Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Masayo Koketsu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Masayo Koketsu. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2026

The March’ Round-up: Dead Neanderthals! Hz of Gold! Kneer & van Veenendaal! Veins of Rain! Beliah! MMBTUPM! Petyaev & Petyaev!


Najwyższy czas ma marcową zbiorówkę! Osiem nowych albumów, tyleż wykwintnych i ciętych jak brzytwa recenzji! To nasz ulubiony moment w codziennym, trybunowym znoju pisarskim!

Ponadgatunkowy tygiel improwizowanych emocji czeka na Wasz odczyt, a albumy na odsłuch po stosownych zakupach. Zaczniemy od mistrzów heavy jazzu, którzy dziś śmiało zasługują na miano syntetycznych post-metalowców, czyli Dead Neanderthals, prawdziwy kwiat holenderskiej post-młodzieży. Potem czeka nas swobodnie improwizowana wizyta w Berlinie, ale spotkanie cokolwiek amerykańskie, w dalszej kolejności wątki holendersko-niemieckie, japońsko-amerykańskie, francuskie, choć z ziemi nam ojczystej, estońskie, a na koniec pakiet dobrego jazzu z kraju, który od czterech lat nie ma flagi.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Dead Neanderthals Evocations/ DEMO MMXXV (Bandcamp’ self-release, DL 2025/26)

White Noise Studio, Nijmegen, Holandia: Otto Kokke – syntezator oraz Rene Aquarius – perkusja. Łącznie pięć utworów, 39 minut.

W życiu pewne są trzy rzeczy – śmierć, podatki i … sylwestrowa ep-ka Kokke i Aquariusa! A tym razem nawet dwie ep-ki, albowiem do dwóch grudniowych, długich opowieści, kilka dni później artyści dołączyli jeszcze trzy krótkie muzyczne petardy.

Pierwsze dwa wielominutowe utwory, to ortodoksyjny minimalizm - jednostajny beat perkusji i stojąca plama skwierczącego, sfuzzowanego niczym gitara syntezatora. To dwie martwe ballady, które zdają się przygasać z każdym kolejnym, monotonnym uderzeniem perkusji, ale to przygasanie trwa w nieskończoność. Efekt wbija nas w fotel i wywraca perspektywę dnia aż do jego marnego końca. Trzy krótsze utwory z DEMO sytuują się intrygująco blisko estetyki rockowej. Niczym walec brną do przodu, mają zdecydowanie bardziej urozmaiconą dramaturgię. Blisko im do doom metalu, we wnętrzach którego mości się tajemnicza, zła melodia, jak ten głos z offu, który wieńczy trzecią z nich.

  


Devin Gray, Andrea Parkins & Frank Gratkowski Hz of Gold (Rataplan Records, CD 2026)

Lowswing Studios, Berlin, maj 2021: Andrea Parkins – elektronika, akordeon, wurlitzer, Frank Gratkowski – saksofon, flet, klarnet oraz Devin Gray – perkusja, instrumenty perkusyjne, herz. Jedenaście utworów, 45 minut.

Przed nami dalece intrygujące spotkanie berlińskie, poczynione w dwóch trzecich siłami amerykańskimi. Mniej nam znany drummer w roli inicjatora wydarzenia, które zaistniało w okolicznościach studyjnych prawie pięć lat temu i dwie legendy muzyki kreatywnej z obu stron Wielkiej Wody. Album dostarcza dużo zmyślnie pokomplikowanej akustyki, która raz za razem dostaje się w szpony elektroniki, a także … psychodelicznego wurlitzera.

Pierwsze trzy opowieści trwają prawie dwadzieścia minut i zdają się konstytuować jakość całego przedsięwzięcia. Od dronowej, powłóczystej, post-ambientowej ekspozycji budowanej pomrukami klarnetu basowego, plamami akordeonu i głęboko osadzonym drummingiem, po nerwowe post-ballady topione w onirycznej flaucie. W szprychach akustycznych instrumentów często panoszy się elektronika, także w formie live proccesingu. W pierwszej fazie albumu Parkins często sięga po elektryczne klawisze i udanie reasumuje wyczyny partnerów posmakiem fussion jazzu. Z akordeonu, z którym kojarzymy ją z dawnych lat, częściej korzysta w drugiej połowie albumu. Gratkowski tradycyjnie pracuje na trzech instrumentach, z których bodaj flet wchodzi w najbardziej zaskakujące intrygi. O dramaturgię całości najczęściej dba Gray, który bywa tu świetnym aktorem drugiego planu, ale też chętnie inicjuje akcje zaczepne, szczególnie w początkowych fazach utworów. Finałowa odsłona bazuje na melodii klarnetu basowego, która przypomina filmowe dokonania pewnego artysty z naszej części świata.

 


Meinrad Kneer & Albert van Veenendaal The Munderkingen Sessions / Part 2 (Evil Rabbit, CD 2025)

Secret House Studio, Amsterdam, Luty 2024: Meinrad Kneer – kontrabas oraz Albert van Veenendaal – fortepian. Siedemnaście utworów, 48 minut.

Niemiecki kontrabasista i holenderski pianista to starzy dobrzy znajomi, którzy raz na jakiś czas wracają do siebie i klecą intrygujące, duetowe opowieści. Na swój nowy album przygotowali ich aż siedemnaście – trwających od niewiele ponad minutę do niespełna pięciu. Każdorazowo mają ciekawy pomysł na improwizację, zadaną technikę frazowania, tudzież niebanalną puentę. Być może pomysłów jak na jeden album jest tu zbyt dużo, być może niektóre wątki dramaturgicznie wartoby rozwinąć w dłuższe formy. Całość wszakże tylko nieznacznie przekracza trzy kwadranse i daje się lubić w każdym momencie.

Artyści otwierają i zamykają album w podobnym klimacie budowanym post-klasycznym, melodyjnym pianem i kameralnym, kontrabasowym smyczkiem, nasączonym odpowiednią dawką emocji i śpiewnej artykulacji. W tak zwanym międzyczasie zdają się szyć swoje opowieści dwutorowo. Z jednej strony post-jazzowe narracje, mające na ogół dobre tempo, zwinne improwizacje i pewną zdrową taneczność, z drugiej, najczęściej w utworach parzystych, preparowana kameralistyka. Pianista jest bardzo oszczędny w formule inside piano, ale wydaje się przez to szczególnie precyzyjny i kreatywny. Kontrabasista ze smyczkiem pod pachą, to prawdziwy mistrz suspensu i brzmieniowych subtelności. Szczególnie urocze pod tym względem są improwizacje szósta i dwunasta, doposażone tajemniczym i nieskrywanym skutkiem.

 


Masayo Koketsu & Nava Dunkelman Veins of Rain (Relative Pitch, CD 2026)

GSI Studios, Nowy Jork, kwiecień 2023: Masayo Koketsu – saksofon altowy oraz Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne. Dziewięć improwizacji, 45 minut.

Czas na japońskie spotkanie w zdecydowanie nowojorskich okolicznościach. Saksofonistkę poznaliśmy całkiem niedawno z bardzo udanej płyty solowej, z kolei perkusistka, to artystka wielu talentów i stylistycznych proweniencji, szczególnie dobrze sytuująca się w okolicznościach duetowych. Panie stawiają na kontrolowany open jazz, zdają się przejawiać sporą skłonność do autorefleksji i dramaturgiczną niezgodę na jakikolwiek pośpiech.

Artystki, szczególnie w początkowej fazie albumu, plotą swoje opowieści z zastygłych, ale gęstych i niekiedy lepkich melodii oraz szumu perkusjonalii, które okazjonalnie łapią rezonans i przechodzą do fazy wystudzonego drummingu. Bodaj w piątej opowieści z drobiazgów konstruują intrygę, która niespodziewanie smakuje nieśmiertelnym Aylerem. Ów zaczyn czegoś bardziej energetycznego pcha improwizację na tory nieco większej ekspresji. Teraz wystarczy ledwie krok, by z pozycji medytujących oddać się bez reszty wirowi czegoś, co okazjonalnie przybiera formę całkiem soczystego free jazzu. Nie inaczej dzieje się w trakcie ostatniej, ponad dziesięciominutowej opowieści - od rytuału smutnej melodii i talerzowego renesansu, po w pełni kontrolowany wybuch ekspresji, spuentowany szczyptą czegoś odrobinę folkowego.

  


Sebastien Beliah Tout corps vibrant (Bandcamp’ self-release, CD 2026)

Ambasada Muzyki Tradycyjnej, Warszawa, lipiec 2025: Sébastien Beliah – kontrabas, talerz, harmonika, grzechotka. Dziesięć utworów, 38 minut.

Solowa propozycja francuskiego artysty, od lat związanego z polską sceną muzyczną, to ciekawy przykład kontrabasowej improwizacji wzbogaconej multiinstrumentalną powłoką folkowej taneczności, bardzo swobodnej pod względem narracyjnym i artystycznie bezpretensjonalnej. Album jest krótki, zwarty, dobrze udramatyzowany, zbudowany z siedmiu kilkuminutowych opowieści z treścią i trzech kilkudziesięciosekundowych miniatur zwanych tu Gamelan-interlude.

Beliah od startu buduje tu dwa wątki – używa perkusyjnego talerza, wzbudzając rezonans, a potem kreując drummingową narrację i jednocześnie frazuje na strunach kontrabasu, stosując obie techniki gry, ale częściej sięgając po smyczek. Szybko włącza do dobrze zaplanowanej improwizacji atrybut rytmu i zdaje się być mu wierny do końca albumu. Gdy trzeba schodzi nisko na kolanach, bywa, że radośnie tańczy ze smyczkiem. Nie stroni od kameralnych rozwiązań, lubi minimalizm, zdecydowanie nastawiony jest na wyrazistość muzycznego przekazu. Najciekawiej robi się w drugiej połowie albumu. W szóstej części masywne pizzicato brzmi jak kroki nieznajomego, a filmowość momentu podkreśla melodia harmonijki. W siódmej odsłonie rolę odpowiedzialnej za rytm niepodziewanie przejmuje grzechotka. W ósmej smyczek skacze po strunach, a całość przypomina urokliwą repetytywność Different Trains Reicha. W dziewiątej części drobne zaskoczenie – rozśpiewany smyczek sięga po niemal post-barokową estetykę. Album wieńczy pożegnalna, na poły relaksacyjna, melodyjna opowieść utrzymana w stylistyce post-jazzu.

 


MMBTUPM Meditation Music Beyond The Unsleeping Psychopathic Mind (Hidden Harmony, LP 2026)

Threshold Studios, Hamilton, Ontario, Kanada, czas nieznany: Annie Shaw – instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Sarah Good - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Nadah El Shazly - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Adam Kinner – saksofon tenorowy, Connor Bennett – saksofon sopranowy, Devin Brahja Waldman - syntezator, saksofon altowy, Vicky Mettler – gitara, Alexei Orechin – gitara, Daniel Gélinas – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Philippe Melanson - perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery utwory, 41 minut.

Formacja odpowiedzialna za ten album śmiało może startować w konkursie na najdłuższą nazwę (szczęśliwie używa też skrótu). Jej nagranie zarejestrowano w Kanadzie, wydawcą jest estoński label (debiut na Trybunie), a towarzystwo muzyków definitywnie międzynarodowe – oto współczesny świat muzyki kreatywnej! Tak trzymać!

Na płycie zamieszono cztery improwizacje, budowane leniwie, z dbałością o bogatą instrumentację, których klimat doskonale opisuje sam tytuł albumu i nazwa grupy. A zatem rodzaj medytacji, klejonej warstwa po warstwie, od onirycznej, elektroakustycznej flauty uformowanej w swobodny dron, po rozbudowaną, linearną opowieść, która ma swój rytm niesiony saksofonowym śpiewem i intrygujący, post-psychodeliczny background armii instrumentów klawiszowych i syntezatorów. Szczególnie ciekawie brzmi to w drugiej i trzeciej odsłonie. W tej drugiej kwaśne klawisze i nieco demoniczna wokaliza, niekiedy multifoniczna, wyprowadza nas na otwartą przestrzeń, w której bylibyśmy zginęli bez wieści, gdy nie rytm i dęciak doprowadzający do szczęśliwego zakończenia. W trzeciej, najdłuższej opowieści na miano najciekawszego momentu albumu zasługuje wielominutowa, ambientowa plama szyta najpierw wokalizami, a potem zachrypniętymi saksofonami. Od zbiorowego lamentu, po kojące repetycje gitar.

  



Peter Petyaev The Burning Love of God (for Himself) (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

ROMT Recordings Studio, lipiec 2024: Peter Petyaev – saksofon tenorowy, barytonowy I sopranowy, Ksenia Savchenko – kontrabas oraz Eugene Pechenkin – perkusja. Jedenaście utworów, 44 minuty.

Petyaev-Petyaev Incomparable Greatness (No Name 666, DL 2026)

Vintage Records Studio, maj 2023: Peter Petyaev – saksofon, Pavel Petyaev – gitara (1-4), Victor Konovalov – klarnet, trąbka (3-5), Maxim Bezhenov – saksofon (2-5), Slava Burlakov – instrumenty klawiszowe, Ivan Bashilov – bas elektryczny (2-4) oraz Piotr Talalai – perkusja. Pięć utworów, 49 minut.

Na zakończenie marcowej zbiorówki podwójna porcja wytrawnego jazzu. Za obie odpowiada ten sam artysta - w pierwszej pławi się w spuściźnie free jazzu i fire music, w drugiej sięga po atrybuty kwaśnego fussion. Oba danie strawne, dobrze doprawione, a czas płynie przy nich wartko i definitywnie nienudną strugą.

Szczególnie udany wydaje się album nagrany w trio. Dedykacje dla legend gatunku, szorstki, wyrazisty sound saksofonu i świetna robota sekcji rytmu, która gra w poprzek, ma w nosie tradycję i iskrzy kreatywnością na każdym kroku – zwłaszcza, gdy w dłoniach kontrabasistki ląduje dobrze naostrzony smyczek. Pośród klasyków najbardziej do gustu przypaść może hommage dla Brotzmanna, a zaraz potem dla Wrighta, w każdym przypadku z drobną estetyczną woltą. Na koniec lider przedsięwzięcia dedykuje utwór bratu, a potem samemu sobie. Ten rodzaj autoironii dodaje smaku całemu albumowi.

Z rzeczonym bratem saksofonista tworzy ansambl Petyaev-Petyaev i w nieco bardziej rozbudowanym składzie (incydentalnie nawet septetowym) rusza na podbój elektrycznych odłamów gatunku. Każda z pięciu wielominutowych ekspozycji ma tu swoją wyszukaną dramaturgię. W pierwszej panoszą się rockowe naleciałości, w drugiej zaskakuje meta balladowe otwarcie, które na etapie rozwinięcia, szytego łamanym rytmem, przenosi nas do świata rozhulanego free jazzu. W trzeciej części rządzą aż trzy dęciaki, które wpadają w kwaśne turbulencje. Najbardziej smakowita zdaje się być czwarta odsłona, którą ciągnie do ognia free jazzu soczysta ekspozycja saksofonu. Z kolei w ostatniej opowieści podobać się może efektowne otwarcie, które spoczywa wyłącznie na dętym instrumentarium.

 

 

piątek, 16 maja 2025

The Relative Pitch’ March and April outfit: Vents! Cyclism! Poiēsis! Réimsí Géara!


Z pakietu soczystych nowości nowojorskiego The Relative Pitch Records, przypadających na marzec i kwiecień bieżącego roku, wybieramy cztery pozycje, świetnie pamiętając, iż jeden album z tego okresu został już wnikliwie (i z dużym entuzjazmem) omówiony*.

Pośród analizowanych poniżej albumów panoszyć się będą głównie instrumenty dęte, choć pewien australijski incydent wymagać będzie szerszego opisu zastosowanego instrumentarium. Po trzech zdominowanych wydychanym powietrzem płytach czeka nas jeszcze dwugitarowa dogrywka. W gronie wykonawców kilka znamienitych postaci muzyki kreatywnej, ale też zaciąg zacnych debiutantek i debiutantów. W ujęciu gatunkowym – swobodna improwizacja, kameralna zaduma i gitarowe kompozycje. Dla każdego coś miłego.

Welcome!



 

Jim Denley, Dale Gorfinkel & Peter Farrar Vents

Temple Jets, Gadigal Country, Sydney, styczeń i wrzesień 2023: Jim Denley – flety, Peter Farrar – płyty grzewcze, orbeez, ceramika, kamienie, hydrofony oraz Dale Gorfinkel – bębny powietrzne. Dwie improwizacje, 43 minuty.

Bogate instrumentarium tego niezwykłego spektaklu, to preparowany flet, perkusja obleczona tworzywem sztucznym (gumą balonową?), wreszcie zestaw tajemniczych przedmiotów, raczej nieinstrumentalnych, zdolnych wydawać każdy dźwięk – zwłaszcza syczący, szemrany, piszczący. Większość fraz zaliczyć moglibyśmy do rodziny dętych fonii i … bardzo chcielibyśmy zobaczyć muzyków w akcji.

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w centrum wielkiego mrowiska. Fauna i flora filigranowego, żywego dźwięku, który w wyniku tajemniczych i nie do końca rozpoznanych procesów zaczyna nabierać wymiaru post-akustycznego. Szmery, drobne zgrzyty, basowe pulsacje, rodzaj medytacji na flet, baloniki i innego obiekty świata żywej natury. Ale w sumie całość brzmi zdecydowanie … elektroakustycznie, choć zapewne elektryka nagrania jest tu związana wyłącznie z oświetleniem miejsca pracy artystów. Słyszymy powietrze, które tańczy, śpiewa i medytuje. Niektórym foniom śmiało moglibyśmy nadać miano hydraulicznych. Pierwsza improwizacja, linearna i zgrabnie udramatyzowana, ma w okolicach dwudziestej minuty drobne spiętrzenie, a potem chowa się do głębokiej krypty. Druga opowieść jest szyta dłuższymi fazami, czasami wzbogacona o ambientowe tło. W którymś momencie bije tajemniczy dzwon, dociera też do nas mnóstwo ukradkowych, konających w bezmiarze meta akustyki fraz. Z każdą chwilą tego nagrania – niezależnie od stopnia intensywności przekazu – muzycy zdają się popadać w stan coraz głębszej medytacji. Ostatnie dwie minuty, to jedynie mroczne echo i strzępy skwierczących, rezonujących fonii. Piękna to podróż, jakkolwiek.



 

Bloomers Cyclism

Czas i miejsce akcji nieokreślone: Anne Efternøler – trąbka, Maria Dybbroe – klarnet, saksofon altowy oraz Carolyn Goodwin – klarnet, klarnet basowy. Piętnaście utworów, 37 minut.

Piętnaście dobrze sformatowanych (trwających od niespełna minuty, do niecałych sześciu), improwizowanych opowieści, których tytuły przypominają ważne wydarzenia w dziejach światowego feminizmu. Trzy instrumenty dęte kreują tu zrównoważone emocjonalnie narracje, które zdają się odkrywać niepoliczalne piękno brzmienia saksofonu, trąbki i klarnetów. Ta ekspedycja, na poły relaksacyjna, podszyta jest wszakże nieoczywistą dramaturgią. 

Artystki frazują na ogół delikatnie, chętnie sięgają po czyste dźwięki i sprawiają wrażenie, jakby na wszystko miały czas. Raz po raz sięgają także po dźwięki preparowane (choćby w trzeciej, szóstej, dziewiątej, czy jedenastej części), każdorazowo czynią to jednak z należytym umiarem, mając wszystko pod doskonałą kontrolą. Lubią melodie, dramaturgiczny ład (na ogół jedna z nich wiedzie prym w zakresie prowadzenia narracji, dwie pozostałe budują zgrabny akompaniament), rzadziej wchodzą w zwarcia i bardziej dosadne interakcje. Szczególnie podobać się może druga odsłona, przy okazji najdłuższa, gdy artystki pokonują intrygującą drogę od krzyku do niemal milczącej medytacji. Równie smakowita wydaje się dziesiąta opowieść, którą prowadzi rozśpiewana trąbka, a saksofon i klarnet dygoczą z zimna pod osłoną nocy. Ostatnie dwie historie stawiają na czystość brzmienia. Nawiązują po części do pierwszego utworu i zgrabnie, pełnymi strumieniami melodii, reasumują cały album.



 

Masayo Koketsu, Nava Dunkelman & Tim Berne Poiēsis

GSI Studios, Nowy Jork, kwiecień 2023: Masayo Koketsu – saksofon altowy, Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne oraz Tim Berne – saksofon altowy. Siedem improwizacji, 38 minut.

Japońska adeptka i amerykański mistrz – spotkanie dwóch saksofonów altowych, wsparte aktywnym, niebanalnym drummingiem (a nie tylko percussion, jak sugeruje albumowe credits). Nikt z tej walki nie wychodzi zwycięski, bo nie oto chodzi w swobodnej improwizacji, zwłaszcza tej, realizowanej w danym układzie personalnym po raz pierwszy. Krótko, na temat, z dobrą dramaturgią – intrygujące otwarcia, na ogół ekspresyjne rozwinięcia i każdorazowo stylowe zakończenia.

Wszystkie utwory mają tu zbliżoną formę - na ogół trwają po cztery, pięć minut, a te najdłuższe po siedem z okładem. W pierwszej części saksofony altowe szukają zbliżenia, w kolejnych raczej dysonansu. Praca perkusji jest tu bardziej spójna dramaturgicznie i ciekawie podsyca saksofony do wzmożonej aktywności. Koketsu i Berne chętnie sięgają po farzy preparowane, na ogół czyniąc to naprzemiennie. Szczególnie intrygują w trzeciej opowieści, gdy z drobnych strzępów fonii budują rozbudowaną i melodyjną opowieść, a także w części czwartej, najdłuższej, którą kreują kontrastami, zarówno w zakresie frazowania, jak i brzmienia. W tej ostatniej najpierw sięgają ekspresyjnego szczytu, potem gasną smutnym, mrocznym tembrem. Molową atonację zdają się kontynuować w piątej, niemal modlitewnej opowieści. Ostatnie dwie części są chyba najbardziej dynamiczne. Jedna nerwowa, najeżona zadziornymi interakcjami, kolejna, znów dość imitacyjna, z rozchwianą dynamiką i gęstą melodią.



 

Scott Fields & Elliott Sharp Réimsí Géara

Studio zOaR, Nowy Jork, sierpień 2023: Elliott Sharp, Scott Fields – gitary elektryczne, kompozycje. Osiem utworów, 55 minut.

Nowojorscy gitarzyści przygotowali dla nas osiem kompozycji własnych (ten pierwszy odpowiada za parzyste numery, ten drugi za nieparzyste). Każda z nich, nasycona wielogatunkowymi skojarzeniami, wiedzie drogą kontrolowanej ekspresji i umiejętnie budowanej dramaturgii. Jedynie na samym końcu muzykom zabrakło chyba odrobiny zmysłu krytycznego. Album spokojnie mógłby zakończyć swój żywot po siódmym utworze, po jakże adekwatnych trzech kwadransach.

Rzeczone siedem kompozycji trwa od niespełna pięciu minut do siedmiu z drobnym okładem. Pierwsze dwie stawiają na rytm i post-melodyjną dynamikę z rockowym pazurem. W procesie frazowania artyści chętniej szukają podobieństw niż wchodzą w dysonujący dyskurs. W trzeciej części zdejmują nogę z gazu i sycą opowieść porcją chroboczącego ambientu. Potem sięgają po garść krzykliwych sprzężeń, a na etapie finalizacji do nasączone silnym prądem brzmieniowe detale. W kolejnych dwóch utworach budują post-balladowy flow z krótkich, urywanych fraz i plejady flażoletów. Ich narracja z jednej strony pachnie bluesem, z drugiej – szczęśliwie – nie szczędzi nam preparacji, realizowanych nie tylko mocą gitarowych przetworników, a także post-rockowej ekspresji. W szóstej części powraca rytm i kolejne porcje zdrowych interakcji. Nie brakuje imitacji na etapie frazowania, ale opowieść klei się nade wszystko ze wzajemnych kontr. W siódmej odsłonie szczególnie udany jest mroczny początek, potem muzycy nie szczędzą nam wielu dodatkowych tropów gatunkowych. W ósmej, prawie trzynastominutowej narracji, odpływają w bezmiar wystudzonej, niemal martwej post-ballady, która wydaje się nie mieć końca.

 

*) mowa o Song, solowym albumie Sophie Agnel



piątek, 10 czerwca 2022

The Relative Pitch’ new outfit: Child Of Illusion! Geometry of Trees! Voutchkova & Bordreuil! Grimal! Koketsu! Fluke-Mogul!


Zgodnie z zapowiedzią sprzed kilka dni, zapraszamy na szybki overview kolejnych nowości amerykańskiego labelu Relative Pitch Records. W dzisiejszym zestawie trio, kwartet, duet i aż trzy płyty solowe autorstwa zarówno muzyków uznanych w historii gatunku, jak i tych, których dane personalne zapisujemy w naszych podręcznych kajetach po raz pierwszy.

Jak to często bywa w katalogu RPR, na nowych albumach odnajdujemy sporo wątków kameralistycznych. Jedne bywają rozszarpywane free jazzowymi emocjami, inne uciekają niekiedy w minimalistyczną muzykę współczesną, a jeszcze inne nie stronią od eksperymentów brzmieniowych i naszych ulubionych dźwięków preparowanych, które zwykliśmy czasami nazywać fake sounds. W podgrupie zaś płyt solowych napotykamy sporo wykwintnej improwizacji, także dobrze radzącej sobie w obrębie nieco czystszego frazowania. Aż chciałoby się rzec: dla każdego coś miłego, ale nie przesadzajmy z tego typu metaforyką, wszak wciąż płyniemy gęstą strugą prawdziwie improwizowanych dźwięków.

 


Khimaira by Child of Illusion (CD)

Khimaira, Sztokholm, czerwiec 2018: Chris Pitsiokos – saksofon altowy, Susana Santos Silva – trąbka, Torbjörn Zetterberg – kontrabas. Jedna improwizacja, 42 minuty.

Druga już wspólna płyta w dorobku Amerykanina, Portugalki i Szweda zdaje się świetnie konsumować wszystkie cechy, jakimi w preambule tej zbiorówki określiliśmy nagrania pochodzące z RPR. Zatem sporo kameralnej zadumy i skupienia, pokaźne pokłady free jazzowych emocji, czasami zmysłowo tłumionych, wreszcie kilka garści dźwięków preparowanych, głównie ze strony trębaczki. I jak to na nagraniu koncertowym bywa, w każdym zakamarku sceny kryje się jakaś brzmieniowa niespodzianka.

Początek nagrania przypomina dramaturgiczny koncept. Krótkie frazy, sporo ciszy i cierpliwe oczekiwanie na ciąg dalszy. Usytuowany po środku kontrabas dość szybko bierze się za porządkowanie sytuacji scenicznej i zaczyna raz za razem rozdawać karty. Pięknie frazuje smyczkiem, zabierając całe trio w zakamarki ciszy i budując napięcie filigranowymi ruchami. Tak czyni choćby w okolicach 20 minuty, a jeszcze efektowniej w okolicach 30 minuty. W pierwszej fazie koncertu częściej pracuje w trybie pizzicato i syci wtedy opowieść garściami post-jazzu. Saksofon i trąbka posadowione na flankach często wchodzą w kontekst udanych interakcji, aczkolwiek prawdziwy ogień rozsadza im serca bodaj raz, mniej więcej po upływie kwadransa. Dodajmy jeszcze, iż pióro recenzenta zadrżało także w okolicach 26-28 minuty, gdy wszyscy muzycy udanie formowali swoje strumienie dźwiękowe w drony. Wreszcie samo zakończenie koncertu, definitywnie ponadgatunkowe. Muzycy, mimo podążania w kierunku balladowej finalizacji, niespodziewanie wspinają na kolejny ekspresyjny szczyt, udanie wieńcząc to niezwykle wartościowe spotkanie we troje.

 


Geometry of Trees by Reid, Kitamura, Bynum, Morris (CD)

Firehouse 12 Studios, New Haven, lipiec 2021: Tomeka Reid – wiolonczela, Kyoko Kitamura – głos, Taylor Ho Bynum – kornet, Joe Morris – gitara. Osiem improwizacji, 64 minuty z sekundami.

Amerykański kwartet, po części o delikatnie zarysowanych korzeniach azjatyckich, zabiera nas w najdłuższą podróż spośród tych, nad którymi dziś się pochylamy. Buduje swoją opowieść z drobiazgów, częściej stawiając na zaniechanie niż zagranie zbędnego dźwięku, na ogół płynie swobodnym, dalece post-kameralnym strumieniem. W niektórych momentach sięga też po atrybuty bardziej jazzowe (szczególnie wokalistka), a wtedy wyobraźnia recenzenta widzi już edytorski nóż, który ponadgodzinną, bardzo dobrą płytę przycina do trwającej mniej więcej trzy kwadranse płyty doskonałej.

Po kilkudziesięciosekundowym, dziarskim wstępie artyści zagłębiają się w zmysłowej, minimalistycznej kameralistyce. Z rozwagą budują dramaturgię, raz za razem serwują nam brzmieniowe subtelności, a w trzeciej części nie szczędzą nam także smakowitych preparacji, szczególnie smyczkowych. Powolna, zrównoważona, bardzo demokratycznie kreowana improwizacja w czwartej i piątej części, które trwają łącznie niemal 25 minut, czyni jednak wiele, by nasz poziom entuzjazmu dla dokonań kwartetu delikatnie osłabł. Z jednej strony muzykom brakuje wigoru i emocji, z drugiej - szczególnie trębacz i wokalistka - zbyt często zagłębiają się w jazzie, nie kreując przy tym inspiracji do ciekawych interakcji ze strony partnerów. Szczęśliwie ostatnie trzy improwizacje dużo nam rekompensują. Ta szósta jest lekka, swobodna, ale zaczepna, bogato instrumentalizowana, a na finał gasnąca przy intrygującej powłoce rytmicznej. Siódma z kolei ma ciekawą konstrukcję. Niemal w połowie składa się z incydentów solowych (trąbka, gitara, wiolonczela - każdy muzyków nie trwoni tu choćby sekundy!), by po powrocie do formuły kwartetowej zaskoczyć nas kilkoma doprawdy ognistymi frazami. Finałowa improwizacja studzi nasze emocje niemal wyłącznie udanymi frazami. Wreszcie z gardła wokalistki słyszymy coś więcej, niż śpiew, czy jazzowe schematy, a samo zakończenie zmysłowo tonie w mrocznych, długo wybrzmiewających dźwiękach.

 


The Seventh Water by Biliana Voutchkova & Leila Bordreuil (DL)

Werkhalle/ Wiesenburg, Berlin, sierpień 2021: Biliana Voutchkova – skrzypce, Leila Bordreuil – wiolonczela. Cztery improwizacje, 35 minut z sekundami.

Kolejna propozycja w dzisiejszym zestawie także jest nad wyraz kameralna, ale zdaje się, że jedynie w wymiarze personalnym. Dwa instrumenty strunowe tym razem zabierają nas do świata dźwięków preparowanych, mechanicznych, ale nieustannie pięknych, wciągających nas najdłuższymi smyczkami świata wprost do mrocznej jaskini zaskakujących wydarzeń fonicznych. I co być może najważniejsze, na tle prezentowanych nowości, improwizacje Biliany i Leili pozbawione są choćby jednego zbędnego dźwięku. Tylko dobre pomysły, tylko zmyślne rozwiązania i pewna dramaturgiczna wstrzemięźliwość.

Początek stawia nas ostro do pionu – to gęste, siarczyście brzmiące drony, będące skutkiem masywnego szorowania strun tłustymi smyczkami. Długie lub bardzo długie frazy, niektóre pulsują, inne skomlą o łyk wody. Dla przeciwwagi druga, dość krótka improwizacja stawia na lekkość, pewną frywolność. Dźwięki przypominają nerwowo podskakujące owady, które plądrują łąkę z wiosennych słodyczy. Wszystko w dość molowym nastroju, z czasem nabiera psychodelicznego humoru. Prawdziwe cuda zaczynają się w trakcie trzeciej, najdłuższej opowieści. Z mroku suną do nas szmery, coraz bardziej soczyste szumy, które po kilku pętlach zaczynają nabierać dźwiękowej powłoki. Coś gwiżdże, coś śpiewa przez zaciśnięte zęby. Rozciągnięte w czasie frazy bywają tu delikatne, a cisza czai się za rogiem niczym zły szeląg. Pod koniec flow całkowicie pogrąża się w mroku akustycznego ambientu. Dopiero na ostatniej prostej artystki decydują się na efektowne spiętrzenie o post-industrialnym posmaku. Z kolei finałowa improwizacja stawia na niespodzianki. Tu pracują nie tylko struny, ale i pudła rezonansowe. Dźwięki sprawiają wrażenie, jakby płynęły z zatopionego gamelanu. Najpierw opowieść narasta, potem uroczo przygasa do pojedynczej frazy. Plejada szmerów i smukłych ćwierć-melodii prowadzi na finałowe wzniesienie, które obfituje w całkiem zadziorne interakcje.

 


Refuge by Alexandra Grimal (CD)

Castle of Chambord, Francja (?), wrzesień 2020: Alexandra Grimal – saksofon sopranowy. Osiem improwizacji, 53 minuty.

W przeciwieństwie do płyty poprzedniej, solowa propozycja francuskiej saksofonistki miewa kilka momentów, które zwinne ręce edytora mogłyby wysłać w wieczny niebyt, ale i tak śmiało możemy skonstatować, iż sopranowa przygoda w akustycznych przestrzeniach zamkowych zdecydowanie stanowić winna mocny punkt artystycznego portfolio Alexandry. Co ciekawe, owe chwile dramaturgicznego zawahania recenzent dostrzega w krótszych, końcowych improwizacjach, a to, co najlepsze na albumie odnajduje w dwóch pierwszych odsłonach, szczególnie w trakcie drugiej improwizacji, trwającej ponad kwadrans.

Pierwsza improwizacja otwierać mogłaby awangardowy festiwal muzyki barokowej. Lekka, swobodna narracja, niepozbawiona znamion melodyjności, czy wręcz taneczności, kilka garści melancholii, szczypta suspensu i udane poszukiwanie oddechu cyrkulacyjnego. Grimal nie jest w tej ostatniej kategorii długodystansowcem, lubi zasłuchiwać się w ciszy i szukać gęstego echa własnych pomysłów dramaturgicznych, na ogół bardziej niż udanych. Druga odsłona Refuge, to zaiste perła w zestawie. Artystka porzuca prostsze frazy, tapla się w mroku, pełno wokół niej ciszy. Jej saksofon nie śpiewa, bardziej szumi, mruży oczy i artykułuje wyłącznie suchymi sylabami. Muzyka przypomina wiatr o poranku, niekończącą się mantrę wyczekiwania na nową sekwencję dramatyczną. W kolejnych improwizacjach/ kompozycjach Francuzka powraca do czystych dźwięków. Jej narracja zdaje się przypominać soundtrack do spektaklu baletowego. W czwartej części pomysł opiera się na graniu jednej, maksymalnie dwóch fraz i pogrążaniu się w ciszy. Roztańczone obłoki dźwięków, grane na palcach długimi, czasami zmęczonymi oddechami, utrzymywanymi w ryzach koncepcji narracyjnej. W przedostatniej części opowieść zdaje się mieć nieco więcej życia, pewną ulotną dynamikę. Finałowa narracja, znów budowana raczej krótkimi frazami, pozwala, by cisza rządziła sceną, ale też uwalnia pokłady post-barokowej urody, którymi Grimal bogaciła swój pierwszy utwór na płycie.

 


Fukiya by Masayo Koketsu (CD)

St-robo, Tokyo, Japonia, listopad 2021: Masayo Koketsu – saksofon altowy. Jedna improwizacja, 46 i pół minuty.

Porzucamy kameralne klimaty i sięgamy po free jazz! Japońska saksofonistka proponuje nam spektakl trwający ponad trzy kwadranse, w trakcie którego prezentuje bardzo szerokie spektrum możliwości generowania altowych strumieni dźwiękowych. Artystka częściej wszakże stawia na emocje niż sonorystyczne eksperymenty, czy też dźwięki preparowane. Podaje nam wszystko w jednym, długim secie, często korzysta z ciszy pomiędzy frazami, ale w ujęciu długodystansowym bywa, iż nie w każdym momencie jest nas w stanie przekonać do swojej koncepcji artystycznej. Nade wszystko jednak Koketsu bardzo często przypomina nam szorstkim, acz melodyjnym tembrem swojego altu … samego Petera Brötzmanna, i niech to pozostanie dla niej największym komplementem płynącym z tych kilku zdań recenzji.

Na starcie Masayo serwuje nam długie, chwilami ogniste frazy, które przedziela wątłymi plastrami ciszy. Raz jej alt przypomina silnik elektryczny, innym razy mały świder, czasami charczy, czasami piszczy, bywa też, że szumi i głęboko oddycha. Pełne portfolio możliwości i technik wydobywania dźwięków! Emocje przypominają tu na ogół wzburzony ocean, czasami jednak dygoczą z zimna, niczym wystudzony staw rybny. A wszystko artystka podaje nam tembrem pełnym wewnętrznej, czasami zadziornej melodyki, jakże bliskiej estetyce niemieckiego mistrza free jazzu. Tuż przed upływem pierwszego kwadransa saksofonistka łyka większą porcję ciszy i zaczyna pracować nieco delikatniej, często efektownie szumiąc. W dalszej fazie narracji bywa, że nieco eksperymentuje z brzmieniem, ale raczej nie dąży do umieszczania czegokolwiek w tubie i ścigania się z mistrzami rozszerzonych technik gry. W kolejnych etapach spektaklu mamy ciekawą formułę grania naprzemiennie dźwięków delikatnych i niezwykle ostrych, kilka podejść pod frazy preparowane, aż wreszcie, w trackie długiego zakończenia, napotykamy na niezmierzone strumienie zmysłowych, post-brotzmannowskich kołysanek.

 


Love Songs by Gabby Fluke-Mogul (CD)

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, lipiec 2021: Gabby Fluke-Mogul – skrzypce. Siedemnaście kompozycji dla improwizacji, 36 minut.

Ostatnia z omawianych dziś nowości łączy w sobie wiele dobrych cech, jakie zaobserwowaliśmy w trakcie odsłuchu poprzednich płyt. Jest na swój sposób kameralna, choć zionie czasami ogniem niczym dobry free jazz, jest pełna niekłamanych emocji, ale bardzo zwarta w formie (nieprzegadana choćby przez ułamek sekundy), wreszcie świetnie dawkuje nam kolejne porcje ekspresji, nie zapominając przy tym o zgrabnej formie dramaturgicznej. To siedemnaście szalonych opowieści na gotujące się skrzypce, czasami wsparte pomrukami, czy nawet okrzykami samej artystki, której moc płynąca z rozgrzanych strun nie zawsze wystarcza do pełnej realizacji twórczej. 

W pierwszej improwizacji artystka prezentuje bardzo suche, płaskie brzmienie, jakby dźwięki skrzypiec zbierał jeden monofoniczny mikrofon. Ale już po kilka obrotach wokół własnej osi Gabby wpada w kompulsywne preparacje i zaczyna maltretować struny. Taka formuła krótkich, trwających niekiedy mniej niż dwie minuty opowieści, będzie jej towarzyszyła praktycznie w każdej impro-kompozycji. Skrzypaczka jednak nie popada w przesadę, nie dąży do budowania ściany dźwięku, cały czas z tył głowy zdaje się mieć artystyczny zamysł, by słuchacza zaintrygować, a nie zamęczyć. W kolejnych częściach pojawiają się akcenty folkowe, ale to znów jedynie dane na wejściu, które z czasem płoną złotym ogniem niebywałych wybuchów ekspresji. Przy okazji artystce nie można odmówić niemal wirtuozerskich umiejętności gry na skrzypcach. Bez trudu jest w stanie zwiększyć tempo narracji o kilkaset procent, równie efektownie zahamować i skończyć furiacką eksplozję ledwie jednym, subtelnym dźwiękiem. Potrafi kąsać niemal rockową ekspresję (choćby dziewiąta Love Song). Struny pod naporem jej kreatywności często niemal umierają, by po ułamku sekundy hasać po łące niczym pasikonik. Jedenasta cześć najpierw przypomina jęki konającego, po chwili brzmi niczym wrzask uzdrowiciela. Potem artystka zdaje się nieco wyciszać swoje buchające emocje, stawia na minimalizm, dba o niuanse brzmieniowe. Na finał jednak napina mięśnie na wdechu, po czym efektownie parska ogniem. What a game!