Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izumi Kimura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izumi Kimura. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 stycznia 2024

Izumi Kimura & Gerry Hemingway! Kairos!


Fundacja Słuchaj! zaprasza na spotkanie pewnej japońskiej pianistki, którą znamy już z kilku wstrząsająco udanych albumów wydanych przez ten label i pewnego amerykańskiego perkusisty, który bez cienia wątpliwości jest legendą muzyki improwizowanej. Być może nie wszyscy wiedzą, iż w autorskim portfolio tego jegomościa są także albumy, na których rzeczony muzyk śpiewa. Tu, na albumie Ikaros czyni to także! I to jak pięknie! Definitywnie Gerry Hemingway poradziliby sobie doskonale na scenie popowych wokalistów! A Izumi Kimura? Poza wszelkimi innymi walorami, trudno na scenie muzyki improwizowanej znaleźć bardziej wrażliwą na niuanse brzmieniowe i dramaturgiczne pianistkę.

Na album Kimury i Hemingwaya składają się zarówno nagrania studyjne ze Szwajcarii, jak i koncertowe z Irlandii. Zdecydowana większość materiału podpisana jest w ujęciu autorskim wspólnie, pojedyncze utwory są dziełami każdego z artystów, a siódmy utwór to traditional, zapewne rodem z Japonii, w którym to właśnie wokalnie udziela się drummer.




Początek płyty szyty jest wyjątkowo minimalistycznym ściegiem. Rytualne slow motion opiera się tu na leniwych klawiszach piana i perkusji wykorzystywanej do pary z wibrafonem. Najefektowniejszy jest jednak finał utworu, gdy narracja staje się wyjątkowo mroczna, ale i delikatna. Tworzą ją muśnięcia werbla i ciche frazy inside piano. Druga opowieść zdominowana jest przez rytm kreowany nie tylko przez perkusję. Improwizacja dostarcza tu nad wyraz dużo emocji. W trzeciej opowieści przenosimy się na jeden utwór z Lucerny do Dublina. Rozbudowana opowieść pełna jest dźwięków preparowanych perkusji i rytualnych akcji piana. Najpierw muzycy mają w głowie minimalizm, potem szukają jazzu, by po niedługiej chwili obudzić się w chmurze ekspresji godnej miana free jazzu. Na zakończenie opowieść efektownie tłumi się wprost w abstrakcyjne, ponadgatunkowe impro.

Czwarty utwór, podobnie jak pieśń finałowa, to ledwie kilkudziesięciosekundowa miniatura. Ta przesączona jest emocjami open jazzu i zdominowana rytmem perkusji. Kolejna dwa utwory znów powstały w Dublinie. W piątej opowieści Kimura swobodnie przenosi nas do krainy post-klasycznej łagodności. Japonka idzie tu zdecydowanie w pierwszym szeregu, przez moment nawet bez asysty Hemingwaya. Ten wraca na etapie kody i syci narrację porcją zdrowego jazzu. W utworze szóstym dominuje delikatność i filigranowość. Z jednej strony wytłumione frazy inside piano, z drugiej subtelne dźwięki marimby i wibrafonu. Dialog artystów z czasem nabiera tu jazzowych rumieńców. Wreszcie siódma, tradycyjna melodia. Zaczyna się post-klasycznym fortepianem. Potem słyszymy dźwięk, który wydaje się być dziełem instrumentu dętego, zaraz potem wydaje nam się, że to harmonijka ustna. Ciągle jesteśmy jednak w błędzie. Owe zmysłowe pomrukiwanie, to głos perkusisty, który z czasem przechodzi w fazę melodyjnego śpiewu. Piosenka nabiera cech typowej amerykańskiej ballady w rozległą prerią w tle. Album wieńczy wspomniana już wcześniej miniatura. Tym razem tworzą ją głęboko osadzone fazy piana i wibrafonu, pozostające w stanie delikatnego dygotu.

 

Izumi Kimura & Gerry Hemingway Kairos (Fundacja Słuchaj!, CD 2023). Izumi Kimura – fortepian oraz Gerry Hemingway - perkusja, marimba, wibrafon, głos. Nagrane w Lucernie, sierpień 2022 oraz National Concert Hall, Dublin, maj 2022. Osiem utworów, 42:47.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została dawno, dawno temu opublikowana



 

wtorek, 21 marca 2023

Izumi Kimura, Artur Majewski, Barry Guy & Ramon Lopez! Kind Of Light & Shadow!


Warszawski Festiwal Ad Libitum w roku 2021, pomimo całkiem pandemicznych wówczas okoliczności, zebrał na deskach Centrum Sztuki Współczesnej pokaźne grono improwizujących muzyków. W ciągu trzech dni zagrali oni kilka frapujących setów, a dnia czwartego, już po festiwalowym finale, czworo z nich zapędzono do studia nagraniowego, by odbyli dowolnie długą sesję nagraniową, skoncentrowaną na swobodnej improwizacji.

Japonka i Brytyjczyk, tudzież Brytyjczyk i Hiszpan improwizowali ze sobą podczas niejednej sesji, czy koncertu. Zaproszony na spotkanie Polak w tej konfiguracji personalnej był chyba postacią zupełnie nową. Tak, czy inaczej, utworzony tu kwartet z pewnością zasługuje na miano formacji skleconej ad hoc, a zatem postawionej po raz pierwszy w danym składzie personalnym przed wyzwaniem kolektywnej improwizacji. Jak zwykł mawiać Derek Bailey, to sytuacja optymalna do zrealizowana naprawdę wartościowej improwizacji.

Uprzedźmy wypadki – efekt tej sesji nagraniowej, to doprawdy kawał doskonałej muzyki! Kwartet, który na potrzeby tego nagrania nie przyjął żadnej nazwy własnej, to dalece smakowity przykład artystycznej różnorodności. Pianistka z zacięciem post-klasycznym, której konceptualny minimalizm stanowi niebywały asumpt do tworzenia jakości, kornecista doposażony w elektronikę (tu w postaci prostego urządzenia, które opóźnia emitowany dźwięk, czyli tzw. delay), muzyk o niebywałej umiejętności kreowania skomplikowanych narracji przy użyciu bardzo organicznych zasobów, kontrabasista, którym sam jest historią gatunku, ale ma także piękne i bogate portfolio neo-barokowe, wreszcie perkusista, muzyk na tyle wszechstronny i niebanalny w sposobie budowania narracji, że mógłby stawić czoła każdemu wyzwaniu artystycznemu. Nie wiemy dokładnie, kto wymyślił ów kwartet (jakkolwiek się domyślamy), ale robota to iście mistrzowska!

Efektem ciężkiej, wielogodzinnej pracy kwartetu jest osiemnaście improwizacji zebranych na dwóch płytach, które ukazały się w … różnych latach. Pierwsza z nich jest ostatnią pozycją katalogową Fundacji Słuchaj! w roku 2022, druga z nich – pierwszą w roku 2023. Dramaturgicznym okiem kornecisty prace zostały podzielone na osobne albumy, nieco różne pod względem klimatu i intensywności realizowanych procesów improwizacyjnych. Płyta Światła na ogół skrzy się emocjami, buduje niekiedy dość dynamiczne narracje, z kolei płyta Cienia skupia się na drobniejszych formach narracyjnych, bardziej wystudiowanych, dalece mroczniejszych ekspozycjach. Pośród osiemnastu utworów część, to improwizacje kreowane w duetach, większość wszakże prowadzona jest – bardzo kolektywnie - przez cały kwartet. Sprawdźmy, które fragmenty wielogodzinnej sesji nagraniowej ekscytują nas najbardziej.



Kind Of Light

Pierwsza improwizacja w świetle pokazuje lwi pazur kwartetu, choć prowadzona jest początkowo w dość leniwym tempie. Zwinne palce, szybkie dłonie i kornetowa zaduma z wirującym pogłosem, to elementy składowe fabuły na etapie rozwinięcia, które smakuje … surowym jazzem Milesa Davisa z drugiej połowy lat 60. ubiegłego stulecia. W kolejnej improwizacji artyści sugerują wyjątkową ulotność swojej ekspozycji - drobne, migotliwe frazy, piękne intrygi basu, klasycystyczny sznyt piana i zaskakująco żwawe tempo. Trzecia opowieść, to duet kornetu i perkusji, generujący porcje zdrowej psychodelii, niczym wyjątkowo smakowita przyprawa do wspaniałego dania głównego. Czwarta odsłona śmiało zasługuje na miano jednego z najlepszych fragmentów obu albumów. Kornetowe opóźnienia, nerwowa praca sekcji rytmu i pianistyczna koherentność - od nostalgicznej zadumy po eksplozje zmysłowego free jazzu. Tuż potem dostajemy skromny duet kontrabasu i piana, urokliwie post-klasyczną etiudę na ostudzenie emocji. Szósta, trwająca ponad kwadrans narracja świetnie ilustruje wszelkie oblicza ekspresji kwartetu, ale stawia także dramaturgiczne znaki zapytania. Balladowe podejście pod dynamiczny finał mogłoby tu trwać kilka chwil krócej. Szczęśliwie zakończenie pierwszego albumu stawa nas do pionu! Jego elementy składowe, to kontrabasowe, ekspresyjne arco & pizzicato, kornetowa, niekończąca się ściana dźwięku i płynna nerwowość kwartetu w stadium bystrego galopu.




Kind Of Shadow

Trzy improwizacje otwierające drugi album, prowadzane w niemal pogrzebowym tempie, w pełni uzasadniają jego cienisty tytuł. W pierwszej programowy slow motion skrzy się mocą czarnych klawiszy fortepianu, w drugiej muzycy cedzą dźwięki przez zęby i drżą pespektywą nadchodzącego poranka, w trzeciej zaś zachwycają metodą pracy twórczej, czyli call & responce! Czwarta ekspozycja przywraca wiarę w moc dynamiki, choć prowadzona jest jedynie przez piano i perkusję. Trochę jazzu, garść post-klasyki i dużo emocji. Piąta improwizacja zdaje się być stylizowana na post-komedowską balladę, którą po środku zdobi perkusyjne solo, a która w drugiej fazie nabiera ciekawego, połamanego rytmu. Szósta odsłona, to kolejny duet – tym razem fortepianu i kornetu. Zaraz potem w krótkiej formie narracyjnej prezentuje się na powrót kwartet, generując dużo dźwiękowych drobiazgów, ale i stylowej nerwowości. Ósmą część tworzą jedynie kontrabas i perkusja, i podobnie jak w czwartej etiudzie, nagranie buzuje dynamiką. Z kolei dziewiątą improwizację śmiało uznajemy na najlepszy moment drugiego albumu. Kontrabas zaczyna tu bardzo minimalistycznie, wręcz w estetyce muzyki dawnej. Pozostali muzycy stąpają na palcach, wszyscy jednak czują nadciągającą burzę i szyją piękną, post-jazzową ekspozycję. W przedostatniej opowieści powraca posmak Komedy, a nawet Stańki! Duża swoboda niebanalnej, choć dobrze nam rozpoznawalnej melodyki. Zakończenie albumu, to definitywnie farewell song, tkana minimalistycznymi, ale nad wyraz długimi pociągnięciami pędzla.

 

Izumi Kimura/ Artur Majewski/ Barry Guy/ Ramon Lopez Kind Of Light/ Kind Of Shadow (Fundacja Słuchaj!, CD 2022/2023). Izumi Kimura – fortepian, Artur Majewski – kornet, elektronika, Barry Guy – kontrabas oraz Ramon Lopez – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane 17 października 2021 roku, Agnieszka Osiecka Polish Radio Concert Hall. Odpowiednio siedem i jedenaście improwizacji, łącznie 104:15.

 

*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana kilkanaście dni temu 



wtorek, 23 kwietnia 2019

Izumi Kimura! Barry Guy! Gerry Hemingway! Illuminated Silence!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana.


Brytyjski kontrabasista Barry Guy nie ustaje w dostarczaniu nam nowych, jak zwykle ekscytujących nagrań! Z doskonałym amerykańskim perkusistą Gerry Hemingwayem nagrał nie jedną płytę, zdaje się jednak, iż z japońską pianistką Izumi Kimurą, w Dublinie (w Kościele Św. Anny), niemal dokładnie rok temu, zagrał po raz pierwszy. Koncert trwał 63 minuty z sekundami i złożyło się na niego osiem utworów (trzy z nich to improwizacje, pięć pozostałych, to kompozycje). Tytuł płyty widnieje w tytule niniejszej opowieści.




Początek spektaklu zwiastuje grzmot kontrabasu, krótka introdukcja perkusji, także efektowne wejście pianistki – wszystko czynione z przytupem! Przyczajona, zwinna, dobrze skomunikowana opowieść w formule całkowicie wolnej od zapisów z pięciolinii. Guy, prawdziwy lew, król puszczy, Kimura, bystra tygrysica, wreszcie Hemingway, orzeł o sokolim wzroku, mistrz chłodnej, ale jakże skrupulatnej narracji. Fortepian prowadzony jest kobiecą ręką, początkowo bardzo klasyczny w wyrazie, z każdą wszakże chwilą gotowy na realizację szalonych pomysłów starszych kolegów. Kontrabas, jak to zwykle w rękach Barry’ego, brzmiący niczym oratorium wielkanocne, często traktowany bywa smyczkiem dla podkreślenia dramaturgii wydarzeń, wprowadzenia odrobiny smutku do opowiadanej historii, nastroju nostalgii, czy artystycznej tęsknoty. Perkusja z jazzowym pazurem, precyzyjna niczym saper na polu minowym. Muzyka tria toczy się płynnie, nie ma w niej zakrętów, ani znaków zapytania. Od chamber do free improv artyści przechodzą w pół sekundy. Droga powrotna zajmuje im jeszcze mniej czasu.

Opowieść zwinnie, bez zbędnej przerwy, przechodzi od drugiej części, którą stanowi kompozycja Guya Blue Horizon, znana z innych wydawnictw kontrabasisty. Narracja jest zwarta, muzycy zdają się być bardzo ciasno posadowieni na scenie. Kimura płynie po klawiaturze soczyście, pewną ręką, jakkolwiek pełną artystycznego niepokoju. Guy i Hemingway czynią wszystko, byśmy z ogromną przyjemnością wspomnieli, pełne liryzmu, nagrania tria Aurora. Trzecia część ponownie zabiera nas w świat dramaturgicznej swobody – Improvisation on a Painting. Fortepianowe intro, potem salwa wyzwolonego impro! Piękny odcinek, perła za perłą - moc skupienia, precyzji, akustycznej nadwrażliwości. Kolejna historia zbudowana została na pięciolinii przez Japonkę, a zwie się The Willow Tree Cannot Be Broken By The Snow. Wstęp bardzo spokojny, klasycyzujący, godny mistrzów konserwatoriów. Kontrabas i perkusja dodają jednak utworowi takiej mocy, iż narracja szybko osiąga free jazzową masywność i adekwatną dynamikę. Bystre solo Hemingwaya, separatywny komentarz basu i powrót do słodyczy tematu na klawiaturze.

Piąta część, znów swobodnie rozgrywana, Improvisation on Light and Shadow, rodzi się tajemniczym intro, budowanym przez smyczek nisko zawieszony na gryfie kontrabasu. Dźwięki fortepianu zdają się być lekkie jak puch. Jakby pianistka tylko zbliżała opuszki palców do białych i czarnych klawiszy. Odrobina sonorystyki ze strony obu Panów dodaje fantastycznego smaczku całej narracji. Gdy Guy, na tle tych niebywałych mikro ekspozycji, rozpoczyna rytmiczny taniec techniką pizzicato, recenzent aż unosi się w powietrzu! Najlepszy jak dotąd fragment koncertu puentuje szybkie wejście w swobodną eskalację, dzięki bystrości umysłu Hemingwaya. Utwór nie kończy się, ale niespodziewanie, bardzo płynnie przechodzi w kompozycję numer sześć Ancients, która wyszła spod pióra Guya. Klasycyzująca solowa ekspozycja Japonki, trochę w słodkim smutku ECM-owskiej wrażliwości. W tej sytuacji scenicznej, pójście w bystry, otwarty jazz, zdaje się być mistrzowskim posunięciem męskiej części tria. Efektem niemal free jazzowa kipiel, a potem bardzo miękkie lądowanie.

Finałową część płyty rozpoczyna piękna, stylowa, minimalistyczna kompozycja Agusti Fernandeza How To Go Into A Room You Are Already In. Kontrabasowa introdukcja, małe piano sunące niemal jednym dźwiękiem, garść preparacji na gryfie. Eksplozja piękna! Kimura zdaje się nucić pod nosem piosenkę z dzieciństwa, kontrabas ckliwie zawodzi, piano repetuje, a perkusja milczy. Ostatnia kompozycja koncertu Finding It (Guy), nie pierwszy raz tego wieczoru, mocno zaskakuje – jazzowy, niemal bluesowy walking kontrabasu, perkusja z wykręconą do wewnątrz synkopą, dynamiczne frazy z klawiatury. Od galopu do ciszy i z powrotem! Free z elementami call & responce, powrót do bluesa – prawdziwy rollecaster! Emocje eksplodują po obu stronach sceny. Po wybrzmieniu, nie może być inaczej – standing ovation!