Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paal Nilssen-Love. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paal Nilssen-Love. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 czerwca 2023

Spontaniczny czerwiec w poznańskim Dragonie


(informacja prasowa)

 

Wiosenna edycja cyklu koncertowego Trybuny Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club wchodzi w decydującą fazę. Czerwiec przynosi wielbicielom muzyki improwizowanej aż trzy koncerty, zwiastuje niebywałe emocje, zapowiadając jednocześnie duży rozstrzał stylistyczny. Najpierw free jazz, potem swobodnie improwizowana kameralistyka z głosem operowym, wreszcie pakiet efektownych, elektroakustycznych igraszek z dźwiękiem, po części zapewne predefiniowanych. Organizatorzy zapraszają na koncerty odpowiednio 11, 16 i 21 czerwca.



 

Czterdziesta szósta edycja spontanicznego cyklu, to prawdziwa perła w koronie koncertowych wydarzeń muzyki improwizowanej bieżącego roku. Na poznański Stary Rynek (koncert odbędzie się w siostrzanym klubie Dragona, SARP Social Club) zawita bowiem doskonale znamy saksofonista amerykański Ken Vandermark i jego równie rozpoznawalny na scenie free jazzowej norweski perkusista Paal Nilssen-Love. Rzecz wydarzy się już w najbliższą niedzielę.

Jeśli mielibyśmy szukać najbardziej wartościowego duetu saksofon-perkusja we współczesnej historii free jazzu, zwłaszcza tej w nowym millenium, bez ryzyka popełnienia najmniejszego błędu wskazać winniśmy na duet Vandermarka i Nilssena-Love. Amerykanin i Norweg grają razem od roku 2002 i zdają się być w swym duetowym dziele zniszczenia wyjątkowo konsekwentni. Każdy z nich sam jest już historią gatunku, ale to, co tworzą wspólnie, być może stanowi jej najważniejszą część. Muzycy wydali jak do tej pory jedenaście albumów. Choć obaj pracowali w wielu uznanych przez krytykę grupach - od Peter Brötzmann’ Chicago Tentet, Lean Left (z Terrie Hesselsem i Andy Moorem z The Ex) po Double Tandem (z holenderskim saksofonistą, Abem Baarsem) - od kilkunastu lat wciąż wracają do swojego duetu, ponieważ pozostaje on kluczowy dla ich twórczości.

 

Spontaneous Live Series Vol. 46

Ken Vandermark - saksofon tenorowy i klarnet

Paal Nilssen-Love - perkusja i instrumenty perkusyjne

11 czerwca 2023, SARP Social Club, Stary Rynek, Poznań, godzina 19.00

Bilety: https://tiny.pl/chnxn



 

Po eksplozji free jazzu, Spontaneous Live Series kontynuuje spotkania z kameralną muzyką improwizowaną, zainicjowane w czwartą sobotę maja. Jak dowodzi ów koncert, i ta dziedzina dźwiękowego szaleństwa potrafi być gorąca i definitywnie zaskakująca.

W piątek 16 czerwca organizatorzy zapraszają na koncert kwartetu KAMM, który swą obecną aktywnością inauguruje muzykowanie w tym składzie. Wspaniale łączy on iberyjski temperament portugalskiego kontrabasisty Gonçalo Almeidy i katalońskiej pianistki Jordiny Milli z niemiecką precyzją i wirtuozerią wykonawczą wokalistki Almut Kühne i perkusisty Wielanda Möllera. Na koncercie czeka nas zapewne ocean niespodzianek i intrygujących splotów dramaturgicznych. Biogramy artystów i ich artystyczne doświadczenia (w odniesieniu do niemieckiej części kwartetu, nie tylko na polu muzycznym, ale także teatralnym i tanecznym) wskazują, iż z tego ponadgatunkowego tygla musi powstać coś niebywale nowatorskiego i nieprzewidywalnego.

 

Spontaneous Live Series Vol. 47

Almut Kühne - głos

Jordina Millà - fortepian

Gonçalo Almeida - kontrabas

Wieland Möller – perkusja

16 czerwca 2023, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Poznań, godzina 20.00

Bilety: https://tiny.pl/cqsqq

 



Czterdziesta ósma edycja spontanicznego cyklu, jaka będzie miała miejsce we środę 21 czerwca, to kolejna odsłona opowieści pod tytułem „Improwizacja nie jedno ma imię”. Z punktu widzenia rozbudowanego i tajemniczego instrumentarium, zapowiada się wieczór definitywnie elektroakustyczny, eksplorujący coś, co być może znajduje się pomiędzy idiomem kompozycji, a idiomem improwizacji.

Do Dragona wracają – uczestniczka ostatniej edycji Spontaneous Music Festival, francuska artystka Laure Boer i wielokrotny festiwalowy wojownik, Wojtek Kurek. Pomiędzy nimi, a może na początku lub na końcu tej konstelacji, zaprezentuje się także Michał Krajczok. Czekają nas trzy solowe sety wielokolorowych, dźwiękowych układanek.

Twórczość Laure Boer jest inspirowana muzyką noise i tradycyjnym folkiem. Jej występy to hipnotyczne improwizacje wokół tradycyjnych instrumentów, elektroakustycznych i DIY-elektronicznych obiektów, a czasem także głosu, śpiewającego lub recytującego w jej ojczystym języku francuskim. Z kolei GAŁGAŁ to solowy projekt berlińskiego muzyka i projektanta dźwięku Michała Krajczoka. Jego twórczość opiera się zarówno na kompozycji, jak i improwizacji z osobliwym podejściem do syntezy modularnej. Wojtek Kurek zagra na małym zestawie perkusyjnym preparowanym przez „patch” w środowisku max/msp. Cyfrowe i taśmowe loop'y przekształcają tu dźwięk perkusji przyspieszając go lub spowalniając - wędruje on później przez szereg filtrów, a także kolejne poziomy loop'ów i buforów. Będzie się działo!

 

Spontaneous Live Series Vol. 48

Laure Boer – instrumenty różne i tajemnicze urządzania

Michał Krajczok – jak wyżej

Wojtek Kurek – jak wyżej, także perkusja.

21 czerwca 2023, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godzina 20.00.

Bilety będą dostępne wkrótce.



piątek, 7 kwietnia 2017

Frode Gjerstad – z notatnika podróżnika: świeże zapiski


Norweski saksofonista i klarnecista, Frode Gjerstad – postać bezwzględnie pomnikowa dla sceny muzyki improwizowanej północnej części Europy – przebywa w stanie permanentnej podróży. Wiemy to doskonale, listując na Trybunie każde jego nowe dokonanie fonograficzne, na ogół dokumentujące kolejny koncert artysty na kolejnym kontynencie naszej zacnej planety.

Dziś czas na dwie pocztówki z dość świeżych muzycznych wypraw muzyka. Będzie niezapominajka z gorącego Texasu, będzie pamiątka z górzystego Chile. Obie wszakże poprzedzi zapis pewnego incydentu muzycznego, jaki dokonał się całkiem niedawno w … rodzinnym Stavanger.


Domówka z Paalem Nilssen-Love, Stavanger, Wrzesień 2016

Młodszy od Gjerstada o 26 lat, wybitny freejazzowy perkusista, Paal Nilssen-Love tak często wchodzi w muzyczne zwarcia ze starszym saksofonistą, iż śmiało można określić ich muzyczny związek mianem nierozerwalnego, zszytego ołowianą pępowiną, której nikt nigdy nie zdoła przeciąć.

Paal pozostaje od lat istotnym elementem składowym tria Gjerstada. Panowie generują wspólnie dźwięki także w większych formacjach (choćby Circulasione Totale Orchestra). Incydentalnie nagrywają w duecie. Ich najnowsze wydawnictwo w tej konfiguracji (bodaj piąte) będzie przedmiotem tej epistoły.




Co istotne i nieczęste, zwłaszcza we współczesnej dyskografii starszego z Norwegów, płyta Nearby Fareway (PNL Records, 2017) zawiera nagrania poczynione w studiu nagraniowym, co krytycznie odróżnia je od innych, na ogół koncertowych ujawnień Gjerstada w ostatnich latach. Dedykowane wielkiemu przyjacielowi Eivinowi One Pedersenowi (grali razem choćby w grupie Detail), dziewięć improwizacji opatrzonych tytułami, zajmie nasze receptory słuchu przez około 41 minut.

Fragment otwarcia toczy się w niezwykle spokojnej i przyjaznej atmosferze (co zresztą będzie cechą konstytuującą jakość całego nagrania). Frode snuje zwinne pląsy na dobrze dostrojonym alcie, chwilami milknące w złocistej sonorystyce, a Paal z dużą atencją, rytmicznie opukuje swój podręczny werbel. Drugi odcinek tej przygody moglibyśmy nawet zakwalifikować do kategorii improwizowana ballada. Niezwykle skupiony jest tu szczególnie drummer, który ewidentnie niczym nie chce zakłócać smukłych, klarnetowych pasaży. Na trzecim Gjerstad wraca do saksofonu i budzi duet do bardziej energicznych zachowań. Jego alt jest skoczny i niemal frywolny, zaś perkusyjna robota PNL wchodzi na poziom ekspresji bardziej charakterystycznej dla tego muzyka. Ów najdłuższy (ponad 9 min) odcinek Nearby Fareway pozbawia nas wszelkich wątpliwości – saksofonista dotarł do studia w doskonałej formie! W kolejnej części, zgodnie z prawej serii, powraca klarnet. Frode tyczy na nim prawdziwe hard-oratorium, woła o skupioną uwagę, czemu wtóruje wyjątkowy barwny i ilustracyjny Paal (on tu ma misję do spełnienia!). Piąty wytracą słuchacza z oczekiwanych emocji, albowiem w ustach Gjerstada ląduje saksofon basowy. Ckliwie burczy w gnieździe komarów, a lekko pobudzony (być może wyrwany z letargu) Nilssen-Love ostrzy pazury i multiplikuje progresywny drumming. Szósty znów zaskakuje brzmieniem – królowanie rozpoczyna klarnet basowy! Frode gra nieśpiesznie, a Paal pięknie przyozdabia jego pasaże, zmyślnie je komentując, jakby sonicznie amplifikował muzyczny przekaz partnera. Kolejny fragment (znów niezbyt długi) przywraca do łask, chwilowo zapomniany, saksofon altowy. Jego zawadiacki tembr, zmysłowo inkrustowany jest rytmem, melodyką i buchającą wyobraźnią perkusisty. I tak już do końca płyty – ósmy i dziewiąty – alt nie opuszcza warg saksofonisty. Jego partner buduje fundamenty niskich częstotliwości, ciekawie korzystają z bębna basowego. Prawdziwie ascetyczny, wycyzelowany free improv! Tę doprawdy wyśmienitą rejestrację studyjną wieńczy Duch, którego atrybuty muzycy komentują w nieczęstej, w tym fragmencie ich życia, ekspresyjnej galopadzie. Finał stawia nas na baczność i czeka na burzę oklasków. Refleksja uradowanego recenzenta: choć saksofon altowy dominuje na tej płycie (jak i w całej historii muzycznego życia Gjerstada), to szczególnie udane zdają się być pozostałe instrumentacje (zwłaszcza rzadko używane przez niego – saksofon basowy i klarnet basowy). Cała płyta, to przy okazji, doskonały warsztat sonorystyczny obu muzyków, który z pewnością owocował będzie kolejnymi świetnymi koncertami, w trakcie ich licznych wypraw na skraj świata. Frode na wysokim gazie, Paal – tu bardziej w roli służebnej - precyzyjny, konsekwentny, z inteligencją emocjonalną na krzywej wznoszącej, jakby urodził się tylko po to, by grać ze swym starszym rodakiem. Doskonała płyta!


Trzyosobowa ekspozycja, pocztówka z Austin, Texas, No Idea Festival, Luty 2016

Szybko opuszczamy norweskie Stavanger i lotem upalonego trzmiela, docieramy do gorącego Texasu. Jest luty, zatem upał jeszcze dość znośny. Szczęśliwie nasz bagaż nie zaginął na wielkim lotniku w Austin. Trafiamy na lokalny festiwal o fantastycznej nazwie No Idea. Na scenie, obok naszego norweskiego podróżnika, dwóch podejrzanych typów. Pierwszy zwie się Alvin Fielder i zagra na wielkim zestawie perkusyjnym. Powiedzieć o nim, że to weteran amerykańskiego free jazzu, to jakby nic nie powiedzieć. Gość w czasach, gdy Frode pobierał pierwsze w życiu lekcje pisania, grywał już w słynnej Orkiestrze Sun Ra. To było jakieś sześćdziesiąt lat temu! Kolejny facet, to Damon Smith. Może nawet jeszcze nie weteran, ale na amerykańskiej ziemi nazwisko tego kontrabasisty znają nawet nienarodzeni fani free jazzu. Zatem, sekcja – palce lizać!




Panowie pod swymi nazwiskami, ustawieni w kolejności alfabetycznej, grają niespełna 40 minutowy set, który po kilku miesiącach trafia na dysk The Shape Finds Its Own Shape (FMR Records, 2016). Jeden ciąg zdarzeń akustycznych podany nam jest – dla wygody – w trzech odcinkach, a wszystkie one mają jeden tytuł, który warto przytoczyć – Angles, Curves, Edges & Mass. To prawdziwa freejazzowa porcja tłustego mięcha. Energia na scenie gigantyczna, mimo, iż łączny wiek Panów przyprawia o ból głowy. Sekcja jest tak konkretna, dosadna i perfekcyjna, że nawet, gdyby Frode tylko stał z boku i przysłuchiwał się wyczynom amerykańskich kolegów, to i tak, ten niedługi koncert, zapadłby nam na długo w pamięci. Po prawdzie tak jest. Nasz norweski bohater przez cały spektakl musi przebijać się przez ścianę dźwięku, siłując się z gęstą grą pary Fielder-Smith. Jego klarnet i saksofon altowy wiją się w konwulsjach, a momenty, gdy udaje się Frodemu nadawać kierunek tej jazzowej galopadzie są tyleż rzadkie, co artystycznie spełnione. Zresztą ostatnie pasusy tej historii, wybrzmienie ekspresji, odbywają się już bez udziału Gjerstada. Niczemu to bynajmniej  nie szkodzi. Płyta mija w mgnieniu oka i ucha. Po jej zakończeniu konieczność odpalenia restartu wydaje się oczywistością.


Spotkanie z Ramiro Moliną, pocztówka z Santiago de Chile, Wrzesień 2015

To już trzecia muzyczna pocztówka Gjerstada z dalekiego Chile. Po dwóch spotkaniach z klarnecistą Luisem Conte (Conde), czas na meeting z Ramiro Moliną, człowiekiem z gitarą elektryczną, wspomaganą (zapewne) stertą kabli i bliżej niezidentyfikowanych urządzeń do manipulowania sygnałem wychodzącym. Efekt fonograficzny zwie się Unseen Seas (FMR Records, 2016) i przynosi dziewięć improwizacji, trwających nieco ponad trzy kwadranse.

Klarnet, istotnie śwarny klarnet, od pierwszego dźwięku zwinnie zaplątuje się w struny ładowanej zdrowym prądem gitary. Muzyka nie rwie nam włosów z głowy, ale nie taki jest jej cel. To wszak muzyczna pocztówka z wakacji na targu rybnym (patrz: liner notes Gjerstada).  Ma swój urok, klimat, pełna jest niezgłębionych pokładów wzajemnej empatii, tudzież sympatii i mentalnej koegzystencji.





Gitarowe zgrzyty i soczyste sprzężenia chwilami intrygująco konweniują z nieco wycofanym i lekko wyczekującym na przebieg wydarzeń klarnetem. Nie brakuje tu dalece nieoczywistych zdarzeń elektroakustycznych. Nawet chwile wręcz filharmonicznej zadumy stają się naszym udziałem, a czas płynnie spokojnie i do niczego nas nie przymusza. Nieśpieszna narracja jest znakiem rozpoznawczym tej płyty. Muzycy nie stronią od wspinaczek na ośnieżone szczyty chilijskich Andów. Na szczęście mają dobre obuwie i niebanalne sanie. A Frode sięga nawet po flet. Po prawdzie nie jest nam znane dokładne instrumentarium tej płyty. Wydawca nie zaprząta tym głowy słuchaczy. Niechybnie gitarzysta korzysta także z podręcznej elektroniki i czyni to nienachalnie, a chwilami wręcz zmysłowo. Pod sam koniec nagrania nie brakuje ciekawych pląsów sonorystycznych, co pozwala odnaleźć na tej płycie dźwięki, których byśmy się pierwotnie nie spodziewali. Finał zdobi dwuminutowy antrakt, głośny, dobrze wysmażony, wprawiając recenzenta w skromną konfuzję.



wtorek, 8 listopada 2016

Mats Gustafsson & NU Ensemble – w poszukiwaniu utraconego czasu, czyli poznański wieczorek koncertowy


Poważny koncert muzyki improwizowanej w matczynym Poznaniu! Aż chciałoby się zakrzyknąć z radości. Tak, udało się! Muzycy dojechali (prawie wszyscy), publiczność też (choć kompletu nie było)!

Trybuna rzec jasna pilnie zameldowała się w sobotni wieczór w Scenie na Piętrze i ochoczo krzyknęła na powitanie: Obecny!!!!!

Duży skład Matsa Gustafssona - NU Ensemble - jest w trakcie europejskiej trasy (też brawa za przedsięwzięcie, na pewno kosztowne), z której aż sześć dni przypada na nasz piękniutki kraj, albowiem poza dniem poznańskim, są także trzy dni krakowskie i dwa warszawskie.

Dwunastoosobowy zespół szwedzkiego saksofonisty ma stosunkowo krótką historię, a jej otwarcie stanowiła niewątpliwie kilkudniowa rezydencja w Krakowie, lat temu trzy (paręnaście lat wstecz skład o bliźniaczej nazwie Nu-Ensemblen, popełnił krążek Hidros One, jakkolwiek muzycznie to była trochę inna przygoda). Dokumentacja krakowskiej bytności znalazła się na wyjątkowym wydawnictwie Not Two Records Hidros6, składającym się z 5 CD, dwóch winyli i jednego DVD (dźwięki z czarnych płyt doczekały się po pewnym czasie także edycji kompaktowej). Parę ciepłych słów zostały tej perełce edytorskiej poświęcone i na tych łamach (była to wówczas prymalna forma Trybuny, drukowana w m/i magazynie, obecnie dostępna w poście nr 2, ze stycznia br.).




W dżdżysty, listopadowy wieczór NUE dotarł do Poznania w nieco okrojonym i personalnie zmodyfikowanym składzie, w stosunku do owej rezydencji z roku 2013. Zabrakło klarnecisty i saksofonisty, przy okazji najstarszego członka grupy, Christera Bothena, który zaniemógł chorobowo. W miejsce Petera Evansa (trąbka) mieliśmy okazję obejrzeć Andersa Nyqvista (także trąbka), zaś zjawiskową wokalistkę Stine Janvin Motland zastąpiła jej koleżanka, znana m.in. z Fire! Orchestra, Mariam Wallentin. Ponadto w składzie odnaleźliśmy już samych znajomych, muzyków znanych nam doskonale nie tylko z występów u boku Gustafssona. A zatem: Joe McPhee (saksofon, trąbka), Agusti Fernandez (piano i organy), Kjell Nordeson (perkusja i wibrafon), Per Ake Holmlander (tuba), Jon Rune Strom (kontrabas), Ingebrigt Haker Flaten (gitara basowa), Paal Nilssen-Love (perkusja) i dieb13 (gramofony). A postać tu najważniejsza, czyli Mats Gustafsson, poza dyrygowaniem całym przedsięwzięciem, grał na saksofonie barytonowym.

Wieczorek poznański został podzielony na dwa sety. W pierwszym zaprezentowano trzy mikrokoncerty w podgrupach, zaś w drugim NUE wykonał kompozycję Matsa Knockin’.

Po kolei zatem… O godzinie mniej więcej 20.20, już po zapowiedziach organizatorów i Matsa, na scenie pojawiło się trzech muzyków – Nyqvist, Holmlander i dieb 13. Przez około 10 minut dwaj pierwsi czyścili dysze swoich blaszaków, a ten trzeci celebrował trzaski czarnych płyt, które z kocią zwinnością umieszczał na talerzach gramofonów. Pokaz sonorystyki był akustycznie bardziej niż smakowity, jakkolwiek w formie koncertowej rozbiegówki odrobinę mało … dynamiczny. Dodatkowo publika nie była jeszcze należycie skupiona.

Po chwili drugi podset seta pierwszego, czyli wibrafon, przy nim Nordeson i … kompozycja Omar II, autorstwa Franco Donatiego. Ponieważ w warstwie muzycznej ten minirecital nie niósł ze sobą nic frapującego (chciałem powiedzieć, że się nudziłem!), to w jego trakcie zajmowały mnie przede wszystkim częste zmiany pałeczek przez Kjella, co istotnie dramatyzowało ten kompozytorski incydent.

Po chwili krótszej niż moment, na scenie zameldowała się dwójka najbardziej wyrazistych artystycznie członków NUE, czyli Joe McPhee i Mats Gustafsson na saksofonach. Skupiona, wrażliwa na czułe interakcje, wymiana sonorystycznych pomysłów nie trwała niestety zbyt długo i co było atutem solowego wibrafonu, nie stało się przywarą tego niezwykłego duetu. Dlaczego tak krótko!!!?!

Przerwa toaletowa, ewentualnie zakupowa (Scena na Piętrze wciąż nie doczekała się baru….), a tuż po niej, czas na danie główne. Rozbudowana kompozycja Knockin’, stworzona przez Gustafssona w hołdzie i z inspiracji muzyką i tekstami Little Richarda (uwaga dla młodszych – gwiazda muzyki rock’n’rollowej wiele lat świetlnych temu). Jeśli mnie pamięć nie myli, Mały Rysiek był ulubionym wykonawcą Mamy Matsa i jego muzyka tworzyła rzeczywistość foniczną domu rodzinnego saksofonisty.

Jakże inspirująca i generująca wiele rolek papieru z zapisem dramaturgicznym kompozycji, może być prosta i komunikatywna muzyka rockowa, wiedzą Ci, którzy znają Knockin’ z wielopakowego wydawnictwa Not Two. Niemniej kluczowa w powstawaniu dzieła Matsa była też warstwa werbalna muzyki Richarda. Powiem więcej, w mojej ocenie, to właśnie teksty, na bazie których improwizuje wokalistka, są kluczem do właściwego zrozumienia idei kompozytorskiej Gustafssona. Podprogowe doświadczenia akustyczne z dzieciństwa w służbie muzyki improwizowanej? Why not…

Choć do wykonania Knockin’ potrzeba armii wybitnych improwizatorów (a takich mieliśmy na scenie), to najistotniejsza rola w tym dziele przypada wokalistce. Trzy lata temu w Krakowie, drobna i niewinna Stine Janvin Motland zrobiła z tego prawdziwe arcydzieło wokalistyki i improwizacji. Stosując przeróżne techniki wokalne wyniosła wówczas wykonanie Knockin’ na poziom, któremu w sobotę … nie sprostała niestety Mariam Wallentin. To wokalistka o innych parametrach głosowych, sprawdzająca się w innej estetyce. Jej śpiewne eksploracje na płytach Fire! Orchestra są wyśmienite, tu jednak, na poznańskiej scenie, Mariam nie uniosła poziomu moich oczekiwań. Fantastycznie wyglądała (trzy dekady temu w takiej estetyce ubierały się moje koleżanki z klasy, gdy wybierały się na dyskotekę, beze mnie - dodajmy!), była aktywna, dzielnie walczyła na scenie z gramaturą tekstu, trafnie wgryzała się w niuanse Gustafssonowskiej transkrypcji wokalnych pomysłów Małego Ryśka. Nie zawsze jednak przebijała się przez brzmienie grupy i nie była należycie eksponowana przez mistrza ceremonii.




Cały koncert był frapującą przygodą, nie brakowało w nim momentów ekscytacji, wszakże czegoś mi w sobotę zabrakło. Może większej porcji szaleństwa w indywidualnych popisach, może mniejszej dozy aranżacji przestrzeni dźwiękowej i ręcznego sterowania emocjami muzyków przez Matsa. A być może, znana mi świetnie wersja Knockin’ sprzed trzech lat, zbyt wysoko podniosła poprzeczkę całemu NUE.

Nie wszystkie jednak koncerty, tudzież ich werbalna dokumentacja w formie luźnej relacji, muszą być kończone w pozycji na kolanach. Wieczorek koncertowy dał mi swoją porcję radości i ani chwili nie uważam za bezpowrotnie straconą. Może tylko jeszcze silniej zatęskniłem za Stine Janvin. Poczekam na inną okazję.

Uzupełnieniem prawie 150 minut spędzonych w Scenie na Pietrze, było jam session, zorganizowane w pobliskim Dragonie. Wasz recenzent był dzielny i wytrzymał na nim jeszcze kolejne półtorej godziny, dzięki czemu miał okazję zaobserwować, jak wyciszona i skupiona narracja krajowego, improwizującego tria Bachorze, rozbudowana o norweską sekcję rytmiczną Strom/Nilssen-Love przekształca się we freejazzową petardę, niebiorącą jeńców. Cała kamienica zadrżała, a orgazm był udziałem wielu!

Podziękowania dla Marka za czujne towarzystwo!


Ps. Fotografie z koncertu własnego autorstwa.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Berne, Niggenkemper, Rempis, Sakata, Large Unit, Brötzmann, Mockūnas, Nathanson, Kretzmer, Slobber Pup, Toxy Doll, Friends & Neighbors - czerwcowa zbiorówka 2016


Tym razem bez mniej lub bardziej błyskotliwego wstępu, komentującego na ogół zgrzebną rzeczywistość zastaną, zaczynamy nasze ulubione, comiesięczne kolorowanki.

Płyty delikatnie ocenione w ramach rubryki „Odsłuchy premierowe – wstępne rekomendacje” zostaną dziś poddane ostatecznemu osądowi, a Trybuna niczym złowieszczy Trybunał, wyda wyroki niepodlegającego trybowi odwoławczemu. Od czerwonego low, poprzez żółty middle, po zielony jak trawa high. Do dzieła zatem!!!!


Tim Berne's Snakeoil  Anguis Oleum  (Screwgun Records, 2016)

Nowojorskiego alcistę Tima Berne’a nie zaliczylibyśmy do nadmiernie pracowitych muzyków, wszakże w ramach swojej bieżącej formacji Snakeoil, dostarcza nam nowe płyty dość regularnie. Po trzech studyjnych ujawnieniach w ramach monachijskiego ECM, tym razem edycja koncertowa, zrealizowana przez osobistą wytwórnię Tima – Screwgun Records, w edycji limitowanej, dwustu sztukowej.



Po latach efektownego eksperymentowania z elektroniką, jako elementem udanie wspierającym akustyczne improwizacje (Science Friction Band), po produkcjach opartych na podobnych schematach/ kompozycjach realizowanych jednakże bez elektroniki (Hard Cell), wreszcie po śmiałych improwizacjach w towarzystwie gitary elektrycznej (Big Satan), Berne dotarł do punktu zwrotnego, od momentu którego rozpoczął się proces wyciszania jego muzycznej ekspresji (co przy okazji zbiegło się z jego 60 urodzinami, zapewne zupełnie przypadkowo).

Dowodem rzeczowym tej delikatnej metamorfozy rzeczony working band, czyli Snakeoil. Berne stworzył go z udziałem pianisty Matta Mitchella, klarnecisty Oscara Noriegi i perkusisty Chesa Smitha. Ten akustyczny kwartet pozbawiony instrumentu basowego (jak wszystkie wcześniej wymienione zespoły, jednakże w tamtych przypadkach część obowiązków w zakresie generowania niskich częstotliwości przejmował keyboard lub gitara), w ramach niemieckiego, nudziarskiego labelu, trzykrotnie zapunktował, ale w sercu Waszego recenzenta nie wzbudził jakichś szczególnych ekscytacji. To oczywiście wciąż doskonały Berne, saksofonista o niepowtarzalnym soundzie altu, to jego gra, jego muzyka, ale … odrobinę za spokojna, trochę bez wewnętrznego ognia, nie budząca już takich emocji, jak dekadę temu z okładem.

Zatem po koncertowy Angius Oleum sięgałem ze spokojem i bez mrowienia w kręgosłupie. Skąpe informacje edytorskie nie pozwalają na określenie miejsca, ani daty spotkania/ spotkań (?) koncertowych. Cztery fragmenty opatrzone tytułami, trwające ponad 70 minut. Słucha się tego wyśmienicie, ale momenty ekspresyjnych galopad, stemplowanych wspaniałymi altowymi zawijasami, dość często przepoczwarzają się w chwile nadmiernej nostalgii i dramaturgicznie nieuzasadnionego wyciszenia. Mało, w mojej ocenie, do całej zabawy wnosi Noriega, a gra Mitchella też niczym szczególnym nie zaskakuje. W tym gronie udanie trzyma fason i dotrzymuje kroku liderowi Smith. Z pewną dozą sceptycyzmu,  pozostaję jednak przy pierwotnej rekomendacji high, bo Berne, to Berne. Klasa światowa po wszeczasy!


Pascal Niggenkemper Le 7eme Continent  Talking Trash  (Clean Feed, 2016)

Gadający chłam to płyta wymykająca się wszelkim klasyfikacjom, łatwym skojarzeniom, czy oczywistej kodyfikacji. To płyta – wyzwanie. Sam Niggenkemper - kontrabasista, z którym zetknęliśmy się przy okazji kilku znakomitych płyt free improv/ free jazz, gdzie stanowił on doskonałą siłę najemną – określa sekstet Siódmy Kontynent (w jednym fragmencie także septet) jako podwójne trio, czy potrójne duo, dając smakowity asumpt do wielokrotnej eksploracji materiału muzycznego.




W skupionych okolicznościach studyjnych, na potrzeby realizacji pomysłu kompozytorskiego Talking Trash, Pascal skojarzył dwa preparowane fortepiany (Eve Risser, Philip Zoubek), dwa amplifikowane klarnety (Joris Ruhl, Joachim Badenhorst), specjalny flet kontrabasowy (Julian Elvira) i kontrabas (on sam). W jednym fragmencie dodał także drugi kontrabas (Constantin Herzog). Na pulpity muzyków trafił zdecydowanie skomponowany materiał z pogranicza muzyki współczesnej, daleki od jakichkolwiek jazzowych skojarzeń. W żmudnym procesie wykonania śmiałych pomysłów kompozytorskich Pascala, muzycy wpadli jednak w improwizatorski szał i spreparowali wyśmienite, pikantne danie… do wielokrotnej konsumpcji.

Dziś, przy kolejnym, zdecydowanie nie pierwszym odsłuchu, nie jestem w stanie precyzyjnie opisać tej muzyki. Raz jest oniryczna i tajemnicza, innym razem łapie rytm i galopuje po obrzeżach kameralistyki spod znaku … osiemnastowiecznych kompozytorów znad Dunaju (przyznacie, skojarzenia idą po bandzie!). Potrafi się skulić jak kot, tłamsząc nas pasażami najniższych częstotliwości, by potem, posiłkując się podpowiedziami zmutowanych klarnetów, w strunowym pędzie osiągnąć szczyt Czarodziejskiej Góry.

Co najważniejsze – Talking Trash każe do siebie nieustannie powracać. To chyba znaczący dla niej komplement. Od początku maluję ten krążek na zielono i nie może być inaczej. Definitively high!


Gunwale (Dave Rempis, Albert Wildeman, Ryan Packard)  Polynya  (Aerophonic Records, 2016)

Dave Rempis, nasz ulubiony aerofoniczny gladiator, nie ustaje w wysiłkach, by zapracować na miano jednego z najaktywniejszych współczesnych muzyków freejazzowych. Jego świeże tegoroczne produkcje Czytelnicy TMS zdążyli już poznać kilka tygodni temu, w trakcie rozbudowanej opowieści o Aerophonic Records.




Tym razem chicagowski saksofonista w zestawie trzyosobowym, pod tytułem wykonawczym Gunwale, z muzykami, których specjalnie nie znamy. Na kontrabasie Albert Wildeman, na perkusji wspomaganej elektroniką Ryan Packard. Obaj na razie z bardzo skromnymi dyskografiami. Ten drugi z pewnym doświadczeniem na polu muzyki współczesnej. A Rempis, jak to Rempis, prawdziwe frytowe zwierzę, gotowe rozszarpać każdego, kogo napotka na swojej muzycznej drodze. Polynya, to trzyczęściowa, niespełna godzinna opowieść, zarejestrowana w wietrznym mieście w styczniu bieżącego roku. Rempis gra tu swoje, dynamicznie improwizując, z wykorzystaniem wszystkich istotnych atrybutów swojej gigantycznej techniki gry na instrumentach dętych, drewnianych (alt, tenor, baryton). Silnie nadstawiam uszu, by w grze jego współpartnerów odnaleźć elementy, którymi mogliby się pochwalić przed czytającymi te słowa, ale póki co, nie słyszę niczego nadmiernie ekscytującego.

Płyta w formacie CD (co nie jest regułą na AR), oczywiście nadal mieni się zieloną barwą (high!), ale umówmy się w tym gronie, że jest to zasługa przede wszystkim doskonałego saksofonisty.


Arashi (Akira Sakata, Johan Berthling, Paal Nilssen-Love)  Semikujira  (Trost Records, 2016)

Semikujira zaczyna się bardzo spokojnie i z dużym poszanowaniem dla naturalnej ciszy, ale muzyka brzmi tajemniczo i ma w sobie zaszyty spory niepokój, wzmagany mazgnięciami klarnetu. I to nie jest przypadek! Ładunek emocji zostaje nam dostarczony już w drugim fragmencie, a erupcja następuje w fragmencie trzecim, zdaje się dla całości kluczowym. Freejazzowa wersja tradycyjnej pieśni japońskiej wznosi tę płytę na wyżyny i tak już zostanie do końca. Sakata, zawsze kompetentny i charakterny alcista, tu dodaje także swój niesamowity, prawdziwie samurajski głos (okrzyk!), który bezsprzecznie nadaje całości posmak sporej wyjątkowości.




Zaskakująco dobra płyta Akiry Sakaty, trochę przeze mnie niedocenianego weterana niejednej wojny free jazzu z resztą świata, tą zdecydowanie bardziej pokorną. No i jakże zasadna sekcja, szwedzko-norweska, twarda jak skała, ulotna jak promieniowanie po ataku nuklearnym wroga. Zdecydowanie pozostajemy przy rekomendacji high!


Large Unit  Ana (PNL Records, 2016)

Od razu przyznam się do rzeczy karygodnej, żeby mieć to już z głowy! To dopiero moje pierwsze spotkanie z Dużym Składem Paala Nilssena-Love, wybitnego norweskiego perkusisty freejazzowego. Na szczęście nie trafiło na głuchego, zatem już teraz, w ramach pokuty, obiecuję częściej się nad tą zacną inicjatywą muzyczną pochylać. A okazji nie zabraknie, bowiem Ana to już czwarta edycja płytowa Large Unit (w tym drobna ep-ka).

Czternastoosobowy skład! Bardzo rozbudowana sekcja rytmiczna, na którą składa się podwójny zestaw perkusyjny, podwójny zestaw instrumentów perkusyjnych (dość egzotycznych), dwa basy, w wersji akustycznej i elektrycznej, gitara elektryczna i dwie tuby, ponadto elektronika i cztery dęciaki. Personalnie sporo dobrej, skandynawskiej młodzieży młodszej i młodzieży starszej, muzyków, których nazwiska mówią nam już dużo, a nawet bardzo dużo (choćby Kjaer, Molstad, Stroem, czy Holmlander).




Najnowsza płyta Large Unit to trzy dynamiczne i – co oczywiste, wszak jesteśmy na płycie perkusisty – rytmiczne odcinki muzyczne, nagrane w okolicznościach studyjnych w roku ubiegłym. Choć tematy i zasady działania w zespole zostały z pewnością spisane przez Paala w procesie przygotowawczym (to przecież Duży Skład!), to swoboda w procesie improwizacji, pozostawienie dużej przestrzeni dla awangardyzacji poczynań w grupie, wreszcie kompetencje tworzących ją muzyków, sprawiają, że Anę słucha się wyśmienicie i bez krzty nudy, ani zbędnych dłużyzn, a godzina nagrania mija w mgnieniu oka. Doskonała płyta i oczywista zielona rekomendacja! High!


Full Blast  Risc (Trost Records, 2016)

Od debiutu Full Blast ładnych kilka lat temu, do tej elektrycznej formacji z udziałem Petera Brötzmanna (dęciaki), Marino Pliakasa (gitara basowa) i Michaela Wertmüllera (perkusja) nie wracałem nie tylko dlatego, że czas bywa bezcenny, ale również z powodów czysto artystycznych.




Słuchając dziś najnowszej produkcji FB Risc, dokumentującej ubiegłoroczne, londyńskie spotkanie z oklaskami, chwilami mam jednak drobne, z powodu tego zaniechania, wyrzuty sumienia. Oczywiście nadal nie jest to muzyka, która rwie mi serce, a gra Brotzmanna z rzadka przynosi dźwięki, których bym się nie spodziewał. Jednakże ciekawa brzmieniowo praca basisty przykuwa ucho dość skutecznie, a i aura subtelnej elektroniki spowijająca bębnienie perkusisty, daje skuteczny powód, by po tę muzykę sięgać częściej niż raz na kilka lat. Muzyka Full Blast pozostaje – co oczywiste - niezwykle dynamiczna, na iście rockowy sposób i nieco przyciężkawa, ale w niezobowiązującym odsłuchu samochodowym radzi sobie całkiem dobrze. W ramach kolorowania odczuć, pozostanę przy pierwotnym middle, jednakże podeprę się drobnym high.


Peter Brötzmann/ Heather Leigh  Ears Are Filled With Wonder  (Not Two Records, 2016)

I znów nasz niezmordowany 75-latek w dynamicznym zwarciu na scenie free! Tym razem jednak w dość ciekawym, damskim towarzystwie. Co więcej, w towarzystwie jeszcze ciekawszego instrumentu, a mianowicie pedałowej gitary (pedal steel gitar), której naczelną charakterystyką jest umiejętność zawodzenia (innymi słowy – płynnego modulowania dźwięku).

Krótkie, niespełna 30-minutowe spotkanie z ubiegłorocznej jesieni jazzowej w krakowskiej Alchemii. Fragment dłuższej rezydencji Petera podówczas, nie wiemy jednak, czy inne nagrania z tamtego, wieloosobowego spotkania odnajdą swój edytorski wymiar w przyszłości.




To wszakże jest dość smakowite, o tytule świetnie je komentującym, a z racji swej krótkiej formy, dalece nieprzegadane. Gra Pani (Panny?) o jakże filmowym nazwisku Leigh, oryginalna i przykuwająca uwagę. Peter oczywiście na tym tle rzeźbi swoje, acz niebanalnie wchodzi w interakcje z modulowanym gitarowym hałasem. Potrafi też być tu subtelnie i dziać się w nieśpiesznych tempach, z odrobiną wzajemnej empatii i nieudawanej radości grania. Pozostaję zatem przy rekomendacji high, gdyż to być może jedna z lepszych produkcji Brötzmanna w ostatnich latach.


Vladimir Tarasov/ Eugenijus Kanevičius/ Liudas Mockūnas  Intuitus (NoBusiness Records, 2LP 2016)

Cztery czarne strony dwóch winylowych krążków, trzy nazwiska muzyków, studyjne, wileńskie okoliczności spotkania. Weteran rosyjskiego bębnienia, wszakże litewski rezydent Tarasov, w opozycji do młodych, jurnych litewskich wyjadaczy, Kaneviciusa (kontrabas) i Mockunasa (saksofony), których kompetencje mieliśmy onegdaj okazję poznać w trakcie bardzo udanej kooperacji z Matsem Gustafssonem, która zresztą dała początek wytwórni NoBusinness Records (The Vilnius Explosion).




Panowie nagrywali w prywatnym, domowym studiu Tarasova, co niewątpliwie implikowało fakt, iż mieli dużo czasu i nikt, ani nic ich nie goniło. To słychać w tej muzyce! Jest czas na długie kreślenie tematu, są niekrótkie interwały na solowe popisy każdego z muzyków, jest wreszcie blisko półtorej godziny nagrania. Nie stanowi to bynajmniej jakiegokolwiek zarzutu. Tej muzyki słucha się znakomicie, a nawet w dynamicznych improwizacjach… nie brakuje nam czasu, by zawiesić ucho na niuansach. Jedynie nieadekwatny poziom ekspresji w niektórych partiach kolektywnych improwizacji (myślę tu w pierwszej kolejności o grze Mockunasa) i będący tego skutkiem, brak nadzwyczajnych emocji po stronie odbiorcy, sprawia, że całość Intuicji nie zasługuje na czyste high, zatem wsparte być musi niezobowiązującym middle.


Roy Nathanson  Nearness And You  (Clean Feed Records, 2016)

Nie ukrywam, że jakieś dwadzieścia lat temu lubiłem zasłuchiwać się w nowojorskiej muzyce z Downtown, a także w jej nieco wodewilowym wydaniu, spod znaku Johna Lurie i jego niezłomnego The Lounge Lizards. Była też podobna inicjatywa o nazwie The Jazz Passangers. Nie mogłem się wtedy nie zetknąć z saksofonem Roy Nathansona, puzonem Cutisa Fowlkesa, czy fortepianem Anthony’ego Colemana.

Zatem, skoro portugalski Clean Feed wydał płytę tego pierwszego z improwizowanymi duetami z udziałem tych kolejnych, Wasz Recenzent nie mógł tej płyty nie posłuchać. Na listę płac trafili tu także Marc Ribot (ta sama banda), Myra Melford, niezła pianistka, choć raczej z innej bandy, a także kompletnie mi nie znani - Lucy Hollier na puzonie i Arturo O’Farrill na fortepianie. Nagrano koncertowo w trakcie kilku dni czerwca roku ubiegłego.




Nagranie sprawia wrażenie trybiutu, ale rok urodzenia Nathansona nie wskazuje, iżby rok temu miał jakieś istotne, okrągłe urodziny. Wszakże nie to jest problemem tej rejestracji. Bardziej boli, iż zdecydowana większość duetowych incydentów jest najzwyczajniej nudna, by nie rzec słaba. O ile bronią się jeszcze duety z Ribotem i jego akustyczną gitarą, o tyle inne spotkania, zwłaszcza te z pianem, zieją nudą, niczym przepocony grubas ponętnym zapachem, letnią porą w opóźnionym autobusie. Gwoździem do trumny tego zestawu nagrań są… próby wokalne Roya. Facet kompletnie nie ma głosu, a próbuje śpiewać. Całość nabiera wymiaru satyrycznego i mnie skutecznie do Nearness and You zniechęca. Rekomendacja wstępna była żółta (middle), teraz już zdecydowanie smagam krwią po sztaludze i daję low!


Yoni Kretzmer 2Bass Quartet  Book II  (Out Now Recordings, 2015)

Yonatan Kretzmer to izraelski saksofonista (w każdym razie urodzony w Jerozolimie), kilka lat po trzydziestych urodzinach, ze stosunkowo skromnym dorobkiem płytowym. W moje ręce trafiła płyta nagrana na Brooklynie w bardzo amerykańskim i poniekąd frapującym składzie. Obok tenorzysty, na perkusji znany z niejednej udanej freejazzowej ekspozycji, Mike Pride i – co najważniejsze w tej produkcji – na dwóch kontrabasach, Reuben Radding (także dalece doświadczony Nowojorczyk) i Sean Conly, czyli jakby nie było, Kwartet Dwubasowy.




Book II - długi, blisko 80-minutowy materiał (choć drugi krążek, to ledwie jeden, 20-minutowy fragment), stworzony przez Kretzmera (określony na okładce płyty jako written ideas) i zgrabnie zagrany przez czwórkę bardzo dobrych improwizatorów. Sama gra lidera, póki co, nie zabija nadmierną oryginalnością (mam wrażenie, że człek jest jednak odrobinę speszony nowojorskim towarzystwem), a solą tej niezłej płyty są przede wszystkim dialogi kontrabasistów. Dla nich z pewnością warto wejść w posiadanie tego podwójnego zestawu CD. Dzieje się wiele, emocji nie brakuje.

Całe wszakże wydawnictwo oceniam, tak jak pierwotnie, na middle/high, a personalia Yoni Kretzmera zapisuję w pamięci, w oczekiwaniu na jego dalsze improwizowane przygody.


Slobber Pup  Pole Axe (Rare Noise Records,2015)

Toxydoll  Bullsheep (Aut Records, 2015)

Friends & Neighbors  Hymn For A Hungry Nation (Clean Feed Records, 2014)

Pierwotnie chciałem te trzy płyty omówić indywidualnie, ale – po niezbyt głębokiej analizie własnych zasobów czasowych – doszedłem do wniosku, że szkoda mi czasu na takie pisactwo, a i Waszego, na rozbudowaną lekturę, też w sumie nie warto marnować. Bo to… po prawdzie, po prostu słabe płyty.

Slobber Pup to kolejna próba zaistnienia na rockowo-noisowej scenie Matsa Gustafssona. W żmudnym i dramaturgicznie nieuzasadnionym procesie generowania hałasu wspomagają go nie byle jacy partnerzy – Joe Morris na gitarze elektrycznej, Jamie Saft na organach i Balazs Pandi na perkusji. Należy wszakże ubolewać nad faktem marnowania ich talentów (i czasu przy okazji), albowiem jedynie mocne przewartościowanie podejścia do koncepcji samej muzyki, mogłoby ją w moich oczach uratować.

Toxydoll to z kolei elektryczny kwartet, złożony z zupełnie nieznanych mi muzyków, którzy… dużo próbują, chwilami nawet potrafią zaskoczyć, ale po prawdzie świat jazzu słyszał już miliony takich płyt. Fajne są natomiast tytuły utworów, jak i całego krążka. Ten literacki walor Bullsheepa możecie śmiało prześledzić w necie, bez tracenia czasu na odsłuch samej muzyki.

Wreszcie Przyjaciele i Sąsiedzi ze Skandynawii. Klasycznie skonstruowany kwintet jazzowy. Osiem tematów idealnych na lekko zakrapiane jam session, dla nas to jednak ewidentna strata czasu. Nuda i wtórność.

Rekomendacje dla tych trzech krążków możecie wystawić już sami.



niedziela, 1 maja 2016

Brötzmann, Gjerstad, Gustafsson, Evans, Postaremczak, Sakata, Butcher i Cappozzo – zbiorówka kwietniowa, czyli kolejny odcinek cyklu „… Rok 2016 jednak trwa”


Każdy dzień obcowania z muzyką improwizowaną, w jakimkolwiek zresztą wymiarze gatunkowym, utwierdza mnie w przekonaniu, iż podtytuł tego bloga – Improwizowany Przewodnik w Czasach Nadprodukcji Dźwięków – ma pełne uzasadnienie merytoryczne.  Każdy tydzień przynosi bowiem nowe tytuły wydawnicze, a Wasz autor w pocie czoła słucha, słucha i słucha, a potem kreśli mniej lub bardziej niezgrabne opowieści na ich temat.

Być może bardziej wnikliwi Czytelnicy Trybuny Muzyki Spontanicznej dostrzegli w prawym jej rogu nową rubrykę „Odsłuchy Premierowe – wstępne rekomendacje” (uwaga! wersja telefonowa bloga nie daje do niej dostępu). To właśnie tam dzielę się z siecią globalną swoimi pierwszymi wrażeniami po przesłuchaniu nagrania, arbitralnie orbitując pomiędzy poszczególnymi odczuciami, sprowadzonymi do prostego podziału  low-middle-high (których ekspresyjność podkreślam odpowiednio kolorem czerwonym, żółtym i zielonym).

Dziś zatem czas na drobne resume ostatnich kilku tygodni w zakresie wydawnictw, jakie w różnym formacie, wylądowały w moich urządzeniach służących do odbioru muzyki. Na ogół są to rzeczywiście prawdziwe świeżynki (a zatem wyedytowane w roku bieżącym lub bezpośrednio go poprzedzającym), ale w ramach wartościowych (jakkolwiek) dodatków, pojawią się poniżej także płyty z datą o 3-4 starszą od wyżej przywołanych.



BodaBoda Duo & Peter Brötzmann  Modern Persuasion (Tyrfing Music, LP 2015)

Starszyzna na dobry początek. Peter Brötzman (rożki), nasz tegoroczny jubilat (75 wiosen dzwon już wybił), w ciekawym i niezwykle dynamicznym spotkaniu z duńskim BodaBoda Duo, którego personalnymi elementami składowymi są Jakob Thorkild (gitara elektryczna) i Bjřrn Heebřll (perkusja). Krótkie i zwarte spotkanie koncertowe z kopenhaskiego The Village. Całość, wydana na winylu przez zupełnie mi nie znany podmiot wydawniczy, trwa mniej więcej 35 minut, zatem nie jesteśmy narażeni na jakiekolwiek dłużyzny. Gitara z prądem nie męczy, Peter dmie jak zwykle konkretnie i na temat, perkusista nie przeszkadza. Zatem płyta udana po każdym względem. Brak tu rzecz jasna szczególnej maści nowatorstwa, ale zdecydowanie podsumowujemy Nowoczesną Perswazję skromnym high!



Peter Brötzmann/ Steve Swell/ Paal Nilssen-Love  Krakow Nights (Not Two Records, 2015)

Luty roku ubiegłego, krakowska Alchemia, a na scenie obok niestrudzonego Brötzmanna i jego dużo młodszego kompana niejednej muzycznej przygody Nilssena-Love, starszy Pan zza Wielkiej Wody z kompetentnym puzonem, czyli równie doskonale nam znany Steve Swell. Być może to właśnie jego delikatnie wyciszenie, szczypta melancholii w tonie instrumentu, czy dalece tu programowa nieśpieszność, sprawiają, że opowieści snute przez trio w wymiarze blisko 75 minut długimi fragmentami nie tryskają free erupcją, do której – mimo zaawansowanego wieku – ciągle zwykł nas zapraszać Brötzmann. Oczywiście mamy tu kolektywne zwarcia w półdystansie, a odpowiednia dawka hałasu jest nam dana, jednakże w Krakowskich Nocach śmiało możemy doszukać się luźnej wymiany myśli i kilku udanych solowych popisów (brawo Swell!). Paal w tym całym ambarasie toczy zmyślne pętle, a ja mogę się jeszcze pozastanowiać nad krótką notką, bo ciągle nie wiem, czy to middle, czy już jednak high.



Borah Bergman/ Peter Brötzmann/ Frode Gjerstad  Left (Not Two Records, 2016)

Ostatnie już w tej opowieści spotkanie z rurami Petera Brötzmanna. Tym razem – choć płyta datowana jest na rok bieżący – mamy jednak do czynienia ze starszym nagraniem, bo sprzed 20 lat (rejestracja z Festiwalu Jazzowego w norweskim Molde, z lipca 1996r.). Peterowi towarzyszy jego dobry znajomy, poniekąd gospodarz przedsięwzięcia, Frode Gjerstad i w tym gronie prawdziwy weteran (rówieśnik Milesa Davida i Johna Coltrane’a, przy tej okazji koncertowej już 70-latek), amerykański pianista Borah Bergman. Ten ostatni to prawdziwy freejazzowy zakapior i pianista naznaczony dużym arsenałem natręctw, typowych dla tego sortu muzyków (innym słowy, gra na ogół dużo i nie zawsze dopuszcza go głosu współpartnerów). Jego koncertowe zderzenie z takimi saksofonowymi petardami, jak Frode i Peter, mogło skutkować eksplozją hałasu o skutkach trudnych do oszacowania. Na szczęście w ogóle tego nie doświadczamy. Co prawda sama okładka sugeruje (wielkością czcionki, jaką podane są nazwiska muzyków), iż postacią główną koncertu jest jednak Borah (a w konsekwencji – jego natręctwa), to i w tym aspekcie spotyka nas miłe zaskoczenie. Hałas w edycji free jak najbardziej, ale w dawkach absolutnie przyswajalnych. Do tego sporo udanej kolektywnej pogadanki na temat, a także wiele momentów, gdy Bergman niespodziewanie milczy, a dwa czupurne saksofony pięknie interferują w ciekawych rejestrach, co podnosi jakość całości koncertu w stopniu znaczącym. Reasumując – zdecydowanie pozostajemy przy rekomendacji high.


Frode Gjerstad/ Luis Conte  Mirror Edges (FMR Records, 2013)

Monkey Plot & Frode Gjerstad  Monkey Plot & Frode Gjerstad (FMR Records, 2015)

Pozostańmy przez chwilę przy norweskim saksofoniście i przywołajmy dwie jego płyty, poczynione z muzykami, których z pewnością nie znacie, są to bowiem osoby, których koleje muzycznego życia są jeszcze zdecydowanie niezbadane (co więcej, także w wielkiej sieci próżno szukać rozbudowanych informacji).
Najpierw niespodziewane spotkanie Frode’ego z argentyńskim klarnecistą Luisem Conte. Niespodziewane, bo poczynione w dopołudniowej porze pewnego dnia w roku 2013, w Buenos Aires, w trakcie gdy Norweg miał przerwę w podróży i czekał na…. samolot (rzecz miała miejsce dokładnie od 9.30 do 12.00 !). Czytając liner notes Latynosa, mamy wrażenie, że było to dla niego niezwykłe przeżycie, tak w aspekcie czysto artystycznym, jak i w wymiarze jego całkowitej przypadkowości. Trzy kwadranse ciekawych studyjnych opowieści, nie rzadko w głośnych rejestrach, choć zdecydowanie w umiarkowanych tempach. Określenie sonorystyka winno tu paść i zdecydowanie pada, wieńcząc zabawę na poziomie high, jednakże z delikatną podpórką middle.

Drugie spotkanie to rejestracja studyjna z Oslo, gdzie Gjerstadowi towarzyszy trio Monkey Plot (Christian Winther, gitara, Magnus S. Nergaard, bas i Jan M. Gismervik, perkusja). W toku dociekań odautorskich udało się ustalić, iż muzycy ci wywodzą się prawdopodobnie z młodej, norweskiej sceny rockowej, a ich spotkanie z Frode’em w roku 2014 było być może pierwszym spotkaniem z muzyką improwizowaną. No i to – niestety – słychać. Wszyscy – wbrew proweniencjom młodych Norwegów, o których wspomniałem w poprzednim zdaniu – grają tu akustycznie i zdecydowanie w konwencji free improvisation. Mam jednak wrażenie, że na tym etapie ich muzycznego rozwoju, progi okazały odrobinę za wysokie. Frode stara się nieść muzyków w świat swobodnych improwizacji naprawdę nieśpiesznie i bez przedawkowania skali trudności, ale i tak efekt końcowy nie jest szczególnie frapujący. Mam tylko nadzieję, że ta lekcja free improv nie poszła w las. Będziemy śledzić uważnie dalsze losy Monkey Plot. A rekomendacja? Zdecydowanie i tylko middle.



Goat's Notes Cosmic Circus (Leo Records, 2016)

Naprawdę miło jest czasami odpalić dysk stworzony przez muzyków, których nazwiska nic ci nie mówią, a potem odebrać, dzięki nieskomplikowanemu procesowi odsłuchu, zdecydowanie dużą porcję przyjemności. Taka rzecz spotkała mnie w przypadku dziewięcioosobowej formacji Notatki Kozła i jej krążka Kosmiczny Cyrk. Ansambl jest personalnie ciekawą kooperatywą rosyjsko-francuską (nagrania z francuskiego Tore la Rochelle i Moskwy, nomen omen). W zestawie instrumentów - trzy dęciaki, pełna sekcja rytmiczna, zatem z fortepianem, no i aż trzy instrumenty smyczkowe, niczym wisienka na torcie. Muzycy improwizują w oparciu o gotowe kompozycje zdecydowanie jazzowej proweniencji, a smaczku tej naprawdę udanej zabawie dodają rzeczone skrzypce, wiola i wiolonczela. To w zasadzie dzięki nim, ich pazerności na przejmowanie inicjatywy w trakcie aż piętnastu niedługich opowieści, ta płyta bezwzględnie mi się podoba i po więcej niż premierowym odsłuchu spokojnie stawiam przy Cosmic Circus  grupy Goat’s Notes jakże adekwatne high.


Mats Gustafsson  This Is From The Mouth (Utech Records, LP 2016)

Czas najwyższy zapodać konsekwentnie czerwone low. Ofiarą niech będzie kolejna próba zaistnienia na niwie rockowo-noise’owej znakomitego szwedzkiego saksofonisty Matsa Gustafssona i krótka – dzięki Bogu!!! – winylowa płyta To idzie prosto z paszczy.  Dwóch perkusistów, podających nieskomplikowany rytm (sam pewnie dałbym radę) i generator szumów i zgiełków, z którego w drugiej części 17-minutowej, jedynej „kompozycji” na tym jednostronicowym winylu, wyłania się ostro zmutowany pisk saksofonu (a jednak!). Jedyną zaletą tej płyty jest długość jej trwania.
Przy okazji przywołania w tej opowieści postaci Matsa Gustafssona, winien Wam jestem kilka zdań o krążku Melt Tria Gustafsson/ Pupillo/Chippendale (Trost Records, 2016). Ale szkoda mi czasu.
Oczywiście żyjemy w wolnym świecie (jakkolwiek trudne jest to określenie w dzisiejszej rzeczywistości geopolitycznej), zatem każdy muzyk niech gra, co mu na myśl tylko przyjdzie, ale mnie po prawdzie po prostu szkoda energii doskonałego improwizatora na te jego szaleństwa rockowe (Fire!, spora dawka płyt z Thurstonem Moorem, czy pozycje przywołane w tym bloku recenzji, etc.). Co więcej, słuchając co raz rzadszych free improv produkcji Matsa (choćby ubiegłoroczne spotkania z Agusti Fernandezem), mam wrażenie, że cierpi na tym jakość jego improwizacji. I to tyle w tym temacie.



Premature Burial (Peter Evans/ Matt Nelson/ Dan Peck) The Conjuring (New Atlantis Records, LP 2015)

Kolejny winyl w naszym dzisiejszym przeglądzie – Przedwczesny Pogrzeb (Premature Burial), to bardzo interesujące trio, sformowane przez doskonale nam znanego nowojorskiego trębacza Petera Evansa i mniej mi osobiście znanych – Mattsa Nelsona (sax) i Dana Pecka (tuba). W żmudnym procesie stosunkowo swobodnych improwizacji dwaj ostatni panowie korzystają niezobowiązująco z elektroniki i efektów specjalnych, osiąganych na kilometrach kabli. Conjuring (Sztuczki Magiczne), to ich pierwsze dziecię i to wcale nie przedwczesne. Ledwie 35 minut muzyki (winyl ma swoje prawa!), podzielonej na cztery tytuły. Zdecydowanie zyskuje przy częstym poznaniu (jak pięknie brzmi ta zmutowana tuba!) – zatem z przyjemnością zmieniam pierwotne middle na docelowe high. I liczę, że tytułowy Pogrzeb nie dotyczy dalszych perspektyw współpracy tej trójki muzyków.



Purusha (Postaremczak/ Traczyk/ Szpura)  Cosmic Friction (ForTune Records, 2015)

Czas na wątek krajowy w naszej opowieści. Pawła Postaremczaka większość kojarzy zapewne z formacją Hera, Wacława Zimpela. Rodzimy saksofonista tenorowy, o bardzo konkretnym i zdecydowanym soundzie, czerpiący pełnym garściami, dodajmy umiejętnie, ze spuścizny po Johnie Coltrane’ie, realizuje się artystycznie także bez udziału przywołanego wyżej klarnecisty. Pamiętam onegdaj bardzo udany jego koncert w duecie z perkusistą Pawłem Szpurą w poznańskim Dragonie (tak przy okazji – podjąłem całkowicie daremny trud spisania wszystkich koncertów, na jakich byłem w  swym dość długim już życiu. Zapraszam do działu Pokrewne Namiętności i inne archiwalia, podstrona: Moje koncerty – Tu Byłem!!!).
A tu formacja Purusha, w składzie której, obok imiennika perkusisty z w/w koncertu, odnajdujemy także kontrabasistę Wojtka Traczyka. Cała trójka ma rodowód zdecydowanie poznański, ale nagranie Kosmicznego Nieporozumienia powstało w Warszawie i jest rejestracją studyjną. Dysk trwa ponad pięćdziesiąt minut, a Postaremczak, na ułamek sekundy nie wyjmujący instrumentu z ust, potrafi perfekcyjnie utrzymać zainteresowanie słuchacza. Sekcja nie chce być tu gorsza, brzmienie jest perfekcyjne (lekki brud na saksie – miód, malina!), a opowieści skomponowane (tu szczególnie aktywny jest Traczyk), ale dające dużo przestrzeni dla wyjątkowo kompetentnych improwizacji. Doskonała płyta i nie chce być inaczej. Totalne high!


Ziv Taubenfeld/ Shay Hazan/ Nir Sabag  Bones (Leo Records, 2016)

Brzmienie nazwisk muzyków  odpowiedzialnych za powstanie Kości nie budzi wątpliwości, co do ich semickich korzeni. Młodzi Izraelczycy śmiało wkraczają w mroczny świat muzyki improwizowanej i czynią to nad wyraz zgrabnie. Klarnet basowy, bas, perkusja, kilka kompozycji Ziva, który robi tu w pewnym stopniu za lidera, sprawnie wyimprowizowanych i czego chcieć więcej. Rekomendacja na razie middle, ale z wyraźną tendecją w kierunku high. Będziemy się bacznie przyglądać tej trójce.



Akira Sakata/ Giovanni Di Domenico/ Roger Turner/ John Edwards 15.01.14 (OTOroku, 2016)

Jeśli OTOroku, to londyńskie Café Oto. Jeśli ten fajny klub, to i kolejna (po Roscoe Mitchellu i Charlesie Gaylu) konfrontacja weterana spoza Europy z wyjątkową kompetencją sekcją brytyjską – John Edwards/ Roger Turner. W roli zaproszonego japoński saksofonista Akira Sakata (tuż po 70 urodzinach), którego wspiera także włoski pianista Giovanni Di Domenico (tuż przed 40 urodzinami, dla odmiany). Co ciekawe, to już druga kwartetowa przygoda Sakaty w Cafe Oto (wcześniej za bębnami zasiadł Steve Noble). Rejestracja z klubowego koncertu, krótsza niż trzy kwadranse, dostępna jest na razie tylko w plikach elektronicznych, a zawiera bardzo jazzową muzykę, choć po prawdzie improwizowaną bez specjalnych wskazówek przednagraniowych. Sakata – jak wiemy z historii free jazzu – potrafi pohałasować, ale tu nie czyni tego zbyt często. Sekcja gra jak Bóg przykazał, równo wedle miedzy, a na tym tle ciekawie odnajduję pianistykę Włocha, którego przy okazji koncertu z Oto mam okazję słyszeć po raz pierwszy. Mimo zadowolenia z odsłuchu, jedynie kategoria middle, głównie z uwagi na dużą wtórność tej muzyki. Choć wcale nie narzekam.


Common Objects (John Butcher/ Rhodri Davies/ Lee Patterson)  Live In Morden Tower (Mikroton Recordings, 2013)

Ładnie wydane, limitowane wydawnictwo Mikroton Recordings z muzyką trójki, tak improwizatorów, jak i wytrawnych preparatorów dźwięku. Na początek cztery minuty rozgrzewki dla Rhodri Daviesa i jego elektrycznej harfy, potem niecałe pięć dla Johna Butchera, kilku saksofonów i drobnych urządzeń wzmacniających dźwięk, a następnie ponad siedem dla Lee Pattersona oraz zestawu kabli i skrzynek wzmacniających procesy (cokolwiek byśmy tym mianem określili).  Po tak udanych przedbiegach, cała trójka melduje się na scenie Morden Tower w Newcastle, by przez blisko 32 minuty realizować improwizację grupową. Jak grupowo, to poniekąd wzniośle i konkretnie, i śmiało, i zdecydowanie wspólnie. W dorobku wybitnego saksofonisty Butchera nie jest to z pewnością opus magnum, ale śmiało rekomendujemy na high!




2° étage (Christine Wodrascka/ Jean-Luc Cappozzo/ Gerry Hemingway)  Grey Matter (NoBusiness Records, 2013)

Carlos Alves Zingaro/ Jean-Luc Cappozzo/ Jérôme Bourdellon/ Nicolas Leličvre  Live At Total Meeting (NoBusiness Records, 2012)

Na sam już koniec dzisiejszej dość obszernej opowieści, chciałabym definitywnie zarekomendować dwa nieco starsze krążki. Oba wydane przez litewski NoBusiness Records, oba z udziałem francuskiego trębacza Jean-Luca Cappozzo (z którym zresztą, nie dalej jak jesienią ubiegłego roku, spotkałem się koncertowo przy okazji występu Globe Unity Orchestra na warszawskim Ad Libitum).
Pierwszy krążek to bardzo swobodne improwizacje w wersji studyjnej na trąbkę, piano i perkusjonalia. A te ostatnie w rękach znamienitego Gerry'ego Hemingwaya (lata spędzone w kwartecie Braxtona nie będą mu zapomniane!). Przyznam, że w tak rozwichrzonym improwizacyjnie zestawie jeszcze go nie słyszałem. A wypada, tak jak cała trójka, znakomicie. Bezwzględnie high.
Drugi incydent litewski z udziałem Cappozzo, to kwartet z Carlosem Zingaro (skrzypce) i dwójką mniej mi znanych francuskich improwizatorów (flecista-klarnecista i perkusjonalista). Tym razem opowieść koncertowa ze znanego niemieckiego festiwalu free improv. Też bardzo na temat i z dużą dawką bardzo zmyślnych kooperacji na cztery głowy i ośmioro rąk. Tu także, po pewnych wątpliwościach przy okazji odsłuchu premierowego, stawiam wyraźne high.




wtorek, 23 lutego 2016

Peter Brötzmann – „Piękne Kłamstwa” i szczypta wspomnień u progu 75 urodzin



Osobiście nie wybieram się do stolicy naszego dziwnego kraju, by przez kilka dni celebrować 75 urodziny Petera Brötzmanna, jednakże ów incydent kalendarzowy jest dla mnie wystarczającym powodem, by saksofoniście z Wuppertalu poświecić kilka chwil w niniejszym poście.

Jakkolwiek urodziny w Pardon, To Tu zapowiadają się bardzo ciekawie, choćby z powodu uczestnictwa w nim japońskiego trębacza Toshinori Kondo, który w Europie koncertuje rzadko, by nie rzec w ogóle jego stopa nie styka się z ziemią wiecznych odkrywców. O Nim także słowo w dalszej części tej opowieści.



Tu, nieśmiało rozpoczynając celebrację jakże zacnych urodzin, znajduję dobry moment na pochylenie się nad najnowszym wydawnictwem z udziałem Petera. W potoku duetów, ujawnień trzyosobowych i kwartetów eksplorowanych usilnie przez Brötzmanna w ostatnich latach (często przy kompetentnym wsparciu muzyków brytyjskich, np. patrz: post dotyczący wytwórni Clean Feed…), dzieło owo stanowi coś nietypowego i absolutnie świeżego. A na myśli mam Beatiful Lies (NEOS JAZZ, 2016), dysk będący rejestracją spotkania z nonetem ICI Ensemble. Przyznam, że z tą formacją spotykam się po raz pierwszy (choć nie całkiem dawno nagrali oni także płytę z Williamem Parkerem). Jest to skład niemieckich muzyków średniego i starszego pokolenia (których nazwiska po prawdzie nic mi nie mówią), a ich narzędziami pracy są instrumenty dęte, tak blaszane, jak i drewniane, piano, bas, perkusja i szczypta nienachalnej elektroniki. Sam Brötzmann  tradycyjnie wymiata na tenorze, tarogato i klarnecie. Dodajmy wymiata, jak na jego standardy, stosunkowo spokojnie, nieśpiesznie, a w kluczowych momentach mozolnych, kolektywnych improwizacji doprawdy nostalgicznie. Sama orkiestra ICI nie rujnuje nam swą nadmierną odkrywczością wizerunku porządnego free jazzowego ansamblu, ba, chwilami zabawa w dźwięki jest wyważona, precyzyjna i niezwykle selektywna. Innymi słowy, nie ma rewolucji, jest za to bardzo udana płyta, która stać się może dobrą okazją do życzenia Peterowi kolejnych 75 lat owocnych muzycznych przygód.

Gdy już poznacie “Piękne Kłamstwa” zachęcam do przypomnienia sobie szczególnie udanych pozycji w dyskografii jubilata, które światło dzienne ujrzały w trakcie minionych dziesięciu lat, a które opisałem na potrzeby portalu diapazon.pl w latach 2006-2009.


Brötzmann / Kondo / Pupillo / Nilssen-Love  Hairy Bones  (Okka Disc, 2009)

Czyżby powrót Die Like A Dog Quartet, nie tylko w mojej opinii, formacji stanowiącej swoiste opus magnum w przebogatym muzycznym życiu Petera Brötzmanna? I tak, i nie - rzekłbym przekornie.

Tak, bo znów Toshinori Kondo na elektronicznie przetworzonej trąbce, do spółki z Peterem Brötzmannem (alt, tenor, klarnet i tarogato) zabierają nas w szaleńczą, transową podróż po bezkresach naszej muzycznej świadomości. To rodzaj podróży, której nie lubimy kończyć przedwcześnie.



Nie, bo sekcji William Parker / Hamid Drake nikt nie zastąpi, dodatkowo Massimo Pupillo gra na basie elektrycznym (notabene - kolega z topornego heavyjazzowego ZU). No i Paal Nilssen-Love, to zupełnie inny drummer niż Drake (jakkolwiek, równie wspaniały).
W kontekście jednakże zawartości tego blisko 70-minutowego koncertu z Amsterdamu (zarejestrowanego we wrześniu ubiegłego roku) powyższe dywagacje nie mają większego znaczenia. Wspaniała muzyka! Przedni zastęp dęciaków równie doskonale, jak na produkcjach Die Like A Dog (co dla wielu będzie wystarczającą rekomendacją), prowadzi niezwykle konstruktywny dialog. Gęsta gra Paala Nilssena-Love na perkusji (jakżeby inaczej) stwarza ku temu znakomitą bazę, a zaskakująco wyważona, basowa ściana dźwięku generowana przez wiosło Pupillo, to dodatkowo solidny punkt odniesienia (gdzie mu tam do Laswellowskiego zrywania parkietu w Kongresowej - i bardzo dobrze!).

Koncert podzielony został na dwa fragmenty (ciszy pomiędzy nimi jednak nie uświadczymy). Zaczynamy od gwałtownego trzęsienia ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Na początku fragmentu drugiego popadamy w lekką zadumę (piękna gra Kondo i delikatny sound Pupillo!), by potem krwiście zafiniszować (kolektywnie, w pełnej ekstazie, ku radości wszystkich słuchających). No i bardzo niepoprawna politycznie okładka. Reasumując - jeden z najpoważniejszych (jak dotąd) kandydatów na płytę roku!


McPhee / Brötzmann  / Kessler / Zerang  The Damage Is Done  (Not Two, 2009)

Panów Brötzmanna , McPhee, Kesslera i Zeranga znamy świetnie (m.in. doskonale pamiętamy, iż to 40% roztwór Chicago Tentet!), widzieliśmy na wielu koncertach i podziwiamy od lat (nota bene, czyż wielu wspaniałych free jazzowych mistrzów zza wielkiej wody, i nie tylko, nie powinno od dawna posiadać polskiego obywatelstwa?). Jako kwartet mają w dorobku dwa ujawnienia ("Tales Out Of Time" u Kapeluszników i "Guts" na OKKA Disk), a ubiegłej wiosny zawitali do naszego urokliwego kraju, celem popełnienia wspaniałego koncertu w najbardziej obleganej piwnicy współczesnej Europy Środkowej, czyli krakowskiej Alchemii. Wytrawny eksplorator ważnych free wydarzeń, Marek Winiarski rzecz zarejestrował i wydał na podwójnym CD (po raz pierwszy Not Two w takim formacie!).



Panowie zagrali dwa regularne sety (w wymiarze dwóch połówek meczów piłkarskich plus extra time) i gratisowy set trzeci (dogrywka z udziałem tria Freda Lonberga-Holma, który przypadkiem grał w Krakowie w wigilię tego zacnego koncertu). Na płytach niestety nie słyszymy owej dogrywki, a szkoda, bo Wasz recenzent słyszał te dźwięki i z radością donosi, że bezwzględnie warte były publikacji. Stało się jak stało - nie narzekajmy wszakże, bo dostaliśmy 95 minutowy jesienny killer do wielokrotnego odsłuchu. Panowie raczą nas free jazzem, będąc w doskonałej formie i dzieląc swoje swobodne improwizacje na sześć fragmentów opatrzonych tytułami. Skoro dyspozycja dnia wszystkich muzyków absolutnie topowa, to i koncert na długo zapadnie w Waszej pamięci. Co warte podkreślenia, wiele w tej muzyce fragmentów ewidentnie wyciszonych, pełnych nostalgii (jak dobrze, że płyta ujrzała światło dzienne jesienią), w czym szczególnie gustuje Joe McPhee, a i Peter Brötzmann wie, że wszystkiego nie da się załatwić hałasem. Ot, jeden w pewniaków na doroczne listy best of - polecam od pierwszego do ostatniego dźwięku!


Peter Brötzmann / Peeter Uuskyla   Born Broke  (Atavistic, 2008)

Blisko 100-minutowe spotkanie starych znajomych (nagrane we wrześniu 2006 r. w Szwecji) – pozostającego wciąż w genialnej formie Brötzmanna (tegoroczne koncerty w Polsce dowodzą tego najdobitniej) i jego starego kumpla ze Skandynawii – Uuskyli (najczęściej grywali dotąd w triu z Friisem-Nielsenem).



Uuskyla jest dość specyficznym perkusistą (nie wszyscy za nim przepadają), albowiem jego gra wydaje się pozornie pozbawiona lekkości i polotu typowego dla naszych ulubionych freejazzowych pałkerów. Wszakże jego nieco "kanciasta" poetyka idealnie wpasowuje się z estetykę kipiącego energią Brötzmanna (nie chcę przez to powiedzieć, że on też gra bez polotu...). Ale dość tych ambiwalencji – dostajemy naprawdę świetny kawał rasowego free, składający się z czterech fragmentów opatrzonych tytułami, na dwóch dyskach. Absolutnie i bezwarunkowo polecam, zwłaszcza tym, którzy nie doceniają roboty Uuskyli!


Brötzmann / Yagi / Nilssen-Love   Head On  (Idiolect, 2008)

Ubiegłoroczny koncert z niemieckiego "Manufaktur". Nazwiska Petera Brötzmanna i Paala Nilssen-Love'a padają na tych łamach tak często (i z takim poziomem natężenia zachwytu), że określenie niniejszego koncertu mianem wspaniałego trąci banałem. Niemniej trudno od takiej cenzurki uciec, albowiem jest jeszcze trzeci powód takiej, a nie innej percepcji tej muzyki - to kolega (koleżanka) Yagi grający (grająca) na 17 i 21-strunowym koto (przepraszam za te dylematy płciowe, ale człeka nie znam, a z nieostrego zdjęcia na okładce wynika, iż to kobieta o absolutnie męskich ramionach).



Ten, skądinąd wspaniale brzmiący instrument, nadaje improwizacjom naszych ulubieńców niebywałej, nieco onirycznej, niemal transcententalnej metaforyki. Chwytamy znane nam (i wspaniałe) dźwięki saksofonu i perkusji Panów PB i PNL jakby innymi receptorami słuchu, inną częścią naszego freejazzowego mózgu. Trzy samodzielne odcinki muzyczne. Naprawdę wyjątkowa płyta!


Peter Brötzmann / Michael Zerang Live in Beirut 2005  (Al Maslakh, 2006)

Nie jest to może wyjątkowy świeżak, a rzecz nagrana blisko trzy lata temu, ale z uwagi na niełatwy do niej dostęp (kupiłem na koncercie Brötzmanna w Gdyni), dla wielu będzie to z pewnością nowość. Trzecia pozycja w katalogu libańskiego wydawnictwa, to koncert dwóch wyjątkowych kolesi - Petera Brötzmanna (bez introdukcji) i Michaela Zeranga (białego odpowiednika Hamida Drake'a), nagrany na środku pustyni, czyli w Bejrucie.



Nie liczcie zatem na jakąś wyjątkową jakość dźwięku (pustynia ma swoje prawa), ale to co dostają w zamian Wasze narządy słuchu wynagrodzi wszelkie akustyczne niedogodności. Wspaniały koncert! Brötzmann niepozbawiony dalekowschodniego zaśpiewu i samonapędzającej się skłonności do raczenia nas uroczymi melodiami (oczywiście w ramach freejazzowej konwencji), Zerang czujny w każdym momencie saksofonowych erupcji, grający każdą dostępną kończyną. Lektura obowiązkowa! A i język arabski można sobie podszkolić czytając wkładkę do CD (płyta wydana w kopercie).


Brötzmann / Nilssen-Love / Gustafsson   The Fat Is Gone  (Smalltown Superjazz, 2007)

Spotkanie takich trzech gigantów europejskiego free nie może ujść naszej uwadze. Ubiegłoroczny koncert z Molde, wydany w zacnych szeregach norweskiej Smalltown, edycja jazzowa. Trzy ostro kopiące fragmenty. Totalne erupcje soczystych improwizacji free, okraszone chwilami sonorystycznej zadumy.



Choć wiele już słyszeliśmy równie pasjonujących koncertów, w tym jest to coś, co pozwala nam zakwalifikować nagranie do kategorii – muzyczne wydarzenie roku. Jedni docenią kunszt Gustafssona (chwile zadumy), inni rozpłyną się nad siłą środków wyrazu Brötzmanna (erupcje free), a ja ze swej strony zwracam uwagę na genialną drumerską robotę Nilssena-Love. On jest kołem zamachowym tej szalonej historii i to być może jemu należy przyznać palmę przodownika pracy.

Best wishes, Peter !!!!