Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cosimo Fiaschi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cosimo Fiaschi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 lutego 2026

The February’ Round-up: Flora! Parallel Realities! Made of Bones! Studio of Electroacoustic Improvisation! Gallio! Fiaschi! Serries! Kołacki!


Dużo Portugalii, kilka dźwięków z kraju pozbawionego flagi, akcenty szwajcarskie, belgijskie i nasze krajowe. Trzy porcje jazzu zabarwionego rockiem i fussion, elektroakustyczne improwizacje, miniaturowe kompozycje z głosem, saksofonowe eksperymenty w duchu muzyki współczesnej, a na koniec smuga gitarowego ambientu i wielowymiarowej, niepokojącej elektroniki. To wszystko zapewnia lutowa zbiorówka recenzji, moment, na który na tych łamach czekamy szczególnie.

Zapraszamy do lektury, odsłuchu płyt i zakupów!

 


Marcelo dos Reis’ Flora Our Time (JACC Records, CD 2025)

Academia de Música CNM/ Estúdios Mó, marzec 2025: Luís Filipe Silva – perkusja, Miguel Falcão – kontrabas oraz Marcelo dos Reis – gitara, kompozycje. Pięć utworów, 52 minuty.

Trio Flora gościło jesienią w Polsce, zagrali kilka ognistych koncertów, które bardzo nam się podobały. Chwilę potem pojawiła się druga płyta formacji, która kontynuuje gitarowe eksploracje podparte dynamiczną sekcją rytmu. Jeśli pierwszy album Flory sytuował się w okolicach open jazzu, ten drugi zdaje się pełnymi garściami sięgać po estetykę i ekspresję rockową, jazz-rockową, nie stroniąc od wycieczek w kierunku fussion i wytrawnego power trio.

Album zawiera pięć rozbudowanych, przeważnie kilkunastominutowych ekspozycji. Swobodna gitara i ekspresyjny groove basu oraz perkusji bez trudu kreują narrację nasączoną dużą porcją improwizacji. Tempo jest zmienne, podobnie techniki fazowania, nie brakuje także przestrzeni na indywidualne prezentacje. Druga odsłona raczy nas rozbudowaną introdukcją opartą na brzmieniu kontrabasowego smyczka. Na etapie rozwinięcia trio wpada w półgalop, by ostatecznie skonać w chmurze krwistego rocka. Trzecią opowieść rozpoczyna sekcja rytmu, która nadaje jej wyjątkową dynamikę, a jej zwieńczenie śmiało sytuuje Florę w pozycji power trio. W czwartej części mamy gitarową balladę, która po fazie medytacji nabiera zniewalającego rozpędu. Wreszcie finał płyty, szyty bluesem i funkiem, z intrygującym, ambientowym interludium przypominającym solowe albumy gitarzysty. Repetytywne zakończenie znów opływa rockowymi atrybutami.

 


João Lencastre Parallel Realities II (Timbuktu Records, CD 2025)

Timbuktu Studio, Lizbona, czas nagrania nieoznaczony: João Lencastre - perkusja, elektroniczne instrumenty perkusyjne, Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian, Pedro Branco – gitara oraz João Hasselberg – bas, elektronika. Osiem utworów, w tym trzy kompozycje lidera, 45 minut.

Nagrania autorskie tego portugalskiego perkusisty (tak, jak i jego brata saksofonisty) śledzimy na bieżąco. Powrót kwintetu Parallel Realities, który tworzy śmietanka iberyjskich improwizatorów, to kolejna okazja do intrygujących przeżyć muzycznych. Ta jazzowa formacja bazuje na ogół na kompozycjach lidera, ale rośnie w jej dziele udział utworów określanych jako improwizacje. Cieszy nas to w dwójnasób.

Kameralne otwarcie szyte akustyką, ale delikatnie barwione elektroniką, szybko przepoczwarza się tu w open jazzową narrację z dużą dawką melodii, drobnym spiętrzeniem i soczystą puentą z posmakiem fussion. Artyści w kolejnych utworach zarówno zaglądają w mroczne zakamarki, snują tajemnicze intrygi, jak i na pełnej swobodzie taplają się w oceanie post-jazzu. Szczególnie udana jest najdłuższa, trzecia ekspozycja, która rodzi się w potoku nisko osadzonych, preparowanych fraz, potem siłą jazzowych argumentów wyłania się z mgły i snuje smakowite improwizacje, w których najbardziej intryguje saksofon tenorowy brzmiący niczym potężny baryton. Podobne klimaty zdaje się prezentować utwór siódmy, z kolei w piątym nie brakuje elementów niemal klasycznie uformowanej kameralistyki. Album wieńczy miniatura osadzona na ciekawym groove i efektownie zakończona.

 


Made of Bones with José Lencastre Jardim Botânico (Whatever Profound, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieoznaczone: Duarte Fonseca – perkusja, João Clemente – gitara elektryczna, José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Nuno Santos Dias - waldorf zarenbourg. Trzynaście utworów, 60 minut.

Słowo się rzekło, sięgamy po nagranie Lencastre’a saksofonisty - tym razem w roli gościa na najnowszym albumie formacji Made of Bones. Pozostajemy w klimatach open jazzowych, ale zdecydowanie zagłębimy się w soczystym fussion, niekiedy silnie psychodelicznym, budowanym nade wszystko gitarą z prądem i instrumentem klawiszowym zwanym waldorf zarenbourg. Mimo, iż albumowe track list pokazuje aż trzynaście odcinków, album ulepiony jest ledwie z czterech, pięciu rozbudowanych utworów. W stadium dynamicznym ocieka kwasem i emanuje jakością, we fragmentach bardziej balladowych zdaje się być odrobinę przegadany. Być może zredukowany do trzech kwadransów kąsałby na każdym kroku.

W trakcie godzinnej ekspozycji poziom ekspresji konsekwentnie faluje. Muzycy chętnie spinają pośladki i cedzą nasączone emocjami frazy, po czym z równą swobodą delektują się powolnością i pozorną relaksacyjnością. Saksofon broni tu barw jazzowych, ale potrafi też zadąć i wywrzeszczeć swój free jazz. Anonsowana psychodelia, w połączeniu z odpowiednim poziomem niemal rockowej dynamiki, szczególnie smakuje w utworze piątym, a chwilę potem w szóstym zostaje ubarwiona iście funkową motoryką. W siódmej części intryguje duet elektrycznego piana i perkusji, a w ósmym pasmo deep ambientu z wysoko posadowionym krzykiem saksofonu. Album zostaje efektownie spuentowany trzynastym odcinkiem. Kolektywny, ekspresyjny jazz-rock raduje nas tu do ostatniej sekundy.

 


Studio of Electroacoustic Improvisation Metal Boxes/ Amplifire (Extra Notes, DL 2025)

Radio House, Spb, grudzień 2022 (pierwsza część, studio), F5, listopad 2021 (druga część, koncert): Andrey Popovskiy - metal boxes (1), gitara elektryczna, efekty (2), Vitaliy Ovchinnikov - metal boxes (1), gitara elektryczna, efekty, Vladimir Luchansky - metal boxes (1), Salavat Safiullin - metal boxes (1), Alexander Markvart - gitara elektryczna, efekty (2),Boris Shershenkov - gitara elektryczna, efekty (2). Dwie improwizacje, 39 minut.

Jeśli lubimy zgiełkliwy post-industrial, choćby w klimatach wczesnych nagrań legendarnego AMM, to propozycja płytowa Studio of Electroacoustic Improvisation zdaje się być skrojona specjalnie dla nas. Gitary elektryczne, metalowe skrzynki z przetwornikami i elektroakustyczne efekty kreują tu urokliwy hałas – pierwszy set pozornie uporządkowany, zrodzony w okolicznościach studyjnych, drugi efektownie chaotyczny, niemal field recordingowy, będący zapisem koncertu. Nie bez przyczyny ten album stał się jednym z 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025.

Syczące amplifikatory, zgrzyty, małe sprzężenia gitar i post-elektroniczne plamy lepią się w siarczysty dron, który skutecznie wypełnia czasoprzestrzeń pierwszej improwizacji. Całość pulsuje, wydaje się mroczna, okazjonalnie niczym wielka maszyneria przemysłowa nabiera podskórnego rytmu, bywa, że przeistacza się we flautę brudnych dźwięków. O ile część studyjna okazuje się dość masywna, definitywnie industrialna, o tyle część koncertowa, choć tworzona niekiedy z przypadkowych zdarzeń fonicznych, wydaje się lżejsza, bardziej stonowana. Dużo w niej dźwięków, które sprawiają wrażenie, jakby nie były efektem działań artystów – jesteśmy w małym zakładzie produkcyjnym, słuchamy kroków i niemych rozmów zmęczonych robotników. To jakby aura zanikającego hałasu po punkowym koncercie. Finał jest jednak bardziej dotkliwy – kończymy w rzeźni, zasłuchani w harsh elektronikę.

 


Christoph Gallio, Gertrude Stein Stone Is A Rose Is A Stone Is A Stone, Yet Dish (Hat Hut Records ezz-thetics, CD 2025)

Hardstudios, Winterthur, maj 2022: Sonia Loenne – głos, Christoph Gallio – saksofon sopranowy i altowy, kompozycje, Vito Cadonau – kontrabas, Flo Hufschmid – perkusja, instrumenty perkusyjne, Gertrude Stein - słowa. Sześćdziesiąt dziewięć utworów, 36 minut.

Sytuacja dramaturgiczna na tym albumie jest nietypowa. Centralne miejsce zajmuje tu minimalistyczna poezja Gertrudy Stein, rodzaj gry w skojarzenia przy użyciu ledwie kilku słów. Za warstwę muzyczną odpowiada post-jazzowy kwartet, który ilustruje warstwę werbalną – śpiewem i dźwiękiem. Formę narzuca poezja, zatem album zawiera wyłącznie miniatury, które trwają od siedmiu sekund do minuty i kilkudziesięciu sekund (owa minuta jest przekraczana ledwie w czterech przypadkach). Narracja jest zatem rwana, podporządkowana dramaturgii poezji.

Poezja Stein jest każdorazowo śpiewana, uzupełniana wyartykułowaniem kolejnego numeru utworu, z rzadka barwiona czymś więcej niż swingującą melodią. Akompaniament jazzowego tria bywa na ogół dynamiczny, jest precyzyjnie zadekretowany, a przestrzeń na ewentualne improwizacje minimalna lub nie ma jej wcale. Saksofon altowy Gallio wyrusza na free jazzową przebieżkę bodaj dwukrotnie, ledwie na kilkanaście sekund. Swoje dokłada smyczek i rezonujący talerz, ale to także krótkie incydenty. Płyta jest niezbyt długa, ale potrafi być nużąca. Brakuje emocji (jakże daleko tu do ekspresji kilkusekundowych miniatur Naked City Johna Zorna), suspensu, próby rozbudowania muzycznej wypowiedzi. Pozostaje warstwa werbalna – wydaje się, że nieco ciekawsza, niż ta dźwiękowa.

 


Cosim Fiaschi unveil / unfold (Insub, CD 2025)

Nagrane w czerwcu 2025, w miejscu nieoznaczonym: Cosimo Fiaschi – saksofon sopranowy. Dwa utwory, 27 minut.

Jeśli sięgamy po nagrania szwajcarskiego labelu Insub, to znak, że wkraczamy w nieskończoną otchłań intrygującej, eksperymentalnej muzyki współczesnej. Tym razem dwie kompozycje na saksofon sopranowy. Narracja jest w pełni akustyczna, skoncentrowana na unikalnych metodach frazowania i … oddychania.

Pierwsza odsłona albumu, to dęty dron zbudowany z szumu i rezonansu. Narracja ma kilka warstw, jest definitywnie multifoniczna, a tajemnicą pozostaje sposób, w jaki muzyk w czasie rzeczywistym jest zdolny budować tego typu narrację. Obok strumienia dźwięków dobywanych z instrumentu słyszymy także oddech artysty. Ta drżąca pulsacja w połowie ekspozycji napotyka ciszę, po czym bez trudu odradza się i brnie dalej w bezkres opowiadania. Z czasem pojawiają się strzępy melodii, narracja ma też drobną kulminację. Drugi utwór jest bardziej minimalistyczny, to rodzaj dętego dialogu z ciszą. To kropla wody, która zdaje się drążyć skałę. Po pewnym czasie opowieść przepoczwarza się w rodzaj gasnącej medytacji.

  


Dirk Serries Zonal Disturbances III (Zoharum, CDS 2025)

Studio domowe, październik 2024: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Cztery utwory, 64 minuty.

Dirk Serries od lat prowadzi dwubiegunowe życie artystyczne - z jednej strony swobodnie improwizuje, na ogół na gitarze akustycznej, z drugiej kleci niekończące się dark ambientowe opowieści na gitarze elektrycznej. W tej drugiej dziedzinie zdawało się, że powiedział już wszystko, gdy niespodziewanie kilkanaście miesięcy temu powziął projekt, który nazwał Zonal Disturbances. Po części pierwszej (edytowanej tylko w digitalu), dwie kolejne ukazały się już na kompaktowych dyskach za pośrednictwem krajowego wydawcy. Album drugi całkowicie słusznie uznaliśmy na jeden z 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. Teraz sięgamy po trzeci epizod nowej serii.

Znów tylko gitara elektryczna i przetworniki, ale efekt finalny zdaje się być inny niż dotychczas. Nagranie, to bowiem gęstą masą gitarowego wyziewu – brudne, sfuzzowane frazy, soczyste sprzężenia i mnóstwo niespodzianek, które czają się na każdym zakręcie długich, kilkunastominutowych opowieści. Ta historia nie przestaje mieć formy dark ambientu, ale staje się być może czymś, co winniśmy określić mianem dark industrial. Obrazuje to szczególnie pierwsza odsłona, która jest gruboziarnistym dronem, chropowatym, brzmiącym bardzo syntetycznie, przypominającym niekiedy estetykę laptopowego Endless Summer Fennesza sprzed ponad dwóch dekad. W kolejnej opowieści muzyk do szorstkiej, ambientowej bazy dodaje zgrzyty, drobne elektroniczne usterki, a całość zdaje się być medytacją umierającego gruźlika. Trzecią część buduje brzmieniowa dychotomia – plaster gęstego, gitarowego fuzza w opozycji do plamy soczystego ambientu. Wreszcie finałowa ekspozycja – tu ambient zostaje doposażony w gitarowy przester, który z czasem nabiera tajemniczej melodyki, przypomina śpiew przez zaciśnięte zęby, kojący szmer.

 


Rafał Kołacki Echo Grało (Antenna Non Grata, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieoznaczone: Rafał Kołacki – kompozycja, wszystkie dźwięki. Jeden utwór, 58 minut.

Albumowe credits nie zawiera spisu instrumentarium, ale śmiało możemy powiedzieć, iż Kołacki w zasadzie nie sięga tu po akustyczne rozwiązania. Buduje wielowątkową, syntetyczną opowieść, którą dramaturgicznie gmatwa łącząc wszystko w jeden, prawie godzinny strumień narracji.

Początek jest mroczny, nieco oniryczny, tylko incydentalnie masywny. Śmiało mógłby stanowić soundtrack do filmowej opowieści o losach lovecraftowego Cthulhu. Dużo ciekawego dzieje się tu w tle – słyszymy ludzkie głosy, bijące dzwony, trochę tajemniczego field recordingu. Po pewnym czasie w tyglu zdarzeń pojawia się element rytmu – rodzaj czerstwego, połamanego drum’n’bass. Kolejne fazy opowieści moglibyśmy określić mianem ambientu z basowymi stemplami i … płaczem dziecka, a nawet harsh electronics. Jeszcze przed trzydziestą minutą w grze pojawia się także cisza, która buduje dramaturgię przez kilka kolejnych chwil. Najciekawiej zdaje się prezentować ostatnie 15-20 minut nagrania, gdy Kołacki buduje swoistą post-ambientową flautę, rodzaj niekojącej medytacji, której kierunek jest trudny do wskazania. Na etapie finalizacji opowieść zaczyna pulsować, jest niespokojna, jakby świadoma tego, że stawia pytania, na które nie udziela odpowiedzi.

 

 

 

piątek, 20 maja 2022

What’s new in the Evil Rabbit? Le Jardin Sonore & Tone Sequence Evaluators!


Holendersko-niemiecki label Evil Rabbit, prowadzony przez kontrabasistę Meinrada Kneera, lubi zaskakiwać. Czyni to zarówno w wymiarze estetycznym i gatunkowym, jak i personalnym. Każde nowe wydawnictwo przynosi szereg otwartych pytań, zachęca do poznawania nowego i zaprasza do zapamiętywania kolejnych nazwisk na europejskiej scenie muzyki improwizowanej.

Nie inaczej dzieje się w przypadku dwóch najnowszych realizacji Złego Królika. Na pierwszej z nich włoski kwartet Sonoria improwizuje w sposób dalece niebanalny, czasami przypominając bezmiarem swojej tajemniczości brytyjski AMM, ale też stawia pytania o granice gatunkowe i sposób predefiniowania improwizacji. Z kolei grecki duet Floridis/ Dimitriadis nie tylko koncentruje się na samym procesie improwizacji, ale też podejmuje karkołomne zadanie pożenienia akustycznych dźwięków ze sporą porcją elektroniki, co jak dowodzi historia gatunku, bywa sprawą niezwykle skomplikowaną. Dodajmy, by sytuację jeszcze bardziej zagmatwać, iż artyści na obu krążkach twierdzą, iż grają muzykę … skomponowaną.

 


Le Jardin Sonore

Naszą dzisiejszą opowieść zaczynamy od włoskiego kwartetu na saksofon sopranowy, fortepian, gitarę elektryczną i perkusję, wspartą odrobiną elektroniki.

Na starcie intensywnie wytężamy słuch, bo pierwsze frazy zdają się być wyjątkowo delikatne, dodatkowo podawane wprost z gęstej ciszy. Rezonujące powierzchnie płaskie oraz akustyczny ambient gitary formują się w małe strumienie wzdychających dźwięków. Narracja wydaje się toczyć wedle zapisów scenariusza, ale efektowne brzmienie dużo tu rekompensuje. Recenzent dość szybko odnajduje dla tej porcji fonii szyld w języku szekspirowskim – new chamber directed impro! Początek drugiej części pachnie syntetycznie, być może to efekt połączenia drobnej elektroniki i siły oddziaływania gitarowych pick-upów. Powtarzane frazy i rytualne pętle sycą narrację tajemniczym spokojem - minimalistyczne piano, delikatne pomruki saksofonu i nerwowe deep drums, które budują tu szczególną jakość. Skupiona opowieść zdobiona jest także incydentami gitary, która płynie brudnym strumieniem kojarzącym się z preparacjami Keitha Rowe’a. Intryga tej części albumu wciąga niczym klasyczne filmy noir.

Włoska opowieść powoli wchodzi w stadium dla niej najciekawsze. Trzecia część budzi się w mroku elektroakustycznych zagadek. Dźwięki akustyczne szeleszczą, a tło wypełnia ambient płynący zapewne wprost z gitary. Muzycy generują tysiące mikrofraz, przypominających egzystencjalne rozterki, które nie proszą się o szybkie odpowiedzi. Na barkach muzyków zdaje się teraz spoczywać medytacyjny sznyt, godny estetyki AMM, pełen skupienia i dramaturgicznej powolności. Całość ma swój wewnętrzny rytm, kierunek działania, a także pieczołowitość i otwartość swobodnej improwizacji, wytrzymującej porównania z najlepszymi gatunkowymi konotacjami. Frazy akustyczne mają tu formę pytań, na które odpowiadać stara się wyważona emocjonalnie elektronika. Czwarta, najdłuższa opowieść, podkreśla atrybuty jakości, jakie muzycy osiągnęli w poprzedniej części. Zwarta, kolektywna opowieść, która nabiera pewnej post-jazzowej ornamentyki, ale pozostaje swoista, nerwowa, typowa dla tych artystów. Aktywna perkusja, czujny saksofon, repetytywne piano i zmysłowe, ambientowe tło gitary. Narracja w pewnym momencie delikatnie się łamie, sięga po psycho-jazzowe grepsy, ale szybko znajduje nowy kierunek podroży, tym razem głęboko zanurzony w ciszy. Muzycy szukają echa, zmyślnie kreując dysonans ciepłej akustyki i post-gitarowych strumieni chłodu.

Piąta część kontynuuje owe filigranowe, ledwie słyszalne gołym uchem frazy. Tu lepią się one w dość zwartą narrację głównie dzięki percussion. Pięknie pęcznieją zaś za sprawą gitary. Powolna nerwowość prowadzi muzyków na drobne wzniesienie. Całość pogrąża się w mroku, a życie zdaje się tlić jedynie w ciepłych fraz fortepianowych klawiszy i oddechu wystudzonej tuby saksofonu. Końcowa opowieść grana jest na wdechu, bazuje na repetycji piana, szklistej powłoce gitarowych fraz i głębokich uderzeniach w perkusyjne akcesoria. Zawieszony w próżni, metafizyczny, post-kameralny jazz systematycznie narasta, ale nie osiąga kulminacji. Stawia znaki zapytania, ale nie pozwala na odnalezienie odpowiedzi.

 


Tone Sequence Evaluators

Grecki duet sięga po akustyczne frazy instrumentów dętych (reeds) i perkusji, oplatając je elektronicznymi rozwinięciami, uzupełnieniami i deformacjami.

Album otwiera perkusja, wraz z pierwszym uderzeniem ciągnąca za sobą blask elektroniki, która w początkowej fazie improwizacji przypomina dymną poświatę na rockowym koncercie. Narracyjny efekt uzupełnia tu wytłumiony klarnet, który także uczestniczy w kreowaniu lekkiej, zwinnej dynamiki. Muzykom towarzyszy rezonująca poświata elektroakustyki, która chwilami potrafi intrygująco zagęścić się nad głowami artystów. A ponieważ wszystko tu dobrze ze sobą trybi, pierwsza improwizacja kończy się wartkim, jednorodnym strumieniem żywych i syntetycznych dźwięków. W drugiej części muzycy zdejmują nogę z gazu i uroczo trwonią czas w mrocznych, zarówno żywych, jak i elektronicznych frazach. Z czasem nabierają jednak pewnej dynamiki i zdają się kolektywnie poszukiwać wspólnej struktury rytmicznej. Gasną w onirycznej powłoce dźwięków dalece post-akustycznych.

Trzecią część otwiera samotny perkusista. Do bystrego drummingu lepi warstwę elektroniki, która momentami brzmi niczym syntezator. Gdy narracja jest już w pełni uformowana, do gry wchodzi smukły klarnet i efektownie tańczy w chmurze elektroniki. Na zakończenie tej części mamy wrażenie, iż dęciakiem w tej rozgrywce był klarnet basowy. Kolejna improwizacja stawia na zagadki. Najpierw mamy wrażenie, że słyszymy głos Beduina, który mantruje za grubą ścianą. Elektronika pachnie tu bardzo analogowo, z kolei prychający dęciak sprawia wrażenie dość przypadkowego. Znów pojawia się brzmienie syntezatora, który syci opowieść delikatnym blaskiem fussion. Muzycy w tym tyglu zdarzeń odnajdują bystrą strukturę rytmiczną i finalnie osiągają wręcz post-rockową dynamikę. I znów mamy wrażenie, że Floridis żongluje instrumentami w trakcie tej samej improwizacji!

Przedostatnia improwizacja w swej fazie prenatalnej skupia się na dźwiękach preparowanych. Gwizdy, polerowanie powierzchni płaskich i głębokie drums z elektronicznymi ornamentami. W tle szkli się ambient, a rytm rodzi się jakby za żelazną kurtyną. Narrację rysuje tu chyba saksofon, który dobrze czuje się w zaordynowanej fakturze rytmicznej. Znów słyszymy brzmienie syntezatora lub czegoś, co go przypomina. W każdym razie festiwal fake sounds trwa tu nieprzerwanie, czyniąc ów fragment jednym z ciekawszych momentów całego albumu. Szósta, finałowa improwizacja wcale nie ma zamiaru tłumić emocji. Wręcz przeciwnie, od startu drumming podparty elektroniką robi tu swoje, pozostawiając dużo przestrzeni dla dęciaka (saksofonu?). Emocje też rosną, dzięki czemu żegnamy się z elektroakustycznym, greckim duetem w poczuciu dobrze wykonanej roboty.

 

Sonoria Le Jardin Sonore (CD 2022). Cosimo Fiaschi – saksofon sopranowy, Alessandro Giachero – fortepian, także preparowany, Emanuele Guadagno – gitara elektryczna oraz Nicholas Remondino – perkusja, elektronika. Nagrane w trakcie Pisa Jazz, Theatre Sant’Andrea, Pisa, Włochy, kwiecień 2019. Sześć improwizacji, 52:42.

Floros Floridis & Yorgos Dimitriadis Tone Sequence Evaluators (CD 2022). Floros Floridis – instrumenty dęte i elektronika oraz Yorgos Dimitriadis – instrumenty perkusyjne i elektronika. Nagrane w Royal Alzheimer Hall, Thessaloniki, Grecja, październik 2021. Sześć improwizacji, 48:46.