Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Violeta Garcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Violeta Garcia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2026

Joanna Mattrey, Camila Nebbia, Camilo Ángeles & Violeta García are Heavy Handed!


Nowojorski The Relative Pitch Records dostarcza cztery premiery w miesiącu (w sierpniu nawet pięć!) i nic nie wskazuje na to, by ową imponującą regularność zatracił.

Dziś sięgamy po nowość lipcową, zatem bardzo gorącą i do tego definitywnie szaloną. Kwartet niemal w całości żeński (nazwiska świetnie znane z katalogu labelu, ale nie tylko) dostarcza nam mnóstwo emocji, które szyją dwa instrumenty dęty i dwa strunowe, niektóre z soczystym uzupełnieniem FX-owym. Krwista kameralistyka miewa tu iście free jazzowe eksplozje, a jakość dzierży berło zwycięzcy od pierwszej do ostatniej sekundy. Wiele wskazuje na to, że nie zapomnimy o Heavy Handed w trakcie corocznego podsumowania sceny improwizowanej.

  


Pieśń otwarcia jest najdłuższym fragmentem albumu i mówi niemal wszystko o jego potencjale artystycznym. Kolektywny start z pełną mocą saksofonu tenorowego, nisko osadzonego fletu oraz drapieżnej altówki i takiejż wiolonczeli. Dęte skrzeczą, te strunowe zgrzytają zębami ugniatane mocą rąk i smyczków. Z czasem ta efektowna pożoga zdaje się tracić na intensywności. Pojawia się melodia, dość hałaśliwa, ale jednak na krzywej opadającej, garść preparacji i kilka rezonujących detali. Puenta jest niespokojna, ale zdecydowanie post-kameralna.

Dramaturgia kolejnej improwizacji jest podobna. Hałaśliwe struny i dęte eksplozje, które najpierw wchodzą w fazę siarczystych wydechów, a potem kameralnego rozśpiewania, bogaconego drobnymi amplifikacjami. W trakcie trzeciej odsłony krwawa bitwa trwa w najlepsze. Strunowce zaczynają na ostro, flet wije się w konwulsjach, a saksofon efektownie wzdycha. Kulminacja utworu ma miejsce podczas duetowego antraktu fletu i wiolonczeli, puenta zaś jest kwartetowa, tylko pozornie delikatniejsza. To free chamber, które bucha ogniem.

Pierwsza chwile oddechu przynosi czwarta improwizacja. Rezonujące podmuchy blisko ciszy, szczypta melodii, która szuka kolejnego pretekstu do eksplozji i finalizacja na pełnym wydechu. Kolejna część nie trwa nawet dwóch minut i zdaje się być zwarciem łagodnego fletu i agresywnie nastawionych strunowców. Szóstej improwizacji bliżej do kameralności czwórki, niż ekspresji pierwszych utworów. Przez moment można odnieść wrażenie, że każdy instrument wiedzie tu swoim szlakiem, dygocze na wietrze, ale pamięta o kwartetowej jedności. Ostatnia improwizacja na tle dotychczasowych szaleństw wydaje się spokojnym spacerkiem łagodnym wzniesieniem. Melodia dętych, spokojne frazy grane pizzicato, dyskusje bilateralne i drobne przekomarzania. Po miniaturowej eskalacji następuje wieńcząca album radosna, kolektywna radość.

 

Joanna Mattrey, Camila Nebbia, Camilo Ángeles & Violeta García Heavy Handed (Relative Pitch, CD 2026). Joanna Mattrey – altówka, Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Camilo Ángeles - flet & FX oraz Violeta García - wiolonczela & FX. Nagrane w Jazzwerkstatt Bern, marzec 2024. Siedem improwizacji, 40 minut.



czwartek, 20 października 2022

The Relative Pitch plays solo: Violeta Garcia, Chris Pitsiokos & Jon Lipscomb!


Nowojorski label Relative Pitch Records lubuje się ostatnimi czasy w solowych improwizacjach. Niemal każda porcja nowości przynosi chociaż jedną taką ekspozycję. A ta wrześniowa, pośród ośmiu premier, daje nam aż trzy solowe petardy. Nad każdą z nich warto się pochylić, nad niektórymi nawet zawyć z zachwytu.

W ujęciu personalnym czekają dziś na nas Argentynka dobrze czująca się w każdej części świata, Amerykanin, który lubi Europę (na dniach będzie tu koncertował, także w poznańskim Dragonie!) oraz inny Amerykanin, od dawna lewitujący w Szwecji. So, everything you want, one world it’s enough for all of us!



 

Solo Cello

Violeta Garcia swój drugi solowy album podzieliła aż na piętnaście części. Improwizacje od niepełnych dwóch minut, po te, które nie trwają pięciu. Świetna dramaturgia, niezliczone metody wydobywania dźwięków z wiolonczeli ostro zakończonym smyczkiem, niebywały temperament i to coś w tembrze jej instrumentu, co sprawia, że do nagrań chcemy wracać ledwie po kilku sekundach od zakończenia odsłuchu Fobii!

Argentynka zaczyna z naprawdę wysokiego C! Na początek akustyczny dark ambient uformowany w gigantyczne crescendo, niepozbawione brudnych fraz, przypominające krzyk rozpaczy. Druga opowieść na zasadzie kontrastu – frywolne, post-barokowe podskoki, taniec na strunach, które systematycznie gubią melodykę. W trzeciej odsłonie artystka wyraźnie pokazuje, że wszelkie metody preparacji instrumentu ma opanowane do perfekcji. Uwielbia ugniatać struny i czyni to z wyjątkową konsekwencją. Zaraz potem przenosimy się do małego zakładu mechanicznego, by już po chwili wygodnie rozsiąść się w fotelu, czekając na najdłuższą na płycie improwizację. Ta rodzi się z ciszy i odgłosów martwego powietrza. Najpierw preparacje z samego dna, potem podskoki po zroszonej deszczem łące, także garść śpiewu i lamentów. Mamy wrażenie, które jeszcze powróci, iż artystka gra nam tu kilka wątków jednocześnie. Czy czyni to wszystko live, niech pozostanie jej słodką tajemnicą. Szósta narracja wydaje się wyjątkowo nerwowa, choć wiolonczelistka ledwie ślizga się smyczkiem po mokrych strunach. Tuż potem kolejna dłuższa wypowiedź. Pierwsze, post-barokowe frazy idą ku nam z głębokiej krypty. Dźwięki nabierają brudu w szprychy i zaczynają się intrygująco kołysać, szukając rezonansu pomiędzy strunami. Z kolei ósma improwizacja prowadzona jest w wartkim tempie - zagotowany smyczek dość szybko wpada tu w spazmy, a całość zionie niemal rockowymi emocjami.

W kolejnych częściach Violeta rzuca nami od ściany do ściany, a stylistykę zmienia niczym rękawiczki. Najpierw konwulsyjne zgrzyty i smyczek, który klinuje się pomiędzy strunami - wszystko realizowane w naprawdę dobrym tempie. Potem, dla oddechu, garść minimalistycznych preparacji niemal całkowicie pozbawianych warstwy dźwiękowej. W jedenastej części dzika swawola – dużo dźwięków, a nawet hałasu! Wiolonczela piszczy tu niczym stado gołębi. Część kolejna przypomina długie, posuwiste ruchy pędzlem, które nabierają siarczystości z każdym powtórzeniem. W części trzynastej wracamy do zakładu mechanicznego – pracują śrubokręty, szlifierki i wiertarki. Zaraz potem urokliwa plama post-baroku, tu niemal z kwasowym posmakiem. Zawieszone w czasie melodie i brudne frazy, które czają się za rogiem. A w tym tyglu zdarzeń nawet nie zauważamy, że przed nami ostatnia improwizacja… Tu powraca mroczny ambient, jaki znamy z początku albumu. Tym razem płynie jednak dość melodyjną strugą. Definitywnie słyszymy kilka wątków. Wspaniały finał imponującej płyty wieńczy głos artystki, który ucieka w śmiertelny pogłos i odnajduje finałową ciszę.



 

Solo Alto

Nowy, solowy album Chrisa Pitsiokosa rozmiar ma winylowy, a w ujęciu dramaturgicznym opiera się na dwóch długich improwizacjach (w sumie prawie 24 minuty), które uzupełniają trzy średniej długości (około 4 minuty każda) i trzy miniatury. Emocje skondensowane zdają się być w tych najdłuższych, te zaś krótsze stanowić mogą asumpt do dyskusji o granicach tzw. rozszerzonych technik wydobywania dźwięku z instrumentu dętego drewnianego. Reasumując wszakże, nudy nie uświadczymy tu w żadnym z wariantów.

Album Sztuki Altu otwiera kilkunastominutowa improwizacja. Początek wydaje się być istotnie konceptualny. Muzyk parska gorącym powietrzem z tuby, która być może jest czymś pozatykana. Owe parsknięcia przedziela plastrami ciszy, które z czasem stają się coraz krótsze. Chris definitywnie szuka wysokich fraz nabierając przy tym pewnej rytmicznej poświaty. Narracja przypomina ptasią konferencję, zorganizowaną na zgliszczach elektrowni atomowej w Czarnobylu. Artysta nie idzie jednak na całość, zdecydowanie dozuje nam emocje. Wpada w oddech cyrkulacyjny, a efektowne otwarcie albumu kończy w oparach gęstego mroku. Kolejne epizody są dość krótkie. Najpierw flow przypomina modulowaną syrenę alarmową, a muzyk znów poszukuje wysokich rejestrów. W kolejnej części jego saksofon drży, wydaje z siebie cyrkulacyjne, brudne zaśpiewy, by po chwili prychać i rytmicznie stukać dyszami.

Piąta opowieść trwa prawie dziesięć minut. Na starcie zdaje się być przedłużeniem poprzedniczki, która zaintonowała rytmiczne prychanie. Muzyk cedzi nam drobne melodie i efektownie podryguje. Szuka inspiracji w każdym podmuchu gorącego powietrza, łapie dynamikę w płuca. Charczy, pokrzykuje, sprzęga się sam ze sobą, parska energią na prawo i lewo. Na zakończenie skrzeczy, niczym kuropatwa w locie opadającym. Ostatnie trzy improwizacje udanie podsumowują ten smakowity incydent solowy. W szóstej części tuba altu wydaje się być pozatykana brudnymi szmatami. Muzyk charczy niczym gruźlik, głęboko oddycha, boleśnie walczy z materią instrumentu. W siódmej stawia na hałas. Lekki, znów jakby ptasi, zaskakująco dotkliwy fonicznie. W finałowej zaś opowieści proponuje nam dronowe śpiewanie na odchodne. Martwa ballada pełna jest urokliwego zgiełku. Najpierw zdaje się powstawać w głębokiej krypcie, potem łapie jednak kontakt ze świeżym powietrzem.



 

Solo Guitar

Gitarzyści to taka grupa zawodowa, pośród której każdy chciałby brzmieć inaczej. Z perspektywy miłośnika muzyki improwizowanej, trzeba zauważyć, iż niewielu dostępuje tego zaszczytu. Jon Lipscomb należy wszakże do tych błyskotliwych szarpidrutów, którym udaje się być naprawdę oryginalnym w skończonej liczbie przypadków. Nie stosuje jakiś wymyślnych metod, ani skomplikowanych urządzeń. Dobrze pracuje na gitarowych pick-upach, ma sporo wyobraźni i bezczelność naprawdę wyśmienitego improwizatora. Jego solowa ekspozycja na gitarę elektryczną to niemal same konkrety. Bezwzględnie warto im się przysłuchać.

Swój studyjny koncert zaczyna spokojnie, ale z dużą swobodą. Skacze po strunach, delikatnie pracuje na przetwornikach, jakby szukał prądu większej mocy, jakby chciał odkryć roponośne złoża. Dość szybko odnajduje ślady rockowej ekspresji i dobrej dynamiki. W drugiej odsłonie nadal zwinnie przemieszcza się po strunach, ale wszystko zdaje się czynić nieco wolnej i precyzyjniej. Przyciska struny do gryfu i szuka matowego brzmienia. Raz za razem spod jego palców wydobywają się jednak siarczyste riffy, jakby mimochodem, coś w rodzaju wypadku przy pracy. W kolejnej części Jon pokazuje, iż fussion jazzowa ornamentyka, to także jego terytorium działania. Kierunek wydaje ciekawy, ale dubowe zakręty i sprzężenia jeszcze ciekawsze.

Kolejne trzy improwizacje są bardziej rozbudowane. Czwarta zaczyna się w klimatach post-jazzowych, ale muzyk dość szybko zmienia optykę działania. Płynie strugą dźwięków niemal akustycznych, generowanych za gitarowym progiem, nabiera pokracznej, ale jakże efektownej dynamiki. Brnie do przodu sycąc narrację ciągłymi zmianami, które podpowiadają rozgrzane pick-upy. Piąta improwizacja nie jest może zbyt długa, ale silnie naładowana rockowymi dekonstrukcjami, bliskimi estetyce Eddie Van Halena. Gitara tryska tu fuzzem i wrze. Finałowa improwizacja trwa prawie dziesięć minut i zdaje się być bardzo udaną reasumpcją płyty. Od startu tempo jest niezłe, muzyk stawia na wysoką technikę użytkową i jak zawsze bujną wyobraźnię. Improwizacja ma tu rockową skórę i post-jazzowe owłosienie. Z jednej strony uśmiecha się Hendrix, z drugiej armia gitarzystów najlepszej epoki fussion. I tu artysta stawia na ciągłe zmiany – zionie ogniem i jednocześnie zagląda do wnętrza gitary. Pracuje z mocą, ale bywa też onirycznie balladowy.

 

Violeta Garcia Fobia. Nagrane w Las Gracias, Argentyna, 2020. Piętnaście improwizacji na wiolonczelę, 39 minut.

Chris Pitsiokos Art of the Alto. Nagrane w GSI Studios, Nowy Jork, styczeń 2022. Osiem improwizacji na saksofon altowy, 41 minut.

Jon Lipscomb Conscious Without Function. Nagrane w Moriska Paviljongen, Malmö, czas nieznany. Sześć improwizacji na gitarę elektryczną, 37 minut.