Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrew Lisle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrew Lisle. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 czerwca 2026

Wilkinson, Doskocz & Lisle and Fire in POZnań!


Poznańskie, jakże spontaniczne akcje improwizowane przyczyniły się w ostatnich latach do powstania niejednego międzynarodowego składu, który uroczo pożenił krajową moc twórczą z jej zagranicznym odpowiednikiem.

Oto kolejny przykład. Na kasecie wydanej w dalekiej Irlandii odnajdujemy dwóch pełnokrwistych londyńczyków - saksofonistę i klarnecistę Alana Wilkinsona i perkusistę Andrew Lisle’a oraz polskiego gitarzystę Pawła Doskocza. Tych dwóch ostatnich śmiało mogłoby być synami tego pierwszego, ale czy wiek w soczystej, free jazzowej improwizacji ma jakiekolwiek znaczenie?

Ich drogi zbiegły się zimą dwa lata temu, zaowocowały intrygującą trasą koncertową po Polsce, a fonograficznie dokumentują się nagraniem powstałym w trakcie ich pierwszego wspólnego koncertu - oczywiście w Poznaniu, oczywiście w Dragon Social Club, pod jak zawsze ognistymi sztandarami cyklu koncertowego Spontaneous Live Series.

  


Koncert składa się z dwóch długich, zdecydowanie ponad dwudziestominutowych improwizacji i jednej krótszej, niespełna dziesięciominutowej, umieszczonej na wydawnictwie pomiędzy tymi dłuższymi.

Muzycy rozpoczynają spektakl bez inicjacyjnych ceregieli. Ostro, kolektywnie z bystrym free jazzowym przesłaniem. W tej fazie nagrania podobać się może szczególnie koherentność brzmienia gitary i altu, która unaocznia się w strefie fraz wysokich. Z kolei perkusja trzyma kontakt z podłożem, buduje groove i sprawia, że całość gna do przodu z odpowiednią asekuracją. Już po pięciu minutach opowieść studzi się i przez kilka chwil dryfuje niesiona gitarowymi flażoletami, tworząc rodzaj psycho-ballady z dźwiękami preparowanymi, a także odgłosami z gardła saksofonisty. W stadium kolejnej galopady trio wchodzi po mniej więcej dwunastu minutach – kocie ruchy perkusji, free jazz dęciaka i rockowy temperament gitary lepią się w bardzo ekspresyjną strugę fonii. Po drobnym przesileniu narracja przepoczwarza się w duet sax & drums, a potem na krótką chwilę w plamę gitarowego ambientu. Na ostatnie kilka minut pierwszej odsłony na scenie pojawia się klarnet basowy, który daje dodatkowy impakt muzycznym pomysłom całej trojki. Najpierw groźnie mruczy, a potem zabiera wszystkich na zionącą ogniem i siarką przebieżkę. Nim utwór ostatecznie przygaśnie dostajemy jeszcze smakowity duet klarnetu i gitary.

W drugiej części starszy z Anglików pozostaje przy nisko brzmiącym dęciaku. Medytuje, zachęca kolegów do interakcji. Opowieść najpierw przypomina kolejną inkarnację psycho-ballady, potem niesiona klarnetowym ogniem pokonuje istotne wzniesienie. Wieńczy swój los w oparach gitarowych preparacji.

Trzecia opowieść przez wiele minut toczy się w mrocznych odmętach klarnetowej tuby, dark ambientowej gitary i rezonujących talerzy perkusyjnych. W stadium bardziej intensywne wprowadza trio akcja perkusisty, dodatkowo podkreślona ekspresją gitarzysty. Przez moment narracja jest duetem, co starszy z Anglików wykorzystuje do zmiany instrumentu na saksofon altowy. Po kilku definitywnie radosnych podskokach Wilkinson dorzuca frazy gardłowe, które nie pozostawia bez echa zarówno Doskocz, jak i Lisle. Niedługo potem muzycy przechodzą do fazy wystudzonej finalizacji z kolejną tego wieczoru szczyptą gitarowej psychodelii, a także repetycji.

 

Wilkinson / Doskocz / Lisle Trio in POZ (Fort Evil Fruit, Kaseta 2026). Alan Wilkinson – saksofon altowy, klarnet basowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagrane w Dragon Social Club, Poznań w ramach cyklu Spontaneous Live Series, luty 2024. Trzy improwizacje, 60 minut.

 

 

wtorek, 3 marca 2026

Keeffe, Lisle & Serries in Intangible Construct!


Belgijskie wydawnictwo A New Wave Of Jazz otwiera nowy rok kolejnym smakowitym albumem z akustycznym free impro, prezentując go, podobnie jak kilka poprzednich, jedynie w digitalnej formule.

Na deskach brukselskiego studia nagraniowego trójka świetnie nam znanych artystów, którzy nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji, choć trzeba zauważyć, iż trębaczka Charlotte Keeffe nie gości aż tak często na płytach labelu, jak jego szef, gitarzysta Dirk Serries i jej brytyjski kompan, perkusista Andrew Lisle. Słuchając tego albumu warto zapisać sobie w głowie, iż całkiem prawdopodobnym jest fakt, iż artyści ci jesienią wylądują na pewnym spontanicznym festiwalu w Polsce, w ramach dużej, definitywnie free jazzowej załogi.

Tu zagrali bardziej subtelnie, w pełni akustycznie, wyczuleni na każdy dźwięk, każdy niuans dobrze unerwionej dramaturgii zdarzenia. Definitely welcome!

  


Pierwsze dźwięki nagrania wyłaniają się ze szmeru, jakie dostarcza studyjne urządzenie, które być może jest wentylatorem, a może wzmacniaczem podpiętym pod akustyczną gitarę. Minimalistyczny początek, pewna powolność, drobne zawahanie, to tylko kilkudziesięciosekundowa poza, z której wyłania się nerw dobrze dociążonej emocjami narracji. Najpierw rozkołysanie, potem skok na głębszą wodę. Druga improwizacja trwa tu kilkanaście minut, a jej pierwszą połowę wypełnia balansowanie na granicy ciszy. Jesteśmy w pieczarze ledwie słyszalnego post-ambientu, gdzie każdy półdźwięk, czy mikrofaza zasługują na miano szczególnie urokliwej. Z tej magmy ciszy wyłania się wreszcie gitarowy akord, potem plama z trębackiego wentyla i uderzenie w krawędź werbla. Bardzo zmienna narracja szybko wyprowadza muzyków na ekspresyjne wzniesienie. Całość wieńczy krótkie solo perkusji.

Trzecią improwizację zaczyna ten, kto kończył poprzednią. Tu początek także jest żmudny, ale nasycony dobrze słyszalnymi frazami. Najpierw artyści osiągają pewną powtarzalność, dopiero potem cisną na gaz. W ogniu koherentnej wymiany ciosów odnajdują się wszakże dopiero pod koniec utworu, który trwa prawie dziesięć minut. Finałowa opowieść budowana jest z drobnego, dość lekkiego budulca, ale od startu ma specyficzną dynamikę. Chwilami to niemal zabawy w modelowe call and response. Kameralny posmak, dialog trąbki i gitary, wreszcie perkusja, która pracuje niczym metronom. Po krótkim epizodzie mrocznego i rezonującego spowolnienia improwizacja nabiera masy właściwej, płynąc strugą rzewnej, trębackiej melodii sączonej przez zaciśnięte gardło. Smyczek na gryfie gitary, to kolejna wisienka na tym smakowitym torcie.  

 

Keeffe, Lisle & Serries Intangible Construct (A New Wave of Jazz, DL 2026). Charlotte Keeffe – trąbka, Andrew Lisle – perkusja oraz Dirk Serries - archtop guitar. Nagrane w Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Bruksela, kwiecień 2022. Cztery improwizacje, 33 minuty.



wtorek, 1 lipca 2025

The Relative Pitch’ spring outfit: Exhaust! Hyperboreal Trio! Cimini! Sanchez!


Lato wystartowało z kopyta, czas zatem najwyższy, by sięgnąć po … wiosenne premiery jakże płodnego The Relative Pitch Records. W kwietniu i maju nowojorski label zrealizował osiem produkcji, z których do wnikliwego omówienia wybieramy cztery. Wszystkie, jak zawsze, dostępne są w poręcznym formacie dysku kompaktowego.

Najpierw na recenzencki warsztat weźmiemy dwa post-jazzowe albumy zrealizowane w składach trzyosobowych, w których wodzirejskie, saksofonowe role pełnią Panie – jedna z Argentyny, druga z Danii. Potem sięgniemy po dwa albumy solowe, bardziej eksperymentalne – tu w roli podmiotu wykonawczego znów Panie – w pierwszej kolejności Amerykanka, potem Argentynka. Duże emocje przed nami, so welcome!



 

Camila Nebbia, Kit Downes & Andrew Lisle Exhaust

Morphine Raum, Berlin 2023: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Kit Downes – fortepian oraz Andrew Lisle – perkusja. Sześć improwizacji, 40 minut.

To trio, konsumujące gorące nazwiska na europejskiej scenie muzyki kreatywnej, gościliśmy w Polsce pod koniec marca. Album, który dociera do nas kilka tygodni później potwierdza wszelkie walory tej trójki. Swoboda działania, mistrzowski warsztat, dobra kontrola emocji, definitywnie zróżnicowane i niebanalne frazowanie. To album, którego nie sposób nie polubić, choć po prawdzie niczego wielkiego nie odkrywa.

Po swobodnym, niezobowiązującym, jakże jazzowym otwarciu, muzycy w drugiej, najdłuższej opowieści odbywają intrygującą drogę od mrocznej ballady do krwistego free jazzu. Droga powrotna wiedzie przez klasycznie brzmiący duet perkusji i piana, a jej koniec znów płynie strugą mrocznej ballady, okraszonej blaskiem rezonujących talerzy. W kolejnej odsłonie ponownie leniwy, mroczny start z Nebbią w roli głównej, która zbiera frazy z samego dna, a po nim jakże intrygujący rozbłysk, niesiony nerwowym, niepowtarzalnym drummingiem Lisle’a. Czwarta opowieść jest filigranowa, lepiona z drobiazgów, ale bodaj najpiękniejsza na całym albumie. W ostatnich dwóch opowieściach odnajdujemy sporo dynamicznych, post-jazzowych, ale i post-klasycznych fraz ubranych w zwinne, niebanalne opowieści. W tej pierwszej bywa bardzo śpiewnie i niekiedy dość łagodnie. W tej drugiej nade wszystko zadziornie, niemal free jazzowo. Improwizacja zaczyna się wprawdzie w katakumbach cool-jazzu, ale kończy na ostatnim piętrze nowojorskiego loftu.



 

Emmeluth, Håker Flaten & Filip Hyperboreal Trio

Northern Studios, Trondheim, Norwegia, maj 2023: Signe Emmeluth – saksofon altowy, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Axel Filip – perkusja. Siedem improwizacji, 43 minuty.

Kolejne trio także twardo stąpa po post-jazzowym gruncie. Zadziorna, nerwowa, ciągle gotowa do ataku saksofonistka, kontrabasista szyjący raz za razem kolejne pętle ciekawej narracji i wszędobylski perkusista, która pełni tu nie tylko rolę odpowiedzialnego za dynamikę i domykanie wątków. Wartka opowieść nie ma słabych punktów, jakkolwiek wraz z rozwojem sytuacji dramaturgicznej wydaje się zbyt często powielać pomysły i rzadko urozmaicać środki artystycznego wyrazu.

Pierwsza improwizacja konsumuje wszelkie atrybuty, jakimi obdarzyliśmy muzyków w preambule recenzji. Połamany tembr saksofonu, zwinna perkusja i kontrabas, który rządzi i dzieli, ale nie zawłaszcza nadmiernie przestrzeni narracji. A wszystko grane na „k” - kolektywnie, kompulsywnie i koherentnie. W kolejnych opowieściach nie brakuje smaczków, niebanalnych introdukcji, niekiedy prowadzonych indywidualnie. Pod stopą kontrabasu mości się dużo swingu, a w ustach artysty pomrukiwania i drobnego gadulstwa. Muzycy rzadziej pochylają się na drobiazgami i preparują, ale jeśli już to czynią, jak w czwartej opowieści, jest więcej niż dobrze. Szósta improwizacja trwa tu trzynaście minut, ma swoją dramaturgię, ale jest przegadana, nieco przewidywalna, bez błysku kreatywności. Intryguje samo zakończenie płyty. Rodzaj walczyka, może martwego bluesa, która na etapie finalizacji szczęśliwie nabiera wigoru i udanie puentuje cały album.



 

Amy Cimini See You When I Get There

Studio A, UC San Diego, maj 2022: Amy Cimini – altówka. Pięć improwizacji, 36 minut.

Amerykańska altowiolinista zabiera nas tu w niesamowitą podróż. Jako rzecze sieć globalna, Cimini ma niemal ćwierćwiekowe doświadczenie w uprawianiu rockowej psychodelii i świetnie je wykorzystuje w trakcie niedługiego, bystrze unerwionego i bardzo emocjonalnego seta. Pełna rekomendacja!

Pierwsza piosenka trwa ponad jedenaście minut i doskonale wprowadza nas w klimat nagrania. Najpierw parada riffów, które toną po kolana w pogłosie, bo swoje robi tu dobrze sparametryzowana amplifikacja. Narracja w schemacie down and up nasączona jest kwaśnym posmakiem i udekorowana post-rockową ekspresją. Samą zaś puentą … post-barokowe śpiewy. Druga opowieść przypomina delikatne drgania tektoniczne. Smyczek ślizga się po strunach i łapie melodykę. Potem artystka szarpie za struny i szuka post-klasycznej elegancji, wreszcie ucieka w mroczne, pulsujące preparacje. Kolejna odsłona dramatu przypomina śpiewy o mglistym poranku. Post-melodyjne lamenty nabierają tu tajemniczej intensywności, a potem brudu w szprychy. W czwartej historii struny zdają się mieć więcej prądu i delikatnie skwierczą. Tu narracja nabiera intrygującego, perkusjonalnego anturażu i kona w szumie wydychanego powietrza. Ostatni utwór także niesiony jest niebanalną rytmiką. Altówka skacze jak pasikonik po zroszonej deszczem łące. Ta urokliwa, minimalistyczna ballada niesie jednak na plecach mrok i niemal egzystencjalną trwogę. Na ostatniej prostej powracają riffy, które spinają całość dramaturgiczną klamrą.



 

Paula Sanchez Pressure Sensitive

Berno, Szwajcaria, styczeń 2021: Paula Sanchez – wiolonczela, celofan, modulator pierścieniowy. Sześć improwizacji, 31 minut.

Zabawne, że wiolonczela i celofan brzmią po angielsku bardzo podobnie. Ta koincydencja w kontekście albumu Argentynki nie jest chyba przypadkowa. Artystka zabiera nas bowiem na półgodzinną wyprawę, w trakcie której serwuje masywną porcję preparowanych dźwięków, związanych zapewne z pocieraniem strun wiolonczeli celofanem. A na dokładkę drobny modulator. Jest naprawdę groźnie - to eskapada dla wyjątkowo wytrwałych i odpornych słuchaczy. Sam tytuł albumu mówi wszak bardzo wiele.

Intensywny szmer z głębokiej krypty, to pierwsze fonie, jakie docierają do naszych uszu. To dron brudu, kurzu i mechanicznego cierpienia. Smyczek, zapewne do pary z syntetyczną materią, zrywają ze strun wszystkie żywe warstwy – do gołej skóry, rzekłby niewprawiony chirurg. O tych jakże sound-artowych akcjach Pauli powiedzieć, że to preparacje, to jakby nic nie powiedzieć. Może odnieść wrażenie, że każdy dźwięk ma tu kolor krwi. W trzeciej odsłonie to już chyba tylko zgrzyt i pisk. W czwartej opowieści przez moment docierają do nas strzępy żywych, by nie rzec prawdziwych dźwięków wiolonczeli. A może to jedynie efekt zmęczenia receptorów słuchu. Efekt fonicznej grozy buduje także coraz bardziej mroczne echo. W piątej części wydaje się, że artystka przeniosła się do większej przestrzeni. Ale definitywnie industrialne cierpienie trwa bez ustanku. Ostatnia akcja zdaje się wyjątkowo dłużyć. Być może ten bardzo przecież krótki album powinien nieść w sobie choćby źdźbło ratunku. Jakiś dźwięk, który daje nadzieję.

 

 

piątek, 6 czerwca 2025

Spontaneous Live Series is also digital!


O cyklu płytowym Spontaneous Live Series, który dokumentuje koncerty, jakie odbywają się w ramach poznańskiego Spontaneous Music Festival, pisaliśmy na tych łamach tysiące razy, każdy tytuł odmieniając przez wszystkie przypadki. Jak do tej pory ukazało się piętnaście płyt kompaktowych, które zawierają rejestracje począwszy od pierwszej edycji imprezy w roku 2018, skończywszy na edycji siódmej w roku 2023. Nie jest żadną tajemnicą fakt, iż kolejne woluminy, te z koncertami z roku 2024, są już w procesie produkcji i zapewne w liczbie trzech zostaną wystawione na światowy poklask w pierwszym dniu kolejnej edycji spontanicznego festiwalu, która odbędzie się jak zawsze w pierwszy weekend października.

U progu 2023 roku wystartowała strona bandcapowa poświęcona omawianej serii płytowej, która stała się bezpośrednią inspiracją do stworzenia dodatkowej serii spontanicznych albumów z dźwiękami wprost z poznańskiego Dragon Social Club.

Albumy na nośniku fizycznym udokumentowały wiele wspaniałych koncertów. Trafiły na nie zarówno nagrania stale współpracujących składów improwizujących, jak i hołubionych na festiwalu tzw. składów ad hoc, czyli stanowiących pierwsze spotkania sceniczne muzyków. Pośród albumów znalazł się także zapis koncertu, w trakcie którego dekonstruowano (degenerowano) kompozycje polskich muzyków klasycznych do języka swobodnej improwizacji. Festiwalowe sety trwały na ogół 35-40 minut, ale zdarzały się też występy krótsze (choćby spontanicznie kleconych składów), które z racji swej długości nie były w pierwszym odruchu edytorskim desygnowane do produkcji. Pogłębiona analiza nagrań archiwalnych doprowadzała do konstatacji, iż w trakcie poznańskiej imprezy zarejestrowano mnóstwo krótszych koncertów, których jakość artystyczna zdecydowanie kwalifikowałaby się do ich upublicznienia. Z tych właśnie pobudek postanowiono powołać do życia tzw. podserię albumów dostępnych wyłącznie w formie digitalnej.

Na stronie www.spontaneousliveseries.bandcamp.com można je wszystkie odsłuchać, a także wejść w posiadanie plików elektronicznych. Ponad dwa lata funkcjonowania digitalnej SLS przyniosło siedem koncertowych rejestracji. Mają one delikatnie zmodyfikowaną grafikę w stosunku do serii na nośniku fizycznym, a ich symbole katalogowe zawierają literę D (jak digitalna).



 

Płyty oznaczone jako Spontaneous Live Series D01 i D03 zawierają nagrania z kwietnia 2019 roku. W Dragonie odbyła się wówczas tzw. Improwizowana Trzydniówka, która nie była określona mianem Festiwalu, ale nosiła wszelkie znamiona tego typu wydarzenia artystycznego. Oba albumy stworzyli niemal ci sami muzycy (z Półwyspu Iberyjskiego i Poznania), ale zawierają one diametralnie różne estetycznie improwizacje. Pierwsza, to koncert formacji Low Vertigo (znanej z czarno-czerwonej serii iberyjskiej Multikuti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej), która swe ciężkie, doom-metalowe improwizacje opiera na brzmieniu gitary basowej Gonçalo Almeidy, gitary elektrycznej Diego Caicedo oraz masywnym drummingu Vasco Trilli. Ta druga, w typowym zestawieniu ad hoc na kontrabas (tu znów Gonçalo Almeida), fortepian (Witold Oleszak) i dokładnie tę samą gitarę elektryczną (Diego Caicedo), zawiera subtelne, kameralne, wyjątkowo urokliwe improwizacje muzyków, których narzędziem pracy są nie tylko instrumenty, ale także panująca wokół cisza.

Albumy Spontaneous Live Series D02 i D04, to rejestracje poczynione na drugiej edycji Festiwalu, jaka miała miejsce w listopadzie 2018 roku. Obie to nagrania formacji, które śmiało możemy określić mianem working bandów. Mein Freund Der Baum, to międzypokoleniowe trio niemieckiego klarnecisty Rudiego Mahalla, szwajcarskiego gitarzysty Floriana Stoffnera i niemieckiej legendy europejskiej, improwizującej perkusji - Paula Lovensa. Warto podkreślić, iż dalece kameralne nagranie, o wyjątkowych walorach czysto artystycznych i brzmieniowych, jest także jednym z ostatnich koncertów, jakie zagrał Lovens, który od kilku lat jest już muzykiem na emeryturze, niepraktykującym występów publicznych. Dla odmiany album czwarty, to ekspresyjny, free jazzowy spektakl w wykonaniu dwóch Brytyjczyków wciąż jeszcze młodego pokolenia – saksofonisty Colina Webstera i perkusisty Andrew Lisle’a.

Piąty album digitalnej serii, czyli D05, to zapis koncertu specjalnego, jaki odbył się na zakończenie szóstej edycji festiwalu. Tym razem improwizowana scena Dragona była świadkiem wykonania … kompozycji, przygotowanej na zamówienie festiwalu przez katalońskiego gitarzystę Ferrana Fagesa. Minimalistyczny, pełen ciszy i zadumy utwór wykonał międzynarodowy Desarbres Ensemble w składzie: na saksofonach Tom Chant, Michał J. Biel i Mateusz Rybicki, na trąbce Carina Khorkhordina i na kontrabasie Àlex Reviriego. Muzycy zasiedli pośród publiczności, która stała się dzięki temu ważnym elementem spektaklu, albowiem każdym swym ruchem, czy oddechem współuczestniczyła w budowaniu ostatecznego kształtu nagrania.

Album Spontaneous Live Series D06 zawiera klasycznie festiwalową formację ad hoc: Gosia Zagajewska na wokalu, Paulina Owczarek na saksofonie altowym i Emilio Gordoa na wibrafonie i obiektach. Koncert ten miał miejsce w trakcie piątej edycji festiwalu w roku 2021. Jego spektrum dźwiękowe konsumowało nieskończone barwy brzmienia, estetyczną różnorodność i wyśmienite interakcje pomiędzy muzykami. Urok muzyki swobodnie improwizowanej w pełnej krasie.

Dotychczasowe portfolio digitalnej odsłony Spontaneous Live Series domyka edycja siódma. Album D07, to rejestracja ostatniego koncertu pierwszego dnia Spontanicznego Festiwalu roku 2023. Trio, które swą pierwszą płytę studyjną wydało w ramach iberyjskiej serii wydawniczej Multikulti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej, zagrało spektakularny koncert, na który złożyły się świetnie skomunikowane, głównie preparowane frazy saksofonu altowego Dona Malfona, jedynej w swoim rodzaju gitary Floriana Stoffnera i niezastąpionego w sytuacjach spontanicznych perkusisty Vasco Trilli.

 


Spontaneous Live Series D01: Low Vertigo (Diego Caicedo – g, Gonçalo Almeida – b, Vasco Trilla – dr), Improwizowana Trzydniówka, kwiecień 2019.

Spontaneous Live Series D02: Mein Freund Der Baum (Rudi Mahall – bcl, cl, Florian Stoffner – g, Paul Lovens – dr). Drumming Now! 2. Spontaneous Music Festival, listopad 2018.

Spontaneous Live Series D03: Gonçalo Almeida - db, Diego Caicedo – g, Witold Oleszak- p. Improwizowana Trzydniówka, kwiecień 2019.

Spontaneous Live Series D04: Colin Webster – as, Andrew Lisle – dr. Drumming Now! 2. Spontaneous Music Festival, listopad 2018.

Spontaneous Live Series D05: Desarbres Ensemble (Ferran Fages – kompozycja, Tom Chant – ss, Carina Khorkhordina – tp, Michał J. Biel – bs, Mateusz Rybicki – ts, Àlex Reviriego – db). Fast Forward 6. Spontaneous Music Festival, październik 2022.

Spontaneous Live Series D06: Gosia Zagajewska - v, Paulina Owczarek – as, Emilio Gordoa – vib, obj. Are You Spontaneous? 5. Spontaneous Music Festival, październik 2021.

Spontaneous Live Series D07: Don Malfon – as, Florian Stoffner – g, Vasco Trilla – dr. Noise/ Silence 7. Spontaneous Music Festival, październik 2023.



niedziela, 23 marca 2025

Argentyńsko-brytyjskie trio Exhaust w ramach 71. edycji cyklu koncertowego Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Zapraszamy na koncert muzyki improwizowanej w wykonaniu Camili Nebbi, Kita Downesa i Andrew Lisle’a, który odbędzie sie w poznańskim Dragon Social Club w środę 26 marca.

Ósma dziesiątka cyklu koncertowego odbywającego się pod patronatem Trybuny Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club rozpocznie się w sposób definitywnie spektakularny. Zapraszamy na koncert tria Exhaust. Ta międzynarodowa formacja, to z jednej strony Camila Nebbia, młoda argentyńska saksofonistka, która od wielu miesięcy sieje artystyczny ferment po obu stronach Atlantyku, z drugiej kolejni artyści wciąż jeszcze młodego pokolenia, w tym wypadku z Anglii – pianista Kit Downes i perkusista Andrew Lisle. Ten pierwszy ma w dorobku albumy dla monachijskiego ECM, z powodzeniem grywa także na organach, ten drugi całkiem niedawno został uznany za najciekawszego, europejskiego bębniarza młodego pokolenia, a przy okazji wielokrotnie gościł na dragonowej scenie Małego Domu Kultury.

Czeka nas wieczór definitywnie jazzowy, ale o tym, w którą stronę skierowany, decydować będzie zapewne temperament Argentynki. Dodajmy, iż dzień po koncercie w Dragonie Exhaust przeniesie się do Gdańska i zagra w ramach wiosennej edycji Jazz Jantar Festival.



 

Sami artyści piszą o sobie tymi mniej więcej słowami: Improwizujące trio Exhaust łączy saksofonistkę Camilę Nebbię, pianistę Kita Downesa i perkusistę Andrew Lisle’a w dynamicznej formule jakże spontanicznej kreacji. Ich muzyka rozwija się poprzez eksplorację w czasie rzeczywistym, a każdy występ kształtują głębokie słuchanie i instynktowne reakcje. Potężny głos saksofonu Nebbii napędza zespół intensywnością, podczas gdy Downes skłania się ku surowej bezpośredniości i nieograniczonej ekspresji. Lisle działa zarówno jako katalizator, jak i kotwica, tworząc płynne struktury rytmiczne, które wspierają i napędzają skomplikowaną interakcję tria. Ich muzyka rozwija się się poprzez szerokie spektrum dźwięków, poruszając się między melodyjnym kontrapunktem, a bogato teksturowanymi pejzażami dźwiękowymi, obejmującymi kontrast i ciągłą transformację. Ich pierwszy album „Exhaust” ukaże się w maju 2025 roku nakładem nowojorskiej wytwórni „Relative Pitch”. Zespół koncertuje obecnie w całej Europie, występując na takich festiwalach i w takich miejscach, jak Berlin Jazz Festival, Bimhuis w Amsterdamie, Cafe Oto w Londynie i Jazz Jantar w Gdańsku, o poznańskim Dragon Social Club nie zapominając.

 

Spontaneous Live Series, Vol. 71: Exhaust

26 marca 2025, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, godz. 20.00

 

Camila Nebbia – saksofon tenorowy

Kit Downes – fortepian

Andrew Lisle – perkusja

Bilety dostępne bezpośrednio przed koncertem: gotówka albo blik.

 

https://www.instagram.com/lamujerparecidaami/

https://www.instagram.com/kitdownesmusic

https://www.instagram.com/andrew_lisle

https://camilanebbia.com/

https://www.kitdownesmusic.com/

https://linktr.ee/andrewlisle

 

Biogramy artystów:

Camila Nebbia, pochodząca z Buenos Aires, a mieszkająca w Berlinie, saksofonistka, kompozytorka, improwizatorka, artystka wizualna i kuratorka. Magazyn Jazz.pt opisał ją jako „szczególnie wartościową saksofonistkę naszych czasów”. Ta multidyscyplinarna artystka łączy swoją praktykę muzyczną z tworzeniem i dekompozycją pamięci archiwalnej, eksplorując koncepcje tożsamości, migracji i pamięci.

Jej najnowszy solowy album „una ofrenda a la ausencia” (ofiara nieobecności), wydany przez Relative Pitch Records, został opisany przez NYC Jazz Record jako „definitywnie humanistyczny i osobisty album, zaskakujący pełnym pasji podejściem do jazzu”.

Camila grała z wieloma artystami sceny międzynarodowej, takimi jak Marilyn Crispell, Michael Formanek, Angelica Sanchez, Randy Peterson, Tom Rainey, Patrick Shiroishi, Vinnie Sperrazza, Katt Hernandez, Kenneth Jimenez, Lesley Mok, Susana Santos Silva, Elsa Bergman, kolektyw l’Arfi z Lyonu, Joanna Mattrey, Vincenta Dromowski’ Flow Regulator, Kit Downes, Andrew Lisle, John Hughes i inni.

Współtwórczyni i kuratorka kolektywnej grupy interdyscyplinarnej i serii muzyki improwizowanej „La Jaula se ha vuelto pájaro y se ha volado”, interdyscyplinarnego festiwalu „Guillotina Fest” oraz twórczyni i kuratorka serii koncertów streamingowych o nazwie „The warm of proximity” i „A door in the mountain”. Kuratorka cyklu „Disfigured Rivers” z siedzibą w Berlinie. Camila Nebbia jest wspierana przez D'Addario Woodwinds.

Kit Downes jest laureatem nagrody BBC Jazz Award, nominowanym do Mercury Music Award solowym artystą nagrywającym dla ECM Records. Podróżuje po świecie, grając na pianinie, organach kościelnych i harmonium ze swoimi zespołami („ENEMY”, „Troyka” i „Elt”), a także z takimi artystami jak Squarepusher, Bill Frisell, „Empirical”, Andrew Cyrille, Sofia Jernberg, Benny Greb, Mica Levi i Sam Amidon. Kit wykonuje solowe koncerty na organach piszczałkowych i fortepianie, współpracuje z saksofonistą Tomem Challengerem, wiolonczelistką Lucy Railton, kompozytorką Shivą Feshareki, saksofonistą Benem van Gelderem i z zespołem „ENEMY” (z Petterem Eldhem i Jamesem Maddrenem). Obecnie współpracuje również ze skrzypkiem Aidanem O’Rourke, perkusistą Sebem Rochfordem, kompozytorem Maxem de Wardenerem oraz w trio organowym „Deadeye” z Reinierem Baasem i Jonasem Burgwinkelem. Komponował na zamówienie Cheltenham Music Festival, London Contemporary Orchestra, Biel Organ Festival, Ensemble Klang na ReWire Festival, Scottish Ensemble, Cologne Philharmonie i Wellcome Trust. Występował również w produkcji National Theatre „Network” w latach 2017–2018 z udziałem aktora Bryana Cranstona. Występował jako solista na koncertach organowych w takich miejscach jak Elb Philharmonie w Hamburgu, Katedra w Lozannie, Flagey w Brukseli, Royal Albert Hall w Londynie, a także Southbank Royal Festival Hall, Rochester Jazz Festival (USA), St Olafs Minneapolis (USA), Stavanger Konserthus, Aarhus Philharmonic Musikhuset, Darmstadt Organ Festival, Stuttgart Organ Festival, Laurenskerke w Rotterdamie, Orgelpark w Amsterdamie, Kaiser Wilhelm Memorial Church na Berlin Jazz Festival i BBC Proms, i w wielu innych. Jest stypendystą Royal Academy of Music w Londynie, gdzie studiował i obecnie wykłada. Dwukrotnie zdobył 1. miejsce w rankingu Downbeat’s Critics Poll Rising Star w kategoriach organów i instrumentów klawiszowych, a jego płyty ECM „Obsidian”, „Dreamlife of Debris” i „Vermillion” spotkały się z uznaniem krytyków.

Andrew Lisle, urodzony i wychowany w Northumberland (Wielka Brytania), obecnie mieszkający w Londynie, jest perkusistą i kompozytorem o wielu kierunkach zainteresowań. Jego szybka i wysoce fakturalna gra wypełniona złożonością rytmiczną sprawia, że jest bardzo pożądanym członkiem społeczności kreatywnego jazzu i muzyki improwizowanej. Lisle, artysta na zmianę zarówno napędowy, jak i abstrakcyjny, współpracował z wieloma wiodącymi głosami na brytyjskiej i europejskiej scenie muzyki improwizowanej, w tym: Kit Downes, John Edwards, Alex Ward, Camila Nebbia, Charlotte Keeffe, Tom Challenger, Ab Baars, Rodrigo Amado, John Dikeman, Colin Webster, Dirk Serries i wieloma innymi. Występuje w znanych miejscach, w tym: Cafe Oto i Vortex (Londyn); KM28 (Berlin), Bimhuis (Amsterdam), De Singer (Belgia), Dragon Social Club (Poznań), Galeria Zé Dos Bois (Lizbona); i na takich festival, jak choćby London Jazz Festival, Jazzfest Berlin, Freejazzfestival Saarbrucken, Spontaneous Music Festival (Poznań), Jazz Jantar (Gdańsk). Jego najbardziej aktywne projekty to: Exhaust (feat. Camila Nebbia, Kit Downes), Multi-directional (John Edwards, Kit Downes), KODIAN Trio (Colin Webster, Dirk Serries), Ab Baars/Aaron Lumley/Andrew Lisle i Tom Challenger/Caius Williams/Andrew Lisle.

 

 

piątek, 14 marca 2025

The Relative Pitch’ 2025: Temple of Muses! Nada Sagrada! Old Adam on Turtle Island! The Life and Behavior! Morpeth Contemporary! FATHM!


Nowojorski The Relative Pitch Records w permanentnym natarciu! Pierwsze dwa miesiące roku przynoszą dziewięć albumów, z których sześć za moment poddanych zostanie naszej recenzenckiej wiwisekcji. Dla tych, którym wciąż mało ważna wiadomość - cztery nowości marcowe weszły już w stadium pre-orderu.

Bez zbędnej zwłoki sięgamy po dwa europejskie kwartety, transatlantycki duet, amerykański septet i duet, wreszcie nagranie solowe, podpisane przez obywatelkę tamtej strony Atlantyku. So, welcome!



 

Stian Larsen, Colin Webster, Ruth Goller & Andrew Lisle Temple of Muses

Snorkel Studios, Londyn, kwiecień 2022: Stian Larsen – gitara elektryczna, Colin Webster – saksofon altowy, Ruth Goller – bas elektryczny oraz Andrew Lisle – perkusja. Sześć utworów, 48 minut.

Webster i Lisle tworzą wyśmienity duet od lat, w trio z Larsenem mają w dorobku przynajmniej dwa albumy, wszakże ekspozycja w kwartecie z bliżej nam nieznanym basistą, to bezapelacyjna nowość. Jeśli pierwsza trójka wnosi tu rockowy i freejazzowy temperament, który znamy z wielu ich poprzednich produkcji, to rzeczony basista targa raczej subtelności post-jazzowego fussion, definitywny posmak świeżości i intrygującej niepowtarzalności.

Niespełna trzyminutowa, free jazzowa rozbiegówka doskonale wprowadza nas w temat. W kolejnej opowieści, już bardziej rozbudowanej, kwartet sięga nie tylko po atrybuty jazzowe, ale także rockowe i psychodeliczne, za co odpowiedzialni są nade wszystko gitarzysta i basista. Kluczowy dla dramaturgii całego albumu jest trzeci, ponad 20-minutowy utwór, który pokazuje kwartet we wszystkich kolorach tęczy. Balladowe otwarcie, dynamiczne rozwinięcie z kolejną porcją rockowych eksplozji, faza zagęszczonej, jazz-rockowej magmy i błyskotliwa, transowa finalizacja. Czwarta i piąta odsłona, to pokaz swobodnej, ponadgatunkowej, świetnie skomunikowanej zabawy. Najpierw trochę ćwiczeń rozluźniających, potem zwinna, na poły dynamiczna galopada pod jurysdykcją drummera. Album zamyka prawie dziesięciominutowa improwizacja, który sieje ferment mnóstwem dźwięków preparowanych, rezonujących fraz i dronowych ekspozycji. Pod koniec efektownie pęcznieje i zostaje spuentowana mięsistym free jazzem.




Brandon Lopez Nada Sagrada

Roulette Intermedium, Vision Festival 2023: Brandon Lopez – kontrabas, Zeena Parkins – harfa elektryczna, Mat Maneri – altówka, Cecilia Lopez – elektronika, DoYeon Kim – gayageum, Gerald Cleaver – perkusja oraz Tom Rainey – perkusja. Jeden utwór, 39 minut.

Septet Brandona Lopeza to definitywnie rzecz godna naszej uwagi. Dobrze zaplanowana improwizacja uformowana w jedną strugę dźwięków, budowanych intrygującym zestawem instrumentalnym, bystrze udramatyzowanych, soczyście brzmiących. Być może w środkowej fazie opowieść jest nieco przeładowana pomysłami, nazbyt bogata w wydarzenia, ale przynajmniej w jej trakcie nie grozi nam choćby sekunda nudy.

Początek albumu, to drżąca, strunowa, efektownie rozhuśtana porcja kameralistyki. Muzycy szukają pretekstu do wybuchu, ale spowijający ich mrok skutecznie studzi buzujący temperament. Opowieść faluje – zdaje się przez moment, że nabiera rumieńców akcjami podwójnego zestawu perkusyjnego, ale po niedługiej chwili grzęźnie w strumieniu strunowych lamentów. Raz jesteśmy pod ścianą hałasu, innym razem … płaczu. W fazach pośrednich opowieść nabiera post-jazzowych barw fussion. W drugiej części utworu muzycy łapią wiatr w żagle mocą elektrycznej harfy i post-elektronicznego backgroundu, po czym gasną w onirycznej aurze wystudiowanych subtelności. Serwują nam jeszcze kilka dynamicznych akcji niesionych niskimi frazami kontrabasu i harfy, a następnie przechodzą do fazy schyłkowej spektaklu, która przypomina chorobę dwubiegunową. Retoryka chwili sprowadza się do dylematu, czy jeszcze pohałasować, czy jednak zamilknąć.



 

John Dikeman, Sun-Mi Hong, Aaron Lumley & Marta Warelis Old Adam on Turtle Island

Splendor, Amsterdam, listopad 2022: John Dikeman – saksofon tenorowy, Marta Warelis – fortepian, Aaron Lumley – kontrabas oraz Sun-Mi Hong – perkusja. Dwa utwory, 51 minut.

Po kwartecie kierowanym przez Johna Dikemana zwykliśmy oczekiwać temperamentnego free jazzu, pełnego ognistych improwizacji i emocji płynących z wielostronnej wymiany argumentów. Tu sytuacja jest nieco odmienna. Mamy warstwę ideologiczną sugerującą refleksję nad losem współczesności i całe mnóstwo jazzowej, wręcz swingującej melodyki. Jeśli nie słyszeliście jeszcze Dikemana w wersji lirycznej, macie ku temu niepowtarzalną okazję. Dodatkowo John dobrał sobie wspaniałych partnerów, którzy świetnie wczuwają się w jego niebanalny nastrój chwili.

Kameralne otwarcie zagrane jest kolektywnie, a wyposażone w ciepły tembr saksofonu tenorowego, kontrabasowy smyczek, stonowane piano wprost z klawiatury i stylową, pozostającą nieco w tle perkusję. Opowieść pachnie rasowym free jazzem, ale momenty, gdy emocje sięgają stanu wrzenia należą do rzadkości i stanowią raczej interludium, nie zaś treść główną nagrania. Dominuje melodia, niekiedy swingujący drive i stonowane ekspozycje solowe, realizowane w oparciu o żwawy akompaniament. Pierwsze nagranie szczególnie podobać może się w fazie środkowej, gdy po efektownym szczycie artyści zanurzają się w mrocznych preparacjach, a potem wychodzą na prostą w estetyce post-bluesowej ballady. Druga odsłona albumu jest zbudowana jeszcze skrupulatniej. Kilkuminutowe otwarcie basu i szeleszczących talerzy, wyważona ekspozycja piana i saksofon, który intonuje pierwszą melodię dopiero po ósmej minucie. Narracja swinguje, pachnie czarnym jazzem lat 30. ubiegłego stulecia i nie przestaje zaskakiwać. Ferment kreacji płynie tu nade wszystko od pianistki, która pracuje także w formule inside piano. W dalszej części nagrania tonizujący emocje tenorzysta wchodzi w bystre interakcje z kontrabasowym smyczkiem, a po chwili ciszy przechodzi do melodyjnej, smutnej, niemal elegijnej finalizacji, niepozbawionej post-barokowych zdobień.




Fred Frith & Shelley Burgon The Life and Behavior

Guerrilla Recording, Oakland, maj 2002 oraz marzec 2005: Shelley Burgon – harfa oraz Fred Frith – gitara akustyczna. Dwanaście utworów, 45 minut.

Jedno z dwóch spotkań akustycznej gitary i harfy w dzisiejszym zestawie relatywnych nowości. Tu legenda muzyki kreatywnej, Fred Frith i Shelley Burgon, amerykańska artystka, której dorobku nie wygooglaliśmy przed rozpoczęciem pisania tej recenzji. Album konsumuje dwie sesji nagraniowe sprzed dwóch dekad – całość nie ekscytuje w każdej sekundzie swego trwania, ale przynajmniej kilka z dwunastu improwizacji (szczególnie tych bardziej rozbudowanych i pochodzących z młodszej sesji) wartych jest naszej wzmożonej atencji.

Otwarcie albumu śmiało zasługuje na miano wystudzonej world music. Potem robi się znacznie ciekawiej, muzycy wchodzą bowiem w stadium bardziej zawansowanych improwizacji i wzajemnych interakcji. Ich opowieści bywają wyczulone na niuanse i efektownie minimalistyczne, nie stronią wszakże od rytmu i bogacenia narracji dźwiękami, które niekoniecznie są efektem pracy na strunach. To, co najlepsze na płycie dzieje się w utworach najdłuższych, szczególnie piątym, bardziej medytacyjnym oraz dziewiątym i jedenastym. W tych dwóch ostatnich akcje z obu stron zdają się być intrygująco nerwowe, dramaturgicznie poszarpane, do tego świetnie skomunikowane i nasączone mnóstwem brudnych, preparowanych fraz. W jedenastym epizodzie, bezwzględnie zasługującym na miano najciekawszego, gitara zaczyna bardzo nisko i pięknie kontrapunktuje wysoko osadzoną harfę. Opowieść skrzy się od zwarć i pyskówek, nabiera dynamiki, buzuje niemal rockowymi emocjami.



 

Jacqueline Kerrod & Joe Morris Morpeth Contemporary 2024

Morpeth Contemporary, Hopewell, Nowy Jork, maj 2024: Jacqueline Kerrod – harfa oraz Joe Morris – gitara akustyczna. Trzy utwory, 51 minut.

Kolejne strunowe spotkanie i znów podobna sytuacja – świetnie rozpoznawalny gitarzysta i amerykańska harfistka, z którą stykamy się po raz pierwszy. Tu opowieść składa się z trzech rozbudowanych improwizacji (z których pierwsza stanowi połowę albumu) i miewa momenty definitywnie przegadane, tudzież przesłodzone post-klasyczną ornamentyką. Te ciekawsze fragmenty, to sytuacje, w których Morris przejmuje inicjatywę, wyciąga Kerrod ze strefy melodyjnego komfortu i zaciąga w mroczne, niebezpieczne rewiry swobodnej improwizacji.

Od post-klasycznych subtelności, poprzez leniwe medytacje, po intrygujące zwarcia i dramaturgiczne spięcia, to schemat dramaturgiczny gemu otwarcia. Prawie trzydziestominutowa improwizacja szyje nam tu kilka scenariuszy i niektóre z ich śmiało uznać możemy za więcej niż udane, szczególne te, które dzieją się po upływie kwadransa. Co ciekawe, to harfistka wnosi tu odrobinę kreatywnego fermentu. Druga opowieść rozpoczyna się aurze szmerów i rezonujących fonii, także przechodzi przez fazę medytacji, w ramach zaś reasumpcji wzbogacona zostaje o warstwę rytmiczną i garść intrygujących interakcji. Ostatnia improwizacja świetnie ilustruje sytuację, o której pisaliśmy w poprzednim akapicie. Po kilkuminutowym stadium relaksacji gitarzysta przejmuje dowodzenie i sprawia, iż zakończenie albumu nie szczędzi nam ekspresji, brudnych, kanciastych fraz i adekwatnych wypieków na twarzy.


 

Laura Cocks FATHM

Czas i miejsce akcji nieznane: Laura Cocks – flet. Dziewięć utworów, 38 minut.

Na zakończenie relatywnych nowości specjalność zakładu, czyli album solowy. Kolejna bliżej nam nieznana amerykańska artystka i dziewięć bystrze sformatowanych improwizacji na flet solo. Od ciszy po hałas, od delikatności po agresję, od czystej frazy po wielokrotnie zdeformowane strzępy dźwięków.

Najpierw Laura oddycha całą masą fletowego korpusu, potem przyspiesza, ale jednocześnie ociepla tembr swojej wypowiedzi. Gdy jest taka potrzeba, fletowy strumień bogaci własnym głosem. Mruczy jak Beduin, by po chwili generować zniekształcone frazy, które w niczym nie przypominają brzmienia drobnego instrumentu dętego. Znęca się nad nim, topi w mulistej mazi, rozrywa i depcze. Nagle zaczyna medytować i pełnymi garściami łapie melodie. Śpiewa mroczne kołysanki dla niegrzecznych dzieci. Prycha i rzęzi jak gruźlik, by po niedługiej chwili zbudować multiopowieść, jakby miała w rękach i ustach co najmniej kilka instrumentów. W ósmym epizodzie skrupulatnie buduje flow z pisków i zgrzytów, a potem całą tę strugę brudu rozkłada na czynniki pierwsze. Przez ostatnie dziewięćdziesiąt sekund albumu snuje prostą, dynamiczną opowieść, świetnie kontrolując emocje.

 

 

 

niedziela, 23 lutego 2025

Zapraszamy na marcowe i kwietniowe edycje cyklu koncertowego Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Trzynastu improwizatorów z Europy (i nie tylko) zagości w Poznaniu w trakcie czterech marcowych i kwietniowych edycji cyklu koncertowego Spontaneous Live Series, który odbywa się pod patronatem Trybuny Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club już siódmy rok.



Pierwsza z rzeczonych okoliczności będzie miała miejsce we wtorek 4 marca, stanowiąc przy okazji siedemdziesiątą edycję cyklu. Na scenie Dragona pojawi się międzynarodowe trio, które tworzą portugalski saksofonista José Lencastre, czeski saksofonista Michał Wróblewski i polski gitarzysta Paweł Doskocz. Poznański koncert formacji, która wywodzi się z trwającej od dłuższego czasu współpracy obu saksofonistów, będzie elementem większej trasy koncertowej. Po Poznaniu muzycy zagrają także w Łodzi (Ignorantka, 5.03), Wrocławiu (Galeria Toy Piano, 6.03), Katowicach (Komitywa, 7.03), Brnie (Rello, 8.03) oraz Pradze (Punctum, 9.03). W każdym z przypadków czeka nas intrygujące spotkanie dwóch abstrakcyjnie frazujących saksofonów altowych i preparowanej gitary elektrycznej, bez zupełnie w tym wypadku zbędnych konotacji gatunkowych, nakierowane na poszukiwanie niebanalnych zjawisk sonorystycznych. Lencastre i Doskocz grywali już razem w Dragonie, obaj są postaciami świetnie rozpoznawalnymi na europejskiej scenie muzyki improwizowanej. Z kolei Wróblewski, w trakcie wspólnych występów z tą dwójką, będzie mógł nie tylko zaprezentować swój wysoki kunszt improwizatorski, ale także sprawić, by jego rozpoznawalność wyrosła ponad okowy niszowej, awangardowej muzyki Europy Środkowej.

W ostatnią środę marca, dokładnie 26-ego, zapraszamy na koncert kolejnej, międzynarodowej formacji, tym razem wyposażonej w nazwę własną. Trio Exhaust, to z jednej strony Camila Nebbia, młoda argentyńska saksofonistka, która od wielu miesięcy sieje artystyczny ferment po obu stronach Atlantyku, z drugiej kolejni artyści młodego pokolenia, w tym wypadku z Anglii – pianista Kit Downes i perkusista Andrew Lisle. Ten pierwszy ma w dorobku albumy dla monachijskiego ECM, z powodzeniem grywa także na organach, ten drugi całkiem niedawno został uznany za najciekawszego, europejskiego bębniarza młodego pokolenia. Czeka nas wieczór definitywnie jazzowy, ale w którą stronę skierowany, zdecydować będzie zapewne temperament Argentynki. Dodajmy, iż dzień po koncercie w Dragonie Exhaust przeniesie się do Gdańska i zagra w ramach wiosennej edycji Jazz Jantar Festival.

Sobota, 12 kwietnia, będzie dniem koncertu podwójnego, a może nawet potrójnego. W Dragonie gościć będą bowiem dwa duety. Ten międzynarodowy stworzą amerykański kontrabasista John Hughes i portugalski trębacz Luis Vicente, ten polski – saksofonista Tomek Gadecki i akustyczny basista Marcin Bożek. Ci pierwsi muzykują w duecie od niedawna, rok temu gościliśmy ich w Poznaniu w ramach kwartetu Gravelshard (z Olafem Ruppem i Vasco Trilla), ci drudzy od prawie dwóch dekad tworzą formację Olbrzym i Kurdupel. Oba spotkania będą miały najprawdopodobniej charakter swobodnie improwizowanego jazzu – w pierwszej sytuacji być może bliskiego wyszukanej kameralistyki, w drugim ognistego free jazzu. Wszyscy bardzo liczą, iż po ekspozycjach duetowych, na scenie zakróluje sklecony „ad hoc” kwartet.

Z kolei 27 kwietnia, w niedzielę, w Poznaniu zagra trio, które współtworzą legendy brytyjskiej sceny free jazz/ free impro – kontrabasista John Edwards, klarnecista i gitarzysta Alex Ward. Towarzyszyć im będzie kanadyjski perkusista Mike Gennaro. Panowie w tym składzie nigdy jeszcze nie grali, ale i tak spodziewać się możemy samych smakołyków – ekspresyjnego free jazzu, swobodnej kameralistyki, a także post-rockowej ekspresji, w momentach, gdy Ward przesiadać się będzie na gitarę elektryczną. Muzycy planują trasę koncertową po Niemczech i Polsce. Do tej pory zabukowali dwa terminy za naszą zachodnią granicą (odpowiednio 25 i 26 kwietnia), koncert poznański oraz łódzki (ten przypadnie na dzień 28 kwietnia).

Zapraszamy na wszystkie koncerty!

 

4 marca, wtorek

José Lencastre – saksofon altowy, Michał Wróblewski – saksofon altowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna

https://joselencastre.bandcamp.com/

https://marecords.bandcamp.com/album/prelude-and-variations-in-db

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

 

26 marca, środa

Exhaust: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Kit Downes - fortepian, Andrew Lisle - perkusja

https://camilanebbia.bandcamp.com/

https://kitdownesmusic.bandcamp.com/

https://andrewlisle.bandcamp.com/

 

12 kwietnia, sobota

John Hughes – kontrabas, Luis Vicente - trąbka

https://johnhughesdoublebass.bandcamp.com/album/gravelshard-2

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/unnavigable-tributaries

Olbrzym i Kurdupel: Tomek Gadecki – saksofon tenorowy, Marcin Bożek – akustyczna gitara basowa

https://olbrzymikurdupel.bandcamp.com/

https://creativesources.bandcamp.com/album/sadoil

 

27 kwietnia, niedziela

Alex Ward – klarnet, gitara elektryczna, John Edwards - kontrabas, Mike Gennaro - perkusja

https://silversetrecords.bandcamp.com/album/bring-a-book

https://johnedwards.bandcamp.com/

https://alexward.bandcamp.com/


Wszystkie koncerty: Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godzina 20.00

Bilety do kupienia bezpośrednio przed koncertami: gotówka albo blik.




piątek, 25 października 2024

Martina Verhoeven Invites!


Ledwie tydzień temu omawialiśmy na tych łamach nagranie ośmioosobowego Large Ensemble Colina Webstera, zarejestrowane w londyńskim Cafe Oto w październiku ubiegłego roku. Teraz cofamy się w czasie o trzy miesiące i na tej samej scenie spotykamy tentet firmowany nazwiskiem belgijskiej pianistki Martiny Verhoeven.

Zauważmy, iż w ujęciu personalnym aż pięciu muzyków uczestniczyło w obu nagraniach – Colin Webster, Cath Roberts, Dirk Series, Charlotte Keeffe i Andrew Lisle. W tentecie Martiny poza nią samą spotykamy jeszcze Daniela Thompsona, Benedicta Taylora, Toma Warda i Toma Jacksona. Dobrze zapamiętany z zeszłotygodniowej pogadanki free jazzowy ansamble Webstera został tu poszerzony o zaciąg definitywnie free chamber (altówka, gitara akustyczna, klarnety, flet). I taka jest dwusetowa ekspozycja formacji Martiny – dużo w niej free jazzu, ale i pełne garście wysmakowanej kameralistyki. Na prawie 70 minut oddajmy się temu strumieniowi dźwiękowemu.



 

Zgodnie z nakreśloną w preambule recenzji dwubiegunowością, koncert otwarty zostaje w aurze kameralnej (drobne frazy w pobliżu ciszy, mroczne, acz leniwe i wystudzone), by już po kilku minutach płonąć ogniem free jazzu. Z jednej strony barytonistka i alcista w roli szalbierców ekspresji, z drugiej altowiolinista, klarnecista i flecista po stronie kojących emocje. Jakby po środku tych pozornie przeciwstawnych frakcji dwaj różnobarwni gitarzyści i pianistka, która czuwa nad dramaturgią, a jeśli trzeba dolać oliwy do ognia, czyni to z dalece post-klasyczną nutą. W fazie kameralnej narracja skrzy się ogromem akustycznej urody altówki, gitary, niekiedy także trąbki. W fazie free jazzowego wulkanu do ognia dokładają tu wszyscy, nie sposób wszakże nie podkreślić roli gitary elektrycznej i silnie unerwionej perkusji. Niezależnie wszakże od poziomu zadanej ekspresji, każdy z uczestników spektaklu wchodzi z partnerami w wyłącznie udane interakcje. Nim ponad 26-minutowy set pierwszy dokona swojego żywota, artyści dostarczą nam jeszcze moc różnorodnych zdarzeń – fazę cmokającej ciszy, ekstatyczny duet altówki i gitary akustycznej, wreszcie kilka kolejnych akcji piana, które w tym tyglu niekończących się akcji i reakcji zdaje się dysponować najbardziej rozbudowanym arsenałem środków wyrazu.

Drugi set trwa ponad 40 minut i przynosi jeszcze większą porcję emocji i silnie kontrastujących ze sobą faz. Ognisty, kompulsywny początek wydaje się pewnym zaskoczeniem. Piano pachnie tu Schlippenbachem, akcje dętych mocą kolejnej reinkarnacji Machine Gun. Równie zaskakujące jest szybkie wytłumienie wprost w objęcia permanentnie kreatywnej altówki. Chwila ballady, a zaraz potem struga post-aylerowskich melodii. W tej fazie koncertu pianistka powraca z post-klasycznym sznytem, z kolei gitarzyści raz po raz szyją ściegiem, którego byśmy się po nich nie spodziewali. Z tym ostatnimi często po drodze ma trębaczka, która chyba najczęściej staje okrakiem na najważniejszej tego wieczoru dychotomii – chamber/ free jazz! Po upływie kwadransa improwizacja wspina się na jeden z bardziej ekspresyjnych szczytów, a na etapie falling down przypomina watahę rannych kojotów po przedawkowaniu. I znów kilka chwili wystarczy, by z plejady separatywnych półokrzyków uformować free jazzowy lej gorącej lawy, który zastygnie po niedługiej chwili w martwej melodii. Ostatni kwadrans koncertu, to prawdziwa huśtawka nastrojów. Gdy już widać kameralną finalizację, nagle z szeregu wypada kolejny muzyk i rwie ansambl do lotu (brawo saksofon altowy!). Z kolei fazy kameralnych podmuchów zimnego powietrza (brawo altówka!) w ułamku sekundy potrafią skrzyć się nowymi emocjami. Ostatecznie tentet umiera po podwójnym pokonaniu dużego wzniesienia. Perfekcyjne ugaszony flow wpada wprost w deszcz rzęsistych oklasków, których na albumie jednak nie słyszymy.

 

Martina Verhoeven Invites (Bandcamp’ self-released, CD 2024). Andrew Lisle – perkusja, Benedict Taylor – altówka, Cath Roberts - saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe – trąbka, Colin Webster – saksofon altowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna, Dirk Serries – gitara elektryczna, Martina Verhoeven – fortepian, Tom Jackson – klarnet oraz Tom Ward – klarnet basowy, flet. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, lipiec 2023. Dwie improwizacje, 70 minut.




piątek, 18 października 2024

Colin Webster Large Ensemble in Second Edition!


Londyński saksofonista Colin Webster śmiało wkroczył w roku ubiegłym w piątą dziesiątkę życia i niejako przy okazji, w przededniu tej zacnej rocznicy, powołał do artystycznego bytu swój pierwszy Duży Skład. Otoczył się w nim grupą muzycznych przyjaciół, do tego bodaj najczęstszych współpracowników i postanowił koncertować tylko raz w roku, jesienią w londyńskim Dalston, w niepowtarzalnej z wielu względów Cafe Oto.

Koncepcja Large Ensemble by Colin Webster jest niebywale prosta. Świetnie znający się muzycy wychodzą na scenę i improwizują. Oktet bazuje na brzmieniu aż czterech instrumentów dętych, które wspiera soczysta, rozbudowana o elektronikę sekcja rytmu, zatem każdy wie, czego możemy spodziewać się po takiej załodze – soczystego free jazzu!

Przed nami epizod drugi, nagrany dokładnie rok temu. W ujęciu personalnym drobna zmiana na kontrabasie, poza tym jak zawsze cudownie! Welcome!



 

Pierwszy set, trwający podobnie jak drugi dwa kwadranse z drobnym okładem, otwarty zostaje kolektywnym spazmem trzech saksofonów, trąbki, elektroniki, gitary, kontrabasu (ze smyczkiem) i perkusji. Oktet płynie szeroką ławą, jest masywny w brzmieniu, ale nie eskaluje tempa. Instrumenty dęte oddychają tu niekiedy bardzo jednolitym strumieniem – jedni pracują na wdechu, inni na wydechu, chętnie wchodzą w bilateralne dyskusje, nieustannie na siebie pokrzykują. Gitara z kolei na każdym kroku szuka okazji do hałasowania i silnie krwawi na przemian z kontrabasem. Oba instrumenty niesione są strumieniem masywnego drummingu. Opowieść incydentalnie gubi tu tempo, ale to raczej chwile na zaczerpnięcie oddechu. Oto Machine Gun Anno Domini 2024 w pełnej krasie!

Nim upłynie kwadrans koncertu, Large Ensemble płonie już w ogniu kolektywnego rozdygotania. Po drobnym spowolnieniu wszystko zastyga jednak jak wulkaniczna lawa, tląca się niewygaszoną gitarą. Perkusista odpoczywa dając asumpt do gry na małe pola i feerii drobnych, brzmieniowych subtelności. Jego zmysł dramaturgiczny sprawia wszakże, że LE jeszcze w tej dziesiątce minut zaczyna ponownie eksplodować ziejąc ogniem na prawo i lewo. Wszyscy śpiewają po aylerowsku i zdają się nieść wyłącznie dobrą nowinę. Po kolejnych kilku minutach narracja formuje się w mięsiste drony inkrustowane elektronicznymi usterkami, a potem w strumień szemrzącej górskiej rzeki, skażonej radioaktywnie. Ostatnia faza pierwszego seta, to przestrzeń, w której dęciaki mogą pokazać swoją urodę w pełnym wymiarze. Na końcowej prostej improwizacja przebiera na sile, mimo, iż pozbawiona jest dynamiki perkusji.

W trakcie drugiego seta muzycy wydają się bardziej zdystansowani wobec dyktatu ekspresji, bardziej wyczuleni na niuanse dramaturgiczne, silniej nastawieni na akcje w podgrupach. Otwarcie tej części spektaklu spoczywa na barkach saksofonu i gitary, delikatnie skrobanych po piętach przez smyczkowe uderzenia po gryfie kontrabasu. Kolejne instrumenty podłączają się do gry z dużą troską o obraz całości, a sama akcja toczy się w dość spokojnym tempie, dając przestrzeń na dęte zdobienia. Sytuacja sceniczna jest tylko pozornie pod kontrolą artystów, albowiem wystarczy ledwie drobna iskra, by oktet, już po pięciu minutach, stanął w ogniu kolektywnej, free jazzowej jatki. Nie trwa ona jednak zbyt długo, albowiem zgodnie z tym, co powyżej, ta część koncertu stawia na interakcje. Najpierw, to faza stosunkowo ekspresyjnej huśtawki, potem zmysłowy duet trąbki i perkusji, faza dronowa pełna post-melodyjnych wydechów, wreszcie adekwatna do sytuacji na scenie wzmożona aktywność perkusisty, która skutkuje definitywnym wzrostem temperatury w tak już dusznej Cafe Oto.

Dalszą fazę seta zdobi efektowna ekspozycja trąbki na rozgrzanej sekcji rytmu. Potem narracja osiąga stan wrzenia, by w dalszej kolejności stylowo zastygnąć w chmurze dętych podmuchów, obleczonych elektronicznymi inkrustacjami. Znana już z tego koncertu rozkołysana narracja w aylerowskiej estetyce, tu na przednówki finalizacji, zdaje się wyjątkowo piękna, także długotrwała. Podejście pod ostatnią prostą jest jednak pełne ognistych wyziewów, przypomina kontrolowaną, free jazzową eksplozję. Wraz z wybiciem trzydziestej minuty muzycy zaczynają zwijać opowieść. Czynią to wszakże w tak urokliwy sposób, iż wyjątkowo trudno jest żegnać się z ich obecnością na scenie. Krótkie i długie frazy, sycząca elektronika i piękna faza dronowego konania na gasnącym wydechu. Brawo!

 

Colin Webster Large Ensemble Second Edition (Raw Tonk, CD 2024). Colin Webster – saksofon altowy, Rachel Musson – saksofon tenorowy, Cath Roberts – saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe - trąbka/ flugelhorn, Graham Dunning – elektronika, Dirk Serries – gitara, Caius Williams – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, październik 2023. Dwie improwizacje, 64 i pół minuty.



wtorek, 16 kwietnia 2024

Kodian Trio in Black Box!


O brytyjsko-belgijskim Kodian Trio wiemy wszystko, śledzimy ich każde artystyczne tchnienie ze zdwojoną uwagą, znamy wszystkie płyty, byliśmy – co oczywiste - na pewnym spontanicznym koncercie pięć lat temu, gdy Colin Webster, Dirk Serries i Andrew Lisle pichcili w poznańskim Dragonie swoje jakże oryginalne, free jazzowe danie.

Kodian za rok kończy dziesięć lat, a teraz, póki co, prezentuje najnowszy album koncertowy, który nas, wytrawnych znawców tematu, niczym nie zaskakuje, ale radości z odsłuchu i obcowania ze sztuką pisaną dużymi literami dostarcza kosmiczne wprost ilości. Samo zaś nagranie dość szybko sforuje się na listę najciekawszych nagrań gatunku upublicznionych w roku 2024.

So, welcome to Black Box!



 

Artyści rozpoczynają spektakl kolektywnym, zrównoważonym pod względem dynamicznym strumieniem post-jazzowych interakcji. Saksofon altowy wydaje się być na starcie najgłodniejszy z tej trójki niszczycieli. Płynie wysokim wzgórzem i szuka drobin melodii w kosmicznym pyle dźwięków. Tymczasem perkusja skrupulatnie stempluje ścieg improwizacji, a gitara szuka natchnienia w post-rockowych ornamentach. Muzycy zwinnie zagęszczają flow, ale nie idą tango. W pełni kontrolują przebieg wydarzeń, a pierwsze, ledwie śladowe spowolnienie serwują nam jeszcze przed upływem piątej minuty. Po niezbyt rozbudowanej fazie stonowanych dronów artyści kręcą nową spiralę improwizacji - Colin i Andrew moszczą się w locie wznoszącym, Dirk sadowi na ambientowym płaskowyżu. Kolejny przystanek syci się już drobnymi porcjami ciszy, dostarcza plejady drobnych, preparowanych fonii. Znów jednak trwa tylko kilka chwil. Dalsza faza pierwszego seta przypomina huśtawkę. Emocje falują, muzycy raz za razem podsyłają nam dźwiękowe i dramaturgiczne perełki. Tu kołem zamachowym narracyjnego zagęszczenia jest definitywnie drummer, który w okolicach 18 minuty doprowadza improwizację do prawdziwie free jazzowego ukropu. Ostatnie kilka minut pierwszej odsłony koncertu toczy się w mglistej aurze wystudzonych, balladowych dronów – najpierw to duo saksofonu i gitary, potem trio wsparte na perkusyjnych szczoteczkach.

Otwarcie drugiego seta zdaje się być szczególnie urokliwe. Lepi się z dźwięków rezonującego talerza, mrocznego ambientu gitary i szumów z saksofonowej tuby. Narracyjna intryga tkana tu jest z drobnych, filigranowych fraz. Jej narastanie trwa wiele minut, a muzycy znów mają wszystko pod kontrolą. Pierwsze spiętrzenie ma miejsce dopiero w okolicach 10 minuty. Tuż po nim jeszcze tylko kilka oddechów ciszy i swoje krótkie, ale precyzyjne solo prezentuje perkusista. Powrót do formuły tria następuje w oka mgnieniu. Narracja nabiera teraz wręcz rockowych emocji szybko docierając na kolejny szczyt. Zejście z niego wydaje się być jeszcze bardziej efektowne. Pracują talerze, syczy alt, a gitara snuje chmurę ambientu. Rodzi się drobna, smutna melodia, grana na wydechu, która niesie improwizację szeroką doliną. Kolejną spiralę opowiadania nakręca saksofonista. Perkusja zaczyna wybijać drobny rytm, gitara plącze się w gęste struny. Muzycy znów nie forsują tempa, raczej myślą o zgrabnej finalizacji, dbają o klimat i dawkowanie odpowiednich emocji. Samo zakończenie koncertu eksploduje wszakże mnogością wydarzeń - jest dynamiczne, czynione na kompulsywnych wydechu, pełne ognistych, brzmieniowych niespodzianek.

 

Kodian Trio Black Box (Raw Tonk Records, CD 2024). Colin Webster – saksofon altowy, Dirk Serries – gitara elektryczna oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagranie koncertowe, Black Box, Münster, Niemcy, marzec 2022. Dwie improwizacje, 52:43.



piątek, 16 lutego 2024

Shrike Records' 2023: Alex Ward! Eddie Prévost’ Chord! Northover, Magliocchi & Gussoni!


Londyńska inicjatywa wydawnicza Shrike Records wystartowała w ciężkich czasach pierwszego covidowego lockdownu, ale po trzech edytorskich latach ma już w katalogu szesnaście pozycji. Z drobnymi wyjątkami zawierają one soczystą, swobodnie improwizowaną muzyką ścisłe związaną ze światową stolicą gatunku, czyli Londynem i w przeważającej większości z muzykami, których śmiało możemy zaliczyć do legend, tudzież istotnych twórców tego kierunku muzyki współczesnej.

Na tych łamach jesteśmy ze Shrike od pierwszego albumu, zatem bez zbędnych introdukcji zagłębiamy się w płytach, które ukazały się w drugiej połowie ubiegłego roku i są pozycjami nr 12, 13 i 14 w katalogu. To trzy prawdziwe perły brytyjskiego free impro (z drobnym zaciągiem włoskim), trzy powody, by paść na kolana i prosić o niski wymiar kary. Dodajmy, iż tytuły te nie znalazły się w liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2023 jedynie dlatego, iż trafiły pod strzechy trybunowego recenzenta dopiero w styczniu bieżącego roku. Ale wszystkie one na ów zaszczyt bezwzględnie zasługują.



 

Alex Ward Items 6 & 7 The Recent Past

Cafe Oto, Londyn, lipiec 2022: Alex Ward – klarnet (utwór 1), gitara elektryczna (2), Hannah Marshall – wiolonczela (1), Andrew Lisle – perkusja (1,2), Otto Willberg – kontrabas (1,2), Benedict Taylor – altówka (1), Charlotte Keeffe – trąbka (1,2), flugelhorn (2), Cath Roberts – saksofon barytonowy (2), Sarah Gail Brand – puzon (2), Rachel Musson – saksofon tenorowy (2). Dwie kompozycje, 74 minuty.

Pośród formacji Alexa Warda, które zwinnie improwizują wedle wskazań i w obrębie dobrze skrojonych, kompozytorskich scenariuszy, znamy już Item 4 oraz Item 10. Na najnowszej płycie artysta prezentuje nam Item 6, który realizuje definitywnie model free chamber oraz Item 7, który zagłębia się w meandry ekspresyjnego free jazzu. W sekstecie zdominowanym przez instrumenty strunowe, a konsumującym pierwszy utwór albumu, Alex sięga po klarnet, w septecie, doposażonym w pokaźną watahę instrumentów dętych, a realizującym się w trakcie drugiego utworu, muzyk gra na gitarze elektrycznej.

Dźwięki otwarcia płyną do nas długimi, strunowymi frazami, incydentalnie stemplowanymi szarpnięciami kontrabasu. Tuż potem ma miejsce drobna ekspozycja dęta z molową melodyką. Narracja płynie zarówno czystymi frazami, jak i drobnymi preparacjami, za które odpowiedzialne są trąbka i altówka. Ta pierwsza zdaje się być najaktywniejsza w pierwszej części utworu i odpowiadać za niemal free jazzową eskalację, stymulowaną także akcją perkusji. Po drobnym szczycie sześcioosobowa formacja rozlewa się szerokim strumieniem, z aktywnym udziałem wszystkich aktorów widowiska. Strunowce narastają niczym letnia burza, a dodatkową atrakcją są post-jazzowe wtręty perkusji. Zgodnie wszakże z zapisami kompozycji następuje teraz efektowne zejście w mrok szemranych interakcji. Za kolejną akcję zaczepną odpowiada trio ekspresyjnego klarnetu, wspartego na basie i perkusji. I ta ekspozycja kończy swój żywot w strunowych lamentach. Zmiana goni tu zmianę, zatem dość szybko odnajdujemy się w strumieniu basowego pizzicato, podkreślonego feerią talerzy. Strunowce jednak nie odpuszczają i z gracją baletnicy wypuszczają na solową akcję altówkę. Zew krwi czuje także wiolonczela, która przejmuje główny nurt opowiadania, rozsiewając na scenie niemal folkową poświatę. Tu bystrym kontrapunktem jest wspólna inicjatywa klarnetu i trąbki. Na ostatniej prostej narracja powraca do strwożonego, kameralnego klimatu i gaśnie na głęboko osadzonym, kontrabasowym smyczku.

Edycja septetowa startuje dętymi śpiewami osadzonymi na kameralnie frazującym smyczku basu. Wokół mości się aktywna perkusja, a groźba free jazzu wisi nad wszystkim niczym miecz Damoklesa, szczególnie, gdy tembr gitary staje się dalece mięsisty. Flow nosi znamiona połamanego, ale wyjątkowo precyzyjnego. Świetną zmianę daje baryton wsparty na smyczku, a basowe pizzicato dolewa oliwy do ognia. Uspokojenie tego tygla emocji spoczywa na duecie puzonu i saksofonu. Nowy wątek znów korzysta ze smyczka, a niesiony jest kreatywnością gitary i trąbki. Nie przeszkadza to reszcie załogi udzierać kameralne interludium, które niespodziewanie kończy się w ciszy. Restart jest definitywnie kolektywny i dość szybko wyprowadza narrację na otwarte pole free jazzu, po drodze gubiąc sekundę na efektowny duet gitary i puzonu. W fazie ognistej na froncie dokazują szczególnie baryton i trąbka. Przez moment opowieść zasadza się na narracji dętego kwartetu, w którym każdy gra na innym poziomie intensywności. Piękny moment! Notyfikacja znów szykuje nam wszakże niespodziankę i bez mrugnięcia okiem przenosi w otchłań łagodności, melodii i dramaturgicznej powolności. Nowa akcja zaczepna zasadza się na ekspresji gitary i saksofonu, niesionych masywnym tembrem sekcji rytmu. Gitara szuka tu ściany dźwięku, ale znajduje mrok post-jazzu. Ostatnie trzy minuty, to już faza falling down, budowana posuwistymi, ale leniwymi pociągnięciami pędzla.



 

Eddie Prévost/ NO Moore/ James O’Sullivan/ Ross Lambert Chord

OneCat Studio, Crystal Palace, Londyn, lipiec 2022: Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz NO Moore, James O’Sullivan i Ross Lambert – gitary elektryczne. Siedem improwizacji, 58 minut.

Eddie Prévost, mistrz rezonujących akcesoriów perkusjonalnych, artysta, który z krawędzi wielkiego talerza, zawieszonego na efektownym stojaku potrafi wyrzeźbić frazy dane tylko jemu, spotyka w okolicznościach studyjnych trzech gitarzystów, których zadaniem jest swobodnie improwizowanie w chmurze post-gitarowych preparacji, wyjątkowo silnie nasączonych odczynem kwasowym. Każda z siedmiu opowieści tego albumu mieni się szczególnym pięknem, kolorytem subtelnej, ale totalnej psychodelii.

Schemat dramaturgiczny większości improwizacji jest tu podobny – najpierw ma miejsce gitarowa introdukcja, realizowana zarówno w pojedynkę, jak i kolektywnie, jakby w oczekiwaniu na ruch perkusjonalisty. Ten wchodzi do gry po pewnym czasie i błyszczącym, rezonującym talerzem porządkuje narrację, często tłocząc ją w wielką chmurę ambientu, ale także stymulując gitarzystów do dalszych akcji, które niosą pokaźny nerw kreatywności. Praca gitarzystów ma tu wyjątkowo szerokie spektrum dźwiękowe. Od drobnych plam typowych dla gitarowych przetworników, przez drżenia, pulsacje, szumy, zgrzyty i sprzężenia, aż po brzmienia, które wydają się być niemal elektroakustyczne. Opowieści toczą się tu od lewitującej ciszy aż po smugi post-industrialnej smoły. Potok fonii przypomina strumień płynnej, powulkanicznej lawy. Narracje są często stonowane, smukłe i oniryczne, ale efektownie kontrapunktowane eksplozjami mikro hałasu, tu generowanymi nade wszystko wielkim, rezonującym talerzem. Aura backgroundu jest także bogata, często sycona szumem gitarowych amplifikatorów. Koloryt narracji jako całości mieni się przeogromną paletą barw, a sytuacja, w której możemy bez omyłki wskazać źródła poszczególnych dźwięków lub liczbę gitar frazujących w danej chwili należy tu do rzadkości. Także akcje Prévosta, które nie koncertują się na rezonansie talerza i chętnie wtapiają w post-gitarowe wyziewy, stanowić mogą asumpt dla dysonansu poznawczego odbiorcy.

Pierwsze pięć improwizacji trwa tu od pięciu do dziewięciu minut. Szósta jest nieco krótsza, choć wyjątkowo bogata w wydarzenia, skoncentrowana wszakże na dźwiękach niekiedy bliskich ciszy. Zdaje się być perfekcyjnym podprowadzeniem pod ostatnią część, która trwa ponad kwadrans. Jej początek syci się mnóstwem elektroakustycznych niespodzianek dźwiękowych. Słyszymy tajemnicze odgłosy dochodzące z oddali i moc talerza, który tym razem zagęszcza flow i stawia niebanalne znaki zapytania. Z jednej strony mgławice gitarowej post-psychodelii, nie bez industrialnie brzmiących wtrętów i nerwowy ambient tła, z drugiej rezonujący talerz, swoisty demiurg dramaturgii, który czuwa nad całością, ale też chętnie wchodzi w interakcje, zwłaszcza z bardziej delikatnymi frazami gitarzystów. Przez ostatnie trzy minuty opowieść tonie w pogłosie, pełnym brzmieniowych subtelności.



 

Adrian Northover/ Marcello Magliocchi/ Bruno Gussoni The House On The Hill

Monteggiori Studios, Włochy, lipiec 2023: Adrian Northover – saksofon sopranowy, Marcello Magliocchi – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Bruno Gussoni - flety, shakuhachi. Trzynaście improwizacji, 51 minut.  

Post-stevensowski small drum kit i dwa lekkie, roztańczone, acz definitywnie czupurne dęciaki w kompulsywnej, jakże swobodnej improwizacji. Tym triem zachwycaliśmy się onegdaj i bez cienia wątpliwości umieściliśmy jego album na którymś z rocznych, trybunowych the best-off. Tym łatwiej jest nam teraz zatopić się bez reszty w nowej, studyjnej rejestracji tej włosko-brytyjskiej formacji bez nazwy własnej.

Pieśń otwarcia zdaje się wyznaczać zasady gry na tym albumie. Tworzą ją pokrzykujący saksofon sopranowy i flet pozostające w godowym, nierzadko imitacyjnym tańcu i nerwowe, wielowymiarowe percussion & drums (dokładnie w tej kolejności!), budujące pajęczynę, przez którą nie prześlizgnie się nawet najmniejszy owad. Muzycy świetnie panują tu nad emocjami, ale wielokrotnie dają się unieść swym gorącym temperamentom. Od ptasich small talks, po posuwiste drony lekkich, rozhuśtanych fraz, a wszystko obudowane stevensowskim, niemal unoszącym się w powietrzu drummingiem, który świetnie kontrapunktuje dęte wyczyny. Dęciaki pracują w bardzo szerokim spektrum dźwiękowym, choć po definitywnie preparowane frazy sięgają rzadko. Perkusjonalista czyni to częściej, ale bez szwanku dla dynamiki całości, a jego techniki rozszerzone mają jedynie wzbogacać narrację, nie są zaś celem samym w sobie.

Pośród trzynastu opowieści zamieszczonych na płycie trzy są miniaturami, kolejne dziewięć to rozbudowane, kilkuminutowe historie o intrygującej dramaturgii, a wszystko wieńczy najdłuższa improwizacja, który udanie reasumuje całe przedsięwzięcie. Na albumie dominują dynamiczne ekspozycje, często inicjowane efektownymi brzmieniowo introdukcjami. Na tle tych ekspresyjnych galopad szczególnie urokliwie jawią się opowieści bardziej spokojne, czy wręcz zadumane, jak choćby druga faza szóstej improwizacji, także siódma, wreszcie wyjątkowo mroczna dziesiąta. W dwunastej odsłonie mamy szumiące otwarcie dęciaków, a akcja perkusjonalna pojawia się dopiero po kilku pętlach narracyjnych. Całość, tak czy inaczej, popada we frywolny taniec. Wspaniałym podsumowaniem albumu jest końcowa improwizacja, którą zaczynają perkusjonalne preparacje, a w których uczestniczą także flecista i saksofonista, budujący ramy post-rytmu na bliżej niezidentyfikowanych przedmiotach (lub na korpusach swoich instrumentów). Dęte frazy pojawiają się dopiero po czasie, a cała improwizacja zdaje się być rytualną, pięknie celebrowaną, plemienną fiestą radości i zadumy. Jak już kiedyś o tej formacji pisaliśmy – spuścizna artystyczna Spontaneous Music Ensemble ma w tych trzech muzykach wspaniałych kontynuatorów.