Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elisabeth Harnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elisabeth Harnik. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 lipca 2025

Léandre, Harnik & Kaučič in St. Johann!


Free jazzowe super-grupy, to ostatnimi czasy specjalność zakładu spod szyldu FSR Records, zwanej także Fundacją Słuchaj! Uczestniczy koncertowego wydarzenia w austriackim Tyrolu doskonale nam znami – dwie Panie, jeden Pan, wszyscy bezwzględnie temperamentni, pełni nadludzkiej wręcz kreatywności, tu w locie definitywnie wnoszącym, choć dramaturgicznie niezaskakującym, to jednak sprawiającym gigantyczną radochę w trakcie nawet mniej skupionego odsłuchu. 

 


Pierwsza odsłona koncertu trwa grubo ponad kwadrans i zdaje się mówić wszystko o dyspozycji dnia artystów. Otwarcie jest bardzo swobodne, podane z klawiatury, dobrze naoliwionych strun basu i rozbudowanych perkusjonalii. Narracja szybko nabiera tu post-jazzowych manier, jak zwykle brawurowo prowadzona przez francuską kontrabasistkę. Jej niemal rockowy drive świetnie konweniuje z kameralistyką austriackiej pianistki i jazzowymi kontrapunktami słoweńskiego drummera. Opowieść bywa posadawiana zarówno w pobliżu ciszy, jak i kompulsywnego, niemal free jazzowego hałasu. Jest dynamika, ale i post-kameralne rozkołysanie, leniwe poszukiwanie reakcji, jak i wybuchy ekspresji. W to wszystko odnotowujemy ledwie w początkowych czterech minutach koncertu! Co jeszcze bardziej intrygujące, pierwszy naprawdę imponujący szczyt artyści osiągają przy pomocy smyczka, dramaturgii inside piano i szeleszczących talerzy. Po kilku minutach pianistka dorzuca jeszcze frazy post-classic, niemal domykając szeroki wachlarz gatunkowych konotacji tego koncertu. Nim pierwszy epizod zgaśnie przy recytacji Léandre, dostajemy jeszcze efektowne duo bez piana oraz pokaźną garść ekspresyjnych okrzyków.

Dwie kolejne części koncertu trwają ledwie po kilka minut. Ta pierwsza eksploduje free jazzem fortepianu i rozgrzanego smyczka, ta druga skupia się na wielowymiarowych preparacjach, w trakcie których wszyscy artyści intensywnie pracują nad gramaturą strun (także perkusjonalista). Ten ostatni otwiera część czwartą, która syci się zarówno urodą chamber, jak i ekspresją jazzu. To rodzaj rozkołysanego tanga, gdzie odnajdziemy zarówno nostalgiczne melodie, jak i nadekspresję fire music.

Finałowa improwizacja trwa ponad dziesięć minut, a otwiera ją rozbudowana introdukcja Léandre. Preparowane arco, zalotne pizzicato, pomruki i westchnienia – klasyk gatunku! Partnerzy podłączają się do gry z pewną nieśmiałością. Kaučič stuka po krawędziach, Harnik drży strunami z niemal dalekowschodnią poświatą. Ta rozhuśtana, nieco szalona ballada szybko nabiera rumieńców. Kontrabasistka śmiało wiedzie teraz trio na kompulsywny szczyt emocji. Trzeba przyznać, iż nie jest ona skłonna oddać inicjatywę choćby na ułamek sekundy! Pianistka sugeruje rozwiązania bardziej taneczne, perkusjonalista wskoczy tu w ogień każdego pomysłu. Na etapie końcowego wytłumienia muzycy serwują nam dużo brzmieniowych subtelności. Koncert wieńczy burza oklasków.

 

Joëlle Léandre/ Elisabeth Harnik/ Zlatko Kaučič Live in St. Johann (FSR Records, CD 2024). Joëlle Léandre – kontrabas, głos, Elisabeth Harnik – fortepian, obiekty oraz Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, ARTACTS Festival, Alte Gerberei, St. Johann, Tirol, Austria, marzec 2023. Pięć improwizacji, 47 minut.

 

*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana

wtorek, 8 lipca 2025

Fundacja Słuchaj! The post-cards from last two years: Flight Mode! Truth Seeker! What Else is There? Scratching Fork II !


Dziś prezentacja czterech albumów wydanych przez krajową Fundację Słuchaj! (zwaną także FSR Records) w trakcie minionych dwóch lat, których recenzje zostały poczynione przez Pana Redaktora, a następnie opublikowane na zacnym portalu Jazzarium.pl. Zatem rodzaj wakacyjnego reprintu, który kontynuowany będzie na naszych łamach także na przełomie lipca i sierpnia. So, welcome!




Tony Buck, John Edwards, Elisabeth Harnik & Harri Sjöström Flight Mode. Live in Berlin 2023 (FSR Records, CD 2024). Tony Buck – perkusja, instrumenty perkusyjne, John Edwards – kontrabas, Elisabeth Harnik – fortepian oraz Harri Sjöström – saksofon soprano & sopranino. Nagrane w Panda Platforma, Berlin, luty 2023. Cztery improwizacje, 63 minuty.

Freejazzowa improwizacja żyje z intrygujących konstelacji personalnych, jej bogata historia pełna jest formacji, które śmiało zasługują na miano super-grupy, nawet wtedy, gdy muzycy spotykają się ze sobą po raz pierwszy i być może ostatni. Ale jeśli z tego pierwszego spotkania powstaje płyta, szansa, iż artyści zewrą szyki ponownie rośnie niepomiernie.

Fiński saksofonista, weteran nie jednej improwizowanej wojny, wielki kreator i muzyk, który potrafi lepić cuda w każdej sytuacji scenicznej, kompulsywna austriacka pianistka, która kocha free jazz i jest gotowa dla niego poświęcić wszystko, brytyjski kontrabasista, prawdziwy kameleon, artysta niosący wartość dodaną każdym swym dźwiękiem, wreszcie australijski drummer, muzyk, który nie daje się zapisać do żadnej szkoły, ani wepchnąć do jakiejkolwiek szuflady gatunkowej – oto materia i duch, z których zbudowano kwartet Flight Mode. Nie mogło się nie udać!

Koncert zarejestrowany w ubiegłym roku w Berlinie składa się z czterech epizodów (każdy zwieńczony oklaskami), które układają się w dwa sety. Ten pierwszy, to ponad dwadzieścia pięć minut części głównej i drobny encore, ten drugi, to dwie rozbudowane, kilkunastominutowe opowieści. Muzycy startują do lotu kolektywnie, w duchu żywego, dobrze unerwionego post-jazzu. Buck od pierwszej sekundy konstruuje na poły dynamiczny szyk perkusyjny, a typowa dla niego obsesja ciągłego rytmu zdaje się sprzyjać dramaturgii spektaklu. Saksofon Sjöströma, choć ulotny w brzmieniu, raz za razem dodaje narracji nowe zastrzyki ekspresji. Harnik w piewszej odsłonie pracuje niemal wyłącznie na klawiaturze, a ogień jej fraz syci improwizację na cyklu ciągłym. Wreszcie Edwards - w gemie otwarcia koncentruje się na freejazzowym pizzicato. Wielominutowa narracja faluje tu niczym wzburzony ocean. Pierwsze efektowne wzniesienie muzycy mają za sobą już po pięciu minutach. Drugi dynamiczny lot Buck inicjuje po minucie dwunastej. W tak zwanym międzyczasie artyści serwują nam kilka post-balladowych interwałów, w trakcie których znajdują przestrzeń dla indywidualnych preparacji. Zakończenie tej części koncertu, które początkowo lepi się z nostalgicznych, post-kameralnych westchnień, okazuje się być pełnokrwistym wzniesieniem. Druga improwizacja, rodzaj dogrywki do seta pierwszego, pełna jest nerwowych, rozedrganych fraz. Edwards płynie swoim najpiękniejszym arco & pizzicato, reszta sukcesywnie dokłada do ognia.

Trzecią historię inicjuje solowy saksofon. W tle Buck i Edwards preparują, dokładnie to samo czyni Harnik. Narracja dość szybko łapie wiatr w żagle, ale nie gna na złamanie karku. Stylowy, kompaktowy drumming rysuje teraz intrygujące tło, na którym rozgrywa się kilka ekspozycji solowych, w tym nade wszystko krótki show kontrabasisty. Improwizacja nabiera rumieńców bez partycypacji saksofonisty. Gdy ten dołącza tempo rośnie do rozmiarów jeszcze tego dnia niespotykanych. Po kilku okrzykach opowieść uroczo się wystudza, a na gryfie kontrabasu pojawia się na dłuższą chwilę smyczek. Płynie bardzo nisko, ale niespodziewanie wynosi kwartet na kolejny szczyt! Buck, żywe srebro, nie daje nikomu przysnąć choćby na ułamek sekundy! Zakończenie utworu nie przestaje kąsać ekspresją, choć frazy Harnik płyną definitywnie nostalgicznym strumieniem.

Ostatnia improwizacja wydaje się być najspokojniejszym odcinkiem berlińskiego szaleństwa. Na starcie arco & pizzicato Edwardsa i słodka melodyka Sjöströma. Buck pracuje na perkusjonalnych świecidełkach, Harnik czyści dno pudła rezonansowego. Ale ta zmysłowa introdukcja szyta jest podskórnym rytmem! Zupełnie by the way kontrabas wchodzi strefę mroku, pięknie zdobioną perkusyjnymi szczoteczkami. Po chwili roztargniony saksofon śpiewa razem ze smyczkiem. Flight Mode nie byliby sobą (zwłaszcza drummer!), gdyby ostatniej fazy koncertu nie podkreślili czymś odrobinę bardziej dynamicznym. Opowieść nabiera tempa, ale zdaje się toczyć na delikatnie zaciągniętym ręcznym. Hamowanie odbywa się zatem bez pisku opon, wprost w burzę rzęsistych oklasków.



 

Ivo Perelman/ Mark Helias/ Tom Rainey Truth Seeker (FSR Records, CD 2024). Ivo Perelman – saksofon tenorowy, Mark Helias – kontrabas oraz Tom Rainey – perkusja. Nagrane w Parkwest Studios, Nowy Jork, grudzień 2022. Siedem improwizacji, 67 minut.

Najbardziej płodny i pracowity muzyk improwizowanego wszechświata nie ustaje! Saksofonista Ivo Perelman, nowojorski Brazylijczyk, tym razem zaprasza na spotkanie w jazzowym trio, do którego zaprosił znamienitych gości, prawdziwych mistrzów gatunku – kontrabasistę Marka Heliasa i perkusistę Toma Raineya.

Siedem improwizacji, które trwają od ośmiu do jedenastu minut, niesie moc wrażeń i całe mnóstwo intrygujących, dramaturgicznych komplikacji, które są na wprost pokłosiem niebanalnej, niekiedy zaskakującej rytmiki, szytej trudnymi do przeliczenia metrami, jaką proponuje nam przez niemal siedemdziesiąt minut Tom Rainey. A to oczywiście nie jedyny atrybut jakości nagrania tytułowych Poszukiwaczy Prawdy.

Każda z improwizacji ma zgrabną introdukcję, realizowaną zarówno kolektywnie, jak i indywidualnie, bystre rozwinięcie, gdy ekspozycja na ogół osiąga całkiem dynamiczne parametry i sprytną kodę, której ciężar najczęściej spoczywa na barkach saksofonisty. Pierwsza opowieść zdaje się być swobodnym post-jazzem granym w żwawym, ale spacerowym tempie. Rozkołysana melodyka saksofonu niesiona tu jest przez energetyczny kontrabas i perkusję, która co rusz wypuszcza w bój strugę narracji w niebanalnym metrum. Na etapie spowolnienia odnotowujemy pierwsze solo, w tym wypadku kontrabasisty. Druga opowieść w fazie początkowej jest intrygującą post-balladą z preparowanymi inkrustacjami, w fazie zaś zaawansowanej zwinną, kocia galopadą z wysoko podwieszonym śpiewem saksofonu.

Trzecią odsłonę inicjuje energiczna akcja sekcji rytmu, do której klei się wyjątkowo melodyjna partia dęta. W dalszej części do gry wchodzi smyczek i wdaje się w melodyjne dyskusje z dęciakiem. Drummer tradycyjnie robi tu swoje, oplata wszystko gęstymi mackami włochatego pająka. W utworze kolejnym znów mamy do czynienia ze wspólnym strumieniem melodii kreowanej przez smyczek i saksofon. Tu flow zdaje się być cokolwiek post-barokowy, choć szyty intrygująco zabrudzonym tembrem. Potem pojawia się rytm - znów jest fikuśny, stymulujący wszystkich do wzmożonej kreatywności i wpychający improwizację w objęcia soczystego free jazzu. Piątą improwizację otwiera z kolei perkusista, ale całość nie wychyla się poza ramy dobrze skonstruowanej post-ballady. W fazie rozwinięcia tempo oczywiście rośnie.

Szósta odsłona bazuje na dźwiękach preparowanych, melodyjnym smyczku i dużej wstrzemięźliwości perkusisty. Bywa, że ten ostatni nawet milczy. Finał tej części albumu znów skrzy się dobrą dynamiką w ciekawym metrum. Końcowa opowieść albumu szyta jest wyjątkowo delikatnym ściegiem. Melodia snuje się tu od tuby saksofonu do smyczka na gryfie kontrabasu, a doboszowy rytm perkusji buduje pewien urokliwy dysonans. Po krótkim spowolnieniu opowieść nabiera zgrabnej taneczności i udanie reasumuje owo nowojorskie spotkanie improwizatorów.

 




Karl Evangelista with Tatsu Aoki, Alexander Hawkins & Michael Zerang What Else is There? (Fundacja Słuchaj!, CD 2023). Karl Evangelista – gitara, Alexander Hawkins – fortepian, Tatsu Aoki – kontrabas oraz Michael Zerang – perkusja. Nagrane w FAB Recording Studio, Chicago, grudzień 2021. Siedem utworów, 56:25.

What Else is There?, to fonograficzna dokumentacja spotkania międzynarodowego, wielopokoleniowego kwartetu, który uformował się w pewnym chicagowskim studiu nagraniowym prawie dwa lata temu. Pretendujący tu do miana lidera, gitarzysta Karl Evangelista przygotował na jego okoliczność trzy kompozycje własne, wyposażone w zgrabny, rytmiczny temat, który każdorazowo stanowi zaczyn do bystrych, chwilami bardzo swobodnych improwizacji, zarówno solowych, jak i kolektywnych. Pozostałe cztery utwory, to opowieści podpisane przez wszystkich muzyków, możemy zatem domniemywać, iż noszą znamiona improwizacji, być może odrobinę predefiniowanych. I to właśnie w ich trakcie dzieje się tu najwięcej dobrego, co znajduje swoją kulminację podczas dwóch ostatnich utworów, definitywnie najciekawszych momentów płyty.

Album otwiera temat wytyczający szlak narracji tanecznym, zrytmizowanym krokiem. Pierwszy w otchłań całkiem ekspresyjnej solówki idzie pianista, potem tą samą drogą podąża gitarzysta, który nadaje swojej ekspozycji delikatny posmak rocka. Muzycy uwolnieni od jarzma notyfikacji chętnie uciekają w emocje godne free jazzu. Kolejne dwa utwory, to improwizacje. Pierwszą otwiera gitarzysta, który wchodzi w dialog z perkusistą. Opowieść nabiera wiatru w żagle, wydaje się być dość żywiołowa, niesiona falami lekko wzburzonego morza. Tu znów finalizacja pachnie free jazzem, ale tym razem mocno kontrolowanym. Trzecia opowieść budowana jest bardzo skrupulatnie, minimalistycznie i delikatnie. Formuje się w kształtną balladę, która z czasem zyskuje na dynamice.

Czwarta i piąta odsłona albumu, to dwie kolejne kompozycje gitarzysty. Obie rytmiczne, silnie nasączone jazzowymi synkopami, zgrabnymi improwizacjami i dobrą melodyką. W trakcie pierwszej z nich swoje jedyne, krótkie solo prezentuje kontrabasista. Z kolei druga znaczona jest bluesową estetyką i wydaje się być skrojona dla mniej wymagającego odbiorcy. Kolejne porcje dobrze skomunikowanych improwizacji proponują tu gitarzysta i pianista. Ten pierwszy zdaje się płynąć szerokim, płynnym strumieniem, ten drugi stawia na twarde, kanciaste formy.

Tymczasem docieramy do dwóch ostatnich opowieści, nie bez przyczyny wskazanych jako crème de la crème całej plyty. Pierwszą z nich otwierają szumiące, gitarowe pick-up’y i delikatnie pulsujące struny basu. Tymczasem fortepian i perkusja budują intrygującą strukturę rytmiczną, która nieść będzie na swych zgrabnych ramionach frazy improwizowane, tu często kojarzone w kolektywne sploty interakcji. Finałowa improwizacja lepiona jest żmudnie z drobnych, niekiedy ledwie sugerowanych fraz. Rozpoczyna perkusista, potem pojawia się brzmienie delikatnie drżących strun gitary, frazy inside piano i kontrabasowy smyczek. Plejada preparowanych dźwięków ze strony wszystkich muzyków przekształca się tu w strumień bardziej wyrazistych fraz nakierowanych na swobodną, post-jazzową ekspozycję.

 


Marek Malinowski/ Robert Rychlicki-Gąsowski/ Wojciech Zadrużyński Scratching Fork II (FSR Records, CD 2024). Marek Malinowski – gitara elektryczna i akustyczna (archtop), kompozycje, Robert Rychlicki-Gąsowski – kontrabas, gitara basowa oraz Wojciech Zadrużyński – perkusja. Nagrane w TONN Studio, Łódź, grudzień 2022. Dziesięć utworów, 48:42.

Gitarowe tria w obrębie szeroko rozumianego jazzu zdają się bilansować od edycji power, gdzie emocje biorą górę, a siła amplifikacji i bogactwo pick-up’ów rządzą na scenie nie biorąc jeńców, po smukłe, wystudzone piosenki, których pole rażenia jest niewielkie, ale szansa na przyciągnięcie mniej wymagającego słuchacza duża.

Druga edycja Scratching Fork nie konsumuje żadnego ze skrajnych wariacji gitarowego tria, szuka swojego miejsca, odważnie spogląda w kierunku freely improvised music, podkreślając ów fakt podanym na wprost tytułem jednego z utworów.

Siłą tej gitarowej eksploracji są kompozycje, doposażone w ciekawie, łamane metra kreujące nieograniczone pole dla improwizacji. Słabością być może poziom ekspresji, niekiedy także brak ciekawszych pomysłów na rozwój improwizacji, zwłaszcza w momentach, gdy nie są one prowadzone kolektywnie. Tu akurat odrobina spektaklu w estetyce power byłaby dalece zasadna.

Pierwsze dwa utwory obiecują tu wiele. Dramaturgiczny suspens, łamane rytmy, swoboda działania i posmak downtownowego grania z dawnych lat bliskiego estetyce Elliota Sharpa, to atuty pieśni otwarcia. W drugiej odsłonie, po prezentacji szerokiego wachlarza możliwości instrumentacyjnych i gatunkowych konotacji, trio rusza w ognistą przebieżkę.

Dwie kolejne opowieści studzą jednak zapał recenzenta, pozostając w ostatecznym rozrachunku niezobowiązującym post-balladami. W piątym utworze pojawia się nowy element – intrygujące, improwizowane intro, kilka świetnych momentów kontrabasisty wyposażonego w smyczek, także w wersji solowej. Po tak dobrym otwarciu opowieść zostaje dociążona tematem kompozycji i odpływa w typowe post-fussion gitary wspartej na swingującej sekcji rytmicznej. W szóstej części muzycy serwują nam po części post-rockową ekspozycję. Dobre wejście w temat, zbyt wystudzona faza rozwinięcia, ale dalece udane, ekspresyjne zakończenie.

Siódma kompozycja, to gitara akustyczna solo, która eksploruje dziedzictwo Dereka Baileya. Początek zdaje się być zbyt ułożony, harmonijny, ugrzeczniony, a samej opowieści raczej bliżej do wariacji na temat flamenco. Jednak im dalej w las, tym lepiej. Gitarzysta powoli gubi bagaż historii i szuka swoich, zawsze lepszych rozwiązań.

Ostatnie trzy utwory do wizerunku tria dokładają nowe elementy. W ósmym wyczuć można post-klasyczny sznyt w gitarowym frazowaniu, odnajdujemy tu także pure jazzowe solo basisty. W dziewiątym po połamanym rytmicznie, kolektywnym wstępie, gitarzysta realizuje dość przewidywalne solo, po czym ucieka w pogłos. Próba wejścia w strefę wyzwolonej psychodelii nie jest do końca przekonująca. Album reasumuje rockowy temat w prostym metrum. Sporo emocji, niezła dynamika i nieuzasadnione dramaturgicznie spowolnienie w środkowej fazie utworu. Nas szczęście ekspresja rocka ostatecznie zwycięża.

 

 

piątek, 23 sierpnia 2024

Steve Swell & Elisabeth Harnik! Welcome to the Troposphere!


Ich pierwsze spotkanie w duecie Fundacja Słuchaj! ujawniła jesienią czasów pierwszego lockdownu, a zawierało ono nagranie pianistki i puzonisty z roku 2019, zarejestrowane w Austrii. Dziś Harnik i Swell wracają z nagraniem koncertowym – tym razem monachijskim, poczynionym w roku 2022. Wydawca jest ten sam, muzycy też, a chemia i jakość interakcji w obrębie dwuosobowego ensemble definitywnie na krzywej wznoszącej.

Koncert trwa kilka chwil ponad godzinę zegarową. Set zasadniczy dzieli się na osiem improwizowanych opowieści, a całość wieńczy niespełna 5-minutowy encore.




Konstrukcja dramaturgiczna większości ekspozycji jest tu podobna. Artyści zaczynają od porcji mniej lub bardziej błyskotliwych preparacji inside piano i puzonu, który wydaje dźwięki nie tylko tubą i wentylami, ale także całym korpusem (niewykluczone, że przy użyciu dodatkowych, metalowych obiektów). Po kilku krótszych lub dłuższych akcjach inicjacyjnych narracja nabiera dynamiki i niekiedy całkiem free jazzowego anturażu. Pianistka śmiało wtedy pracuje na gęstej, dynamicznej klawiaturze, puzonista chętnie zaś sięga po czystsze frazy, ochocza śpiewa i deliberuje w typowej dla siebie melodyce.

Pierwszy utwór w tak nakreślonym scenariuszu wydaje się być szczególnie urokliwy, albowiem pianistka frazuje bardzo minimalistycznie, a pomiędzy akcjami inside & outside umieszcza także niemal post-klasyczne faktury dźwiękowe. O ile w pierwszej opowieści Harnik i Swell są usytuowani dość daleko od jazzu, o tyle w drugiej, na etapie rozwinięcia, chętnie sięgają po emocje dane free jazzowej ekspozycji. Trzecia odsłona na tle poprzedniczek wydaje się bardziej agresywna, silniej kompulsywna już na etapie wstępnej rozgrywki. Z kolei w czwartej części muzycy sycą narrację większym spokojem, pewną meta relaksacją. Mrok czarnych klawiszy i matowy tembr puzonu potrzebują tu specyficznego post-rytmu, by zewrzeć szyki i wylać się na szeroką wodę bardziej jazzowej improwizacji.

W kolejnej części Harnik powraca do idei minimalizmu, pojawiają się akcenty perkusjonalne, zarówno na strunach piana, jak i zapewne korpusie puzonu. Tu, na etapie rozwinięcia, artyści chętniej szukają ciszy i specyficznej melancholii, nie gonią za emocjami free jazzu. W podobnym klimacie startuje szósta opowieść, ale jej puentą jest iście taylorowska eksplozja pianistki i wyjątkowo rozśpiewane feerie puzonowe. Przedostatnia część koncertu, zgodnie z tytułem jest wytłumioną, szelmowską balladą. Melodia rodzi się tu zarówno wewnątrz pudła rezonansowego piana, jak i na wyjątkowo ciepłych klawiszach. Melodyka puzonu wydaje się być intrygująco zalotna. Ostatni utwór zasadniczej części koncertu stawia na niespodzianki, sporo w nim fraz preparowanych i nie ma on bynajmniej charakteru pożegnalnego. Muzycy zdają sobie sprawę, że bis jest nieunikniony. Końcowe dźwięki znów przypominają nam o dużym potencjale post-klasycznym pianistki.

Sam bis także wydaje się być pewnym zaskoczeniem. W fazie startu jest dalece minimalistyczny, pełny drobnych preparacji, zapewne z udziałem dodatkowych przedmiotów wydających dźwięki. W fazie końcowej przybiera postać bardziej taneczną, ale i odrobinę wystudiowaną, wszak to już definitywny koniec koncertu.

 

Steve Swell & Elisabeth Harnik Welcome to the Troposphere (FSR Records, CD 2023). Steve Swell – puzon oraz Elisabeth Harnik – fortepian. Nagranie koncertowe, Offene Ohren, Monachium, kwiecień 2022. Dziewięć utworów, 63 minuty.

 

*) recenzja powstała dla jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



wtorek, 1 listopada 2022

The Festival Report! Siedemnaste Ad Libitum w dźwiękach i obrazach – Sonic & Visual! *)


Siedemnasta edycja Festiwalu Ad Libitum, który od zawsze kocha improwizację, a od kilku lat jest także otwarty na formuły muzyczne bardziej uporządkowane pod względem dramaturgicznym, wniosła do bogatej już historii imprezy obraz, jak pełnoprawny element scenicznej kreacji. Obraz oczywiście… improwizowany, będący efektem pracy artysty, ale też przetworzeniem wizualnym dźwięków, jakie na scenie Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie zostały nam dane ze strony artystów skupionych na improwizacjach fonicznych.

Impreza została po raz pierwszy rozbudowana aż do czterech dni festiwalowych, z niedzielną kodą, która przeniosła wszelkie ab libitumowe doświadczenia w nowej miejsce - do Promu Kultury na Saskiej Kępie.



Trzy pierwsze dni Festiwalu odbyły się wszakże w starym miejscu, w sprawdzonej w bojach formie trzech koncertów dziennie. Każdy z nich otwierał występ solowy, co zdaje się być dobrym pomysłem na inaugurowanie dnia pełnego szalonych, improwizowanych dźwięków. Początek czwartkowego wieczoru przypadł w udziale bułgarskiej skrzypaczce Bilianie Voutchkovej. Artystka często koncertująca w Polsce rozpoczęła swój set nieco konceptualnie, szukała intrygujących fraz i nieoczywistych dźwięków, preparując brzmienie swego instrumentu. Po pewnym czasie wpadła jednak w urokliwie taneczny trans i bez najmniejszego trudu kupiła sobie przychylność publiczności. Może jedynie szkoda, iż jej występ nie trwał nawet dwóch kwadransów.

Kolejny festiwalowy set był gratką dla fanów swobodnej improwizacji, która tkwi korzeniami we free jazzie, ale także bez trudu łapie zmysłowe konotacje z wolną kameralistyką. Georg Graewe na fortepianie, Frank Gratkowski na klarnetach i saksofonie altowym oraz Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli wspieranej delikatną elektroniką, zgodnie z tytułem ich pierwszej płyty (wydanej prawie 20 lat po nagraniu!), zabrali nas do urokliwego świata Trójlinearnej Polaryzacji. Każdy z artystów (na zdjęciu powyżej) dołożył tu cegiełkę do obrazu wyśmienitej, jakże kolektywnej improwizacji, która balansowała pomiędzy kompulsywnym post-free jazzem, a stonowaną, bazującą na niuansach brzmieniowych narracją.

Ostatni koncert pierwszego dnia zdecydowanie przeniósł nas do festiwalowej sfery visual. Edyta Jarząb i Maciej Wirmański – przy użyciu wielu elektroakustycznych i wizualnych narzędzi - zaproponowali dalece konceptualny performance, w trakcie którego więcej pracy miały nasze oczy niż tęskniące za fonią uszy.



Start piątkowego wieczoru, to znów występ solowy. Tym razem Robert Jędrzejewski na wiolonczeli i niekiedy dość rozbudowanej elektronice. Muzyk komentował akustyczne frazy swego strunowca zarówno przygotowanym na laptopie materiałem, jak i działaniami live processing, czyli elektronicznymi dekonstrukcjami fraz granych na żywo. Wszystkie elementy spektaklu intrygująco się zazębiały, tworząc spójną i niebanalną improwizację.

Tymczasem improwizacją, która sięga także po atrybuty wizualne był tego dnia drugi koncert. Po raz pierwszy na scenie spotkali się: Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej, Olgierd Dokalski na trąbce oraz obsługujący live electronics i wizualizacje Adam Frankiewicz. Trzeba przyznać, iż był to zdecydowanie najlepszy koncert spośród tych, które reprezentowały festiwalową ideę Sonic & Visual. Bystre, chwilami naprawdę efektowne, żywe improwizacje ze strony preparowanej gitary i delikatnie dekonstruowanej trąbki były tu świetnie wspierane nienachalną, plastyczną elektroniką i obrazem, który był naturalną konsekwencją dźwięków produkowanych przez wszystkich artystów obecnych na scenie.

Final dania drugiego był już w pełni akustyczny i zupełnie niewizualny w rozumieniu głównej idei festiwalu. Czterech wyjątkowej klasy artystów (na zdjęciu powyżej), cztery akustyczne instrumenty i intrygujące, ale statyczne oświetlenie: Elisabeth Harnik na fortepianie, Harri Sjöström na saksofonie sopranowym i sopranino, Wilbert De Joode na kontrabasie oraz Dag Magnus Narvesen na perkusji. Muzycy, którzy w takiej konfiguracji personalnej chyba nigdy ze sobą nie grali, zaprezentowali set wyjątkowej improwizacji. Bardzo kolektywnej, świetnie zbudowanej pod względem dramaturgicznym, perfekcyjnie płynącej od wytłumionych, preparowanych mikro improwizacji do strzelistych erupcji niemal free jazzowej mocy. Nam, pośród publiczności, pozostało jedynie spierać się, który z muzyków zrobił na nas największe wrażenie. I tu każdy miał swojego faworyta. Niżej podpisanemu szczególnie przypadł do gustu holenderski kontrabasista, który rewelacyjnie stymulował do pracy perkusistę, tudzież komentował grę saksofonisty i pianistki, niemal jednocześnie stosując technikę arco i pizzicato.



 

Festiwalowa sobota została zaprogramowana równie interesująco. Najpierw dwa sety z elektroniką i wizualizacją, a potem już prawdziwe trzęsienie ziemi, bez wątpienia dla wielu najważniejszy punkt festiwalu. Ale po kolei – najpierw ukraiński elektronik Myroslav Trofymuk. Artysta budował swoją ekspozycję niczym domek z kart, powoli, z niebywałą precyzją. Muzyk zaczął w chmurze lekkiego ambientu, potem nabrał masy i różnorodności, by przez drum’n’bassową strefę dotrzeć do fazy finałowej, która zdawała się komentować trudną rzeczywistość dnia codziennego. Drugi set dnia, to trio: Michael Fischer – saksofonowy feedback zanurzony w analogowej elektronice, Franciszek Araszkiewicz – live electronics oraz Aleksander Janicki – projekcje wideo, live electronics. Ten epizod festiwalowy miał wiele twarzy. Dużo dobrego wnosił do narracji saksofon, który pracował niczym akustyczne źródło dźwięków podłączone do elektronicznych przetworników, sam muzyk zaś dość rzadko sięgał po tradycyjne metody gry na instrumencie dętym. Pozostała warstwa elektroniczna koncertu często płynęła nisko posadowionymi dronami, chwilami wydawała się odrobinę przegadana i zbyt chaotyczna. Ale jako całość set z dużą swobodą zniósł wszelkie ambiwalencje części publiczności.

Czas na sobotę i okolice godziny dwudziestej pierwszej. Na scenie formacja The Croaks w składzie trzyosobowym (na zdjęciu powyżej), ale z bardzo rozbudowanym instrumentarium: Martin Klapper - amplifikowane obiekty i zabawki, mała elektronika, Martin Küchen – sopranino, saksofon sopranowy, rezonujący werbel, metalowe obiekty oraz Roger Turner – perkusja, małe talerze, metalowe i plastikowe obiekty. Peak wieczoru, szczyt festiwalu, nazwijmy to, jak chcemy. Intensywna, elektroakustyczna, niekiedy wręcz post-industrialna improwizacja, genialnie skomunikowana, wielobarwna, zaskakująca dźwiękiem i formą niemal na każdym etapie dwuczęściowego koncertu. A w środku 76-letni Turner, który nie przestaje zadziwiać – poziomem kreatywności, umiejętnością współpracy w grupie i wciąż doskonałą kondycją fizyczną i intelektualną. Wybitny koncert, któremu zabrakło może jedynie lepszego nagłośnienia niebywałych rzeczy, jakie wykonywał Küchen – Szwed byłą po prawdzie małą orkiestrą, która gra krzykliwego marsza z atomową intensywnością.

Finał siedemnastej edycji Ad Libitum odbył się w niedzielę na wspomnianej już Saskiej Kępie. Yannis Kyriakides i Konrad Smoleński w instalacji audiowizualnej Trackers z udziałem grupy warsztatowej w składzie: Zofia Ilnicka – flet, Piotr Chęcki – saksofon, Jakub Paulski – gitara, Robert Jędrzejewski – wiolonczela, live electronics oraz Franciszek Pospieszalski – kontrabas. Mroczna, zadumana, wizualna i dźwiękowa podróż, w której nie uczestniczył już niżej podpisany, ale która w ocenie innych była pięknym podsumowaniem wyjątkowo udanej – pod każdym względem – edycji festiwalu.


*) tekst pierwotnie opublikowany na portalu jazzarium.pl



niedziela, 17 kwietnia 2022

Spontaneous Live Series zaprasza na wiosenne koncerty muzyki improwizowanej!


(informacja prasowa)

 

„Spontaneous Live Series” - cykl koncertów muzyki improwizowanej, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club, zaprasza na wiosenne edycje – odpowiednio 26., 27., 28. i 29. spotkanie z jak zawsze frapującymi dźwiękami, powstającymi na ogół w procesie całkiem swobodnie kreowanych zdarzeń dźwiękowych.

Na kwiecień, maj i czerwiec organizatorzy przygotowali cztery edycje cyklu, na które złoży się … pięć koncertów! Zaprezentują się na nich muzycy z Europy i Ameryki Północnej, zarówno ci dobrze już znani ze sceny Dragona, jak i absolutni debiutanci.

 


Najbliższy koncert odbędzie się w sobotę 23 kwietnia, a w jego ramach zaprezentują się dwa tzw. podmioty wykonawcze. Solowy spektakl na saksofon tenorowy i sopranowy zaprezentuje jeden z najciekawszych muzyków swobodnej improwizacji z Półwyspu Iberyjskiego, Katalończyk Albert Cirera. Muzyk świetnie w Polsce rozpoznawalny, wydawany i kilkukrotnie już koncertujący. Saksofonista zagra w czterech polskich miastach, a jednym nich będzie Poznań. Trasa promuje drugie solowe wydawnictwa Cirery, zatytułowane „Âmago”. Przypomnijmy, iż pierwsza płyta solowa tego muzyka ukazała się w Polsce prawie pięć lat temu (w ramach iberyjskiej serii Multikuti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej), a nosiła tytuł „Lisboa ’a Work”. Tego samego dnia na scenie Dragona zaprezentuje się także Wood Organisation, duet stworzony przez muzyków polskich, rezydujących w Kopenhadze – Tomo Jacobsona i Szymona Pimpona Gąsiorka. Także ci artyści organizują trasę koncertową po naszym kraju, a promować w jej trakcie będą nowy album zatytułowany „Drimpro”. Kontrabas, perkusja i cały arsenał elektroakustycznych dodatków gwarantują nam doprawdy spektakularny koncert. Dwa sety, trzech muzyków i długi, sobotni wieczór przed nimi – wszystko to daje nadzieję, iż  dojdzie także do improwizowania w trio. Tego organizatorzy są niemal pewni.

 


Na długi weekend majowy warto zaplanować dwudniową wizytę w Poznaniu! 2 maja w klubie SARP i 3 maja w klubie Dragon będzie miała miejsce rezydencja niezwykłego kwartetu – Ken Vandermark (saksofony i klarnety), Istvan Grencso (saksofony i klarnety), Elisabeth Harnik (fortepian) i Paul Lytton (perkusja, instrumenty perkusyjne). Świetnie znany publiczności Dragona i całej krajowej scenie freejazzowej saksofonista z Chicago grywał zarówno z austriacką pianistką (choćby trio DEK), jak i angielskim perkusistą (trio CINC, czy też na poły genialna, duetowa płyta „English Suites”). Elementem nowym w tym intrygującym kwartecie jawi się nam weteran węgierskiego jazzu awangardowego. Jego rozbudowane portfolio obiecuje naprawdę wiele! Mieszanka temperamentów wydaje się w tej sytuacji gwarantować niebywałe emocje i trudny do zwerbalizowania konglomerat wartości artystycznych. Dodajmy, iż każdy z koncertów będzie się składał z dwóch setów – najpierw wystąpi duet (odpowiednio: Vandermark i Harnik oraz Lytton i Grencso), potem zaś kwartet. A może coś jeszcze? Wszak w spontanicznej serii wszystko jest możliwe!

Trzy tygodnie po wyżej wspomnianym wydarzeniu na scenie Dragona zawita czternastoosobowa Wielka Regionalna Grupa Swobodnej Improwizacji z kanadyjskiego Quebecu! Jej oryginalna, francuskojęzyczna nazwa to Le Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée, ale artyści na ogół używają skrótu Le GGRiL. Załoga dowodzona przez basistę Érica Normanda jest ważnym elementem świata improwizujących orkiestr niemal od dekady. Nagrywali z nią m.in. Evan Parker i John Butcher. Orkiestra improwizowała także do kompozycji wielu znanych muzyków jazzowych, choćby amerykańskiej saksofonistki Ingrid Laubrock. Ostatnia płyta GGRiL zwie „Sommes’, składa się z trzech krążków i dokumentuje wszystkie lata działalności Orkiestry, która w ubiegłym roku obchodziła swoje 15-urodziny. Kanadyjczycy będę podróżować w maju po całej Europie, a koncert poznański jest jedynym polskim przystankiem w tej trasie. Nie sposób go pominąć w swoich planach koncertowych. Zatem dla fanów gatunku i nie tylko – kolejna lekcja obowiązkowa. Koncert odbędzie się we środę 25 maja.

Wiosenna odsłona cyklu „Spontaneous Live Series” zakończy się 10 czerwca koncertem dwóch tytanów portugalskiej sceny muzyki improwizowanej – gitarzysty Marcelo Dos Reisa i trębacza Luisa Vicente. Muzycy ci grywali już w Dragonie na spontanicznych festiwalach, a ich trasa w naszym kraju obejmować będzie więcej zdarzeń niż ten jeden koncert. Dos Reis i Vicente mają w swoim dorobku wiele wspólnych nagrań – na ogół są to kwartety (Points i Light Machina doczekały się wydawnictw w poznańskiej serii iberyjskiej, Chamber 4 w renomowanych FMR Records i Clean Feed), grywali też w trio, ale w duecie są to ich pierwsze wspólne nagrania.

 

Pełna lista wiosennych koncertów Spontaneous Live Series, edycje 26-29:

 

23 kwietnia, Albert Cirera, Wood Organisation (Tomo Jacobson, Szymon Gąsiorek)

https://mu-mu.bandcamp.com/album/mago

https://gottaletitout.bandcamp.com/album/drimpro

 

2-3 maja, Ken Vandermark/ Istvan Grencso/ Elisabeth Harnik/ Paul Lytton

https://trostrecords.bandcamp.com/album/burning-below-zero

https://vandermark1.bandcamp.com/album/english-suites

 

25 maja, Le Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée

https://tourdebras.bandcamp.com/album/sommes

https://tourdebras.bandcamp.com/album/vivaces-evan-parker-ggril-cd

 

10 czerwca, Marcelo Dos Reis/ Luis Vicente

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/light-machina

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/points

 

Koncerty rozpoczynają się o godzinie 19.30 (majowa rezydencja) lub 20.00 (pozostałe wydarzenia). Bilety dostępne są (lub niebawem będą) na stronie kupbilecik.pl



 

wtorek, 13 lutego 2018

Mikołaj Trzaska! Garść nowości na przełom roku!


Nasz krajowy VIP sceny muzyki improwizowanej, Mikołaj Trzaska, dość dawno wyrył już swe dumne personalia w skale historii gatunku. Szczęśliwie nic nikomu udowadniać nie musi, w rankingi się nie bawi (na Jazz Forum, i tak nie wygra), zatem ma wystarczająco dużo czasu, by nagrywać nowe, dobre płyty. Ubiegły rok przyniósł kilka takich wydawnictw. Jest już nawet jedno, datowane na rok 2018! Zatem, bez dzielenia włosa na czworo - do rzeczy!




Mikołaj Trzaska & Vasco Trilla ‎ Catapulta De Pols D'estrelles (Fundacja Słuchaj!)

W kwietniu 2016 roku Trzaska bawił w Barcelonie. Grał, poznawał nowe smaki, rejestrował ciekawe koncerty. W klubie Jamboree zwarł szyki z ulubieńcem redakcji, wyjątkowym drum perkusjonalistą Vasco Trillą. Koncert dociera do nas po mniej więcej półtora rocznym okresie oczekiwania i pod tytułem Gwiezdny Pył Katapulty (w wiernym tłumaczeniu z katalońskiego) dostępny jest od grudnia ubiegłego roku. Selekcji muzyki dokonał Katalończyk, nożyce cenzorskie i gałki mikserskie miał w dłoniach Polak. Efektem prawie godzina zegarowa muzyki, podzielona na siedem odcinków z tytułami.

Jeden. Rodzaj wstępnej przymiarki, delikatny saksofon altowy na granicy sonore, talerze drummerskie w ruchu, zwinne obcierki. Z otchłani tuby instrumentu dętego szybko wyłania się element melodyczny i zręby struktury rytmicznej. Muzycy jakby trochę się poganiali, nie stroniąc od konwencji call & response. Vasco uruchamia dzwoneczki, talerzyki, dzbanki, śruby, przedmioty codziennego nieużytku. Już w 5 minucie armia jego robaczków i wibratorów zostaje wprawiona w ruch. Drum-Orchestra w natarciu! Trzaska milknie, by po wybrzmieniu, podać z poziomu ciszy piękną, delikatnie semicką kołysankę na klarnecie. Jakże wyśmienity kontrapunkt! Tuż potem muzycy wchodzą w dialog i rozprawiają przez dłuższą chwilę o urokach fauny i flory. Sam Vasco do 11 minuty w ogóle nie stosuje tradycyjnego drummingu. Drugi. Alt plecie historię w obłokach perkusjonalnego kurzu. The Rest is rust! Doprawdy trudno o lepszy tytuł. Wejście bębnów, w miejsce meta percussions, robi różnicę i przestawia całą improwizację na nerwowy, jazzowy tor. Efektem prawdziwie eksplozywne free z błyskotliwymi pasażami saksofonu.  Brawo! Wybrzmiewanie z melodią na ustach, a może na ustniku. Trzeci. I znów mikromelodia Trzaski skrzy się w rezonansie Trilli. Ten drugi też jakby łapał nutki w bezmiarze talerzowej sonorystyki. Czwarty. Dynamiczne free z łomoczącym drummingiem. Oj, dobrze się ci Panowie czują w swoim towarzystwie! Krew z krwi, pot z czoła na czoło. Saksofon tańczy, bębny łapią konwulsję. Proces hamowania, tuż potem, to z kolei świetna okazja na dialog i szczyptę sonore na styku z ciągle aktywnym rytmem. A na finał dobra, acz krótka galopada. Piąty. Ciche pomruki w tubie, rezonujące przedmioty płaskie, partia szachów. Alt opowiada nową historię, perkusjonalia nucą pod nosem. Potem potok wartkiego strumienia przelewa się przez scenę i moczy nogi publiczności. Orkiestra wibratorów, to naturalna kolej rzeczy. Zgodnie z regułą tego koncertu, Trzaska milczy przez moment, a potem zagaja smutną melodię. W jego zaśpiewie powraca Ayler i daje błogosławieństwo. Na zakończenie odcinka, drapieżny free jazz z dużym wykopem! Ostatnie słowo należy do solowego Vasco. Szósty. Ciąg dalszy solowego rezonansu Katalończyka. Lśni wysokim rejestrem świetnie wypolerowanego talerza. Chrobot robaczków, tuż obok. Mikołaj włącza się spokojnym, ale zabrudzonym tembrem swojego altu. Bębny splatają się z tą rurą i w silnym uścisku narracyjnym idą w dobry galop. Dwa zwinne kocury na polowaniu! Siódmy. Nadal na ostro, pieprznie, free jazzowo, soczyście. Gęsto, z przytupem przez cztery minuty z sekundami. Publika nie szczędzi oklasków.





Jellyspace  Jellyspace (Not Two Records) *)

Trzydziesty marca 2017r., krakowska Alchemia, a na scenie jakby reinkarnacja tria Volume, które ekscytowało europejskich fanów free jazzu niemal dekadę temu! Mikołaj Trzaska na saksofonie altowym i barytonowym, Peter Ole Jorgensen na perkusji i perkusjonaliach, a na gitarze basowej (tu, akustycznej gitarze basowej) w miejsce Petera Friisa Nielsena – Rafał Mazur. Jak pokażą wydarzenia na scenie, ów epitet w miejsce zupełnie nie przystoi recenzentowi. Świadczy o tym choćby dyspozycja dnia krakowskiego muzyka. Dokumentacja fonograficzna koncertu dociera do nas dzięki Not Two Records. Winylowa edycja trwa niewiele ponad 40 minut i przynosi sześć odcinków muzycznych. Panowie na potrzeby tej trzyosobowej przygody przyjmują nazwę Jellyspace, co jest także tytułem płyty.

Od pierwszego gwizdka, ostry, głęboki tembr basu, wysokie, równie dotkliwe akustycznie pasaże altu (jak zwykle u Mikołaja wyposażone w ogromy bagaż podskórnej melodyki), no i prawdziwy płaszcz wodny perkusyjnych ekscesów. Narracja szyta twardym, niedelikatnym ściegiem. Muzyka gęsta, jak ołów. Koło zamachowe współczesnego, europejskiego free jazzu w natarciu! W grze Rafała także dużo melodii, jakby muzyk pozostawał w stanie ciągłego poszukiwania wewnętrznej i zewnętrznej harmonii. Może mniej subtelności stylistycznych niż u Friisa Nielsena, za to więcej radości i przyjemności z muzykowania. Szorstka jazda dobrze ośnieżonym stokiem, to epitet, który konstytuuje grę całego tria. W pełnym słońcu, przy śpiewie, dopiero co wybudzonej ze snu zimowego, hordy niedźwiedzi. Niewyczerpalne pokłady empatii, synergii, komunikacyjnej perfekcji w gronie muzyków, którzy znają się świetnie, ale być może grają w tym układzie personalnym po raz pierwszy. Fragment drugi, który następuje zaraz po najdłuższej, pierwszej ekspozycji, zdaje się być bardziej kanciasty w swojej formule, zadziorny, stawiający znaki zapytania, ale znów płynący jednym, zwartym strumieniem dźwięku. Prawdziwy common flow!  Free jazz w konwulsyjnym rozkwicie!  W trzecim odcinku wchodzi baryton. Kroczy dostojnie, choć sekcja gotuje się w 120 stopniach, a emocje tryskają po ścianach (baa, nie tylko one!). Niczym pochód pierwszomajowy nad skrajem pięknej przepaści. W ramach komentarza doskonałe pasaże gitary basowej, jakby nieco w poprzek narracji. W czwartym, melodyka w tubie Trzaski osiąga kolejny orgazm. Być może polski saksofonista, to najlepszy uczeń Petera Brotzmanna, który bezczelnie postanowił przerosnąć mistrza! Kolejny, mistrzowski komentarz Mazura. Zresztą w parze w dobitnym drummerem, brnie przez ten koncert z taką siłą i maestrią, jakby go/ ich bóg z własnego żebra stworzył. Szczypta semickiej zadumy na dyszach na finał fragmentu, zapewne w ramach docenienia wysiłku sekcji rytmicznej. Piąty numer, to właśnie ona zaczyna niezwykle eksplozywnie. Alt wchodzi po kilkudziesięciu sekundach i dyszy z emocji. Znów baryton, prawdziwy drapieżnik! What a game! Muzycy czujni, jak zawodowi czekiści na prywatnym dżobie! Nic i nikt nie pozostaje tu bez odpowiedzi, bez reakcji. Na sam finał koncertu jakby skromna ballada (co złego, to nie my!). Smuga cienia na gryfie gitary, jakże subtelny drumming. Po paru chwilach dynamizują się jednak, jak stado koni w obliczu obnażonych klaczy! Koncert tylko w ramach vinyl time, bez jednego zbędnego dźwięku! Brawo!




Trzaska/ Glawischnig/ Harnik/ Oberleitner/ Ziegerhofer ‎ Trzaska / Glawischnig / Harnik/ Oberleitner/ Ziegerhofer (Klopotec) ‎*)

„Polskie występy gościnne w Hügelland-Schöcklland”! Początek listopada 2016 roku, austriacki Graz i dwudniowa muzyczna rezydencja Mikołaja Trzaski u boku kilku weteranów lokalnego jazzu i tej najbardziej znanej, świetnej skąd inąd pianistki znacznie młodszego pokolenia, Elisabeth Harnik.

Okładka płyty obiecuje wiele właśnie personaliami Trzaski i Harnik. Wszakże wymagający, bardziej wyrobiony słuchacz, w drobny zachwyt popaść zdoła jedynie w trakcie finałowego fragmentu dźwiękowej dokumentacji dwóch dni muzykowania, albowiem tylko wtedy uświadczyć będzie mógł występu tej właśnie dwójki nad wyraz kompetentnych improwizatorów.

Płytę wydaną pod słoweńskimi sztandarami, zapewne jednak za pieniądze austriackie (emblematy mecenasów zajmują znaczną część back cover), otwiera solowa ekspozycja Mikołaja na saksofonie altowym. Tembr instrumentu, jak zwykle w przypadku tego muzyka, niezwykle śpiewny, odrobinę rzewny, w dużej mierze ludyczny (improwizacja prowadzona jest wedle melodii z kategorii traditional). Zdecydowanie spokojnie, w duchu wzajemnego zrozumienia, mija nam pierwsze 10 minut koncertu. Kolejne ponad 30 minut spędzamy w towarzystwie kwartetu na saksofon, fortepian i dwa kontrabasy (odpowiednio – Mikołaj Trzaska, Dieter Glawischnig, Ewald Oberleitner i Reinhard Ziegerhofer). Pierwsze dwa odcinki mają charakter improwizacji, dwa kolejne są kompozycjami pianisty. Narracja jest wyważona, lekko zarumieniona atrybutami free jazzowymi (Trzaska czyni skuteczne starania, by całość występu nie kwalifikowała się ad hoc do edycji w monachijskim ECM), być może targetowana na mniej wyrobionego odbiorcę. Kontrabasiści, from time to time, wchodzą w ciekawe dialogi, co nie do końca staje się udziałem pianisty. Ten ostatni gra dużo, jakby poczuwał się do liderowania, nie dając jednak powodu, by pióro recenzenta nadmiernie się przepracowywało.  Na plus tej części koncertu zapisać należy na pewno udane pasaże Mikołaja na klarnecie basowym (pod koniec pierwszego odcinka), a także dynamiczne minuty odcinka kolejnego, gdy dobrym free pachnie na kilometr (szkoda jedynie, iż w miejsce drugiego kontrabasu, nie ma perkusji). Incydent ze smykiem pod koniec tego właśnie fragmentu smakuje żywą kameralistyką o niebanalnych korzeniach. Następne dwa odcinki komponowane (niewiele ponad 10 minut) można sobie spokojnie podarować, gdyż są najsłabszym ogniwem przyjaźni polsko-austriackiej. Nie brakuje durowych, marszowych pasaży na fortepianie i ledwie poprawnych dramaturgicznie walkingów obydwu kontrabasów. Bez emocji, bez jakości. Na finał płyty dostajemy to, na co – po prawdzie – czekaliśmy do wielu minut. Znów kwartet, szczęśliwie jednak następuje zmiana przy klawiaturze – Elisabeth Harnik! Jakby ktoś nam nieba uchylił! Trwający blisko kwadrans fragment drugiego dnia polskiej rezydencji, rozpoczyna błyskotliwy dialog pianistki i saksofonisty. Ten drugi zdaje się, że dostał w prezencie nowe życie. Buduje doskonałą improwizację, mając za urocze tło delikatną, precyzyjną preparację na fortepianie! Whaw! Kontrabasiści także sprawiają wrażenie, jakby świat stał się nagle zupełnie inny. Rośnie ich kreatywność i skłonność do improwizowanych kooperacji. Sama narracja jest spokojna, nieśpieszna, nie pozbawiona stosownej melodyki i szczypty nostalgii. Finał niespodziewanie przybiera szaty skocznego walczyka, czym budzi radosne pokrzykiwania publiczności i dość skromne oklaski. Dodajmy dla porządku – tylko za ostatni utwór na płycie.




Mikołaj Trzaska & Seymour Wright ‎ 12.9.16 (Otoroku)

Na finał dzisiejszej trzaskowej opowieści, anonsowana na wstępie, styczniowa nowość fonograficzna. ‎Seria koncertowych rejestracji z londyńskiego klubu Cafe Oto ukazuje się zarówno na CD, jak i winylach. Część rejestracji jest zaś dostępna jedynie w plikach. Tak rzecz się ma z koncertem, o którym teraz wspominamy.

Zgodnie z tradycyjnym tytułem dla tej serii wydawniczej, wiemy doskonale, iż jest grudzień 2016 roku. Na wąskiej scenie klubu, obok naszego saksofonisty, angielski kolega po fachu, Seymour Wright. Muzyk, którego znamy z kilku rejestracji, wychodzący na tę scenę zdecydowanie bez jazzowych doświadczeń, muzyk od lat skąpany w sonorystyce instrumentu dętego drewnianego. Mistrz subtelnych, głębokich improwizacji, czasami wprost z szeroko rozumianej muzyki współczesnej.

Spotkanie na artystycznej krawędzi noża trwa niewiele ponad 36 minut i mimo, iż jest jednym trakiem, składa się z kilku dość niedługich, ale krwistych dialogów na dwa saksofony (chyba wyłącznie altowe, opis wydawnictwa jest wyjątkowo skąpy). Batalia toczy się na ogół na warunkach Trzaski. Tam gdzie free jazz spotyka się z free improv i ma większe muskuły. W tych silnych dialogach wiele zjawisk dźwiękowych przypomina estetyką i stylistyką Petera Brotzmanna. Z jednej strony smakuje ogniem, z drugiej rodzi pytania o intencje i arsenał artystycznych środków wyrazu, pozostających w gestii muzyka. Przyparty do muru recenzent powie, że kupuje tę muzykę. Ambiwalencja natomiast sprowadza się do pytania, czy bezkompromisowość w sztuce wolnej improwizacji nie bywa czasami przejawem słabości.




*) recenzja powstała na zlecenie polish-jazz.blogspot.com i tam została pierwotnie opublikowana. 

czwartek, 31 marca 2016

Parker, Gayle, Fataka, Otoroku, Rempis, czyli rok 2016 jednak trwa!


Nowy rok trwa w najlepsze, świat za oknem, poniekąd przed telewizorem, dziczeje w postępie geometrycznym, nie dając nawet odrobiny czasu na niezasadną refleksję i szczyptę wytchnienia.  Dwie dekady temu, w perspektywie roku 2000, także dojrzewały nastroje dekadenckie, ale przynajmniej mieliśmy jakiś punkt odniesienia i nadzieję, że problem roku zero rozwiąże większość codziennych problemów jakimś efektownym booom!

Dziś niestety pozostaje jedynie śledzić szybko zmieniające się cyferki w datach i zająć się czymś mniej przyziemnym. Z drugiej jednak strony przed autorem Trybuny Muzyki Spontanicznej bardzo okrągła rocznica urodzin w nieodległym listopadzie, zatem jakaś analogia do roku zero może się zatlić w jego głowie.

Niejako przy okazji tych smętnych refleksji, mija pierwsza ćwiartka roku, nowa muzyka ciągle powstaje, a zatem szczęśliwie jest o czym pisać na tej stronie.

Poniżej prezentuję garść gorących refleksji po odsłuchu czterech pozycji, które w dacie edycji mają wpisane zabawne 2016.



Evan Parker / Seymour Wright  ‎Tie The Stone To The Wheel  (Fataka , 2016)
Sebastian Lexer / Steve Noble  ‎Muddy Ditch  (Fataka, 2016)

Angielska efemeryda wydawnicza Fataka Records dostarcza światu kompetentne free improv już piąty rok. Katalog dobił do szczęśliwej trzynastki, w nowym roku rzucając na żer niezaspokojonych fanów kolejne dwie pozycje.

Ciekawa idea edytorska, by do zabaw w wolną improwizację kojarzyć pary, czy tria muzyków niemających na ogół wspólnych doświadczeń muzycznych,  godna jest poklasku pismaków całego świata, generuje jednak ryzyko artystycznej wpadki. Bez wskazywania palcem, nawet na liście tych trzynastu fatakowych incydentów odszukać można takie, po przesłuchaniu których nie mamy wrażenia, że świat zmienił się bezpowrotnie.
 
Na szczęście nie da się tego powiedzieć o dwóch nowych płytach, wylistowanych w główce tego akapitu.  Najpierw duet weterana i młodziaka (przynajmniej w relacji do partnera) na dwa zadziorne saksofony, a nawet trzy, bo Evan Parker obok tenoru, na parę chwil wkłada do ust sopran, głównie po to, by na moment odpocząć (tak mniej więcej między czwartym, a piątym fragmentem improwizacji). A jest po czym odpoczywać, bo Tie The Stone To The Wheel to bardzo intensywna, w pełni kolektywna zabawa w bardzo solidne free improv. Saksofony pozostają w ciągłym zwarciu, tylko chwilami uciekając na niezobowiązujący półdystans. Nie ma tu nadmiernego siłowania, ale w kilku momentach czuje się chęć na subtelną wymianę ciosów, zwłaszcza ze strony Seymoura Wrighta.  Nie jest to może płyta, która wbija nas w fotel, ale paru naprawdę udanych momentów nie sposób jej odmówić. Chwilami dźwięki obu saksofonów są na tyle szorstkie, że chcąc nie chcąc, silnie przykuwają uwagę słuchacza i nie pozwalają na dystans emocjonalny. A na tym z pewnością zależało obu artystom.


Kolejna nowa Fataka, to także duet, tym razem na preparowany fortepian (piano+) i perkusjonalia. Z jednej strony bardzo ciekawy pianista Sebastian Lexer, z którego muzyką stykam się w zasadzie po raz pierwszy, z drugiej dobrze otrzaskany we free jazie Steve Noble (ostatnimi czasy, prawie stały partner Petera Brotzmanna). Na krążku skompilowano dwa ich różne spotkania koncertowe, które dzielą aż trzy lata, ale mimo to, płyta jest bardzo spójna i przynosi ponad godzinę doprawdy wyśmienitej improwizacji. Od samego początku, z wyłączeniem kilku głośniejszych fragmentów, gdy adrenalina wyprowadza chłopaków z torów swobodnego błądzenia po przestworzach globalnego dźwięku, muzyka uroczo snuje się po naszych uszach, a skojarzenia z AMM (zwłaszcza ze współczesną jego edycją duetową) wydają się oczywiste. O ile Lexer ma z pewnością większy temperament niż John Tilbury, co słuchać w wielu momentach, o tyle Noble poczyna sobie na Muddy Ditch niczym młodszy, ale bardzo pojętny brat Eddiego Prevosta. Te AMM-owskie influencje nie są jednak jakimkolwiek zarzutem. Płyta broni się od pierwszego do ostatniego dźwięku i zasługuje na notę najwyższą, niezależnie od przyjętej skali oceny.


Dave Rempis / Elisabeth Harnik/ Michael Zerang  ‎Wistfully  (Aerophonic Records, 2016) ‎

Dave Rempis zapewne do końca świata kojarzony będzie z drugim saksofonem The Vandermark 5 (formację uznać chyba możemy za out of print), jednakże pogłębiona analiza jego dokonań poza macierzystą do niedawna formacją, wskazuje, iż niewątpliwy talent improwizatorski, wciąż stosunkowo młodego Amerykanina (rocznik 1975), rozwija się we właściwym stosunku. Całkiem niedawno wiele ciepłych słów napisałem o jego kwartetowej płycie z Nate’em Wooleyem (From Wolves To Whales), a tu przed nam kolejny naprawdę udany krążek, który zresztą ewidentnie zaliczyć możemy do rasowego free improv, co cieszy dodatkowo (z tym krążkiem, to przesadziłem, gdyż muzyka z Wistfully dostępna jest - póki co – jedynie w formacie elektronicznym).



Trio z zawsze doskonałym Michaelem Zerangiem (perc) i Elisabeth Harnik, bardzo ciekawą i mało mi znaną austriacką preparatorką fortepianu  (jeśli mnie pamięć nie myli, to Mikołaj Trzaska robi z nią ostatnio jakiś fajny dżob), przynosi wiele frapujących i nieoczywistych dźwięków. Niespełna godzina koncertu z Grazu (rodzinne miasto Eli), podana w sześciu częściach.  Dobra kooperacja, dużo swobody i przestrzeni pomiędzy muzykami, udane ucieczki Zeranga w etno klimaty, cierpka, klasycyzująca ornamentyka Harnik, a do tego żywe, jazzowe mięso wyciekające z altu i tenoru Rempisa. Pełna rekomendacja!


Charles Gayle/ John Edwards/ Roger Turner  ‎26.05.15  (Otoroku , 2016)

I oto na koniec dzisiejszej opowieści całkiem zaskakujące spotkanie nowojorskiego weterana free Charlesa Gayle’a z jakże kompetentną brytyjską sekcją, doskonale doświadczoną na polu jazzowym, jak i precyzyjnie rozumianym free improv – Johnem Edwardsem i Rogerem Turnerem. Spotkanie doszło do skutku, dzięki inicjatywie londyńskiego Cafe Oto i jego wydawnictwa Otoroku, dokumentującego tamtejsze ciekawe wydarzenia koncertowe. Dokładnie w taki sam sposób, parę lat temu Edwards (i Mark Sanders) zagrał świetny koncert z Roscoe Mitchellem.



Na plikach mp3 (ew. FLAC) dostępne jest blisko półtorej godziny tego koncertu (na razie nie ma edycji CD, ani winylowej, ale w przypadku Otoroku, bywa, że tak zostaje na dłużej). Nie będę pisał, kiedy ów koncert się odbył, bo literalnie wynika to z tytułu wydawnictwa. Połączenie silnie uduchowionego soundu Gayle’a (z perspektywy wielu lat – oczywiście natychmiast rozpoznawalnego, ale z drugiej strony dość przewidywalnego), z genialnym kontrabasistą i takimż drumerem, nie wypada źle dla tego pierwszego, czego trochę się obawiałem, odpalając pliki na moich zabawnym retroodtwarzaczu. Im więcej odsłuchów, to większa moja sympatia dla tego nagrania. Gayle nie jest już najmłodszy, zatem rozsądnie szafuje siłami (a kiedyś był taki nieznośnie nie do zdarcia!), w wielu momentach oddaje głos Anglikom, a gdy trzeba, w odpowiednim momencie sięga po piano i w duchu późnego Monka, tudzież wczesnego Taylora, pięknie komentuje szalone pasaże kontrabasu i jurnego zestawu perkusyjnego. Dobra pozycja, bez dwóch zdań.

Pozostając przy produkcjach Otoroku, a przy okazji zamykając temat świeżaków z pierwszego kwartału 2016, chciałbym przywołać jeszcze dwa stosunkowo nowe tytuły inicjatywy wydawniczej Cafe Oto z udziałem Evana Parkera. Przede wszystkim mam na myśli jego wspólny występ z duetem Tilbury/ Prevost, upubliczniony pod nazwą handlową Evan Parker & AMM Title Goes Here (dostępny tylko w plikach), a także powrót tria, którego onegdaj znaliśmy z krążka portugalskiego Clean Feed - Evan Parker/ John Edwards/ Chris Corsano The Hurrah (dostępny tylko na winylu). Na razie jedynie sygnalizuję ich pojawienie się na rynku. Na odsłuchy przyjdzie czas po akcji zakupowej.