Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thomas Rohrer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thomas Rohrer. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 stycznia 2024

Jacek Chmiel in three bodies: The Schumann Resonance! Uncool! Grüm!


Wraz z Jackiem Chmielem, polskim multiinstrumentalistą silnie związanym z eksperymentalną sceną szwajcarską, zapraszamy na trzy niebanalne spotkania ze swobodnie improwizowaną elektroakustyką.

Na dobry początek trio, które stawia na dźwięki akustyczne, ale subtelnie dawkowana elektronika Chmiela sprawia, iż nagranie nabiera walorów, które pozwalają zaliczyć je do kategorii estetycznej wskazanej w poprzednim akapicie. W drugiej kolejności czeka duet, który nie stroni od instrumentarium akustycznego, ale nieco większą wagę przykłada do brzmień elektronicznych i bodaj największą do frapujących dźwięków field recordings. Na koniec tego drobnego festiwalu najnowszych dokonań Chmiela sięgniemy po kwartet Grüm, który do akcji fonicznych charakterystycznych dla dwóch pierwszych albumów dokłada się jeszcze eksperymenty wokalne.



 

Bertheau/ Chmiel/ Monchocé The Schumann Resonance (Antenna Non Grata, CD 2023)

Miejsce i czas akcji nieznane: Romain Bertheau – organy, Jacek Chmiel – elektronika, cytra, dzwony tybetańskie oraz Sylvain Monchocé – flety, saksofon altowy. Dwie improwizacje, 45 minut.

Trójka artystów z różnych stron świata zaczyna swój nieco rytualny spektakl od pokaźnej dawki szumów. Na tym tle swe życie rozpoczynają akustyczne frazy fletu i dzwonów. Wszystko zdaje się wpadać w dalece rozdygotany rezonans. Pojawiają się basowe pulsacje o zdecydowanie syntetycznej proweniencji. Z czasem narracja formuje się w dron, niesiony tu nade wszystko wysokim, stojącym skowytem organów, tudzież nerwowym, post-ambientowym tłem. W owej magmie nieco rozmytej elektroakustyki pojawiają się strzępy samplowanych głosów. Improwizacja ma swój dramaturgiczny szczyt (na granicy hałasu), po czym efektownie przygasa, głównie przy frazach tybetańskich dzwonów.

Druga improwizacja zdaje się lepić z jeszcze bardziej tajemniczych fonii – saksofonowych preparacji, drżących strun cytry, echa dzwonów, tudzież kolejnej porcji organowego dronu. Narracja ponownie lepi się w mroczny, okazjonalnie dość masywny strumień dźwiękowy, który zdobią akustyczne wtręty z nie do końca rozpoznanych źródeł. Między dziesiątą a piętnastą minutą improwizacja, wspierana basową bazą syntetyki, wspina się na efektowne wzniesienie, po czym przygasa i zaczyna lewitować. Końcowe minuty, to rodzaj post-akustycznej medytacji, z basowym backgroundem, który czai się za rogiem.



 

Jacek Chmiel & Thomas Rohrer Uncool (Scatter Archive, DL 2023)

Uncool, Poschiavo, Szwajcaria: Jacek Chmiel – elektronika, cytra, śpiewające dzwony, obiekty, field recordings oraz Thomas Rohrer – rabeca, obiekty, field recordings. Cztery improwizacje, 41 minut.

Album składa się z trzech kilkunastominutowych opowieści i trzyminutowej kody. Narracja zdaje się tu być równie gęsta, jak ulotna, bywa subtelna w brzmieniu, nie stroni jednak od bardziej dosadnych incydentów elektroakustycznych. Dźwięki bardzo urozmaiconego otoczenia udanie koegzystują z frazami żywych instrumentów i tajemniczych obiektów, tudzież nieinwazyjnymi, syntetycznymi zdobieniami. 

Pierwsza część przynosi dużo zdarzeń – do naszych uszu dociera szum morza, akcenty perkusjonalne, damsko-męskie głosy, elektroniczne plamy i smoliste smugi. Także urokliwe frazy strunowe i bijące dzwony kościelne. Druga odsłona najpierw zdaje się skupiać wyłącznie na dźwiękach akustycznych, by w dalszej fazie improwizacji osiągnąć niemal post-industrialną intensywność. Wszystko zdaje się teraz drgać, szeleścić i unosić się w powietrzu lub dla kontrastu żłobić dziurę w ubitej ziemi. Przez moment słyszymy nawet frazy przypominajcie inside piano. Z kolei część trzecia albumu wydaje się nieść ze sobą pewną wewnętrzną melodykę. Dużo w niej dźwięków otoczenia w ciekawym towarzystwie rozśpiewanych obiektów. Także odrobina zabawy z ciszą i elektronika, która sieje dramaturgiczny niepokój. Finałowa koda klei się z drobnych epizodów dźwiękowych - ptaków w locie wnoszącym, rozkołysanych dzwonów i piosenkowych sampli. W tle mości się szeleszczący ambient. Ulotne, wystudzone zakończenie jakże udanej podróży w post-akustyczne nieznane.



 

Grüm Un Altro Tring Trang (Synergetic Sonance, DL 2023)

Miralago, Szwajcaria, maj 2023: Jacek Chmiel - elektronika, cytra, śpiewające dzwony, Lara Süss – głos, sampler, Thomas Rohrer - rabeca, saksofon, obiekty oraz Christian Moser - çümbüş, elektronika. Dwa koncerty, łącznie 95 minut.

Ostatni z dziś omawianych albumów, to elektroakustyka zgrabnie uformowana w niekończące się, ziejące złem drony. Akcesoria i przedmioty wydające dźwięki zbliżone są tu do oprzyrządowania duetu, który grał dla nas kilka akapitów wyżej (to wszak ci sami artyści, choć bez akcentów field recordings), a towarzyszy im damski głos, sample, dodatkowa porcja elektroniki oraz tajemniczy przedmiotu o turecko brzmiącej nazwie. Dwa ponad czterdziestominutowe koncerty godne naszej pogłębionej uwagi, choć być może do odsłuchu z drobną przerwą dla złapania równowagi psychosomatycznej.

Pierwszy koncert rozpoczyna się w mroku pełnym szumów i elektroakustycznych zdobień, z wyraźną wszakże przewagą brzmień akustycznych. Swoiste dirty chamber niepozbawione wtrętów post-mechanicznej obróbki przedmiotów, urokliwie doposażone głosem, który szepce, gada, a czasami wznosi post-operowe okrzyki. Plejada najprzeróżniejszych fonii szybko znajduje tu wspólny język i lepi się w strumień swobodnej, ale zwartej narracji, która zwykliśmy określać mianem dronu. W jego obrębie dzieje się dużo, a muzycy chętnie wchodzą w drobiazgowe interakcje. Całość nabiera z czasem post-industrialnego posmaku, gubi oniryczny ambient i ewidentnie zaczyna przypominać stare, jakże wspaniałe nagrania brytyjskiego AMM. Pierwszy koncert ma efektowną kulminację w okolicach 30 minuty. Drugi spektakl, grany zapewne kilka dni potem, zdaje się być jeszcze ciekawszy. Częściej pojawiają się akcenty dęte i perkusjonalne, sporo nerwowego dzieje się także w przestrzeni drżących strun i latających obiektów. Zapach AMM pozostaje z artystami na różnym poziomie intensywności. Nie brakuje intrygujących sampli, które także nawiązują do estetyki legendy gatunku. Drugi koncert nabiera pewnego ożywienia po 20 minucie. Słyszymy lewitujące frazy przypominające gitarę, woda leje się gęstymi strumieniami, coś trzeszczy i mechanicznie kona, biją dzwony.



piątek, 22 września 2023

The September’ Round-up: Jeito de Ferver! Corrosion! Mistério in Lisbon! Uragano! Loka, Deva & Citta! Spiritual Drum Kingship! Solot! Embalse!


Wakacje mają swoje prawa, zatem w sierpniu musieliśmy się obyć bez naszej ulubionej, comiesięcznej zbiorówki świeżych recenzji. Lato jednak przeszło do dumnej historii ludzkości, zatem z ochotą powracamy do naszej tradycji.

Dziś osiem (ale w sumie dziesięć) nowych albumów z muzyką improwizowaną! Jak zwykle mieszanka stylów, zróżnicowane poziomy ekspresji, na ogół wszakże podobna, wysoka jakość samego muzykowania. Z geograficznego punktu widzenia typowy world trip! Najpierw po szwajcarsku i austriacku, ale w barwach portugalskich, potem ciąg dalszy wątku zachodnio-iberyjskiego z brytyjskimi i polskimi dodatkami. Dwie kolejne plyty, to produkcje w pełni krajowe, choć jedna wydana w … Australii.  Tuż potem dwie ekspozycje perkusyjne – pierwsza duńsko-amerykańska, druga katalońska. A na finał urokliwa wycieczka do Argentyny!

W ujęciu stylistycznym, tudzież estetycznym zaczniemy od elektroakustycznego eksperymentu, potem będzie sporo post-jazzu, ale zawsze dość swobodnie improwizowanego, pojawi się także lawina dźwięków preparowanych. Zakończymy w klimatach delikatnie kameralnych, choć niepozbawionych eksperymentów dźwiękowych. Na liście płac mnóstwo nowych nazwisk, jak zawsze wartych zapamiętania, także kilku świetnych znajomych i parę jazzowych legend! So, welcome to heaven and hell of improvisation!



 

Thomas Rohrer/ Andreas Trobollowitsch/ Sainkho Namtchylak  Jeito de Ferver (Sonoscopia, LP/DL 2023)

Sumiswald i Poschiavo, 2021/22:Thomas Rohrer - rabeca, saksofon sopranowy, rekompozycja (1), Andreas Trobollowitsch – mechaniczne turntables własnej budowy, rekompozycja (2, 3, 4, 5, 6) oraz Sainkho Namtchylak – głos (2,4). Sześć utworów, 28 minut.

Na początek dalece tajemnicza przygoda elektroakustyczna. Szwajcar i Austriak z gościnnym udziałem legendy improwizowanej wokalistyki w krótkiej, dość enigmatycznej podróży, która nosi znamiona improwizacji, choć albumowe credits mówi nam o … rekompozycjach. Czy należy przez to rozumieć wyłącznie działania post-produkcyjne, czy też inne cuda technologicznej współczesności, do końca nie wiemy, ale nie ma to jakiegokolwiek znaczenia. Niespełna dwa kwadranse Jeito de Ferver godne są bowiem definitywnego polecenia!

Otwarcie albumu lepi się z elektroakustycznych szmerów i szelestów, którym towarzyszy plejada drobnych, ale definitywnie mechanicznych fonii tworzących delikatnie post-industrialny klimat. W tle płynie rezonujący ambient, który zresztą będzie tu stałym elementem gry. Druga opowieść wydaje się być bardziej akustyczna, a nade wszystko zdobi ją szept, a właściwie szczebiot wokalistki. Cała ekspozycja przypomina gęste fale radiowe średniej długości. W kolejnej narracji panuje oniryczny mrok. Szmery, jakby smyczkowe zawodzenia, ale także głęboki, matowy beat budują tu opowieść, która skrzy się pewną syntetycznością i tajemniczą melodyką. W czwartej odsłonie powraca Sainkho, definitywnie przybrana w demoniczne szaty złowrogiej szamanki. Towarzyszy jej post-perkusyjny dub i chmura elektroakustycznych fonii. Wokalistka zaczyna rzęzić i skrzeczeć, a potem śpiewać, warstwa instrumentalna sięga zaś po industrialne brzmienia. Piąta część wydaje się być początkowo dość niesyntetyczna, jakby silniczki elektryczne tańczyły na metalowej powierzchni. Pracuje mroczne echo, słyszymy też dźwięki przypominające smyczek na strunach kontrabasu. Owo foniczne śmieciowisko jest tu wyjątkowo urokliwe, dodatkowo zatopione w szarym ambiencie. Finałowa opowieść przypomina, iż jeden z muzyków korzysta tu z saksofonu! Dęte, zmutowane frazy wyłaniają się lękliwie z post-industrialnego drona. Tło narracji pulsuje, front drży i wzdycha. Post-melodyjne odgłosy wieńczą to niezwykłe nagranie.



 

Tavares/ Trocado/ Ward  Corrosion (Carimbo Porta-Jazz, CD 2023)

20to20k studios, Portugalia (?), luty 2022: Tom Ward – flet, saksofon altowy, klarnet, głos, Nuno Trocado – gitara, elektronika, Sérgio Tavares – kontrabas, głos. Dziewięć utworów, 49 minut.

Portugalsko-brytyjskie trio bez nazwy własnej gości u nas po raz drugi. Korozja, to ciekawe połączenie akustycznych brzmień kontrabasu i instrumentów dętych z gitarą elektryczną zaplątaną w elektronikę. Sporo kameralnych sytuacji, ale i zgrzytliwych, emocjonalnych porcji post-jazzu. Duża brawura wykonawcza, brak stylistycznych zahamowań. Z wyłączeniem kilku zbyt przesłodzonych sekund, mnóstwo smakowitej improwizacji.

Od okrzyków na starcie, po studzący ambient gitary i kontrabasowe pizzicato na sam koniec. W pierwszej opowieści podobać się może elektronika, która wplata się pomiędzy akustyczne frazy, momentami sprawiając wrażenie, jakby uprawiała live processing. Swobodna kameralistyka, wolna od z góry zaplanowanych scenariuszy, syci się tu brzmieniem klarnetu. W drugiej odsłonie pojawia się flet i dużo rytmicznych konstrukcji dramaturgicznych, kierujących opowieść w objęcia post-jazzu. Trzecia i czwarta narracja zwraca naszą uwagę na dźwięki preparowane, na ogół klarnetu, które efektownie błyszczą w syntetycznej poświacie pełnej echa. W kolejnej części pojawia się zabrudzony alt, który wije się wokół agresywnych fraz gitary i nieco zaborczego smyczka kontrabasowego. Narracja jest tu nerwowa, zdaje się stać u progu free jazzu. Szósta opowieść jest najdłuższa, każdy z muzyków dokłada do niej nowe elementy. Ciekawie pracują gitarowe pick-up’y, smyczek kąpie się w post-baroku, a największe emocje budzi spazmatyczny flet. Z kolei kontrabasowe pizzicato szuka jazzowych inklinacji. Ostatnie trzy utwory bardziej nakierowane są na kameralne wydarzenia, choć w części siódmej nie sposób nie docenić rockowych emocji gitarzysty. W tej fazie albumu bywają momenty delikatnie przesłodzone, ale końcowe, preparowane dźwięki smyczka i fletu w poświacie elektroniki rekompensują te drobne ambiwalencje.



Andrzej Rejman & José Lencastre  Mistério in Lisbon (Bandcamp’ self-release, DL 2023)

Namouche Studio, Lizbona, marzec 2023: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy oraz Andrzej Rejman – fortepian. Osiem utworów, 36 minut.

Nieco zaskakujące, także dla samych muzyków, lizbońskie, improwizowane spotkanie polskiego pianisty i portugalskiego saksofonisty. Muzycy od pierwszej sekundy nagrania łapią tu świetny kontakt. Swój spacer po portugalskiej stolicy najpierw prowadzą spokojnym, rozważnym krokiem i ślą nam sześć urokliwych migawek. Potem, w dwóch ostatnich improwizacjach, które w wymiarze czasowym stanowią połowę albumu, dają już naprawdę do wiwatu. Improwizacja nieskomplikowana, melodyjna, ale jakże emocjonalna i wartościowa artystycznie.

Pierwsza opowieść prowadzona jest w wolnym, minimalistycznym trybie, pełna nostalgii i lizbońskiego saudade. W drugiej części muzyczne rozmyślania przyjmują formę dalece taneczną. W trzeciej pojawiają się zadziorne, bardziej masywne frazy. Saksofonista wskazuje na jazzowy kierunek, który pianista podejmuje w oka mgnieniu. W czwartej i szóstej improwizacji artyści brną w dźwięki preparowane, urokliwe inside piano i rezonujące, dęte wyziewy. W części piątej z kolei na ekspresyjne salwy pianisty saksofonista odpowiada spokojem i wytrawną melodyką. Potem już czas na dwie ostatnie, rozbudowane ekspozycje. Pierwsza z nich kipi emocjami pełnokrwistego free jazzu. Budowana pieczołowicie, zaopatrzona w melodię i niezbędną dynamikę, wreszcie niekończące się emocje w tubie saksofonu. Finałowa opowieść w pierwszej fazie zdaje się być typową farewell song, pełną klasycznego piękna fortepianu i smutnej melodyki saksofonu. Zakończenie wszakże zaskakuje. Muzycy wspinają się na efektowne wzniesienie, których w Lizbonie nie brakuje i sycą swoją improwizowaną opowieść prawdziwą brawurą!



 

Perforto  Uragano (Ramble and Torto Editions, CD 2023)

Bydgoszcz, listopad 2022: Ola Rzepka – fortepian preparowany oraz Łukasz Marciniak – gitara elektryczna. Sześć utworów, 38 minut.

Preparacje grand piano czynione dłońmi artystki, która jest też perkusistką zdają się gwarantować duże emocje i intrygującą amplitudę dźwięków. Jeśli dodamy do tego gitarzystę, który równie dobrze czuje się w roli scenicznego freelancera, jak i skupionego kompozytora i dramaturga, otrzymujemy miksturę improwizowanych zdarzeń fonicznych, obok której nie sposób przejść obojętnym. Duet Perforto poznaliśmy w wersji koncertowej w poznańskim Dragonie ubiegłej jesieni. Dziś zanurzamy się w efekty ich studyjnej pracy.

Pierwsze dwie improwizacje stawiają nas do pionu intensywnością, akustyczną brawurą i plejadą brzmieniowych detali, budujących jakość ekspozycji. W pierwszej odsłonie pianistka uderza w struny w rytmie bijącego serca, w drugiej owe struny po prostu demoluje. Posmak post-industrialu, to naturalna kolej rzeczy, ale swoje dokłada tu także gitarzysta, który z jednej strony jest kolejnym uczestnikiem strunowego drummingu, z drugiej generuje smugi rockowych powtórzeń i pewną ukrytą taneczność. W trzeciej części chwila oddechu – minimalistyczny rytuał budowania filigranowej ekspozycji. Z czasem formuje się ona w efektowne crescendo zapętlonej gitary i piana brzmiącego niczym wielka orkiestra perkusyjna. W czwartej odsłonie jakby odrobinę spokojniej. Rozhuśtane frazy inside piano i gitarowy post-ambient, który przeobleka się w preparowane dźwięki szukające hałasu. Piąta narracja trwa ponad dziesięć minut i budowana jest rytmicznym szarpaniem i uderzaniem w struny. Siła powtórzenia i konsekwencja obranej strategii narracyjnej skutkują tu zjawiskową, mantryczną ekspozycją, która brzmi niczym zatopiony gamelan, która ani przez moment nie traci sił witalnych. Po takich emocjach pieśń pożegnania nie może nie być rodzajem ballady. Z jednej strony ambient gitary, z drugiej czarne klawisze fortepianu, którego struny kłębią się pod ciężarem przedmiotów, jakie znalazły się nieprzypadkowo w pudle rezonansowym. Minimal step till to death.



 

Michał Giżycki & Piotr Dąbrowski  Loka, Deva & Citta (Torf Records, 3xDL 2023)

Bydgoszcz, Poznań, Warszawa, lipiec i wrzesień 2022: Michał Giżycki – saksofon sopranowy (Loka), saksofon tenorowy (Deva), klarnet basowy (Citta) oraz Piotr Dąbrowski – perkusja. Sześć improwizacji, 114 minut.

Trzy koncerty (w tym dwa jednego dnia!), trzy różne instrumenty dęte w konfrontacji z rytualnym drummingiem. W takim zestawie instrumentalnym szukać moglibyśmy estetyki free jazzowej i po prawdzie incydentalnie ją odnajdujemy, wszakże muzykom, w kontekście całości prawie dwóch godzin swobodnego improwizowania, bliżej do tybetańskich medytacji i całkiem naturalnej w tym wypadku nieśpieszności dramaturgicznej.

Loka bazuje na saksofonie sopranowym. Po krótkim intro perkusisty następuje filigranowe i dość żwawe otwarcie. Muzycy szybko toną jednak w ciszy i zdają się wykazywać odrobinę dramaturgicznego niezdecydowania. Od czasu do czasu podejmują próby wyrwania się z jarzma duetowej narracji. Saksofonista czyni tu wiele, by wzniecać ogień - swobodnie tańczy, stosuje oddech cyrkulacyjny, lamentuje jak kot. Perkusista wycofany, podejmuje dużo ciekawych wątków, ale niekiedy porzuca je w pół zdania. Deva, to saksofon tenorowy. Początek seta delikatnie lewitujący – cyrkulacja, drony i rodząca się energia wewnętrzna, która skłoni ostatecznie muzyków do większej aktywności. Narracja jest tu bardziej zwarta, ma mniej przestojów. Pojawia się smakowita porcja free jazzu na modłę aylerowską, a potem nawet swingu. Środkowa część seta zdominowana jest przez delikatne perkusjonalia. Po niej następuje najdłuższa w zestawie faza rasowego free jazzu – eksplozje soczystego tenoru i emocjonalny drumming. Dogrywka drugiego koncertu toczy się w estetyce farewell song – małe melodie, drobne kontakty perkusyjnej pałeczki z krawędziami werbla. Wreszcie Citta, czyli klarnet basowy. Nieśpieszny początek z dużą porcją talerzy i melodyjnego dęciaka, ukochane igraszki z ciszą i nieśmiałe poszukiwania emocji free jazzu. W drugim, nieco dłuższym secie huśtawka nastrojów. Wydaje się, że muzycy najprzyjemniej czują się jednak w okolicach ciszy, nawet w incydentach solowych. Pod koniec koncertu dają nam wszakże więcej emocji, także za sprawą figlarnego gardłotoku perkusisty.



 

Kresten Osgood/ Bob Moses/ Tisziji Muñoz  Spiritual Drum Kingship (Gotta Let it Out, CD 2023)

Sound of Music Studios, Richmond, Virginia, czerwiec 2022: Kresten Osgood – perkusja, Bob Moses – perkusja oraz Tisziji Muñoz – gitara. Cztery utwory, 44 minuty.

Dwie free jazzowe perkusje, za ich sterami dwie legendy gatunku, każda w swoim wymiarze i improwizująca, rockowa gitara elektryczna pod jurysdykcją kolejnej ważnej postaci historii gatunku, choć po prawdzie, z tej strony Łaby, jakby mniej rozpoznawalnej. Baza dla wybuchowej, ekspresyjnej, nawet psychodelicznej płyty jest tu niemała. Efekt wszakże nie powala na kolana, jakby pomysłu na więcej niż jedną improwizacje zabrakło, a może po prostu nasze oczekiwania były w tym przypadku zbyt duże.

Każda z improwizacji trwa tu kilkanaście minut, każda ma swoją introdukcję, rozwinięcie, środkową fazę perkusyjnego duetu i na ogół ekspresyjną kodę. Pierwszą otwiera gitarzysta, który brzmi melodyjnie, z nutą pewnej rockowej gotyckości. Perkusiści wchodzą do gry stopniowo, dawkują emocje, ale prowadzą dość spójną, chwilami imitacyjną narrację. Finał tej części plyty wydaje się być szczytem ekspresji tego tria. W drugiej opowieści pojawia się nieco afrykańskiego posmaku, zarówno we grze gitarzysty (zwłaszcza na początku), jak i polirytmicznych perkusji w części duetowej. Na starcie trzeciej części znów dużo ognia na gryfie gitary, która w dalszej fazie nagrania serwuje nam odrobinę preparacji, realizowanych trochę nie w tempie perkusistów. Z kolej w części ostatniej gitara najpierw pachnie post-klasyką, potem zaś stonowanym Hendrixem. Gra perkusistów typowa dla wszystkich improwizacji. Prowadzą linearną narrację, silnie w sobie zasłuchani, ale mało kreatywni, zwłaszcza na dłuższym dystansie.



Ramon Prats  Solot (Sirulita Records, CD 2023)

Estudis Ground, Cornellà del Terri, Girona, kwiecień 2023: Ramon Prats – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 40 minut.

Jeden z naszych ulubionych katalońskich drummerów, po latach muzykowania w duetach (choćby kilkunastoletni Duot z Albertem Cirerą!) i większych składach free jazzu, czy też swobodnej improwizacji, doczekal się w końcu albumu solowego. Nagrany na raz, jednym ciągiem dźwiękowym, który na potrzeby wydawnictwa płytowego został pokrojony na pięć odcinków specjalnych. Prats nie sili się tu na wymyślne preparacje, budowanie wielowarstwowych opowieści, czy też uszczęśliwianie drummingowej narracji dodatkowymi instrumentami. Stawia na proste rozwiązania, na jakość brzmienia standardowego zestawu perkusyjnego i swoją niezaprzeczalną kreatywność. Oczywiście wychodzi z tego zadania zdecydowanie obronną ręką.

Ramon buduje perkusyjną opowieść spokojnie, skrupulatnie i konsekwentnie. Zaczyna od ugniatania przedmiotów na werblu, której to czynności nadaje pewną powtarzalność. Liczy krawędzie werbla i tomów, sprawdza giętkość talerzy. Kreuje lekką, ale dynamiczną narrację, po czym zwalnia, ale stawia na moc i dopiero po tej sekwencji zdarzeń flow przyjmuje w pełni drummingowe oblicze. Kolejne fazy linearnej narracji, to efektowna brzmieniowo ekspozycja talerzowa, potem pełna blasku mała gra na perkusjonalnych akcesoriach, wreszcie przejście w stadium drobnych, delikatnych preparacji. Po tych wydarzeniach artysta wraca do dynamicznego, ale znów lekkiego frazowania. Na początku czwartej części najpierw się uspokaja, potem wspina na ekspresyjny szczyt, a następnie stygnie w blasku drżących talerzy. Zatapia się w echu, szuka mrocznych, głębokich fraz. Skupia się na drobiazgach, szuka suspensu, by na końcowym odcinku zdecydowanie zagęścić opowieść i zbudować emocje dzięki dużej ilości małych, metalicznych przedmiotów, dygoczących na werblu w ślad za drummingową ekspozycją. Jeszcze tylko końcowe spiętrzenie i można gasić światło.



Angles/ Kaegi  Embalse (Neue Numeral, DL 2023)

Auditorium of the Urquiza Library, Río Tercero, Córdoba, Argentyna, wrzesień 2022: Silvia Angles - preparowane piano, obiekty, field recordings, sample, głos, Julio Kaegi – trąbka, głos oraz Evangelina Arce – flet, melodica, głos. Trzynaście utworów, 45 minut.

Muzyka improwizowana z dalekiej Argentyny cieszy się na tych łamach dużą popularnością, nie mniejszą niż mistrzowskie wyczyny kopaczy z tamtej części świata. Zawsze dużo jakości i każdorazowo element taktycznego zaskoczenia. Dziś spotkanie nad wyraz kameralne, dość swobodnie improwizowane (acz pewnie dobrze zaplanowane), gdzie pomiędzy instrumentalne i niekiedy głosowe frazy wplecione są nagrania terenowe. Całość pocięta jest na kilkanaście odcinków. Czasami wtręty field recordings wydają się tu być zbyt nachalne, ale jak całość, trwająca trzy kwadranse opowieść z Cordoby, dobrze koi nasze zszargane rzeczywistością lokalną zmysły.

Pierwsze kilka części argentyńskiego opowiadania zdaje się być nieprzerwanym ciągiem zdarzeń akustycznych fortepianu, trąbki, fletu, a także odgłosów szumiącego oceanu. Spokojne suspended free chamber, które syci się zarówno czystymi frazami, jak dźwiękami preparowanymi. W dalszej części płyty fragmenty field recordings często są wprowadzeniem do danego utworu. Są to uliczne rozmowy, medytacyjne recytacje, czy też odgłosy miasta. Czasami improwizowane frazy instrumentalne zdają się tu być inspiracją dla kolejnych projekcji nagrań terenowych. Te ostatnie w kontekście chwilami abstrakcyjnego muzykowania nabierają pewnej melodyki, nawet taneczności, ale też niemal filozoficznej zadumy. W tych meta akustycznych koincydencjach jest dużo przypadku, pewnej dramaturgicznej umowności. Z drugiej wszakże strony albumowi jako całości brakuje linearnej narracji i pewnej konsekwencji w budowaniu napięcia. Płyta bywa chwilami dość relaksacyjna, ale jej pozorny spokój bywa burzony salwami ekspresji trąbki, tudzież inside piano. Bywa, że w momencie dużej ekspozycji field recordings nagranie przypomina nerwowe, niespokojne słuchowisko radiowe. W drugiej części albumu poza trębackimi salwami podobać się może śpiew i kocie mruczenia, podpierane abstrakcyjnymi frazami fortepianu.



piątek, 2 grudnia 2022

Antenna Non Grata: Grüm! Gawlas & Mazurowski! Emiter!


Konińska Antenna Non Grata pracuje w swoim tempie i systematycznie raczy nas porcją intrygujących dźwięków. Dziś czas na prezentację trzech wczesnojesiennych premier! *)

Najpierw międzynarodowy kwartet elektroakustyczny, który udanie kontynuuje serię nagrań labelu, w których macza swe palce Jacek Chmiel. Zaraz po kwartecie duet syntezatorów analogowych, które zwinnie improwizują. Naprawdę zwinnie! Na koniec zaś mistrz krajowego field recordings Emiter w projekcie być może nie dość dla siebie typowym.

Trzy szybkie strzały, trzy zbiory niebanalnych wrażeń!



 

Gr​ü​m  Zeroes On The Loose

Bazylea, 2022: Jacek Chmiel - elektronika, zither, Lara Süss – głos, sampler, Thomas Rohrer - rabeca, saksofon, obiekty oraz Christian Moser - çümbüş, elektronika. Trzy swobodne improwizacje, 48:09.

Muzyka kwartetu Grüm bardzo udanie wpisuje się w wątek swobodnych, elektroakustycznych improwizacji, które wydają się być dobrze zbalansowane. Dźwięki elektroniczne dobrze tu służą akustycznym wydarzeniom fonicznym, te drugie zaś odwzajemniają się budowaniem przestrzeni na syntetyczne pląsy i urokliwe grymasy. A tym elementem, który wyróżnia tę akurat porcję dźwięków na tle oceanu podobnych dokonań gatunku ludzkiego jest głos Lary - czasami czysty, czasami preparowany, czasami modulowany post-elektroniką, ale zawsze żywy!

W trakcie pierwszej odsłony albumu można odnieść wrażenie, iż dźwięki akustyczne są w lekkiej przewadze. Elektronika koncentruje się tu na budowaniu efektownego, ambientowego, chwilami surrealistycznego tła i rozprzestrzenianiu plejady fake sounds. Akustyczne frazy strunowe i głosowe wiodą tu prym i świetnie pracują z echem, które zdaje się być efektem pracy całego, dalece tajemniczego instrumentarium. Wokół obu wątków dość linearnie rozwijającej się narracji płyną rezonujące dźwięki, które nasilają się pod koniec wielominutowej opowieści. Początek drugiej, najdłuższej improwizacji lepi się z filigranowych fraz. Dźwięki rwane, szarpane, powstałe w rezultacie uderzania po strunach, tudzież korpusie instrumentu dętego różnymi, na ogół niezidentyfikowanymi przedmiotami, w końcu w efekcie wydawania z gardła dość ekspresyjnych odgłosów. Ciężko pracuje tu też sfera elektroniczna, która gęstnieje i płynie coraz szerszym strumieniem, nie bez hałaśliwych wtrętów i onomatopei. Narracja syci się efektownymi dźwiękami, ale jakby brakowało w niej życia, nieco bardziej wyszukanej dramaturgii. Szczęśliwie w drugiej fazie improwizacji chmura elektroakustycznych plam intrygująco plącze się i zazębia. Na koniec po ścianach leje się woda, wszystko ze sobą rezonuje, a w roli wisienki na torcie kocie lamenty Lary. Trzecia improwizacja startuje z poziomu elektronicznych zgrzytów i akustycznych obtarć. Chroboczące, szeleszczące frazy szukają tu elektroakustycznej równowagi. Lara pracuje na gołych strunach i snuje post-beat-boxowe opowieści. Słyszymy też dźwięki niczym z wiolonczeli, ale pozbawionej pudła rezonansowego. Pulsuje basowy dron, a narracja przypomina przeciąganie liny. Zakończenie albumu jest bardziej niż efektowne. Lara głęboko oddycha wprost w mrok elektroakustycznej ciszy, coś syntetycznego pulsuje, ktoś uderza w dzwonki.

 


Krzysztof Gawlas & Dariusz Mazurowski  Binary Horizons

De eM Studio, grudzień 2021: Krzysztof Gawlas – hybrydowy syntezator modularny oraz Dariusz Mazurowski – hybrydowy syntezator modularny (hardwired analog), efekty. Pięć swobodnych improwizacji, 56:13.

Pojedynek dwóch syntezatorów analogowych? Dla niektórych, w tym niżej podpisanego, naprawdę spore wyzwanie! Przy bliższym jednak poznaniu całość okazuje się dalece przyswajalna, niekiedy naprawdę frapująca, szczególnie w momentach, gdy oba syntezatory rywalizują o miano tego, który wyda bardziej subtelny i cichy dźwięk.

Od początku artyści budują bogatą strukturę narracji. Niektóre frazy mają wymiar post-beatowy, inne są gęstsze, niczym plamy ptasich odchodów na białym obrusie. Owa gęsta plejada short-cuts chwilami sprawia wrażenie, jakby szukała bazy rytmicznej. W kolejnej części muzycy generują dłuższe, bardziej czerstwe warstwy syntetyki. Całość przypomina oniryczny kosmodrom, który drży w posadach – dźwięki lekkie, puszyste czasami nabierają pewnej transcendentalnej masy. Trzecia opowieść trwa ponad 20 minut i jest głównym punktem syntezatorowego menu. Początek tonie w subtelnych dźwiękach, powstałych w pobliżu ciszy. Narracja nabiera kształtu, bogatej struktury, tudzież lepkiej tekstury. W drugiej części improwizacji muzycy serwują nam więcej gęstych, masywnych dronów, czar subtelności pryska, ale wciąż możemy delektować się tłem, w którym plejady drobnych, syntetycznych fraz zdają się nie mieć końca. Po wielu minutach oczekiwań narracja ostatecznie dostaje się w bezmiar rytmu i z radością odnajduje swój koniec. W czwartej części pojawia się mnóstwo nowych fonii. Nie wszystkie są przyjazne dla ucha, ale zdobią opowieść tak, czy inaczej. Basowe wtręty i post-głosowe subtelności mienią się tu wieloma kolorami, także tymi bardziej hałaśliwymi. Finałowa część przypomina mroczna balladę pulsujących dronów, której kierunek podróży nie jest do końca znany. Tu z pomocą przychodzi wyrazisty beat, który bez problemów ciągnie wszystkie albumowe wątki ku szczęśliwemu zakończeniu.

   


 

Emiter  Five Tracks From a Single Source

Wrzesień 2021 – Luty 2022: Emiter – dźwięki i kompozycje. Pięć utworów, 29:43.

Ciekawych okoliczności powstania tego dość krótkiego albumu odsyłamy na bandcamp wydawcy, tudzież do wypowiedzi autora w innych mediach, tu zaś skupiamy się na samych dźwiękach, ułożonych w pięć zgrabnych, nieprzegadanych i dobrze sformatowanych dramatów post-elektroniki.

Elementy składowe utworu otwarcia, to pulsujący, nisko zawieszony dron, garść matowych skwierczeń i dygoczące na wietrze, migotliwe inkrustacje. Całość bez trudu lepi się w strumień filigranowego post-techno, który dość szybko odnajduje ambientowe zakończenie. Kolejna opowieść zdaje się być konstruowana z podobnych elementów, ale ma nieco inną strukturę dramaturgiczną. Znów pulsuje dół, górą płynie leniwy beat, a tło zgrzyta zębami i szeleści odgłosami nierealnego świata. Rodzaj wyszukanego IDM dla umarlaków - sucha, matowa, jakże urokliwa, na poły mantryczna narracja. Trzeci epizod, tkany z drobiazgów, dociążony jest dźwiękiem nadlatującego śmigłowca i kolejnym mikro beatem w tle. Na koniec doczepiony zostaje tu wątek ambientowy, który topi w mroku dotychczasową narrację. Tuż potem kolejna filigranowa, jakże tym razem minimalistyczna opowieść, która na bazie mglistego ambientu, przy użyciu nisko usytuowanych, ambientowych plam kreuje post-romantyczną kołysankę. Finałowa narracja z kolei drży w posadach, pełna jest mroku i tajemniczego echa. Nieodzowny na tym albumie mikro beat, osadzony w scenerii migotliwego ambientu, buduje emocje i doprowadza nas do końca opowieści.

 

*) wszystkie albumy dostępne są na płytach kompaktowych