wydaje się szybkie, nieco enigmatyczne.



Moving Noises 2019

Koncert otwiera pianistka, która buduje efektowną, niemal demoniczną introdukcję inside piano. Perkusjonalne szelesty i drobne dźwięki z samego dna pudła rezonansowego ścielą się narastającą chmurą delikatnego, gitarowego ambientu. Ten ostatni zdaje się tu płynąć na wyraźne zawołanie pianistki, która pociera struny w pewnej rytmicznej sekwencji. Z czasem gitary przejmują strumień narracji i systematycznie kreują opowieść wedle kanonów ambientowego rytuału. Jeden wątek wydaje się być nad wyraz syntetyczny, drugi bazuje na mantrycznie powtarzanej sekwencji dość dynamicznie rysowanych riffów.

Wraz z upływem czasu fale ambientu stają się coraz potężniejsze, przy czym pierwszy wątek śpiewa, drugi nurza się w mrocznym błocie. Piękny uploading przypomina teraz chmury rozwrzeszczanego post-hałasu, które wzajemnie się przenikają. Po osiągnięciu szczytu strumień gitarowej narracji przechodzi w fazę wygaszania, a na froncie pojawia się nieco zapomniane piano, znów sycące improwizację dźwiękami preparowanymi, tym razem wszakże silnie ustrukturyzowanymi rytmicznie. Z klawiatury i dna fortepianu płyną frazy, które gaszą koncert umierającym beatem.

 

Scatterwound TL (Trilogy Live) (Midira Records, 3CD 2023). CD1: P.H/ Platzhirsch 2017, Dirk Serries – gitara oraz N – gitara, St. Joseph Church (Duisburg/Niemcy). CD2: R.B/ Roadburn 2018, Dirk Serries - gitara oraz N – gitara, 013 (Tilburg/ Holandia). CD3: M.N/ Moving Noises 2019, Dirk Serries – gitara, N – gitara oraz Martina Verhoeven – piano, Christuskirche (Bochum/Niemcy). Trzy improwizacje, łącznie 122 minuty.

 

wtorek, 28 marca 2023

Kodian Plus! Disengage!


Belgijsko-brytyjskie Kodian Trio to jedna z najciekawszych formacji współczesnej sceny free jazzowej w Europie. Nie dość, że międzynarodowa, to jeszcze na wskroś międzypokoleniowa i łącząca artystów, których wielogatunkowe doświadczenie sceniczne zdolne jest generować niezmierzone synergie artystyczne. Trzy albumy studyjne, jeszcze więcej koncertowych, kilka tras europejskich (z wizytą w poznańskim Dragonie na czele), to dorobek muzyków, którzy pod tą nazwą funkcjonują ledwie kilka lat.

Jak świetnie wiemy, świat muzyki improwizowanej nie zna pustki, dlatego naturalnym kierunkiem w rozwoju artystycznym Kodian zdało się być muzykowanie w formule rozszerzonej. Najnowszy zatem album tytułuje się nazwą własną Kodian Plus, a do kwintetu gitarzysta Dirk Serries, saksofonista Colin Webster i perkusista Andrew Lisle dobrali sobie pianistkę Martinę Verhoeven i trębaczkę Charlotte Keeffe. Efektem ich pracy są niespełna trzy kwadranse krwiście free jazzowych emocji, niepozbawionych – jak to bywa w wypadku nietuzinkowych artystów – nieskończonej liczby smaczków brzmieniowych i dramaturgicznych.




Początek nagrania budują zarówno drobne, akustyczne frazy dęte, talerzowy mikro drumming i fortepianowe inkrustacje, jak i mglista, urokliwa plama gitarowego ambientu, która szczelnie wypełnia dramaturgiczny background. Narracja nakręca się dość leniwie, tyczona szklakiem kanciastych fraz z klawiatury i rezonujących elementów zestawu perkusyjnego. Z kokona introdukcji jako pierwsi wyłaniają się pianistka i alcista, kilka głębszych oddechów bierze też trębaczka. Kwintowy pociąg zdecydowanie rusza z miejsca w trakcie siódmej minuty, gdy gitara z pozycji ambientu wchodzi w tryb niemal jazzrockowej kipieli. Piękny bukiet free jazzu rozdaje teraz całusy na prawo i lewo! Potem gaśnie, nie bez dętych, urokliwych westchnień.

Druga improwizacja pozbawiona jest rozbudowanego wstępu. Rusza z kopyta do przodu, być może dlatego też, iż rodzi się w obrębie oryginalnego składu Kodian Trio. Zadziornie, bez obłych, niedokrwionych kształtów! Po kilkudziesięciu sekundach w ogień free jazzowej ekspresji wpada poprzecznie frazujące piano, a zaraz potem charcząca trąbka. Gęsta, tłusta narracja ma tu kilka faz, przez kilka chwil prowadzona jest także w trio – piano, perkusja i trąbka. Powrót do formy kwintetu niesie za sobą zaskakująco mroczną poświatę, której sprzyja niemal post-rockowa furia gitarzysty. Na końcowych metrach muzycy tylko nieznacznie zdejmują nogę z gazu, zdają się być nieco rozbawieni poziomem intensywności swoich poczynań. Gasną przy wtórze post-ragtime’owych wtrętów piana i śpiewnych pomruków trąbki.

Trzecią opowieść zaczyna perkusista, do którego dość szybko dołącza alcista. Korzenny duet szybko stanowi tu prawa i obowiązki stron! Po kilkudziesięciu sekundach w strumień gęstej magmy dźwięków włącza się rockowa gitara i free jazzowe piano. Narracja szybko sięga szczytu i poziomu hałasu, przez który trudno jest przebić się nieco stremowanej trębaczce. Opowieść zdaje się teraz balansować na równi pochyłej, emocje kipią, ale nie brakuje fraz rozrzedzających potok zdarzeń. Narracja pięknie rozlewa się w dźwiękowych didaskaliach, niesiona zwinny rytmem perkusji. W tej fazie improwizacji szczególnie piękne wydają się akcje gitary i saksofonu. Równie zmysłowo płynie także duet tegoż saksofonu i trąbki. Opowieść pod koniec pęcznieje, niesiona znów rytmem perkusji, ale nade wszystko silnym strumieniem altowego wystrzału! Płomień opowieści gaśnie tu wyjątkowo kolektywnie, aż po szmer oddychającego wzmacniacza gitarowego.

Finałowa improwizacja zaczyna się … studyjnym żartem. Coś tam zgrzyta na gitarowych pick-up’ach, ale muzycy miast budować flow zaczynają żartować. A zatem restart – z mroku ciszy i rezonansu! Potok filigranowych short-cuts kreuje teraz urokliwy suspens. Nerwowe wyczekiwanie kończy się ekspozycją w trio – trąbki, altu i perkusji, bogaconej zdobieniami gitary i piana. Artyści dość leniwie szukają dynamiki - każdy dodaje garść indywidualnych emocji. Końcowa ballada, czy ekspresyjne podsumowanie? Perkusista zdaje się kierować myśli ku drugiej z opcji. Pianistka podziela jego pogląd. Reszcie nie pozostaje nic innego, jak ruszyć na ostatni tego wieczoru szczyt. Schodzenie z tej umiarkowanie wysokiej góry ścielą nam wystudzone frazy piana, trąbki i syczącego amplifikatora gitarowego.

 

Kodian Plus Disengage (A New Wave Of Jazz, CD 2023). Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn, Andrew Lisle – perkusja, Dirk Serries – gitara elektryczna, Martina Verhoeven – fortepian oraz Colin Webster – saksofon altowy. Nagrane w Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Belgia, 26 marca 2022. Cztery improwizacje, 41:08.



piątek, 11 listopada 2022

Oud Klooster and Driven in Paradox! Two quintets of a perfect three!


Dziś zapraszamy na dwie kwintetowe improwizacje pełne emocji, jakości i cudownych dźwięków, obie nagrane tegorocznej wiosny - jedna w kameralnym miejscu i w takim chwilami nastroju, druga na wielkim festiwalu i z całą mocą free jazzowego kombo! Obie formacje łączy trójka muzyków, których na tych łamach uwielbiamy, i których niemalże każda aktywność jest tu komentowana. Oba kwintety uzupełniają zaś muzycy, których także obdarzyć możemy wyżej wspomnianymi atrybutami. Zatem sami swoi, świetna muzyka i buchające emocje! Czegoż chcieć więcej!



Oud Klooster

Na dobry początek Webster na barytonie, Verhoeven na kontrabasie, Serries na gitarze akustycznej, tu w towarzystwie Škrijelj na akordeonie (bez elektroniki!) i Malmendiera na instrumentach perkusyjnych!

Otwarcie seta zdaje się być wyjątkowo tajemnicze - baryton prycha, wokół coś szumi i szeleści, być na może na werblu poruszają się jakieś przedmioty, struny drgają, ale wielu dźwięków jedynie się domyślamy. Muzycy formują dronową kołysankę – saksofon i akordeon szlifują długie frazy, smyczki snują post-barokowe, brudne westchnienia, a rola perkusjonalii sprowadza się do subtelnych zdobień i matowych świecidełek. Kameralny nastrój raz za razem zakłócają tu intrygujące dźwięki z akordeonu. Muzycy gadają ze sobą, szczerzą do siebie zęby, szukają zaczepki. Narracja faluje, nadyma się, albo chowa pod dywanem. Baryton ma w tej grze przewagę masy, czasami z niej korzysta, ale demokracja jest tu bezsprzecznie ustrojem panującym. Niebawem ze strony perkusjonalii nadchodzi pierwszy zwiastun jakiejś struktury rytmicznej. W aurze akordeonowych psot i strunowego piłowania, w okolicach 12 minuty, opowieść tłumi się do poziomu onirycznych plam dźwiękowych. Improwizacja klecona z drobnych akcji, także w formie pytań i odpowiedzi, tudzież garści preparacji kontrapunktowanych czystymi frazami gitary, dość szybko przekształca się w energiczny strumień fonii, niesiony mocą barytonu i urodą smyczka. Droga na ewentualny szczyt zostaje jednak zaniechana, muzycy bowiem zdają się teraz tonąć w oparach zimnego powietrza.

Tymczasem mija 20 minuta i czas budować nowy wątek. Kontrabas, po raz pierwszy w wyraźnym trybie pizzicato, jednoczy siły z gitarą, która frazuje gramaturą post-jazzu. Na stronie prycha baryton, dzięki czemu cała opowieść pęcznieje niczym ciasto na pizzę. Pojawia się także rytm delikatnie sugerowany przez perkusyjne szczoteczki. Muzycy kierują się na szczyt, ale ich szlak zdaje się wieść okrężną drogą. W końcu, w okolicach 27 minuty improwizacja definitywnie hamuje wprost w objęcia onirycznej ciszy. Przed nami fragment wyjątkowej urody – wszystkie przedmioty na scenie zaczynają ze sobą rezonować. Owa huśtawka nastrojów sprzyja formowaniu się narracji w gęsty dron, który nadyma się przez kilka chwil, po czym przekształca w nowy wątek narracyjny. Teraz opowieść bazuje na strumieniu dźwięków płynących z barytonu i akordeonu, nie bez drobnego wsparcia perkusjonalii, z intrygującymi, post-industrialnymi naleciałościami. Swoje trzy grosze raz za razem dokłada aktywny akordeon, który zaczyna pulsować elektroakustycznym zgiełkiem. Siedem minut przed końcem nagrania niektóre frazy zdają się znamionować rozpoczęcie fazy finalizacji. Małe preparacje gitary i perkusjonalii, oddechy kontrabasu i barytonowe pulsacje. Ostatnie rozdanie wydaje się być jednak wyjątkowo nerwowe, rozedrgane, z drobinami ekspresji na werblu. Opowieść zaczyna przygasać po tym, jak uformuje się w dron. Na jego powierzchni ostatnie dźwięki, jakże śpiewne, należą do barytonu i wciąż bardzo aktywnego akordeonu.



 

Driven

Drugi kwintet, to Webster na alcie, Verhoeven na fortepianie, Serries na amplifikowanej gitarze, tym razem w towarzystwie Almeidy na kontrabasie i Govaerta na perkusji!

Koncert inicjują czarne klawisze i plejada short-cuts płynąca z pozostałych źródeł dźwięku. Narracja z drobiazgów lepi się w zwarty szyk bojowy niemalże w ułamku sekundy. Kontrabas burczy, perkusja rysuje na poły dynamiczne pętle, a reszta nie traci czasu na niuanse dramaturgiczne. Free jazzowa kipiel staje się udziałem muzyków już po kilku minutach. Gęsty strumień fonii płynie tu całą szerokością niemałej sceny, zapalczywy, niesiony na barkach wyjątkowo energetycznego drive’u basu. Pierwszy szczyt zostaje osiągnięty z gracją baletnicy, po czym improwizacja studzi się przy dźwiękach gitary i inside piano. Faza leniwych preparacji, jakby od niechcenia, pozwala muzykom dość szybko zebrać siły do budowania drogi na kolejny szczyt. Smyczek na gryfie kontrabasu brzmi tu szczególnie efektownie, saksofon kołysze się na lekkim wietrze, a na werblu zdaje się rodzić nowa dynamika. Ten wątek koncertu gaśnie dość niespodziewanie ledwie po kilku nawrotach. Tym razem improwizacja zdecydowanie kluczy już mrocznymi zakamarkami. Trochę zabawy w call & responce, trochę nucenia pod nosem i kilka głębszych oddechów. Na froncie narracji pojawia się piano, obok kroczy gitara i małe perkusjonalia. Nowe rozdanie syci się pewną melodyką, a także strzępami post-rockowej ekspresji. Muzycy znów potrzebują kilku sekund, by powolną ekspozycję zamienić w rwący potok lawy. Ten fragment koncertu zdaje się osiągać intensywność godną każdej reedycji brotzmannowskiego Machine Gun! Szczyt wydaje się tu być wyjątkowo ognisty, a wychodzenie z niego dalece nerwowe, szarpane, jakby energia kinetyczna kombo nie pozwalała na zbyt proste hamowanie. W końcu muzyków spotyka grad oklasków, co sprawia, iż muszą definitywnie przystanąć, a za moment wszystko budować od nowa. Przy okazji odnotowujemy środek koncertowej rzeczywistości.

Nowe otwarcie spada na barki gitary i saksofonu. Sporo subtelności dodaje tu kontrabas. Pojawia się dawno niesłyszany smyczek. Piano w trybie inside syci improwizację dodatkową porcją tajemniczości. Wraca perkusja i zaczyna tworzyć dynamiczne zręby nowej opowieści. Tym razem droga na szczyt zostaje efektownie wydłużona, głównie dzięki posuwistym ruchom post-barokowego smyczka. Podobnie zachowuje się saksofon, mimo, iż reszta załogi rwie włosy z głowy i nie może doczekać się ekspresyjnej wolty. Dość niespodziewanie pianistka przenosi się na klawiaturę, a kontrabasista wpada w tryb pizzicato. Narracja tylko w trio (z perkusją) zaczyna swingować i nabierać dodatkowej dynamiki. Rozbudowana ekspozycja piana zachęca do powrotu saksofon i gitarę. Kwintet w pełnym rynsztunku w kilka chwil osiąga stan wrzenia, jaki nie był jeszcze jego udziałem tego wiosennego wieczoru. Po osiągnięciu szczytu narracja najpierw traci intensywność, a dopiero potem gubi tempo. Kolejna burza oklasków ucisza tu wszystkich, poza drummerem. Ten ciągnie narrację dalej, przy okazji powraca smyczek, a z tuby saksofonu zaczynają lać się porcje gorącego powietrza. Inside piano i rozkojarzona gitara sprzyjają formowaniu się finałowego drona. Końcowe zagęszczenie realizowane jest na dużej swobodzie, ze sporą przestrzenią pomiędzy dźwiękami. Koncert staje ostatecznie w płomieniach, po czym kompulsywnie gaśnie wprost w kolejną porcję burzliwych oklasków.

 

Colin Webster/ Dirk Serries/ Emilie Škrijelj/ Martina Verhoeven/ Tom Malmendier Oud Klooster (Raw Tonk Records, CD 2022). Colin Webster – saksofon barytonowy, Dirk Serries – gitara akustyczna, Emilie Škrijelj – akordeon, Martina Verhoeven – kontrabas oraz Tom Malmendier – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Oud Klooster, Brecht, Belgia, 5 maja 2022. Jeden trak, 44:56

Martina Verhoeven Quintet Driven - Live At Roadburn Festival 2022 (Klanggalerie, CD 2022). Martina Verhoeven – fortepian, Gonçalo Almeida – kontrabas, Onno Govaert – perkusja, Dirk Serries – gitara oraz Colin Webster – saksofon. Nagranie koncertowe, Roadburn Festival 2022, Paradox, Tilburg, Holandia, 24 kwietnia 2022. Jeden trak, 49:31



piątek, 2 września 2022

Dirk Serries and A New Wave of Jazz: two trios, quartet and two duos!


Belgijski label A New Wave Of Jazz funkcjonuje artystycznie od roku 2014 i ugruntował już sobie markę nie tylko na europejskiej scenie muzyki improwizowanej. Ironiczna nazwa, kreatywny szef i nieustające morze pomysłów na tworzenie dobrych, muzycznych koincydencji, to recepta na sukces przedsięwzięcia kierowanego przez gitarzystę Dirka Serriesa.

Sięgamy dziś po cztery czerwcowe premiery labelu, wszystkie wydane na CD, które przynoszą nam wiele udanych dźwięków, choć niczym nie zaskakują. Jak zwykle odnajdujemy na nich w pełni swobodną improwizację, na ogół akustyczne brzmienia i całe rzesze znajomym muzyków, widniejące na takich samych szarych okładkach, tworzonych od początku wedle jednej layoutu i zawsze doposażonych w liner notes autorstwa Guya Petersa.

Na nowych albumach (od numeru katalogowego 049 do 052) odnajdujemy nade wszystko dokonania artystyczne szefa wydawnictwa. Pośród nich dwa akustyczne tria – jedno w pełni strunowe, z kolejną gitarą i kontrabasem, drugie z dwoma instrumentami dętymi, wreszcie duet z perkusistą Onno Govaertem (podwójny, albowiem w szranki impro batalii z rzeczonym drummerem rusza także pianistka Martina Verhoeven). Zestaw nowości uzupełnia elektroakustyczny kwartet Gonçalo Almeidy, który w katalogu dość hermetycznych, tak stylistycznie, jak i personalnie, nagrań labelu stanowi definitywnie świeży element. 



 

049: Today And All Tomorrows by Serries/ Thompson/ Verhoeven

9 sierpnia 2019, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Dirk Serries – gitara akustyczna, Daniel Thompson – gitara akustyczna oraz Martina Verhoeven – kontrabas. Sześć improwizacji, 44:13

Akustyczne gitary posadowione na przeciwległych flankach i kontrabas na samym środku, doposażony w smyczek, to sytuacja przestrzenna improwizacji. Początek improwizacji, to gra na małe pola - bystre pytania i równie efektowne odpowiedzi. Kameralny zaduch nie przeszkadza budować tu pewnej leniwej dynamiki, ale zdaje się wypełniać też studio grubymi plastrami ciszy. W drugiej opowieści pojawiają się pierwsze preparowane dźwięki. Stonowane zgrzyty i martwe oddechy. Prym wiedzie tu smyczek, który w początkowej fazie szuka dna, zaś w końcowej rwie trio do delikatnego lotu wznoszącego. Kolejna narracja wydaje się bardziej skupiona, minimalistyczna, budowana mikro elementami post-perkusjonalnymi i subtelnymi riffami. Kontrabas przypomina tu leniwego byka, obie gitary kwilące ze strachu owieczki. Całość zostaje bardzo efektownie zgaszona suchym smyczkiem.

Na starcie czwartej opowieści tłumione emocje zdają się przelewać zamkniętymi dyszami. Gitary popiskują, smyczek jęczy z wysiłku. Ciche dźwięki i statutowy minimalizm w połowie improwizacji tracą nagle rację bytu. Muzycy łapią wiatr w żagle i zaczynają budować uroczą gęstwinę tłustych dźwięków. Początek następnego epizodu znów jest bolesny - ukradkowe frazy cedzone przez zaciśnięte zęby, strzępy melodii na lewej gitarze. Narracja systematycznie jednak pęcznieje i lepi się wokół mozolnie konstruowanego pizzicato kontrabasu. Opowieść kipi od emocji, które raz zdają się być uwalniane, innym razem tłamszone do samej podłogi. Finałowe zejście w ciszę jest doprawdy mistrzowskie! Ostatnia improwizacja, to stemple kontrabasu i gitarowe minimalizmy. Brudny barok dużego strunowca szuka tu przyjaciela w post-rockowych westchnieniach obu gitar. Balladowy posmak i źdźbła melodii pomiędzy suchymi strunami nie przeszkadzają muzykom wykreować małego spiętrzenia, po którym smyczek może już gasić płomień improwizacji.

 


050: Translucence by Rennie/ Roberts/ Serries

12 stycznia 2020, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Tullis Rennie – puzon, Cath Roberts – saksofon barytonowy oraz Dirk Serries – gitara akustyczna. Cztery improwizacje, 45:19

W kolejnym trio sytuacja sceniczna jest następująca: puzon stacjonuje po lewej, saksofon po prawej stronie, a środkową oś narracji kontroluje gitara. Owo narracyjne centrum i prawa flanka zaczynają na raz, z posmakiem free jazzu, z kolei puzon najpierw bierze kilka głębszych oddechów, a dopiero po chwili rzuca garść niebanalnych fraz. Narracja kołysze się na wietrze, bywa nerwowa, ale i leniwa. Tym, który sieje intrygi jest tu nade wszystko gitarzysta, z kolei dęciaki wolą rozmowy na stronie i cięte komentarze. Część narracji sprawia wrażenie nieco zaplanowanej, całość płynie jednak dość swobodnie, z daleka od kameralnej zadumy, raczej z tendencjami do poszukiwania jazzowych emocji. Każdy z muzyków raz za razem puszcza tu oko i zasiewa dramaturgiczny niepokój ciekawą zagrywką. W drugiej improwizacji pojawiają się dźwięki preparowane, między innymi dzięki akcjom smyczka na gryfie gitary. Trochę śpiewu przez łzy, trochę końskiego parskania i kilka dobrych pytań skonsumowanych jeszcze bystrzejszymi odpowiedziami.

Początek trzeciej opowieści wydaje się niespodziewanie dynamiczny, dyktowany tempem puzonu i saksofonu. Gitara wchodzi w post-jazzowe narracje, ale improwizacja po kilku pętlach jakby traciła lwi pazur. Kilka zakrętów, tudzież zaskakujących rozdroży, z których udaje się wyjść na prostą dzięki, jak zawsze skutecznej, metodzie call & responce. Przy okazji odnotowujemy kolejne intrygujące fraz ze strony puzonu. Finałowa improwizacja syci się pewną melodyką, budowana jest małymi riffami i dętymi zaśpiewami. Najpierw kilka krótkich uderzeń, potem więcej przeciągłych westchnień. Każdy z artystów szuka tu nowych rozwiązań, co dobrze robi całej ekspozycji. Nie brakuje mrocznych zakamarków i dobrze postawionych pytań o kierunek dalszej drogi. Końcowe przebudzenie smakuje post-jazzem, niepozbawione jest także szczypty nostalgii.

 


051: Vistas by Hydra Ensemble

16 kwietnia 2021, Worm; Gonçalo Almeida – kontrabas, Lucija Gregov – wiolonczela, Nina Hitz – wiolonczela oraz Rutger Zuydervelt – elektronika. Pięć improwizacji, 49:42

Swobodna kameralistyka uwikłana w kable współczesnej elektroniki, to idea tej Hydry. Jej drugi album wydaje się być bardzo sprytnie zaprojektowany. Oto bowiem to, co najlepsze, najbardziej frapujące i ekscytujące dostajemy na początku i na końcu nagrania. To, co pomieszczone jest pomiędzy utworami otwarcia i zamknięcia także zdaje się być nad wyraz interesujące, ale chwilami można odnieść wrażenie, jakby muzycy traktowali te fragmenty jako pole do eksperymentów i poszukiwania nowych środków wyrazu.

Pierwszą improwizację buduje dudnienie kontrabasu, szeleszcząca mgła elektroniki i długie, posuwiste frazy obu wiolonczeli. Najpierw artyści serwują nam dużo matowego smutku, potem niemałą porcję emocji nasączonych jakimś stymulującym wywarem roślinnym. Kolejna opowieść bazuje na frazach pizzicato, początkowo głównie ze strony kontrabsu, potem także wiolonczeli. Znów dużo dobrego niesie nam warstwa elektroniczna, która chwilami przypomina live processing. Improwizacja kończy się tu strugami smyczkowych pląsów mniejszych strunowców. W trzeciej części nie brakuje stylowych drobiazgów. Narracja przypomina pajęczynę filigranowych fraz, pomiędzy którymi intrygująco przemykają elektroniczne strugi zaskakujących fonii. W drugiej fazie improwizacji dzieje się już naprawdę dużo, co jest efektem świetnej roboty każdego z muzyków. Czwarta opowieść płynie wyjątkowo nisko przy powierzchni ziemi. Dronowe, post-barokowe ekspozycje kontrabsu najpierw szukają zwady, potem oddają pole minimalistycznym inicjatywom elektroniki i obu wiolonczeli. Finał pnie się ku górze kolektywnymi strugami pizzicato. Anonsowana już wcześniej, ostatnia improwizacja stawia na emocje i całkiem wyszukaną dynamikę. Smutny, molowy początek zwinnie przekształca się w narrację sycącą się energią własną fraz pizzicato i gęstymi plamami elektroniki. Nerwowa, dobrze ugaszona porcja smakowitości. 



052: Twofold by Onno Govaert + Verhoeven/ Serries

18 października 2021, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Onno Govaert – perkusja, Martina Verhoeven – fortepian (dysk 1) oraz Dirk Serries – amplifikowana gitara akustyczna (dysk 2). Trzy improwizacje - 45:38 (1), jedna improwizacja - 42:11 (2)

Jeśli duet perkusji i fortepianu zaliczyć moglibyśmy do post-kameralistyki, która zwinnie łapie bakcyla free jazzu, to duet tejże perkusji z gitarą akustyczną (całkiem silnie amplifikowaną) najudaniej byłoby pomieścić w szufladzie nerwowego post-rocka, który równie chętnie wpada w sidła free jazzu, jak toczy boje na skraju avant-rockowej improwizacji. Jedno wszakże nie ulega wątpliwości – podwójny album prezentuje wyjątkowo smakowite oblicze Onno Govaerta, drummera, którego nagrania śledzimy od ponad dekady, a którego artystyczny rozwój zdaje się nie mieć granic.

Improwizacja pierwszego duetu podzielona została na trzy części o nieco zmiennej dramaturgii. Początek zdaje się być nerwowy, a każdy z muzyków niecierpliwy. Narracja, wyzwolona z wszelkich uwarunkowań gatunkowych, ma tu pokrętną dynamikę i buduje emocje w sposób dalece niepowtarzalny. Od free jazzowej furii po post-kameralne subtelności. Te drugie atrybuty zdają się kreować szczególnie dobitnie drugą część. Dużo akcji minimalistycznych, pracy fortepianowego wnętrza i rezonujących talerzy. Zmysłowy chill-out szybko sięga tu free jazzowego nieba, choć każdy ruch muzyków wydaje się być ulotny i nieoczywisty. W podobnej atmosferze toczy się trzecia odsłona tego duetu. Małe porcje preparowanych fraz powstające blisko ciszy i znów zagadkowy rytm, ledwie sugerowany, jakby w zawieszeniu, wokół którego toczy się improwizacja. Zakończenie albumu z jednej strony jest dość dynamiczne, z drugiej nasączone mrokiem i tajemniczością. Sam finisz zaś doprawdy fenomenalny - potężne pokłady energii kinetycznej stają się tu szelestem fortepianowych młoteczków.

Kolejny duet podany zostaje na dysku w jednym traku, choć ewidentnie składa się z czterech epizodów, które trwają po około dziesięć minut. Początek, to bijąca stopa na bębnie basowym i gitara, która rozsiewa meta rockowe zarazki. Chropowata, czerstwa narracja, po pokonaniu kilku zawiłych wiraży efektownie piętrzy się i skrzy free jazzowymi emocjami. Jeśli Onno stawia tu na dynamikę, to Dirk często zwalnia i sięga po dźwięki preparowane. Muzycy jednocześnie stymulują i temperują wzajemne reakcje. Każdy z owych podepizodów wydaje się mieć dość zbliżoną dramaturgię. Celem każdorazowo jest pewne spiętrzenie, metody zaś dojścia do niego subtelnie się od siebie różnią. W trzeciej i czwartej fazie improwizacji gitara frazuje niekiedy dość basowo, a w jej brzmieniu doszukać się możemy fraz godnych pedal steel guitar. Narracja na ogół toczy się kolektywnie, a fragmenty solowe traktować możemy jako incydenty. Ciekawy jest sam finał. Muzycy zdają się tu dawać upust swoim rockowym, by nie rzec punkowym temperamentom. Jest głośno i naprawdę czupurnie.



 

piątek, 4 lutego 2022

A New Wave Of Jazz still strikes! Three fresh duets!


Belgijski label A New Wave Of Jazz, prowadzony od prawie dekady przez Dirka Serriesa, nie przesypia pandemii i regularnie dostarcza nam nowych nagrań. Na trzech nowych, zimowych płytach znajdujemy jak zawsze dużo Nowej Fali i mało Jazzu, co każdorazowo raduje nas niejako podwójnie. Mimo, iż na bandcampie nowości dostępne są już od października ub.r., nazywamy je zimowymi, albowiem ich światowa premiera (przynajmniej w formacie CD) została ustawiona na styczeń nowego roku.

Pośród trzech premier odnajdujemy same duety - kontrabasu z gitarą akustyczną, klarnetu z saksofonem, wreszcie tajemniczego prepared chamber (tu rzeczone chamber rozumiane chyba jako pomieszczenie) i fortepianu. Personalnie sami nasi dobrzy znajomi z Belgii i Zjednoczonego Królestwa. Dla przypomnienia dwie pierwsze płyty bez trudu znalazły się na naszej liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2021!

 


Melancholia

Na najlepszy z możliwych początków duet w składzie: John Edwards na kontrabasie i Dirk Serries na gitarze akustycznej. Dźwięki zarejestrowane 8 lutego 2020 roku w Londynie (Dave Hunt Studio) *).  Dwie rozbudowane, dalece swobodne improwizacje trwają tu łącznie 44 minuty i 56 sekund.

Muzycy zaczynają spektakl delikatnym wybudzaniem strun swoich instrumentów ze stanu uśpienia. Już tu jednak, na etapie dalece wstępnym, każda akcja może liczyć na bystrą reakcję. Dźwięki szukają się wzajemnie, łączą w małe plejady, syczą jak koty, rżą jak dziki w mrocznej gęstwinie lasu. Opowieść potrafi tu powstać z kolan w ułamku sekundy, ale równie szybko wpaść w ramiona ciszy. Już po 6 minucie słyszymy pierwsze głębokie oddechy akustycznego mroku, stymulowane frazowaniem smyczka na kontrabasie. Po chwili ze smyczków korzystają już obaj muzycy i wdają się w post-barokowe lamentowania. Niespodziewanie łapią ekspresję i już w trybie pizzicato & riffs udają się na niewielkie wzniesienie. Po 13 minucie znów stygną i oddają się leniwym zajęciom – preparują dźwięki i ślą sobie wzajemnie barokowe ukłony. Pod koniec pierwszego seta dopada ich kolejna porcja mocy – smyczki, riffy, bystre akordy idą w tango, czyniąc finał wyjątkowo urokliwym.

Drugi set długimi minutami zdaje się stawiać na bardziej refleksyjne emocje. Dużo gry ciszą, wystudzone, post-rockowe grepsy, tudzież leniwe smyczki. Te ostatnie potrzebują ledwie ułamka sekundy by skoczyć na głęboką wodę. Po kilku pętlach powracają jednak w odmęty ciszy i brzmią niczym akustyczny ambient! Jak to często bywa w swobodnej improwizacji, po interwale spokoju następuje prawdziwy wybuch emocji. Tym razem płyną one wprost z repetycji kontrabasu i echa rockowych skojarzeń gitary. Drugi set ma swój kardynalny stopping w okolicach 15 minuty, po którym artyści szukają nowego wątku, toną w mroku, ale widzą światełko na końcu tunelu. Smoliste kłęby gitary i akrobatyczne pizzi & arco kontrabasu tworzą tu pewien dramaturgiczny suspens. Muzycy zdają się ugniatać ciszę, polerować struny wilgotnymi smyczkami. Finałowa prosta, to kolektywny śpiew strun, boleśnie piękny, świetnie reasumujący to wyjątkowe nagranie.

 


The Other Lies

Kolejny nowofalowy duet powstał w lutym ubiegłego roku, znów po tamtej stronie Kanału, w miejscu zwanym Peckham Road Studios. Dwóch Brytyjczyków zwarło szeregi w dalece kameralnej improwizacji: Tom Jackson na klarnecie oraz Colin Webster na saksofonie altowym i barytonowym. Dodajmy, iż dla tego drugiego, to być może the most chamber event in his life! Sześć improwizacji rozciąga się w czasie niemal po widnokrąg, trwa bowiem 70 minut bez kwadransa sekund.

Pierwszą dętą dyskusję klarnet rozpoczyna w towarzystwie altu. Podobnie rzecz będzie się miała w pozostałych nieparzystych utworach. Z kolei w parzystych dudnił będzie saksofon barytonowy. Początek jest mroczny, niemal dronowy. Kameralna trwoga pospołu z kameralną zadumą realizują się tu zarówno w formie bystrych short-cuts, jak i rozciągniętych w czasie, chwilami wręcz klasycyzujących fraz. Muzycy sprawiają wrażenie, iż lepiej czują się w mglistych, zacienionych miejscach, ale i w post-swingowych przebieżkach nie dostrzegają nic zdrożnego. W drugiej, barytonowej części narracja nie przestaje być kameralna, ale oba instrumenty starają się tu pokazywać całe spektrum swoich możliwości brzmieniowych, zatem emocji i bardziej gęstych, głośnych dźwięków także tu nie brakuje. Początek kolejnej improwizacji wydaje się być wyjątkowo urokliwy. Alt i klarnet dyskutują drobnymi frazami w estetyce call & responce. Szukają zadziornych fraz, efektownie parskają i szczerzą zęby w zawadiackim uśmiechu. Przez moment kameralny posmak zdaje się tu ginąć w niemal free jazzowym ogniu.

Czwarta opowieść, zatem znów baryton, to kameralna, ale taneczna przygrywka. Także gra na małe pola - efektowne zaśpiewy klarnetu, kontrapunktowane czerstwym oddechem saksofonowych dysz. Wreszcie bystra faza preparacji – baryton chce charczeć, klarnet temperuje go jednak po swojemu. W piątej części dominuje nerwowa … melancholia. Szczypta melodii, garść dynamiki i próby poderwania się do bardziej wysokich lotów. Efektowne, taneczne podrygi i afektowane westchnienia, a na koniec odrobina imitacji. Finał tej przepięknej, choć odrobinę zbyt długiej płyty, pławi się w kameralnym samouspokojeniu. Baryton, co prawda jątrzy na każdym zakręcie, szuka dynamiki, preparuje, pracuje gołymi dyszami, ale klarnet zdaje się trzymać rękę na pulsie narracji, prowadząc oba instrumenty w piękną, znów dość nerwową fazę leniwych preparacji. Końcówka urokliwie ginie w poświacie zmysłowego dark chamber



Cure and Mound

Ostatni z dzisiejszych duetów, być może najbardziej tajemniczy: Anton Mobin określający swoje dźwiękowe ekspozycje jako prepared chamber (domniemujemy, iż wydobywa dźwięki ze wszystkiego, co znajduje się w danym pomieszczeniu) oraz Martina Verhoeven korzystająca z fortepianu, który na ogół preparuje. Ich opowieść jest bardzo długa (dwie improwizacje, 76 minut i 47 sekund), chwilami bardzo dotkliwa fonicznie, ale nieustannie intrygująca (większość odsłuchu spędzamy z pytaniem na ustach: cóż to za dźwięki ?!?). Zapraszamy do pieczary akustycznych zagadek, nagranych w … studiu Sunny Side w brukselskim Anderlechcie, w lutym 2020 roku.

Spektakl zaczyna się prawdziwą burzą z piorunami! Małe akustyczne katastrofy, całe morze fake sounds, okalające dźwięki preparowanego piana, ocean czegoś, co moglibyśmy określić mianem prepared acoustic reality! Fonia zdaje się tu być niemal przesterowana – burczy, brzęczy, charczy, szumi, szoruje, jęczy, oddycha niczym żywa materia, czasami smakuje wręcz elektroakustycznie. Ale już po chwili przestajemy zadawać sobie pytania o źródła pochodzenia danych dźwięków, dajemy się bowiem ponieść ekspresji tej małej wojny światów. Kostropate kształty, filigranowe eksplozje, suprice by suprice. Aura dewastujących nasze uszy fonii sprawia, iż pierwszy, czysty dźwięk z klawiatury fortepianu zdaje się brzmieć niczym intruz! Taki oto akustyczny horror trwa pełne dwadzieścia minut. Po upływie tego czasu łagodne dźwięki fortepianowych strun przenoszą nas w inny wymiar czasoprzestrzeni. Narracja oddycha mrokiem i pajęczynami! Definitywna obniżka poziomu hałasu zaczyna sprawiać, iż improwizacja nie dość, że staje się bardziej przyswajalna, to zaczyna intrygować niemal podwójnie. Coraz więcej brzmienia klawiszy, coraz więcej niuansów i dźwiękowych subtelności. Pod koniec 40-minutowego seta dominuje preparowane piano, które zdobione jest nieco bardziej hałaśliwymi ornamentami z drugiego ośrodka dowodzenia. Improwizacja śpiewa piskliwym głosem, doposażona frazami sugerującymi jakiś głęboko skrywany rytm.

Druga opowieść jest nieco krótsza, ale zdaje się kontynuować te wątki pierwszej części, które podobały nam się najbardziej. Mroczne piano zarówno z klawiatury, jak i bezpośrednio ze strun, post-basowe i post-perkusyjne frazy prepared chamber. Narracja znów nabiera pewnej rytmiki, pokręconej, niemal psychodelicznej, chwilami całkiem żwawej. Po niej następuje długa, efektowna ekspozycja solowa pianistki (jeśli czymś wzbogacona, to zawodzi ucho recenzenta). W połowie seta improwizacja znajduje ciszę i znów robi się nad wyraz smakowicie. Muzycy stawiają na drobne frazy, preparują z precyzją chirurgicznego skalpela, czyniąc ów fragment bodaj najciekawszym na całej płycie. Pod koniec pojawia się kilka bardziej hałaśliwych akcentów, ale chyba jedynie w ramach skromnej repryzy tego, co działo się na początku nagrania. Piano Martiny stawia piękne stemple czarnymi klawiszami, niemal podśpiewuje. Akcesoria Antona rzężą niczym zepsute urządzenie elektryczne.

 

*) warto zauważyć, iż tego samego dnia, w tym samym miejscu, zarejestrowano nagranie kwartetu Edwards/ Serries/ Webster/ Lisle, które jest dostępne na płycie Peck and Fleet (Raw Tonk Records)