Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Malmendier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Malmendier. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 sierpnia 2026

Crawford, Foster, Malmendier & Škrijelj did a Faux pas!


Jak doskonale wiemy, Emilie Škrijelj i Tom Malmendier, muzykujący razem jako Les Marquises, prowadzą także label eux sæm publikujący intrygującą muzykę improwizowaną, na ogół z ich osobistym udziałem. Śledzimy te albumy od zarania owej zacnej inicjatywy.

Zatem równie doskonale wiemy, iż Emilie i Tom, poza rejestracją nagrań w duecie, chętnie wchodzą w kolaborację z innymi artystami, dokładnie z całego świata.

Dziś spotykamy ich na Brooklynie, gdzie pichcą smakowite danie kwartetowe z gitarzystą Webbem Crawfordem (prawdopodobnie debiut na Trybunie) i dobrze rozpoznawalnym w naszych stronach saksofonistą Michaelem Fosterem. Z dużą radością zaglądamy do kompaktowej dokumentacji tego spotkania.

  


Początek albumu nie jest pozbawiony znamion gry wstępnej, typowej dla formacji kleconych ad hoc. Szmery, szelesty, drobne obcierki i skrzypienia osnute poświatą elektroakustyki, jaką dostarcza Emilie, tym razem pozbawiona akordeonu, a jedynie grająca z talerza. Zręby bardziej linearnej narracji inwokuje aktywny saksofon, wsparty na perkusyjnych szczoteczkach i basowych plamach gitary. Na etapie rozwinięcia sporo do ognia dolewa frakcja syntetyczna, który brzmi niemal perkusyjnie. Otwarcie drugiej improwizacji jest ciche, ale podskórnie nerwowe. Muzycy preparują, drżą, ich frazy gęstnieją, nabierają niemal post-industrialnej tekstury. Wszystko zdaje się zgrzytać zębami, aż do momentu, gdy sygnał do ataku daje saksofon. Najdłuższa opowieść na albumie w drugiej fazie staje się bardzo intensywna, przypomina post-nuklearny free jazz!

Trzecia odsłona, to ledwie kilkadziesiąt zgrzytliwych sekund skonsumowanych głównie przez gitarę i sample z gramofonu. W czwartą część artyści wchodzą niesieni coraz silniejszymi podmuchami rezonującego wiatru. Głęboko oddychają, szukają brzmieniowych pikanterii, wydają się być ukierunkowani na budowanie post-free jazzowego szczytu. Dynamika idzie tu nade wszystko od Toma i Emilie, ale akcje Webba i Michaela są świetnie z nimi skorelowane. Po osiągnieciu imponującego szczytu narracja wyjątkowo urokliwie opada w ramiona ciszy.

Start ostatniej improwizacji wydaje się emocjonalnie zrównoważony. Błyszczą perkusjonalia, coś ciekawego dzieje się na gitarowych przetwornikach, tuba szemra, a na talerzach szeleści. W głębi tej mikstury niechybnie czai się hałas, ale ma problemy z wydostaniem się na powierzchnię. Opowieść wydaje się rozedrgana, nerwowa, znów odrobinę post-industrialna, ale wraz z upływem minut zaczyna przygasać. Śmierć maszyn zwiastuje porywisty wiatr od morza. Saksofon melodyjnie rezonuje niosąc ostatnie frazy farewell song.

 

Crawford/ Foster/ Malmendier/ Škrijelj Faux pas (eux sæm, CD 2026). Webb Crawford – gitara, Michael Foster - saksofon, Tom Malmendier – perkusja oraz Emilie Škrijelj – turntable. Nagrane w Phantom Ear Studio, Brooklyn, Nowy Jork, maj 2025. Pięć improwizacji, 40 minut.



wtorek, 13 stycznia 2026

eux sæm’ fresh outfit: Mehin! Live in Nickelsdorf!


Z radością sięgamy dziś po dwa albumy, które zaliczyliśmy całkiem niedawno do 50 powodów, dla których warto było zapamiętać rok 2025!

Nasza radość jest tym większa, iż oba sygnuje wydawnictwo eux sæm, za którym stoi organizacyjnie i artystycznie belgijski drummer Tom Malmendier. Na obu nasz bohater jest obecny, oba są duetami i w równym stopniu zasługują na bardzo wiele ciepłych słów. Zatem, otwórz szafę, mów do rzeczy!

 


Quentin Stokart & Tom Malmendier Mehin (CD 2025)

Studio Grez, Bruksela, styczeń 2025: Quentin Stokart – gitara oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 35 minut.

Zaczynamy od duetu Malmendiera z belgijskim gitarzystą Stokartem, którego losy śledzimy bacznie, ale który, póki co, wielu nagrań nam nie upublicznia. Panowie improwizują na żywo, ale w warunkach studyjnych.

Szmer z rozgrzewającego się amplifikatora, drżenie strun, nieznane przedmioty przesuwane po glazurze werbla, to elementy czegoś, co już na tym etapie nagrania moglibyśmy nazwać przednówkiem post-industrialu. Muzycy dość szybko budują gęstą pajęczynę splotów nerwowych, wchodzą w tłuste zwarcia i ociekają potem już po kilku pętlach narracji. Struny gitary i perkusyjne pałeczki łamane są kołem zębatym, a tło drży i złorzeczy, ale też śpiewa, chyba po arabsku. Opowieść jest głośna, niekiedy dynamiczna, innym razem tonie w gęstym mule. Gitara plami psychodelią, perkusja tańczy na krawędziach. A to ledwie szósta minuta koncertu.

Po krótkim, niemal tanecznym interwale, artyści grzęzną w preparacjach. Trudno w tej chwili wskazać ośrodek odpowiedzialny za dany dźwięk, czy strzęp hałasu. Dynamika nagrania zostaje jednak szybko odszukana i równie sprawnie zatopiona w mrocznej, ambientowej chmurze. Wszystko drży, łomoce, zgrzyta, szumi i skwierczy, wpada w iście diabelskie ukołysanie. W okolicach dwudziestej minuty muzycy znów popadają w taneczny nastrój. Przypominają pokraczne postacie, które podskakują na rozgrzanej patelni, żywcem wyjęci z ostatniej sceny Stroszka Herzoga. Gitara śpiewa martwe melodie, perkusja krzyczy mocą koślawego werbla i kanciastych tomów. Jakiś dziwny, progresywny rytm zdaje się kierować muzyków w nieznane. Szukają hałasu, ale odnajdują mroczne wystudzenie. Znów pojawia się melodia, ale to zdarta płyta, uszkodzona pozytywka. Pięć minut przed końcem wstrzymują oddech, po czym rozpościerają skrzydła i skaczą w ogień krwistego noise. Mają jednak wszystko pod kontrolą i wieńczą ów crazy trip gasząc płomień narracji do pojedynczego dźwięku.

 


Les Marquises (Emilie Škrijelj & Tom Malmendier) Live in Nickelsdorf (CD 2025)

Konfrontationen Festival, Nickelsdorf, Austria, lipiec 2022: Emilie Škrijelj - turntable, akordeon, elektronika oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 41 minut.

Duet Les Marquises, to bazowa formacja dla Toma i całego labelu. Koncert z Austrii, to bodaj ich czwarta płyta. Od post-elektronicznej flauty do elektroakustycznego galopu. Tradycyjny dla duetu poziom intensywności, którym obdzielić możnaby całe dyskografie wydawnictw poświęconych minimalistycznej muzyce współczesnej.

Artyści od pierwszej sekundy dyktują sobie intrygujące tempo. Nie tylko perkusja, ale także cały arsenał akordeonistki czyni tu dalece rytmiczne przebieżki. Wiele dźwięków ma definitywnie syntetyczny posmak, ale brzmienie całości jest bardzo selektywne. Sporo z nich stanowi tu zagadkę, choćby fletowo brzmiąca ekspozycja oplatająca perkusyjny drive w okolicach piątej minuty. Muzyka duetu zwyczajowo pachnie umiarkowanym industrialem, ale nie przekracza granicy hałasu. Lubi incydentalnie popadać w narracyjny letarg, ale tylko po to, by zaczerpnąć mocy do dalszych swawoli.

Improwizacja ma swą pierwszą kulminację w okolicach dwunastej minuty, ale po kolejnych dwóch przypomina już ambient usiany tajemniczym electro beatem. Po dalszych sześciu minutach nabiera zaskakującej melodyki i spokojniejszego rytmu, a zaraz potem wpada w medytacje pulsujące delikatną elektroniką. Dopiero tuż przed upływem dwóch kwadransów ze sceny słyszymy po raz pierwszy frazy typowe dla brzmienia akordeonu. Po niezbyt długiej fazie leżakujących preparacji w muzyków wstępuje nowy duch walki i przystępują do intensywnej finalizacji koncertu. Ta zdaje się być w stu procentach akustyczna, nasączona tanecznym krokiem akordeonu. Stylowy falling down poprzedza rzęsiste oklaski.



 

środa, 31 grudnia 2025

50 Reasons to Remember the Year 2025! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2025!


Albums are presented in alphabetic order! Please notice that picture below doesn’t feature all honoured recordings!

Albumy prezentowane są w kolejności alfabetycznej! Proszę zauważyć, iż zdjęcie poniżej nie przedstawia wszystkich wyróżnionych nagrań!

 


Adam Gołębiewski & Dave Brown Dogs Light

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/03/adam-goebiewski-dave-brown-in-dogs-light.html

AMM with Sachiko M Testing

(not reviewed yet)

Angharad Davies & Burkhard Beins Meshes of the Evening

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/08/angharad-davies-burkhard-beins-meshes.html

Barbara Dang & Muzzix Michael Pisaro-Liu Tombstones II

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/the-circum-disc-fresh-outfit-manoeuvres.html

Benedict Taylor & Paweł Doskocz Welcome to our humble abode

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/benedict-taylor-pawe-doskocz-welcome-to.html

Biliana Voutchkova & Giorgos Varoutas Little Sae

(not reviewed yet)

Camila Nebbia, Gonçalo Almeida & Sylvain Darrifourcq Hypomaniac

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/camila-nebbia-goncalo-almeida-sylvain.html

Caroline Kraabel, Pat Thomas, John Edwards & Steve Noble Transgressive Coastlines

(not reviewed yet)

Constantin Herzog, Matthias Muche & Etienne Nillesen Anasýnthesi

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/herzog-muche-nillesen-play-anasynthesi.html

Daniel Thompson Violet

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/daniel-thompson-in-violet-and-duo.html

Das B Love

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/das-b-in-love.html

Derek Bailey & John Stevens The Duke of Wellington

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/derek-bailey-john-stevens-in-duke-of.html

Dirk Serries & Mark Wastell Dual Activity

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/dirk-serries-mark-wastell-in-dual.html

Dirk Serries Zonal Disturbances II

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/dirk-serries-in-zonal-disturbances.html

Éliane Radigue Asymptote Versatile (1963-64)

(not reviewed yet)

Insub Meta Orchestra Exhaustion/ Proliferation

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/02/insub-meta-orchestra-plays-exhaustion.html

John Edwards, Mike Gennaro & Alex Ward Activity

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/04/alex-ward-in-two-similar-trios.html

John Butcher & Angharad Davies Two Seasons

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/12/angharad-davies-john-butcher-during-two.html

John Butcher, Phil Durrant & Mark Wastell Poznań: Appropriate Density

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/08/the-confront-recordings-fresh-meals.html

Lawrence Casserley & Emil Karlsen Aspects of Memory

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/07/lawrence-casserley-emil-karlsen-and.html

Lava Quartet feat. Almut Kühne, Jordina Millà, Gonçalo Almeida & Wieland Möller Ethereal Chant

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/07/lava-quartet-in-ethereal-chant.html

Le GGRIL + DDK Diffraction

(not reviewed yet)

Les Marquises (Emilie Škrijelj & Tom Malmendier) Live in Nickelsdorf

(not reviewed yet)

Luís Vicente & Vasco Trilla Ghost Strata

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/the-portuguese-taste-makes-world-go.html

Magda Mayas and Jim Denley One Another

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/magda-mayas-jim-denley-go-one-another.html

Manoeuvres Sentimentales Delightfully Deceitful

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/the-circum-disc-fresh-outfit-manoeuvres.html

Marcello Magliocchi, Adrian Northover & Domenico Saccente Over The Edge

(not reviewed yet)

Martin Küchen & Håkon Berre På Snurr

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/martin-kuchen-hakon-berre-pa-snurr.html

Matthias Müller & Andreas Willers Matthias Müller Andreas Willers

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/03/matthias-muller-andreas-willers-in-duo.html

Michel Doneda & Frédéric Blondy Points of Convergences

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/michel-doneda-frederic-blondy-in-points.html

Michel Doneda, Lê Quan Ninh & Núria Andorrà El retorn de l'escolta - A la memòria de Marianne Brull

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/08/doneda-ninh-andorra-el-retorn-de.html

Nour Symon Je suis calme et enragé·e

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/the-contemporary-counterpoint-dincise.html

Ontstopper Kollektief Unblocking

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/the-portuguese-taste-makes-world-go.html

Quatuor Bozzini/ Jürg Frey String Quartets

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/the-contemporary-counterpoint-dincise.html

Quentin Stokart & Tom Malmendier Mehin

(not reviewed yet)

Rodrigo Amado & Chris Corsano The Healing

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/rodrigo-amado-chris-corsano-into-healing.html

Sawt Out Fake Live in America

(not reviewed yet)

Sophie Agnel & John Butcher Rare

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/sophie-agnel-with-john-butcher-and-solo.html

Spontaneous Live Series D07: Don Malfon, Florian Stoffner & Vasco Trilla Live at 7th Spontaneous Music Festival 2023

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/spontaneous-live-series-is-also-digital.html

Spontaneous Live Series 016: Anaïs Tuerlinckx with Jonas Engel and Andrea Ermke Live at 8th Spontaneous Music Festival

Spontaneous Live Series 017: John Butcher’s Dragon 10 Live at 8th Spontaneous Music Festival

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/anais-tuerlinckx-i-john-butcher-na.html

Stefan Keune, Dirk Serries & Benedict Taylor Closer and Beyond

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/keune-serries-taylor-are-closer-and.html

Stefan Keune, Steve Noble & Dominic Lash Black Box

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/04/keune-noble-lash-in-black-box.html

Stefan Keune, Sandy Ewen & Damon Smith Two Felt-Tip Pens: Live At Moers

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/04/keune-ewen-smith-in-two-felt-tip-pens.html

Studio of Electroacoustic Improvisation Metal Boxes/ Amplifire

(not reviewed yet)

The Electrics Live in Vilnius

(not reviewed yet)

The Runcible Quintet Two

(not reviewed yet)

Tom Jackson & Daniel Thompson Dark Kitchen

(not reviewed yet)

Trashed Middle Aged Junksters Rituals Of Modern Decadence

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/discordian-records-fresh-outfit-live-at.html

Yodok III Nidarosdomen

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/12/yodok-iii-in-nidarosdomen.html

 



wtorek, 25 czerwca 2024

Emilie Škrijelj & Tom Malmendier in two direct actions!


Akordeonistka Emilie Škrijelj i perkusista Tom Malmendier tworzą duet Les Marquises od przynajmniej dekady. Dużo koncertują (bywali w Polsce), sporo nagrywają, od czasów pandemii prowadzą też label, który zwie się eux sæm. Wszystko to doskonale wiedzą Czytelnicy Trybuny, albowiem o dokonaniach tej dwójki wciąż jeszcze młodych artystów europejskiej sceny muzyki improwizowanej informujemy na bieżąco.

Emilie i Tom w duecie popełnili dotąd bodaj dwie płyty, znacznie częściej możemy ich usłyszeć na albumach nagrywanych w większych składach. Wystarczy spojrzeć na nieduży katalog ich labelu. Aż cztery pozycje, to nasza para w towarzystwie jednego, tudzież dwóch dodatkowych muzyków.

Dokładnie w tej konwencji dramaturgicznej posadowione są płyty, nad którymi dziś pochylamy nasze muzyczne zmysły. Najpierw kwartet Nuits, który ma już w dorobku album pod auspicjami eux sam, a teraz wraca do nas w wersji koncertowej (uzupełniają go wiolonczelista Stéphane Clor i elektronik Armand Lesecq), potem trio Bruine, w szeregach którego dostrzegamy naszego dobrego znajomego z Berlina, klarnecistę Michaela Thieke. Kwartet zaprasza nas na podróż definitywnie elektroakustyczną, z kolei trio teoretycznie bazuje na instrumentach akustycznych, ale ponieważ wystawia je na pastwę całej armii głośników (speakers), efekt foniczny zdaje się być nie tyle elektroakustyczny, co zdecydowanie post-industrialny.



 

Nuits Concert à Bruisme (Ligne de Crête, CD 2023). Emilie Škrijelj – akordeon, sampler, Stéphane Clor – wiolonczela, Tom Malmendier – perkusja oraz Armand Lesecq – elektronika. Nagrane w trakcie Festiwalu w Bruisme, Francja, 2021. Jedna improwizacja, 41 minut.

Początek koncertu lepi się z drobnych, elektroakustycznych szmerów, drżących strun i subtelnego, ale już udramatyzowanego drummingu. Narracja urokliwie rozkwita, przypomina pierwsze poranne promienie słoneczne. Akordeon dygocze ambientem, elektronika wije się wężowatym strumieniem, pracują perkusyjne szczoteczki. Medytująca improwizacja niepodziewanie zaczyna szukać podskórnej dynamiki. Jeszcze tylko dwa głębsze oddechy i nabiera niemal post-industrialnych barw, trzęsąc się niczym budyń czekoladowy na wybojach. Z każdą pętlą opowieść zdaje się być szyta coraz dłuższymi frazami. Cello zaczyna śpiewać, reszta intensywnie szeleścić. Po dwunastej minucie można donieść wrażenie, ze muzycy chowają się za kotarą ambientu, a jednym żywym w tym gronie pozostaje perkusista. Narracja nabiera szczególnej urody – dominują żywe frazy, a mgła elektroniki dopełnia obrazu całości. Lewitacja, która szuka drobin rytmu, echo, które wydaje się być dziełem live processing, frazy czyste i ocean fraz preparowanych. Oniryczny post-taniec! Ale gdybyśmy mieli teraz precyzyjnie wskazywać źródła pochodzenia poszczególnych dźwięków, niechybnie polegniemy! Prawdziwy festiwal fake sounds!

W połowie seta muzycy przeoblekają się w orszak perkusjonalistów. Akordeon i elektronika dygoczą, cello nuci pod nosem, a krawędziowy, na poły preparowany drumming snuje nić życia. Po kilku chwilach opowieść traci jednak walory dynamiczne. Wszyscy jakby zastygli, pogrążeni w tlącym się pogorzelisku. W tle ktoś gada, powietrze pełne jest szmerów i tajemniczych szelestów, coś popiskuje, a nawet gwiżdże. Z czasem ów konglomerat fake sounds zaczyna gęstnieć. Akordeon pulsuje, smyczek preparuje, coś mości się na perkusyjnym werblu. Akustyka lepi się w dron, wokół którego rozpościera się chmura elektroniki. Akordeon brzmi teraz wyjątkowo syntetycznie, wiolonczela przebiera szaty rockowej gitary, a perkusja szuka kolejnej porcji dynamiki. Ale i tak wszystko drży i szeleści. Od końca trzydziestej szóstej minuty opowieść zaczyna systematycznie przygasać. Mroczne drony, małe zgrzyty, kłębiaste szelesty – żywy post-ambient niesiony ostatnimi oddechami perkusji.



 

Michael Thieke, Emilie Škrijelj & Tom Malmendier Bruine (eux sæm, CD 2024). Michael Thieke – klarnet, głośniki, Emilie Škrijelj – akordeon, głośniki oraz Tom Malmendier – instrumenty perkusyjne, głośniki. Nagrane w Césaré, Reims, Francja, kwiecień 2024. Trzy improwizacje, 41 minut.

Trzy akustyczne instrumenty wzmocnione czeredą głośników od startu budują tu gęstą, zwartą opowieść. Wszystko chrobocze, stuka, drży i szeleści. Improwizacja wyłania się z mroku, ale dość szybko zaczyna błyszczeć post-industrialną poświatą i serwować nam czerstwe ochłapy hałasu. Całość pulsuje, zdaje się być wielką, perkusjonalną maszyną. Dodatkowo coś pracuje jak metronom doładowany sterydami. Ów siarczysty dron mechaniki akustycznych instrumentów ma swój rytm, swoje wewnętrzne życie. W trakcie pierwszej odsłony flow uspokaja się dopiero na ostatniej prostej. Drugą opowieść otwiera dynamiczny, ale okazjonalne delikatny drumming. Wokół niego pulsuje akustyczna wszechmoc akordeonu, który dygocze gęstą siecią głośników. Narracja znów płynie perkusjonalną strugą, w której coraz trudniej wskazać źródło danego dźwięku. Mechaniczna, znów na poły industrialna faktura zaczyna przybierać na sile. To już nie ochłapy hałasu, ale prawdziwa ściana dźwięku. Tworzą ją zarówno strumienie post-drummingowej furii, jak i plejady drobnych stukotów, obcierek i powiewów gorącego powietrza. W okolicach dziesiątej minuty mamy efektowną kulminację, z opresji której artyści wychodzą niemal suchą stopą. Co klasa, to klasa!

Trzecią część tego horroru otwiera akordeon, który buduje ambientowy, ale gęsty, niemal smolisty flow. Perkusjonalia drżą, klarnet ciężko oddycha. Zdaje się, że poziom post-industrialnego hałasu muzycy osiągają tu jeszcze szybciej niż w poprzednich epizodach. Młoty pneumatyczne, uszkodzone trafostacje, zardzewiałe suwnice przemysłowe. Po szóstej minucie następuje mimowolne uspokojenie - mamy wrażenie, że na moment wyszliśmy z piekła wprost w objęcia czyśćca. Wszystko piszczy i zgrzyta na wydechu. Pulsacje, ambientowe drony i post-mechaniczne obcierki na werblu. Koniecznie trzeba to zobaczyć, by uwierzyć! W okolicach dziesiątej minuty poziom hałasu znów sięga nieba, ale brzmienie całości wydaje się być bardziej selektywne - jesteśmy w stanie wskazać, jaki instrument jest odpowiedzialny za poszczególne frazy. Opowieść nabiera teraz free jazzowej ekspresji, sięga kolejnej ściany dźwięku, by po upływie kwadransa wystudzić się i z gracją powrócić do świata żywych. Akordeon teraz dyszy, jak zepsuty silnik elektryczny, perkusyjne pałeczki delikatnie stukają o krawędź werbla, a klarnet szumi coraz zimniejszym powietrzem. Improwizacja umiera w pozycji stojącej.


 

 

piątek, 11 listopada 2022

Oud Klooster and Driven in Paradox! Two quintets of a perfect three!


Dziś zapraszamy na dwie kwintetowe improwizacje pełne emocji, jakości i cudownych dźwięków, obie nagrane tegorocznej wiosny - jedna w kameralnym miejscu i w takim chwilami nastroju, druga na wielkim festiwalu i z całą mocą free jazzowego kombo! Obie formacje łączy trójka muzyków, których na tych łamach uwielbiamy, i których niemalże każda aktywność jest tu komentowana. Oba kwintety uzupełniają zaś muzycy, których także obdarzyć możemy wyżej wspomnianymi atrybutami. Zatem sami swoi, świetna muzyka i buchające emocje! Czegoż chcieć więcej!



Oud Klooster

Na dobry początek Webster na barytonie, Verhoeven na kontrabasie, Serries na gitarze akustycznej, tu w towarzystwie Škrijelj na akordeonie (bez elektroniki!) i Malmendiera na instrumentach perkusyjnych!

Otwarcie seta zdaje się być wyjątkowo tajemnicze - baryton prycha, wokół coś szumi i szeleści, być na może na werblu poruszają się jakieś przedmioty, struny drgają, ale wielu dźwięków jedynie się domyślamy. Muzycy formują dronową kołysankę – saksofon i akordeon szlifują długie frazy, smyczki snują post-barokowe, brudne westchnienia, a rola perkusjonalii sprowadza się do subtelnych zdobień i matowych świecidełek. Kameralny nastrój raz za razem zakłócają tu intrygujące dźwięki z akordeonu. Muzycy gadają ze sobą, szczerzą do siebie zęby, szukają zaczepki. Narracja faluje, nadyma się, albo chowa pod dywanem. Baryton ma w tej grze przewagę masy, czasami z niej korzysta, ale demokracja jest tu bezsprzecznie ustrojem panującym. Niebawem ze strony perkusjonalii nadchodzi pierwszy zwiastun jakiejś struktury rytmicznej. W aurze akordeonowych psot i strunowego piłowania, w okolicach 12 minuty, opowieść tłumi się do poziomu onirycznych plam dźwiękowych. Improwizacja klecona z drobnych akcji, także w formie pytań i odpowiedzi, tudzież garści preparacji kontrapunktowanych czystymi frazami gitary, dość szybko przekształca się w energiczny strumień fonii, niesiony mocą barytonu i urodą smyczka. Droga na ewentualny szczyt zostaje jednak zaniechana, muzycy bowiem zdają się teraz tonąć w oparach zimnego powietrza.

Tymczasem mija 20 minuta i czas budować nowy wątek. Kontrabas, po raz pierwszy w wyraźnym trybie pizzicato, jednoczy siły z gitarą, która frazuje gramaturą post-jazzu. Na stronie prycha baryton, dzięki czemu cała opowieść pęcznieje niczym ciasto na pizzę. Pojawia się także rytm delikatnie sugerowany przez perkusyjne szczoteczki. Muzycy kierują się na szczyt, ale ich szlak zdaje się wieść okrężną drogą. W końcu, w okolicach 27 minuty improwizacja definitywnie hamuje wprost w objęcia onirycznej ciszy. Przed nami fragment wyjątkowej urody – wszystkie przedmioty na scenie zaczynają ze sobą rezonować. Owa huśtawka nastrojów sprzyja formowaniu się narracji w gęsty dron, który nadyma się przez kilka chwil, po czym przekształca w nowy wątek narracyjny. Teraz opowieść bazuje na strumieniu dźwięków płynących z barytonu i akordeonu, nie bez drobnego wsparcia perkusjonalii, z intrygującymi, post-industrialnymi naleciałościami. Swoje trzy grosze raz za razem dokłada aktywny akordeon, który zaczyna pulsować elektroakustycznym zgiełkiem. Siedem minut przed końcem nagrania niektóre frazy zdają się znamionować rozpoczęcie fazy finalizacji. Małe preparacje gitary i perkusjonalii, oddechy kontrabasu i barytonowe pulsacje. Ostatnie rozdanie wydaje się być jednak wyjątkowo nerwowe, rozedrgane, z drobinami ekspresji na werblu. Opowieść zaczyna przygasać po tym, jak uformuje się w dron. Na jego powierzchni ostatnie dźwięki, jakże śpiewne, należą do barytonu i wciąż bardzo aktywnego akordeonu.



 

Driven

Drugi kwintet, to Webster na alcie, Verhoeven na fortepianie, Serries na amplifikowanej gitarze, tym razem w towarzystwie Almeidy na kontrabasie i Govaerta na perkusji!

Koncert inicjują czarne klawisze i plejada short-cuts płynąca z pozostałych źródeł dźwięku. Narracja z drobiazgów lepi się w zwarty szyk bojowy niemalże w ułamku sekundy. Kontrabas burczy, perkusja rysuje na poły dynamiczne pętle, a reszta nie traci czasu na niuanse dramaturgiczne. Free jazzowa kipiel staje się udziałem muzyków już po kilku minutach. Gęsty strumień fonii płynie tu całą szerokością niemałej sceny, zapalczywy, niesiony na barkach wyjątkowo energetycznego drive’u basu. Pierwszy szczyt zostaje osiągnięty z gracją baletnicy, po czym improwizacja studzi się przy dźwiękach gitary i inside piano. Faza leniwych preparacji, jakby od niechcenia, pozwala muzykom dość szybko zebrać siły do budowania drogi na kolejny szczyt. Smyczek na gryfie kontrabasu brzmi tu szczególnie efektownie, saksofon kołysze się na lekkim wietrze, a na werblu zdaje się rodzić nowa dynamika. Ten wątek koncertu gaśnie dość niespodziewanie ledwie po kilku nawrotach. Tym razem improwizacja zdecydowanie kluczy już mrocznymi zakamarkami. Trochę zabawy w call & responce, trochę nucenia pod nosem i kilka głębszych oddechów. Na froncie narracji pojawia się piano, obok kroczy gitara i małe perkusjonalia. Nowe rozdanie syci się pewną melodyką, a także strzępami post-rockowej ekspresji. Muzycy znów potrzebują kilku sekund, by powolną ekspozycję zamienić w rwący potok lawy. Ten fragment koncertu zdaje się osiągać intensywność godną każdej reedycji brotzmannowskiego Machine Gun! Szczyt wydaje się tu być wyjątkowo ognisty, a wychodzenie z niego dalece nerwowe, szarpane, jakby energia kinetyczna kombo nie pozwalała na zbyt proste hamowanie. W końcu muzyków spotyka grad oklasków, co sprawia, iż muszą definitywnie przystanąć, a za moment wszystko budować od nowa. Przy okazji odnotowujemy środek koncertowej rzeczywistości.

Nowe otwarcie spada na barki gitary i saksofonu. Sporo subtelności dodaje tu kontrabas. Pojawia się dawno niesłyszany smyczek. Piano w trybie inside syci improwizację dodatkową porcją tajemniczości. Wraca perkusja i zaczyna tworzyć dynamiczne zręby nowej opowieści. Tym razem droga na szczyt zostaje efektownie wydłużona, głównie dzięki posuwistym ruchom post-barokowego smyczka. Podobnie zachowuje się saksofon, mimo, iż reszta załogi rwie włosy z głowy i nie może doczekać się ekspresyjnej wolty. Dość niespodziewanie pianistka przenosi się na klawiaturę, a kontrabasista wpada w tryb pizzicato. Narracja tylko w trio (z perkusją) zaczyna swingować i nabierać dodatkowej dynamiki. Rozbudowana ekspozycja piana zachęca do powrotu saksofon i gitarę. Kwintet w pełnym rynsztunku w kilka chwil osiąga stan wrzenia, jaki nie był jeszcze jego udziałem tego wiosennego wieczoru. Po osiągnięciu szczytu narracja najpierw traci intensywność, a dopiero potem gubi tempo. Kolejna burza oklasków ucisza tu wszystkich, poza drummerem. Ten ciągnie narrację dalej, przy okazji powraca smyczek, a z tuby saksofonu zaczynają lać się porcje gorącego powietrza. Inside piano i rozkojarzona gitara sprzyjają formowaniu się finałowego drona. Końcowe zagęszczenie realizowane jest na dużej swobodzie, ze sporą przestrzenią pomiędzy dźwiękami. Koncert staje ostatecznie w płomieniach, po czym kompulsywnie gaśnie wprost w kolejną porcję burzliwych oklasków.

 

Colin Webster/ Dirk Serries/ Emilie Škrijelj/ Martina Verhoeven/ Tom Malmendier Oud Klooster (Raw Tonk Records, CD 2022). Colin Webster – saksofon barytonowy, Dirk Serries – gitara akustyczna, Emilie Škrijelj – akordeon, Martina Verhoeven – kontrabas oraz Tom Malmendier – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Oud Klooster, Brecht, Belgia, 5 maja 2022. Jeden trak, 44:56

Martina Verhoeven Quintet Driven - Live At Roadburn Festival 2022 (Klanggalerie, CD 2022). Martina Verhoeven – fortepian, Gonçalo Almeida – kontrabas, Onno Govaert – perkusja, Dirk Serries – gitara oraz Colin Webster – saksofon. Nagranie koncertowe, Roadburn Festival 2022, Paradox, Tilburg, Holandia, 24 kwietnia 2022. Jeden trak, 49:31



piątek, 23 września 2022

The September Round-up: Land Over Water! Aumbrambama! The Kort'dakian Crisis! Sources! Fu-Rin-Ka-Zan! To Live and Breathe! Legacies for Our Grandchildren! Aarhus!


Wrześniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt z muzyką improwizowaną przed nami! Dziś, jak na nasze kanony, dużo w niej będzie jazzu, zarówno tego swobodnego, bez ram stylistycznych i ograniczeń w zakresie ekspresji, jak i tego, który chwilami sięgać będzie do swych korzeni i posiłkować się main-streamową estetyką. Tym razem unikniemy szczególnie bolesnych eksperymentów, choć w zestawie nie zabraknie niespodzianek, takich jak choćby obecność w elektroakustycznej improwizacji legendy amerykańskiej i europejskiej sceny hip-hopowej. Będą nagrania bardzo świeże, ale także kilkuletnie, a na końcu opowieści nawet takie, które na swą premierę czekały kilkadziesiąt lat!

Pośród ośmiu omawianych dziś albumów aż pięć wydano we Francji – czekają na nas podwójne nowości z naszych zaprzyjaźnionych labeli Circum-Disc i Dark Tree, a także jedna z eksperymentalnego eux sæm.

Zaczniemy od dwóch swobodnie improwizowanych ekspozycji, które free jazz mają posadowiony z tyłu głowy – odpowiednio z Holandii i Polski. Potem rzeczony pięciopak francuski, bardzo różnorodny estetycznie, z kilkoma gorącymi, współczesnymi nazwiskami, ale też nie bez udziału … amerykańskich weteranów free jazzu i anonsowanego wcześniej hip-hopu. Na finał zaś dzisiejszego zestawu samotny Walijczyk w barwach portugalskich, w nagraniach koncertowych z duńskiego Aarhus, popełnionych 35 lat temu, a wyszukanych na starych kasetach w pewnej zatęchłej piwnicy.



 

Hugo Costa, Raoul van der Weide & Onno Govaert  Land Over Water (Creative Sources, CD 2022)

Rotterdam, Noorse Kerk (koncert), Okapi Recordings (studio), czas nieznany; Hugo Costa – saksofon altowy, Raoul van der Weide – kontrabas, obiekty perkusyjne oraz Onno Govaert – perkusja. Cztery improwizacje, 41 minut.

Portugalski saksofonista, którego znamy z kilku mniej lub bardziej hałaśliwych odmian improwizacji (choćby Albatre, czy Anticlan), od pewnego czasu gustuje także w akustycznych, open jazzowych wystąpieniach. Na najnowszej płycie do tria dobrał sobie wybitnych muzyków z Holandii, dzięki czemu mógł na koncertowych i studyjnych rejestracjach pozwolić sobie na pełną swobodę kreacji, mając pewność, że efekt całości, tak czy inaczej, będzie wyjątkowo wartościowy. Album składa się dwóch rozbudowanych improwizacji (w tym jednej koncertowej), dwuminutowego interludium i kilkuminutowej, dość kameralnej ekspozycji na zakończenie.

Na początek rzeczony koncert i ponad osiemnaście minut swobodnego free jazzu. Kilka pierwszych przebiegów realizowanych jest dość spokojnie, z odrobiną elektroakustycznych wtrętów kontrabasisty. Przywołany free jazz zdaje się być dla muzyków nade wszystko drogowskazem, a nie celem samym w sobie. Nim muzycy dojadą tu na końcowy szczyt, bawią się w rezonujące subtelności, saksofonowe półmelodie na dużym wydechu i całą masę kontrabasowych wspaniałości. Portugalczyk zostawia Holendrom dużo miejsca na scenie, a ci rewanżują się mocą jedynie udanych wyborów. Druga, szybka narracja odbywa się już w okolicznościach studyjnych, a składa się na nią intro kontrabasu, trochę perkusjonalnych akcji saksofonowych dysz i drummingowe stemple jakości. Trzecia improwizacja, to znów kilkunastominutowa beauty impro drama! Na starcie szum z tuby, rytmiczne podrygi kontrabasu i perkusji, dające silną inspirację do polirytmii, pełnej fikuśnych, połamanych dysharmonii. Kolektywną narrację zdobi solo drummera i zmysłowe pogwizdywanie kontrabasisty. Tu także free jazz z subtelnościami efektownie nabiera tempa i śle nam moc brawurowych pozdrowień. Sześciominutowy finał albumu budowany jest na kontrabasowym smyczku, saksofonowych, długich pasażach i bystrych kontrapunktach drummera. Kameralna, niemal post-barokowa ekspozycja systematycznie pęcznieje, a na koniec pachnie wyjątkowo zrelaksowanym Aylerem.



 

|fontAnna|, Michał Giżycki & Piotr Dąbrowski  Aumbrambama (Torf Records, DL 2022)

Poznań, Kołorking Muzyczny, 23 lutego 2022; |fontAnna|- głos i obiekty, Piotr Dąbrowski – perkusja kieszonkowa i głos oraz Michał Giżycki – saksofon sopranowy i klarnet basowy. Trzy improwizacje, 36 minut.

Czwarta płyta poznańskiego labelu Torf trzyma zdumiewająco wysoki poziom swoich poprzedniczek, i jak one, zdaje się być dalece rożna od pozostałych albumów w zestawie. Jakość i różnorodność, to cechy edytorskiego katalogu, które nie zawsze idą w parze, zwłaszcza, gdy w każdej rejestracji pojawia się dęty śpiew szefa wydawnictwa. Aumbrambama przeczy tym obiegowym opiniom, to bowiem album niosący nas przez całe 36 minut naprawdę wysokim wzgórzem. A jej podstawowe atrybuty pięknie konsumują trzy słowa w języku Szekspira - ritual fire music! Emocje, brzmieniowa wrażliwość i wybuchowy temperament perkusisty (używającego także głosu), ponadgatunkowej wokalistki, wreszcie zmysłowego saksofonisty i klarnecisty.

Początek sesji należy do pocket drummera, który buduje polirytmiczną fakturę bogatym bukietem perkusjonalnych świecidełek i ewidentnie dalekowschodnim posmakiem. W ów potok fonii z łatwością wkleja się saksofon sopranowy, który jednym oddechem nadaje improwizacji odpowiedni poziom ekspresji, a drugim wciąga ją na wysoki szczyt i śle stamtąd bogobojne pokłony. Po kilku minutach w tej efektownej strudze emocji pojawia się wokalistka, która najpierw mantruje, a potem śpiewa w nieznanym języku. Na starcie drugiej improwizacji muzycy sytuują się bliżej ciszy, a dźwięki otwarcia znów płyną z perkusjonalii. Głos tym razem jodłuje, a potem skomle o łyk zimnej wody. Tymczasem na scenę wtacza się klarnet basowy, który jasno daje do zrozumienia, że najbliższe chwile nasycone będą jego nisko brzmiącą ekspresją. Najpierw zabiera w podróż wokalistkę, potem porywa do lotu nerwowy drumming. Opowieść w środkowej części błyskotliwie przygasa, a jej odbudowa znów liczyć może na emocje klarnetu, wspieranego kocim mruczeniem pozostałej części załogi. Trzecia improwizacja w dużej części tkana jest z drobnych, zagubionych fraz. Oto narracja leniwych i wzdychających improwizatorów, którzy szukają drogi na kolejny szczyt, ale wciąż uroczo zbaczają z obranej ścieżki. Rozhuśtana, melodyjna, jakże śpiewna opowieść dociera do kresu po kilkunastu minutach. To, w jaki sposób gaśnie, raz jeszcze dowodzi kunsztu tej trójki szaleńców.



Mike Ladd, Emilie Škrijelj & Tom Malmendier  The Kort'dakian Crisis (eux sæm, CD 2022)

Mulhouse, Météo Music Festival, La Filature, 27 sierpnia 2021; Mike Ladd – głos i poezja, Emilie Škrijelj – akordeon, turntable, elektronika oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 42 minuty.

Francusko-belgijski duet, który używa także nazwy własnej Les Marquises, znamy w tym gronie dość dobrze, z kolei amerykański poeta, głos zbuntowanego pokolenia z przełomu millenium, w periodykach poświęconych muzyce improwizowanej bywa nie zbyt często. A to błąd! Czyż bowiem jego fantastyczne produkcje awangardowego hip-hopu, te czynione już po tej stronie Wielkiej Wody, choćby w ramach sublabelu Biga Dada Recordings, nie niosły ze sobą pierwiastka improwizacji? Mniej zorientowanych odsyłamy do nagrań sprzed 20 lat, a wszystkich zapraszamy na koncert elektroakustycznego akordeonu, perkusji i zmysłowego głosu poety, w brzmieniu których nie sposób nie doszukać się wpływu takich formacji, jak choćby legendarne The Infesticons!

Od pierwszej sekundy koncertu artyści budują bogaty flow, który urokliwie lepi się z progresywnego, gęstego drummingu, elektronicznej magmy soczystych, syntetycznych wymiocin i głosu, który kaznodziejskim tembrem sypie w nas słowami, metaforami i prawdami objawionymi. Paleta możliwości okablowanego akordeonu wydaje się nie mieć tu granic - artystka pełni rolę dj-a, który sypie zjawiskowymi, chwilami naprawdę zadziornymi i zgrzytliwymi frazami. Także możliwości akustycznych brzmień perkusji i głosu zdają się być nad wyraz bogate. Narracja równie efektownie prezentuje się w fazie dynamicznej, jak i w strefie spowolnienia. W tej drugiej opcji dostajemy się w wir niemal akustycznych subtelności, a świetną robotę wykonuje poeta, który niczym wytrwany aktor teatralny dostosowuje tembr głosu i tempo wypowiedzi do sytuacji scenicznej. Ten ostatni potrafi też zamilknąć i dać sygnał do zmiany sposobu budowania narracji (choćby w okolicach 14 minuty). Po kolejnych dziesięciu minutach dostajemy się w wir turntable’idalnych popisów Emilie, czynionych w momencie, gdy jej partnerzy ewidentnie gaszą poziom ekspresji. Ostatni kwadrans koncertu przynosi jeszcze więcej smaczków. Zestaw perkusyjny Toma dwukrotnie wpada w intensywny rezonans, bardzo podobać się może także moment, w którym narracja robi się wyjątkowo cicha, niemal oniryczna, a plastry żywego akordeonu stają się wyjątkowo urokliwe. Finałowe kilka minut, to bystra droga na szczyt, którego osiągniecie zwiastuje krzyk Mike’a, a potem rzęsiste oklaski publiczności.



Abdou & Boni  Sources (Circum-Disc, CD 2022)

Lille, la malterie, 21-23 grudnia 2020; Sakina Abdou – saksofon i flet oraz Raymond Boni – gitara. Dziewięć improwizacji, 33 minuty.

Kolejne spotkanie międzypokoleniowe! Młoda adeptka zaawansowanych technik wydobywania dźwięków z instrumentów dętych drewnianych oraz gitarowy mistrz, prawdziwy weteran sceny francuskiej, co to bystre improwizacje grywał z Joe McPhee cztery i więcej dekad temu. Spotkanie tej dwójki charakteryzuje pewien wzajemny dystans, tak międzypokoleniowy, jak i po części estetyczny. Z jednej strony dużo szacunku, ale z drugiej wiele ochoty, by z tego spotkania powstało naprawdę coś wartościowego. Abdou mniej niż zazwyczaj preparuje, nie używa swojego recordera, z kolei Boni sypie z rękawa tysiącami pomysłów, bywa nienośne post-klasyczny, ale gdy kosa trafi tu na kamień, improwizacja iskrzy podniebnymi fajerwerkami. Tak dzieje się choćby w opus magnum tego krótkiego albumu, w przedostatniej improwizacji.

Wspomniany na wstępie wzajemny szacunek zdaje się determinować artystów zwłaszcza w dwóch pierwszych improwizacjach. Sporo tu czystych fraz i raczej mniej zadziornych interakcji. Jak się okazuje, od współczesnej awangardy do francuskiej klasyki gitarowej nie wiedzie aż tak daleka droga. Trzecia i czwarta odsłona, to pierwsze perełki w zestawie. Muzycy pracują blisko ciszy, serwują nam plejady filigranowych fraz, stosując nieco mniej konwencjonalne rozwiązania. Abdou sięga pierwszy raz po flet, oboje nie stronią od drobnych preparacji. W kolejnych dwóch opowieściach muzycy ślą nam trochę melodii, garść jazzu i pewną taneczną dostojność, jakby dawali nam chwile wytchnienia przed tym, co na ich albumie definitywnie najciekawsze.  W siódmej odsłonie powraca flet, a gitara sypie brudnymi dźwiękami. A tuż potem zapowiadany skok jakości! Zabrudzone, metaliczne wyziewy gitary, mroczne oddechy saksofonu i intrygujący suspens dramaturgiczny. Zmiana goni tu za zmianą. Tuba śpiewa, charczy i syczy, a gitara stroi bardzo nisko. Emocje pną się ku górze i zgrabnie finalizują opowieść. Album kończy ballada, która zdaje się konsumować wszelkie ambiwalencje, jakie zrodziły się w głowie recenzenta. Choć nie brakuje w niej stylowych, dętych kantów i zadziornych westchnień.



Le Trio Voyageur  Fu-Rin-Ka-Zan (Circum-Disc, CD 2022)

Miejsce i czas nagrania nieznane; Ludovic Montet – wibrafon, instrumenty perkusyjne, głos i kompozycje, Stefan Orins – fortepian i głos oraz Charles Duytschaever – perkusja i głos. Osiem utworów, 48 minut.

Fu-rin-ka-zan, to prawdopodobnie zbitka japońskich słów określających wiatr, las, ogień i góry. Album o tym tytule jest zaś rodzajem pamiętnika francuskich muzyków z podróży po Japonii. To zbiór bystrych, jazzowych kompozycji, które śmiało zaliczyć może do tzw. nurtu głównego, ubranych w zgrabną melodyki, doposażonych w zwinne, nieprzegadane improwizacje i dalece chill-outowy klimat, przynajmniej w percepcji miłośników zgrzytliwych i bolesnych wojaży free impro. Zestawienie wibrafonu, niepreparowanego fortepianu i perkusji może sugerować ocean słodyczy, ale zapewniamy, iż artyści potrafią tu pokazać czarci pazur!

Dwie pierwsze kompozycje tyczą nam szlak, po którym podążać będą artyści. Smukły jazz bez pretensji do nieomylności, budowany niemal z baletową gracją. Piano i wibrafon czynią tu honory solistów, ale ich eskpozycje dobrze komponują się z kolektywnym charakterem narracji. Muzyka do tupania nogą i śpiewania, ale także do niezobowiązującej refleksji. Trzecia opowieść przybiera szaty ballady z bluesowym posmakiem, która po czasie łapie bakcyla dynamiki. Kończy ją solo perkusisty, który jest także jednym instrumentalnym aktorem kolejnego utworu. Tu niemal afrykańska polirytmia bogacona jest rytmicznymi okrzykami pozostałych muzyków, czynionymi w języku japońskim. Piąta część znów startuje z pozycji sweet song, ale nabiera wigoru, a kończy ją duet inside piano i perkusyjnych szczoteczek, budowany z dużą atencją emocjonalną. Z kolei szósta opowieść powstaje głównie na klawiaturze piana i wibrafonach powierzchniach płaskich. To przykład niemal post-klasycznej narracji. W przedostatniej części muzycy pokazują ów zapowiadany pazur. Dynamika, czarne klawisze w konwulsyjnym, rytmicznym tańcu i dużo dobrych emocji, wieńczonych zmysłową, tłumioną improwizacją. Album kończy samotnie wibrafonista. Jego delikatne, wręcz oniryczne frazy udanie reasumują całe nagranie.



Vinny Golia, Bernard Santacruz & Cristiano Calcagnile  To Live and Breathe... (Dark Tree Records, CD 2022)

Piacenza, Casa Spezia, 5 lutego 2017; Vinny Golia – saksofon sopranowy i flet piccolo, Bernard Santacruz – kontrabas oraz Cristiano Calcagnile – perkusja. Pięć improwizacji, 53 minuty.

Na foniczną dokumentację spotkania amerykańskiego saksofonisty, bezdyskusyjnego weterana gatunku i jego nieco młodszych, ale też pozostających w sile wieku kolegów - francuskiego kontrabasisty i włoskiego perkusisty - czekaliśmy długie pięć lat. To kolejny w dzisiejszej zbiorówce pokaz swobodnego jazzu, otwartego na wszelkie sugestie stylistyczne. Jeśli nie wtłaczamy włoskiego wydarzenia w ramy free jazzu, to jedynie dlatego, iż artyści kreują w trakcie niemal całego koncertu plejady dźwiękowych subtelności i dowodzą, iż w otwartej kameralistyce także mają dużo do powiedzenia.

Pierwsze cztery improwizacje, to zasadnicza część koncertu, podana w jednym strumieniu dźwiękowym. Na starcie wysoko zawieszony sopran, niskie pizzicato kontrabasu i aktywny drumming posadowiony gdzieś pomiędzy nimi. Śpiewna melodyka, żywy groove basu i sporo kreatywnego fermentu ukrytego wewnątrz narracji. Żywa, dynamiczna improwizacja, nieco filuterna, gdy wszystkie instrumenty zaczynają grać w wysokich rejestrach. Finał otwarcia kipi od emocji saksofonu, które gasić musi zwinny smyczek. Druga faza koncertu przenosi nas do przestrzeni bardziej kameralnej. Smutny saksofon i kontrabas, który decyduje tu niemal o wszystkim, wreszcie rezonujące talerze, które w końcowej fazie kradną show. W trzeci odcinek wchodzimy na barkach perkusisty, który buduje urokliwe expo dając sygnał, że i on może postawić nas do pionu jakością swojego frazowania. Narracja nabiera wigoru, gdy do gry wchodzą pozostałe instrumenty, oferując dobre emocje i kilka fajerwerków ze strony świetnie rozgrzanego drummera. W ostatniej części seta muzycy ponownie chyla się ku kameralistyce. Saksofon woli tu leniwie śpiewać, ale kontrabas i znów świetna perkusja macą flow i kreują świetne figury dramaturgiczne. Po oklaskach czas na encoreI Golia sięga po flet piccolo, Santacruz zaczyna na smyczku, potem sunie delikatnym pizzicato, a Calcagnile dodaje kilka perełek ze swojego coraz bogatszego zasobnika jakości. To być może nietypowe, ale zdaje się, że bis tego więcej niż dobrego koncertu jest jego najlepszą częścią.



Horace Tapscott Quintet  Legacies for Our Grandchildren - Live in Hollywood, 1995 (Dark Tree Records, CD 2022)

Hollywood, Catalina’s Bar & Grill, 19-20 grudnia 1995; Horace Tapscott – fortepian, Michael Session – saksofon sopranowy, altowy i tenorowy, Thurman Green – puzon, Roberto Miranda – kontrabas, Fritz Wise – perkusja oraz gość specjalny: Dwight Trible – wokal. Sześć utworów (różni kompozytorzy), godzina zegarowa.

Zgodnie z zapowiedzią preambuły tej zbiorówki cofamy się w czasie, w tym wypadku o skromne 27 lat. Na scenie znanej kalifornijskiej miejscówki dla fanów pełnokrwistego jazzu spotykamy legendę gatunku, pianistę, który w zgrabnym kwintecie serwuje nam sześć pure jazzowych kompozycji, zdobionych efektownymi, niekiedy wręcz free jazzowymi solówkami. Muzyka ta z perspektywy trzeciej dekady XXI wieku wydaje się dość oczywista i przewidywalna, ale z drugiej strony, czy ktoś potrafi dziś grać jazz środka na takim poziomie kreatywności?

Koncert z Hollywood składa się z dwóch, przeplatających się wątków. Nieparzyste tematy zdają się tu stanowić esencję jakości – dwie pierwsze, to kompozycje Tapscotta, ta trzecia, to utwór Milesa Davisa. Świetnie ze sobą współgrają stylistycznie - melodyjne, ale twarde tematy, niebywały groove kontrabasu, który trzyma flow od pierwszej do ostatniej sekundy i wyjątkowo smakowite solówki saksofonu i puzonu. Sam pianista trzyma się tu trochę z boku, pełni rolę strażnika jakości wykonania kompozycji, a gdy już rusza w tango ze swoją ekspozycją solową, bywa wystudzony, niekiedy stanowiąc dysonans dla śpiewnego tematu i harcujących dęciaków. Choć tematy pianisty budzić winny szacunek (jakże precyzyjne aranże, które stymulują emocje na scenie!), to trzeba oddać królowi, co królewskie. Temat Davisa, to top tego koncertu - dynamiczny, nasycony połamanymi synkopami i świetną robotą drummerską. Utwory parzyste, z pespektywy recenzenta, mogłyby w ogóle nie znaleźć się na tym albumie. Pojawia się w nich wokalista, a tematy stanowią afroamerykańskie spirytualsy. Rodzaj hołdu dla korzeni jazzu i czarnej kultury nie budzi naszych wątpliwości, te wynikają raczej z przesłodzonej estetyki piosenek, jakie serwuje nam kwintet +1. Honoru parzystych kompozycji broni finałowa ballada, którą zdobi świetny step pianisty i rozśpiewane frazy saksofonu sopranowego.




Steve Hubback  Aarhus (Colectivo Casa Amarela, Kaseta/ DL 2022)

Aarhus, 1987; Steve Hubbach - perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika. Dwa utwory (prawdopodobnie fragmenty dwóch koncertów), 45 minut.

Walijski perkusista, aktywny na scenie improwizowanej od zamierzchłych lat 70. ubiegłego stulecia, odkrył w trakcie pandemii zbiór starych kaset ze swoimi solowymi koncertami z roku 1987. Z obszernego materiału dało się wykroić dwie strony kasety, zachowując przyzwoitą jakość brzmienia (choć klejenia taśmy są słyszalne). Muzyk w trakcie tych występów udanie korzysta z elektroniki, a w procesie improwizacji skupia się na czystym drummingu i raczej nie winniśmy oczekiwać od niego stosowania rozszerzonych technik wydobywania dźwięków z werbla, tomów, czy talerzy.

Pierwsza strona kasety składa się z trzech podepizodów. Początek tworzony jest na plamie ambientu, po której urokliwie ślizga się circle drumming, silnie doposażony w pogłos. Muzyk incydentalnie do kotła dźwięków wrzuca elektroniczne zgrzyty, ale szczęśliwie dość szybko porzuca ten rodzaj aktywności. Druga część budowana jest wyłącznie na perkusji i po prawdzie nie przynosi nic szczególnie ekscytującego. To jedynie wystudzone emocje powtórzeń i zgranych, perkusyjnych grepsów. Mały ambient powracana na koniec seta i narracja od razu zyskuje na jakości. Druga strona kasety też klei się z trzech wątków i wydaje się być dużo ciekawsza. Pierwsza odsłona jest pure drummingowa, ale skoncentrowana na drobiazgach, pełna brzmieniowych smaczków i niebanalnej dynamiki. W części drugiej pojawia się soczysty ambient, który po kilku pętlach narracyjnych przechodzi z pozycji tła to roli pełnoprawnego kreatora improwizacji. Przez moment słyszymy chór kościelny, który kontrapunktowany jest dość agresywnym bębnieniem. Wreszcie sam finał strony i kasety, definitywnie najbardziej intrygujący w zestawie. Muzyk sięga po bliżej nieokreślony w albumowym credits instrument strunowy. Posiłkując się elektronicznym tłem buduje doskonałą ekspozycję. Najpierw szarpie za struny, potem prowadzi na nich drummingową narrację. Zakończenie skrzy się ciekawymi frazami, metalicznym echem i niemal oniryczną poświatą.

  

 

piątek, 3 czerwca 2022

Weil, Scemama and Malmendier as Masked Pickle in 7th heaven!


Muzyka improwizowana w dobie post-pandemicznej ma się tak dobrze, jak nigdy dotąd! Płyty rodzą się jak grzyby po deszczu, do tego w takich ilościach, iż wydawcy nie nadążają z kleceniem informacji prasowych, a recenzenci z barwnym opisywaniem nowych dźwięków. A ten biedak na końcu łańcuszka pokarmowego, wytrawiony kosmiczną inflacją miłośnik free impro doprawdy już nie wie, w co ucho wetknąć!

Wschodnioamerykański label Relative Pitch Records (już całkiem wspaniały katalog w ujęciu historycznym!) doskonale przykłada rękę do wyżej wymienionej sytuacji. Prezentuje nam nowości niemal jedna za drugą, nie ustając, choćby na moment, w dostarczaniu bystrych, niebanalnych produkcji. O płytach labelu piszemy często, a taką solową płytą Marty Warelis zachwycaliśmy się na tych łamach nie dalej, jak kilka tygodni temu. Dziś przed nami garść ciepłych słów o kolejnej nowości RPR, a już w kolejnym tygodniu cały pakiet nowości serwowany w jednej zwinnej opowieści Pana Redaktora. Ale nim ta ostatnia nastąpi, bez zbędnej zwłoki, bo weekend za pasmem, przenosimy się do Holandii, by posłuchać całkiem świeżego tria Masked Pickle na głos, elektryczną basówkę i bystrą perkusję. Welcome!

 


Połączenie wytrawnego, niemal mintonowskiego głosu (kobiecego!) z post-rockową, psychodeliczną, permanentnie improwizującą basówką w zwinnych rękach kolejnej kobiety i smakowitego drummingu faceta, którego rozwój artystyczny śledzimy z zapartym tchem, musi stanowić mieszankę prawdziwie piorunującą! I choć kilka momentów tego szalonego tripu rodzi pewne pytania o kierunek dalszej podróży, to nie sposób o płycie zwanej Siedem nie pisać w niemal samych superlatywach.

Na otwarcie kilkunastominutowa, gęsta od pomysłów rozbiegówka! Najpierw głos w formie beat boxu, przyłapany w momencie pałaszowania klusek z tłustym sosem. Obok szumy i szmery z werbla, wynoszące ku górze piskliwe frazy basówki. Wokalistka pracuje w bardzo szerokim spektrum, od pisku, przez półśpiew, aż do krzyku. Równie szeroką paletę możliwości prezentuje precyzyjna operatorka basu, swobodna w ruchach, niezwykle emocjonalna na poziomie kreacji. Podczas improwizacji jej instrument potrafi brzmieć jak gitara, ale gdy strzela ostry, sfuzzowany kontrapunkt tuż nad ziemią, już wiemy, że to jednak bas. Wreszcie perkusista - czasami pozostaje w tle, dobrze dopowiada kwestie, ale gdy ma swoje kilka sekund, krew i pot ciekną ze ścian studia nagraniowego. Narracja tria bazuje na ekspresji, ale zdaje się być nad wyraz precyzyjna. Bywa nieco wulgarna w dynamicznym tempach, bywa ambientowo zawieszona, gdy szuka nieistniejącej ciszy. Brzmienie całości wydaje się być dość brudne i nie zawsze selektywne (bas potrafi zawładnąć tu całą przestrzenią foniczną jednym ruchem cyngla!). Ów spektakl ma w sobie wiele z rockowego, wręcz punkowego koncertu w zadymionym bunkrze. Twarde, kanciaste frazy płyną tu niekiedy razem z obłymi warstwami post-hałasu.

Z otwarciem poprowadzonym z wysokiego C dobrze korelują kolejne, nieco spokojniejsze i krótsze opowieści. Drugą improwizację rozpoczynają basowe preparacje, czerstwe i gęste od potu. Obok turla się nerwowy, rwany step perkusji. Dla przeciwwagi głos śpiewa sobie do porannej kawy i przeciąga się jak kot. Ekspresja czai się jednak za rogiem i nie karze długo czekać na siebie. Narracja łyka rockowe tempo, a głos, ciągle w opozycji, zdaje się tu być odrobinę rubaszny. Na starcie części trzeciej basowe preparacje, sprzężenia i perkusyjne rezonanse przybierają na sile. Tempo wszakże ślimacze, pozwala odbiorcy skupić się na detalach brzmieniowych. Pulsacje, chrobotania, ale i szmery, tudzież szelesty. Wokalistka płucze gardło, a improwizacja szuka głównie mroku.

Czwarta historia powraca do beat boxu, a wszystko wokół zdaje się drżeć, nawet basowy wzmacniacz. Gitarowe pick-upy skomlą, deep drums szukają kolejnej warstwy dna. Głos, wciąż usytuowany na samym środku sceny, melorecytuje, parska i mruczy. Na gryfie basu same niespodzianki, na werblu cierpienie i znój. W efekcie narracja cudownie się piętrzy, po czym gaśnie przy wtórze urokliwego śpiewu. Piątą opowieść otwiera drummer. Obok bas z fuzzem śpiewa piosenkę. Wokal rodzi się na tym tle niczym porcja nowego życia – jodłuje i rży jak koń. Potem wszyscy schodzą do krypty, a po scenie zaczyna lać się woda, naprawdę dużym strumieniem! Całość lepi się w zmysłowy post-ambient zdobiony percussion. A woda wciąż się leje! Finałowa improwizacja trwa ledwie dwie minuty, a tworzą jak dziwne dźwięki powstające w cieniu szumiącego amplifikatora. Bas znów przypomina gitarę, a perkusista preparuje przedmioty na werblu. Głos raczej milczy, wszak powiedział już dziś wszystko!

 

Masked Pickle 7 (Relative Pitch Records, CD 2022). Clara Weil – wokal, Olivia Scemama – bas elektryczny oraz Tom Malmendier – perkusja. Nagrane w White Noise Studio, Holandia (czas akcji nieznany). Sześć improwizacji, 46:44.



piątek, 4 czerwca 2021

Yodok & Pupillo! Stratosphere! Scatterwound! Ringhof! D.L. & Lindholm! The Midira’s dark taste of spring!


Dziś zapraszamy do krainy mrocznego ambientu na spektakle dźwiękowe, które zdają się nie mieć konkretnego początku, a już na pewno nie mają definitywnego końca! Nie będziemy jednak chill-outować w wygodnym hamaku, tudzież raczyć się delikatnymi, młodzieżowymi używkami, raczej stawać będziemy w obliczu egzystencjalnych pytań o miejsce dźwięku w kosmosie i skutki cierpliwego powtarzania fraz aż do ich nieistniejącego końca.

W części przypadków pozostawać będziemy w orbicie muzyków dobrze nam znanych. Przypomnimy sobie, iż nasza ulubiona formacja improwizowanego dark ambientu – Yodok – ma także swoją wersję prymalną, niezakładającą w niej udziału belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa. Tego ostatniego spotkamy jednak na kolejnej płycie, gdzie będzie istotnym Kolaboratotem muzyka ukrywającego się pod pseudonimem Stratosphere. Będzie nim także tajemniczy N, z którym zetkniemy się zresztą chwilę później, na kasecie, która zawiera najnowsze dzieło duetu Scatterwound. Duet ów tworzą zarówno rzeczony N, jak i wspomniany sekundę wcześniej Dirk Serries. Wreszcie na kilka chwil zanurzymy się w projektach, które zagoszczą na naszych łamach zdecydowanie po raz pierwszy, czym uroczo domkniemy prezentację pięciu wiosennych nowości niemieckiego labelu Midira Records.

Emocji zatem nie zabraknie! Uwaga, nie trzeba zakładać ciemnych okularów - z mroku egzystencji nie wyłonimy się choćby na ułamek sekundy!

 


Yodok & Massimo Pupillo  V (Midira, CD 2021)

Pisana po rzymsku Piątka, to studyjne spotkanie oryginalnego duetu Yodok (Kristoffer Lo – amplifikowana tuba i flugabone, gitara barytonowa oraz Tomas Järmyr - perkusja) i włoskiego basisty Massimo Pupillo, którego zapewne pamiętamy choćby z formacji Zu. Muzycy improwizowali przez niemal pełną godzinę zegarową, produkując nieprzerwany strumień dźwiękowy.

Rozciągnięta w czasie opowieść rodzi się w prawdziwych bólach kreacji, a wszystkie procesy introdukcyjne, aż po przecięcie pępowiny, trwają niemal dziesięć minut! Zaczynają amplifikatory, które szumią i syczą niewykorzystaną mocą. Potem pojawiają się pierwsze pasma ambientu, które niepokoją nastrojem i niemal stoją w miejscu. Pierwsze znaki życia zestawu drummerskiego, to połowa 8 minuty. Akcja właściwa zaczyna ślamazarnie wykluwać się ze skorupy cierpliwości dopiero w połowie 11 minuty, gdy od strony Lo coś zaczyna efektownie podśpiewywać (ach, ta jego tuba!). Po upływie kwadransa do ognia dolewa drummer, który rysuje pętle, ale także preparuje dźwięki. Garść usterkowych brzmień dodaje Pupillo, który jak na razie przysypia, a ciekawiej zaczyna frazować dopiero w połowie 21 minuty. Akcję napędza w każdym razie perkusja, bo ambientowe strumienie z dęciaków wciąż grzęzną w mule narracyjnym. Pojawiają się także tajemnicze dźwięki, które być może pochodzą z gitary barytonowej. Całość wszakże nabiera rumieńców, a moc zdaje się płynąć z każdej strony - bas szeleści brudnym fuzzem, czasami nawet sprzęga się, a perkusja trzyma wszystko w ryzach meta rockowej improwizacji.

Czyste, długie i kojące frazy ambientu pojawiają się na powrót dopiero w okolicach 37 minuty. Ten specyficzny stopping daje jednak sygnał do budowania kolejnego spiętrzenia, które osiąga swój szczyt ledwie po kilku minutach – tuba śpiewa, stopa perkusji bije jak serce wszechświata, a bas dudni dopełniając obrazu najlepszego momentu tego nagrania. W 50 minucie perkusja na kilka chwil milknie, ale towarzystwo nie zdejmuje nogi z gazu. Emocje rosną, drony niskiego i wysokiego rejestru przenikają się wzajemnie. Powrót perkusji wyznacza ostatni dziś atak mrocznych sił! Finałowe fajerwerki, to plejada dźwięków ze strony każdego muzyka, dźwięków, które krzyczą, ale i swobodnie zamierają. Ostatnia minuta drży post-ambientem i ciszą wygasłego drummingu.

 


Stratosphere  Collaborations II (Midira, CD 2021)

Edycja muzyki ambientowej często szczędzi nam szczegółów w zakresie czasu i miejsca powstania danego nagrania, jego trybu realizacji, a także danych personalnych samych artystów. Zatem, któż kryje się pod pseudonimem Stratosphere nie wiemy – być może produkuje on dźwięki wyłącznie za pomocą gitary, być może korzysta także z elektronicznego akcesorium. Dużo więcej wiemy o muzykach, których zaprosił na kolejną edycję swoich Collaborations. W utworze pierwszym wspomaga go kolejny muzyk-anonim Ashtoreth, który koncertuje się na produkowaniu ambientu z przetworzonej elektronicznie wokalizy (zapewne własnej). W drugim utworze pojawia się gitarzysta N, którego znamy m.in. ze współpracy z Dirkiem Serriesem. Ten zaś belgijski gitarzysta posadawia się na płycie w utworze trzecim i wraz z perkusistą Tomem Malmendierem, pozostanie na niej aż do końca. W ostatnim, piątym utworze słyszymy wszystkich artystów, jacy zaprezentowali się w poprzednich częściach, a także – na dokładkę – kolejnego naszego dobrego znajomego ze świata ambientu, gitarzystę Aidana Bakera. Pięć improwizowanych części trwa łącznie prawie 65 minut.

Pierwszą opowieść budują rozlegle strumienie czystego ambientu, udanie wchodzące w zwoje elektronicznie przetworzonego głosu, którego śpiewny flow ciekawie kontrapunktuje post-gitarowe frazy. W tej magmie chill-outu z czasem pojawia się pewien zgiełk niepokoju. W kolejnej części do bazowych fraz gospodarza nagrania dołącza drugi gitarzysta, zatem nie dziwi fakt, iż obaj muzycy budują narrację mnożącymi się wątkami gitarowymi. Epizod rozpoczyna basowy loop, a po kilku jego powtórzeniach całość nabiera odrobinę syntetycznego posmaku i zdecydowanie bardziej mrocznej aury. W ramach uroczych zdobień, na flankach słyszymy garść post-akustycznych dźwięków.

Począwszy od trzeciej części jakość ambientowych ekspozycji definitywnie rośnie, co jest efektem działań nowego gitarzysty, ale także, a może przede wszystkim, intrygujących improwizacji perkusisty, który buduje swoją opowieść akustycznymi frazami, dba o rezonujące talerze, czy generuje garść dźwięków preparowanych na suchej glazurze werbla i tomów. Mroczny nastrój nie opuszcza muzyków, improwizacja nabiera intensywności i w swojej końcowej fazie brzmi, niczym najlepsze wersje formacji Yodok III. Czwarta improwizacja zdaje się być na tle poprzedniczki znacznie łagodniejsza, kreowana dźwiękami zdecydowanie wyżej zawieszonymi. Sam drumming pachnie tu rockową piosenką bez tekstu, a basowe inkrustacje dopełniają obrazu. Szczęśliwie narastająca retoryka ambientu zagęszcza flow i wyrzuca ekspozycję poza nawias rockowych skojarzeń. Ostatnia część, grana już niezłą watahą muzyków, zaczyna się w niemal pogrzebowym tempie. Czyste i zabrudzone fale ambientu, blask talerzy, wokalna mgławica - wszystko to lepi się w strumień dźwięków, który z czasem wstaje z grobu, zaczyna gęstnieć i ponownie pachnieć yodokowym spleenem. Kilkunastominutowa improwizacja ma kilka faz, chwilami sprawia wrażenie, iż powoli zamiera, by na ostatniej prostej znów efektownie nabrać wiatru w żagle.

 


Scatterwound x Duane Pitre  CB (Midira, Kaseta 2021)

Duet gitarzystów – Dirk Serries i N – zagrał onegdaj pewien krótki, ale bardzo intensywny performance w belgijskim Merksem, w miejscu zwanym Zamkiem Bouckenborgh. Dokumentację tego wydarzenia fonicznego usłyszymy na pierwszej stronie kasety. Na drugiej zaś – miks owego koncertu, dokonany przez Duane’a Pitre. Całość odsłuchu nie zajmie nam więcej niż 33 minuty.

Gitarowy, dość grubo ciosany ambient tworzą tu dwa drony. Jeden, wysoko posadowiony, zdaje się stać w miejscu, drugi – mroczny, pełen kosmicznego brudu, pick-up’owych zniekształceń, nadciąga z daleka i raczej nie budzi przyjaznych reakcji. Oba pasma mroku nie zadają pytań i nie czekają na zbyteczne odpowiedzi – one kompulsywnie wyją post-gitarową transcendencją, niepozbawioną posmaku psychodelicznego rocka. Płyną niczym gęsta struga krwi, którą jedna gitara brudzi, drugi zaś stara się filtrować czystszymi frazami. Muzycy kreślą wyjątkowo długie pętle, a w tle budują delayami i przetwornikami prawdziwe piekielny background. Na finał flow łagodnie, rozlewa się w szersze koryta, ale to nie jest rodzaj odrodzenia, to jedynie powolne konanie.

Druga strona kaseta zdaje się ów ciężki trud dwóch gitarzystów od razu silnie skompresować, pozbawić oddechu i sprowadzić do wąskiej strugi syntetycznego, surowego post-ambientu. Całość wydaje się być wyjątkowo daleka od oryginału, stanowi raczej nową narrację zupełnie innego autora. W połowie seta coś delikatnie pulsuje, jak zepsuty mechanizm nieznanego urządzenia. Opowieść zdaje się wybrzmiewać, tracić moc, nabierać niemal dubowej poświaty. W końcu wydaje nam się, iż słyszymy pierwotne frazy gitar, ale umieszczone w takiej odległości od naszych receptorów słuchu, iż mogą one być jedynie złudzeniem.

 


Ringhof  Ballad For Heavy Lids (Midira, Kaseta 2021)

Przed nami kolejna anonimowa postać, Ringhof, która przy użyciu brzmień elektronicznych (wszakże nie bez posmaku naturalnych dźwięków) zabiera nas w intrygującą podróż po bezdrożach ambientu, opowieść uformowaną w jeden strumień dźwiękowy, acz podzielony na cztery części, które łącznie trwają około 35 minut.

Pieśń otwarcia budują fale czystego ambientu, które wykonują jakby drogę odwrotną w stosunku do reguł gatunku. Wraz z upływem czasu, z gęstego, wieloelementowego strumienia zaczynają wyodrębniać się jego poszczególne składniki, by na końcu pozostawić nam jedynie basową pulsację. Opowieść ma bardzo molowy, ale niezbyt mroczny nastrój i bazuje na wielokrotnych powtórzeniach. Kolejna część, do której docieramy bez chwili ciszy, zdaje się być bardziej mroczna, z czasem nabiera też bardzo syntetycznej intensywności. Nie stroni wszakże od blasku bardziej czystych fraz. Muzyk po raz kolejny stawia na szerokie spectrum możliwości brzmieniowych i form ambientowego frazowania – od czystego piekła po siarczyste niebo!

Trzecia część tej samej historii budowana jest zarówno przez basowe, matowe frazy, jak i błękitny niemal ambient. Wszystko tu funkcjonuje na zasadzie pewnego dysonansu brzmieniowego. Górne frazy płyną leniwie, środkowe i dolne pulsują. A na finał znów czeka nas mała dekonstrukcja, pewnego rodzaju rozwarstwienie dźwięków. Ostatni etap tej intrygującej podróży zaskakuje najbardziej - muzyk co rusz dostarcza nam dźwięki, które kojarzyć moglibyśmy z żywą akustyką. Coś pulsuje, ktoś ciągnie za struny, coś innego drży i skwierczy. Oto misterna pajęczyna syntetycznych brzmień, które szukają (udanie!) swych akustycznych korzeni. Ów konglomerat niespodzianek wieńczy fala czystego ambientu, głosząc swój niemal epicki triumf narracyjny. Ale … ostatni dźwięk zdaje się być prawdziwie gitarowy!

 


Jean D.L. & Otto Lindholm  Apophenia (Midira, Kaseta 2021)

Pod ostatnią dziś nowością wydawniczą Midiry podpisuje się dwóch muzyków, z których jeden częściowo ukrywa swoje dane personalne. O samym nagraniu wiemy jedynie tyle, iż powstało podczas trzech nocnych sesji (improwizowanych?), a muzycy używali w ich trakcie gitary i kontrabasu. Zbudowali dalece intrygujący konglomerat mrocznych soundscapes i dronowych pasaży. Podzieli go na siedem odcinków, które trwają łącznie 45 minut z sekundami.

Trzy apofoniczne kwadranse z misterną plecionką dalece fascynujących dźwięków zdają się idealnie reasumować nasze spotkanie z midirowym dark-ambientem. Na początek muzycy serwują nam mroczne pasma niemal czystego ambientu, ale dobywające się jakby z samego dna głębokiej krypty. Wokół bazowego strumienia fonii krążą półdźwięki, urywane frazy, sprawiające wrażenie, jakby źródłem ich pochodzenia były żywe, wręcz akustyczne instrumenty. Flow jest definitywnie wielowątkowy, niepozbawiony tajemniczych szumów i szmerów. W drugiej części słyszymy dźwięki strun basu i gitary. Brzmienie tej drugiej jest delikatnie sfuzzowane. W koniec tej części coś zaczyna podśpiewywać, jakby pijane skrzypce połączone zostały do prądu niewielkiej mocy. Kolejną narrację zdaje się tworzyć głównie gitara, ale jej dźwięk płynie w magmie post-industrialnych mikro hałasów. Opowieść pełna wątków i pomysłów narracyjnych gaśnie pojedynczym, akustycznym dźwiękiem.

Czwarty epizod budowany jest z drobnych, niemal akustycznych fraz, które rezonują ambientowym echem, a komentowane są szeptem, który dociera do nas z bardzo daleka. W piątej części powraca posmak industrialu. Gęste, post-gitarowe strumienie, małe sprzężenia, lejące się przez ręce z czerstwym delayem. W przedostatniej części bas sugeruje post-rockowe frazy, pracuje echo, a gitarowe pick-upy zdają się tańczyć w niemal dubowej poświacie. Utwór kończy cała plejada wysokich, dość kanciastych fraz. W zakończenie płyty powraca czysty ambient, ale znów stawia wiele znaków zapytania. Dubowy pogłos, a nim kawalkada rozśpiewanych dronów o różnej intensywności i chropowatości, która kończy się nagle, wraz z drastycznym wyrwaniem kabla z gniazda zasilania.