Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Achim Kaufmann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Achim Kaufmann. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 listopada 2024

Harri Sjöström in Fields Quartet and Sestetto Internazionale!


Fiński saksofonista Harri Sjöström, od wieków berliński rezydent, to muzyk funkcjonujący trochę na obrzeżach europejskiej sceny free jazz/ free impro, przez lata kojarzony głównie jako częsty, europejski współpracownik Cecila Taylora.

Ostatnie lata dowodzą, iż to artysta definitywnie pierwszej linii frontu, szczególnie udanie sytuujący swoją kreatywność w swobodnie improwizujących składach - od tysiąca duetów, po setki kwartetów i niemniej fascynujący Sekstet Międzynarodowy.

Harri jest dość regularnych uczestnikiem przedsięwzięć związanych z krajowym FSR Records (labelem określanym onegdaj częściej jako Fundacja Słuchaj!) – zarówno w wymiarze płytowym, jak koncertowym. Jego występy na warszawskim Festiwalu Ad Libitum w ad hoc kwartetach, dwa lata temu z Elisabeth Harnik, Wilbertem De Joode i Dagiem Magnusem Narvesenem oraz w roku bieżącym z Benem Dweyerem, Rafałem Mazurem i Vasco Trillą, to dowody rzeczowe konstytuujące wartość, jaką ten wyśmienity muzyk wnosi do europejskiej muzyki improwizowanej.

Na łamach Trybuny nazwisko Fina pojawia się najczęściej przy okazji nowych produkcji wspomnianej FSR Records. Dziś dla odmiany sięgamy po dwa tytuły wydane w innych częściach świata. Tegoroczny kwartet wiele ma wspólnego z Portugalią i Niemcami, zeszłoroczny sekstet z rzeczonymi Niemcami i Włochami.



 

Lawrence Casserley, Floros Floridis, Guilherme Rodrigues & Harri Sjöström Fields (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence Casserley – signal proces instrument, Floros Floridis – klarnety, Harri Sjöström – saksofon sopranowy, sopranino, Guilherme Rodrigues – wiolonczela. Nagrane w PAS, Berlin 2022. Dwie improwizacje, 38 minut.

Kwartetowy front-line tworzą tu dwa dęciaki - ulotny, acz czupurny saksofon sopranowy (zamiennie z sopranino) i klarnet, na ogół basowy, preferujący zdystansowane riposty. Towarzyszy im frywolna wiolonczela, która zdaje się być pogrążona w estetyce chamber, ale gdy trzeba docisnąć struny, możemy na nią liczyć, a także wszędobylska elektronika, która na ogół czyni powinności live processing, ale zdolna jest też płynąć własnymi frazami i incydentalnie wyznaczać kierunek dalszej podróży. Fundamentem całego kwartetu w ujęciu dramaturgicznym jest potrzeba ciągłej zmiany. Każda akcja może tu liczyć na reakcję, a zasada ultra intensywnego słuchania i wchodzenia w dyskurs jest powinnością przypisaną bez wyjątku wszystkim.

Pierwsza improwizacja trwa ponad 24 minuty i konsumuje wszelkie walory dramaturgiczne dzieła wskazane w preambule. Głębokie wdechy i jeszcze głębsze wydechy budują gwałtowną powolność, syconą emocjami i chwilami ukradkowej nostalgii. Dęte frazy zdają się tu mieć niegraniczoną przestrzeń poruszania się, w ślad za nimi snuje się oniryczna elektronika, która potrafi kąsać, a instrumentem, który ma pieczę nad ładem i porządkiem narracji jest wiolonczela. Czujna, melodyjna, stabilizuje eko-system nerwowej improwizacji. Opowieść ma kilka punktów zwrotnych. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy odnajdują ciszę, sięgają po najdrobniejsze frazy. Akcje reanimują perkusjonalne wtręty wiolonczeli, mające wsparcie w zimnych podmuchach dętych i delikatnych plamach syntetyki. Po kolejnych pięciu minutach akcja osiąga stan wrzenia – wszyscy dygoczą z emocji, jedni formują się w strugę dronów, inni śpiewają post-barokiem wspartym na wyjątkowo nisko zawieszonym smyczku. Przed dłuższą chwilę opowieść balansuje od rozciągniętej w czasie ciszy po korpulentne fazy hałasu. Dramaturgiczny konsensus zostaje osiągnięty po dwudziestej minucie, gdy wszyscy lepią się w mroczny dron molowych medytacji. Za proces gaszenia płomienia odpowiada elektronika. Skwierczy, szmera, w końcu dosięga ciszy.

Druga improwizacja trwa dwanaście minut z sekundami. Jej początek jest ostry jak brzytwa. Saksofon i klarnet pokrzykują na siebie, wiolonczela śpiewa, a elektronika rozsiewa insekty kreatywności. Narracja intrygująco piętrzy się, po czym wpada w obcięcia kameralnej taneczności. Teraz zdarzyć się może już dokładnie wszystko – strunowe slajsy, dęte wdechy, frywolne zaczepki i krwiste riposty. Bywa, że na moment ktoś wychodzi przed szereg, ale dyktat kolektywności szybko przywołuje go do porządku. Jeszcze tylko kilka kocich westchnień i w okolicach dziesiątej minuty opowieść zaczyna układać się do snu. Przez moment można odnieść wrażenie, że czeka nas jeszcze finałowa kulminacja, ale to tylko pozór. Długie, leniwe frazy osiągają stan końcowej ciszy nie bez ingerencji edytorskiej.



 

Sestetto Internationale (Achim Kaufmann, Veli Kujala, Gianni Mimmo, Ignaz Schick, Harri Sjöström & Philipp Wachsmann) Due Muatabili (Amirani Records, CD 2023)

Achim Kaufmann – fortepian, Veli Kujala – akordeon ćwierćtonowy, Gianni Mimmo – saksofon sopranowy, Ignaz Schick – turntables, sampler, Harri Sjöström - saksofon sopranowy, sopranino, Philipp Wachsmann – skrzypce, live electronics. Nagranie koncertowe, MUG, Monachium, 2022. Dwie improwizacje, 58 minut.

Sekstet Międzynarodowy, który rozwinął się na przestrzeni lat z duetu dwóch saksofonów sopranowych, ma jedną konstytucję. Wedle słów Harri’ego, skomponowany tu jest jedynie wyjściowy line-up. Reszta, to efekt wzajemnego słuchania, bystrego reagowania i nieustannego podtrzymywania dobrej chemii w zespole. Dodajmy, iż koncert z Monachium, to trzeci album tego składu.

Początek koncertu jest dalece kameralny, ale rzeczona dobra chemia działa! Wystarczy jedno ukradkowe spojrzenie, by szóstka silnych mężczyzn dała się uwieść porywowi ekspresji. Rozśpiewani saksofoniści mogą tu liczyć na kreatywny wstrząs ze strony elektronika i rozbujanego akordeonisty, a w roli tych, którzy dbają o linearność improwizacji sytuują się pianista i delikatnie okablowany skrzypek. Oto sekstet, który zdaje się mieć niemal free jazzowy potencjał, ale też stojącą za nim nieskończoną kameralność. W tzw. przestrzeni pomiędzy dzieje się bardzo wiele. Aspekt brzmieniowy każdego instrumentu wnosi tu porcję przyjemnych niespodzianek – piano nabiera intrygująco brudnego brzmienia, elektronika kąsa niczym żmija, dźwięki dętych bywają zmyślnie preparowane, skrzypce dekonstruowane są elektroniką, z kolei ćwierćtonowy akordeon łamie frazy na tysiące sposobów.

Tuż przed połową pierwszego seta, który trwa blisko czterdzieści minut, artyści serwują nam prawdziwy szczyt emocji, kreślony szczególnie ekspresją skrzypka, akordeonisty i saksofonistów. Zejście z takiego wzniesienia do kameralnych dolin jawi się jako wyjątkowo urokliwe, przepełnione bojaźliwymi śpiewami, garścią preparacji i podmuchami ciszy, która zdaje się wisieć nad głowami muzyków, niczym wyrocznia. W tej fazie koncertu nie brakuje akcji w podgrupach, a na czoło tych najbardziej udanych sforuje się duet Harri’ego i Achima. Zakończenie seta, to moc kolejnych wrażeń – piano inside, elektroakustyczne szmerowisko, zabawne akcje skrzypka, czy efektowne, dęte drony na wydechu.

Drugi set trwa niewiele ponad dwadzieścia minut, a jego emocje wydają się jeszcze bardziej skondensowane. Otwarcie lepi się z drobnych fraz, które interferują niemal tanecznie. Wszędzie wokół panoszy się szmer zdartej płyty winylowej. Piano śle dźwięki z samego dna, a rozochocone saksofony kwilą, jak wróble na słupie wysokiego napięcia. Improwizacja nabiera tu wiatru w żagle stopniowo, bez napinania mięśni i zbędnego pośpiechu. Osiąga swój szczyt, pełen krzyków i hałasu, niedługo przed upływem kwadransa. Następująca tuż potem chwila wydechu sugeruje zakończenie, ale muzycy postanawiają raz jeszcze uderzyć w dzwon. Ostatnia prosta dość niespodziewanie przepoczwarza się w kameralny duet pianisty i saksofonisty (tu Gianniego), którego instrument brzmi niczym flet.




wtorek, 12 marca 2024

Kaufmann, Gratkowski & de Joode in Canberra!


Niemiecko-holenderskie trio funkcjonuje na europejskiej scenie muzyki improwizowanej już kilkanaście lat, zatem zna je każdy dociekliwy miłośnik gatunku. Fortepian, instrument dęty i kontrabas od samego zarania grupy zdają się pchać muzyków w świat wystudzonej kameralistyki, ale oni, jakby na przekór, chętnie uciekają w gorący świat free jazzu. Czynią to konsekwentnie od lat, a ich ostatni, koncertowy album, zarejestrowany w przededniu wielkiej zarazy na dalekich Antypodach, potwierdza ów artystyczny trend szczególnie dobitnie.



Początek koncertu jest dalece kameralny - szorstki smyczek, wystudzony klarnet i stemple wprost z klawiatury. Brzmienie tria jest matowe, jakby mikrofony zbierające dźwięki ze sceny były pokryte grubą warstwą kurzu. Czające się w artystach niezmierzone pokłady ekspresji delikatnie eksplodują w momencie, gdy basista zmienia tryb frazowania na pizzicato. Moc interakcji, ale i czujność dramaturgiczna mistrza zmianowości, czyli de Joode, sprawiają jednak, iż po niedługiej chwili trio znów szuka kameralnej niespieszności. Kilka fraz arco, strzępy inside piano i kolejna zmiana kierunku, podyktowana przejściem Gratkowskiego z klarnetu na saksofon altowy. Finał pierwszej improwizacji topi się w energetycznym jazzie, nawet swinguje! Dodatkowo Kaufmann brudzi brzmienie i staje jakby w poprzek gatunkowym wymaganiom. Początek drugiej opowieści jest umiarkowanie spokojny, wydaje się jednak bardziej mroczny, dodatkowo doposażony w dużą porcję dźwięków preparowanych. Wystarczy jednak drobna iskra, by emocje eksplodowały. Niski smyczek łapie piasek w tryby, saksofon charczy, a szybkie klawisze dopełniają reszty. Muzycy maszerują równym krokiem, szyją gęsty ścieg, który niespodziewanie traci moc dzięki przebieglej akcji fletu, który tłumi opowieść i na powrót spycha ją w obszar mrocznych subtelności.

Trzecia, najkrótsza improwizacja, lepiona jest z drobnych, niekiedy rwanych fraz. Smyczek, manipulacje w tubie i akcje wokół klawiatury - prawdziwa gęstwina różnorodności. Tymczasem tembr piana znów nabiera brudu, jakby instrument pracował pod zepsutym amplifikatorem, kontrabas raz za razem puszcza oko i knuje kolejne intrygi, z kolei saksofon najpierw wyczekuje, a potem porywa całe trio w kolejną eksplozywna przebieżkę. Muzycy dojść płynie przechodzą do ostatniej, trwającej prawie kwadrans improwizacji. Ta budowana jest szczególnie cierpliwie. Od fraz inside piano, smyczkowych westchnień i szumu w tubie dęciaka, poprzez mroczne, mgliste, ale melodyjne gry, aż po ekspresyjne drony. No i przejście w tryb pizzicato, które musi oznaczać tu eksplozję free jazzu! Piękny szczyt implikuje jeszcze piękniejsze wytłumienie, wprost w ramiona preparowanych, gęstych od smoły dźwięków. Narracja trafi intensywność, nabiera kameralnej nieoczywistości i zdaje się szukać pomysłu na efektowną finalizację. To zadanie zostaje przydzielone kontrabasowi, który zaczyna szyć spokojnym ściegiem i wyczekiwać na partnerów. Gdy wraca piano, energia właściwa improwizacji szuka kolejnego wzniesienia. Uformowana w post-jazzowy duet sieje popłoch, szczęśliwie klarnet też jest na scenie i przywołuje resztę do dramaturgicznego porządku.


Kaufmann/ Gratkowski/ de Joode Canberra (Trokaan, LP/DL 2023). Frank Gratkowski – saksofon altowy, klarnet, flet altowy, Achim Kaufmann – fortepian oraz Wilbert de Joode – kontrabas. Nagranie koncertowe, SoundOut Festival, Drill Hall Gallery, Canberra, Australia, luty 2020. Cztery improwizacje, 37 minut.



wtorek, 17 sierpnia 2021

MOVE in Moers! *)


Miasteczko Moers, położone w zachodniej części Niemiec, pozostawałoby zapewne do końca doczesnego świata jednym z wielu małych miejscowości mało atrakcyjnego turystycznie Zagłębia Ruhry, gdyby nie fakt, iż od kilkudziesięciu lat odbywa się tam bodaj najbardziej znany w tej części świata festiwal muzyki jazzowej i improwizowanej.

Szyld jazzowego Woodstock zdaje się być niemal zawsze gwarantem jakości, a przynajmniej emocji, jakie towarzyszą nam, gdy w dłoniach ląduje płyta, którą zdobi nazwa Live in Moers. Znamy ich setki, a te z podobizną Anthony’ego Braxtona kochamy najszczególniej.

Jeśli zatem do naszego odtwarzacza trafia płyta zatytułowana Move In Moers nie możemy przejść obok niej obojętnie. Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie powinniśmy tego robić – to po prostu wyśmienite nagranie!

Na kolejnej edycji Festiwalu Moers meldujemy się dokładnie 8 czerwca 2019 roku. Na scenie międzynarodowy, wielopokoleniowy kwintet Move w składzie: Achim Kaufmann – fortepian, Adam Pultz Melbye – kontrabas, Dag Magnus Narvesen – perkusja, Emilio Gordoa – wibrafon oraz last, but not least, Harri Sjöström – saksofon sopranowy i sopranino. Panowie będę swobodnie improwizować (być może przy wsparciu werbalnych predefinicji, poczynionych przed koncertem) przez 42 minuty ze sekundami, ani przez moment nie przerywając strumienia dźwiękowego. Nagranie dostarcza krajowa Fundacja Słuchaj! na jakże poręcznym dysku kompaktowym.



Koncert zaczyna się bardzo kolektywną wymianą uprzejmości – delikatnie, z wyczuciem, z posmakiem lepszej wersji estetyki kojarzonej z monachijskim ECM. Swobodnie roztańczony, mały saksofon, kontrabas traktowany smyczkiem, zwinna, drobna perkusja i garść fake sounds płynących z terytorium opanowanego przez wibrafon. Open jazz in the front of improvisation! Jest i nerw kameralistyki, zaplątanej w zwoje bardzo swobodnych akcji i pełnych niuansów reakcji. Brzmienie instrumentów na ogół czyste, a jeśli preparowane, to w dalece ograniczonym zakresie. Piano płynie z klawiatury, saksofon snuje melodyjne frazy, wszystko wszakże dzieje się pod dyktatem dyscypliny i odpowiedzialności za każdy dźwięk. Intensywność gry oczywiście faluje, co pewien czas muzycy docierają na mały szczyt, ale równie szybko schodzą z niego wprost w objęcia małych wspaniałości post-jazzu.

W dalszej części koncert raz za razem dostarcza nam momentów, które koniecznie należy odnotować w kajecie recenzenta. Po 10 minucie, to bystry dialog fortepianu i wibrafonu, potem solo tego pierwszego wsparte perkusjonaliami, fajerwerki rezonujących talerzy, wreszcie faza błyskotliwych short-cuts ze świetnymi akcjami face to face. Tuż przed upływem 25 minuty koncertu ciekawy kontrapunkt proponuje kontrabasista, który na moment intrygująco brudzi swój sound. Tuż obok wibrafon i perkusjonalia budują wspólny front zdarzeń, a w tle zaczyna pobrzmiewać coś na kształt melodiki (nie wiemy za czyją przyczyną). W ramach kolejnych atrakcji muzycy fundują nam duet saksofonu i wibrafonu, świetnie kontrapunktowany przez pianistę, który nie gra tu wiele, ale zawsze idealnie wkleja się w kontekst dramaturgiczny. Tuż przed upływem drugiego kwadransa znów kontrabas mąci spokój narracji - pracując w trybie pizzicato podrywa kwintet do niemal free jazzowego lotu. Proces wybrzmiewania skrzy się plejadą rezonujących dźwięków, generowanych prawdopodobnie przez wszystkich uczestników spektaklu.

Bez zbędnej zwłoki muzycy przechodzą teraz do krótkiej fazy preparacji. Każdy dokłada tu swoje, nawet saksofonista zdaje się coś energicznie ugniatać tuż przed mikrofonem odsłuchowym. Zaraz potem artyści serwują kilka definitywnie czystych fraz, których aurę znów mąci na powrót brudny sound kontrabasu. Nim muzycy postanowią szyć ostatnią pętlę narracji dostajemy jeszcze bystry duet fortepianu i saksofonu. Na zakończenie dynamika koncertu rośnie - cały kwintet efektownie pnie się ku górze, wieńcząc koncert eksplozją z fajerwerkami. Burzliwe oklaski po ostatnim dźwięku wydają się zatem dalece uzasadnione.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, u progu tegorocznego lata

 

wtorek, 3 marca 2020

Sestetto Internazionale! Live in Munich 2019!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie upublikowana w dniu wczorajszym.

Wytrawni fani dobrej muzyki, tudzież stali Czytelnicy tych łamów, nie potrzebują gatunkowych drogowskazów, by radzić sobie z wymagającą porcją dźwięków. Czytając wszakże liner notes do płyty, nad którą właśnie się pochylamy, nie potrafiłem uniknąć pokusy zacytowania zawartego tam stylistycznego idiomu – freestyle contemporary! Trudno doprawdy znaleźć dla muzyki Sekstetu Międzynarodowego, tytułowanego po włosku, szefowanego przez Fińskiego artystę, koncertującego na niemieckiej ziemi, lepszego określenia.

Bez zbędnej zatem zwłoki, przenosimy się do Monachium, na osi czasu lądujemy w połowie stycznia 2019 roku i słuchamy koncertu, który na nośniku kompaktowym trwa 80 minut bez 8 sekund. Posłuchamy trzech odcinków granych przez sekstet oraz trzech duetów, stworzonych przez muzyków tegoż sekstetu. Wydawcą jest Fundacja Słuchaj! Płyta miała swoją premierę kilkanaście dni temu.




Koncert otwiera najmniejszy z saksofonów – sopranino – dźwiękami którego do wspólnego muzykowania zaprasza Harri Sjöström. Dość szybko w sukurs przychodzi mu sopran, który dzierży w dłoniach Gianni Mimmo. Panowie prowadzą inicjujący dialog, a do zabawy podłączają się kolejni artyści – szeleszczący na kablach Ignaz Schick, licząca smykiem struny swoich skrzypiec Alison Blount, Achim Kaufmann z bystrą paletą białych i czarnych klawiszy fortepianu, wreszcie Veli Kujala i jego ćwierćtonowy akordeon. Skupiona narracja chamber rozbłyska w pięknej akustycznie przestrzeni sali koncertowej. Odrobina szaleństwa w metodzie improwizacji (muzycy sprawiają wrażenie, że pilnują domniemanego scenariusza, z drugiej strony tryskają swobodą i inwencją twórczą), a także doza innowacyjności w doborze instrumentarium, dają asumpt do stymulowania jakości dźwiękowych przebiegów. Pod koniec 5 minuty recenzent może już ogłosić osiągnięcie pierwszego stadium wytrawnego hałasowania. Muzycy lubią ekspresyjne zachowania, nie mają zamiaru tłumić emocji, a na tym etapie koncertu można mieć dobre skojarzenia z elektroakustycznym ansamblem Evana Parkera, wszakże … zdecydowanie głośniejszym. Piękne skrzypce, zmysłowe saksofony, dosadne piano, wszędobylska (chwilami nazbyt inwazyjna) elektronika, miłośnie usposobiony akordeon – wszystko dzieje się tu kolektywnie, czynione jest z mistrzowską klasą, a nikt z obecnych na scenie nie widzi powodu dla indywidualnych wycieczek na stronę. W 9 minucie odnotowujemy pierwsze tłumienie emocji, od 13-ej zaś narastanie nowej porcji masywnych dźwięków, które już po upływie 90 sekund uroczo grzęzną na klawiaturze fortepianu i w otchłani elektroniki. Kolejne kilka minut delikatnie puszczamy w niepamięć – elektronika daje do wiwatu, a piano i saksofon płyną jazzowym, dość konwencjonalnym nurtem. Następującą potem krótka ekspozycja skrzypiec przywraca pierwotną jakość improwizacji. W 21 minucie śmiało możemy mówić już o niemal elektroakustycznej, post-industrialnej kipieli, czynionej z niemal freejazzową energią. Brawo! Po kolejnym wytłumieniu, faza urywanych, krótkich fraz i dygoczących saksofonów, garść preparacji piana, wreszcie akustyczne cuda na gryfie skrzypiec. Nim muzycy dotrą do finału 36-minutowego seta otwarcia, przeżyć musimy jeszcze jedną inwazję elektroniki, fazę dronowych pasaży dętych i strunowych, a także bystry pomiot rozgrzanego akordeonu. Światło gaśnie na kablach, w oparach symbiotycznego szumu.

Czas na duety! Zaczyna Blunt i Mimmo - skrzypce i sopran, to świetny wybór! Śpiewny chamber, lubiący wzajemne imitacje, który szybko rozpływa się w oceanie swobody i pełnej wolności. Artyści nie szczędzą nam emocji, bardziej zadziornych dźwięków, ale także bezpretensjonalnych chwil piękna absolutnego. Alison cudnie preparuje, Gianni ma gorąca krew w żyłach! Duet drugi – Kaufmann i Schick, piano i turntables & sampler. Czarne klawisze i skwiercząca elektronika (znów odrobinę zbyt masywna). Pod koniec 2 minuty pierwsze spiętrzenie, a po nim popis pianisty, który bez trudu kradnie show elektronice. Na finał muzycy znajdują jednak wspólny język w … oparach czerstwego noise. Duet trzeci, skandynawski, Sjöström i Veli Kujala, saksofon i akordeon. Muzycy stawiają na preparacje i szukanie ciekawych rozwiązań dramaturgicznych. Akordeon potrafi zabrzmieć niczym upalony kontrabas, a saksofon w galopie jeszcze zyskuje na urodzie. Na finał topią się w zmysłowym hałasie!

Powracamy do sekstetu, a muzycy zdają się czynić repryzę seta otwarcia. Znów mistrzem introdukcji jest Harri i jego zmysłowy saksofon. Reszta muzyków wchodzi do gry na palcach (elektronika w ciężkich butach) po upływie kilkudziesięciu sekund. Kameralistyka preparowana w rozkwicie – pląsy skrzypiec, struny piana, sample, saksofony z pozoru łagodne, ale jednak bardzo bystre, wszystko to buduję narrację, która w połowie utworu osiąga stan freejazzowej erupcji. Saksofony tną powietrze niczym ołowiane skalpele, a tym ośrodkiem dźwięku, który zarządza odwrót okazuje się, krytykowana przez nas from time to time, elektronika. Utwór kończy kolejny cudowny pasus spod strun Alison Blunt!

Wreszcie finał koncertu, zgrabny, kilkuminutowy encore. Na wejściu dwa saksofony i dwa głosy męskie! Potem spięcia na kablach i bystre piano. Swoboda, cierpliwość i skrupulatność budują finał tego niezwykłego koncertu. Saksofon skacze w ogień, by po chwili zgasnąć w poświacie akordeonu. Piano kreśli frazy outside/ inside, kable dygoczą ciszą, a w tle coś brzmi niczym … puzon. Burza oklasków nie rozwiązuje ostatniego dysonansu poznawczego.


Alison Blunt – violin, Achim Kaufmann – piano, Veli Kujala - quarter tone accordion, Gianni Mimmo - soprano saxophone, Ignaz Schick - turntables, sampler, Harri Sjöström - soprano & sopranino saxophones.  Offene Ohren - Friday, 18 January 2019, “MUG” - Munich Underground at Einstein Kultur 18th January 2019 in Munich.