Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hein Westgaard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hein Westgaard. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2026

The June’ Round-up: Amado! Transition Unit! Xatarata! Westgaard & Maneri! Sonic Waves! Bagnasco! Safiullin! Devereaux! Kaučič & Cigana!


Najwyższy czas rozpętać czerwcową zbiorówkę recenzji! W tyglu ognistych recenzji równie groźnych improwizacji odnajdziecie dziewięć nowych albumów, jak zawsze z całego świata!

Zaczynamy bardzo jazzowo, po portugalsku - dwa konkretne ciosy nie bez udziału gości zagranicznych. A w dalszej kolejności - krakowski baryton zanurzony w latynoamerykańskiej elektronice, dwa wątki skandynawskie, pierwszy kameralny, drugi dronowo-ambientowy, spora garść gitarowych eksperymentów z różnych zakątków globu - akustycznych, elektrycznych, a nawet nieco bardziej hałaśliwych, bo z domieszką krwi japońskiej, wreszcie na finał tańce perkusjonalne z bliskiego południa Europy, co by ukoić nasze zszargane nerwy.

Zapraszamy do nieba i piekła muzyki improwizowanej!

  


Rodrigo Amado/ Joe McPhee/ Kent Kessler/ Chris Corsano Wailers (European Echoes Archive Series, CD 2026)

Namouche Studios, Lizbona, październik 2019: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy i altowy, bird water whistle (kanał lewy), Joe McPhee – saksofon tenorowy (kanał prawy), Kent Kessler – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja. Sześć utworów, 49 minut.

Kwartet This Is Our Language, który konsumuje wymienione w tytule recenzji nazwiska czterech wybitnych postaci sceny free jazzowej, to jedno z najciekawszych zjawisk gatunku drugiej dekady bieżącego millenium. Z racji wieku jednego z nich nie jest już aktywną formacją, szczęśliwie Amado, główny organizator tego przedsięwzięcia, doszukał się w swoich archiwach niepublikowanej wcześniej sesji kwartetu, jak miała miejsce siedem lat temu w najbardziej znanym lizbońskim studiu nagraniowym.

Na krążku odnajdujemy sześć utworów, które trwają od sześciu do dziesięciu minut. Klamrą nagrania jest dynamiczne, kwartetowe otwarcie z uroczymi dialogami tenorzystów i takież zakończenie z nutą aylerowskiej melodyki. W utworach pomiędzy formacja bardzo często rozbija się na tria w konwencji tenor plus sekcja rytmu, a utwór czwarty grany jest wyłącznie przez Amado, Kesslera i Corsano. Tu Portugalczyk inauguruje improwizację na gwizdku, a soczyste expo prezentuje wyjątkowo na saksofonie altowym. Co by się wszakże nie działo pod sklepieniem studia nagraniowego, jakość narracji i poszczególnych improwizacji budzić winna respekt każdego fana free jazzowych, ognistych przebieżek. Szczególnie dobrze udramatyzowany jest odcinek piąty. Otwiera McPhee, dołączą Corsano, potem szybka kontra Amado z Kesslerem na smyczku. W połowie ekspozycji intrygujące solo perkusisty, a potem wystudzony, prawdziwie kameralny finał osnuty wokół smutnej melodii.

  


Transition Unit Sheets of Sound (Phonogram Unit, DL 2026)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Belgia, grudzień 2024: José Lencastre – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 39 minut.

Portugalskie trio z nazwą własną powraca albumem, który zdaje się być nakierowany na publiczność kształconą w historii jazzu i swingu, nie koniecznie zaś w paradygmatach swobodnej improwizacji nasyconej adekwatną dawką ekspresji. Mimo wielkiego szacunku dla dokonań tych artystów, nie możemy zataić faktu, iż nowy album Transition Unit zanudził grono redakcyjne niemal do bólu.

Pierwsza improwizacja sadowi się w okolicach wystudzonej kameralistyki, dla odmiany ta druga sięga po atrybuty jazzu i nie boi się delikatnie swingować. Artyści dobrze czują się w estetyce leniwej ballady, a w trzecim utworze wręcz chłoną medytujący charakter całej narracji. Pod koniec tej odsłony albumu, a także w kolejnej muzycy przypominają sobie, że dobre tempo i ekspresja frazowania potrafią służyć każdej opowieści. Niestety dwie kolejne improwizacje tego nie potwierdzają. Album wieńczy najdłuższa, ponad 8-minutowa historia, która stawia na minimalizm, nawet post-klasycyzm, ale przewrotnie niesie w sobie dużo jakości zaszytej w nerwie trwogi, jaka zdaje się drążyć ten wątek płyty.

 


Xatarata Kiss and Drum (Antenna Non Grata, LP 2026)

DTS Studio, Kraków, grudzień 2022: Paulina Owczarek – saksofon barytonowy oraz Federico Reuben - laptop/ live coding. Jedenaście utworów, 40 minut.

Improwizowane spotkania instrumentu dętego i elektroniki, to zjawiska występujące from time to time w ekosystemie gatunku. Ten duet, to jednak sytuacja wyjątkowa – z jednej strony moc saksofonu barytonowego, z drugiej nieograniczony świat elektroniki, tu generowanej z poziomu akademickiego, zarówno z racji naukowych proweniencji artysty, jak i zastosowanych metod badawczych (kodowanie, live processing, systemy interaktywne i algorytmiczne etc.). Zwał, jak zwał Xatarata, to produkt osobny.

Jak już dojdziemy do tego, która strona winyla jest pierwsza, a która druga, zagłębiamy się w jedenastu krótkich formach improwizowanych, trwających od trzech do sześciu minut. Każda z nich ma swoją dynamikę, narracyjną szorstkość, ale też dziką niekiedy taneczność i fikuśnie pokręconą melodykę. To rodzaj intensywnego spaceru po zgliszczach tradycyjnych narracji. Owczarek buduje melodie, czasami krzyczy, preparuje instrument, a gdy trzeba śpiewa niczym pijany słowik na pierwszej randce. Ze strony Reubena mamy stan permanentnej zmiany. Jest drum’n’bassowy rytm, są krótkie strzały spod ramienia, post-perkusjonalne erupcje, wreszcie niekończące się drobne frazy układające się w jakże logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Muzyk nie wkracza do jaskini hałasu, ale jest obecny na każdym etapie tej muzycznej łamigłówki. Paulina i Federico grają razem od lat i wbrew teoriom klasyków ich kolektywne improwizacje ciągle zyskują na jakości, a poziom interakcji osiąga kosmiczny poziom.

  


Hein Westgaard & Mat Maneri Chamber (Gotta Let It Out, LP 2025)

Kopenhaga, lipiec 2024: Hein Westgaard – gitara elektryczna (1-4), akustyczna (5-7) oraz Mat Maneri – altówka. Siedem improwizacji, 58 min.

W naszej dzisiejszej opowieści czas na kameralne wystudzenie. Znamienity nowojorski altowiolinista Mat Maneri lubi improwizować w Europie, a zwłaszcza w Danii pod sztandarami Gotta Let It Out, labelu prowadzonego przez Tomo Jacobsona. Tu dobieramy go do pary z duńskim gitarzystą Heinem Westgaardem, którego inne nagranie opisywaliśmy nie dalej, jak w majowej zbiorówce.

Album zwie się po prostu Chamber i zdaje się, że trudno o bardziej adekwatną nazwę. Jego początek obiecuje bardzo wiele – frazy szarpane ze strun i wyskubywane z samego dna pudeł rezonansowych lepią się w post-melodyjne, niekiedy rzewne opowieści z drobną kulminacją pod koniec utworu. W kolejnych odsłonach albumu króluje tytułowa kameralistyka, emocje trzymane są na uwięzi i nie brakuje fraz niemal klasycznych, które świetnie sprawdziłyby się na urodzinowym przyjęciu znanej persony lokalnej socjety. Szczęśliwie w dwóch ostatnich utworach muzycy odnajdują w sobie więcej energii, woli życia, wchodzą w ciekawsze interakcje, nawet w trakcie finałowej, dogorywającej pieśni niesionej szumem otaczającego świata.

  


Nils Wohlrabe/ Karin Johansson/ Hasse Westling Sonic Waves (Outer Disk, CD 2026)

Elementstudion, Gothenburg, czas nieznany: Nils Wohlrabe – gitara, elektronika, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, toy piano oraz Hasse Westling – kontrabas. Pięć utworów, 46 minut.

Pozostajemy w Skandynawii, kierujemy się na północ i dość radykalnie zmieniamy estetykę. Przed nami mroczna przygoda dziergana dark ambientową gitarą podrasowaną elektroniką, preparowanym na ogół fortepianem i kontrabasem traktowanym w skończonej liczbie przypadków smyczkiem. Opowieść jest więcej niż smakowita, ujmująco trzyma klimat pozornie rozmarzonej, ale bardzo groźnej eskapady. Miewa drobne chwile słabości, gdy piano i kontrabas szukają jazzu. Szczęśliwie dość szybko porzucają ten mętny trop.

Szum szorstkiego ambientu, dron basu i hałaśliwe niekiedy akcje inside piano tworzą gęstą, mulistą narrację, która udanie inicjuje album. W kolejnej części pojawiają się rezonujące frazy, które lepią się do świergoczącej, filigranowej elektroniki. Na strunach piana odbywają się rytualne tańce, które zostają spuentowane dźwiękami wprost z klawiatury, ale umoczonymi w gęstym pogłosie. W części trzeciej anonsowane próby jazzowego frazowania, które mroczne, ambientowe tło dusi w zarodku. Część kolejna jest bardzo intensywna, przypomina kołowanie śmigłowca nad wojenną pożogą. Trzy instrumenty budują tu wyjątkowo jednorodną strugę złych mocy. Sam finał płyty jest odrobinę delikatniejszy. Frazy gitary są wyjątkowo lekkie, słyszymy także akustyczne dźwięki, dla których nie jesteśmy w stanie wskazać źródła pochodzenia. Pianistka zaczyna wewnątrz, kończy na zewnątrz, kontrabasista snuje mięsiste preparacje, a gitarzysta tonie w błękitnym ambiencie.

  


Luciano Bagnasco Momentos en el absurdo (dForma_discos, DL 2026)

Argentyna, luty 2026: Luciano Bagnasco – gitara akustyczna. Trzy improwizacje, 30 minut.

Dokonania tego argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco, wiemy zatem, iż onegdaj preferował on raczej gitarowe szaleństwa skąpane w dużej dawce prądu, a od pewnego czasu bliżej mu do suchych, preparowanych brzmień akustycznych. I taka jest też jego najnowsza solowa płyta. Jedna długa i dwie krótkie improwizacje, a w nich moc kreacji i improwizowanego piękna.  

Pierwsza odsłona albumu trwa prawie siedemnaście minut i mamy w niej wszystko – od niemal post-klasycznego otwarcia, przez fazę abstrakcyjnego impro, po wielowątkowe preparacje, gdy obcierki na pudle rezonansowym aż śpiewają. Muzyk brnie tu od szczegółu do ogółu, a galopada na finał dowodzi nie tylko wspaniałej kreatywności, ale także niemal wirtuozerskich umiejętności technicznych. W drugiej części, ledwie czterominutowej, muzyk zgłębia tajniki gitarowej ballady, której enigmatyczność i matowe brzmienie przypominają chill-outowe akcje Dereka Baileya. Ostatnia historia pachnie tumanami kurzu z westernowych historii kowbojskich. Od delikatnych flażoletów, przez taniec upstrzony drobnymi ornamentami, realizowanymi także na sporej dynamice, po puentę, która wraca do metod artykulacji zapoczątkowanych na starcie improwizacji.

  


Salavat Safiullin Step By Step (Extra Notes, DL 2026)

Miejsce nieznane, 2023: Salavat Safiullin – gitary elektryczne, elektronika, samplery, syntezatory. Jeden utwór, 33 minuty.

Tym razem na dźwiękowej wokandzie stawiamy dwie gitary elektryczne, dwa samplery i sporą garść kabli. Za ich sterami ledwie jeden artysta. Jego mroczna, dronowa, definitywnie niebanalna opowieść trwa niewiele ponad dwa kwadranse, choć śmiało mogłaby sycić naszą potrzebę fonicznego niepokoju dalece dłużej i nic nie straciłaby na atrakcyjności.

Na starcie nagrania wita nas elektroakustyczny dron, który migocze na skraju długiego tunelu. Narrację stanowią tu dwa, nawet trzy wątki, które wzajemnie się uzupełniają. Pulsacje, drobne zgrzyty i usterki, wreszcie mroczne plamy czegoś zdecydowanie nieprzyjaznego z odrobiną zdewastowanej melodyki. Opowieść nie ma płycizn, nie eskaluje też do poziomu hałasu. Sączy się, jak krew z głębokiej rany. W połowie na dłuższą chwilę przepoczwarza się w stojący, migotliwy dron. Ważnym wydarzeniem dramaturgicznym drugiej części albumu jest pojawienie się elektrycznego smyczka, który drażni glazurę gitarowego gryfu. Po fazie elektronicznych pulsacji narracja sięga po mroczny ambient, a w swej schyłkowej fazie zdobiona jest akustycznym dźwiękiem szorowanych strun.

  


Max Devereaux, hayashipooo & nameBYnames Live at Environmentog, Osaka – 04.10.2024 (New Wave of Jazz, DL 2026)

Environmentog, Osaka, październik 2024: Max Devereaux – gitara elektryczna, przetworniki, efekty, radio, hayashipooo – elektronika, głos oraz nameBYnames – elektronika, wizualizacje. Dwa utwory, 38 minut.

Dalece nietypowe nagranie, jak na estetykę oraz gatunkowe i personalne konotacje labelu Dirka Serriesa. Pewien amerykański gitarzysta oprzyrządowany w dodatkowe, elektryczne i elektroakustyczne akcesoria w towarzystwie dwóch japońskich elektroników pod pseudonimami koncertuje w tamtejszej Osace. Nie jest to album, które zostanie z nami na dłużej, ale jak ktoś lubi gitarę uwikłaną w duże porcje prądu i kabli, tudzież elektronikę, która podsyła akcenty rytmiczne i post-rytmiczne, ten jest w domu i czeka go należna porcja przyjemności z odsłuchu.

Nagranie składa się z dwóch kilkunastominutowych improwizacji, ale zdaje się, że w formule na żywo stanowiły one jedną ścieżkę. Pierwsza z nich wydaje się ciekawsza w fazie początkowej, szytej okruchami ledwie co inicjowanych akcji, szmerami, odgłosami otoczenia i mikro slajsami delikatnie pijanej gitary. Potem improwizacja wchodzi w stadium rytmiczne, a do obrazu całości dokładają się wszyscy uczestnicy spektaklu. W trakcie drugiej części koncertu muzycy nade wszystko szukają potencjalnych źródeł hałasu. W opowieści mniej jest rytmu, więcej metalicznych zgrzytów, elektronicznych usterek i gitarowych zapętleń. Klimat dubowy miesza się tu z post-rockowymi implozjami gitarzysty. Finałem jest pełna zgoda osiągnięta w chmurze urokliwego zgiełku.

  


Zlatko Kaučič & Francesco Cigana Kako Klicati Zmaja (Dissipatio, CD 2026)

Circolo Nadir, Padwa, styczeń 2023: Zlatko Kaučič i Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Dziesięć improwizacji, 48 minut.

Na finał naszej zbiorówki perkusjonalne łaskotki! Słoweńsko-włoski szczyt perkusyjno-perkusjonalny, w trakcie którego muzycy korzystają z podobnego arsenału artystycznych środków wyrazu. Dbają o perfekcyjne brzmienie, budują spójną, duetową opowieść z rozwagą i zachowaniem narracyjnego umiaru. Przez pół albumu sycą nasze uszy drobiazgami i dramaturgicznymi detalami, czyniąc swoisty rytuał pojednania. W drugiej części przepoczwarzają się w bystrych drummerów, którzy znów wspólnymi siłami sięgają po afrykańską polirytmię, a nawet rockową ekspresję. Stuprocentowy chill-out dla wymagających.

Perkusjonalny rytuał rozpoczyna się od pojedynczych uderzeń w metalicznie brzmiące akcesoria perkusjonalne. Toczy się gra na małe pola, w pełnej symbiozie dramaturgicznej. Czasami tyka zegar, czasami zaśpiewa ptak. Delikatnie rezonujące talerze, subtelnie drżące werble, filigranowe tańce po krawędziach. W piątej odsłonie artyści zaczynają stawiać na drumming i w kolejnych epizodach będą ów trend kontynuować i rozwijać. Ostatnie trzy opowieści, to już swobodny taniec, z rytmem i melodią, którą sami nucimy pod groove dostarczany przez obu. Szukamy afrykańskich korzeni, nie zapominamy o spuściźnie rockowego bębnienia. Kres osiągamy przy pełnej akceptacji i ponadgatunkowej refleksji.




 

piątek, 8 maja 2026

The May’ Round-up: Villavecchia! Shachar! Memphis Metaphysics! En Quartet! Totoabas! Suncuts! Serries! Gorokhov!


W kwietniu zabrakło na Trybunie miejsca na nasze ulubione danie – comiesięczną zbiorówkę recenzji płyt z całego świata. Szczęśliwie w maju taka przestrzeń pojawia się już w drugim tygodniu wiosennego periodu.

Na ruszt rzucamy osiem albumów, które nadspodziewanie silnie osadzone są w idiomie post-jazzowym. Aż cztery takie płyty staną się za chwilę naszym udziałem. Potem będziemy eksperymentować z dęciakami, zrobimy prawdziwy hard-punkowy łomot, a przygodę zakończymy w odmętach wielobarwnego ambientu.

W ujęciu geograficznym zaczniemy od naszej ukochanej Katalonii, w dalszej kolejności czekają nas wątki duńsko-amerykański i polski, które dopełnią optykę jazzową. Zapowiadany eksperyment będzie czeski, choć pod sztandarami francuskimi. Potem już tylko międzynarodowe power trio, belgijska gitara i wątek z kraju bez flagi w definitywnie nieoczywistej stylistyce.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Liba Villavecchia Trio Eclipse Aciago (Self-released, CD 2025)

La Casamurada, Barcelona, luty 2024: Liba Villavecchia – saksofon altowy, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne oraz Alex Reviriego – kontrabas. Sześć utworów, 37 minut.

To czwarta już płyta tria, które nie przestaje zaskakiwać i intrygować. Free jazzowe kompozycje lidera są tu jak zawsze punktem wyjścia do swobodnych improwizacji, ale całość trzyma dramaturgię, jak najlepszy thriller, w którym nie ma zbędnych akcji, ani słów rzucanych na wiatr. Dodatkowo Liba udostępnia coraz więcej przestrzeni młodszym partnerom, dzięki czemu trio zyskuje na jakości z każdym kolejnym utworem. Zauważmy, iż połowa z nich tym razem wypełzła spod pióra Reviriego i to nie pierwsza dziś dobra wiadomość.

Saksofon altowy Liby lubi wysoko zawieszone, soczyste melodie. Kontrabas Alexa, który chętnie stawia masywne stemple, w mgnieniu oka, traktowany smyczkiem staje się narzędziem kameralnego suspensu. Perkusja Vasco idzie tuż obok, nie boi się prostego, niemal punkowego beatu (jak w części czwartej), a gdy trzeba eksploduje armią małych, chroboczących przedmiotów na werblu (w tejże samej historii). Większość utworów ma dość spokojną narrację, a free jazzowa erupcja realizuje się w jedynie w drugim z nich. Trzecia i szósta odsłona, to części tej samej pięknej, urokliwie martwej ballady smaganej batem doom stepu sekcji i rzewnym śpiewem altu. Szczególnie dużo emocji dostarcza piąta historia, początkowo rozedrgana, osnuta wokół dętej melodii, po przejściu kontrabasu w tryb arco staje się kameralną perełką z równie zaskakującą, bluesową puentą.  

  


Yeonathan Shachar Appli'd Motion (Discordian Records, DL 2026)

La Isla, Barcelona, wrzesień/ październik 2025: Yeonathan Shachar – gitara elektryczna, kompozycje, Luis Erades – saksofon altowy i tenorowy, Asaf Shchori – kontrabas oraz Soren Alcaraz – perkusja. Sześć utworów, 29 minut.

Kolejna jazzowa oferta ze stolicy Katalonii, znów autorski projekt i dobrze uformowane kompozycje. W warstwie estetycznej posadowione w kulturze fussion jazzu, jakże charakterystycznego dla nowojorskiego Downtown sprzed trzech dekad. Ale i dziś słucha się tego naprawdę dobrze. Dodatkowo album jest zwarty w formie, co sprzyja bezkonfliktowemu odsłuchowi.

Temat pierwszego utworu jest bardzo precyzyjnie zadekretowany i rozpisany na role, dodatkowo nasączony ekspresją i estetyką godną najntisowego Johna Zorna. Śpiewny saksofon, zwinna gitara i sekcja rytmu, która zawsze jest na czas. W kolejnych odsłonach albumu do gry chętnie wchodzi kontrabasowy smyczek, ale daleki jest od kameralnych zapędów, potrafi wzniecić ogień lub intrygująco poszarpać zbyt łagodnie uformowaną narrację. W części trzeciej podobać się mogą akcje duetowe – najpierw sax & bass, potem guitar & drums. Końcowe dwa utwory płyną pod dyktando lidera i kompozytora. W piątym intryguje ambientowe intro, z kolei utwór finałowy, to wyłącznie dzieło gitarzysty, którego instrument brzmi po raz pierwszy semi-akustycznie i udanie deformuje coś klasycznie gitarowego.

  


Oswald/ Cheli/ Moses/ Edmiston/ Westgaard Memphis Metaphysics (Sonic Transmissions, CD 2025).

Memphis, Tennessee, Grudzień 2023: Ra Kalam Bob Moses – perkusja, Hein Westgaard – gitara elektryczna, Margaux Oswald – fortepian, Art Edmaiston – saksofon tenorowy oraz Kevin Cheli – instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 46 minut.

Oto historia niemal z dzikiego zachodu. Przyjaciele z Danii, Oswald i Westgaard, ruszają w podróż po bezkresach Ameryki i trafiają do Memphis. Tam, w domowych pieleszach drummera i mistyka Ra Kalama Boba Mosesa, nagrywają album, w którego produkcji uczestniczą także dwaj inni lokalni muzycy. Tytuły pięciu utworów odwołują nas do filozofii starożytnego Egiptu. Jest zatem duchowość, nie brakuje też bardzo swobodnych, osadzonych w etyce rytualnego free jazzu improwizacji.

Pierwsze trzy utwory mają zbliżoną dramaturgię. Otwarcie spoczywa na barkach perkusisty i perkusjonalisty, okraszone głosem tego pierwszego. Gitarzysta najpierw buduje groove, potem dodaje stylowe, jazzowe improwizacje. Rolą saksofonisty jest inicjacja melodii, a w dalszej kolejności zgrabna eskalacja i wynoszenie kwintetu na free jazzowe wzniesienia. Najciekawsze są tu wszakże akcje pianistki, zarówno w zakresie brzmienia i jak estetyki jej bardzo swobodnych pasaży. W wielu momentach narracja prowadzona jest w trio - każdorazowa z udziałem perkusji i perkusjonalii. Ostatnie dwie improwizacje bazują na balladowym flow, zdają się być pretekstem do wytłumionych medytacji, niepozbawionych jednak nuty zaskakującej psychodelii.

 


En quartet i Kamil Piotrowicz Live in Poznan (Torf Records, LP/DL 2026)

SARP Social Club, Poznań, sierpień 2023: Adam Jełowicki – trąbka, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy, Mikołaj Nowicki – kontrabas, Piotr Dąbrowski – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz gościnnie Kamil Piotrowicz – fortepian. Jedna improwizacja podzielona na dwie części, 43 minuty.

Kolejna porcja rasowego free jazzu, tym razem bez nadmiernej filozofii i powtarzalnych rytuałów, nastawiona na ekspresję i moc kolektywnych spazmów.  

Muzycy otwierają koncert gęstym strumieniem fonii, nie siląc się na zbędne wprowadzenia. Nieskomplikowany groove, swobodna, melodyjna wymiana uprzejmości pomiędzy trąbką i saksofonem, wreszcie delikatnie zdystansowane piano, które jakby czekało na rozwój wypadków scenicznych. Improwizacja prowadzona na ogół kolektywnie tylko incydentalnie przyjmuje formę zabaw w podgrupach. Ważnym zdarzeniem dramaturgicznym jest pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu, który wprowadza intrygujący ferment, ale nie zmienia kierunku podróży całego kwintetu. Bardziej zdecydowana zmiana ma miejsce już na drugiej stronie czarnego krążka, gdy muzycy istotnie studzą narrację. Pojawia się gwizdek, minimalistyczne piano i takiż kontrabas. W międzyczasie do gry wchodzi klarnet basowy, który nadaje opowieści delikatnie kameralny sznyt. Powrót do bardziej dynamicznych poczynań inicjuje pianista. Zakończenie koncertu jest silnie jazzowe, nawet lekko swingujące.

  


Totoabas Winter Spawning (Circum-Disc/ 13 Raw, CD 2026)

Divadlo 29, Pardubice: Petr Vrba – trąbka, elektronika oraz Zdenek Zavodny – klarnet kontraltowy, bagpipes. Dwa utwory, 26 minut.

Po pokaźnej porcji jazzu czas na zapowiadane eksperymenty. Trąbka, elektronika, klarnet kontraltowy i dudy, to narzędzia pracy, dzięki którym artyści z Czech upletli dwa intrygujące zwoje narracji. Album jest bardzo krótki, zatem warto tu pochylić się na każdym źdźbłem dźwięku.  

Pierwsza opowieść zbudowana jest z klarnetowego prychania, które multiplikuje się, poddawane czemuś na kształt live processingu. Ów dęty wielogłos kreuje gęsty strumień fonii, który zawłaszcza pełne spektrum nagrania. W połowie utworu zaczyna pojawiać się elektronika – nie jest wcale subtelna, nie stroni od usterek i drobnych przesterów, wije się wokół coraz brudniejszych, klarnetowych zgrzytów, niczym wąż boa wokół ofiary. Całość, podrasowana elektroniczną repetycją, z czasem staje się masywna, hałaśliwa i intensywna. Najpiękniejszy już tu wszakże finał, grany długim, pociągłym, dętym wydechem, otulony elektronicznym post-ambientem. Drugi utwór, to dron naznaczony piętnem stylistyki Philla Niblocka. Trąbka i dudy, skąpane w szorstkim ambiencie, kreują wielowarstwową opowieść, w której z czasem wyraźnie słyszymy frazy poszczególnych instrumentów. Intensywność przekazu rośnie do poziomu noise’owego krzyku. Ostatnia prosta, to gęsta, obumierająca flauta.

 


Suncuts Collective Heliophobic Dream (Unit Records, LP/DL)

Biel, Szwajcaria, grudzień 2023: Anton Ponomarev – saksofony, elektronika, Maxime Hänsenberger – perkusja oraz Felipe Zenicola – bas elektryczny. Pięć utworów, 44 minuty.

A teraz obiecany punkowy łomot! Będzie głośno, będzie dosadnie, z dużą ilością prądu i ekspresji. Ściana dźwięku potężnie brzmiącej gitary basowej, 2stepowy, dynamiczny drumming i rozwrzeszczany saksofon. Suncuts nie bierze jeńców, to chyba oczywiste!

Album składa się z pięciu ekspozycji w typie long-distance crash, trwających od siedmiu do jedenastu minut. Bas rusza w podróż w tumanach sprzęgającego się prądu wysokiego napięcia, perkusja bije stopą prosty beat i szybko osiąga kosmiczną prędkość, z kolei saksofon uderza w dzwon krzycząc pieśń złości i agresji. Otwarcia kolejnych utworów zdają się być nieco spokojniejsze, ale na etapie rozwinięcia każdorazowo dopada muzyków zew krwistej, świetnie unerwionej i udramatyzowanej galopady. W tym tyglu emocji słyszymy jednak dużo wirtuozerii, zwłaszcza ze strony świetnie nam znanego brazylijskiego basisty. Artyści znajdują chwilę oddechu dopiero w czwartej opowieści, która stwarza przestrzeń na ich wysublimowane popisy solowe. Finałowa pieśń ponownie wbija w fotel. Bas z perkusją szyją wyjątkowo gęsty rytm, dodatkowo wzmocniony elektroniką. Jeśli w tym kuble soczystych pomyj odnajdziemy brzmienie saksofonu, to musimy mieć wyjątkowo wytrawne ucho. To atak serca, którego prawdopodobnie nikt nie przeżyje.

  


Dirk Serries Live Oude Klooster Chapel 2025 (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

Kapel Oude Klooster, Brecht, październik 2025: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Jeden utwór, 63 minuty.

Na tych łamach nie trzeba nikogo specjalnie zachęcać do odbywania sennych, mrocznych, ambientowych podróży w towarzystwie samotnej gitary tego belgijskiego artysty. Ta najnowsza jest nagraniem koncertowym, powstałym w świetnie nam znanym obiekcie w Brechcie. Ta akurat epopeja dźwiękowa Serriesa wydaje się wyjątkowo spokojna, dramaturgicznie wyważona, ale niesie też w sobie ziarno niemal egzystencjalnej wątpliwości, a nawet trwogi. Jest tradycyjnie piękna, niemal relaksacyjna, ale po ostatnim dźwięku pozostawia nas w stanie, który nie pozwala na spokojny sen.

Opowieść nadciąga z błogiej ciszy, leniwie płynie ciepłymi podmuchami powietrza, zdaje się koić nasze utrudzone zmysły mocą frasobliwej łagodności. Trwa, bo nie ma początku i nie będzie miała końca. Początkowo wydaje się lekka jak puch, z czasem zostaje doposażona dodatkowymi warstwami, niekiedy bardziej mrocznymi. W połowie zdaje się konać w kolejnej chmurze ciszy, ale odradza kroplami rozpaczy i strzępami tajemniczej nerwowości. Dopiero ostatni kwadrans niesie nadzieję, można bowiem odnieść wrażenie, że niektóre dźwięki stają się jakby bardziej jaskrawe.

 


Daniil Gorokhov Nocturne (Extra Notes, DL 2026)

Czas i miejsce akcji nieznane: Daniil Gorokhov - fortepian, sinewaves, dźwięki odnalezione, Marianna Domnikova – fortepian oraz Lada Uchaeva – ilustracje. Osiem utworów, 51 minut.

Na koniec naszej wielokolorowej zbiorówki na poły skomponowana, na poły improwizowana mroczna medytacja na fortepian, elektronikę analogową i garść tajemniczych, bliżej niezidentyfikowanych fonii. A wszystko z dużym znakiem jakości.

Album otwiera opowieść, która śmiało mogłaby stanowić soundtrack do horroru – mroczne frazy piana umoczone w strumieniu syczącej elektroniki. W kolejnych dwóch odsłonach rzeczona elektronika zdaje się dominować, ale zagubione frazy piana, zarówno z klawiatury, jak i wnętrza instrumentu, ciągle akcentują swoją obecność. W części czwartej, bodaj najciekawszej, odbywamy podróż od deep black ambient piano do niemal post-industrialnego rozgardiaszu. W piątym utworze intrygujący dysonans – stojący dron syntetyki i post-klasyczna melodia wprost z klawiatury. W części szóstej dźwięki piana opłukiwane są szumem przepływającej wody, z kolej w siódmej akcja opiera się wyłącznie na frazach akustycznych. Finałowa opowieść jest plejadą drobnych, szemrzących i skwierczących fonii, najpierw dość onirycznych, potem definitywnie mrocznych. Puentą utworu, jak i całego albumu jest tykający zegar. Nie wiemy tylko, komu jest tu odmierzany czas.

 

 

piątek, 22 marca 2024

The Scandinavian’ Round-up: Strid! Gjerstad! Fite! Westgaard! Kjorstad & Reijseger! Emmeluth! Gunnarson & Johansson!


Wygląda na to, że muzyka ze Skandynawii całkowicie zdominowała marcową zbiorówkę świeżych recenzji równie świeższych wydawnictw. W rolach głównych wystąpią dziś muzycy z Norwegii i Szwecji, a w tej najbardziej eksponowanej szwedzki perkusista i perkusjonalista, jeden z prawdziwych magów swobodnej improwizacji, Raymond Strid. Odczytamy i odsłuchamy aż trzy wydawnictwa z jego udziałem!

W zestawieniu prawdziwy kalejdoskop stylów i estetyk - od free jazzu, przez ocean swobodnej improwizacji, nagrania inspirowane kulturą celtycką, skomponowane i brawurowo wykonane przez żeński septet, po nagrania terenowe uroczo zlepione z preparowanym fortepianem. A w tak zwanym międzyczasie garść improwizowanej kameralistyki na wyjątkowo pięknie brzmiących instrumentach strunowych. Innym słowy, dla każdego coś miłego!




Frode Gjerstad & Raymond Strid OUT! Live at Café Mir, 2023 (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Blow Out Festival, Cafė Mir, Oslo, sierpień 2023: Frode Gjerstad – saksofon altowy, klarnet oraz Raymond Strid – perkusja. Dwie improwizacje, 31 minut.

Potrójną przygodę ze Stridem zaczynamy od spotkania z weteranem norweskiego free jazzu, Gjerstadem, który w ostatnich latach znacząco osłabił swoją aktywność artystyczną, zatem album cieszy nas w dwójnasób. Bez zaskoczeń i dramaturgicznych niespodzianek, spora dawka dobrze skonfigurowanego free, z wiodącą rolą drummera, który potrafi wzniecać ogień nie używając do tego zbyt wielu narzędzi.

Koncert inicjuje perkusista, który nie musi czynić wiele, by alcista poderwał się do krzykliwego lotu i dorównał mu poziomem ekspresji. Dynamika, bystre interakcje, swobodna kontemplacja scenicznego doświadczenia, to najważniejsze atrybuty pierwszej fazy koncertu. Alcista w trakcie kilkunastominutowej opowieści dwukrotne milknie, dając więcej przestrzeni na perkusyjne ekspozycje, stwarzając także okazje na leniwie rozciągnie zwiotczałych mięśni. Po krótkiej chwili wraca, zawsze z nowym pomysłem na rozwój narracji i własne frazowanie. Norweg nie eskaluje napięcia, chętnie sięga po szeroki arsenał kocich lamentów, udanie syci perkusyjny flow drobnymi dawkami ekspresji. Strid trzyma improwizację mocno w garści i udanie stymuluje akcje partnera. Druga opowieść niesie ze sobą większą porcję spokojnych, bardziej zadumanych fraz, szczególnie ze strony Gjerstada. Szwedzki drummer czyni swoje z precyzją sapera, zdobiąc niemal każdą pętlę perkusjonalnymi inkrustacjami. Dynamiczny, niemal taneczny w końcowej fazie koncert zostaje urokliwie spuentowany melodią klarnetu.



 

Niklas Fite & Raymond Strid How it is (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Norlings Rör, Heby, Szwecja, styczeń 2024: Niklas Fite - banjo, gitara akustyczna oraz Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery improwizacje, 30 minut.

Drugi duet Strida, to niemal przeciwległy biegun swobodnej improwizacji. Cicha, skupiona, bazująca na pojedynczych dźwiękach opowieść do użytku słuchawkowego. Subtelny, po części minimalistyczny gitarzysta, który częściej tu sięga po banjo i Strid, mistrz tego typu sytuacji dramaturgicznych. Temu akurat spotkaniu do artystycznej doskonałości brakuje może tylko nieco wyższego poziomu ekspresji w kilku momentach tego niedługiego nagrania.

How It Is, to improwizacja prawdziwe molekularna, niebywale drobiazgowa, jakby wyszła spod pióra Johna Stevensa i Spontaneous Music Ensemble. Tworzą ją plejady dźwiękowych drobiazgów, strzępy fonii, pojedyncze uderzenia w najbardziej delikatne elementy instrumentów. To opowieść wyjątkowo cicha, choć nasączona wewnętrznymi emocjami, delikatna, choć nieustannie rwana i szarpana, płynąca po obrzeżach strun i gryfu, ledwie muskająca krawędzie werbla i tomów, szeleszcząca błyskiem talerzy. Tu liczy się każdy niuans, a czasami także fakt niezagrania jakiejkolwiek frazy. W pierwszej i trzeciej improwizacji Fite korzysta z banjo. Strid ma pod ręką wszystkie perkusyjne akcesoria, ale używa je z podwójną ostrożnością, z dbałością o brzmienie każdej frazy. Improwizacja tej dwójki nie jest wcale minimalistyczna – tu potrafi dziać się naprawdę wiele, a dramaturgiczne spiętrzenia nie są wcale rzadkim zjawiskiem. Mimo to opowieść balansuje często na granicy ciszy, jest szmerem, szelestem, półdźwiękiem martwego flażoletu. W drugiej i trzeciej odsłonie nie brakuje dźwięków preparowanych, ale i one zdają się istnieć w czasoprzestrzeni narracji ledwie przez ułamki sekund. Album kończy krótka improwizacja, w której pojawia się szczypta melodii, tu jakby rozkładanej na czynniki pierwsze i drobny, post-klasyczny sznyt gitary zatopionej w leniwym mikro drummingu.



 

Hein Westgaard/ Katt Hernandez/ Raymond Strid The Knapsack, The Hat, and The Horn (Gotta Let It Out, CD 2024)

Gävle, Szwecja, czerwiec 2022: Hein Westgaard – gitara, Katt Hernandez – skrzypce oraz Raymond Strid – perkusja. Dziewięć improwizacji, 42 minuty.

Trzecia dziś płyta z udziałem Raymonda Strida przenosi nas definitywnie do świata swobodnie improwizowanej kameralistyki. Dwa akustyczne instrumenty strunowe i zestaw perkusyjny, którego akcje i interakcje posadowione zdają się być, dość niespodziewanie, bliżej estetyki pierwszego z omawianych dziś albumów.

Artyści budują tu bardzo szerokie spektrum dźwiękowe – post-klasycznie brzmiąca gitara, rzewne, melodyjne skrzypce i wszechobecna perkusja, która oplata strunowe frazy niczym gęsta pajęczyna. Pierwsza piosenka, umiarkowanie dynamiczna na starcie, na etapie rozwinięcia koi nas ciszą, minimalizmem, mikro preparacjami skrzypiec i rezonansem perkusyjnych talerzy. W kolejnym odcinku muzycy preferują grę na małe pola – trochę leniwie, odrobinę na wdechu, z dbałością o brzmieniowe subtelności. Tu etap rozwinięcia oznacza półgalop pięknie zdobiony perkusjonalnymi błyskotkami Strida. Kolejne dwie improwizacje bazują na dźwiękach preparowanych. Pierwsza skupia się na mechanice strun i perkusyjnych naciągów, druga formuje się w jękliwą post-balladę. W piątej odsłonie powraca dynamika, ale jest gustownie dawkowana. Od zadziornych, kanciastych interakcji po rzewne melodie. Na etapie finalizacji narracja ulega pewnemu zagęszczeniu, głównie za sprawą skupionego drummingu. W kolejnej części dostajemy mnóstwo filigranowych fraz, doposażonych w drobne melodie i porcję perkusyjnych niespodzianek. W podobnym klimacie powstaje siódma piosenka. Każdy z artystów porusza się tu z kocią zwinnością, a wszystko dzieje w intrygującym tempie. Ósma improwizacja zaskakuje – najpierw budują ją dźwięki preparowane, ale osadzone w pewnej rytmice, potem pojawia się melodia, wyszukana dynamika i frazy gitary wyciągnięte na wprost z filmu country & western. Album wieńczy minutowa ekspozycja osadzona na dramaturgicznym suspensie - kojącym, wielkim wydechu gitary, skrzypiec i perkusji.



 

Hans Kjorstad & Ernst Reijseger Gap of Ginn (Motvind Records, CD 2024)

Høyjord Stave Church, Norwegia, luty 2022: Hans Kjorstad – skrzypce, hardingfele, Indian harmonium oraz Ernst Reijseger – wiolonczela, shruti boxes. Dziewięć utworów, 41 minut.

Kolejny album skandynawskiej zbiorówki także bazuje na improwizacjach (z jednym wyjątkiem), ściele się wszakże urodą godną niemal klasycznie brzmiących opowieści post-barokowych. Piękna akustyka obiektu sakralnego, ciepłe, niekiedy nad wyraz kojące frazy, ale też dużo wewnętrznego niepokoju, dramaturgicznego fermentu będącego skutkiem kreatywności obu artystów. Jeden z nich jest muzykiem na tzw. dorobku, drugi legendą europejskiej muzyki improwizowanej. Efekt ich wspólnych prac jest dalece intrygujący, może jedynie zbyt wystudzony emocjonalnie w fazie końcowej.

Rezonujące, długie pociągnięcia smyczkiem kreują aurę otwarcia, w której nie brak zarówno melodyki folkowej, jak i post-barokowej. Rodzaj śpiewu przez łzy, w obliczu egzystencjalnych boleści. Zaraz potem czeka na nas kilka dźwięków z głębokiej krypty i szczypta intrygującej nerwowości. W strumieniu czystych fraz strings, które pną się ku górze, rodzi się blask niżej osadzonego, indiańskiego harmonium. W trzeciej odsłonie muzycy dostarczają garść zabrudzonych, mglistych fonii udanie wzbogacających kolorystykę ekspozycji. W części czwartej płyną w strudze post-baroku, z kolei w piątej ochoczo śpiewają na folkową modłę w niemal durowej tonacji. Tu obecność harmonium zaskakująco podkreśla aurę piosenki. Szósta improwizacja zdaje się być tą najpiękniejszą. Harmonium i smutno frazujące cello schodzą bardzo nisko na kolanach, wprost w mroczne odmęty. Puentą jest śpiew wiolonczeli, sycony półgardłowymi westchnieniami muzyka. Siódma część zdaje się pogłębiać klimat poprzedniczki, ale czyni to bardziej melodyjnie, choć harmonium skutecznie trzyma się tu ciemniejszych barw. W ósmej opowieści pizzicato wiolonczeli buduje rytmiczną bazę, skrzypce smutno zawodzą, ale cała opowieść ma całkiem taneczny wymiar. Końcowa opowieść budowana jest z drobnych, molowych fraz, syci się też pewnym dramaturgicznym zaniechaniem. To chyba tu brakuje muzykom nieco energii do życia. 



 

Signe Emmeluth Banshee (Motvind Records, LP/DL 2024)

Studio Paradiso, Oslo, maj 2023: Jennifer Torrence – perkusja, wibrafon, głos, Guro Skumsnes Moe – bas elektryczny, kontrabas, głos, Maja S. K. Ratkje – głos, elektronika, skrzypce, Heiða Karine Jóhannesdóttir Mobeck – tuba, elektronika, głos, Guoste Tamulynaite – fortepian, syntezator, głos, Anne "Efternøler" Andersson – trąbka, głos, Signe Emmeluth – saksofon altowy, elektronika, głos, kompozycje. Trzynaście utworów, 41 minut.  

Irlandzkie, starożytne inspiracje, kreatywny umysł kompozytorki i septet bystrych wykonawczyń, które równie dobrze radzą sobie z instrumentarium akustycznym, jak i elektronicznym, nie skapią nam także swoich walorów głosowych, to elementy składowe podzielonej aż na trzynaście części opowieści. Niektóre z nich trwają ledwie minutę lub dwie, inne są 5-6 minutowe, ale wszystkie świetnie budują dramaturgię i sprawiają, iż archetypiczny Banshee jest dalece udaną podróżą dźwiękową.

Album otwiera dobrze zaplanowana ekspozycja, dynamiczna na etapie rozwinięcia, podana pełnym wachlarzem instrumentalnym. Na poły taneczna, bogato instrumentalizowana, nasycona starożytnymi emocjami i jakże współczesną ekspresją. Już na tym etapie podróży poznajemy moc wokalnych eksplozji. Po serii miniatur granych w podgrupach przechodzimy do szóstej, najdłuższej opowieści. Na starcie dominuje tu elektronika, w dalszej fazie władze przejmują instrumenty akustyczne, które snują opowieść, jaka wyłania się z kameralnego suspensu. Po śladowej dawce post-jazzu pojawiają się historie numer osiem i dziewięć, także rozbudowane w wymiarze czasowym. Pierwsza nich zdaje się być repryzą utworu otwarcia, ta druga przenosi nas do świata kameralistyki i oferuje błyskotliwą sekwencję swobodnych improwizacji budowanych metodą call & responce. Utwór jedenasty kontynuuje estetykę free chamber pełną preparacji, dobrze zadanych pytań i jakże zwinnych ripost. Dwunastą opowieść kreują dysonanse brzmienia i dynamiki. Garść brudnych dźwięków, smagnięcia smyczkiem i septetowe kontrapunkty generują tu spore podkłady emocji. Album domyka melodyjny wielogłos, który niesie się po niebie wsparty delikatnym dronem smyczkowym.



 

Rosanna Gunnarson/ Karin Johansson I grunda vikar är bottnarna mjuka (Outerdisk, CD 2024)

Elementstudion, Gothenburg/ Värmdö, Szwecja, 2021/22: Rosanna Gunnarson – kompozycja, notacje graficzne, field recordings oraz Karin Johansson – fortepian preparowany. Dziesięć utworów, 46 minut.

Fortepian preparowany oblewany strumieniami nagrań terenowych, pozostających często w onirycznych, tajemniczych klimatach. Dużo smakowitych dźwięków, dobra dramaturgia, także pewien potencjał relaksacyjny, oczywiście dla tych, których cenią sobie niekonwencjonalne metody spędzania czasu wolnego. To w telegraficznym skrócie zawartość albumu o jakże intrygującym tytule W płytkich zatokach dno jest miękkie. Dziesięć opowieści podanych tu jest w jednym strumieniu dźwiękowym.

Kolejna skandynawska opowieść formuje dźwięki improwizowane fortepianu i żywe frazy otoczenia w medytującą kompozycję czasu i przestrzeni. Ta implozywna drama na każdym etapie podróży zdaje się mieć motyw przewodni. W fazie początkowej wątkiem dominującym jest lejąca się zewsząd woda i towarzyszący jej szum wiatru, tudzież odgłosy lasu dominujące nad przejawami życia miejskiego. Środkowa część albumu wydaje się być bardziej mięsista, doposażona w gęstsze, niekiedy wręcz industrialnie brzmiące frazy. Jest nerwowa, stygmatyzowana mrokiem i niedopowiedzeniami. Z kolei w końcowych częściach tej historii, niezależnie od innych wydarzeń, snuje się strumyczek fortepianowej melodii, filigranowy, podawany wprost z wychłodzonej klawiatury. Jeśli pierwsza faza albumu jest zaproszeniem do wyruszenia w drogę, a środkowa wzmaganiem się z niedogodnościami wynikającymi z pokonywania kolejnych etapów, to końcowa stanowi piękną reasumpcję, nasyconą pokaźną porcją emocji. W trakcie całego albumu frazy grane z klawiatury pozostają we względnej równowadze dramaturgicznej z akcjami inside piano, choć tych drugich w wymiarze ilościowym jest na pewno więcej. Pośród przeróżnych dźwięków każdej fazy opowieści nasze uszy sycą się pięknymi, rezonującym odgłosami płynącymi zarówno z wnętrza piana, jak i bliżej nieokreślonej rzeczywistości nieopodal. A najciekawiej jest chyba wtedy, gdy w ogóle nie potrafimy wskazać źródła danego dźwięku.