Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harri Sjöström. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harri Sjöström. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 lipca 2025

Fundacja Słuchaj! The post-cards from last two years: Flight Mode! Truth Seeker! What Else is There? Scratching Fork II !


Dziś prezentacja czterech albumów wydanych przez krajową Fundację Słuchaj! (zwaną także FSR Records) w trakcie minionych dwóch lat, których recenzje zostały poczynione przez Pana Redaktora, a następnie opublikowane na zacnym portalu Jazzarium.pl. Zatem rodzaj wakacyjnego reprintu, który kontynuowany będzie na naszych łamach także na przełomie lipca i sierpnia. So, welcome!




Tony Buck, John Edwards, Elisabeth Harnik & Harri Sjöström Flight Mode. Live in Berlin 2023 (FSR Records, CD 2024). Tony Buck – perkusja, instrumenty perkusyjne, John Edwards – kontrabas, Elisabeth Harnik – fortepian oraz Harri Sjöström – saksofon soprano & sopranino. Nagrane w Panda Platforma, Berlin, luty 2023. Cztery improwizacje, 63 minuty.

Freejazzowa improwizacja żyje z intrygujących konstelacji personalnych, jej bogata historia pełna jest formacji, które śmiało zasługują na miano super-grupy, nawet wtedy, gdy muzycy spotykają się ze sobą po raz pierwszy i być może ostatni. Ale jeśli z tego pierwszego spotkania powstaje płyta, szansa, iż artyści zewrą szyki ponownie rośnie niepomiernie.

Fiński saksofonista, weteran nie jednej improwizowanej wojny, wielki kreator i muzyk, który potrafi lepić cuda w każdej sytuacji scenicznej, kompulsywna austriacka pianistka, która kocha free jazz i jest gotowa dla niego poświęcić wszystko, brytyjski kontrabasista, prawdziwy kameleon, artysta niosący wartość dodaną każdym swym dźwiękiem, wreszcie australijski drummer, muzyk, który nie daje się zapisać do żadnej szkoły, ani wepchnąć do jakiejkolwiek szuflady gatunkowej – oto materia i duch, z których zbudowano kwartet Flight Mode. Nie mogło się nie udać!

Koncert zarejestrowany w ubiegłym roku w Berlinie składa się z czterech epizodów (każdy zwieńczony oklaskami), które układają się w dwa sety. Ten pierwszy, to ponad dwadzieścia pięć minut części głównej i drobny encore, ten drugi, to dwie rozbudowane, kilkunastominutowe opowieści. Muzycy startują do lotu kolektywnie, w duchu żywego, dobrze unerwionego post-jazzu. Buck od pierwszej sekundy konstruuje na poły dynamiczny szyk perkusyjny, a typowa dla niego obsesja ciągłego rytmu zdaje się sprzyjać dramaturgii spektaklu. Saksofon Sjöströma, choć ulotny w brzmieniu, raz za razem dodaje narracji nowe zastrzyki ekspresji. Harnik w piewszej odsłonie pracuje niemal wyłącznie na klawiaturze, a ogień jej fraz syci improwizację na cyklu ciągłym. Wreszcie Edwards - w gemie otwarcia koncentruje się na freejazzowym pizzicato. Wielominutowa narracja faluje tu niczym wzburzony ocean. Pierwsze efektowne wzniesienie muzycy mają za sobą już po pięciu minutach. Drugi dynamiczny lot Buck inicjuje po minucie dwunastej. W tak zwanym międzyczasie artyści serwują nam kilka post-balladowych interwałów, w trakcie których znajdują przestrzeń dla indywidualnych preparacji. Zakończenie tej części koncertu, które początkowo lepi się z nostalgicznych, post-kameralnych westchnień, okazuje się być pełnokrwistym wzniesieniem. Druga improwizacja, rodzaj dogrywki do seta pierwszego, pełna jest nerwowych, rozedrganych fraz. Edwards płynie swoim najpiękniejszym arco & pizzicato, reszta sukcesywnie dokłada do ognia.

Trzecią historię inicjuje solowy saksofon. W tle Buck i Edwards preparują, dokładnie to samo czyni Harnik. Narracja dość szybko łapie wiatr w żagle, ale nie gna na złamanie karku. Stylowy, kompaktowy drumming rysuje teraz intrygujące tło, na którym rozgrywa się kilka ekspozycji solowych, w tym nade wszystko krótki show kontrabasisty. Improwizacja nabiera rumieńców bez partycypacji saksofonisty. Gdy ten dołącza tempo rośnie do rozmiarów jeszcze tego dnia niespotykanych. Po kilku okrzykach opowieść uroczo się wystudza, a na gryfie kontrabasu pojawia się na dłuższą chwilę smyczek. Płynie bardzo nisko, ale niespodziewanie wynosi kwartet na kolejny szczyt! Buck, żywe srebro, nie daje nikomu przysnąć choćby na ułamek sekundy! Zakończenie utworu nie przestaje kąsać ekspresją, choć frazy Harnik płyną definitywnie nostalgicznym strumieniem.

Ostatnia improwizacja wydaje się być najspokojniejszym odcinkiem berlińskiego szaleństwa. Na starcie arco & pizzicato Edwardsa i słodka melodyka Sjöströma. Buck pracuje na perkusjonalnych świecidełkach, Harnik czyści dno pudła rezonansowego. Ale ta zmysłowa introdukcja szyta jest podskórnym rytmem! Zupełnie by the way kontrabas wchodzi strefę mroku, pięknie zdobioną perkusyjnymi szczoteczkami. Po chwili roztargniony saksofon śpiewa razem ze smyczkiem. Flight Mode nie byliby sobą (zwłaszcza drummer!), gdyby ostatniej fazy koncertu nie podkreślili czymś odrobinę bardziej dynamicznym. Opowieść nabiera tempa, ale zdaje się toczyć na delikatnie zaciągniętym ręcznym. Hamowanie odbywa się zatem bez pisku opon, wprost w burzę rzęsistych oklasków.



 

Ivo Perelman/ Mark Helias/ Tom Rainey Truth Seeker (FSR Records, CD 2024). Ivo Perelman – saksofon tenorowy, Mark Helias – kontrabas oraz Tom Rainey – perkusja. Nagrane w Parkwest Studios, Nowy Jork, grudzień 2022. Siedem improwizacji, 67 minut.

Najbardziej płodny i pracowity muzyk improwizowanego wszechświata nie ustaje! Saksofonista Ivo Perelman, nowojorski Brazylijczyk, tym razem zaprasza na spotkanie w jazzowym trio, do którego zaprosił znamienitych gości, prawdziwych mistrzów gatunku – kontrabasistę Marka Heliasa i perkusistę Toma Raineya.

Siedem improwizacji, które trwają od ośmiu do jedenastu minut, niesie moc wrażeń i całe mnóstwo intrygujących, dramaturgicznych komplikacji, które są na wprost pokłosiem niebanalnej, niekiedy zaskakującej rytmiki, szytej trudnymi do przeliczenia metrami, jaką proponuje nam przez niemal siedemdziesiąt minut Tom Rainey. A to oczywiście nie jedyny atrybut jakości nagrania tytułowych Poszukiwaczy Prawdy.

Każda z improwizacji ma zgrabną introdukcję, realizowaną zarówno kolektywnie, jak i indywidualnie, bystre rozwinięcie, gdy ekspozycja na ogół osiąga całkiem dynamiczne parametry i sprytną kodę, której ciężar najczęściej spoczywa na barkach saksofonisty. Pierwsza opowieść zdaje się być swobodnym post-jazzem granym w żwawym, ale spacerowym tempie. Rozkołysana melodyka saksofonu niesiona tu jest przez energetyczny kontrabas i perkusję, która co rusz wypuszcza w bój strugę narracji w niebanalnym metrum. Na etapie spowolnienia odnotowujemy pierwsze solo, w tym wypadku kontrabasisty. Druga opowieść w fazie początkowej jest intrygującą post-balladą z preparowanymi inkrustacjami, w fazie zaś zaawansowanej zwinną, kocia galopadą z wysoko podwieszonym śpiewem saksofonu.

Trzecią odsłonę inicjuje energiczna akcja sekcji rytmu, do której klei się wyjątkowo melodyjna partia dęta. W dalszej części do gry wchodzi smyczek i wdaje się w melodyjne dyskusje z dęciakiem. Drummer tradycyjnie robi tu swoje, oplata wszystko gęstymi mackami włochatego pająka. W utworze kolejnym znów mamy do czynienia ze wspólnym strumieniem melodii kreowanej przez smyczek i saksofon. Tu flow zdaje się być cokolwiek post-barokowy, choć szyty intrygująco zabrudzonym tembrem. Potem pojawia się rytm - znów jest fikuśny, stymulujący wszystkich do wzmożonej kreatywności i wpychający improwizację w objęcia soczystego free jazzu. Piątą improwizację otwiera z kolei perkusista, ale całość nie wychyla się poza ramy dobrze skonstruowanej post-ballady. W fazie rozwinięcia tempo oczywiście rośnie.

Szósta odsłona bazuje na dźwiękach preparowanych, melodyjnym smyczku i dużej wstrzemięźliwości perkusisty. Bywa, że ten ostatni nawet milczy. Finał tej części albumu znów skrzy się dobrą dynamiką w ciekawym metrum. Końcowa opowieść albumu szyta jest wyjątkowo delikatnym ściegiem. Melodia snuje się tu od tuby saksofonu do smyczka na gryfie kontrabasu, a doboszowy rytm perkusji buduje pewien urokliwy dysonans. Po krótkim spowolnieniu opowieść nabiera zgrabnej taneczności i udanie reasumuje owo nowojorskie spotkanie improwizatorów.

 




Karl Evangelista with Tatsu Aoki, Alexander Hawkins & Michael Zerang What Else is There? (Fundacja Słuchaj!, CD 2023). Karl Evangelista – gitara, Alexander Hawkins – fortepian, Tatsu Aoki – kontrabas oraz Michael Zerang – perkusja. Nagrane w FAB Recording Studio, Chicago, grudzień 2021. Siedem utworów, 56:25.

What Else is There?, to fonograficzna dokumentacja spotkania międzynarodowego, wielopokoleniowego kwartetu, który uformował się w pewnym chicagowskim studiu nagraniowym prawie dwa lata temu. Pretendujący tu do miana lidera, gitarzysta Karl Evangelista przygotował na jego okoliczność trzy kompozycje własne, wyposażone w zgrabny, rytmiczny temat, który każdorazowo stanowi zaczyn do bystrych, chwilami bardzo swobodnych improwizacji, zarówno solowych, jak i kolektywnych. Pozostałe cztery utwory, to opowieści podpisane przez wszystkich muzyków, możemy zatem domniemywać, iż noszą znamiona improwizacji, być może odrobinę predefiniowanych. I to właśnie w ich trakcie dzieje się tu najwięcej dobrego, co znajduje swoją kulminację podczas dwóch ostatnich utworów, definitywnie najciekawszych momentów płyty.

Album otwiera temat wytyczający szlak narracji tanecznym, zrytmizowanym krokiem. Pierwszy w otchłań całkiem ekspresyjnej solówki idzie pianista, potem tą samą drogą podąża gitarzysta, który nadaje swojej ekspozycji delikatny posmak rocka. Muzycy uwolnieni od jarzma notyfikacji chętnie uciekają w emocje godne free jazzu. Kolejne dwa utwory, to improwizacje. Pierwszą otwiera gitarzysta, który wchodzi w dialog z perkusistą. Opowieść nabiera wiatru w żagle, wydaje się być dość żywiołowa, niesiona falami lekko wzburzonego morza. Tu znów finalizacja pachnie free jazzem, ale tym razem mocno kontrolowanym. Trzecia opowieść budowana jest bardzo skrupulatnie, minimalistycznie i delikatnie. Formuje się w kształtną balladę, która z czasem zyskuje na dynamice.

Czwarta i piąta odsłona albumu, to dwie kolejne kompozycje gitarzysty. Obie rytmiczne, silnie nasączone jazzowymi synkopami, zgrabnymi improwizacjami i dobrą melodyką. W trakcie pierwszej z nich swoje jedyne, krótkie solo prezentuje kontrabasista. Z kolei druga znaczona jest bluesową estetyką i wydaje się być skrojona dla mniej wymagającego odbiorcy. Kolejne porcje dobrze skomunikowanych improwizacji proponują tu gitarzysta i pianista. Ten pierwszy zdaje się płynąć szerokim, płynnym strumieniem, ten drugi stawia na twarde, kanciaste formy.

Tymczasem docieramy do dwóch ostatnich opowieści, nie bez przyczyny wskazanych jako crème de la crème całej plyty. Pierwszą z nich otwierają szumiące, gitarowe pick-up’y i delikatnie pulsujące struny basu. Tymczasem fortepian i perkusja budują intrygującą strukturę rytmiczną, która nieść będzie na swych zgrabnych ramionach frazy improwizowane, tu często kojarzone w kolektywne sploty interakcji. Finałowa improwizacja lepiona jest żmudnie z drobnych, niekiedy ledwie sugerowanych fraz. Rozpoczyna perkusista, potem pojawia się brzmienie delikatnie drżących strun gitary, frazy inside piano i kontrabasowy smyczek. Plejada preparowanych dźwięków ze strony wszystkich muzyków przekształca się tu w strumień bardziej wyrazistych fraz nakierowanych na swobodną, post-jazzową ekspozycję.

 


Marek Malinowski/ Robert Rychlicki-Gąsowski/ Wojciech Zadrużyński Scratching Fork II (FSR Records, CD 2024). Marek Malinowski – gitara elektryczna i akustyczna (archtop), kompozycje, Robert Rychlicki-Gąsowski – kontrabas, gitara basowa oraz Wojciech Zadrużyński – perkusja. Nagrane w TONN Studio, Łódź, grudzień 2022. Dziesięć utworów, 48:42.

Gitarowe tria w obrębie szeroko rozumianego jazzu zdają się bilansować od edycji power, gdzie emocje biorą górę, a siła amplifikacji i bogactwo pick-up’ów rządzą na scenie nie biorąc jeńców, po smukłe, wystudzone piosenki, których pole rażenia jest niewielkie, ale szansa na przyciągnięcie mniej wymagającego słuchacza duża.

Druga edycja Scratching Fork nie konsumuje żadnego ze skrajnych wariacji gitarowego tria, szuka swojego miejsca, odważnie spogląda w kierunku freely improvised music, podkreślając ów fakt podanym na wprost tytułem jednego z utworów.

Siłą tej gitarowej eksploracji są kompozycje, doposażone w ciekawie, łamane metra kreujące nieograniczone pole dla improwizacji. Słabością być może poziom ekspresji, niekiedy także brak ciekawszych pomysłów na rozwój improwizacji, zwłaszcza w momentach, gdy nie są one prowadzone kolektywnie. Tu akurat odrobina spektaklu w estetyce power byłaby dalece zasadna.

Pierwsze dwa utwory obiecują tu wiele. Dramaturgiczny suspens, łamane rytmy, swoboda działania i posmak downtownowego grania z dawnych lat bliskiego estetyce Elliota Sharpa, to atuty pieśni otwarcia. W drugiej odsłonie, po prezentacji szerokiego wachlarza możliwości instrumentacyjnych i gatunkowych konotacji, trio rusza w ognistą przebieżkę.

Dwie kolejne opowieści studzą jednak zapał recenzenta, pozostając w ostatecznym rozrachunku niezobowiązującym post-balladami. W piątym utworze pojawia się nowy element – intrygujące, improwizowane intro, kilka świetnych momentów kontrabasisty wyposażonego w smyczek, także w wersji solowej. Po tak dobrym otwarciu opowieść zostaje dociążona tematem kompozycji i odpływa w typowe post-fussion gitary wspartej na swingującej sekcji rytmicznej. W szóstej części muzycy serwują nam po części post-rockową ekspozycję. Dobre wejście w temat, zbyt wystudzona faza rozwinięcia, ale dalece udane, ekspresyjne zakończenie.

Siódma kompozycja, to gitara akustyczna solo, która eksploruje dziedzictwo Dereka Baileya. Początek zdaje się być zbyt ułożony, harmonijny, ugrzeczniony, a samej opowieści raczej bliżej do wariacji na temat flamenco. Jednak im dalej w las, tym lepiej. Gitarzysta powoli gubi bagaż historii i szuka swoich, zawsze lepszych rozwiązań.

Ostatnie trzy utwory do wizerunku tria dokładają nowe elementy. W ósmym wyczuć można post-klasyczny sznyt w gitarowym frazowaniu, odnajdujemy tu także pure jazzowe solo basisty. W dziewiątym po połamanym rytmicznie, kolektywnym wstępie, gitarzysta realizuje dość przewidywalne solo, po czym ucieka w pogłos. Próba wejścia w strefę wyzwolonej psychodelii nie jest do końca przekonująca. Album reasumuje rockowy temat w prostym metrum. Sporo emocji, niezła dynamika i nieuzasadnione dramaturgicznie spowolnienie w środkowej fazie utworu. Nas szczęście ekspresja rocka ostatecznie zwycięża.

 

 

piątek, 29 listopada 2024

Harri Sjöström in Fields Quartet and Sestetto Internazionale!


Fiński saksofonista Harri Sjöström, od wieków berliński rezydent, to muzyk funkcjonujący trochę na obrzeżach europejskiej sceny free jazz/ free impro, przez lata kojarzony głównie jako częsty, europejski współpracownik Cecila Taylora.

Ostatnie lata dowodzą, iż to artysta definitywnie pierwszej linii frontu, szczególnie udanie sytuujący swoją kreatywność w swobodnie improwizujących składach - od tysiąca duetów, po setki kwartetów i niemniej fascynujący Sekstet Międzynarodowy.

Harri jest dość regularnych uczestnikiem przedsięwzięć związanych z krajowym FSR Records (labelem określanym onegdaj częściej jako Fundacja Słuchaj!) – zarówno w wymiarze płytowym, jak koncertowym. Jego występy na warszawskim Festiwalu Ad Libitum w ad hoc kwartetach, dwa lata temu z Elisabeth Harnik, Wilbertem De Joode i Dagiem Magnusem Narvesenem oraz w roku bieżącym z Benem Dweyerem, Rafałem Mazurem i Vasco Trillą, to dowody rzeczowe konstytuujące wartość, jaką ten wyśmienity muzyk wnosi do europejskiej muzyki improwizowanej.

Na łamach Trybuny nazwisko Fina pojawia się najczęściej przy okazji nowych produkcji wspomnianej FSR Records. Dziś dla odmiany sięgamy po dwa tytuły wydane w innych częściach świata. Tegoroczny kwartet wiele ma wspólnego z Portugalią i Niemcami, zeszłoroczny sekstet z rzeczonymi Niemcami i Włochami.



 

Lawrence Casserley, Floros Floridis, Guilherme Rodrigues & Harri Sjöström Fields (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence Casserley – signal proces instrument, Floros Floridis – klarnety, Harri Sjöström – saksofon sopranowy, sopranino, Guilherme Rodrigues – wiolonczela. Nagrane w PAS, Berlin 2022. Dwie improwizacje, 38 minut.

Kwartetowy front-line tworzą tu dwa dęciaki - ulotny, acz czupurny saksofon sopranowy (zamiennie z sopranino) i klarnet, na ogół basowy, preferujący zdystansowane riposty. Towarzyszy im frywolna wiolonczela, która zdaje się być pogrążona w estetyce chamber, ale gdy trzeba docisnąć struny, możemy na nią liczyć, a także wszędobylska elektronika, która na ogół czyni powinności live processing, ale zdolna jest też płynąć własnymi frazami i incydentalnie wyznaczać kierunek dalszej podróży. Fundamentem całego kwartetu w ujęciu dramaturgicznym jest potrzeba ciągłej zmiany. Każda akcja może tu liczyć na reakcję, a zasada ultra intensywnego słuchania i wchodzenia w dyskurs jest powinnością przypisaną bez wyjątku wszystkim.

Pierwsza improwizacja trwa ponad 24 minuty i konsumuje wszelkie walory dramaturgiczne dzieła wskazane w preambule. Głębokie wdechy i jeszcze głębsze wydechy budują gwałtowną powolność, syconą emocjami i chwilami ukradkowej nostalgii. Dęte frazy zdają się tu mieć niegraniczoną przestrzeń poruszania się, w ślad za nimi snuje się oniryczna elektronika, która potrafi kąsać, a instrumentem, który ma pieczę nad ładem i porządkiem narracji jest wiolonczela. Czujna, melodyjna, stabilizuje eko-system nerwowej improwizacji. Opowieść ma kilka punktów zwrotnych. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy odnajdują ciszę, sięgają po najdrobniejsze frazy. Akcje reanimują perkusjonalne wtręty wiolonczeli, mające wsparcie w zimnych podmuchach dętych i delikatnych plamach syntetyki. Po kolejnych pięciu minutach akcja osiąga stan wrzenia – wszyscy dygoczą z emocji, jedni formują się w strugę dronów, inni śpiewają post-barokiem wspartym na wyjątkowo nisko zawieszonym smyczku. Przed dłuższą chwilę opowieść balansuje od rozciągniętej w czasie ciszy po korpulentne fazy hałasu. Dramaturgiczny konsensus zostaje osiągnięty po dwudziestej minucie, gdy wszyscy lepią się w mroczny dron molowych medytacji. Za proces gaszenia płomienia odpowiada elektronika. Skwierczy, szmera, w końcu dosięga ciszy.

Druga improwizacja trwa dwanaście minut z sekundami. Jej początek jest ostry jak brzytwa. Saksofon i klarnet pokrzykują na siebie, wiolonczela śpiewa, a elektronika rozsiewa insekty kreatywności. Narracja intrygująco piętrzy się, po czym wpada w obcięcia kameralnej taneczności. Teraz zdarzyć się może już dokładnie wszystko – strunowe slajsy, dęte wdechy, frywolne zaczepki i krwiste riposty. Bywa, że na moment ktoś wychodzi przed szereg, ale dyktat kolektywności szybko przywołuje go do porządku. Jeszcze tylko kilka kocich westchnień i w okolicach dziesiątej minuty opowieść zaczyna układać się do snu. Przez moment można odnieść wrażenie, że czeka nas jeszcze finałowa kulminacja, ale to tylko pozór. Długie, leniwe frazy osiągają stan końcowej ciszy nie bez ingerencji edytorskiej.



 

Sestetto Internationale (Achim Kaufmann, Veli Kujala, Gianni Mimmo, Ignaz Schick, Harri Sjöström & Philipp Wachsmann) Due Muatabili (Amirani Records, CD 2023)

Achim Kaufmann – fortepian, Veli Kujala – akordeon ćwierćtonowy, Gianni Mimmo – saksofon sopranowy, Ignaz Schick – turntables, sampler, Harri Sjöström - saksofon sopranowy, sopranino, Philipp Wachsmann – skrzypce, live electronics. Nagranie koncertowe, MUG, Monachium, 2022. Dwie improwizacje, 58 minut.

Sekstet Międzynarodowy, który rozwinął się na przestrzeni lat z duetu dwóch saksofonów sopranowych, ma jedną konstytucję. Wedle słów Harri’ego, skomponowany tu jest jedynie wyjściowy line-up. Reszta, to efekt wzajemnego słuchania, bystrego reagowania i nieustannego podtrzymywania dobrej chemii w zespole. Dodajmy, iż koncert z Monachium, to trzeci album tego składu.

Początek koncertu jest dalece kameralny, ale rzeczona dobra chemia działa! Wystarczy jedno ukradkowe spojrzenie, by szóstka silnych mężczyzn dała się uwieść porywowi ekspresji. Rozśpiewani saksofoniści mogą tu liczyć na kreatywny wstrząs ze strony elektronika i rozbujanego akordeonisty, a w roli tych, którzy dbają o linearność improwizacji sytuują się pianista i delikatnie okablowany skrzypek. Oto sekstet, który zdaje się mieć niemal free jazzowy potencjał, ale też stojącą za nim nieskończoną kameralność. W tzw. przestrzeni pomiędzy dzieje się bardzo wiele. Aspekt brzmieniowy każdego instrumentu wnosi tu porcję przyjemnych niespodzianek – piano nabiera intrygująco brudnego brzmienia, elektronika kąsa niczym żmija, dźwięki dętych bywają zmyślnie preparowane, skrzypce dekonstruowane są elektroniką, z kolei ćwierćtonowy akordeon łamie frazy na tysiące sposobów.

Tuż przed połową pierwszego seta, który trwa blisko czterdzieści minut, artyści serwują nam prawdziwy szczyt emocji, kreślony szczególnie ekspresją skrzypka, akordeonisty i saksofonistów. Zejście z takiego wzniesienia do kameralnych dolin jawi się jako wyjątkowo urokliwe, przepełnione bojaźliwymi śpiewami, garścią preparacji i podmuchami ciszy, która zdaje się wisieć nad głowami muzyków, niczym wyrocznia. W tej fazie koncertu nie brakuje akcji w podgrupach, a na czoło tych najbardziej udanych sforuje się duet Harri’ego i Achima. Zakończenie seta, to moc kolejnych wrażeń – piano inside, elektroakustyczne szmerowisko, zabawne akcje skrzypka, czy efektowne, dęte drony na wydechu.

Drugi set trwa niewiele ponad dwadzieścia minut, a jego emocje wydają się jeszcze bardziej skondensowane. Otwarcie lepi się z drobnych fraz, które interferują niemal tanecznie. Wszędzie wokół panoszy się szmer zdartej płyty winylowej. Piano śle dźwięki z samego dna, a rozochocone saksofony kwilą, jak wróble na słupie wysokiego napięcia. Improwizacja nabiera tu wiatru w żagle stopniowo, bez napinania mięśni i zbędnego pośpiechu. Osiąga swój szczyt, pełen krzyków i hałasu, niedługo przed upływem kwadransa. Następująca tuż potem chwila wydechu sugeruje zakończenie, ale muzycy postanawiają raz jeszcze uderzyć w dzwon. Ostatnia prosta dość niespodziewanie przepoczwarza się w kameralny duet pianisty i saksofonisty (tu Gianniego), którego instrument brzmi niczym flet.




wtorek, 26 września 2023

Sjöström, Hirt, Wachsmann and Lytton improvise Especially For You!


Kilkanaście miesięcy temu donosiliśmy na tych łamach o reaktywowaniu elektroakustycznego kwartetu XPact, który kilka dekad temu stylowo jednoczył improwizowane siły niemieckie i brytyjskie. W czasach jak najbardziej współczesnych Stefan Keune (w zastępstwie zmarłego Wolfganga Fuchsa), Hans Schneider, Erhard Hirt i Paul Lytton nie dość, że wydali doskonałą płytę XPact II, to zagrali jeszcze kilka koncertów w tak zwanej Europie Zachodniej. Na jeden z nich nie mogli dojechać Keune i Schneider, dzięki czemu powstała konieczność (sprzyjająca okoliczność), by z Hirtem i Lyttonem zagrały dwie kolejne legendy gatunku - Harri Sjöström i Philipp Wachsmann.

W tej zacnej dramaturgicznie sytuacji powstał nowy kwartet, który niemal dokładnie rok temu improwizował w Monachium. Dziś możemy ów koncert celebrować w naszych odtwarzaczach dzięki inicjatywie wydawniczej Bead Records, którą wspomniany wyżej Wachsmann osobiście powołał do życia ładnych kilkadziesiąt lat temu. Monachijski koncert składa się w dwóch setów zasadniczych i tyluż bisów. Całość zamyka się w godzinie zegarowej i zdaje się, nie tylko dla fanów soczystego free impro, smakować wyjątkowo dobrze. Zapraszamy do odczytu i odsłuchu!



 

Na scenie odnajdujemy mały saksofon Sjöströma, gitarę Hirta, skrzypce Wachsmanna (dwa ostatnie instrumenty doposażone elektronicznie) oraz zestaw perkusyjny Lyttona, jak zwykle bogaty we własne urządzania elektroakustyczne, które wspomagają jego lekki, ale jakże kompulsywny drumming. Pierwszy set trwa pełne trzydzieści minut, a jego otwarcie spowija chmura filigranowej akustyki moszczącej się w elektroakustycznym szumie. Muzycy reagują tu nie tylko na siebie, ale także na wszechobecną ciszę. Saksofon wydaje się skory do igraszek, z kolei skrzypce wyczekują, a wokół snują się elektroniczny kurz i stylowe flying percussion. Narracja jest jednocześnie łagodna i zadziorna, pachnie dobrymi, pionierskimi latami free impro. Opowieść czwórki mistrzów raz po raz nabiera incydentalnej dynamiki, a dzieje się tak na ogół dzięki akcjom Lyttona. Sporo fermentu wprowadza tu Hirt i jego gitara, z kolei Sjöström i Wachsmann raczej stoją na straży melodyjnego porządku, chętnie śpiewają, równie chętnie boleśnie pojękują. Długa improwizacja ma mnóstwo faz i podrozdziałów. Bywa, że elektronika z niemal trzech źródeł potrafi pokazać lwi pazur, bywa, że wszyscy pracują w trybie minimalistycznymi i prowadzą improwizowane dialogi w konwencji call & responce, są także momenty, gdy narracja pogrąża się w niemal onirycznym mroku. Po dwudziestej minucie opowieść nabiera zaskakująco post-klasycznego posmaku. Muzycy prawie topią się w ciszy, ale mistrz perkusjonalii nie pozwala na wiele i wyciąga kwartet na efektowne wzniesienie. Ostatnie zdanie należy jednak do saksofonu i skrzypiec.

Drugi set, prawie dwudziestominutowy, rozpoczyna się dość spokojnie. Smukły saksofon, posmak analogowej elektroniki i preparowane frazy gitary. Pod ten strumień dźwiękowy wślizguje się szeleszczący drumming i znów wynosi narrację na drobne spiętrzenie. Sopranino i skrzypce nie dają jednak za wygraną i snują efektowną kołysankę. Lytton nie odpuszcza i improwizacja przez moment zdaje się być wyjątkowo hałaśliwa. Kolejna faza koncertu, to próba łączenia wody i ognia – post-barokowe śpiewy płyną teraz na ramionach perkusyjnych szczoteczek pracujących na niezłej dynamice. W tle żyje emocjonalnie rozchwiana gitara, która stawia raz za razem drobne kontrapunkty dla wspomnianej wymiany uprzejmości. Emocje biorą tu jednak gorę, a dobrym komentarzem okazuje się gęsta cisza.

Koncertowe bisy trwają w sumie około siedmiu minut. Pierwszy jest dość żwawy, zainicjowany kolektywnie. Narracja syci się tu nawet pewną tanecznością i koncentruje na rytmicznych zabawach. Gitara frazuje jazzem, reszta szybko przechodzi w fazę intrygujących preparacji. Trochę humoru, akustycznej groteski i gitarowe wyciszenie. Drugi bis, zgodnie z nazwą utworu zawartą na płycie, jest już typową farewell song. Saksofon i skrzypce znów zatopione w śpiewnej post-klasyce, rezonujące percussion i delikatnie sfermentowana gitara. Na dalekim tle garść elektroakustycznych mikro zdarzeń buduje ciekawy dysonans. Po ostatnim dźwięku kilkudziesięciosekundowe oklaski. A jakże!

 

Sjöström/ Hirt/ Wachsmann/ Lytton Especially For You (Bead Records, CD 2023). Harri Sjöström – saksofon sopranowy, sopranino, Erhard Hirt – gitara, elektronika, Philipp Wachsmann – skrzypce, elektronika oraz Paul Lytton – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Nagrane na żywo, MUG, Monachium, październik 2022. Cztery improwizacje, 57 minut.



 

wtorek, 1 listopada 2022

The Festival Report! Siedemnaste Ad Libitum w dźwiękach i obrazach – Sonic & Visual! *)


Siedemnasta edycja Festiwalu Ad Libitum, który od zawsze kocha improwizację, a od kilku lat jest także otwarty na formuły muzyczne bardziej uporządkowane pod względem dramaturgicznym, wniosła do bogatej już historii imprezy obraz, jak pełnoprawny element scenicznej kreacji. Obraz oczywiście… improwizowany, będący efektem pracy artysty, ale też przetworzeniem wizualnym dźwięków, jakie na scenie Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie zostały nam dane ze strony artystów skupionych na improwizacjach fonicznych.

Impreza została po raz pierwszy rozbudowana aż do czterech dni festiwalowych, z niedzielną kodą, która przeniosła wszelkie ab libitumowe doświadczenia w nowej miejsce - do Promu Kultury na Saskiej Kępie.



Trzy pierwsze dni Festiwalu odbyły się wszakże w starym miejscu, w sprawdzonej w bojach formie trzech koncertów dziennie. Każdy z nich otwierał występ solowy, co zdaje się być dobrym pomysłem na inaugurowanie dnia pełnego szalonych, improwizowanych dźwięków. Początek czwartkowego wieczoru przypadł w udziale bułgarskiej skrzypaczce Bilianie Voutchkovej. Artystka często koncertująca w Polsce rozpoczęła swój set nieco konceptualnie, szukała intrygujących fraz i nieoczywistych dźwięków, preparując brzmienie swego instrumentu. Po pewnym czasie wpadła jednak w urokliwie taneczny trans i bez najmniejszego trudu kupiła sobie przychylność publiczności. Może jedynie szkoda, iż jej występ nie trwał nawet dwóch kwadransów.

Kolejny festiwalowy set był gratką dla fanów swobodnej improwizacji, która tkwi korzeniami we free jazzie, ale także bez trudu łapie zmysłowe konotacje z wolną kameralistyką. Georg Graewe na fortepianie, Frank Gratkowski na klarnetach i saksofonie altowym oraz Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli wspieranej delikatną elektroniką, zgodnie z tytułem ich pierwszej płyty (wydanej prawie 20 lat po nagraniu!), zabrali nas do urokliwego świata Trójlinearnej Polaryzacji. Każdy z artystów (na zdjęciu powyżej) dołożył tu cegiełkę do obrazu wyśmienitej, jakże kolektywnej improwizacji, która balansowała pomiędzy kompulsywnym post-free jazzem, a stonowaną, bazującą na niuansach brzmieniowych narracją.

Ostatni koncert pierwszego dnia zdecydowanie przeniósł nas do festiwalowej sfery visual. Edyta Jarząb i Maciej Wirmański – przy użyciu wielu elektroakustycznych i wizualnych narzędzi - zaproponowali dalece konceptualny performance, w trakcie którego więcej pracy miały nasze oczy niż tęskniące za fonią uszy.



Start piątkowego wieczoru, to znów występ solowy. Tym razem Robert Jędrzejewski na wiolonczeli i niekiedy dość rozbudowanej elektronice. Muzyk komentował akustyczne frazy swego strunowca zarówno przygotowanym na laptopie materiałem, jak i działaniami live processing, czyli elektronicznymi dekonstrukcjami fraz granych na żywo. Wszystkie elementy spektaklu intrygująco się zazębiały, tworząc spójną i niebanalną improwizację.

Tymczasem improwizacją, która sięga także po atrybuty wizualne był tego dnia drugi koncert. Po raz pierwszy na scenie spotkali się: Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej, Olgierd Dokalski na trąbce oraz obsługujący live electronics i wizualizacje Adam Frankiewicz. Trzeba przyznać, iż był to zdecydowanie najlepszy koncert spośród tych, które reprezentowały festiwalową ideę Sonic & Visual. Bystre, chwilami naprawdę efektowne, żywe improwizacje ze strony preparowanej gitary i delikatnie dekonstruowanej trąbki były tu świetnie wspierane nienachalną, plastyczną elektroniką i obrazem, który był naturalną konsekwencją dźwięków produkowanych przez wszystkich artystów obecnych na scenie.

Final dania drugiego był już w pełni akustyczny i zupełnie niewizualny w rozumieniu głównej idei festiwalu. Czterech wyjątkowej klasy artystów (na zdjęciu powyżej), cztery akustyczne instrumenty i intrygujące, ale statyczne oświetlenie: Elisabeth Harnik na fortepianie, Harri Sjöström na saksofonie sopranowym i sopranino, Wilbert De Joode na kontrabasie oraz Dag Magnus Narvesen na perkusji. Muzycy, którzy w takiej konfiguracji personalnej chyba nigdy ze sobą nie grali, zaprezentowali set wyjątkowej improwizacji. Bardzo kolektywnej, świetnie zbudowanej pod względem dramaturgicznym, perfekcyjnie płynącej od wytłumionych, preparowanych mikro improwizacji do strzelistych erupcji niemal free jazzowej mocy. Nam, pośród publiczności, pozostało jedynie spierać się, który z muzyków zrobił na nas największe wrażenie. I tu każdy miał swojego faworyta. Niżej podpisanemu szczególnie przypadł do gustu holenderski kontrabasista, który rewelacyjnie stymulował do pracy perkusistę, tudzież komentował grę saksofonisty i pianistki, niemal jednocześnie stosując technikę arco i pizzicato.



 

Festiwalowa sobota została zaprogramowana równie interesująco. Najpierw dwa sety z elektroniką i wizualizacją, a potem już prawdziwe trzęsienie ziemi, bez wątpienia dla wielu najważniejszy punkt festiwalu. Ale po kolei – najpierw ukraiński elektronik Myroslav Trofymuk. Artysta budował swoją ekspozycję niczym domek z kart, powoli, z niebywałą precyzją. Muzyk zaczął w chmurze lekkiego ambientu, potem nabrał masy i różnorodności, by przez drum’n’bassową strefę dotrzeć do fazy finałowej, która zdawała się komentować trudną rzeczywistość dnia codziennego. Drugi set dnia, to trio: Michael Fischer – saksofonowy feedback zanurzony w analogowej elektronice, Franciszek Araszkiewicz – live electronics oraz Aleksander Janicki – projekcje wideo, live electronics. Ten epizod festiwalowy miał wiele twarzy. Dużo dobrego wnosił do narracji saksofon, który pracował niczym akustyczne źródło dźwięków podłączone do elektronicznych przetworników, sam muzyk zaś dość rzadko sięgał po tradycyjne metody gry na instrumencie dętym. Pozostała warstwa elektroniczna koncertu często płynęła nisko posadowionymi dronami, chwilami wydawała się odrobinę przegadana i zbyt chaotyczna. Ale jako całość set z dużą swobodą zniósł wszelkie ambiwalencje części publiczności.

Czas na sobotę i okolice godziny dwudziestej pierwszej. Na scenie formacja The Croaks w składzie trzyosobowym (na zdjęciu powyżej), ale z bardzo rozbudowanym instrumentarium: Martin Klapper - amplifikowane obiekty i zabawki, mała elektronika, Martin Küchen – sopranino, saksofon sopranowy, rezonujący werbel, metalowe obiekty oraz Roger Turner – perkusja, małe talerze, metalowe i plastikowe obiekty. Peak wieczoru, szczyt festiwalu, nazwijmy to, jak chcemy. Intensywna, elektroakustyczna, niekiedy wręcz post-industrialna improwizacja, genialnie skomunikowana, wielobarwna, zaskakująca dźwiękiem i formą niemal na każdym etapie dwuczęściowego koncertu. A w środku 76-letni Turner, który nie przestaje zadziwiać – poziomem kreatywności, umiejętnością współpracy w grupie i wciąż doskonałą kondycją fizyczną i intelektualną. Wybitny koncert, któremu zabrakło może jedynie lepszego nagłośnienia niebywałych rzeczy, jakie wykonywał Küchen – Szwed byłą po prawdzie małą orkiestrą, która gra krzykliwego marsza z atomową intensywnością.

Finał siedemnastej edycji Ad Libitum odbył się w niedzielę na wspomnianej już Saskiej Kępie. Yannis Kyriakides i Konrad Smoleński w instalacji audiowizualnej Trackers z udziałem grupy warsztatowej w składzie: Zofia Ilnicka – flet, Piotr Chęcki – saksofon, Jakub Paulski – gitara, Robert Jędrzejewski – wiolonczela, live electronics oraz Franciszek Pospieszalski – kontrabas. Mroczna, zadumana, wizualna i dźwiękowa podróż, w której nie uczestniczył już niżej podpisany, ale która w ocenie innych była pięknym podsumowaniem wyjątkowo udanej – pod każdym względem – edycji festiwalu.


*) tekst pierwotnie opublikowany na portalu jazzarium.pl



piątek, 27 maja 2022

SoundScapes Festival # 3 Munich - 2021 Schwere Reiter! *)


Idea swobodnej improwizacji zasadza się na założeniu, iż muzycy spotykają się na scenie i bez wstępnych ustaleń grają, co im dusza dyktuje, czego wyobraźnia nie ogranicza, a uważne słuchanie partnera podpowiada. Historia gatunku zna wiele tradycji swobodnego muzykowania, zarówno kleconego ad hoc, jak i w formie dalece zorganizowanej (ta druga opcja, to choćby Company Dereka Baileya, czy Mopomoso Johna Russella, by daleko nie szukać). A rzeczywistość świata improwizacji tu i teraz potwierdza każdym swoim ujawnieniem celowość podobnego kształtowania procesu wspólnego muzykowania. Muzycy zbierają się na scenie w większej lub mniejszej liczbie, dobierają w pary, tria i czy większe formacje, a także improwizują pełnym składem, gdy najdzie ich taka ochota lub/i gdy poczują, iż są do tego mentalnie i artystycznie przygotowani.

Dokładnie na takiej zasadzie skonstruowana została impreza pod nazwą Sound Scape. Inicjatorem tego przedsięwzięcia jest fiński saksofonista (berliński rezydent) Harri Sjöström. Pierwsze spotkanie pod tym szyldem miało miejsce w Berlinie w roku 2013, kolejne w Helsinkach w latach 2016 i 2018 (te drugie usłyszeć można na podwójnym krążku Balderin Sali Variations, Leo Records 2020). Ostatnie jak dotąd spotkanie Dźwiękowego Krajobrazu miało miejsce w październiku roku ubiegłego, a dwupłytowy album, który właśnie omawiamy jest fonograficzną dokumentacją dwudniowego spotkania w Monachium.

Na scenie spotykamy czternastu muzyków, wyposażonych w cztery instrumenty dęte, dwa kontrabasy, dwa zestawy perkusyjne, skrzypce (z elektroniką), fortepian, gitarę, ćwierćtonowy akordeon, wibrafon i w ramach kreatywnego uzupełnienia tzw. live processing. Zasady organizacyjne w ramach tego festiwalu są stale i rygorystycznie przestrzegane – festiwal otwierają wszyscy muzycy, potem dzielą się na mniejsze grupy, by na koniec drugiego dnia znów zagrać pełnym składem. Uwaga! Każda improwizacja ma swoje ograniczenie – może trwać maksymalnie 15 minut. Na albumie dostajemy czternaście takich improwizacji, przy czym niektóre z nich być może zostały skrócone, tak by pomieściły się na dwóch kompaktowych dyskach. Tak, czy inaczej, przed nami ponad dwie i pół godziny efektownych improwizacji. Zapraszamy!

 


Zgodnie z regułami serii płytę otwiera nagranie 14-osobowej orkiestry. Pierwsze dźwięki płyną z cichych westchnień małych instrumentów, z mroku kameralnej, niemal neoklasycznej dyscypliny scenicznej. Armia akustycznych źródeł dźwięku osnuta jest poświatą elektroakustyki, będącej efektem pracy na kablach. Emocje na ogół głęboko jeszcze skrywane, incydentalnie znajdują światło dziennie i definitywnie zdobią początkową fazę improwizacji. Całość z czasem nadyma się i nabiera pewnej nierównomiernej dynamiki, ale skupienie i kreatywne zaniechanie także stanowią tu atrybuty aktywności muzyków. Rozbudowana sekcja rytmu, jeśli w tym wypadku można użyć takiego określenia, stwarza udaną bazę dla swobodnych dialogów w podgrupach. Szczególne aktywne wydają się być oba puzony, które chętnie wchodzą w dyskurs poznawczy z instrumentami strunowymi. Swoje czynią tu także dwie aktywne perkusje. Oto chamber, które po zrzuceniu gatunkowej skorupy zdaje się pięknieć z każdą sekundą. W środkowej części improwizacja tętni dynamicznym życiem, w dalszej skupia się raczej na drobiazgach, szyje narrację w podgrupach, nie stroni od zachowań typu call & responce. Na finał w rolę free jazzowego wichrzyciela wciela się pianista.

Zabawę w swobodną improwizację w mniejszych składach zaczynamy od tria gitary, fortepianu i perkusjonalii. Ciekawa opowieść, która w wartkie strumienie dźwiękowe wplata tłumione emocje. Piano w formie preparowanej i klawiszowej, leniwa jazzowa gitara i nerwowy pre-drumming osiągają tu po niedługim czasie poziom dalece ekspresyjny, zdobiony salwami niemal rockowych wydechów gitarzysty. Zaraz potem dostajemy się w wir działań dźwiękowych zgrabnego kwartetu – wibrafon, skrzypce, kontrabas i puzon. Drobne, preparowane frazy, garść czystych westchnień, trochę kameralnych pisków i dętych zaśpiewów, a wszystko skontrapunktowane aktywnym wibrafonem. Narracja nabiera pokrętnej dynamiki głównie za sprawą gęstego pizzicato kontrabasu. Gdy zbliży się do ciszy, moc krnąbrnych subtelności podsyła nam skrzypek, delikatnie umoczony w poświacie niezbyt jeszcze rozbudzonej elektroniki.

Kolejne dwa epizody, to duety. Pierwszy z nich, to jedna z najsmakowitszych improwizacji w całym zestawie! Akordeon i lekki saksofon! Ten drugi rozśpiewany, ten pierwszy wypuszczający drony niczym wielkogabarytowa tuba! Utuleni pięknym brzmieniem muzycy ruszają w tango i nie stronią od wyszukanej melodyki. Saksofon stawia na zadziorne frazy, akordeon puszcza oko i śmieje się od ucha do ucha. Doskonała improwizacja jeszcze zyskuje na jakości, gdy muzycy osiągają naprawdę ekspresyjny poziom dynamiki. Kolejny duet ma chyba za zadanie ukoić nasze rozhuśtane emocje. To klarnet i puzon w fazie ptasiego gaworzenia, w imitacyjnym marszu, realizowanym nie tylko na wdechu. Kameralna intryga dwóch samców nie stroniąca od akustycznych niespodzianek.

Po sporej dawce czystej akustyki czas na kwartet z procesorem dźwięku. I jeszcze dwie perkusje, i wibrafon. Prawdziwie elektroakustyczna przygoda. Najpierw garść subtelności, które lepią się w zgrabną pajęczynę powiązań - trochę rezonujących fraz i wibrafonowych preparacji. W drugiej fazie improwizacji muzycy skupiają się na post-perkusyjnych spiętrzeniach, tworząc nieoczywistą, oniryczną chmurę hałasu. Na finał pierwszego dysku znów duet, tym razem puzonu i skrzypiec, no i kolejne westchnienie zadowolenia recenzenta! Na początek imitacyjne półśpiewy z kameralnym rynsztunkiem, w duchu dość minimalistycznym, pięknie skąpane w elektronicznym backgroundzie, który delikatnie osiada na akustycznych frazach. A potem już same popisowe role, najpierw puzonu, potem skrzypiec. Na zakończenie mała eksplozja ekspresji – śpiew, krzyk i desperacja! Brawo!

Z radością przeskakujemy tymczasem na drugi dysk koncertowej dokumentacji z Monachium! Na początek większe gabaryty - dwa kwintety i jeden kwartet! Zaczynamy zmysłowym rozwinięciem duetu, który kończył dysk pierwszy – zatem puzon i skrzypce, a na dokładkę perkusja, kontrabas i saksofon. Zadziorne, niemal free jazzowe combo, które lubi kameralne emocje. Sporo ostrych wymian dźwięków, dęte strzały i strunowe riposty, a wszystko skąpane w nerwowym strumieniu całkiem dynamicznych fraz. Kolejnym kwintetem zjeżdżamy na samo dno! Dwa kontrabasy, klarnet basowy i dwa zagubione puzony w roli czerstwej wisienki na torcie. Drony i zamaszyste strugi pizzicato w chocholim tańcu bez uśmiechów. Z kolei zapowiadany kwartet, to efektowny powrót procesora, fortepian, skrzypce i saksofon. Początkowo dość filigranowo, potem zdecydowanie bardziej masywnie - preparowane frazy i rytmiczne podrygi. Najpierw emocje skaczą ku górze, potem toną w elektroakustycznym ambiencie. Finał zaś odtańczony zostaje z niemal filharmonicznym rozmachem.

Czas na chwilę oddechu? Zdecydowanie tak, w czym pomagają wibrafon i puzon. Garść preparacji tego pierwszego i dość minimalistyczna postawa tego drugiego. Emocje mamy tym razem wystudzone, ale dynamiczny wibrafon stara się ów stan rzeczy zmienić. Nie bez skutku! Dobrze zatem przygotowani wchodzimy w dynamiczny, niemal free jazzowy kwartet – kontrabas, perkusja, klarnet basowy i fortepian. Rozgrzane pizzicato, agresywne piano, dużo perkusjonalnych szczegółów i dęte podmuchy! Spory lądunek emocji zwinnie ugaszony tu zostaje spokojnymi preparacjami.

Szósta improwizacja drugiego dysku, to kolejna perełka w koronie! Gitara, akordeon i procesor - intrygujący zestaw, jeszcze lepsza muzyka! Opowieść zaczyna się w elektroakustycznym mroku, budowana dronami i drżeniem gitarowego gryfu. Zmiana goni tu zmianę - gitara od onirycznego ambientu po rockowe emocje, świetna robota live processing i akordeon, który zdaje się tu mieć nieskończoną ilość twarzy. A wszystko delikatnie podlane psychodelicznym sosem. Czas zatem na finał! Orkiestra tutti! Zaczynają nisko nad podłogą, basowymi dronami. W górze śpiewają dęciaki. Nerwowa atmosfera potrzebuje tu ekspresji i dynamiki! Obie charakterystyki pojawiają się w ułamku sekundy, ku powszechnej radości ogółu. Basy ryją strugę pizzicato, puzony lamentują, a reszta też nie trwoni czasu na zbędne frazy. Narracja przypomina tu wielkie, free jazzowe crescendo, które wspina się mozolnie na szczyt. Finałowe zejście w ciszę chyba jeszcze piękniejsze, zdobione tłumionymi, strunowymi frazami.

 

SoundScapes Festival # 3 Munich - 2021 Schwere Reiter (Fundacja Słuchaj!, 2CD 2022). Matthias Bauer – kontrabas, Lawrence Casserley – signal processing instrument, Floros Floridis – klarnet i klarnet basowy, Emilio Gordoa – wibrafon, Steve Heather – perkusja, instrumenty perkusyjne, Wilbert De Joode – kontrabas, Kalle Kalima – gitara, Veli Kujala – akordeon ćwierćtonowy, Libero Mureddu – fortepian, Dag Magnus Narvesen – perkusja, instrumenty perkusyjne, Giancarlo Schiaffini – puzon, Harri Sjöström – saksofon sopranowy, altowy i sopranino, Sebastiano Tramontana – puzon oraz Philipp Wachsmann – skrzypce i elektronika. Nagrane 1 i 2 października 2021 roku, Bayerische Rundfunk, Schwere Reiter, Monachium. Czternaście swobodnych improwizacji, łącznie 152 minuty i kilkanaście sekund.

 

*) Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana

 

 

piątek, 22 października 2021

The Rodrigues’ Next Story: Guilherme with or without Ernesto! A son, a father and the holy ghost!


Portugalski wiolonczelista Guilherme Rodrigues był ważnym elementem ostatniej edycji Spontaneous Music Festival, jaka odbyła się w poznańskim Dragonie na początku bieżącego miesiąca. Redakcja wciąż żyje dźwiękami, jaki wtedy powstały, zatem z ogromną ochotą słucha także nagrań, jakie uczestnicy imprezy zostawili po sobie kończąc udział w festiwalu.

Nowych nagrań wspomnianego wiolonczelisty, a także jego ojca Ernesto, który improwizuje najczęściej na altówce, przybywa w tempie geometrycznym, ale i tak można odnieść wrażenie, iż Trybuna śledzi dokonania obu muzyków, realizowane zarówno osobno, jak i wspólnie, w miarę regularnie. Dziś pochylimy nasze receptory węchu nad dwoma wspólnymi nagraniami Rodriguesów (trio i kwartet), które zostały światu upublicznione w ostatnich tygodniach, tudzież miesiącach, ale także nad dwoma nieco starszymi nagraniami, które Guilherme popełnił w formule duetowej. 

 


Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Stephan Bleier  Anamorphose (Creative Sources, CD 2021)

W wypadku pierwszej z płyt rodzinny klan Rodriguesów, wyposażonych w wiolonczelę i altówkę, spotykamy w towarzystwie kontrabasisty Stephana Bleiera. Nagranie powstało w Berlinie, w maju bieżącego roku, a składa się z pięciu swobodnych improwizacji, które trwają łącznie 43 minuty.

Aura otwarcia zdaje się być odrobinę przewidywalna. Struny chroboczą gwałcąc ciszę introdukcji, coś pomrukuje, niczym instrument dęty, ktoś generuje szybkie oddechy i głębokie westchnienia – bowed strings in minimal dance! Narracja gęstnieje spokojnymi frazami, które budują klimat niemal pre-industrialny, mogący w każdej chwili eksplodować swoją uśpioną ekspresją. Instrumenty śpiewają, zawodzą, skrobią o szybę wilgotnymi palcami. Ich na poły bezdźwięczna mechanika jest w stanie dotrzeć zarówno do granic hałasu (tu, bystrymi preparacjami), jak i zanurzyć się czystymi, kameralnymi frazami w bezmiarze swobodnej narracji. U progu kolejnej części struny jęczą pod pręgieżem kreacji artystów. Na dole opowieści snuje się nić melodii, przypominająca portugalskie saudade rodzące się w wyjątkową ciemnym pokoju. Two arco, one pizzicato! Śpiewne frazy cello uroczo haczą o estetykę muzyki dawnej. Trzecia opowieść trzyma się zamierzchłej historii kameralistyki. Muzycy sprawiają wrażenie, jakby stali na schodach berlińskiej filharmonii i odgrywali smyczkową symfonię. Łabędzie tańce na bazie basowych pomruków, plejada nieskażonych preparacjami czystych fraz strunowych.

Czwarta historia wybudza nas z kameralnych stanów dźwiękowego ukojenia. Złowrogie szorowania strun, uderzania smyczkiem po gryfie instrumentu - wszystko w oparach gęstej ciszy, w tle której tworzą się małe melodie, frazy gotowe do intonowania żałobnych pieśni pogrzebowych. Przez moment mamy wrażenie, że muzycy pracują na samych strunach, jakby ich instrumenty zostały pozbawione drewnianej obudowy. Trzy strunowce, niczym klucz dzikiego ptactwa zdaje się płynąć lotem wznoszącym, prowadząc przy tym niezobowiązujące rozmowy o życiu. Rezonujące dźwięki wiolonczeli i altówki dobrze lepią się tu z basowym pizzicato, które repetuje, tworząc zmysłową bazę dla ich melodyjnych pomysłów. Czas na finał tej strunowej przygody. Zaczyna wiolonczela, która ostro riffuje, pełna niemal rockowego temperamentu. Kontrabas burczy, a altówka kompulsywnie śpiewa. Dynamika improwizacji efektownie rośnie, jej faktura gęstnieje, a emocje rodzą się dzięki drastycznym szarpnięciom za struny największego z instrumentów. Opowieść zaczyna przypominać mała burzę z piorunami. Trzy smyczki idą tu w tango i świetnie się w tym czują! Na sam koniec schodzą w pobliże ciszy, kwilą na stronie, ktoś wydaje ludzki odgłos, a kontrabas chrząka frazami niepozbawionymi agresji.

 


Guilherme Rodrigues, Mariana Carvalho, Ernesto Rodrigues & João Valinho  Eclipse (Creative Sources, CD 2021)

Na drugie spotkanie z Rodriguesami przenosimy się lizbońskiego studia Naumoche, dodatkowo cofamy w czasie o niemal trzy lata, do listopada 2018. Przed nami rozbudowana, dwuczęściowa ekspozycja kwartetu w składzie: Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Mariana Carvalho – fortepian, Ernesto Rodrigues – harfa i elektronika (bez altówki!) oraz João Valinho – instrumenty perkusyjne. Pierwsza część zwie się Solar Eclipse, druga dla odmiany - Lunar Eclipse. Całość trwa ponad 68 minut.

Słonecznie… U progu nagrania wita nas mrok ambientu, całkiem nieznanej proweniencji. Głucha przestrzeń oddycha, po brzegi wypełniona ciszą, skwierczącą dźwiękowym niebytem. Bije dzwon, pojawiają się pierwsze pół drony, zapewne ze strun i piana, ale także smugi elektroakustycznej poświaty, jaką generuje ogół narzędzi pracy muzyków. Opowieść nabrzmiewa, jak ropa na zakażeniu, płynie niczym parostatek w ciemnej mgle. Struny trzeszczą, piano drży, harfa podpięta pod elektronikę i perkusyjne talerze rezonują. Kilka akcentów deep drumming rozpoczyna proces wyłaniania się z mgły elektroakustyki prawdziwych, żywych dźwięków. Odbiorca przez pewien czas pozostaje w dysonansie poznawczym, albowiem wiele fraz, czy półdźwięków dociera do nas z bliżej nieokreślonych miejsc i przedmiotów. Po czasie narracja formuje się ponownie w delikatny, akustyczny dron, niemal niezauważalnie wspierany nagą elektroniką. Opowieść przypomina starsze nagrania AMM, trwa niczym foniczna zawiesina na nieboskłonie. W połowie seta zostaje ona jednak sprowadzona do postaci sygnału elektroakustycznego, który staje się podwaliną nowego wątku improwizacji. Ten lepi się z matowych, niemal niesłyszalnych fraz, obłoków szumu i plejady szmerów. Znów musimy trochę poczekać, by w strumieniu dźwiękowym zacząć wyróżniać dźwięki czysto akustyczne. Misterium skupienia znów trwa, niczym kolejny koncert AMM. Na zakończenie improwizacja formuje się w jednorodny strumień fonii, oblepiony czerstwą syntetyką i rezonującą akustyką. 

Księżycowo… Druga historia definitywnie kwalifikuje się już do odsłuchu słuchawkowego! Drżące struny, pomiędzy które wpychana jest perkusyjna pałeczka, multiplikująca się cisza, dźwięki z najgłębszych zakamarków piana, szumiące talerze, sycząca harfa i pomruki wiolonczeli. Tym razem bez znamion dźwięków syntetycznych, tudzież elektrycznych. Filigranowa, akustyczna podróż po ciemnym pokoju, wypełnionym obumierającym robactwem. Lunatyczny trip po gęstym lesie, bez jakichkolwiek drogowskazów. Nano-preparacje, gęste pasma ciszy, celebracja rytuału zaniechania i wyczekiwania. Po upływie kwadransa dźwięki harfy zapraszają do dźwiękowego współistnienia pewien nieakustyczny ochłap fonii, który przypomina pracę starego wzmacniacza gitarowego. Aura nabiera tajemniczości, a ilość dźwięków niezidentyfikowanych rośnie na osi czasu. Gra toczy się na małych polach, muzycy generują wyłącznie krótkie, urywane frazy, wciąż balansując na granicy ciszy. W tle sączy się już wartkim strumieniem elektroakustyczny szum. Tworzy się coś na kształt osi dramaturgicznej, opowieści, która po ślimaczemu pęcznieje i nadyma się niczym przeterminowane drożdże. Kilka rezonujących dźwięków, pojedyncze szarpnięcia za struny, takież uderzenia w klawiaturę. Po wybiciu kolejnego kwadransa improwizacja umiera nad wyraz cierpliwie, na końcu dając nam wyłącznie ów ochłap skwierczącego, nieistniejącego wzmacniacza gitarowego.

 


Sebi Tramontana & Guilherme Rodrigues  Han Jiae (Inexhaustible Editions, CD 2020)

Wracamy do Berlina! W lutym roku ubiegłego, w okolicznościach studyjnych, spotykamy włoskiego puzonistę Sebi Tramontanę i Guilherme Rodriguesa, tradycyjnie wyposażonego w wiolonczelę. Muzycy grają siedem zgrabnych i dość zwartych dramatycznie, swobodnych improwizacji. Łączy czas ich trwania, to niespełna 28 minut.

Muzycy budują dramaturgię swojego duetowego expose często na zasadzie przeciwieństw, które niczym dodatnie i ujemne ładunki elektryczne, efektownie się przyciągają! Choćby sam start – wiolonczelista dusi struny masywnym smyczkiem, otwiera podwoje free chamber, puzonista zaś pośpiewuje z uśmiechem na ustach i rozpościera ocean jazzowych skojarzeń. Zaraz potem ów smyczek uderza po strunach, następnie kroczy dostojnym pizzicato, a puzon z zamkniętą tubą rechocze porannymi serenadami. W kolejnej części Portugalczyk sięga po preparacje, Włoch charczy i rzęzi niczym gruźlik ze swoim ostatnim papierosem. Muzycy szybko łapią imitacyjny flow, a starszy z nich dopieszcza narrację własnym głosem. Emocje rosną jak grzyby po deszczu. W czwartej części cello silnie brudzi swoje brzmienie, z kolei puzon wydaje się lekki, wręcz rubaszny. Improwizacja gęstnieje i łapie intrygujący posmak zapomnianej muzyki dawnej.

Na zasadzie kontrastu improwizacja piąta – trzaski, uściski, spowolnione suplesy, preparacje i akcenty percussion, znów komentowane puzonowymi zaśpiewami. Zgrzyty i parsknięcia, dwa strumienie fonii, choć tak od siebie różne, lepią się w całość w mgnieniu oka. Opowieść nabiera tempa i bystrej kompulsywności. A emocje wciąż na krzywej wznoszącej, albowiem przedostatnia historia rodzi się z wiolonczelowych riffów i puzonowych okrzyków. Free chamber znów kocha tu open jazz, znów ze wzajemnością! Tym razem tempo zdaje się być dalece dostojne, wręcz rozmarzone, definitywnie post-romantyczne. Gdy w końcu dynamika dopada muzyków, wpychają opowieść na drobny szczyt, pełni niemal rockowego temperamentu, po czym topią ją w oparach czerstwego baroku. Finał tej szybkiej ekspozycji śle nam kolejne preparowane pozdrowienia! Puzon bucha suchym powietrzem, struny cello skrzypią pod naporem wilgotnego smyczka. Muzycy roześmiani, dalece szczęśliwi, pchają narrację na skraj ostatniego dźwięku.

 


Harri Sjöström & Guilherme Rodrigues  The Treasures Are (Creative Sources, CD 2019)

Na zakończenie dzisiejszej mini sagi rodzinnej Rodriguesów, kolejny duet Guilherme (wiolonczela), tym razem poczyniony z fińskim saksofonistą Harri Sjöströmem (sopran i sopranino). Muzycy spotkali się w 2018 roku, prawdopodobnie w Berlinie (obaj tam rezydują). Zagrali długi strumień niezwykłych dźwięków, który na potrzeby płyty został podzielony aż na 20 miniatur, na ogół stanowiących nieprzerwany ciąg zdarzeń fonicznych (jeśli już pojawia się mikro pauza, to trwa ona nie dłużej niż ułamek sekundy). Całość tego efektownego przedsięwzięcia artystycznego (tytuł zobowiązuje!), to 52 minuty z sekundami.

Muzycy przestępując do tej dźwiękowej realizacji postanowili dawkować nam emocje, nad wyraz delikatnie wprowadzać nas do jaskini dźwięków mniej pokornych. Zaczynają wysokimi, czystymi frazami, śpiewnie, niemal melodyjnie. Można nawet odnieść wrażenie, iż grają dźwięki wcześniej zaplanowane, a nawet zapisane na kartce papieru. Bez trudu wszakże schodzą niżej na kolanach i szykują kilka bardziej zabrudzonych fraz. Szczebiot saksofonu i poślizgi cello zdobią nam wiele początkowych fragmentów nagrania. To plejada klasycyzujących form, które gotowe są jednak w każdej chwili eksplodować. Taka sugestia wypływa już wprost z trzeciej części. Chwilami opowieść przypomina wrzask zarzynanych piskląt, chwilami pisk kocich emocji. Jedno wszakże nie podlega dyskusji – wszystkie dźwięki, jakie produkują artyści fantastycznie do siebie pasują, łączą się w imitacyjne potoki piękna. Przypominają zabrudzony post-barok, który nie unika post-romantycznych fantazji.

W okolicach szóstej części muzycy zaczynają sięgać po dźwięki preparowane, ugniatać improwizację niczym ciasto na wysokokaloryczną pizzę. Sięgają po ekspozycje dronowe, czasami nawet na siebie krzyczą, zdają się zbliżać do akustycznego hałasu. Nie stronią jednak od barokowej nostalgii, a czasem zgłębiają się w bardziej mroczne, tajemnicze miejsca (choćby w jedenastej, najdłuższej części). Znów pełno w ich frazach śpiewnych melodii, a nawet średniowiecznych punktów odniesienia. W części trzynastej na moment sięgają po post-jazzowe akcesoria, ale zaraz potem powracają do meta barokowych zagrywek. Na sam finał szykują nam jednak danie specjalne. W siedemnastej części cello brzmi siarczyście niczym psycho-rockowa gitara. Sopranino pełne trwogi wola o pomoc! Sekunda wystarczy, by obie, jakże dalekie od siebie akcje foniczne złączyły się w jeden strumień złych mocy, który zaczyna wyć do księżyca. Jeszcze tylko kilka akcentów percussion, kilka śpiewnych salw i przyczajonych melodii. Ostatnia prosta, to krzyki i wrzaski, ale także pomruk recenzenckiego entuzjazmu. Doskonałe nagranie!

 

 


wtorek, 17 sierpnia 2021

MOVE in Moers! *)


Miasteczko Moers, położone w zachodniej części Niemiec, pozostawałoby zapewne do końca doczesnego świata jednym z wielu małych miejscowości mało atrakcyjnego turystycznie Zagłębia Ruhry, gdyby nie fakt, iż od kilkudziesięciu lat odbywa się tam bodaj najbardziej znany w tej części świata festiwal muzyki jazzowej i improwizowanej.

Szyld jazzowego Woodstock zdaje się być niemal zawsze gwarantem jakości, a przynajmniej emocji, jakie towarzyszą nam, gdy w dłoniach ląduje płyta, którą zdobi nazwa Live in Moers. Znamy ich setki, a te z podobizną Anthony’ego Braxtona kochamy najszczególniej.

Jeśli zatem do naszego odtwarzacza trafia płyta zatytułowana Move In Moers nie możemy przejść obok niej obojętnie. Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie powinniśmy tego robić – to po prostu wyśmienite nagranie!

Na kolejnej edycji Festiwalu Moers meldujemy się dokładnie 8 czerwca 2019 roku. Na scenie międzynarodowy, wielopokoleniowy kwintet Move w składzie: Achim Kaufmann – fortepian, Adam Pultz Melbye – kontrabas, Dag Magnus Narvesen – perkusja, Emilio Gordoa – wibrafon oraz last, but not least, Harri Sjöström – saksofon sopranowy i sopranino. Panowie będę swobodnie improwizować (być może przy wsparciu werbalnych predefinicji, poczynionych przed koncertem) przez 42 minuty ze sekundami, ani przez moment nie przerywając strumienia dźwiękowego. Nagranie dostarcza krajowa Fundacja Słuchaj! na jakże poręcznym dysku kompaktowym.



Koncert zaczyna się bardzo kolektywną wymianą uprzejmości – delikatnie, z wyczuciem, z posmakiem lepszej wersji estetyki kojarzonej z monachijskim ECM. Swobodnie roztańczony, mały saksofon, kontrabas traktowany smyczkiem, zwinna, drobna perkusja i garść fake sounds płynących z terytorium opanowanego przez wibrafon. Open jazz in the front of improvisation! Jest i nerw kameralistyki, zaplątanej w zwoje bardzo swobodnych akcji i pełnych niuansów reakcji. Brzmienie instrumentów na ogół czyste, a jeśli preparowane, to w dalece ograniczonym zakresie. Piano płynie z klawiatury, saksofon snuje melodyjne frazy, wszystko wszakże dzieje się pod dyktatem dyscypliny i odpowiedzialności za każdy dźwięk. Intensywność gry oczywiście faluje, co pewien czas muzycy docierają na mały szczyt, ale równie szybko schodzą z niego wprost w objęcia małych wspaniałości post-jazzu.

W dalszej części koncert raz za razem dostarcza nam momentów, które koniecznie należy odnotować w kajecie recenzenta. Po 10 minucie, to bystry dialog fortepianu i wibrafonu, potem solo tego pierwszego wsparte perkusjonaliami, fajerwerki rezonujących talerzy, wreszcie faza błyskotliwych short-cuts ze świetnymi akcjami face to face. Tuż przed upływem 25 minuty koncertu ciekawy kontrapunkt proponuje kontrabasista, który na moment intrygująco brudzi swój sound. Tuż obok wibrafon i perkusjonalia budują wspólny front zdarzeń, a w tle zaczyna pobrzmiewać coś na kształt melodiki (nie wiemy za czyją przyczyną). W ramach kolejnych atrakcji muzycy fundują nam duet saksofonu i wibrafonu, świetnie kontrapunktowany przez pianistę, który nie gra tu wiele, ale zawsze idealnie wkleja się w kontekst dramaturgiczny. Tuż przed upływem drugiego kwadransa znów kontrabas mąci spokój narracji - pracując w trybie pizzicato podrywa kwintet do niemal free jazzowego lotu. Proces wybrzmiewania skrzy się plejadą rezonujących dźwięków, generowanych prawdopodobnie przez wszystkich uczestników spektaklu.

Bez zbędnej zwłoki muzycy przechodzą teraz do krótkiej fazy preparacji. Każdy dokłada tu swoje, nawet saksofonista zdaje się coś energicznie ugniatać tuż przed mikrofonem odsłuchowym. Zaraz potem artyści serwują kilka definitywnie czystych fraz, których aurę znów mąci na powrót brudny sound kontrabasu. Nim muzycy postanowią szyć ostatnią pętlę narracji dostajemy jeszcze bystry duet fortepianu i saksofonu. Na zakończenie dynamika koncertu rośnie - cały kwintet efektownie pnie się ku górze, wieńcząc koncert eksplozją z fajerwerkami. Burzliwe oklaski po ostatnim dźwięku wydają się zatem dalece uzasadnione.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, u progu tegorocznego lata

 

sobota, 14 sierpnia 2021

Cecil Taylor Quintet shows how to Lifting The Bandstand! *)


Amerykański pianista Cecil Taylor, w opinii wielu najważniejszy muzyk tego instrumentu w historii free jazzu, stał się artystą europejskim bodaj w roku 1988. Wtedy to, na zaproszenie FMP Production, spędził w Berlinie okrągły miesiąc i nagrał pewnie tuzin płyt z muzykami europejskimi. Dobrze się czuł w Europie, a że od początku miał tu status półboga, jego współpraca z muzykami europejskimi kwitła także w kolejnych latach. W dekadzie lat 90. miał po tej stronie Atlantyku nawet swoje working bandy, a przynajmniej jeden, ten, który spotykamy na najnowszej płycie Taylora, wydanej całkiem niedawno przez krajową Fundację Słuchaj!, która w kręgach anglojęzycznych bywa już nazywana skrótowo FSR Records.

W bardzo demokratycznym kwintecie, którego sam Taylor nazywał ponoć Bandem, spotykamy dwóch Niemców (Tristana Honsingera - wiolonczela i Paula Lovensa - perkusja) oraz dwóch Finów (Harri Sjöströma – saksofon sopranowy i Teppo Hauta-Aho – kontrabas). Każdy z tych muzyków jest dziś – na różnym poziomie intensywności – legendą gatunku, zatem premierowa prezentacja pewnego koncertu tegoż kwintetu z końca lat 90. ubiegłego stulecia musi stanowić prawdziwy rarytas pośród free jazzowych publikacji początku 2021 roku.

Muzyków zastajemy w przedostatni dzień października 1998 roku na fińskim zlocie jazz fanów, zwanym Tampere Jazz Happening. Płyta Lifting The Bandstand (tytuł, to cytat z wypowiedzi Steve’a Lacy, zachwyconego jakością kooperacji w ramach tegoż składu) jest pełnym zapisem koncertu – wstępnych, niemal slapstickowych zabaw głosowych, części zasadniczej koncertu, pierwszej burzy oklasków, dwuminutowego encore i wyciszonej, drugiej burzy oklasków. Całość podana w jednym traku trwa blisko 76 minut.

 


Kabaretowa zabawa na pięć głosów męskich i przypadkowe dźwięki percussion trwa tu niemal sześć pełnych minut. Wtedy to z uroczego chaosu sytuacyjnego wyłania się wiolonczela, która zaczyna urokliwie piłować struny. Reszta muzyków pozostaje jeszcze przez moment w stanie wybudzania. Wejście w fazę formowania narracji właściwej ogłaszają czarne klawisze piana, a zaraz potem pierwsze dźwięki saksofonu sopranowego. Od lewej słyszymy zatem: fortepian, wiolonczelę, perkusję, kontrabas i saksofon! Kwintet ludowej demokracji pod światłym przewodnictwem pianisty rozpoczyna swoje free jazzowe życie estradowe! Free Cecil Dance with Good Companies płynie szerokim strumieniem, do którego każdy z muzyków dokłada symboliczne 120% mocy i kreatywności!

Wraz z wybiciem 20 minuty mamy pierwsze, ledwie dostrzegalne wystudzenie emocji i zejście w okolice free chamber, głównie za sprawą wyjątkowo aktywnej, wręcz nadpobudliwej wiolonczeli. Przez moment ów post-barokowy flow tłumi nawet temperament Cecila! Ten ostatni wznosi jednak okrzyk i zawraca kwintet na jedynie słuszną drogę free jazzowej galopady. Odnotujmy także pierwszych kilka chwil bez saksofonu (muzyk będzie tak czynił from time to time, z dużą wszakże konsekwencją). Pod koniec trzeciej dziesiątki minut pióro recenzenta nie może nie odnotować masywnego expo Lovensa, czynionego w trakcie gry pełnym składem, zatem naprawdę ekspresyjnego. Po kolejnym zdjęciu nogi z gazu muzycy serwują nam przecudny moment w duecie – piano i perkusja. W ułamku sekundy dołącza do nich kontrabas, być może pracuje też cello, ale w tumulcie emocji nie jesteśmy tego pewni. Po chwili wraca też saksofon i efektownie śpiewa, mimo dość głośnego akompaniamentu pozostałych kolegów.

W 40 minucie tym, który gasi ekspresyjną narrację jest sam pianista. Kilka masywnych uderzeń i flow schodzi na kolanach niemal do poziomu samotnej wiolonczeli. Znów świetny moment odnotowuje Lovens, a barwa brzmienia saksofonu intrygująco zbliża się do tego, czym zwykł nas zachwycać sam Steve Lacy. Po kolejnych kilku minutach, znów na zaciągniętym ręcznym, bodaj najpiękniejszy fragment koncertu – wystudzone piano płynie swobodnie na podkładzie dwóch strunowców traktowanych arco i pizzicato. Powrót saksofonu, to moment na równie efektowne duo dęciaka z wiolonczelą. Kameralny nastrój nie trwa jednak zbyt długo, mistrz Cecil jest bowiem niezwykle czujny pod względem dramaturgicznym.

Czarno-białe piano wrzuca tryb gęstej galopady, a nam pozostaje jedynie nadstawiać uszu. Kwintet na szóstym biegu dobrze łechta nasze zmysły, ale można odnieść wrażenie, iż muzycy grają wciąż to samo. Rotują poziomem intensywności, nie zaś metodami pracy. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego, wszak egzystujemy tu w ramach stuprocentowego free jazzu! Opowieść, która odnotowuje coraz krótsze momenty spowolnienia (w trakcie jednego z nich kontrabas gra smyczkiem!) prowadzi nas autostradą emocji do 63 minuty, gdy narracja gaśnie znów niemal do poziomu gołej wiolonczeli. Pojawia się głos pianisty, który zalotnie pokrzykuje, a w rolę akompaniatora dobrze wkleja się Lovens, tu na wyjątkowo delikatnym percussion. Muzycy zaczynają fazę drobnych, urywanych fraz dodawanych przez kolejne instrumenty, zaczynają się też delikatnie przedrzeźniać, by wraz z wybiciem 70 minuty śmiało przejść do kabaretowych igraszek, które znamy z początku koncertu. Muzyka gaśnie niemal równocześnie z nastaniem burzliwych oklasków. Na dwuminutowe encore wraca tylko Taylor i Lovens, w sumie … tylko Taylor. Piętnaście sekund po wybiciu 75 minuty koncert kończy się definitywnie.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, onegdaj, minionej wiosny

 

 

 

wtorek, 3 marca 2020

Sestetto Internazionale! Live in Munich 2019!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie upublikowana w dniu wczorajszym.

Wytrawni fani dobrej muzyki, tudzież stali Czytelnicy tych łamów, nie potrzebują gatunkowych drogowskazów, by radzić sobie z wymagającą porcją dźwięków. Czytając wszakże liner notes do płyty, nad którą właśnie się pochylamy, nie potrafiłem uniknąć pokusy zacytowania zawartego tam stylistycznego idiomu – freestyle contemporary! Trudno doprawdy znaleźć dla muzyki Sekstetu Międzynarodowego, tytułowanego po włosku, szefowanego przez Fińskiego artystę, koncertującego na niemieckiej ziemi, lepszego określenia.

Bez zbędnej zatem zwłoki, przenosimy się do Monachium, na osi czasu lądujemy w połowie stycznia 2019 roku i słuchamy koncertu, który na nośniku kompaktowym trwa 80 minut bez 8 sekund. Posłuchamy trzech odcinków granych przez sekstet oraz trzech duetów, stworzonych przez muzyków tegoż sekstetu. Wydawcą jest Fundacja Słuchaj! Płyta miała swoją premierę kilkanaście dni temu.




Koncert otwiera najmniejszy z saksofonów – sopranino – dźwiękami którego do wspólnego muzykowania zaprasza Harri Sjöström. Dość szybko w sukurs przychodzi mu sopran, który dzierży w dłoniach Gianni Mimmo. Panowie prowadzą inicjujący dialog, a do zabawy podłączają się kolejni artyści – szeleszczący na kablach Ignaz Schick, licząca smykiem struny swoich skrzypiec Alison Blount, Achim Kaufmann z bystrą paletą białych i czarnych klawiszy fortepianu, wreszcie Veli Kujala i jego ćwierćtonowy akordeon. Skupiona narracja chamber rozbłyska w pięknej akustycznie przestrzeni sali koncertowej. Odrobina szaleństwa w metodzie improwizacji (muzycy sprawiają wrażenie, że pilnują domniemanego scenariusza, z drugiej strony tryskają swobodą i inwencją twórczą), a także doza innowacyjności w doborze instrumentarium, dają asumpt do stymulowania jakości dźwiękowych przebiegów. Pod koniec 5 minuty recenzent może już ogłosić osiągnięcie pierwszego stadium wytrawnego hałasowania. Muzycy lubią ekspresyjne zachowania, nie mają zamiaru tłumić emocji, a na tym etapie koncertu można mieć dobre skojarzenia z elektroakustycznym ansamblem Evana Parkera, wszakże … zdecydowanie głośniejszym. Piękne skrzypce, zmysłowe saksofony, dosadne piano, wszędobylska (chwilami nazbyt inwazyjna) elektronika, miłośnie usposobiony akordeon – wszystko dzieje się tu kolektywnie, czynione jest z mistrzowską klasą, a nikt z obecnych na scenie nie widzi powodu dla indywidualnych wycieczek na stronę. W 9 minucie odnotowujemy pierwsze tłumienie emocji, od 13-ej zaś narastanie nowej porcji masywnych dźwięków, które już po upływie 90 sekund uroczo grzęzną na klawiaturze fortepianu i w otchłani elektroniki. Kolejne kilka minut delikatnie puszczamy w niepamięć – elektronika daje do wiwatu, a piano i saksofon płyną jazzowym, dość konwencjonalnym nurtem. Następującą potem krótka ekspozycja skrzypiec przywraca pierwotną jakość improwizacji. W 21 minucie śmiało możemy mówić już o niemal elektroakustycznej, post-industrialnej kipieli, czynionej z niemal freejazzową energią. Brawo! Po kolejnym wytłumieniu, faza urywanych, krótkich fraz i dygoczących saksofonów, garść preparacji piana, wreszcie akustyczne cuda na gryfie skrzypiec. Nim muzycy dotrą do finału 36-minutowego seta otwarcia, przeżyć musimy jeszcze jedną inwazję elektroniki, fazę dronowych pasaży dętych i strunowych, a także bystry pomiot rozgrzanego akordeonu. Światło gaśnie na kablach, w oparach symbiotycznego szumu.

Czas na duety! Zaczyna Blunt i Mimmo - skrzypce i sopran, to świetny wybór! Śpiewny chamber, lubiący wzajemne imitacje, który szybko rozpływa się w oceanie swobody i pełnej wolności. Artyści nie szczędzą nam emocji, bardziej zadziornych dźwięków, ale także bezpretensjonalnych chwil piękna absolutnego. Alison cudnie preparuje, Gianni ma gorąca krew w żyłach! Duet drugi – Kaufmann i Schick, piano i turntables & sampler. Czarne klawisze i skwiercząca elektronika (znów odrobinę zbyt masywna). Pod koniec 2 minuty pierwsze spiętrzenie, a po nim popis pianisty, który bez trudu kradnie show elektronice. Na finał muzycy znajdują jednak wspólny język w … oparach czerstwego noise. Duet trzeci, skandynawski, Sjöström i Veli Kujala, saksofon i akordeon. Muzycy stawiają na preparacje i szukanie ciekawych rozwiązań dramaturgicznych. Akordeon potrafi zabrzmieć niczym upalony kontrabas, a saksofon w galopie jeszcze zyskuje na urodzie. Na finał topią się w zmysłowym hałasie!

Powracamy do sekstetu, a muzycy zdają się czynić repryzę seta otwarcia. Znów mistrzem introdukcji jest Harri i jego zmysłowy saksofon. Reszta muzyków wchodzi do gry na palcach (elektronika w ciężkich butach) po upływie kilkudziesięciu sekund. Kameralistyka preparowana w rozkwicie – pląsy skrzypiec, struny piana, sample, saksofony z pozoru łagodne, ale jednak bardzo bystre, wszystko to buduję narrację, która w połowie utworu osiąga stan freejazzowej erupcji. Saksofony tną powietrze niczym ołowiane skalpele, a tym ośrodkiem dźwięku, który zarządza odwrót okazuje się, krytykowana przez nas from time to time, elektronika. Utwór kończy kolejny cudowny pasus spod strun Alison Blunt!

Wreszcie finał koncertu, zgrabny, kilkuminutowy encore. Na wejściu dwa saksofony i dwa głosy męskie! Potem spięcia na kablach i bystre piano. Swoboda, cierpliwość i skrupulatność budują finał tego niezwykłego koncertu. Saksofon skacze w ogień, by po chwili zgasnąć w poświacie akordeonu. Piano kreśli frazy outside/ inside, kable dygoczą ciszą, a w tle coś brzmi niczym … puzon. Burza oklasków nie rozwiązuje ostatniego dysonansu poznawczego.


Alison Blunt – violin, Achim Kaufmann – piano, Veli Kujala - quarter tone accordion, Gianni Mimmo - soprano saxophone, Ignaz Schick - turntables, sampler, Harri Sjöström - soprano & sopranino saxophones.  Offene Ohren - Friday, 18 January 2019, “MUG” - Munich Underground at Einstein Kultur 18th January 2019 in Munich.