Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michel Doneda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michel Doneda. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 grudnia 2025

50 Reasons to Remember the Year 2025! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2025!


Albums are presented in alphabetic order! Please notice that picture below doesn’t feature all honoured recordings!

Albumy prezentowane są w kolejności alfabetycznej! Proszę zauważyć, iż zdjęcie poniżej nie przedstawia wszystkich wyróżnionych nagrań!

 


Adam Gołębiewski & Dave Brown Dogs Light

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/03/adam-goebiewski-dave-brown-in-dogs-light.html

AMM with Sachiko M Testing

(not reviewed yet)

Angharad Davies & Burkhard Beins Meshes of the Evening

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/08/angharad-davies-burkhard-beins-meshes.html

Barbara Dang & Muzzix Michael Pisaro-Liu Tombstones II

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/the-circum-disc-fresh-outfit-manoeuvres.html

Benedict Taylor & Paweł Doskocz Welcome to our humble abode

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/benedict-taylor-pawe-doskocz-welcome-to.html

Biliana Voutchkova & Giorgos Varoutas Little Sae

(not reviewed yet)

Camila Nebbia, Gonçalo Almeida & Sylvain Darrifourcq Hypomaniac

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/camila-nebbia-goncalo-almeida-sylvain.html

Caroline Kraabel, Pat Thomas, John Edwards & Steve Noble Transgressive Coastlines

(not reviewed yet)

Constantin Herzog, Matthias Muche & Etienne Nillesen Anasýnthesi

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/herzog-muche-nillesen-play-anasynthesi.html

Daniel Thompson Violet

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/daniel-thompson-in-violet-and-duo.html

Das B Love

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/das-b-in-love.html

Derek Bailey & John Stevens The Duke of Wellington

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/derek-bailey-john-stevens-in-duke-of.html

Dirk Serries & Mark Wastell Dual Activity

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/dirk-serries-mark-wastell-in-dual.html

Dirk Serries Zonal Disturbances II

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/dirk-serries-in-zonal-disturbances.html

Éliane Radigue Asymptote Versatile (1963-64)

(not reviewed yet)

Insub Meta Orchestra Exhaustion/ Proliferation

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/02/insub-meta-orchestra-plays-exhaustion.html

John Edwards, Mike Gennaro & Alex Ward Activity

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/04/alex-ward-in-two-similar-trios.html

John Butcher & Angharad Davies Two Seasons

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/12/angharad-davies-john-butcher-during-two.html

John Butcher, Phil Durrant & Mark Wastell Poznań: Appropriate Density

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/08/the-confront-recordings-fresh-meals.html

Lawrence Casserley & Emil Karlsen Aspects of Memory

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/07/lawrence-casserley-emil-karlsen-and.html

Lava Quartet feat. Almut Kühne, Jordina Millà, Gonçalo Almeida & Wieland Möller Ethereal Chant

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/07/lava-quartet-in-ethereal-chant.html

Le GGRIL + DDK Diffraction

(not reviewed yet)

Les Marquises (Emilie Škrijelj & Tom Malmendier) Live in Nickelsdorf

(not reviewed yet)

Luís Vicente & Vasco Trilla Ghost Strata

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/the-portuguese-taste-makes-world-go.html

Magda Mayas and Jim Denley One Another

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/magda-mayas-jim-denley-go-one-another.html

Manoeuvres Sentimentales Delightfully Deceitful

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/the-circum-disc-fresh-outfit-manoeuvres.html

Marcello Magliocchi, Adrian Northover & Domenico Saccente Over The Edge

(not reviewed yet)

Martin Küchen & Håkon Berre På Snurr

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/martin-kuchen-hakon-berre-pa-snurr.html

Matthias Müller & Andreas Willers Matthias Müller Andreas Willers

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/03/matthias-muller-andreas-willers-in-duo.html

Michel Doneda & Frédéric Blondy Points of Convergences

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/michel-doneda-frederic-blondy-in-points.html

Michel Doneda, Lê Quan Ninh & Núria Andorrà El retorn de l'escolta - A la memòria de Marianne Brull

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/08/doneda-ninh-andorra-el-retorn-de.html

Nour Symon Je suis calme et enragé·e

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/the-contemporary-counterpoint-dincise.html

Ontstopper Kollektief Unblocking

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/the-portuguese-taste-makes-world-go.html

Quatuor Bozzini/ Jürg Frey String Quartets

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/the-contemporary-counterpoint-dincise.html

Quentin Stokart & Tom Malmendier Mehin

(not reviewed yet)

Rodrigo Amado & Chris Corsano The Healing

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/rodrigo-amado-chris-corsano-into-healing.html

Sawt Out Fake Live in America

(not reviewed yet)

Sophie Agnel & John Butcher Rare

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/sophie-agnel-with-john-butcher-and-solo.html

Spontaneous Live Series D07: Don Malfon, Florian Stoffner & Vasco Trilla Live at 7th Spontaneous Music Festival 2023

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/spontaneous-live-series-is-also-digital.html

Spontaneous Live Series 016: Anaïs Tuerlinckx with Jonas Engel and Andrea Ermke Live at 8th Spontaneous Music Festival

Spontaneous Live Series 017: John Butcher’s Dragon 10 Live at 8th Spontaneous Music Festival

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/anais-tuerlinckx-i-john-butcher-na.html

Stefan Keune, Dirk Serries & Benedict Taylor Closer and Beyond

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/keune-serries-taylor-are-closer-and.html

Stefan Keune, Steve Noble & Dominic Lash Black Box

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/04/keune-noble-lash-in-black-box.html

Stefan Keune, Sandy Ewen & Damon Smith Two Felt-Tip Pens: Live At Moers

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/04/keune-ewen-smith-in-two-felt-tip-pens.html

Studio of Electroacoustic Improvisation Metal Boxes/ Amplifire

(not reviewed yet)

The Electrics Live in Vilnius

(not reviewed yet)

The Runcible Quintet Two

(not reviewed yet)

Tom Jackson & Daniel Thompson Dark Kitchen

(not reviewed yet)

Trashed Middle Aged Junksters Rituals Of Modern Decadence

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/discordian-records-fresh-outfit-live-at.html

Yodok III Nidarosdomen

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/12/yodok-iii-in-nidarosdomen.html

 



wtorek, 23 grudnia 2025

Michel Doneda & Simon Rose in Metal Notebook!


Zdecydowanie zbyt rzadko zaglądamy na bandcampową stronę szkockiego net-labelu Scatter Archive. Czas nie jest z gumy, wydawnictwo ma przynajmniej jedną premierę w tygodniu, ale to i tak nas nie usprawiedliwia.

Zatem bez zbędnej zwłoki sięgamy po jedną z jesiennych nowości i obiecujemy, iż nie będzie to nasza ostatnia wizyta u Scattersów tego roku. W naszym lubieżnym odtwarzaczu plików elektronicznych ląduje dalece smakowity duet dęty, francusko-angielski, w małej, ledwie 28-minutowej dawce definitywnie swobodnej improwizacji.

Panie i Panowie, Michel Doneda na najlżejszych saksofonach i Simon Rose na jednym z tych najcięższych!

 


Koncert w berlińskim Kühlspot Social Club inaugurują długie, sążniste wydechy z czysto brzmiącego barytonu i szorstkiego sopranu. Muzycy kreują zdecydowanie wspólny strumień fonii i zdają się podążać w bliżej nieznanym kierunku. Baryton pogłębia oddech, sopran wspina się na place. Z czasem wszystko zaczyna drżeć, a przedsionki komory serca improwizacji migotać. Ciśnienie rośnie, puls na krzywej wznoszącej. Bywa, że matowe, preparowane frazy lżejszego z saksofonów brzmią dosadniej, mocniej, jakby instrument był zbudowany z twardszego materiału. Jest mniej melodyjny, bardziej drapieżny. Tak, czy inaczej, w okolicach szóstej minuty artyści wspinają się na drobne wzniesienie.

Improwizacja nabiera głośności, masywności. Baryton tańczy, sopran wpada w oddech cyrkulacyjny. Po dziesiątej minucie następuje wyhamowanie – najpierw kilka słów tylko od Donedy, potem od równie samotnego Rose’a. Narracja przypomina teraz wystudzoną medytację. Ładunek ekspresji zgromadzony w głowach muzyków pobudza ich do życia tuż przed upływem pierwszego kwadransa koncertu. Baryton znów łapie dużo melodii, sopran (a może już sopranino?) rezonuje jak stado pijanych gołębi. Obaj muzycy formują się teraz wspólny, lekko podwieszony pod chmury dron.

Po dwudziestej pierwszej minucie w opowieści obu artystów pojawia się coraz więcej melodii. Doneda rwie frazy, niczym Evan Parker w swych najlepszych latach. Rose szuka oddechu cyrkulacyjnego. Garść pożegnalnych melodii nie wieńczy jednak koncertu. Z uśmiechem na ustach muzycy wspinają się jeszcze na końcowe wzniesienie, a potem porykują z zadowolenia.

 

Michel Doneda & Simon Rose Metal Notebook (Scatter Archive, DL 2025). Michel Doneda - sopranino, saksofon sopranowy oraz Simon Rose – saksofon barytonowy. Nagrane w Kühlspot Social Club, Berlin, czerwiec 2025. Jedna improwizacja, 28 minut.


 

piątek, 10 października 2025

Michel Doneda & Frédéric Blondy in Points of Convergences!


Dwóch Królów francuskiej, swobodnej improwizacji, obiekt sakralny w samym sercu niepowtarzalnego Paryża i prawie sto minut dźwięków jedynych w swoim rodzaju. To nic, że musieliśmy czekać na nie całe jedenaście lat. Najlżejsze odmiany saksofonów i fortepian wyposażony w długie struny i wielkie pudło rezonansowe. Odpływamy w niebyt odsłuchu, gubimy tropy, zacieramy ślady. Nie planujemy drogi powrotnej.

 


Nagranie Michela Donedy i Frédérica Blondy’ego powstało jednego wieczoru i składa się z ośmiu opowieści, które trwają od ledwie kilku minut, to dwóch pełnych kwadransów. Ta pierwsza rozpoczyna się dość leniwie. Z tuby saksofonu snuje się melodia niesiona spokojnych oddechem cyrkulacyjnym. Obok szeleszczą struny fortepianu. Wszystko zdaje się z czasem popadać w stan postępującego rezonansu, chwilami nabierając niemal post-industrialnej faktury. Frazy wiją się niczym węże gaszone mrokiem ciemnych korytarzy. Druga opowieść wybudza wszystkich z głębokiego snu. Saksofon pokrzykuje, klawisze piana stawiają stemple kardynalnej obecności. Hałaśliwa dęta biel w opozycji do masywnej, fortepianowej czerni. Niektóre akcje artystów noszą znamiona substancji free jazzowej.

W trzeciej odsłonie parada świstów i szumów o dużym poziomie intensywności, powleczona niewidzialną, nieistniejącą warstwą elektroakustyki. Piano wpada w nostalgię delikatnych klawiszy, sopran wznosi ku górze strzeliste drony. W kolejnej opowieści oba instrumenty drżą i rezonują donośnym śpiewem. Narracja nie po raz pierwszy tego wieczoru wydaje się nad wyraz głośna, niemal noise’owa, ale toczy się w tempie marsza pogrzebowego. To jakby ceremonia umierania, ale też ulotna lewitacja. Na odchodnym saksofon nabiera masy i sprawia wrażenie groźnego zwierza.

Początek drugiego albumu w zestawie otwiera monumentalna, prawie trzydziestominutowa improwizacja. To rodzaj wystudzonej, niekończącej się medytacji. Od mrocznego dna, po nieosiągalne szczyty górskie. Wszystko podszyte minimalizmem i nerwem rytmu skrytym głęboko w pudle rezonansowym piana. Dla kontrastu szósta, kilkuminutowa opowieść, to erupcja dynamiki, ekspresji, siły saksofonowej, okazjonalnie preparowanej tuby i mocy dynamicznych klawiszy.

W trakcie przedostatniej części muzycy znów zabiera ją nas na lewitujący spacer w nieznane, gdzie pojęcie upływającego czasu jest paradygmatem nieistotności. Ukojenie, szorstki spokój, szczypta perkusjonalnych akcji piana i saksofonowego przedechu. To rodzaj kołysanki dla jeszcze niewystygłych umarlaków. W pudle rezonansowym dzieją się post-akustyczne cuda, nie brakuje pokrętnego rytmu, w tubie saksofonu mości się sporo brudnych, wykolejonych fraz. Finał płynie wszakże z ciepłej klawiatury i melodyjnie usposobionego dęciaka. Ostatnia historia niespodziewanie sięga po atrybuty jazzu. Z klawiatury, z dużą dawką melodii, z niemal klasycznym sznytem czystości gatunkowej. To skoczne i radosne zakończenie.

 

Michel Doneda, Frédéric Blondy Points of Convergences (Relative Pitch, 2CD 2025). Frédéric Blondy – fortepian oraz Michel Doneda – saksofon sopranowy, sopranino. Nagrane w Eglise Saint-Merry, Paryż, czerwiec 2014. Osiem improwizacji, 96 minut.




 

wtorek, 26 sierpnia 2025

Doneda, Ninh & Andorrà El retorn de l'escolta!


Legendy francuskiej muzyki improwizowanej Michel Doneda i Lê Quan Ninh, artyści pracujący razem już piątą dekadę, dotarli dwa lata temu do Barcelony i zagrali wspólny koncert z katalońską perkusjonalistką Núrią Andorrą, znaną nam z niejednej płyty wydanej … w naszym pięknym kraju. Dziś materiał z tego spotkania dociera do nas na poręcznym dysku krajowej FSR Records i definitywnie raduje nasze zmysły słuchu, a poniekąd wzroku.

Sytuacja sceniczna jest następująca - dwa duże bębny posadowione na flankach i dwoje artystów z masą przedmiotów, które w zetknięciu z membraną instrumentów będą wydawać najprzeróżniejsze dźwięki, a po środku saksofonista wyposażony w dwie najlżejsze odmiany instrumentu dętego drewnianego. Czas zanurzyć się w dźwięki.

 


Początek spektaklu tkany jest z należytą precyzją. Na bębnach powstają mikro tarcia, a wokół nich unoszą się tumany kurzu. Akcja perkusjonalistów realizowana jest nad wyraz imitacyjnie. Wciśnięty pomiędzy nich saksofonista z trudem dobywa pierwsze dźwięki. Matowe, na poły melodyjne, nieco zalotne. Narracja formuje się w linearną opowieść bez zbędnej zwłoki. Muzycy świetnie na siebie reagują, wyczuleni na każdy niuans dramaturgiczny. Bywa, że cała trójka chrobocze, jak stado owadów, bywa, że śpiewa cienkim, rezonującym głosem osnuta kokonem ambientu. W chwilach napięcia ten dramat przypomina małą burzę z piorunami, w chwilach wyciszenia ledwie słyszalne szmery z głębokiej, leśnej gęstwiny. W okolicach dziesiątej minuty opowieść przypomina symfonię wysoko zawieszonego, rozśpiewanego rezonansu. Potem następuje faza interaktywnych, drobnych fraz, które znów zdają się sytuować akcję w sercu tajemniczego lasu.

Po dwudziestej minucie artyści schodzą do strefy mroku. Drżą, nerwowo spoglądają na siebie, czyniąc ceremoniał nadchodzącej grozy. Leniwa narracja przepoczwarza się w strugi dronów, tu realizowanych głównie na glazurze bębnów. Saksofonista być może wydaje jakieś dźwięki, ale nie mają one wiele wspólnego z typową, dętą narracją. Tuż po upływie trzydziestej minuty całość nabiera definitywnie ambientowej faktury. Teraz na czoło forsuje się saksofon, a raczej matowe podmuchy, które brzmią niemal elektroakustycznie. Misterium post-ciszy trwa wiele minut, a z mułu zaniechania wyciąga wszystkich coraz aktywniejszy sopranista. Akcje perkusjonalistów nabierają masy, a także intensywności, przypominając przez moment spektakl rozdygotanych suwnic przemysłowych. Na tak szorstkim podłożu pięknie płoży się saksofonowy śpiew, niemal taneczny. Kolejnym etapem podroży jest zejście o poziom niżej w zakresie głośności i intensywności. Wreszcie, tuż przed upływem pięćdziesiątej minuty, improwizacja wchodzi w stadium końcowego lewitowania. Delikatnie melodyjnego, nasączonego subtelnie brzmiącym rezonansem instrumentów perkusyjnych. Ostatnia prosta, to akustyka wyjątkowo pięknego ambientu.

 

Michel Doneda, Lê Quan Ninh & Núria Andorrà El retorn de l'escolta - A la memòria de Marianne Brull (FSR Records, CD 2025). Michel Doneda – saksofon sopranowy, sopranino, Lê Quan Ninh – instrumenty perkusyjne oraz Núria Andorrà – instrumenty perkusyjne. Nagrane w L’Auditori de Barcelona, marzec 2023. Jedna improwizacja, 53 minuty.

 

*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



piątek, 2 maja 2025

Michel Doneda & Alexander Frangenheim in Murmuration!


Francuskich opowieści ciąg dalszy! Tym razem powodem nie tyle nowe nagranie, ile fakt, iż redakcja gościła ostatnio w Paryżu i obok mnóstwa niezapomnianych wrażeń turystycznych (jakież to wyjątkowe miasto!) przywiozła także wspomnienia z pewnego dalece smakowitego koncertu oraz kilka nieco starszych płyt dwóch bodaj najwybitniejszych saksofonistów francuskiej sceny kreatywnej – Michela Donedy i Daunika Lazro.

Rzeczeni Doneda i Lazro, choć mają razem już ponad 150 lat, dali w ostatnią niedzielę kwietnia ekscytujący, energetyczny, jakże temperamentny koncert w trio ze swoim dawnym współpracownikiem, skrzypkiem Michaelem Nickiem. Emocji i jakości nie brakowało, a okoliczności … chińskiego centrum kultury, które zwie się Le Temps du Corps, dodawały niebywałej kolorystyki całemu wydarzeniu.

Na talerzu kompaktowego odtwarzacza ląduje dziś stosunkowo świeże nagranie Donedy, poczynione kilka lat temu w Berlinie w towarzystwie niemieckiego kontrabasisty Alexandra Frangenheima. Także ono konstytuuje tezę o wyjątkowej klasie francuskiego saksofonisty. Poniekąd dokładnie to samo można powiedzieć o jego współtowarzyszu podróży. Zapraszamy do odczytu/ odsłuchu albumu Murmuration i obiecujemy, że to nie koniec francuskich opowieści na Trybunie. Bądźcie czujni!



 

Muzycy swoją sześcioczęściową opowieść rozpoczynają w duchu minimalizmu, nasyceni wewnętrznym spokojem. Aurę otwarcia kreuje szum dętego wydechu i delikatny kontakt smyczka, tudzież palców z kontrabasowymi strunami. To rodzaj wstępu do kameralnej trwogi nadchodzących preparacji. Każda pętla narracji wzmaga intensywność i poziom emocji – saksofon piszczy i skomle, raz za razem podsyłając zaskakujące frazy, smyczek pracuje pełnym spektrum, od głębokiego piekła po rozgwieżdżony nieboskłon. Pierwsza opowieść zostaje zwieńczona dość dynamiczną akcją, choć w klimatach lewitującego post-baroku.

W drugiej odsłonie muzycy dostarczają nam więcej melodii – poszarpanej, niekiedy ukrytej pod woalem ekspresji, ale nieskrępowanej, często podawanej wspólnym strumieniem imitacyjnego brzmienia. Intensywność improwizacji najpierw rośnie, potem, już na finiszu, efektownie gaśnie. W kolejnej części Michel i Alexander wspinają się na place i frazują jeszcze wyższym tembrem. Krok ich ekspozycji jest nadspodziewanie taneczny, na etapie rozwinięcia urokliwe przepoczwarzony w posuwiste drony. Tuba lekkiego saksofonu silnie tu rezonuje, a brzmienie smyczka nabiera okazjonalnie efektownej smolistości.

W czwartej opowieści napotykamy na odrobinę post-barokowej medytacji. Wciąż jest z nami fikuśna, rezonująca melodyka, powraca znany z początku albumu minimalistyczny tryb, szczególnie ze strony kontrabasisty. Delikatnie wytłumieni teraz artyści toną w śpiewie, który budują imitując się wzajemnie. Na zakończenie tego odcinka serwują nam sporą dawkę dodatkowych emocji - saksofonista cmoka, kontrabasista riffuje. Intensywność piątej historii faluje niczym umiarkowanie wzburzony ocean. Saksofon szumi i szemrze, smyczek śpiewa i tańczy. Wiele fraz sięga tu nieba, a improwizacja potrafi stawać się niezwykle filigranowa. Emocji znów nie brakuje, zwłaszcza w końcowej fazie improwizacji.

Ostatnia część albumu daje do wiwatu! Smyczek wyjątkowo ostry, aż kaleczy, saksofon od startu w drobnej histerii. Ostra wymiana zdań stanowi oś dramaturgii. Muzycy maszerują ciało w ciało, po równi pochyłej, wypełniają całe spektrum nagrania gorącymi interakcjami, ich frazy bywają bardzo intensywne, ale niepozbawione swobodnego oddechu. W środkowej fazie ekspozycji intrygujący dysonans – saksofon rzęzi i skomle, z kolei kontrabas łagodnie frazuje post-jazzowym pizzicato. Powraca melodia, podskoki wydają się nad wyraz radosne. Ostatnia prosta, to jednak pewne zagęszczenie – brzmienie obu instrumentów zabrudza się, ekspresja rośnie, a finałowy dźwięk zdaje się być zapalczywy, naprawdę dosadny.

 

Michel Doneda & Alexander Frangenheim Murmuration (FMR Records, CD 2023). Michel Doneda – sopranino, saksofon sopranowy oraz Alexander Frangenheim – kontrabas. Nagrane w Studioboerne45, Berlin, 2021/2022. Sześć improwizacji, 48 minut.

 

 

wtorek, 22 kwietnia 2025

Michel Doneda & Thierry Waziniak! Le Chemin Du Jour!


Po piątkowej nowości FOU Records czas na kolejne spotkanie z francuską muzyką improwizowaną. Tym razem wypełnione w całości dźwiękami muzyków tamtych ziem. Legenda lekkich saksofonów Michel Doneda, muzyk nieustannie przekraczający granice tzw. technik rozszerzonych i tego, co można wydobyć z krótkiej, wąskiej, metalowej rury wyposażonej w drewniany ustnik i perkusjonalista Thierry Waziniak, o muzycznym portfolio dalece mniej epokowym, ale śledzonym przez nas od pewnego czasu z należytą starannością.

Panowie zapraszają na swobodnie improwizowaną podróż po meandrach typowej dla free jazzu formuły sax & drums, definitywnie myląc jednak tropy i sięgając po wiele ponadgatunkowych rozwiązań. Ich opowieść jest dalece niespieszna, zbilansowana dramaturgicznie i emocjonalnie, wyposażana częściej we frazy kameralne niż jazzowe, dodatkowo pięknie bogacona dźwiękami preparowanymi, powstającymi zarówno w tubie saksofonu, jak i na gładkim, perkusyjnym werblu, tudzież talerzach. Album podzielony jest na trzy separatywne części z francuskimi tytułami, z których ta środkowa jest najdłuższa i przekracza dwadzieścia minut. Dwie pozostałe trwają po około piętnaście minut.



 

Muzycy rozpoczynają spektakl pojedynczymi dźwiękami wyrwanymi z kontekstu wszechogarniającej ciszy. Ich mikro akcje są spokojne, ale nieco strwożone, jakby każdy z nich bał się naruszyć foniczny ekosystem. Saksofon oddycha, szumi, delikatnie wibruje, z werbla i tomów sączy się filigranowa pulsacja. Ów kind of post-jazz jest wszakże zdecydowanie interaktywny. Muzycy reagują na każdy ruch współpartnera, komentują, chętnie wchodzą w dysputę. Gdy dęciak pnie się ku górze, perkusja szeleści i rozpościera wielki spadochron. I może tu liczyć na wzajemność. W połowie improwizacji muzycy zapraszają do oceanu dźwiękowych subtelności – blasków talerzy, rezonansu i saksofonowych dronów. Pod koniec tej fazy podróży artyści poruszają się nieco żwawiej, jakby szukali kameralnego jazzu.

Druga odsłona także rodzi się w ciszy, pleciona ciągiem drobnych, reaktywnych fraz. Prym wiedzie tu saksofon, akcje perkusji, to tylko delikatne stemple na skraju drogi. Na etapie rozwinięcia opowieść pozostaje leniwa, ale podszyta jest wewnętrzną nerwowością. W tubie pojawia się więcej melodii, akcję na poły rytmiczną sugerują perkusyjne szczoteczki. Po kilku minutach muzycy schodzą do mrocznego podziemia. Szumią, szeleszczą, rezonują, wpadają w tajemnicze imitacje. Z jeszcze większą gracją wychodzą na powierzchnię i formują niemal free jazzowy strumień fonii, delikatnie bogacony kameralnym sznytem. Po adekwatnym dla sytuacji scenicznej wystudzeniu przechodzą do fazy molekularnych interakcji. Saksofon szumi i jęczy, z kolei perkusja buduje subtelny, post-drummerski rytm, czyniąc finał drugiej historii bodaj najpiękniejszym momentem całego albumu.

Start trzeciej odsłony niczym nie zaskakuje. Znów zrodzony z ciszy, pełen lęku o to, co przyniesie kolejny dźwięk. Leniwe rozciąganie zwiotczałych mięśni, łapanie pierwszych promieni słonecznych i delikatnego wiatru od morza. Akcja nabiera rumieńców, ale daleka jest od jakiejkolwiek eskalacji. Doneda stawia się teraz w roli inspiratora. Gdy wzywa i pokrzykuje, reakcją Waziniaka jest olimpijski spokój, gdy zagaja melodią, na werblu natychmiast pojawia się całkiem dynamiczna reakcja. Kolejna faza nagrania, to wejście w głąb dźwiękowych tajemnic. Frazy saksofonu przypominają tu zwierzęce pomrukiwanie, akcje perkusji dźwięk łamania leśnych gałązek. Zakończenie albumu jest dalece dynamiczne, owite wokół circle drums & dancing sax i zwinie ugaszone wprost w zastygłą ciszę.

 

Michel Doneda & Thierry Waziniak Le Chemin Du Jour (Intrication Label, CD 2024). Michel Doneda – saksofon sopranowy, sopranino oraz Thierry Waziniak – perkusja. Nagrane w marcu 2024, zapewne we Francji. Trzy improwizacje, 51 minut.



piątek, 19 listopada 2021

Michel Doneda, Frederic Blondy & Tetsu Saitoh! Spring Road 16!


Czasy znów mamy bardzo ciężkie - statystyki zapowiadały się na dużo lepsze, niż są w realu, na granicach dzieją się dziwne i niebezpieczne rzeczy, do tego jest płochy i przewilgocony listopad. Jednym słowem – umierać, nie żyć!

Na szczęście nasza ukochana swobodna improwizacja zawsze przyjść może z pomocą! Dziś bez specjalnych wstępów francusko-japońska petarda, wystrzelona przez muzyków znanych i doświadczonych, ale też takich, którzy przy każdym spotkaniu są nas w stanie zaskoczyć!

Doneda, Blondy i być może ten najważniejszy – Saitoh! Niespełna 39 minut muzyki, która na pewno zagości na naszym rocznym podsumowaniu płyt wybitnych a.d. 2021! Here we go!

 


Ceremonia otwarcia spoczywa na barkach masywnego kontrabasu, który od startu buduje jakby dwie narracje. Z jednej strony ryje bruzdy w ziemi smyczkowym dronem, z drugiej rysuje zmysłowe, lekkie, zadziorne frazy arco. Czy muzyk gra tu dwoma smyczkami, czy ma trzecią rękę, niech pozostanie tajemnicą tych, którzy widzieli ową rejestrację w pieleszach paryskiego studia nagraniowego. Saitoh nie zawłaszcza jednak całej przestrzeni tej definitywnie bardzo swobodnej narracji, pozostawia bowiem miejsce na lekki, frywolny sopran Donedy i mikro ekspozycje Blondy’ego na gołych strunach fortepianu. Narracja płynie wartkim strumieniem - na gryfie kontrabasu (który niepodzielnie rządzi sceną!) ciągłe zmiany sposobu maltretowania strun, saksofon skacze i opada, ale mimo swej pozornej lekkości, wciąż kąsa intrygującymi frazami, piano zaś dobrze się czuje w roli cerbera dramaturgicznego ładu i koherentności parametrów dynamiki improwizacji. Opowieść pulsuje intensywnością, ale bez trudu wpada też w nastrój melancholii, refleksji i egzystencjalnego oddechu.

Tymczasem narracja bez sekundy przerwy przenosi nas do drugiej części płyty. Muzycy na ten czas serwują nam piękną chwilę dramaturgicznego suspensu. Kontrabas piszczy jak kot wysokim arco, drży i szeleści, by po chwili rwać włosy z głowy post-jazzowym pizzicato. Saksofon konsekwentnie charczy i skrzypi, piano zaś wciąż w trybie minimal, duma nad losem steranej ludzkości. Tuż potem następuje krótka faza imitacji saksofonu i smyczka, ale znów z basowym tłem pełnym mrocznych odcieni. Emocje rosną, z każdej strony sceny wieje grozą, a etykieta acoustic industrial wcale nie wydaje się złym określeniem tego momentu opowieści. Zresztą zmiana goni tu zmianę, jak na karuzeli. Nagle kontrabas wchodzi w ostry tryb pizzicato i ciągnie improwizację na efektowne wzniesienie. Dynamika idzie tu także wprost z repetujących klawiszy piana. Saksofon nie chce być gorszy i wpada w całkiem niemałą eksplozję. Narracja faluje, jak na wzburzonym oceanie, nie bez iskierek oniryzmu, pewnej, niemal egzystencjalnej tajemnicy. Muzycy wodzą nas za nos, robią z nami, co tylko chcą. Mamy się śmiać? Mamy płakać? Uczynią wszystko, byśmy kołysali się rozhuśtanymi emocjami.

Nim upłynie kwadrans drugiej części płyty Saitoh zaczyna ekspresyjnie piłować struny, preparować dźwięki, burczeć i rzęzić jak gruźlik. Ale tym razem to minimalistyczne piano sprawia, iż improwizacja urokliwie tuli się do pierwszej napotkanej porcji ciszy. Wychodzenie na powierzchnie zdaje się tu być jeszcze bardziej piękne, ale i tajemnicze. Docierają do nas piskliwie dźwięki, ale konia z rzędem temu, kto powie, kto je wydaje? Piano? Trzecia ręka kontrabasisty? Saksofonowy ustnik? Muzyka czasami przypomina tu narastanie letniej burzy, czasem zdaje się być gęstą śnieżycą, innym razem przypomina chłodny i dżdżysty listopad! Nim wybije 20 minuta scenę zaczynają spowijać bardziej agresywne dźwięki, muzycy ewidentnie szukają zwady. Podniosły nastrój grozy wzmaga piano, które nagle przechodzi w tryb wyjątkowo czarnych, masywnych klawiszy. Nerwy i emocje pikują ku górze.

Finałowe ekscesy trójki improwizatorów zaczynają się mniej więcej 7-8 minut przed końcem. Najpierw dronowa faza imitacji saksofonu i smyczka (to już drugi raz!), która niespodziewanie przyobleka szaty brudnego post-baroku. Tymczasem opowieść zaczyna płynąć coraz szerszym korytem. Sprawia wrażenie smutnej, zatroskanej, by po chwili wejść w bardziej dynamiczny tryb i kierować się na ostatnie wzniesienie. Bas schodzi coraz niżej na kolanach, ale improwizacja pnie się ku górze. Powraca posmak zdrowego, akustycznego industrialu. Tuż po osiągnieciu szczytu narracja obumiera żywymi parsknięciami niemal pojedynczych dźwięków. What a game!

 

Michel Doneda, Frederic Blondy & Tetsu Saitoh Spring Road 16 (Relative Pitch Records, CD 2021). Tetsu Saitoh – kontrabas, Frederic Blondy – fortepian, Michel Doneda – saksofon sopranowy i sopranino. Nagrane w kwietniu 2016 roku, w studiu Radio Paris, jedna improwizacja podzielona na dysku na dwie części, łącznie 38 minut i 40 sekund.



piątek, 11 czerwca 2021

KOOR! Sunday at De Ruimte! Ototsky Quartet! Louloudis! Deemer+1! Lussier! Truuve! Spirit Skinned! The June Round-up!


Czas na comiesięczną zbiorówkę nowości płytowych! Dziś osiem świeżych, nad wyraz wiosennych propozycji do tańca i śpiewania!

W czasach permanentnej pandemii muzycy tworzą dźwięki na potęgę, recenzenci zaciskają pięści na zapoconych klawiaturach komputerów, a konsumenci nie wiedzą, skąd kraść pieniądze, by ów boom nadprodukcji muzyki móc przetransportować do swoich odtwarzaczy! A przydatność Waszego ulubionego improwizowanego przewodnika zdaje się rosnąć z każdym dniem naszej wiecznej pożogi!

Dzisiejsza opowieść wyjątkowo często sięgać będzie po prawdziwie jazzowe emocje. Czekaja nas eksplozje free jazzu, bystre ucieczki w swobodną improwizację, pełne garście open jazzu, który incydentalnie haczyć będzie nawet o estetykę main-streamu, ale jak to na Trybunie – całość złamiemy odrobiną elektroniki, gitarowym kalejdoskopem tajemniczych dźwięków, a także intrygującym, śpiewanym (mruczanym?) post-electro!

Marszruta? Oj, będziemy dziś wszędzie! Włochy z francuskim akcentem, Holandia po polsku i amerykańsku, Rosja, Belgia w Nowym Jorku, Zjednoczone Królestwo, Francja, Norwegia i Berlin! Pachnący bukiet świeżynek specjalnie dla Was - szykujcie portfele!

 


KORR  Tombé de la voûte (We Insist Records, CD 2021)

Jeden z naszych bezwzględnie ulubionych francuskich saksofonistów Michel Doneda (sopran i sopranino) w styczniu 2019 roku zabłądził we włoskich kniejach i niespodziewanie znalazł się w piwnicy należącej do perkusisty Filippo Monico. Dokładnie tam przebywał także kontrabasista Andrea Grossi. Panowie, choć spotkali się po raz pierwszy w życiu, zagrali imponujący set improwizacji dobrze posadowionych w idiomie open jazzu, który nie stroni od kameralistycznych wycieczek. Opowieść swą podzieli na jedenaście części (dodajmy, iż od czwartej do dziesiątej zagrali nieprzerwany strumień dźwięków). Całość ich piwnicznych aktywności zamknęła się w niespełna 43 minutach.

Pierwsze trzy utwory zdają się pokazywać całe spektrum możliwości muzyków, ich warsztatu, kreatywności, umiejętności budowania skrupulatnej dramaturgii, nade wszystko zaś otwartości na wszelkie rozwiązania stylistyczne i estetyczne. Muzycy zaczynają od smakowitej porcji łagodnego free jazzu, z zalotnym sopranem, który pięknie imituje dźwięk smyczka posadowionego na chybotliwym gryfie kontrabasu. Zaraz potem chytrze kryją się w alkowie kameralnej zadumy, szumią i głęboko oddychają. Z kolei w trzeciej części łechcą ucho recenzenta piękną zabawą w call & responce, z której bez zbędnej zwłoki przenoszą się w całkiem energetyczny strumień dźwięków, pełnych jazzowych smaczków i improwizowanych zakrętów.

Począwszy od części czwartej zanurzamy się na dłużej w jednym, nieprzerwanym paśmie dźwiękowym, w trakcie którego muzycy jeszcze efektowniej uwypuklają wszelkie atrybuty jakości, jakimi obdarzyliśmy ich w trakcie poprzedniego akapitu. Opowieść zaczyna preparowany saksofon, szumiące szczoteczki i struny ugniatane na gryfie. Ponownie słyszymy piękny moment imitacji smyczka i saksofonu. Narracja równie szybko nabiera tempa (świetnym drummingiem!), jak i wytraca moc czerpiąc powietrze niezbędne do życia z pracy smyczka. Ten ostatni nie waha się także wejść na moment do jaskini post-baroku. W każdej sytuacji same smakowitości pichci nam saksofonista, który wydaje się, że najpełniej czerpie z multigatunkowej konwencji całej improwizacji. Nim wybrzmi owa suita, która trwa prawie 20 minut, muzycy wejdą jeszcze na efektowne wzgórze (masywnym kontrabasem, wyjątkowo łobuzującym saksofonem i czasami dość delikatną pracą perkusji), po czym zalegną w głębokiej krypcie i toczyć będą niekończące się, wyjątkowo spektakularne dyskusje z ciszą. Ostatnia, jedenasta improwizacja, już po wyraźnej pauzie, zdaje się kontynuować tłumione opowieści końcowych minut suity. Plamy preparowanego saksofonu, pałeczki muskające glazurę werbla i kontrabas, która na końcowej prostej ciągnie jeszcze całe trio na drobne, w pełni jazzowe wzniesienie. Całość gaśnie snem dalece kameralnym, głównie za przyczyną smyczka.

 


Frank Rosaly/ Marta Warelis/ Aaron Lumley/ John Dikeman  Sunday at De Ruimte (Doek RAW, CD 2021)

Szybki skok do małej, ale jakże uroczej Holandii! Miejsce zwie się De Ruimte, zgodnie z tytułem płyty mamy niedzielę, a koncert jest częścią Doek Festival, jaki miał miejsce latem ubiegłego roku. Na scenie polska pianistka Marta Warelis oraz trójka chłopaków z amerykańskimi paszportami, z których część często przebywa po naszej stronie Wielkiej Wody, kolejno: Frank Rosaly – perkusja, Aaron Lumley – kontrabas oraz last, but not least, John Dikeman – saksofon tenorowy. Nagranie podzielone na cztery części trwa 62 i pół minuty.

Koncert startuje z pozycji bardziej kameralnych, a początkowy flow budowany jest przez trio abstrakcyjnego piano, smyczka na kontrabasie i małych perkusjonalii. Tenor włącza się do gry prawdziwie coltrane’owskim zaśpiewem po kilku minutach i zdaje się nieść improwizację całkiem wysokim wzgórzem. Brzmienie wszystkich instrumentów jest dość matowe, zbierane jednym mikrofonem, ale nad wyraz żywe. Kwartet sprawia wrażenie dalece demokratycznego tworu, bo każdy z muzyków ma do dyspozycji sporą przestrzeń dla indywidualnej kreatywności. Muzyka stoi po kolana we free jazzowej tradycji, ale zwinnie unika typowych dla niej rozwiązań, nie stroni od wyszukanych fraz (brawo piano!) i zdolna jest raz za razem zaskakiwać odbiorcę nowymi pomysłami. W drugiej części, najdłuższej na płycie, opowieść śmiało trąci zmysłowym free impro, nie boi się sięgać po metody improwizacji w formie pytań i odpowiedzi, nie eskaluje emocji, a muzycy zdają się posiadać trwałą umiejętność zdejmowania nogi z gazu. Nawet jeśli Dikeman wrzaśnie swym tenorem (jak choćby w okolicach ósmej minuty), nie oznacza to wcale, iż pozostali muzycy skaczą w ogień bez chwili refleksji. Tę część koncertu, po kilku krótkich ekspozycjach solowych, wieńczy narracja niemal post-bluesowa.

W kolejnych dwóch częściach, każdej trwającej pełny kwadrans, muzycy zdają się pracować jeszcze bardziej nieśpiesznie. Mnożą wątki, podsycają nowe pomysły, być może chwilami mają ich nawet zbyt wiele. Co ciekawe, instrumentem, który najczęściej schodzi tu w kuluary jest saksofon tenorowy. Ostatnia część koncertu najpełniej zbliża się do estetyki free chamber, nie stroni nawet od post-barokowych ekspozycji smyczka. Oczywiście sam tenor nie przysypia i funduje nam do czasu do czasu efektowne, free jazzowe spiętrzenia. Ale i one mają swoją rozrzedzoną strukturę, wypełnioną ponadgatunkowymi frazami, słanymi na ogół wprost z wyjątkowo bystrej klawiatury fortepianu.




Ototsky Quartet  Stamp a Spot (Fancy Music, LP 2021)

Pozostajemy w jakże jazzowej formule kwartetowej, dodatkowo prawie nie zmieniamy instrumentów. Centrum Kultury DOM w Moskwie znamy świetnie z tysiąca płyt, a na jego scenie, w marcu 2018 roku, odnajdujemy czterech muzyków. Są to: Ilia Belorukov – saksofon altowy, Kirill Shirokov – fortepian, Dmitry Lapshin – kontrabas i facet, który daje nazwę całej formacji, czyli Peter Ototsky – perkusja. Muzycy grają cztery utwory, które zdają się świetnie ilustrować spektakularny proces ucieczki od jazzowych schematów w kierunku swobodnej, chwilami kameralnej improwizacji. Wszystkie części są dobrze skrojone do wymiaru czarnej płyty, trwają bowiem łącznie niespełna 44 minuty.

Tezę zawartą w preambule recenzji doskonale uwypukla improwizacja otwarcia. Kwartet zaczyna swobodnym jazzem, barowym, niemal korzennym brzmieniem, ze swingującą sekcją rytmiczną, wartkim strumieniem piana i saksofonem altowym o lekko zabrudzonym brzmieniu, który śmiało mógłby usadowić się w tym miejscu niemal sześć dekad temu, na przykład na koncercie Erica Dolphy’ego. Muzycy płyną w bystrym tempie, równie dobrze radzą sobie też w wolniejszych momentach. Każdy z muzyków realizuje partie solowe, dobrze wsparte na akompaniamencie kolegów, ale z czasem narracja nabiera bardziej kolektywnego spleenu i stwarza przestrzeń na improwizacje dla każdego z artystów w tym samym momencie dziejów gatunku. Drugą część otwiera duet basu i piana. Pozostali muzycy wchodzą do gry po niedługiej chwili, a owa swobodna improwizacja nabiera dynamiki, głównie dzięki rytmizującym zabiegom kontrabasisty. Świetne chwile altu dobrze korelują tu z jakością całej narracji, która na koniec serwuje nam jeszcze zmysłowy duet tegoż saksofonu z fortepianem.

Drugą stronę winyla rozpoczyna duet basu i perkusji. Muzycy początkowo poruszają się na scenie całkiem leniwie, bardziej dbając o niuanse brzmieniowe i dramaturgiczne. Po chwili równie efektownie łykają dynamikę godną jazzu całkowicie pozbawionego schematów. Odnotowujemy jeszcze bystry dialog saksofonu i basu, dobrze skomentowany abstrakcyjnym piano, który śmiało możemy wskazać jako najlepszy moment na całym koncercie. Czwarta improwizacja to już zdecydowany krok w kierunku free chamber. Szum z tuby, szelest z perkusjonalii, pojedynczy klawisz piana. Zwiewny minimalizm, z którego muzycy budują open jazzową konstrukcję. Opowieść toczy się bez eskalowania tempa i znów kończy się dialogiem altu i piana, na ostatniej prostej świetnie skomentowanym jazzowym walkingiem kontrabasu.



 

Alex Louloudis  Words (Off, DL 2021)

Przenosimy się do Nowego Jorku (studio nagraniowe The New School University, czerwiec 2018). W świetnie brzmiących przestrzeniach odnajdujemy muzyków, których nazwiska nic nam nie mówią, a kolory paszportów pozostają nieznane, ale na tych łamach uwielbiamy takie sytuacje! Szefem przedsięwzięcia jest perkusista Alex Louloudis (on także podpisuje się pod warstwą kompozytorską). Wspomagają go: Rafael Statin – saksofon tenorowy oraz Dean Torrey – kontrabas. W pierwszym i ostatnim utworze do wspomnianej trójki dołączają także: Rosdeli Marte – wokal, Kaelen Ghandhi – saksofon tenorowy oraz Aaron Rubinstein – gitara. Na płycie znajdujemy sześć utworów, których odsłuch zajmuje mniej niż 40 minut.

W formule tria (utwory 2-5), muzycy stawiają na dynamikę i bezpretensjonalność. Proponują nam jazz bliski estetyce main-streamu, wszystko czynią na pełnych prawach gatunku, z saksofonem, który dodaje jakości i w rozbudowanych partiach improwizacji potrafi przepoczwarzać się w zadziorne, całkiem drapieżne ptaszysko. Muzyka wydaje się świetnie nadawać na długie trasy samochodowe, także do towarzyskiego tupania nogą i podśpiewywania. Po stronie plusów warto też odnotować solowe ekspozycje perkusisty (utwór drugi) i kontrabasisty (utwór czwarty).

W rozbudowanym do sekstetu składzie muzyka Louloudisa budzi większe ambiwalencje. Pieśń otwarcia zdaje się być jedynie akompaniamentem dla recytowanego tekstu Words (także autorstwa perkusisty) i dość szybko wpływa na narracyjne mielizny, pełne momentów pozbawionych ognia i emocji. Celem muzyków staje się wówczas jedynie efektowna ekspozycja tematu kompozycji. Dużo ciekawiej dzieje się w ostatniej części płyty. Początkowo sekstet znów skupia się na podaniu tematu i delikatnie przynudza, ale w połowie utworu muzycy zaczynają sprawiać wrażenie, jakby ktoś podłączył ich do stacji wysokiego napięcia. Wszyscy harcują i łobuzują (brawo gitara!), emocje rosną, a odpowiednia dynamika sprzyja małym eksplozjom. Dodatkowo każdy z saksofonów dokłada cegiełkę do udanego obrazu całości.

 


Deemer+1  Aftermath (Luminous, CD 2021)

Po czterech całkiem jazzowych płytach czas na pierwszy kontrapunkt! Deemer, to kobiecy duet łączący instrument dęty i całe zwoje komputerowych kabli. W ramach wersji rozbudowanej Dee Byrne (saksofon altowy, elektronika) i Merijn Royaards (elektronika) zaprosiły na nagranie perkusistę Johnny’ego Huntera. Spotkanie studyjne miało miejsce w listopadzie 2019 roku, w Londynie. Jego efektem jest dziewięć improwizacji, które trwają łącznie 31 minut z sekundami.

Trzeba przyznać, że odsłuch albumu Aftermath sprawił, iż emocje recenzenta skakały do wysokiego nieba, ale też brutalnie upadały na szorstką podłogę. Z jednej strony, cała plejada wyśmienitych pomysłów na łączenie improwizującego duetu sax & drums z elektroniką, która nie stroni od dubowej poświaty i niebanalnych rozwiązań dramaturgicznych, z drugiej - wiele propozycji tria, to ledwie miniatury, wprawki warsztatowe, które w formie, jaką dostajemy na nagraniu zdają się być produktem niedokończonym. Poznajmy wszakże garść szczegółów, a zwłaszcza te najbardziej udane momenty płyty.

W drugim utworze free jazzowy duet żywych instrumentów płynie w zmysłowym, ale nerwowym strumieniu syntetyki, która narasta wraz z rosnącą dynamiką nagrania, po czym efektownie rozlewa się w post-psychodeliczną ciszę. Kolejny epizod w podobnej sytuacji stawia samotny saksofon, a efekt końcowy jest równie udany. Z kolei czwarta część tłumi emocje i dynamikę, a dźwięki płyną na dubowym delayu, jak niedogotowany kisiel. Całość bardzo syntetyczna w brzmieniu, ale zadowoli nawet wybrednego słuchacza. Na tle kilku innych nagrań siódma część wydaje się być szczęśliwie produktem dalece skończonym. Pachnie zdrowym free jazzem, choć zaczyna się spowolnioną, tłumioną grę wstępną zarówno dźwięków akustycznych, jak i syntetycznych. Na koniec opowieść efektownie gęstnieje, staje się bardzo intensywna, mimo braku basowych strumieni dźwiękowych. Ten ostatnie pojawiają się w kolejnej części, sprawiając, iż utwór przypomina stylowy drum’n’bass z rozśpiewanym saksofonem. 

 


René Lussier  Complètement Marteau! (ReR Megacorp & Circum-Disc, CD 2021)

Wracamy na stały ląd i trafiamy do Francji. Jazz-rockowego gitarzystę René Lussiera zdążyliśmy już kiedyś poznać, dziś zaprasza on nas na solowy album, na którym gra na wielu instrumentach, produkując niezliczone wątki dramaturgiczne, zarówno improwizowane, jak i precyzyjnie skomponowane. Muzyk używa poza gitarami także głosu, instrumentów perkusyjnych (także elektronicznych) i dwóch nieznanym nam urządzeń dźwiękowych - podorythmie i daxophone. W jednym utworze (tym najbardziej improwizowanym) Lussiera wspomaga Hugo Blouin na kontrabasie. Płyta składa się z siedmiu części i trwa niewiele ponad trzy kwadranse.

One man show zaczynają mnożące się, jak grzyby po deszczu, wątki gitarowe, garść rytmu wprost z ust (beatbox?) i cały ocean fake sounds, zarówno elektrycznych, jak i elektronicznych. W kolejnej opowieści gitara nabiera całkiem jazzowego posmaku, śpiewa piosenki i każe nam tańczyć. Brawura, brak stylistycznych zahamowań, ale też samokontroli artystycznej – notuje recenzent w ramach drobnego resume. W części trzeciej post-rockowa gitara tapla się w nieco inwazyjnej syntetyce, a jej dźwięki haczą wręcz o plądrofonię. Jeśli jest jakiś gatunek muzyki, o którym zapomnieliście, Lussier wam go przypomni! W tej konwencji narracyjnej, co rusz kłania nam się szyderczo uśmiechnięty John Zorn.

Czwarta część stanowi ważny i niezbędny dla odbioru całości kontrapunkt. Słyszymy kontrabas, a po chwili nawet trzy jego pasma, które ciekawie improwizują, czasami starając się budować pewną strukturę rytmiczną. Kolejną część moglibyśmy nazwać strings in slow electronic motion. Delikatne frazy, niczym ścieżka dźwiękowa do nowoczesnego baletu. Można nucić nawet grzecznym dzieciom przed snem. W szóstej opowieści powraca posmak syntetyki, która oplata kolejne wątki gitarowe. Aura nabiera posmak godnego określania post-techno i ciekawie wybrzmiewa niemal dubowym echem. Płytę o tysiącu twarzy kończy krótka, niemal warsztatowa wprawka perkusyjna.

 


Tvuru  Tvuru (Ava Records, CD 2021)

Czas na Norwegię i całkiem nowe trio, przynajmniej, jeśli chodzi o naszą percepcję sceny europejskiej: Andreas Andersen – gitara i kompozycje, Henrik Sandstad Dalen – kontrabas oraz Ola Øverby – perkusja. Nagranie studyjne z maja 2019 roku (miejsce akcji nieznane) składa się z jedenastu części i trwa 37 minut z sekundami.

Młodzi Skandynawowie proponują nam dość nieskomplikowaną wycieczkę po obrzeżach open jazzu, który silnie korzysta z doświadczeń i metod pracy rocka, nie tylko z uwagi na pracę gitarzysty, ale także kontrabasisty i perkusisty, którzy koncertują się na budowaniu rytmu i trzymaniu narracji w ryzach zadekretowanej dyscypliny. Najwięcej swobodny ma tu gitarzysta, który często improwizuje, czasami płynie wielośladem o różnych poziomach intensywności, często ucieka w delikatną psychodelię, ale nie stroni też od delikatnych pasaży, podczas których jego instrument brzmi jak skrzypce, a nawet harfa. Tvuru to po prawdzie propozycja dla miłośników post-rocka, którzy oczekują czegoś więcej lub zmęczonych cięższymi odmianami jazzu fanów, którzy liczą na odrobinę zmysłowego chill-outu po wielkich porcjach mosiężnych improwizacji.

Każdy z utworów oparty jest na pewnym schemacie dramaturgicznym. Kontrabasista otwiera nagranie, rysuje coś na kształt struktury rytmiczno-melodycznej, a perkusista dobrze wspiera go w tym zacnym dziele. Gitarzysta wchodzi niejako na gotowe i buduje swobodną warstwę melodyczną, niepozbawioną znamion improwizacji. Płyty słucha się dobrze, choć pod jej koniec, który nie następuje przecież zbyt późno, możemy poczuć lekkie znużenie. Ciekawe momenty płyty, to utwór szósty, a zwłaszcza moment, gdy wszyscy muzycy puszczają wodze fantazji i improwizują, a także utwór siódmy, który bazuje na ciekawym, nieregularnym metrum. Wreszcie sam finał – rodzaj post-produkcyjnej zabawy w zniekształcone brzmienia, ledwie minuta z sekundami, trak nieoznaczony na okładce płyty, a być może wytyczający kierunek, w którym trio winno podążać w przyszłości.

 


Spirit Skinned  Spirit Skinned (Edelfaul Recordings, Kaseta/DL 2021)

Na zakończenie dzisiejszej zbiorówki prawdziwa wolta stylistyczna! Zapraszamy w berlińskie, undergroundowe zakamarki na ekspresyjny spektakl wybuchowej mieszanki post-electro, dub and experimental, trip-hop, a także post-techno! W roli wokalisty - Ben Ronen, a za niemal wszystkie dźwięki instrumentalne i elektroniczne odpowiada Ofer Tisser. W roli wisienek na torcie, w pojedynczych epizodach pojawia się także saksofon tenorowy (Shoham Manela) oraz skrzypce (Johana Ritmuller). Siedem intensywnych pigułek złych mocy trwa około 40 minut.

Zaczynamy w klimatach slowly drum’n’bass, z recytującym głosem, dubowym echem i zapachem zioła, jakie ulatnia się z każdego dźwięku. Post-reggea'owy groove dopełnia obrazu całości. W kolejnej części groove ma już posmak electro, ale wciąż leniwa narracja pcha nas w objęcia ducha trip-hopu, godnego najlepszych płyt Tricky’ego! Flow robi się nerwowy, a głos wokalisty wręcz desperacki. W trzeciej opowieści beat przyspiesza, narracja stawia na minimalizm, a w tle bulgoczą całe zwoje hałasu. Bystrym komentarzem na etapie wybrzmiewania zdaje się być ryczący saksofon. W kolejnej części, nim usłyszymy pijane skrzypce podłączone do prądu, słuchamy jeszcze zgrzytów i sprzężeń, które przypominają zdezelowaną gitarę elektryczną i ochłapy zniekształconego głosu. Nie dane nam jest jednak słuchać jakiejkolwiek warstwy rytmicznej.

Piątą opowieść kreuje zniekształcony, niemal plądrofoniczny, tryumfalnie powracający beat. Brudny flow znów zabiera nas do garderoby bristolskich mistrzów dziwnych dźwięków z połowy lat 90. ubiegłego stulecia. Szósta historia – dla odmiany - zdaje się dziać w warunkach … domowych. Suchy, niemal akustyczny beat i dźwięki otoczenia, w tym także przypadkowo napotkane instrumentu ulicy – akordeon i mandolina. Wreszcie prawie 11 minutowy finał tego niesamowitego tripu, budowany z mozołem, z drobnym elementów, które z czasem nabierają mocy. Nerwowa elektronika, beat godny klasyków berlińskiego post-techno z przywołanych chwilę wcześniej lat 90, ale całość stawia na pewną lekkość, chwilami przypomina leniwe downtempo, inkrustowane dubowym echem. Żonglerka gatunkowa zatem na całego, ale realizowana z dużym smakiem i pozostająca pod nieustającym wpływem mroków kulawej egzystencji. Pod koniec mamy wrażenie, że upiorny, mantryczny rytm budują głównie akustyczne przedmioty.

 

 

poniedziałek, 1 lipca 2019

Mathieu Bec! Michel Doneda! A Peripheral Time!



Zapraszamy na blisko 70 minutowy set naszej ukochanej swobodnej improwizacji, czynionej na akustycznych instrumentach z niewielką, ale bardzo stylową, porcją dźwięków z drugiej strony elektroakustycznych mocy - tu w postaci radiowych, bliżej nieokreślonych fonii elektronicznych.

W roli muzyka obsługującego skromny snare drum i tzw. obiekty - Mathieu Bec. Towarzyszy mu saksofonista sopranowy Michel Doneda, którego na tych łamach cenimy niezmiernie, choć po prawdzie niezbyt często sięgamy po jego nagrania. To właśnie francuski saksofonista będzie odpowiedzialny za dźwięki z radia. Płyta A Peripheral Time (FMR Records, CD 2019), nagrana w roku ubiegłym w obiekcie sakralnym, składa się z czterech części, a trwa 68 minut i 41 sekund.




W trakcie procesu otwarcia improwizacji towarzyszy nam szum perkusjonalii, zgiełk radiowej ciszy, która w dużym obiekcie sakralnym nabiera mocy z samego już faktu intensywnego oczekiwania na pierwszy dźwięk. Fonia z radia brzmi jak garść sampli, dzięki czemu delikatnie narusza równowagę elektroakustyczną przestrzeń kościoła. Saksofon sopranowy szybuje niczym ptak, bardzo wysoko, jakby muzyk grał na samym ustniku. Fauna i flora bardzo swobodnego tańca, wyzwolonej ze złych myśli improwizacji. Bogactwo fonii, częściowo generowanej przez źródła nieznanego pochodzenia. Szum z tuby, bukiet sonicznych nieoczywistości, także dźwięki, które śmiało moglibyśmy zaliczyć do kategorii plądrofonicznych (Doneda jest w tym mistrzem!), gdyż określenie preparacja dźwięku mówi stanowczo zbyt mało o procesie realizowanym przez saksofonistę. Narracja jest bardzo płynna, choć nie brakuje w niej pauz i drobin ciszy, które zdają się dodatkowo podkreślać doniosłość dźwięków, granych przez obu muzyków. Między 6 a 11 minutą są oni w stanie wygenerować fonię w bardzo intensywnym, hałaśliwym wymiarze, by tuż potem niezwykle zmysłowo wytłumić narrację, a następnie mozolne budować nową z mikroskopijnych porcji dźwięków. A na zakończenie pierwszej historii, znów wyważona porcja elektroakustyki i garść rezonujących turbulencji.

Otwarcie drugiej części ma miejsce niemal w samym środku odbiornika radiowego. Fonia skwierczy, obok odrobina perkusjonalnych polerek i obcierek. Po odpowiedniej rozgrzewce tuba saksofonu zmysłowo wchodzi w dialog, wciąż dostarczając mnóstwo tajemniczych i zaskakujących dźwięków. Symfonia małej sonorystyki nad gorejącym werblem, pieszczonym lubieżnymi szczoteczkami. Narracja znów kipi z emocji, dostarcza mnóstwo wzajemnych interakcji, szyta zdaje się być free jazzowym wręcz ściegiem. Całkowita dominacja akustyki dobrze robi tej części nagrania. Dopiero w 9 minucie radio subtelnie przypomina o swoim istnieniu, jakby inicjując proces delikatnego tłumienia formy, choć muzycy pozostają w fazie dramaturgicznego zwarcia. Całość kończy zdrowa kipiel, brawo!

Trzecia, najdłuższa opowieść (niemal pół godzinna) rodzi się w chmurze preparacji na werblu, z saksofonem szczekającym i wyczekującym na nowe rozdanie. Tuż potem muzycy idealnie wchodzą w stan ciszy i generują wyjątkowo filigranowe porcje dźwięków. Wszystko wydaje się tu być zwinne, czynione na temat, bez chwili dramaturgicznych wątpliwości. Bec zdaje się być dla permanentnie eksperymentującego Donedy partnerem idealnym – zarówno inspiruje saksofonistę, jak i czuwa nad przebiegiem całej improwizacji. Zachęca, stymuluje, ale i delikatnie kontroluje. Choć muzyka skrzy się emocjami, nie brakuje w niej chwil łapania oddechu i wciągania dużej porcji powietrza przez wilgotne nozdrza (choćby po 7 minucie). Po 11 minucie sytuacja sceniczna nabiera posmaku oniryzmu, a Bec tworzy małą plątaninę wyłącznie udanych dźwięków, używając do tego bliżej nieokreślonych obiektów. Z kolei 15-16 minuta, to faza, którą można określić stylową angielszczyzną, mianem drones & resonance on cymbals. Zuchwałość improwizatorów sięga szczytu, gdy w połowie 20 minuty decydują się na sporą porcję ciszy. Skrzypią krzesła, pot ścieka z czoła, ciepłe powietrze drga w tubie saksofonu, ptaki ćwierkają, werbel tańczy wokół własnej osi. Przed końcem tej epopei, muzycy znajdą jeszcze czas na drobną kipiel saksofonu i wybrzmiewanie w estetyce contemporary minimal.

Obiekty dygoczące na werblu wieszczą rozpoczęcie finalnej improwizacji. Sopran biegnie nostalgicznie wysokim wzgórzem, nie stroniąc od preparacji, tuż pod nim wije się niespokojne percussion. Zgoda na wspólne działania zapada dość szybko, choć sama narracja jest dość rwana, a emocjom towarzyszą także suche, tłumiące oddech ekspozycje. W 6 minucie Doneda znów rozkwita bukietem niezwykłych dźwięków. Bec, niczym mały dobosz, pięknie akcentuje szczególnie urokliwe momenty. W 8 minucie perły sonorystyki, tkane na tle zmysłowego ambientu perkusjonalii. Na ostatniej prostej garść ciepłego szumu z tuby. Brawo!


czwartek, 25 lutego 2016

John Russell – dekadowe resume jako skutek udanego incydentu koncertowego


Nie po raz pierwszy na tym blogu, zapewne też nie ostatni, inspiracją dla powstania kolejnej muzycznej opowieści jest wspomnienie wyjątkowego koncertu.

Jej bohaterem angielski gitarzysta John Russell, wytrwały wojownik na polu swobodnej improwizacji, który całkiem niedawno świętował 60 urodziny. Rocznica ta zresztą zaowocowała stosownym wieczorem w gronie przyjaciół w londyńskim Cafe Oto, który udokumentował na płycie Martin Davidson (John Russell With…, Emanem Records 2015). Ale nie to spotkanie koncertowe miałem na myśli rozpoczynając ten tekst.



W czerwcu ubiegłego roku na małej scenie warszawskiego Pardon, To Tu wystąpił kwartet wytrawnych improwizatorów – John Russell, Steve Beresford (z zawodu pianista, tu raczej w roli dekonstruktora przewidywalnej rzeczywistości akustycznej – najogólniej mówiąc: amplifikowane przedmioty różne), John Edwards na kontrabasie i po prawdzie inspirator całego zajścia, dużo młodszy od kolegów, norweski perkusjonalista Ståle Liavik Solberg (poznaliśmy go przy okazji VC/DC Gjerstada i Lonberga-Holma). Przez godzinę zegarową ich wspólnego występu działo się naprawdę wiele. Kompetentnym improwizacjom wyciszonego Russella i szalejącym na scenie Edwardsowi i Solbergowi (ten drugi co rusz zmuszał starszych kolegów do wzmożenia aktywności), towarzyszył rubaszny humor Beresforda, który wieloma dźwiękami generowany przez dziwne przedmioty (różnej proweniencji) puentował pomysły interlokutorów.

Koncert ów – dodam od razu, że smakowity po brzegi możliwości naszej zdewastowanej codziennością percepcji – był dla mnie przy okazji pierwszym spotkaniem z Johnem Russellem w konwencji na żywo. Muzyka tego cenię od lat i właśnie temu uczuciu chciałbym dać wyraz, przywołując w pamięci kilka udanych pozycji wydawniczych z jego udziałem, powstałych w ostatniej dekadzie lat. Z drugiej wszakże strony koncert pokazał, iż mój bohater nie jest najlepszego zdrowia, przez co, być może, nasze spotkanie warszawskie w przyszłości nie będzie miało swojego ciągu dalszego. Ale obym był złym prorokiem…



Grzebiąc w pamięci, te drobne resume dokonań Russella zacznijmy od… rejestracji spotkania w/w kwartetu w … St. Mary/s Old Church w listopadzie 2013r., która dotarła do nas dzięki płycie Will It Float? (Va Fongool, 2015), firmowanej czterema nazwiskami jej twórców. I tu swobodna improwizacja jest chlebem powszednim każdego z muzyków, a zadziornych dialogów i kolektywnych uniesień nie brakuje. Może jedynie Beresforda odnajdujemy w nieco mniejszym poczuciu humoru, wszak miejsce zdarzenia dużo poważniejsze niż skromne progi klubu w stolicy erpe. Nagranie dostępne jest zarówno w wersji winylowej, jak i CD (to drugie zawiera ponad 70 minut muzyki, zatem czarny krążek kupcie jedynie dla ładnej okładki).



Tuż obok Will It Float? na waszej półce z płytami wylądować powinien duet Russella z Solbergiem, nagrany pół roku wcześniej niż powyższe spotkanie sakralne w kwartecie, a wydany w roku 2014 przez Hispid pod krótkim tytułem No Step. Przyjemność z odsłuchu bardzo konkretna, acz niestety, podobnie jak tytuł, bardzo krótka, urywa się bowiem po 33 minutach...


Wszyscy wiemy doskonale, iż słuchanie muzyki improwizowanej wymaga pewnej dozy skupienia oraz warunków czasoprzestrzennych, które nie utrudniają odsłuchu i pozwalają docenić niuanse mikrodźwiękowych igraszek. Jest po prawdzie zajęciem generującym samotność i brak okazji na interpersonalne zaistnienie. Z tym większą zatem radością witam w moim domu płyty z muzyką improwizowaną, które śmiało można zapuścić w gronie niestowarzyszonej rodziny. Taką pozycją jest duet Russella z francuskim gitarzystą Pascalem Marzanem Translations (Emanem Records, 2011). Dwie gitary bez prądu uroczą dyskutują o swej wyższości akustycznej nad światem hałasu, na wskroś wypełnionym gitarowymi popisami rockowych szarpidrutów. Free improvisations w edycji relaksacyjnej? Bezwzględnie!


Jeśli chcecie sięgnąć po płyty Russella poczynione z Evanem Parkerem, odsyłam Was do przewodnika zawartego w drobnej monografii tego drugiego „W poszukiwaniu atrybutów wyjątkowości”, której kolejną już aktualizację umieściłem na tym blogu kilka dni temu. Śmiało też możecie zaryzykować i wrzucić w szpony waszych odtwarzaczy wspólne nagrania z innym weteranem brytyjskiej sceny free improv, genialnym perkusjonalistą Rogerem Turnerem (Birthdays i The Second Sky, Emanem 1996 i 2001). Z tymże Turnerem nasz gitarzysta zarejestrował także kilka spotkań w składzie trzyosobowym. Uwagę naszą, wobec powyższego, chciałbym skierować na wydawnictwo The Cigar That Talks (Editions Piednu, 2010), na którym dwójce wojowniczo nastawionych Angoli towarzyszy francuski mistrz improwizacji na saksofonie sopranowym – Michel Doneda. Ten ostatni to wyjątkowo ważna postać europejskiej muzyki improwizowanej. Muzyk ukształtowany artystycznie w dużej odległości od paradygmatów jazzowej improwizacji, przez co jego ujawnienia free improv noszą zazwyczaj znamiona niezwykłej oryginalności. Piękna płyta!



Szukając w ostatniej dekadzie innych udanych spotkań w formule trio, nie sposób nie zahaczyć uchem o wydawnictwo Birds (dEN, 2012), firmowane przez Matsa Gustafssona, Johna Russella i Raymonda Strida. To bodaj pierwsze spotkanie Gustafssona i Russella wydane na płycie. I choć między Panami nie ma wyjątkowej magii, a drobiny synergii są tu jedynie ornamentem, ja chłonę tę improwizację z dużą dozą satysfakcji (bo i Strid!). A że mogło być bardziej genialnie, sami muzycy wiedzą lepiej ode mnie. Uwaga: strona edytorska płyt z dEN, to zabawa z cyklu „znajdź, gdzie jest płyta” – od razu zalecam opakowanie zastępcze dla krążka.

Chcąc udanie zamknąć perspektywę ostatnich 10 la w życiu artystycznym Johna Russella, przywołam tu jeszcze znamienitą rejestrację z roku 2006 (choć jeden track ma datę ’04), upublicznioną światu przez niezrównany Emanem pod tytułem Analekta. Być może to krążek, od którego należałoby zacząć przygodę z muzyką Johna. Zawiera trzy duety – z saksofonistą Garry Toddem, przez lata zapomnianym, acz doskonałym improwizatorem, który pierwsze kroki na scenie free improv stawiał jeszcze w latach 70. (szukaj: Teatime, Incus 1975/ Emanem 2010; tamże również duet z Russellem), z trębaczem Henry Lowtherem (metrykalnie weteran wyższego stopnia), wreszcie z saksofonistką i perkusjonalistką w wieku młodszych córek Russella, o ile takie posiada – Chefą Alonso. Po blisko 50 minutach bardzo udanych konwersacji w parach, dostajemy na Analekcie godny finału deser – blisko pół godzinną improwizację Oktetu, zgrabnie łączącego gitarę, piano, dęciaki, głos ludzi, skrzypce i śmiałe pasaże konstruktywnej elektroniki (Beresford!).


Już naprawdę w ramach epilogu – w końcówce stycznia br. kolekcja nagrań z udziałem Johna Russella wzbogacona została o wyjątkowo atrakcyjny czteropak, dokumentujący edycję obwoźnego Festiwalu Mopomoso z roku 2013 (inicjatywa tych improwizatorskich spotkań jest po części udziałem Russella od wielu już lat). Rzecz nazwano Mopomoso Tour 2013 Making Rooms (Weekerloft, 2016) i zawiera  m.in. nagrania Russella w trio z Evanem Parkerem i Johnem Edwardsem (cały dysk pierwszy). Kolejne dyski to solowy występ pianisty Pata Thomasa, popisy tria smyczkowego (Benedict Taylor, Alison Blunt, David Leahy), a na koniec spotkanie klarnetu Alexa Warda z głosem Kay Grant. Na pewno muzyka warta jest każdego grzechu, zatem czym prędzej biegnę do sklepu, acz czy taki znajdę w tej części rzeczywistości non wirtualnej, to już opowieść na zupełnie inną okazję.