Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sylvain Guérineau. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sylvain Guérineau. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 września 2017

Carter! Guérineau! Hojito! Vincent! Xol! Sjöström! Greene! Brötzmann! – istoty improwizujące, czyli tegoroczny katalog Improvising Beings


Francuska scena muzyki improwizowanej w permanentnym natarciu. Trybuna poświęca temu zjawisku niezwykle dużo atencji. Stali Czytelnicy wiedzą o tym doskonale.

Dziś okazja, by przybliżyć najnowsze płyty z katalogu wydawnictwa Improvising Beings, prowadzonego przez Juliena Palomo. Płyty labela niejednokrotnie gościliśmy na tych łamach, najczęściej wszakże przy prezentacji dorobku Benjamina Duboca.




Kent Carter/ Sylvain Guérineau ‎ Couleur De L'Exil

Zaczynamy od spotkania prawdziwych jazzowych weteranów. Amerykański kontrabasista Kent Carter, od lat rezydujący w Paryżu, nagrał lub uczestniczył w nagraniach wielu wiekopomnych płyt (choćby Quintessence Spontaneous Music Ensemble!). Dorobek niewiele od niego młodszego, saksofonisty Sylvaina Guérineau, nie jest może tak bogaty, ale na lokalnej scenie znaczący i niebanalny.

Panowie postanowili odbyć muzyczne, improwizowane spotkanie w kwietniu ubiegłego roku. Efektem krążek Couleur De L'Exil, zawierający pięć rozbudowanych improwizacji, na odsłuch których potrzebujemy blisko godzinę zegarową.

One. Smyczek masturbujący się na gryfie kontrabasu w opozycji do zadziornego, naelektryzowanego saksofonu tenorowego. Ten drugi lubi jednak wytracać impet narracji na okoliczność intrygujących monologów wewnętrznych. Taki jest obraz startu pierwszej improwizacji. Kontrabas grzmi i dudni, niczym najszybsze koleje żelazne świata i nie zadaje zbyt wielu pytań. Two. Smyczek tym razem płynie po strunach, dalece usatysfakcjonowany. Tenor w odpowiedzi dyszy i skłania się ku delikatnym imitacjom. Jeśli kontrabas lubi kameralistyczne wycieczki, to tenor trzyma się ścieżki jazzowej, jak tonący brzytwy, a jego riposty nie zawsze zdają się być konstruktywne dramaturgicznie. Three. Perkusyjne pizzicato (smyk jakby też w użyciu, czyżby Carter dysponował dodatkową parą kończyn górnych?). Tenor kwili na boku, delikatnie szeleszcząc, a potem snując barwne, nasycone melodyką improwizacje. Kontrabas popada w rezonującą rytmikę (doskonałe!). Four. Ponownie inicjacja improwizacji i wszelkie decyzje artystyczne ciążą na barkach Cartera. Radzi sobie w tej sytuacji bez zastrzeżeń. Jest świetnie dysponowany tego dnia. Tu pozwala sobie na artystyczną wycieczkę pełną barkowego niemal przepychu. Saksofonista gra swoje, ale nie zaskakuje niczym szczególnym. Kontrabas idzie w rytm, wręcz się nim chełpi, ale wciąż kwestionuje jego strukturę pięknymi, kameralistycznymi skokami w bok. W przeciwieństwie do partnera, ma tysiące pomysłów na sekundę. Gdyby tak Guérineau zechciał pozostawić cały arsenał jazzowych grepsów w poczekalni. Five. Tu, dla odmiany, muzycy wchodzą w narrację jednym głosem, dość niskim, dodajmy. Piękny, głęboki smyk! Ciekawa dynamizacja, znów wedle intencji Cartera, jakże wyśmienitego, nie tylko dziś, kontrabasisty, który pozostaje dramaturgicznie w stanie permanentnej zmiany. Pięć minut przed końcem saksofonista próbuje być nieco bardziej zaczepny, ale efekt nie zwala z nóg. A smyk na gryfie wielkiego kontrabasu ciągle gotuje się z emocji i nadmiaru pomyślunku.




Ryoji Hojito/ Hugues Vincent ‎ Strange Days

Zostawiamy jazzową dialektykę, by przejść do świata improwizacji bez gatunkowych zahamowań, ze sporą dawką humoru na dokładkę. Hugues Vincent na wiolonczeli (plus efekty) i Ryoji Hojito na fortepianie, dziecięcych zabawkach i głosie. Studyjna rejestracja z października 2015, poczyniona we francuskim Orleanie. 14 epizodów, 47 minut. Płyta zwie się Strange Days, a po odsłuchu nie trudno przyznać, że nazwa jest wyjątkowo trafiona.

Piano snuje pasaże wprost z klawiatury w towarzystwie hałaśliwej wiolonczeli. Jakby rodzaj tematu, poddawanego repetycjom, nawet odrobinę ragtime’owego. Rytm, linearna narracja, trochę artystycznej bezczelności. Nie brakuje dobrej sonorystyki na gryfie, niezliczonych zabaw na instrumentach dziecięcych (dawka humoru jest dalece konkretna!). Dużo swobody, wręcz brawury. Głos męski, choć w barwie kobiecy, w dość dziwnej manierze. Miniaturowe opowieści, w których improwizacja leży u podstaw wszelkich działań artystycznych. Jest fundamentem, punktem wyjścia, choć nie zawsze jedyną formą muzykowania. Rytm i melodia okraszone humorem są tu pełnoprawnymi uczestnikami gry, jakby zaszyte w tych pozornie szalonych eskapadach. Igraszki dźwiękowe potrafią być zadziorne, pyskate, prowadzone w zwarciu (choćby w czwartym fragmencie). Jeśli pragniemy pięknych, niemal barokowych fraz wiolonczeli na tle minimalistycznego piano, też możemy liczyć na moment dla siebie (piąty). Jeśli trzeba zgrzytu, brudu, wręcz rockowych emocji, muzycy w szóstym fragmencie pokazują, że też potrafią. Niewątpliwie w trakcie Dziwnych Dni możemy natknąć się na każde rozwiązanie. W siódmym czeka na nas nieco eksperymentalnych dźwięków w duchu współczesnego minimalizmu. Zabawa, kreacja, improwizacja. Wiolonczela bywa wytrawna i wysokogatunkowa. Piano zaś lubi taplać się w typowo japońskim wymiarze artystycznego szaleństwa (ach, te emocje!). W jedenastym znów odrobina sonorystyki na strunowcu. Prawdziwy popis techniki i wyobraźni! Dwa numery później znów cello w roli głównej – szaleńcze free bez przecinków, przy wsparciu zabawkarskiej awantury przy otwartym piekarniku. What a noise! Finałowa rozbiegówka czupurna, psychodeliczna, naprawdę urocza. Trudno na tej płycie kupić każdy dźwięk, każdy artystyczny wybór, ale dla wielu z nich warto postradać zmysły!




Xol with Harri Sjöström and Peter Brötzmann ‎ Exit To Now

Przed nami prawdziwie free jazzowa eskalacja! Francusko-włoskie (?) trio Xol (Luca Pissavini na kontrabasie, Francesco Miccolis na perkusji oraz Guy Bettini na trąbce i flugelhornie) na dwóch koncertach w Berlinie z udziałem gości, w czerwcu 2015 roku (dysk drugi) i rok później (dysk pierwszy). Jak widać, nagrania prezentowane są w odwróconej chronologii. Najpierw poznajemy koncert późniejszy z fińskim weteranem saksofonu Harri Sjöströmem (sopran), potem zaś ten wcześniejszy z samym Peter Brötzmannem (tenor i tarogato). 2CD zwie się Exit To Now i przynosi siedem interwałów czasowych, łącznie blisko 100 minut muzyki z oklaskami.

To żywe, ociekające krwią mięso! Bez subtelności, artystycznych skrupułów, brzmieniowych niuansów, dwie pełnowymiarowe petardy. Bardziej dynamiczna i jazgotliwa zdaje się być ta pierwsza. Konkretna jazda bez trzymanki ze znakomitym saksofonem sopranowym (to moje pierwsze spotkanie z tym muzykiem, what a mess!). Sekcja rąbie drewno na opał, trąbka dmie, ile sił w płucach. Słucha się tego doskonale, nawet w trakcie długiej, nocnej podróży z koncertu!

Dobrze broni się także druga część. Gdy Peter dmie w tenor, gramy na pełnym gazie. Gdy sięga po tarogato robi się nawet melancholijnie (środkowy epizod). Muzyka, która niczego nie odkrywa, która ma jednak swój urok, swój ładunek emocjonalny. Przy okazji, w mojej ocenie, to najlepsza od dawien dawna płyta z udziałem Petera Brötzmanna! Polecam koniecznie miłośnikom gatunku.




Burton Greene ‎ Compendium (Solos, Duos, Trios)

Kolejny weteran jazzu i free jazzu, amerykański pianista Burton Greene na podwójnym kompakcie. Nie jest to muzyka, która często gości w odtwarzaczach redakcji i ta płyta tego nie zmieni. Znów konieczne zdaje się odesłanie do miłośników gatunku. Jak wskazuje sam tytuł, mamy sporo solowego fortepianu, dość grzecznego i niewyrywnego, dodajmy, są także duety i trio (z kontrabasem i perkusją).

Nagrania są świeże – z roku 2016 i 2017 – co na pewno stanowi wartość w bogatej dyskografii Greene’a. Muzyka skomponowana zarówno przez autora i jego wiekopomnych kolegów, trwale zapisanych w historii jazzu. To nie jest muzyka dla mnie, zatem nie będę się wgryzał w artystyczne niuanse. Osobiście najbardziej przypadł mi do gustu fragment otwierający drugi dysk – Now. Faktycznie, ciekawa wycieczka do współczesnej kameralistyki. Kto ceni sobie pianistykę Burtona, nie może pominąć tego wydawnictwa.


Listę tegorocznych płyt wydanych przez Juliena Palomo uzupełniają głównie incydenty z fortepianem. Duet tegoż z perkusją, czyli Fabien Robbe/ Jérôme Gloaguen ‎ Etats D'Urgences, solowa wersja, czyli Eric Zinman ‎Zither Gods, a także ponownie piano solo, czyli François Tusques Avants-Derniers Blues.


wtorek, 13 czerwca 2017

Benjamin Duboc – powieść wielowątkowa z kontrabasem w roli tytułowej


Benjamin Duboc, francuski improwizujący kontrabasista (wiek średni w rozkwicie), powoli wydeptuje już sobie stałe miejsce na Trybunie Muzyki Spontanicznej. Nie dziwi to jednak absolutnie nikogo, albowiem muzyk to doprawdy doskonały.

Nie dalej jak kilkanaście dni temu udowadniałem – mam nadzieję, skutecznie – iż czegokolwiek muzyk ten nie tknie się w ostatnich latach, to efekt fonograficzny budzi niekłamany podziw (przynajmniej Pana Redaktora). W tym akurat przypadku dowodem rzeczowym były płyty popełnione w ramach ekscytującej francuskiej wytwórni Dark Tree Records. Tu trop dla przypomnienia.

Jeśli zatem powiedziało się A, czas najwyższy powiedzieć B. Jak Benjamin! W trakcie ostatnich dwóch tygodni, w tempie karabinu maszynowego, przetoczyło się przez odtwarzacze redakcji kolejnych kilkanaście płyt z udziałem Duboca, zarówno autorskich, jak i tych bardziej współtwórczych. Dzięki temu dynamicznemu procesowi śmiało możemy dziś przystąpić do omówienia kilku z nich, zaś szczególny nacisk położymy na pewien trójpak. Zresztą od niego zaczniemy.


Primare Cantus/ Śpiew pierwotny – trzy dowody na poparcie tezy otwarcia

Od lipca 2010 do lutego 2011 roku, Benjamin Duboc poczynił sześć rejestracji studyjnych (w każdym razie, bez oklasków), w przeróżnych konfiguracjach personalnych, także w wersji solowej. Po kilku miesiącach, nagrania wyedytowane aż na trzech dyskach, ujawnił światu Ayler Records pod intrygującym tytulem Primare Cantus. Data publikacji nie była prawdopodobnie przypadkowa, albowiem dokładnie w roku 2011 nasz bohater … obchodził czterdzieste urodziny. Nie tylko zresztą ta okoliczność stanowi o wyjątkowości trójpaku. Decyduje o tym przed wszystkim zawarta na nim muzyka. Bez zbędnych kalkulacji dzieło Śpiewu Pierwotnego określić można mianem opus magnum francuskiego kontrabasisty (oczywiście z gruntownym zastrzeżeniem – jak do tej pory!).




Dysk pierwszy. Duboc, sam na sam ze swoim kontrabasem, przez 42 minuty snuje monumentalną, minimalistyczną opowieść o meandrach niskich częstotliwości. Wykorzystuje głównie dolny fragment kontrabasu (jak rozumiem, poniżej progu), traktowany smykiem. Ten dość wąski rejestr instrumentu uzupełnia wyższymi dźwiękami, będącymi skutkiem tarcia strun i generowania wibracji otworem gębowym. Jakkolwiek opis procesu sugeruje, iż mamy do czynienia wyłącznie z dźwiękami akustycznymi, wytrawne ucho recenzenta doszukać się potrafi kosmetycznych amplifikacji. Prawdziwa symfonia rozedrganego minimalizmu. Repetycja wibracji. Wibracja repetycji. Prawdziwy śpiew pierwotny z głębi ziemi, zaiste przeklętej. Determinacja, cierpliwość, posłuszność wobec przyjętej strategii działania. Około 20 minuty, w tej zwartej strukturze dźwięku, doszukać się można syndromu… rytmu. Jakby spirala maszyny na moment zatrybiła, ale i tak stanowi to jedynie ornament, źdźbło trawy na wielkiej łące. Drobiny nowych dźwięków pojawiają się nie częściej niż raz na kilka minut, choć z czasem (w proustowskim niemalże ujęciu!) dron narracji jakby pęczniał. Pod sam koniec ulega wszakże skromnego rozwarstwieniu, by krok po kroku dreptać do finału, delikatnie się eskalując. Finał zaś stanowi ostre uderzenia smyka w zapocony gryf! Primare Cantus - piękne, jakże duże wyzwanie dla odbiorcy.

Dysk drugi.  Trzy skromne duety Duboca z muzykami, z którymi współtworzy on swoją sztukę niemal na co dzień. Swoiste Brothers in Arms.

Na początek Jean-Luc Petit (saksofon tenorowy i barytonowy; nie należy mylić go z Julienem Petitem, saksofonistą znanym ze współpracy z Herbem Robertsonem, w ramach Space Cadets). Trzy zwarte, nieprzegadane opowieści. Sonorystyka saksofonu w opozycji do rwania strun i demolowania pudła rezonansowego. Dynamiczny smyk w opozycji do jurnego galopu saksofonu, wprost z krwawiącej dyszy. Drapieżny drumming Duboca, trochę wulgarnych macanek na boku ze strony Petita. Gdy baryton szeleści i drży jak niedotarty dwusuw, kontrabas rwie się ku akordowej eskalacji. Po jej wystudzeniu, cedzi emocje przez gęste sito, na szczęście durszlak pęka od nadmiaru dźwięków.

Duet drugi, to spotkanie z perkusistą, tu bardziej perkusjonalistą (small drum kit, rzeklibyśmy) Didierem Lasserre. Epizod pierwszy to krótkie talerzykowe fajerwerki, zdobione łamanymi strunami kontrabasu. Jakby wstęp do epizodu drugiego, który śmiało kandydować może do najlepszego odcinka trójpaku. Drżenie, rezonans, metatrans. Wyjątkowej urody post-elektronika bez kabli! Pulsacja, histeryczno-oniryczne talerzykowanie. Wielowymiarowy dron, który przepoczwarza się w kilkunastominutową perłę dźwiękową. Wyjątkowe! Finał tego duetu, jakby w opozycji do poprzedniego fragmentu. Ostre, kanciaste riffy i sonoryzm perkusjonalii – szczoteczkowanie, szuranie, trochę więcej konwencjonalnego drummingu w dostojnym tempie.

Czas na trzeci duet. Saksofon tenorowy i jego właściciel - Sylvain Guérineau. Cztery miniatury o silnie jazzowej strukturze. Tenor jest powabny, płynie bez kantów, gdyż akurat tych w nadmiarze serwuje nam kontrabasista. Duża amplituda dynamiki tej rejestracji, muzykom zdarza się brnąć przez improwizację nawet w tempie balladowym.

Dysk trzeci. Dwie rozbudowane narracje i field recordingowy epizod. Najpierw duet z gitarzystą Pascalem Battusem. Od razu zastrzeżenie: Pascal nie będzie grał na gitarze, a jedynie używał przystawki gitarowej, przetwornika, który został tu zdefiniowany jako guitar pickup. Dostajemy się zatem w otchłań quasi elektronicznych (elektrycznych!) poszukiwań narracyjnych punktów zaczepienia. Kontrabas jedzie smykiem w bardzo niskim rejestrze. Jest chyba lekko amplifikowany, co udanie konweniuje z gitarowymi zgrzytami, strojnymi trzaskami na kablach i gałkach potencjometrów. Rodzaj dość subtelnego noise’u. Duboc robi swoje i nie wchodzi początkowo w czupurne zwarcia. Trochę minimalistycznego wyciszenia, z którego wyłania się skoczny, zmutowany drumming strunowca, zwinnie kontrapunktowany przez szmery z przetwornika gitarowego (z kajetu recenzenta: sonorystyczne ach!). Temu ostatniemu trudno zaimponować w spokojniej narracji. Dużo ciekawiej dzieje się w drugiej połowie nagrania, gdy muzycy postanawiają brnąć w estetykę przesterowanego noise’u. Zgiełk, konkretny hałas, eskalowanie narracji – to właściwy kierunek! Duboc zdziera skórę ze strun kontrabasu, krew tryska po oczach – ogień! Piękna, kolektywna nawałnica z piorunami, z delikatnie wpisanymi w dramatyzm sytuacji scenicznej, repetycją i ograniczaniem środków wyrazu.

Po burzy z piorunami, tuż przed erupcją wulkanu, czas na szczyptę wyciszającego, choć odrobinę egzystencjalnego field recordingu autorstwa Benjamina.  Szum miasta, skowyt deszczu. Pasaż drwiącej z siebie natury dźwięku (z kajetu recenzenta: ciekawe, ile tu dołożono na etapie postprodukcji).

Finał trójpaku! A jak finał, to koniecznie trio! Sophie Agnel na fortepianie, Christian Pruvost na trąbce, Benjamin Duboc na kontrabasie. Od samego początku dynamika spotkania jest dalece konkretna. Muzycy kolektywnie brną w delikatnie onirycznym, trochę psychodelicznym nastroju (będzie się działo!). Wszystkie instrumenty brzmią niemal podobnie. Współczesna kameralistyka, ale na ostrym speadzie. Tuż po pierwszym wytłumieniu emocji, minimalistyczne pasaże każdego z muzyków, pełne mikrozdarzeń akustycznych - ochłapy sonorystyki, noise’owe akcenty. Intrygująca eskalacja, jakby wprost z głębi ziemi, z bardzo niskiego pułapu. Aż trudno uwierzyć, że przed nami produkują się wyłącznie akustyczne instrumenty. Pruvost jest nieznośne elektroakustyczny, dmie lewą powierzchnią płuc, uprawia sztuczki magiczne. Agnel gniecie struny fortepianu, chyba już na nich leży. Duboc drży całym ciałem, subtelnie zaznacza rytm, chlaszcząc pudło kontrabasu kijem bejsbolowym. Muzyka konkretna, dalece konkretna! Eksplozywne, czupurne, stanowczo wyjątkowe zwieńczenie urodzinowego trójpaku. Jaki piękny hałas! Preparacje pianistki, szaleństwa trębacza, smykowe implozje kontrabasisty. Krzyk instrumentów (trąbka!). Wybrzmienie następuje na obolałym gryfie kontrabasu, ze skomlącym smykiem, który całkowicie zatracił poczucie rzeczywistości. What a game!




Jeśli przebrnięcie przez solową część Primare Cantus okaże się, dla niektórych z nas, zadaniem ponad siły, mam dobrą wiadomość.  W kwietniu 2013 roku, Benjamin rejestruje płytę solową. Zwie ją St. James Infirmary (Improvising Beings, 2014). Nagranie poczynione w obiekcie sakralnym, zatem z gwarancją wspaniałego brzmienia niejako w pakiecie. Dwie rozbudowane opowieści, które diametralnie różnią się od eksperymentu Pieśni Pierwotnej. Pierwszą śmiało pomieścić możemy w jazzowej estetyce. Frazy, akordy, improwizacje i szczypta melodii. Niebanalny pokaz kompetencji muzyka. Opowieść druga jest bardziej różnorodna stylistycznie. Łatwiej powiedzieć, czego tu nie ma. Bogactwo narracji, technik improwizatorskich, po części także rodzaj podręcznika dla adeptów kontrabasu.  Można ten właśnie fragment solowych ekspozycji Duboca określić mianem jego the best of. Rodzaj portfolio, które dołącza do CV, w trakcie procesu aplikowania o etat w najlepszej orkiestrze świata. Piękne, głębokie, choć nie zawsze czyste brzmienie.


Double-Basse – duet z dolin

Świat niskich częstotliwości, to naturalna fauna i flora dla faceta, który rwie grube struny kontrabasu. Pomysł na duet z klarnetem kontrabasowym zdaje się w tej sytuacji rozwiązaniem oczywistym. Partner zwie się Jean-Luc Petit (muzyk przywołany kilka akapitów wcześniej, tym razem jednak na innym dęciaku). Panowie przyjęli nazwę Double –Basse, której adekwatność nie budzi jakichkolwiek wątpliwości.




Spotkanie studyjne (? – w każdym razie bez oklasków), poczynione w kwietniu 2013r. dokumentuje doskonała płyta This Is Not Art (Clean Feed Records, 2015). Dwie rozbudowane, całkowicie wyzwolone improwizacje, toczone wszakże w dużym skupieniu i bez popisów indywidualnych. Niczym J.S.Bach dogorywający w ogniu piekielnym, z głosami potępienia w tle i śmiercią w oczach. Duboc nie dość, że brzmi monumentalnie, to gra z bywałą atencją i tyczy piękny szlak dla postękiwań nielekkiego dęciaka. Demoluje struny kontrabasu ołowianym smykiem, płynie po nich lub ordynarnie gwałci je histerycznym drummingiem. Muzyka trwa onirycznymi pasusami, jest metaforyczna i wciąż stawia znaki zapytania. Sonorystyczna zaduma, szczypta kreatywnej zasady imitacji, to główne elementy składowe konstruktywnych utarczek obu muzyków. Tytuł wszak zobowiązuje! Brzmienie kontrabasu jest czyste, lśniące, ale dalekie od barokowego stroju Barry’ego Guya. Tembr strunowca jest matowy, szorstki, lubi chlastać po twarzy, gdy za blisko podejdziesz. Petit w pierwszej części pozostaje raczej w ukryciu, nie jest nadmiernie ekspresyjny i jedynie komentuje wyczyny Duboca. W części drugiej staje na środku sceny i robi wszystko, by zadać kłam opinii recenzenta.


Kwintet Nuts i duetowe uzupełnienie

Kolejna perła w dorobku Benjamina, to ulotny, nietypowy i ciekawy personalnie kwintet, ukrywający się pod nazwą Nuts i łączący w sobie dwa pokolenia muzyków improwizujących z … trzech kontynentów.

Dwa zestawy perkusyjne (Didier Lasserre i Makoto Sato) przyczajone delikatnie w tle, na przeciwległych flankach. Bliżej naszych uszu, także szeroko rozstawione dwa zestawy dęciaków (Itaru Oki i Rasul Siddik). Na samym zaś środku Benjamin Duboc i jego wyjątkowo ogromny kontrabas. Muzyka jest swobodnie improwizowana, mnóstwo w niej komunikatywnej i niebanalnej sonorystyki z dęciaków, jazzowy drive bębnów, które pozostają w ciągłym zwarciu i kontrabas, który rządzi, niepokoi, rozrywa przestrzeń akustyczną koncertu swym gigantycznym soundem. Jest sam, ale chwilami brzmi tak potężnie, masywnie, jakbyśmy słyszeli, co najmniej trzy takie instrumenty. Skojarzenia z włoskimi płytami Billa Dixona z lat 90. jak najbardziej zasadne, zwłaszcza, iż zaciąg dęty gra przede wszystkim na trąbkach i flugelhornach (okazjonalnie także flety, inne drobne reeds i preparacje). Muzyka bywa dynamiczna, nie brakuje w niej jednak szczypty niesentymentalnego liryzmu i progresywnych chwil artystycznego zaniechania.





Orzeszki (Nuts) pozostawiły po sobie, jak dotąd, dwa wydawnictwa. Pierwsze zwie się
L'Atelier Tampon-Ramier (Sans Bruit, 2008 – nagranie dostępne jedynie w plikach) i jest rejestracją pierwszego koncertu kwintetu, jaki miał miejsce w Paryżu, we wrześniu 2007r.  (tytuł płyty, to nazwa klubu, który gościł Nuts). Druga zaś, to Symphony For Old And New Dimensions (CD Ayler Records, 2009). Nagranie z lutego 2009r. z Le Carré Bleu, w Poitiers (gdzieś we Francji).

Pełnoprawne uzupełnienie dwóch smakowitych płyt kwintetu Nuts, stanowić może płyta duetu, który jest jego… podzbiorem. Benjamin Duboc i Itaru Oki (trąbka, flugelhorn, flet) w grudniu 2009r. w Paryżu, zarejestrowali kolejny wartościowy artystycznie materiał, który edytorsko udostępniła nam francuska inicjatywa wydawnicza Improvising Beings pod tytułem Nobusiko (2010). Osiem drobnych, improwizowanych perełek z japońskimi tytułami, do wiecznej eksploracji. Skupienie, dbałość o niuanse, akustyczna perwersja.


Ogniste Trio The Fish plus duet na dokładkę

Czas na drobną epistołę z nieco głośniejszymi, mniej subtelnym dźwiękami. Tu głównym partnerem kontrabasisty będzie saksofonista altowy, Jean-Luc Guionnet. Wraz z perkusistą Edwardem Perraudem muzycy funkcjonują pod nazwą własną The Fish, mają także za sobą epizod duetowy.

Nazwisko alcisty może niektórym z nas kojarzyć się z innym triem, The Ames Room (Clayton Thomas, Will Guthrie), które kilkakrotnie gościło w Polsce na koncertach. Rybia muzyka jest równie ekspresyjna, stanowi bowiem przykład absolutnie bezkompromisowego free jazzu. Gdy Guionnet na początku koncertu wkłada do ust lufę swojego karabinu, to wyciąga ją wraz z wybrzmieniem ostatniego dźwięku. Gra narowiście, z głębokim zadęciem, często stosuje repetycję. Być może nie jest to ulubiony rodzaj ekspresji Pana Redaktora, ale i to ma swoją wartość. Na tle gęstej powłoki saksofonowych erupcji, odnaleźć można w niemal klinicznym stanie doskonałą robotę kontrabasisty, tu dodatkowo, w bystrej kooperacji z jakże kompetentnym drummerem. I tak też słuchałem obu płyt The Fish, a czas płynął wartko i stosunkowo kreatywne.




Pierwsza ekspozycja płytowa tria, to podwójne wydawnictwo Live At Olympic Café & Jazz À Mulhouse (Ayler Records, 2007). Dysk pierwszy, to dwa sety z paryskiego koncertu, z grudnia 2005r, zaś drugi – jednosetowy incydent z Moulhouse, z sierpnia 2006r. Trwająca łącznie 110-minut, ekspresyjna petarda zaspokoi gusta każdego wielbiciela gatunku. Osobiście bardziej podoba mi się młodsze nagranie tria. Myślę o krążku Moon Fish (Clean Feed Records, 2012). Trzy kwadranse tego koncertu (dane szczegółowe niedostępne) zdają się być bardziej zwarte narracyjnie, mniej przegadane. Być może o walorach tego akurat nagrania decyduje także zrównoważony emocjonalnie czas jego trwania.




W kontekście słów, jakie padły w odniesieniu do muzyki The Fish, zupełnie zaskakujące okazuje się wspólne nagrania Duboca i Guionneta w duecie. Panowie wchodzą do całkowicie innej bajki. W listopadzie 2005r. w Paryżu realizują nagranie, które trafia na krążek W (Amor Fati, 2008). Trwająca niespełna 41 minut improwizacja opiera się na akustycznie destruktywnej sonorystyce bardzo suchego altu i drapieżnego, traktowanego głównie smykiem, kontrabasu. Dramaturgicznie pozostajemy w stylistyce niezwykle minimalistycznej, a istotnym atrybutem narracji jest cisza, która często oddziela od siebie duetowe ekspozycje. Muzycy w wielu momentach płynną wspólnie, stosując bardzo konsekwentnie zasadę imitacji. Odniesienie do szeroko rozumianej muzyki współczesnej też nie jest tu złym tropem. Niełatwe w odbiorze, konsekwentnie prowadzone, bardzo konkretne w brzmieniu nagranie, które intryguje ponadnormatywnie. Szkoda, że jak dotąd nie doczekaliśmy się ciągu dalszego tego duetu.


Inne epizody, damsko-męskie

Ponieważ nasza wielowątkowa powieść o muzyce Benjamina Duboca urosła już do rozmiarów trudno przyswajalnych z ekranu telefonu, czy nawet komputera, czas najwyższy zmierzać ku końcowi. A zatem na koniec skromne zajawki innych, także ciekawych przygód muzycznych kontrabasisty z Francji.

Le Retour D’Ulysse (Promenade) (Improvising Beings, 2015). Duet Duboca z francuską saksofonistą Alexandrą Grimal (tenor, sopran). Długie, dwupłytowe wydawnictwo zawiera chwilami dość ciepłe i na ogół niebanalne improwizacje (także jedną kompozycję Johna Coltrane’a). Duboc gra na swoim doskonałym poziomie, ilość fajerwerków tryskających z gryfu kontrabasu, jak zwykle imponuje. Grimal nie zawsze jest jednak w stanie utrzymymać poziom, zaproponowany przez partnera. Szczególnie dzieje się tak, gdy sięga po saksofon tenorowy. Gdyby płyta miała wymiar trzech kwadransów broniłaby się zdecydowanie lepiej.




There Starts The Future (Ayler Records, 2009). Choć na tej płycie, formalnie Benjaminowi przypada jedynie rola sidemana, nie sposób przez chwilę nie pochylić się nad tym doskonałym nagraniem. Firmuje je Abdelhai Bennani Trio. Francuski saksofonista, marokańskiego pochodzenia, gra wyjątkowo interesująco, nie dominuje, jak to ma w zwyczaju wielu saksofonistów w trio, świetnie wchodzi w improwizowane interakcje z kontrabasistą i tym trzecim, perkusistą Edwardem Perraudem. Ta trzyosobówka ma konkretnie demokratyczny strój, każdy z muzyków do free jazzowej konstrukcji dokłada swoje trzy gorsze. Płyty słucha się wyśmienicie, zwłaszcza drugiej jej części, gdy nasz bohater ewidentnie przejmuje rolę lidera tej eskalacji. Na końcu gra już prawie sam, a jego partnerzy mogą jedynie głośno wzdychać z wrażenia.

Free Unfold Trio (Amor Fati, 2006). Jeśli pragniecie posłuchać bardzo wytrawnego i kompetentnego tria jazzowego z fortepianem, to trafiliście idealnie. Duboca wspiera tu Didier Lasserre na perkusji i Jobic Le Masson na fortepianie. Nagranie poczynione na festiwalu w Bordeaux, w 2006 roku. Pod tym szyldem muzycy popełnili także incydent studyjny – Ballades (Ayler Records, 2009).




Entropy/ Enthalpy (Rouge Art, 2015). Podwójne wydawnictwo firmowane przez jednorazową formację The Turbine! (wykrzyknik stanowi część nazwy tego składu). Zapewne dla wielu fanów, silnie zapatrzonych w improwizowaną muzykę anglosaską, było to jedyne, jak dotąd, spotkanie z muzyką Duboca. Bardzo poważny zaciąg amerykański (Hamid Drake, William Parker, Harrison Bankhead) sprawia, że to najbardziej znane z nagrań naszego dzisiejszego bohatera. Znane, nie znaczy dobre. Dla mnie to wyjątkowo nierówna płyta. W wielu fragmentach gra podwójnej sekcji rytmicznej prowadzi donikąd. Są ekscytujące fajerwerki, pokazy sztucznych ogni, popisy indywidualne, tylko dobrej muzyki jak na lekarstwo. Z tego za długiego wydawnictwa, moją uwagę przykuwa jedynie blisko 30-minutowy free jazzowy pokaz emocji, gdy kwartet dwóch basistów i dwóch perkusistów wspiera świetnym flowem, francuski saksofonista Lionel Garcin (nazwisko do zapamiętania).



Ogromne podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań !