Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Per Ake Holmlander. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Per Ake Holmlander. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 stycznia 2024

Mats Gustafsson’ back to acoustic: Gush! Ensemble E! Hydros 9!


Wnikliwi Czytelnicy Trybuny zauważyli być może, iż ostatnimi czasy legenda free jazzu i muzyki improwizowanej, szwedzki saksofonista Mats Gustafsson pojawia się tu jakby rzadziej. Nie wynika to bynajmniej z faktu, iż artysta wydaje mniej albumów, tudzież jest mniej aktywny koncertowo. To raczej konsekwencja tego, iż artysta od dłuższego czasu koncentruje się na graniu … głośnej i na ogół obudowanej elektroniką muzyki, która systematyczne oddala się od naszego ulubionego freely improvised music. Szanujemy każdy wybór artystyczny, jakkolwiek w tym przypadku od dawna mamy poczucie pewnej straty dla współczesnego wizerunku gatunku.

Z tym większą radością donosimy, iż Gustafsson zaprezentował jesienią ubiegłego roku aż trzy nowe albumy, które zdają się zwiastować powrót do idei akustycznego (lub prawie akustycznego) muzykowania. Co więcej, jednym z przejawów tej wspaniałej tendencji jest fonograficzne odrodzenie się jednej z najważniejszych formacji europejskiego free jazzu lat 90., czyli formacji Gush, którą Mats współtworzy z kolejnymi wybitnymi obywatelami Królestwa Szwecji – pianistą Stenem Sandellem i perkusistą Raymondem Stridem. Do gushowej reinkarnacji dodać trzeba jeszcze dwie orkiestry (Ensemble E i Hidros 9), które pod wodzą Matsa dostarczyły nam jesienią mnóstwo bardzo dobrych wrażeń muzycznych. I jakby było mało, wszystkie albumy, które dziś omówimy, zostały nagrane w Polsce!



 

Gush 30 (Not Two Records, 3CD 2023)

Alchemia, Manggha, Kraków, listopad 2018: Mats Gustafsson – reslide sax, saksofon sopranowy, tenorowy, barytonowy, flet, Sten Sandell – fortepian, głos, Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz goście: Christine Abdelnour – saksofon altowy (utwory od 2-2 do 2-5), Jörgen Adolfsson – saksofon altowy (3-2, 3-6), Anders Nyqvist – trąbka (1-3 do 1-5), Philipp Wachsmann – skrzypce (2-1, 2-5), Sofia Jernberg – głos (1-2 do 1-5), Sven-Åke Johansson – recytacja (3-3, 3-4), Peter Söderberg – gitara, lutnia (3-2, 3-5). Łącznie siedemnaście improwizacji, 157 minut.

Gush świętował w Krakowie trzydzieste urodziny niemal dokładnie pięć lat temu. Fonograficzna dokumentacja wydarzenia trafia do nas dopiero teraz, ale warto było na nią bezwzględnie czekać. Trzy wieczory, trio bazowe i siódemka gości, która wchodzi w improwizowane interakcje z jubilatami w trakcie kilkunastu improwizacji. W dwóch przypadkach goście improwizują także sami ze sobą.

Dysk pierwszy przynosi sześć improwizacji – trio saute, kwartet z wokalistką, kwintet z wokalistką i trębaczem (w trzech utworach) i duet gości, pomieszczony pomiędzy pierwszą, a drugą improwizacją rzeczonego kwintetu. Początek Gustafssona, Sandella i Strida, to bukiet wyważonego post-jazzu, w pół kroku do estetyki free, ale i dwa kroki od zgrzebnej post-balladowości. Wszystko doposażone dużą porcją brzmieniowych i dramaturgicznych subtelności. Mats korzysta najpierw z tenoru, potem z sopranu, Sten pracuje głównie na klawiaturze, a Raymond sięga po jak zawsze szeroką paletę drums & percussion. Po dojściu wokalistki Jernberg improwizacja bardziej skupia się na dźwiękach preparowanych, dobrze pracuje z ciszą, a jej puentę stanowi drobna eksplozja emocji. Z kolei w kwintecie narracja do całego arsenału użytych technik rozszerzonych dodaje dużo jazzu i czystych, trębackich fraz Nyqvista. Trzy improwizacje kwintetu, to zarówno gra na małe pola, moc brzmieniowych atrakcji (z barytonem i inside piano), kontrolowana ekspresja na wydechu, jak i spora liczba jazzowych akcji w podgrupach. W części przedostatniej szczególnie podobać się może ekspresyjne duo saksofonu i perkusji. W finałowej odsłonie trzeba też odnotować pojawienie się fletu. Dysk uzupełnia niezbyt długa improwizacja wokalistki i trębacza. Sporo tu dźwięków preparowanych, ale także momentów dramaturgicznego rozdroża.

Drugi dzień urodzin, czyli dysk drugi, to pięć improwizacji - trio ze skrzypkiem, trzy krótkie akcje tria z saksofonistką, wreszcie finał wieczoru zrealizowany w kwintecie. Gush grywał onegdaj z Wachsmannem, przyjmował wtedy nazwę Gushwachs! Tu kwartet zagłębia się w subtelnościach akcji kameralnych – śpiewne skrzypce, emocjonalny flet, inside piano i perkusyjne zdobienia. W fazie środkowej muzycy sięgają niemal po estetykę folkową, na koniec zaś raczą nas sporą dawką ekspresji. Improwizacje z Abdelnour, to ocean saksofonowych, niekiedy minimalistycznych preparacji wsparty prawie niedostrzegalnym akompaniamentem pianisty i perkusisty. To bez wątpienia crème de la crème całych urodzin, ze szczególnym uwzględnieniem klasy saksofonistki. Dysk wieńczy rozbudowana improwizacja kwintetu. Spokojny początek budowany czystymi frazami, potem dość szybka wspinaczka na szczyt, w fazie środkowej didaskalia drobiazgowych, preparowanych brzmień (z fletem, a także urokliwymi frazami altu i skrzypiec), wreszcie bardzo ekspresyjne zakończenie, niestety z prawie niesłyszalną w tumulcie free jazzu alcistką.

Dzień trzeci, finałowy, to sześć improwizacji – trio bazowe, duet gości (gitara i saksofon altowy), dwie miniatury tria z recytatorem, a na koniec dwa kwartety – najpierw z gitarą, potem z altem. Otwarcie tria zbudowane jest na kontraście – mroczny, filigranowy początek i ekspresyjna puenta, z pewnością najgłośniejszy moment urodzinowej trzydniówki. Mats zaczyna na tenorze, kończy na flecie, a ekspresyjne solo prezentuje pianista. Duet gości – gitarzysta Söderberg i alcista Adolfsson – to minimalistyczna zabawa na wdechu, trochę dronów i narracyjnych pętli, dość wszakże mało ekspresyjna ekspozycja. Z radością witamy ponownie na scenie Gush, które najpierw serwuje nam dwie krótkie opowieści z głosem. W roli narratora … perkusyjna legenda gatunku, czyli Sven-Åke Johansson! W pierwszej części gość używa języka szwedzkiego i zdaje się głosić jakiś manifest, w drugiej części opowiada ciekawą historię używając języka angielskiego. Trio świetnie mu akompaniuje, jakby zostało stworzone trzy dekady temu tylko po to, by przygrywać trupie teatralnej. Urodzinową dokumentację wieńczą kolejne dwa kwartety. Ten z gitarzystą zdaje się być lekki niczym Jezioro Łabędzie, ten drugi z alcistą sięga po melodie, a także frazy preparowane. Pierwszy nie stroni od dynamiki na etapie rozwinięcia, drugi przyobleka się w szaty farewell song, po czym dość niespodziewanie eksploduje mocą pełnokrwistego free jazzu.



 

Mats Gustafsson & Ensemble E EE Opus One (Trost Records, CD 2023)

Festiwal Kody, Lublin, maj 2022 (koncert) oraz Polskie Radio, Warszawa, wrzesień 2022 (dogrywki): Helga Myhr – skrzypce, Sylwia Świątkowska – biłgorajska suka, Susana Santos Silva – trąbka, Maniucha Bikont – głos, tuba, Daniel Formo – organy, fortepian preparowany, Arne Forsén – fortepian preparowany, klawikord, instrumenty perkusyjne, Mats Gustafsson – saksofon barytonowy, flet, spilåpipa, dyrygentura. Jeden utwór, 48 minut.

Opus One, to z jednej strony efekt fascynacji muzyką folkową Gustafssona i jego rozbudowana kompozycja - mozaika motywów i akcji w podgrupach, którą artyści starają się łączyć w strumień zwartej opowieści, z drugiej niebanalny zamysł pozwalający zebrać intrygujący, międzynarodowy aparat wykonawczy. Połączenie brzmień typowo folkowych i preparowanych fraz dętych, tudzież pianistycznych wypada doprawdy intrygująco, a wiele epizodów trzeba uznać za definitywnie wartościowe. Udanie skonstruowane elementy składowe nie zawsze budują tu jednak linearną opowieść, innymi słowy bywa, że brakuje efektu synergii, a dramaturgia czterdziestu ośmiu minut koncertu napotyka na drobne mielizny.

Początek koncertu jest dalece kameralny, budowany minimalistycznymi akcjami, pełnymi rozwagi i determinacji nieczynienia zbyt pochopnych ruchów. Powolna opowieść jest kontrapunktowana zarówno dętymi frazami free impro, jak i folkowymi plamami melodii. Na tym etapie podobać się może szczególnie śpiew płynący na bazie strunowych ekspozycji. Kolejne wejście dętych i piana przypomina już małą burzę z piorunami. Po jej dość sprawnym ugaszeniu (okolice 12 minuty) kilka samotnych chwil mają onirycznie brzmiące organy. Następne fazy koncertu zdobią akcje piana i perkusjonalii oraz ponownie folk płynący ze strun. W okolicach 25 minuty muzykuje już chyba cały septet, ale aura pozostaje folkowa. Narracja kołysze się od incydentalnych, ale akustycznie dosadnych akcji free impro do folkowych epizodów z dobrze zarysowaną linią narracji. Swoje dokłada tu tuba, która stara się łączyć estetycznie obie frakcje ansamblu. Po 35 minucie dostajemy wyjątkowo urokliwy passus wokalny, dla którego kameralny akompaniament kreuje kilku strumieni dźwiękowych. Po zejściu w ciszę opowieść startuje od nowa. Dużo w niej teraz nerwowych, rwanych fraz, generowanych przez obie frakcje (szczególne brawa dla strunowców!). Narracja zdaje się być jednocześnie taneczna i smutna, delikatnie oniryczna. To drugie zapewnia choćby duet organów i piana doposażony kilkoma głębszymi oddechami fletu. Samo zakończenie koncertu trwa kilka minut i wydaje się być odrobinę niedopracowane – z jednej strony folkowa zgrzebność, z drugiej post-jazzowy background i porcja fraz preparowanych. Ostatnia prosta zostaje pozostawiona samotnie wybrzmiewającej, biłgorajskiej suce.



Mats Gustafsson Hidros 9 Mirrors (Trost Records, CD 2023)

Avant Art Festival, Warszawa, 2022 - Soliści: Anders Nyqvist - trąbki (slide, piccolo), Colin Stetson – amplifikowany saksofon basowy, Hedvig Mollestad – gitara, Per-Åke Holmlander – tuba, Jerome Noetinger - tape machine, Dieb13 – gramofony; NyMusikk Trondheim: Eira Bjørnstad Foss – skrzypce, Matilda Rolfsson – bęben basowy, Lars Ove Fossheim – gitara, Michael F. Duch – bas, Øyvind Engen – wiolonczela, Kyrre Laastad – perkusja i elektronika, Nicolas Leirtrø – bas, Daniel Formo – organy, fortepian preparowany, Ida Løvli Hidle – akordeon; Avant Art Ensemble: Teoniki Rożynek – skrzypce, Dominika Korzeniecka – bęben basowy, Szymon Wójcik – gitara, elektronika, Rafał Różalski – bas, Magdalena Bojanowicz – wiolonczela, Qba Janicki – perkusja i elektronika, Paweł Romańczuk – bas, Barbara Drażkov – organy, fortepian preparowany, Zbigniew Chojnacki – akordeon; Mats Gustafsson – dyrygentura, kompozycja na dwa identyczne, 9-osobowe zespoły kameralne, czterech solistów, tape machine oraz gramofony. Dziewięć części, 77 minut.

Druga z prezentowanych dziś orkiestr, to zdecydowanie bardziej epickie przedsięwzięcie – dwa niemal bliźniacze instrumentalnie nonety (jeden norweski, drugi polski), czterech improwizujących solistów, dwóch elektroakustycznych instalatorów na taśmach i gramofonach, wreszcie dyrygujący, tym razem pozbawiony instrumentu Gustafsson. Dźwięki koncertu wypełniają prawie całą nominalną pojemność dysku kompaktowego i dzielą się na dziewięć opowieści – od Intro po Outro, poprzez odpowiednio: Lustra, Cienie, Echo, Refleksje i ponownie, ale w lustrzanym odbiciu: Echo, Cienie i Lustra. Znów mnóstwo wrażeń fonicznych i dramaturgicznych, znów podobna uwaga, jak przypadku Ensemble E – ekscytujące niekiedy epizody, na ogół w podgrupach (często nawet w duetach!), nie zawsze łączą się w zwartą, równie intrygującą całość.

Opowieść, zgodnie z tym, co powyżej, można porównać do piramidy. Od otwarcia, poprzez wystudzone, w pełni kontrolowane epizody w podgrupach (bardziej akustyczne Mirrors i Shadows, bardziej elektroakustyczne Echoes), po szczytowe w tym wypadku Reflections, gdzie akcji i emocji jest najwięcej, aż po drogę powrotną, stanowiącą konstruktywną repryzę drogi na szczyt, niekiedy szczęśliwie doposażoną w większą dawkę żywiołowości i improwizowanych mini eskalacji. Bardzo bogate instrumentarium, gigantyczny, 25-osobowy skład generuje w trakcie koncertu mnóstwo dźwięków i sytuacji scenicznych, ale pomiędzy zadanymi tematami pojawia się dużo chwil ciszy, momentów zaniechania i nadmiernej kontroli narracyjnej. Fragmenty nagrania, gdy wykorzystywany jest cały aparat wykonawczy można policzyć na palcach jednej ręki. Tak rzecz się ma w kulminacyjnym, piątym epizodzie, który, tu bez zaskoczenia, jest najciekawszym fragmentem koncertu. Budowanym skrupulatnie, płynącym szerokim spektrum dźwiękowym, uformowanym na pewnym etapie w jakże ekscytujące crescendo. Dużo ciekawych, elektroakustycznych zdarzeń przynoszą obie części Echa, dostarczające wielu brzmieniowych niespodzianek. Na drugim biegunie atrakcji śmiało można usytuować obie części Mirrors, długie, łącznie trwające ponad dwa kwadranse, nadmiernie doposażone w momenty dramaturgicznego zastoju. Nie sposób zatem uniknąć konstatacji, iż orkiestra płynie zbyt często na zaciągniętym ręcznym i szkoda, iż precyzyjne ramy multi-kompozycji nie zostały w procesie wykonawczym nieco poluzowane, a muzycy puszczeni, w skończonej liczbie przypadków, na improwizacyjny żywioł.



piątek, 25 grudnia 2020

Agustí Fernández a la multitud i sol!


Już na początku szalonego roku 2020 (nie wiedząc jeszcze, iż będzie on aż tak szalony) ogłosiliśmy katalońskiego pianistę Agustí Fernándeza mianem muzyka roku, zachwycając się jego kilkoma płytami wydanymi tuż na jego progu (choćby wyśmienitym duetem z Liudasem Mockūnasem).

Muzyk oczywiście poczuł się delikatnie skrępowany takim komplementem, wszak w swobodnej improwizacji nie ma przecież szefów i nade wszystko jest ona kolektywna (fakt bez dwóch zdań!), ale ewidentnie wziął sobie ów tytuł do serca i niemal przez cały czas dostarczał nam kolejnych wspaniałych nagrań, trwale konstytuujących tezę postawioną na początku roku.

Dziś zatem czas na wielki finał! Dwie nowości pianisty, jedna zrealizowana z dużym ansamblem, druga solo, obie wkraczające z ogromnym impetem na listę najlepszych płyt roku. Co więcej, solowa Selfie, to być może najlepsza płyta na preparowany fortepian na niekończącej się, wiecznej osi czasu tego wyjątkowego gatunku. Poczytajcie i posłuchajcie koniecznie! A w kolejnym tygodniu szukajcie jeszcze jednej nowości z udziałem pianisty.

 


Ensemble Via Augusta

Połowa lipca ubiegłego, Grec Festival w Barcelonie (sala koncertowa Fundacji Joan Miró), a na scenie ośmioosobowy Ensemble: Agustí Fernández na fortepianie, DoYeon Kim na gayageum (koreański instrument strunowy), Marc Vilanova na saksofonie altowym, Lucía Martínez na perkusji i instrumentach perkusyjnych, także używająca głosu, Sarah Claman na skrzypcach, Don Malfon na saksofonie altowym i barytonowym, Per-Äke Holmlander na tubie oraz Barry Guy na kontrabasie. Opis płyty, ani rozbudowane liner notes pianisty nie informują, iż muzycy grają wedle jakichkolwiek notyfikacji, nie wiemy też, czy poczynione zostały prace predefiniujące improwizację. Nic też nam nie wiadomo, jakoby którykolwiek z muzyków podjął się czynności dyrygenckich. Ot, same cuda i wspaniałości tworzone ad hoc! Koncert jest nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, na potrzeby płyty (w formacie CD) został jednak podzielony na osiem części. Odsłuch całości zajmie nam 55 minut i 37 sekund.

Początek koncertu rozwiewa nasze scenariuszowe wątpliwości, albowiem dzieje się wedle pewnych dramaturgicznych ustaleń. Ostre otwarcie na raz, a potem sekwencja solowych mikro improwizacji, dzielonych, podobnymi jak na wstępie, perkusyjno-basowymi salwami ekspresji. Zaczyna samotny baryton, potem skrzypce, saksofon altowy, gayageum, tuba, a na końcu kontrabas i perkusja (nie bez udziału głosu!). Po tych ekspozycjach narracja zaczyna być bardziej kolektywna, no i wreszcie pojawia się fortepian (czyżby wcześniej Agusti jedynie zarządzał sekwencją solowych występów?). Wszystkim towarzyszy skupienie i dramaturgiczna precyzja, bystre chamber in motion! Drugi trak na dysku wyznacza moment, w którym opowieść zaczyna nabierać dynamiki (głównie za sprawa basu i piana). Rosną emocje, pojawiają się free jazzowe frazy i przepiękne zdobienia, jak choćby sekwencja duetowa skrzypiec i tuby. Wytłumienie następuje wprost w objęcia dark chamber z jakże piękną mini ekspozycją tych pierwszych. Zaraz potem (trak trzeci) zabawa w echo, wedle formuły dźwięk za dźwięk. Narrację prowadzą piano, tuba i bas gryzące się po łydkach preparowanymi short-cuts. Całość narasta jak letnia burza, bardzo kolektywnie, nie bez odrobiny psychodelii i ślizgania się po strunach – gęsta, nerwowa pajęczyna dźwięków. Kolejny krok, to wejście w jeszcze większą gęstwinę. Znów o dynamikę dobrze dba perkusja, która równie umiejętnie zdejmuje nogę z gazu i podprowadza nas pod zmysłowy duet piana i gayageum. Ów meta ragtime’owy pasus zostaje niemal zdewastowany freejazzowym kontrapunktem, po czym opowieść schodzi w dół mocą tuby, barytonu i basu. Powraca dark chamber upstrzony kobiecym piskiem.

Wejście w trak piąty znamionuje zdecydowany wzrost dynamiki. Orkiestra całą mocą swych wspaniałych instrumentów zaczyna rozpościerać się, jak skrzydła wielkiego ptaka. Jeszcze przed zapowiadającym się szczytem swoje kilka uroczych chwil mają po kolei wszystkie strunowce, jest także czas na bystrą salwę mocy ze strony perkusji i jednego z saksofonów. Ostry free jazz wiedzie nas ku górze, zdobionej solową ekspozycją barytonu. Opowieść postanawia tymczasem wziąć głębszy oddech (szósty trak). Skrzypce proszą o łyk wody, reszta strun drży i bawi się w małe gierki - prawdziwa cisza przed burzą, która zdaje się jednak lekko opóźniać. Małe, ambientowe piano nie bez preparacji (trak siódmy), szelest perkusjonalii, westchnienia dętych (zwłaszcza tuby). Narracja nabiera blasku, zdaje się być jednak bardziej rozwichrzona niż konsekwentnie dążąca do jakiejkolwiek eskalacji. Smyczki na kilku gryfach gaszą więc zmysłowo płomień i przygotowują grunt pod finałową przebieżkę (przy okazji, odnotujmy kilka zwinnych szarpnięć za struny w ramach zdobień). Muzycy nie szukają nadmiernej dynamiki, wręcz bawią się w call & responce. Dźwięki zaczynają się pięknie zazębiać i pęcznieć (ach, ten kontrabas!). Ostatnia prosta nie bez posmaku jazzu, prowadzona przez piano, osiąga szczyt, po czym błyskotliwie rozlewa się w morze drobiazgów. Na dwie minuty przed końcem dysku na muzyków czeka już gromka owacja, zapewne na stojąco.

 


Selfie

Tytuł najnowszej solowej płyty Agustí Fernándeza należy rozumieć, wedle słów muzyka, bardzo dosłownie. Selfie, albowiem wszystko, co finalnie słyszymy na płycie CD (11 traków, blisko godzina muzyki), powstało za przyczyną artysty, innymi słowy – osobiście wcielił się w każdy, nawet najdrobniejszy etap planowania, wykonania i produkcji nagrania. Dziesięć pierwszych improwizacji, to efekt tegorocznego muzykowania w Estudi Les Orenetes, Sant Pere de Vilamajor (Barcelona), ostatni zaś trak, to nagranie z 2015 roku, zarejestrowane w La Casa Murada, Banyeres del Penedès (Taragona).

Spektakl preparowanych wyjątkowości zaczyna się całą mocą wielkiego, jak ocean fortepianu – łomot klawiszy, strun, młoteczków, drżenie całego pudła rezonansowego, po prostu mała eksplozja! Narracja otwarcia mnoży wątki, ale też nieustannie je powtarza. Oto preparowane piano, które śpiewa i krzyczy z niemal rockowym temperamentem. Od ogółu do szczegółu, całe spektrum możliwości instrumentu, które czasami brzmi, niczym zdewastowany klawesyn. Otwarcie płyty, które rzuca nas na kolana i nie pozwala z nich powstać aż do samego końca tego akustycznego widowiska. Ognisty temperament artysty kreśli jakże impresjonistyczny Autoportret! Druga opowieść zdaje się schodzić głębiej w psychikę muzyka, nie stroni do zadumy, ale chęć zadawania cierpienia strunom wydaje się dominować w zestawie automotywatorów. Energia rozsadza trzewia muzyka, jakby piłował struny wyjątkowo ostrym narzędziem. Co nie przeszkadza mu z gracją schodzić do detali i pojedynczych mikro fraz. Kolejna sekwencja dźwięków stawia ma minimalizm i repetycje, szumiące echo i metaliczny rezonans. Głębiej i płyciej, mocniej i delikatniej. Zaraz potem muzyk poszukuje resztek ciszy - jedynie muska glazurę klawiszy i jednocześnie odkurza dno pudła rezonansowego. Ta chwila odpoczynku wydaje się być wystarczająca. Na starcie piątej części powraca ogień! Zamaszyście, intensywnie, ale też lekko i frywolnie – jedne przedmioty głaszczą struny, inne je dewastują, ugniatają i piłują. Stan permanentnego maltretowania strun, to niemalże idee fixe Autoportretu. Po chwili ciszy znów salwa, niczym z karabinu maszynowego. Agresja, ale skupiona, nieśpieszna. Agusti F., seryjny morderca strun, znów wyrusza na nocne polowanie. Jakby mimochodem, dla kontrastu śmiało sięga też po dźwięk zwykłego klawisza. Opowieść narasta jak cyklon, aż osiągnie stan godny miana post-industrial disaster!

Siódma improwizacja przypomina pasikonika, który skacze po łące zroszonej poranną mgłą. Skacze i … łamie nogę za nogą. Tempo, ekspresja, prawdziwie kocia zwinność, ale bez nadużywania przemocy. Garść delikatnych dźwięków na dużej szybkości, to dla tej klasy cyrkowca pestka! Dźwięki zdają się płynąć rwącym potokiem, ale woda wylewa się z koryta przez nieumocnione brzegi. Kind of psycho-acoustic drama! W ósmej części dudnią basowe klawisze. Oto kolejny zestaw dźwięków, których być może nigdy dotąd nie słyszeliście. Niczym tętent koni, niczym ryk maltretowanych bawołów w trakcie ucieczki przed stadem wygłodniałych kojotów. A może to żaby spadające z nieba, jak w finale Short Cuts Altmana? Agusti kreuje narracje tylko na dwie ręce, ale każda z nich plecie inny wątek! Dziewiąta część wieści zło – struny są uderzane, rozciągane i rwane na strzępy! More noisy details! Flow szybko jednak łapie pulsujący, bystry rytm, niczym tupot mew o pusty pokład, mimowolny taniec straceńców. Zaraz potem wchodzimy do zakładu szlifierskiego – Agusti piłuje i poleruje struny aż do krwi. Mały, repetytywny drumming aż po stadium nękającego uszy śpiewu. Czas na finał, ten sprzed pięciu lat – czarne klawisze w suchym rezonansie. Akord, który wybrzmiewa w pogłosie. Mocno i delikatnie, wolno i niesamowicie szybko. Dramaturgia godna Hitchcocka. Kryminał, który gaśnie w ciszy i ginącym echu. What a game!



wtorek, 8 listopada 2016

Mats Gustafsson & NU Ensemble – w poszukiwaniu utraconego czasu, czyli poznański wieczorek koncertowy


Poważny koncert muzyki improwizowanej w matczynym Poznaniu! Aż chciałoby się zakrzyknąć z radości. Tak, udało się! Muzycy dojechali (prawie wszyscy), publiczność też (choć kompletu nie było)!

Trybuna rzec jasna pilnie zameldowała się w sobotni wieczór w Scenie na Piętrze i ochoczo krzyknęła na powitanie: Obecny!!!!!

Duży skład Matsa Gustafssona - NU Ensemble - jest w trakcie europejskiej trasy (też brawa za przedsięwzięcie, na pewno kosztowne), z której aż sześć dni przypada na nasz piękniutki kraj, albowiem poza dniem poznańskim, są także trzy dni krakowskie i dwa warszawskie.

Dwunastoosobowy zespół szwedzkiego saksofonisty ma stosunkowo krótką historię, a jej otwarcie stanowiła niewątpliwie kilkudniowa rezydencja w Krakowie, lat temu trzy (paręnaście lat wstecz skład o bliźniaczej nazwie Nu-Ensemblen, popełnił krążek Hidros One, jakkolwiek muzycznie to była trochę inna przygoda). Dokumentacja krakowskiej bytności znalazła się na wyjątkowym wydawnictwie Not Two Records Hidros6, składającym się z 5 CD, dwóch winyli i jednego DVD (dźwięki z czarnych płyt doczekały się po pewnym czasie także edycji kompaktowej). Parę ciepłych słów zostały tej perełce edytorskiej poświęcone i na tych łamach (była to wówczas prymalna forma Trybuny, drukowana w m/i magazynie, obecnie dostępna w poście nr 2, ze stycznia br.).




W dżdżysty, listopadowy wieczór NUE dotarł do Poznania w nieco okrojonym i personalnie zmodyfikowanym składzie, w stosunku do owej rezydencji z roku 2013. Zabrakło klarnecisty i saksofonisty, przy okazji najstarszego członka grupy, Christera Bothena, który zaniemógł chorobowo. W miejsce Petera Evansa (trąbka) mieliśmy okazję obejrzeć Andersa Nyqvista (także trąbka), zaś zjawiskową wokalistkę Stine Janvin Motland zastąpiła jej koleżanka, znana m.in. z Fire! Orchestra, Mariam Wallentin. Ponadto w składzie odnaleźliśmy już samych znajomych, muzyków znanych nam doskonale nie tylko z występów u boku Gustafssona. A zatem: Joe McPhee (saksofon, trąbka), Agusti Fernandez (piano i organy), Kjell Nordeson (perkusja i wibrafon), Per Ake Holmlander (tuba), Jon Rune Strom (kontrabas), Ingebrigt Haker Flaten (gitara basowa), Paal Nilssen-Love (perkusja) i dieb13 (gramofony). A postać tu najważniejsza, czyli Mats Gustafsson, poza dyrygowaniem całym przedsięwzięciem, grał na saksofonie barytonowym.

Wieczorek poznański został podzielony na dwa sety. W pierwszym zaprezentowano trzy mikrokoncerty w podgrupach, zaś w drugim NUE wykonał kompozycję Matsa Knockin’.

Po kolei zatem… O godzinie mniej więcej 20.20, już po zapowiedziach organizatorów i Matsa, na scenie pojawiło się trzech muzyków – Nyqvist, Holmlander i dieb 13. Przez około 10 minut dwaj pierwsi czyścili dysze swoich blaszaków, a ten trzeci celebrował trzaski czarnych płyt, które z kocią zwinnością umieszczał na talerzach gramofonów. Pokaz sonorystyki był akustycznie bardziej niż smakowity, jakkolwiek w formie koncertowej rozbiegówki odrobinę mało … dynamiczny. Dodatkowo publika nie była jeszcze należycie skupiona.

Po chwili drugi podset seta pierwszego, czyli wibrafon, przy nim Nordeson i … kompozycja Omar II, autorstwa Franco Donatiego. Ponieważ w warstwie muzycznej ten minirecital nie niósł ze sobą nic frapującego (chciałem powiedzieć, że się nudziłem!), to w jego trakcie zajmowały mnie przede wszystkim częste zmiany pałeczek przez Kjella, co istotnie dramatyzowało ten kompozytorski incydent.

Po chwili krótszej niż moment, na scenie zameldowała się dwójka najbardziej wyrazistych artystycznie członków NUE, czyli Joe McPhee i Mats Gustafsson na saksofonach. Skupiona, wrażliwa na czułe interakcje, wymiana sonorystycznych pomysłów nie trwała niestety zbyt długo i co było atutem solowego wibrafonu, nie stało się przywarą tego niezwykłego duetu. Dlaczego tak krótko!!!?!

Przerwa toaletowa, ewentualnie zakupowa (Scena na Piętrze wciąż nie doczekała się baru….), a tuż po niej, czas na danie główne. Rozbudowana kompozycja Knockin’, stworzona przez Gustafssona w hołdzie i z inspiracji muzyką i tekstami Little Richarda (uwaga dla młodszych – gwiazda muzyki rock’n’rollowej wiele lat świetlnych temu). Jeśli mnie pamięć nie myli, Mały Rysiek był ulubionym wykonawcą Mamy Matsa i jego muzyka tworzyła rzeczywistość foniczną domu rodzinnego saksofonisty.

Jakże inspirująca i generująca wiele rolek papieru z zapisem dramaturgicznym kompozycji, może być prosta i komunikatywna muzyka rockowa, wiedzą Ci, którzy znają Knockin’ z wielopakowego wydawnictwa Not Two. Niemniej kluczowa w powstawaniu dzieła Matsa była też warstwa werbalna muzyki Richarda. Powiem więcej, w mojej ocenie, to właśnie teksty, na bazie których improwizuje wokalistka, są kluczem do właściwego zrozumienia idei kompozytorskiej Gustafssona. Podprogowe doświadczenia akustyczne z dzieciństwa w służbie muzyki improwizowanej? Why not…

Choć do wykonania Knockin’ potrzeba armii wybitnych improwizatorów (a takich mieliśmy na scenie), to najistotniejsza rola w tym dziele przypada wokalistce. Trzy lata temu w Krakowie, drobna i niewinna Stine Janvin Motland zrobiła z tego prawdziwe arcydzieło wokalistyki i improwizacji. Stosując przeróżne techniki wokalne wyniosła wówczas wykonanie Knockin’ na poziom, któremu w sobotę … nie sprostała niestety Mariam Wallentin. To wokalistka o innych parametrach głosowych, sprawdzająca się w innej estetyce. Jej śpiewne eksploracje na płytach Fire! Orchestra są wyśmienite, tu jednak, na poznańskiej scenie, Mariam nie uniosła poziomu moich oczekiwań. Fantastycznie wyglądała (trzy dekady temu w takiej estetyce ubierały się moje koleżanki z klasy, gdy wybierały się na dyskotekę, beze mnie - dodajmy!), była aktywna, dzielnie walczyła na scenie z gramaturą tekstu, trafnie wgryzała się w niuanse Gustafssonowskiej transkrypcji wokalnych pomysłów Małego Ryśka. Nie zawsze jednak przebijała się przez brzmienie grupy i nie była należycie eksponowana przez mistrza ceremonii.




Cały koncert był frapującą przygodą, nie brakowało w nim momentów ekscytacji, wszakże czegoś mi w sobotę zabrakło. Może większej porcji szaleństwa w indywidualnych popisach, może mniejszej dozy aranżacji przestrzeni dźwiękowej i ręcznego sterowania emocjami muzyków przez Matsa. A być może, znana mi świetnie wersja Knockin’ sprzed trzech lat, zbyt wysoko podniosła poprzeczkę całemu NUE.

Nie wszystkie jednak koncerty, tudzież ich werbalna dokumentacja w formie luźnej relacji, muszą być kończone w pozycji na kolanach. Wieczorek koncertowy dał mi swoją porcję radości i ani chwili nie uważam za bezpowrotnie straconą. Może tylko jeszcze silniej zatęskniłem za Stine Janvin. Poczekam na inną okazję.

Uzupełnieniem prawie 150 minut spędzonych w Scenie na Pietrze, było jam session, zorganizowane w pobliskim Dragonie. Wasz recenzent był dzielny i wytrzymał na nim jeszcze kolejne półtorej godziny, dzięki czemu miał okazję zaobserwować, jak wyciszona i skupiona narracja krajowego, improwizującego tria Bachorze, rozbudowana o norweską sekcję rytmiczną Strom/Nilssen-Love przekształca się we freejazzową petardę, niebiorącą jeńców. Cała kamienica zadrżała, a orgazm był udziałem wielu!

Podziękowania dla Marka za czujne towarzystwo!


Ps. Fotografie z koncertu własnego autorstwa.

środa, 20 lipca 2016

Mats Gustafsson – wiedeńskie przyjęcie urodzinowe w imię pokoju i … ognia


Wiedeński przybytek kultury Porgy and Bess był pod koniec października 2014 miejscem obchodów 50 rocznicy urodzin Matsa Gustafssona, być może najwybitniejszej postaci współczesnej muzyki improwizowanej o korzeniach nieanglosaskich.

Zabawa trwała trzy dni i zapewne tyleż nocy. Były życzenia, był tort i świeczki. I co najważniejsze – multum gości, muzyków zaproszonych przez Jubilata z całego świata. Dziś trafia do naszych rąk czteropłytowa dokumentacja muzycznej strony obchodów zacnej 50-i Matsa. Dzieło zwie się Mats Gustafsson & Friends MG 50: Peace and Fire. Wydawcą jest austriacki label Trost, pod numerem katalogowym TR140.

Nim prześledzimy zawartość tego wydawnictwa i przywołamy listę muzyków, którzy na nim zaistnieli, dwa słowa o tych, których na przyjęciu urodzinowym zabrakło. To muzycy na pewno dla Gustafssona ważni, muzycy, z którymi popełnił wiele znakomitych płyt. Myślę o Barry Guyu i Raymondzie Stridzie (ich wspólna formacja zwie się roboczo Tarfala Trio), a także Stenie Sandellu (z nim, jak i rzeczonym Stridem, Mats tworzy grupę Gush). Z pewnością ich nieobecność nie była intencją Jubilata, jakkolwiek mi osobiście tych Panów, w trakcie odsłuchu ekscesów muzycznych z trzydniowych obchodów, brakuje szczególnie dotkliwie. Ale cóż, nieobecni nie mają głosu, zatem skupmy się na tych, którzy w Wiedniu świetnie się bawili.




Nie kryję na tej stronie, pisząc dość często o współczesnych dokonaniach szwedzkiego saksofonisty, iż muzyczna przygoda Matsa niebezpiecznie pikuje w kierunku muzyki rockowej, noisowej i zgrzytliwej elektroniki. O ile użyte środki artystycznego wyrazu nie są dla mnie problemem, o tyle fakt, że muzyka Matsa ucieka od improwizacji w kierunku prostych rytmów i gigantycznego hałasu, jest trudna do zaakceptowania. Cierpi na tym scena free improvisation, dla której Mats był od lat motorem rozwoju i jedną z najważniejszych postaci.

Materiał z Porgy and Bess zresztą świetnie pokazuje tę dwubiegunowość poczynań Matsa. Na czteropaku znajdziemy zarówno błyskotliwe popisy free improv, jak i głośną, rytmiczną muzykę o prostym metrum, barwioną dźwiękami generowanymi na kilometrach grubych kabli, wreszcie zwoje zmyślnie pokomplikowanej elektroniki o delikatnie improwizowanym posmaku.

Przygoda Peace & Fire zaczyna się dwoma krótkimi miniaturkami wolnej improwizacji duetu Gustafsson – Dkerm. Za pseudonimem tego drugiego, kryje się avant-rockowy perkusista Dieter Kern, który w formule zaproponowanej przez Jubilata, radzi sobie … wyśmienicie. Ledwie dziewięć minut piorunującego zaproszenia do zabawy urodzinowej. No i gra Matsa – takiego lubię go najbardziej!

Następne dziewięć minut spędzamy w odmętach sycząco-skwierczącej elektroniki (Billy Roisz i Dieb13 jako Risc), by przez kolejnych kilkanaście poflirtować ze Svenem-Ake Johanssonem, weteranem freejazzowego bębnienia, w wersji solowej, który epizodycznie używa także głosu, na dość konwencjonalny zresztą sposób. Dysk pierwszy wieńczy prawie 25 minutowy set w wykonaniu stałej formacji Matsa, Swedish Azz (na ostatni fragment na dostawkę z Johanssonem), eksplorującej historię szwedzkiego jazzu na wskroś …nowoczesnymi środkami wyrazu. Nie są to wszakże dźwięki, które mnie osobiście szczególnie intrygują. W każdym razie, odsłuchałem bez szwanku na umyśle.

Dysk drugi, to rozbudowana wycieczka w kierunku muzyki nieimprowizowanej lub … tylko trochę improwizowanej. Zaczynamy od formacji (Fake) The Facts (Siewert, Gustafsson, Dieb 13), wspartej dwoma perkusjami (Brandlmayr, Lytton). Dwudziestominutową ścianę dźwięku słucha się … zupełnie ciekawie, a już na pewno jest to propozycja bardziej przyswajalna, niż studyjne ekscesy w składzie trzyosobowym. Kolejny, jeszcze dłuższy interwał, to duet okablowanego Christiana Kurzmanna i … wokalistki Sofii Jernberg, którą okazję mieliśmy poznać w Fire! Orchestra. I podobnie, jak w trakcie poprzedniego fragmentu, nie spodziewając się wiele, mogłem się mile rozczarować, zwłaszcza w kontekście głosowych pogadanek Sofii. No i czas na punkt główny dysku, czyli ponad 30-minutowy set kolejnej stałej formacji Gustafssona – Fire! Bazą dla tej grupy jest skład trzyosobowy, znamy świetnie wersję orkiestrową, tu zaś na scenę trafił wariant pośredni – Mała Orkiestra Ogniowa! W ramach wzmocnień personalnych – Agusti Fernandez na organach, Erwan Keravec na bagpipes (!) i dwie wokalistki znane nam z Fire! Orchestra - przywołana już wcześniej Sofia i Mariam Wallentin. Początek spotkania absolutnie w estetyce free improv, przy pięknie jęczącym wokalu jednej z Panien. Aż do momentu, gdy do gry wchodzi twardy bas Bertlinga i zaczynamy jechać już całkiem na rockowo. Przyznam bez cienia wątpliwości, że Fire! w takiej formule bardzo mi się podoba. Oczywiście dominacja rytmu, oczywiście głośny jęk gitary basowej i elektroniki (często jednocześnie), ale … z jednej strony - kapitalnie śpiewające Panny, z drugiej - łagodzący obyczaje Agusti, wreszcie szalone piszczałki na dokładkę. Wszystko to powoduje, iż ten set ogniowy dostaje ode mnie dużego plusa prosto w czółko. Do tańca i do różańca! Jeśli dacie sobie wydziergać na czole ten rockowy sznyt Fire!, ta muzyka zaprowadzi Was do bram piekła i pozwoli doznać nieuciążliwej ekstazy.




Jesteśmy zatem w połowie zabawy. Jest całkiem fajnie, kilku gości, pozornie zbędnych na tym przyjęciu, dało istotny powód do czerpania przyjemności z ich muzyki, a przed nami  creme de la creme tego zestawu. Najpierw Gustafsson zaprasza na scenę… austriacką formację muzyki współczesnej Klangforum Wien, z którą wchodzi w szranki improwizacyjnej batalii bez przymrużenia oka. Wyśmienite! Matsa kontratakują flet, kontrabas, obój, trąbka i kwartet instrumentów smyczkowych. Potem jeszcze fragment z tubą i perkusjonaliami. Blisko kwadrans jakże konkretnej zabawy. Tuż po nich, spotkanie Matsa w weteranami niemieckiego free improv, Günterem Christmannem (puzon, wiolonczela) i Paulem Lovensem (perkusja), którzy jako TR!O mają w dorobku krążek, popełniony dwie dekady temu (z tym pierwszym Mats ma na rozkładzie także duety). Do trójki podłączono analogową elektronikę Thomasa Lehna, a nam pozostało nieźle się zachwycić tą szemraną improwizacją, trwającą niestety tylko niewiele ponad kwadrans. Otumanieni skupioną grą wyżej wymienionych, po chwili zostajemy zaatakowani freejazzową petardą, w postaci blisko 40-minutowego setu The Thing i Kena Vandermarka. Jakąś dekadę temu takie granie strasznie mnie rajcowało, dziś jednak nie potrafię nie natrafić na powtórki i kalki. Ale Urodziny Matsa mają swoje prawa, a przecież trudno je sobie wyobrazić bez tego koncertu! No i dysk trzeci za nami…

Dysk ostatni przynosi … prawie wyłącznie występy solowe. O ile pierwsze dziesięć minut na wibrafon solo w połączeniu z elementami perkusji (Kjell Nordeson), możemy śmiało zmarnować na wycieczkę do lodówki po zmrożony browar, o tyle kolejne solówki nie powinny już ujść naszej uwadze. Najpierw Per Ake Holmlander i jego tuba (doskonałe!), potem prawie 20 minut preparacji fortepianu przez mistrza tego fachu, Agusti Fernandeza (kapitalne!), wreszcie jeszcze dłuższy fragment Erwana Keraveca i jego bagpipes (odjazd!). Na sam już finał znów okablowany Kurzmann, tym razem w towarzystwie Kena Vandermarka, a zaraz po nich Anna Högberg w dwuminutowej miniaturce na saksofon altowy. 

Wedle informacji zawartych na wydawnictwie, urodzinowa muzyka została zaprezentowana tu w porządku chronologicznym (dysk pierwszy zarejestrowany 26.10, dysk drugi - 27.10, zaś trzeci i czwarty – 28.10), przy czym dysk ostatni zawiera nagrania powstałe w Porgy and Bess, w części zwanej Strenge Kammer.




czwartek, 7 kwietnia 2016

Mikołaj Trzaska – The Big 50th!


Mikołaj Trzaska, najwybitniejszy współczesny polski muzyk improwizujący, kończy dziś 50 lat. Piękny wiek, można rzec poetycko, a potem nakryć się nogami ze śmiechu. Z pewnością Jubilat tak by postąpił.

Drogi Mikołaju, wspólnych spotkań z Twoją muzyką było tak wiele, że nie sposób przywołać ich wszystkich. Na końcu tej urodzinowej pocztówki przypomnę jeden. Mam nadzieję, że i Ty byłeś wtedy z niego zadowolony.

Są też płyty, bez nich nie byłoby Twojej historii. Początkowo myślałem o sporządzeniu listy moich ulubionych, ale lista ta, w procesie przeglądania moich półek, zaczęła niepokojąco pęcznieć, a nie było moją intencją przy tej okazji urodzinowej pisanie monografii Twojej twórczości. Zatem tylko kilka impresji, wrażeń, często implikowanych wcześniejszym brawurowym incydentem koncertowym.




Niepokojąco odległe czasy. Jesień 1990r. Miłość w trio (z Mazzolem i Tymonem) gra w poznańskim klubie Piekłoraj. Po koncercie pytamy Was, czy Primus gra jazz. Ty jedynie znacząco uśmiechasz się, a ja na odpowiedź muszę jeszcze poczekać kilka lat….

Jesień 1993. Miłość gra na Jazz Jamboree tuż przed Ornette’m Colemanem. Siedzę przy radiu i słucham z zapartym tchem. Niedługo potem Tymon robi małą rewolucję w Jazz Forum i ogłasza powstanie yassowe. Zupełnie jak punkowy numer Non Stopu z grafiką Dezertera na okładce dekadę wcześniej….

Znów Jamboree, chyba trzy lata później, Miłość gra nocny koncert w Remoncie. Siedzimy ze znajomymi na krawędzi sceny, pot z Twojej rury smaga nam skronie, a Wy gracie dwugodzinny koncert, który ryje nasze berety na całe życie…

Dopadam Cię na scenie z braćmi Olesiami. Jest już po roku 2000, gracie iście telepatycznie, a ja potem w domu – już z dwoma krążkami Mikro Music i Le Sketch Up – zasypiam w przekonaniu, że to jest TA muzyka. Piszę recenzję na vivo.pl w pozycji na kolanach. Nie ostatni raz zresztą…

Gdańsk, Avant Festival, chyba we Wrzeszczu, na scenie wyjątkowe Trio X, a z nimi Mikołaj Trzaska. Potem na diapazonie napiszę, że genialnie grał …Quartet X. Po kilku dniach gracie w Alchemii, a po roku na podwójnym CD wydaje to Marek Winiarski pod tytułem Magic.

Grasz kompulsywny koncert solowy w poznańskim Dragonie, w ramach kolejnej edycji Tzadik Festiwal. Albo w tymże samym miejscu, wiosną 2007 grasz dwa tria z Michalem Zerangiem. Pierwszy z Clementine Grasser wydasz na płycie jako… Nadir & Machora. Drugi, jeszcze lepszy z Claytonem Thomasem, mimo dwukrotnej rejestracji, na płycie się nie pojawia.

Znów Trójmiasto, tym razem Gdynia, jadę po ciemku z wyspy Sobieszewskiej. Jest luty 2008 roku. Grasz w kwartecie z Peterem Brotzmannem, Peterem Friisem Nielsenem i Peeterem Uuskylą. We własnym, zabawnym 1kgrecords wydasz podobny koncert jako North Quartet.




Wiosna 2009, znów Poznań i Dragon. Ze swoimi ulubionymi Duńczykami (Friis Nielsen, Jorgensen), jako Volume z dodatkiem Johannesa Bauera, gracie genialny koncert. Kolejnego dnia rejestrujecie swój występ w Bydgoszczy, a label Duńczyków Ninth World Music wydaje to jako Tungt Vand.

Z preparującym fortepian Tomkiem Szwelnikiem grasz popisowy free improv koncert, … w Dragonie. Potem kupuję to na płycie 1kg pod szyldem Don’t Leave Us Home Alone.




Gdy razem z Morettim i Rogińskim śpiewasz rzewne pieśni jako Shofar, robi się mi dobrze na serduszku i czuję, że ja też mogę mieć semickie korzenie, szczególnie piłując w odtwarzaczu debiutancki Shofar . Lubię też jak Ircha, na bazie tylko kilku nutek, pięknie improwizuje na cztery klarnety, zwłaszcza na podwójnym Black Bones.

Z brytyjską sekcją Brice/ Sanders zakładasz Riverloam Trio. Mnie szczególnie przypada do gustu płyta wydana dla FMR Records, zwana pokrętnie Inem Gorth. Na Tzadik Festiwal gracie w rozszerzonym składzie (Holmlander i Bauer) fajny koncert.

Jako artystyczny spadek po Resonance Ensemble Kena Vandermarka zostaje Ci smakowity kwartet, który formujesz ze Swellem, Holmlanderem i Daisy’m. Wydajecie dwie płyty, z których druga Return From The Centre of Earth, choć przebiegle enigmatyczna, wspaniale radzi sobie w moim odtwarzaczu. A ja wciąż czekam na koncert tego składu. Nie tylko zresztą na ten…




Po prawie dwudziestu latach kupuję na CD Sport i Religię zabawnej efemerydy NRD, którą udziergałeś z Tymonem, Mazzollem i nieodżałowanym Olterem (przedtem miałem tylko kasetę). Jaka free jazzowa torpeda… i ten Wasz rubaszny humor. Uwielbiam to.

Mikołaj, wszystkiego najlepszego!!!!!!




Big Dragon - Volume Up!

Tekst pierwotnie zamieszczony na portalu diapazon.pl w roku 2009

Jest taki jeden polski, młody muzyk jazzowy, który na łamach zacnego i poczytnego (poczytalnego?) "Jazz Forum" przyznaje się, że nawet nie wie o istnieniu w pięknym kraju nad Wisłą jednej z dwóch najbardziej prężnych, niezależnych oficyn jazzowych w Europie (rozumiem, że każdy wie, o jakiej mówię).

Jestem absolutnie przekonany, iż nie on jeden – z kręgu osób odpytywanych w inkryminowanym piśmie – będzie miał także problem z percepcją pewnej konstatacji, którą poniżej głośno i wyraźnie wyartykułuję. A przyczynkiem do poniższej jawnej deklaracji miłości i bezgranicznego uwielbienia dla pewnego alcisty z kraju największej piłkarskiej korupcji nowoczesnej Europy, niech będzie wczorajszy koncert kwartetu Trzaska/ Bauer/ Nielsen/ Jørgensen w poznańskim Klubie "Dragon".

Oto, Drodzy e-Czytelnicy, na naszych oczach tworzy się historia polskiego jazzu. Mikołaj Trzaska (dobry rocznik 1966) przekroczył rubikon i może już dumnie zasiąść w gronie wybitnych współczesnych muzyków jazzowych. Już bodaj czwarty raz w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy wychodzę w koncertu z jego udziałem w pozycji "szczęka na glebie". Najpierw Trio X (Quartet X?!), potem dwukrotnie wspaniałe tria z Michaelem Zerangiem, a teraz kwartet przywołany w preambule.

Trzaska swój artystyczny wizerunek buduje w sposób systematyczny i bardzo konsekwentny. W roku ubiegłym zmierzył się z fanami free za oceanem. W Europie jest już Panem na włościach od co najmniej 5 lat. A najdobitniejszym tego przykładem niech będą jego muzyczne kooperacje z Peterem Friisem-Nielsenem. Dowody rzeczowe? Kilka tras koncertowych i cztery wydawnictwa płytowe (w tym m.in. jedno z Peterem Brötzmannem, zaś ostatnie z nich - pod szyldem "Volume" - to polska płyta 2007 roku na tym portalu).

A wspomnianemu na wstępie muzykowi i jego kolegom półanalfabetom mówimy "papa" i pozostawiamy w barłogu ich muzycznego niedoedukowania.



Poznański "Dragon", to bardzo udane miejsce do spędzania czasu i słuchania muzyki. Klub kilku wymiarów, tak przestrzennych, jak i mentalnych. Dodatkowo, miejsce niezwykle przyjazne niszowym alterszaleńcom, nieskorym do muzycznych kompromisów, takim co to za bardzo nie wiedzą, kto to Fryderyk i dlaczego Chopin już dawno nie żyje.

Na kameralnej scenie piorunująca, wysokogatunkowa mieszanka. Swojski posmak słowiańszczyzny, czyli stanowczy, z lekka korpulentny i jak zawsze odrobinę rubaszny Mikołaj Trzaska na alcie (i tylko na alcie!). Szczypta surrealizmu pod postacią dwóch szalonych Duńczyków, jakby żywcem wyjętych z "Królestwa" Larsa Von Triera. Wielki jak skała Peter Ole Jørgensen na perkusji i filigranowy "łudialenowy" Peter Friis-Nielsen na elektrycznym basie. Na dokładkę dużo frywolności i całkowicie nieniemieckiego luzu, czyli gibki i roztańczony puzonista – Johannes Bauer (ten młodszy z klanu!).

Rzeczony kwartet to prawdziwa muzyczna torpeda, o niewyczerpalnych pokładach samo odnawiającej się energii, rozdawanej jednakże publiczności w odpowiednich porcjach. Ani na moment nie uciekaliśmy w chaos. Jeśli jechaliśmy bardzo ostro i stromizną w dół, hamowanie było w pełni kontrolowane i zdarzały się nawet liryczne puenty. Muzycy w stanie ekstremalnej kooperacji, jakby rzeczywiście znali się od dzieciństwa (!), czyli free pełną gębą, choć głęboko zaplanowane i przemyślane. Nic z kartki (broń, Boże!), czasami wystarczało tylko kilka spojrzeń, by uzyskać precyzję i czystość brzmienia nawet w momentach dużego nawarstwienia dźwięków. Głośno i ostro, ale mieliśmy wrażenie, że nie ma na scenie jakiegokolwiek zbędnego dźwięku (jeśli już, to raczej po stronie publiczności – pewien nazbyt, jak dla mnie, wyluzowany fan i dwie gadatliwe blondynki po prawej stronie, jakże uroczo kwilące nie na temat, łagodnie doprowadzały, nie tylko mnie, w stan permanentnej irytacji – uwaga, Drogie Koleżanki, Wasze twarze zostały zapamiętane!).

Piekielna sekcja! Perkusista biegający po scenie ze swym zestawem, bo przy jego posturze, trudno o delikatność i nazbyt niestosowną subtelność w okładaniu bębnów ciosami z każdej gardy. Basista, jak zawsze na krzesełku, przepełniony energią, gotowy zagrać 4 "połowy" i dwie dogrywki, o rzutach karnych nie wspominając. Bauer na puzonie! Wspaniały, jednocześnie zaczepny i drapieżny, delikatny, frywolny i bardzo zabawny (tak, przede wszystkim zabawny). No i Mikołaj – zdzierał skórę z tej muzyki, aż krew tryskała po ścianach. Zaczynał i kończył erupcje swych swobodnych, improwizowanych podpowiedzi, uzupełnień, komentarzy i kontrapunktów zawsze w idealnym momencie. I ta pewność każdego zadęcia, celność każdej wypowiadanej kwestii.

Genialny koncert (nie boję się tego słowa!), który na długo pozostanie w naszej pamięci, a potem już tylko niecierpliwe czekać nam przyjdzie na CD, albowiem nagranie było rejestrowane (ciekawe, czy te blond gaduły da się wyciąć z soundtracku?).

Mikołaj Trzaska Quartet (Mikołaj Trzaska - alto saxophone, Johannes Bauer - trombone, Peter Friis Nielsen - bass guitar, Peter Ole Jørgensen - drums), Poznań, Klub "Dragon", 21.04.2009.




poniedziałek, 22 lutego 2016

Barry Guy New Orchestra - potrójna przyjemność



Pisanie o Nowej Orkiestrze Barry Guya jest dla mnie czystą przyjemnością przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze – przywołuje wspomnienie uczestnictwa w dwóch kilkudniowych spotkaniach z Zespołem i muzykami w Krakowie, odpowiednio w 2010 i 2012 roku, które z pewnością mogę wskazać, jako najbardziej intensywne i po prawdzie najpiękniejsze koncertowe spotkania z muzyką improwizowaną. Po drugie - wydane po wyżej wymienionych spotkaniach wielopaki oficyny Not Two „Mad Dogs” i „Mad Dogs on The Loose” zawierają doprawdy wyjątkową muzykę, stanowiąc jedne z najważniejszych rejestracji muzyki free improvisations ostatnich lat, w każdym aspekcie rozpatrywania tego zagadnienia. I to jest teza, z którą trudno dyskutować, będąc przy zdrowych zmysłach.

Po trzecie w końcu, Barry Guy New Orchestra jest absolutnie zjawiskową formacją na współczesnej scenie muzycznej (bez dodatkowych przymiotników). Łączy bowiem w sobie dwa trzyosobowe składy, konsekwentnie stawiające resztę świata free improvisation w pozycji zdystansowanych rywali -  czyli trio Evan Parker/ Barry Guy/ Paul Lytton i trio Mats Gustafsson/ Barry Guy/ Raymond Strid (zwane także jako Tarfala Trio). Dodatkowo jest także BGNO naturalną kontynuatorką wielkiego przedsięwzięcia Barry Guya – London Jazz Composers Orchestra - która choć formalnie egzystuje, to jednak nie ujawnia nowych wydawnictw płytowych od kilku już lat. W tym miejscu nieodzowne zdaje się przypomnienie wspaniałego koncertu LJCO na warszawskim Festiwalu Ad Libitum w 2013r., poprzedzone wyjątkowym występem Barry Guya i Mayi Homburger w duecie, a także dzień wcześniej – tria Parker/ Guy/ Lytton.

Wspomniane wyżej wielopaki z koncertów krakowskich zawierają nagrania tzw. Small Formations, zatem zespołów „istniejących” wewnątrz Orkiestry, jak i ad hoc kleconych układów personalnych spośród jej członków. Nie ma na tych wydawnictwach nagrań koncertów finałowych samej New Orchestra jako całości. Rejestracje te bowiem Guy zarezerwował jedynie dla okoliczności spotkań studyjnych, gdy nagranie powstaje w absolutnie komfortowych warunkach akustycznych.




Amphi/Radio Rondo – wymiar studyjny

Nowa Orkiestra trzykrotnie skutecznie popełniała rejestracje studyjne. Najpierw było to spotkanie w roku 2000 i płyta „Inscape-Tableaux” (Intakt, 2001), potem cztery lata później „Oort-Entropy” (Intakt, 2005), wreszcie ostatnia z nich, zrealizowana w niespełna cztery miesiące po drugiej wizycie w Krakowie - „Amphi/Radio Rondo” (Intakt, 2014). Co najistotniejsze, na tej trzeciej znalazły się kompozycje Barry Guya wykonywane w trakcie koncertu finałowego w Krakowie w 2012r. Zatem śmiało możecie ten ostatni dysk podpiąć pod drugi z wielopaków Not Two.

Orkiestra, jak widać wyżej, nie spotyka się zbyt często, tym większa zatem radość, że pierwsza wizyta w Krakowie miał swój doskonały ciąg dalszy. Co równie istotne, a co stanowi wartość dodatkową rejestracji ze spotkań krakowskich, to poszerzenie tentetu, jaki funkcjonował na dwóch pierwszych edycjach BGNO, o dwie ważne postaci – barokową skrzypaczkę Mayę Homburger (prywatnie żonę Guya) i wspaniałego brytyjskiego saksofonistę Trevora Wattsa. Na „Amphi/Radio Rondo” nie odnajdujemy wprawdzie Wattsa, jest natomiast dobitnie obecna pani Homburger. Oto bowiem pierwszą cześć dysku zajmuje rzeczona kompozycja „Amphi’, która jest próbą – od razu zdradźmy, że wyjątkową udaną – połączenia dużej improwizującej orkiestry free jazzowej (nie bójmy się tego określenia) ze skrzypcami barokowymi, sprawnie obsługiwanymi przez Mayę. Efekt jest doprawdy piorunujący, a sam Guy w stosownym liner notes podziwia zarówno małżonkę, która utrzymała się stylowo w tyglu kipiących dęciaków, jak i pozostałych członków Orkiestry, którzy w ferworze improwizacji potrafili być akustycznie wstrzemięźliwi i nie zagłuszyli pięknie brzmiącego instrumentu strunowego. Muzyka jest frapująca i od razu zaznaczam, że niewiele ma wspólnego z medialnie głoszonym onegdaj „trzecim nurtem” w muzyce (chodziło, przypominam, o połączenie jazzu z filharmonią).



Drugą z kompozycji zawartych na najnowszym dysku BGNO jest „Radio Rondo”, oryginalnie napisaną dla London Jazz Composers Orchestra i wykonaną w 2008r. przy udziale pianistki Irene Schweizer ("Radio Rondo/ Schaffhausen Concert"). Tu cudowne barkowe smakołyki maczane w swobodnym tańcu wybitnych instrumentalistów, zamieniamy na pikantne, free jazzowe mięcho, upieczone wokół intensywnie improwizującego pianisty, w tym wypadku – Agusti Fernandeza. Perełka, udanie kontrapunktująca nieco nostalgiczne „Amphi”.

Zachęcając do zanurzania się po sam koniuszek nosa w nowej muzyce BGNO, poniżej proponuję skromne przypomnienie pierwszej edycji wrażeń z niezwykłych spotkań z Nową Orkiestrą, które opisałem w marcu 2013r., tuż po ukazaniu się „Mad Dogs” (tekst udostępniony w globalnej sieci na pośrednictwem portalu jazzarium.pl). O drugiej edycji czytaliście już na tym blogu w poście, do którego skrót odnajdziecie właśnie w tym miejscu.


Mad Dogs – spotkanie pierwsze

Niech to zakrawa na mentalny szantaż wymierzony w rozgorączkowane głowy czytelników, ale już teraz, w połowie marca, donoszę nieśmiało, iż nakładem zacnego krakowskiego Not Two ukazała się najlepsza płyta roku 2013.

Jestem bezczelnie przekonany, iż bieżący rok niczym bardziej istotnym na polu free jazz/improv nas już nie zaskoczy. Oto bowiem, po ponad dwóch latach oczekiwań, dostajemy do rąk płytową relację z wyjątkowego wydarzenia, jakie miało miejsce w Krakowie w roku 2010 – pięciu dni obcowania z New Orchestra Barry Guya. Co niemniej ważne, nagrania te pewna skończona liczba homosapiens może śmiało porównać z genialną powtórką tegoż wyjątkowego wydarzenia, jaka miała miejsce w Krakowie w roku 2012 – tym razem czterech dni koncertowania tejże samej New Orchestra.  Pisząc o „Szalonych Psach” nie sposób do tego drugiego wydarzenia nie odnosić się.

Wasz skromny, acz bezczelny recenzent uczestniczył w obu tych eventach (jakkolwiek nie w pełnym wymiarze), zatem istnieje spora nadzieja, iż jego wynurzenia nosić będą znamiona, jakkolwiek pokrętnej, to jednak obiektywności.

Idea zebrania w jednym miejscu kilkunastoosobowego dużego składu freejazzowego i podzielenia go na mniejsze koncertujące podgrupy nie jest nowa, ani szczególnie odkrywcza (wspomnijmy choćby całkiem przecież niedawne pierwsze ujawnienie The Resonance Kena Vandermarka). Również w przypadku New Orchestry takie działania podejmowane były już wcześniej (zresztą sama idea NO, jak wspomina Barry Guy, to próba konfrontacji trzech trzyosobowych formacji z udziałem kontrabasisty – Parker/Guy/Lytton, Guy/Gustafsson/Strid  i Guy/Crispell/Lytton).

Wszakże w odniesieniu do poprzednich ujawnień New Orchestra, zebranie tej grupy muzyków na pełny tydzień roboczy w jednym miejscu, następnie zarejestrowanie nagrań i wydanie w edycji aż 5 krążków jest z pewnością czymś ponadstandardowym. Dodajmy w tym miejscu, iż mimo, że NO istnieje formalnie ponad 12 lat, ma na swym koncie do tej pory zaledwie dwa wydawnictwa płytowe („Inscape – Tableaux”, 2000; „Oort – Entropy”, 2004 – oba w szwajcarskim Intakt Records, w pełnym dziesięcioosobowym składzie).



W ramach obecnego składu BGNO (jakkolwiek zmiany na przestrzeni wspomnianych wyżej lat funkcjonowania składu były bardziej niż kosmetyczne!) istnieje  – co ważne i dalece frapujące – kilka formacji absolutnie istotnych dla muzyki free jazz/improv, składów personalnych mających za sobą jedno lub więcej ujawnień płytowych. A zatem  tria: Parker/Guy/Lytton,  Gustafsson/Guy/Strid (Tarfala Trio) i  Robertson/Parker/Fernandez, duety: Fernandez/Guy, Fernandez/Gustafsson, Fernandez/Parker, Parker/Guy, Parker/Lytton i Gustafsson/Guy, a także kwartet Fernandez/Parker/Guy/Lytton. Dodatkowo wiele wspólnych nagrań popełnili onegdaj Trevor Watts i Barry Guy, jakkolwiek prawie zawsze w towarzystwie nieodżałowanego Johna Stevensa. Te historyczne koincydencje mnożyć by można w nieskończoność, zatem bezspornym jawi się fakt, iż podzielenie New Orchestra na mniejsze składy, to stworzenie okazji do obejrzenia w akcji scenicznej niemal całej historii europejskiego free improv, przynajmniej ostatnich dwóch dekad (jedyny człowiek spoza Europy w tym gronie to Herb Robertson).

Powyższy, niebywale rozbudowany wstęp mógłby po prawdzie starczyć za samą recenzję, wszak powodów wyjątkowości nowego wydawnictwa Marka Winiarskiego mamy tu przywołanych wystarczająco wiele. Niemniej parę dodatkowych argumentów dla uzasadnienia mojej bezczelnej preambuły postaram się tu wylistować.

Do Krakowa jesienią roku kończącego pierwszą dekadę XXI wieku zjechało dwunastu muzyków. Standardowy tentet uzupełniony został na tę okazję o weterana sceny improwizowanej (i nie tylko) Trevora Wattsa oraz Mayę Homburger, barokową skrzypaczkę, przy okazji partnerkę życiową Barry Guya. Efektem fonograficznym spotkania jest pięć dysków, dokumentujących cztery dni zmagań małych formacji, innymi słowy ponad 4,5 godziny nagrań koncertowych z Alchemii. Nie wszystko, co się wówczas wydarzyło, Barry Guy pozytywnie zweryfikował w procesie edytorskim, nie mniej wydaje się, iż nic szczególnie istotnego nam nie umknęło (pozostaje pytanie, dlaczego nie wydano koncertu finałowego NO, ale w tym miejscu dylemat ten mniej nas interesuje). Na płytach Not Two mamy zatem cały dzień pierwszy i trzeci, obszerne fragmenty dnia czwartego i drobny, 30 minutowy ekstrakt dnia drugiego (jeśli w tej wyliczance nie jestem w stu procentach precyzyjny, to proszę o korektę, bazuję wszakże wyłącznie na ulotnej pamięci, a szczegółowych notatek nie posiadam).

Na opublikowanych nagraniach słyszymy większość formacji, które znaliśmy już wcześniej z nagrań płytowych (patrz szósty akapit tego fragmentu tekstu). Mnie szczególnie do gustu przypadły niemal genialne ujawnienia Matsa Gustafssona, ewidentnego króla polowania tygodnia alchemicznych zmagań.  Myślę tu zarówno o krótkim popisie solowym, jak i przede wszystkim o duecie z Agusti Fernandezem i frenetycznym wręcz występie Tarfala Trio (polecam zwłaszcza fragment, gdy free improwizacyjna kawalkada dźwięków wchodzi na poziom całkowicie zaskakującej harmonii, jakby w znoju konwulsyjnej galopady trzech jurnych rumaków, nagle rzeczywistość zdominowana została przez oślepiające blaski wschodzącego słońca).

Nie sposób także nie zatrzymać się na chwilę przy występach tria Parker/ Guy/ Lytton, najpierw dnia pierwszego w ujęciu klasycznym, zaś w dwa dni później z udziałem Agusti Fernandeza w uroczym kwartecie. Kto ma wątpliwości, że Ci muzycy w tej konfiguracji stanowią kwintesencję małego składu free improv, ma kolejną okazję, by się o tym przekonać. Istotnym elementem pięciopaku z Alchemii jest także rzeczony pianista, który odpowiada za wspaniałe intro całego przedsięwzięcia na preparowane piano solo.



W ramach powoływanych ad hoc składów osobowych nie sposób nie uchylić się w pozie zachwytu nad kwartetem dowodzonym przez perkusistów Lyttona i Strida, których pięknie kontrapunktowali niskim częstotliwościami Hans Koch i Per Ake Holmlander. Także każde pojawienie się na scenie najstarszego w tym gronie Trevora Wattsa godne jest Waszych uszu, szczególnie zaś te w trio z Guyem i Stridem (niechybnie pamięć moja przywołuje natychmiast  niezapomniane nagrania Wattsa i Guya z Johnem Stevensem, zarówno jako Amalgam, jak i pod trojgiem nazwisk). Zachęcam także do uronienia paru chwil na wieńczącym cztery dni improwizacyjnych zabaw występie Oktetu (skład BGNO bez Parkera, Guya, Homburger i Kocha), fascynującym przynajmniej z dwóch powodów – po pierwsze, do dziś nie wiemy, jakim cudem wszyscy muzycy pomieścili się na małej scenie Alchemii (w 2012 doszedł do Oktetu Barry Guy i także dali radę!), po drugie, z racji pięknych, wręcz pastelowych grupowych improwizacji wybitnych muzyków.

Jeśli nad czymkolwiek miałbym delikatnie utyskiwać w trakcie bytności w Alchemii w listopadzie 2010 roku (jakkolwiek już nie do końca w momencie odsłuchu „Mad Dogs”), to mimo wszystko byłaby nią subdoskonała forma fizyczna Evan Parkera (co skutkowało być może brakiem jego sopranowych pasaży w trakcie całego tygodnia koncertowego). Cóż, chyba każdy ma prawo do drobnej chwili słabości, zwłaszcza pod koniec siódmej dekady życia.

Co bowiem dzieje się, gdy rzeczony Evan jest formie pokazały koncerty z roku 2012. Dokładnie ten sam zestaw muzyków, trochę w innych konfiguracjach osobowych. W mojej ocenie każdy z muzyków i każdy wydobywany dźwięk był odrobinę gorętszy, bardziej intensywny niż dwa lata wcześniej. Zatem Moi Drodzy, po prostu paręnaście tygodni temu dostałem się w wymiar iście kosmicznych doznań artystycznych.

Ps. Wydawnictwo, jakkolwiek zawiera pięć nośników cyfrowych, ma format winylowy, przynajmniej w zakresie okładki, przez co, choć piękne, bywa trochę niepraktyczne w szybkim dostępie do dźwięków. Boję się także o jego stan techniczny przy setnym odsłuchu. Brakuje mi  liner notes by polish, ale pewnie się czepiam bez specjalnej przyczyny.