Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ingrid Laubrock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ingrid Laubrock. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2024

The Circum-Disc’ fresh outfit: Almufaraka! Brûlez les meubles!


Francuski label Circum-Disc, zarządzany przez naszego ulubionego francuskiego drummera Petera Orinsa, dostarczył w roku 2024 osiem wydawnictw. Z redakcyjnych informacji ściśle tajnych wynika, iż aż trzy z nich znajdą się na corocznym zestawieniu 50 powodów, dla których warto będzie zapamiętać mijający rok. Ale to wszystko okaże się, jak zawsze, w ostatni dzień grudnia.

Tymczasem dziś zagłębiamy się w dwóch ostatnich tegorocznych wydawnictwach z Lille. Najpierw intrygujący kwartet z udziałem aż trzech głosów damsko-męskich, potem dobrze nam znana kanadyjska formacja jazz-rockowa, która tym razem, nie bez udziału gości, zaprasza nas na spacer niespodziewanie kameralny. 

Dodajmy, iż oba albumy stanowią edytorską kooperację z kanadyjskim Tour De Bras, jakże częstą w przypadku Circum-Disc.



 

Almufaraka Master Of Disorder (CD, 2024). Gaëlle Debra, Patrick Guionnet i Maryline Pruvost – głosy oraz Peter Orins – perkusja. Nagrane w la malterie, Lille, Francja, kwiecień 2024 (?). Osiem utworów, 52 minuty.

Mistrz Nieporządku, to bezwzględnie niebywała konfiguracja dźwiękowa. Trzy głosy, każdy czupurny, każdy niebezpieczny, zdolny do szaleństwa i okrucieństwa, a do towarzystwa, by nie rzec, narracyjnego przewodnictwa, jedyne w swoim rodzaju, rozhuśtane drums & percussion. Słucha się tego doskonale, niezależnie od stopnia dekonstruowania ludzkiego głosu, w znacznie mierze za przyczyną dramaturgicznej maestrii Petera Orinsa. Każda opowieść jest precyzyjnie skonstruowana, ma bystry wstęp, intrygujące rozwinięcie i niemal za każdym razem efektowną, niekiedy niezwykle filigranową reasumpcję.

Trzy głosy, dwa kobiece, jeden męski, snują tu na ogół dość separatywne narracje – jeden gada, drugi melorecytuje, jeszcze inny rzęzi, wydobywa z dna gardła basowe wyziewy. Niezwykle rzadko te głosowe strumienie można nazwać śpiewem. Wokół nich, pomiędzy nimi, snuje się struga subtelnego, dobrze zbilansowanego drummingu. Czasami to garść szeleszczących przedmiotów, innym razem akcja z wykorzystaniem werbla, tomów i talerzy. Pod koniec pierwszej części dominuje wszakże wyjątkowo intensywny szmer, jakby klangor opadających ptaków. Z kolei na początku drugiej ekspresja niesie muzyków na wysoki szczyt – wielodźwięk perkusjonalii oplata tu krzyki, jęki, piski i zawodzenia. Ów marsz szaleńców nie ma punktu docelowego, sama droga jest tu wartością. Od wybuchu wulkanu, po mantrę kociego mruczenia i kołysania do snu niegrzecznych dzieci. Od mrocznej ciszy poranka, po hałas zachodzącego słońca.

Na starcie trzeciej części mamy wrażenie, że znaleźliśmy się w samym centrum targu rybnego, na którym lokalne przekupki wyrywają sobie zdobycz. Akcja Orinsa najpierw bazuje na nisko brzmiących bębnach, potem staje się rytmicznym szuraniem po glazurze werbla. Kolejne trzy utwory definitywnie toczą się pod dramaturgiczne dyktando perkusji. Raz jest to rytmiczna nawałnica z użyciem pełnego zestawu perkusyjnego, innym razem delikatne, niemal gamelanowe rytmy, wreszcie soczysty beat, który ma niemal syntetyczną poświatę. Reakcje wokalistek i wokalisty za każdym razem wnoszą do gry nowe elementy – nie brakuje hałaśliwych zgryzów, dźwięków przypominających szorowanie zębów i płukanie gardła, burczenie i dziecięce seplenienie, wreszcie mrocznych, niemal modlitewnych wokaliz.

Finałowe dwie ekspozycje, jakby było mało, poszerzają spektrum dźwiękowe nagrania i przynoszą nowe porcje ekspresji. Siódma opowieść bazuje na dynamice nieustannie łamanego rytmu, którym towarzyszą okrzyki i nawoływania. Wszystko przypomina tu dziki taniec na mokradłach. W końcowej odsłonie albumu znów towarzyszą nam głosy rozhisteryzowanych przekupek. Orins porządkuje tytułowy Disorder soczystym, wielostrumieniowym drummingiem. Narracja faluje, sięga po rezonujące talerze, zagłębia się w mroczne zakamarki, eksploduje czystą, żywą energią ludzkiego krzyku. Samo zakończenie jest misterne, aż po ostatni, ledwie żywy dźwięk.



 

Brûlez les meubles Folio #5 (CD, 2024). Louis Beaudoin-de la Sablonnière – gitara elektryczna, Éric Normand – bas elektryczny, Ingrid Laubrock – saksofon tenorowy, Jonathan Huard – wibrafon oraz Marianne Trudel – fortepian. Nagrane w Conservatoire de Musique de Rimouski, Quebec, wrzesień 2023. Sześć kompozycji własnych, 36 minut.

Formacja Brûlez les meubles prowadzona jest przez Beaudoin-de la Sablonnière’a i Normanda od wielu lat, na ogół przybierając formę tria lub kwartetu z dobrze obsadzonymi rolami liderów-kompozytorów i doposażonych kreatywnością perkusisty i wibrafonisty. Najnowsze dzieło Kanadyjczyków, to jednak inna koncepcja – tym razem bez perkusji, ale z udziałem gości – lokalnej pianistki i świetnie rozpoznawalnej, amerykańskiej saksofonistki. Jazz-rockowy idiom ustępuje tu miejsca kameralnej melodyce, szczypcie zadumy, podanej niekiedy post-jazzowymi metodami. Efekt zdaje się zadawalać w sytuacjach dynamicznych, budząc przeciwstawne emocje w tych nadmiernie wystudzonych.

Album otwiera łagodny, melodyjny temat podany unisono. Na etapie rozwinięcia pojawiają się zalążki kreatywności i dramaturgicznych intryg, głównie ze strony basisty i saksofonistki. Posmak fussion, pierwszy i chyba ostatni raz na tym albumie, bywa tu kontrastowany onirycznym brzmieniem wibrafonu. Drugi utwór sięga po atrybuty dynamiki i zdaje się być, obok odsłony piątej, najciekawszym momentem płyty. Ostra inwokacja saksofonu, biczujące klawisze piana stają do walki o naszą uwagę z kolejnym wystudzonym tematem kompozycji. Znów z odsieczą przychodzi faza improwizacji, tu wzbogacona ciekawymi zabawami z rytmem. Trzeci utwór zaliczyć można do przesłodzonych epizodów post-chamber, z kolei czwarty najpierw sięga po gitarowe plamy ambientu, a potem serwuje nam smooth jazzowy pasaż, ratowany porcją energii z klawiatury fortepianu. W anonsowanej już piątej części dzieje się dużo dobrego – narracja jest zmyślnie pokomplikowana, artyści frazują w różnych, często dysonansowych tempach, a finał nie dość, że syci się efektowną dynamiką, to sięga jeszcze po emocje godne free jazzu. Nasz krótkotrwały entuzjazm gasi finałowa kompozycja, szyta smutną, balladową estetyką. Udane otwarcie basu ginie w otoczeniu nadmiernie wypielęgnowanej melodyki zakończenia.



piątek, 18 czerwca 2021

Nate Wooley! Mutual Aid Music has a history!


W oceanie muzycznych pomysłów amerykańskiego trębacza Nate’a Wooleya kwartet Battle Pieces zajmuje miejsce dość szczególne. Jest bowiem pomysłem na improwizację, tu istotnie predefiniowaną, najbliżej posadowionym muzyki kameralnej. Skład na trąbkę, fortepian, wibrafon i saksofon buduje swoje opowieści nieśpiesznie, dba o niuanse brzmieniowe i nade wszystko dramaturgiczne. Kwartet Battle Pieces ma swym dorobku edycję pierwszą, drugą i … czwartą. Nic nam nie wiadomo o upublicznieniu edycji trzeciej, ale ona istnieje, przynajmniej na papierze, a jej dalekim odgłosem mogą być intuitywne instrukcje, jakimi posługuje się … rozbudowana do oktetu wersja Battle Pieces, jaką odnajdujemy na najnowszej płycie Wooleya, nazwanej dość buńczucznie Mutual Aid Music, czyli muzyka pomocy wzajemnej, tłumacząc z angielskiego najprostszym sposobem.

Na dwupłytowym wydawnictwie (Pleasure Of The Text Records, CD 2021) odnajdujemy osiem improwizacji, dla których rozpisano dość szczegółowe, ale jednak bardzo swobodne instrukcje, o szczegółach których napiszemy za kilka chwil. Na razie poznajmy line-up, na który składają się rdzenni członkowie Battle Pieces: Nate Wooley – trąbka, Ingrid Laubrock – saksofon, Sylvie Courvoisier – fortepian i Matt Moran oraz doproszeni do oktetu: Mariel Roberts – wiolonczela, Joshua Modney – skrzypce, Cory Smythe – fortepian i Russell Greenberg – wibrafon i instrumenty perkusyjne. Całość nagrania trwa 91 i pół minuty.



 

Każdy z utworów zamieszczonych na płycie zdaje się być inaczej skonstruowany, toczy się z inną dramaturgią, dostarcza także bardzo zróżnicowanych emocji. Każdy z muzyków w trakcie wykonywania danego utworu ma dwa rozwiązania do wyboru: albo improwizuje całkiem swobodnie, albo korzysta z przygotowanych koncepcji kompozytorskich, które nie są wszakże ścisłymi wytycznymi zapisanymi na pięciolinii, to raczej opis technik gry, zasad harmonii, czy też tonacji oraz innych atrybutów dźwiękowych, jakimi winien się dany muzyk kierować realizując swoją improwizację. Kardynalną wszakże wytyczną dla każdego muzyka w trakcie każdego utworu jest intensywne słuchanie partnerów i wchodzenie z nimi w interakcje, określane tu jako tzw. pomoc wzajemna. Przy okazji tychże wytycznych kłania nam się nieśmiertelny duch koncepcji improwizatorskich Johna Stevensa, realizowanych zarówno w ramach mniejszych składów Spontaneous Music Ensemble, jak i większych, tych pod szyldem Spontaneous Music Orchestra.

Opowieść zaczyna się bardzo kolektywnie budowanym strumieniem dźwiękowym, ale nie wychodzącym poza obszar estetyczny, który śmiało możemy określić mianem post-chamber. Molowe, rzewne zaśpiewy, a na czele pochodu wyrazista, czysta w brzmieniu trąbka. Narracja powolna, silnie zadekretowana, niemal post-romantyczna, doposażona wszakże w drobne kanty i efektowne, zadziorne frazy. Emocje koi wibrafon, ciepła dodaje piano, a małe intrygi snują instrumenty dęte. Ciekawiej robi się w kolejnej części, którą zaczyna duet saksofonu i trąbki. Tuż po wejściu w ich szyk narracyjny wibrafonu i piana (być może należy użyć tu liczby mnogiej!), opowieść wtacza się na niemal free jazzowy szczyt. Po wystudzeniu muzycy koncentrują się na bystrych interakcjach, po czym za sprawą agresywnego piana cała opowieść narasta i marszowym krokiem, już zapewne pełną ławą instrumentalną, osiąga całkiem spektakularne zakończenie.

Zapewne to koncepcje autorskie sprawiają, iż po porcji dużych emocji czeka nas istotne ich wytłumienie. Trzecia część budowana jest delikatnymi, bardzo skrupulatnie skonstruowanymi frazami. Zaczynają wibrafon i skrzypce, potem do gry wchodzi minimalistyczne piano i łagodne dźwięki dęciaków. Trochę zamieszania wprowadza ostre cello, ale dźwięk percussion znów studzi emocje. Muzycy zdają się celebrować dramaturgiczne zaniechanie, czekają na to, co wydarzy się w dalszej części nagrania. Tym najmniej cierpliwym jest chyba łobuzujący na boku wibrafon. Część czwarta w pełni rekompensuje nam pewne ambiwalencje, wynikające z dramaturgii utworów nieparzystych. Najlepsza część pierwszego dysku zaczyna się garścią tajemniczych fraz wibrafonu, nerwowymi preparacjami trąbki i strunowymi boleściami. Dirty free chamber w pełnej krasie, które z każdą sekundą zdaje się nabierać mocy, a nawet hałasu! Muzycy odbywają długą podróż od preparowanych brzmień ciszy po eksplozywne wzgórza emocji. Każda akcja może tu liczyć na bystrą reakcję, a koncepcja mutual aid zdaje się perfekcyjnie funkcjonować w tej ośmioosobowej grupie społecznej. W ramach efektownej wisienki na torcie dostajemy jeszcze kompulsywny duet fortepianów, z których jeden proponuje dźwięki preparowane, drugi zaś efektowne palcówki po klawiaturze. Równie dosadny zdaje się być komentarz obu dęciaków. Finałowe wzniesienie ma pełne walory freejazzowe, a wieńczą je piękne dźwięki inside piano ze strunowymi ornamentami.

Otwarcie drugiej płyty jest dalece ceremonialne, ogłasza je bowiem masywne uderzenie w gong. Riposta strunowych instrumentów jest nagła i szyje nerw dla całej ekspozycji. Hałaśliwy chamber zbiera plony niemal przy każdej pętli narracyjnej. Masywne frazy fortepianów i leniwe oddechy dętych budują kontrapunkt, a całość narracji wykonuje wyboistą drogę od dłuższych do krótszych fraz. Znów dużo dobrego dostarczają oba fortepiany, które ponownie bawią się w Dawida i Goliata. Finał należy wszakże do skrzypiec, które kończą utwór równie efektowną łobuzerką, jaką go zaczynały. Kolejna opowieść definitywnie rozgrywa się w podgrupie fortepianów i strunowców. Pozostałe instrumenty, nawet jeśli zdolne są wydać jakikolwiek dźwięk, stanowią jedynie tło. Znów dużo kameralistyki i post-barokowych smyczków. Na koniec najwięcej werwy wykazują dęciaki i to właśnie one ciągną formację na stosunkowo efektowne spiętrzenie, kończące utwór.

Trzecia część wydaje się być nad wyraz konkretna. Niezbyt długa, z nerwem życia, nastawiona na bystre akcje i takież reakcje. Zaczyna piano, potem strunowe drony, kilka dźwięków wibrafonowych. Cała opowieść trzyma się dolnych rejestrów, zdaje się być smutna i zrezygnowana. O zmianę klimatu dba tym razem agresywne, preparowane piano, ale skontrapunktowane zostaje strumieniem słodyczy płynącym ze strony wiolonczeli i skrzypiec. Saksofon i trąbka przypominają o sobie na samym końcu, ewidentnie przespały bowiem ten numer. Czas na finał, aż 15-minutowy, oferujący dużo zdarzeń, wiele akcji, ale także momentów dramaturgicznego rozdroża, gdy pytanie o dalszą drogę zdaje się być głównym zajęciem większości muzyków. Zaczynają dęciaki, potem strunowce, wreszcie wibrafony. Są kanty i zadziory, ale i chwile nostalgicznej zadumy i trywialnej nudy. Dużo zabawy w podgrupach, mało emocji na scenie głównej. Leniwa dynamika zyskuje na parametrach dopiero po dziesiątej minucie, ale nie na długo. Kilka chwil ubarwionych metodą call & responce, bystre expo fortepianu i finałowe, całkiem udane na tle całości utworu, nerwowe podrygi niemal wszystkich instrumentów. Nagranie milknie w poświacie dźwięków preparowanych.

 

 

wtorek, 11 lutego 2020

Nate Wooley! What If the Battle Pieces are going on?!


Stos z płytami datowanymi na zabawny rok 2020 rośnie w tempie geometrycznym! Ale redakcja Trybuny wciąż jeszcze pamięta o tych, wydanych w zamierzchłym roku 2019. Dziś kolejny odcinek, dodajmy - na pewno nie ostatni.

Nasz alterglobalny bohater, amerykański trębacz Nate Wooley, w ciągu minionych dwunastu miesięcy nie próżnował. Kilka pozycji wydawniczych z jego istotnym udziałem szczerze na tych łamach omówiliśmy (choćby doskonałe płyty kwartetu From Wolves To Whales), o kilku nie wspomnieliśmy raczej z braku czasu niż powodów artystycznych (mocny akcent w trzecim i czwartym odcinku Strings Ivo Perelmana). Dziś natomiast, w ramach deseru, proponujemy odczyt i odsłuch dwóch jesiennych premier z udziałem Wooleya. Pierwsza, to czwarty już odcinek serialu Battle Pieces (choć trzeci nie znalazł jak dotąd wymiaru edytorskiego, chyba, że coś nam umknęło), druga, to duet z naczelnym pianistą free jazzu z Wielkiego Jabłka – Matthew Shippem.




‎Nate Wooley  Battle Pieces 4  (Relative Pitch Records, CD 2019)

Sylvie Courvoisier na fortepianie, Ingrid Laubrock na saksofonach, Matt Moran na wibrafonie oraz Nate Wooley na trąbce. Koncert zarejestrowany w nowojorskiej Roulette, w grudniu 2018 roku. Jeden trak, 46 minut z sekundami.

Łagodna, bopowa trąbka podaje zgrabny strzęp melodii, cichy wibrafon pulsuje, sucha tuba saksofonu prosi o łyk wody, a pojedyncze dźwięki czarnych i białych klawiszy fortepianu tańczą bez jakiegokolwiek pośpiechu – oto aura, w której możemy damsko-męską batalię zacząć na dobre! Predefiniowana improwizacja, która snuje się po concerthallu z gracją wyuzdanej baletnicy, przykład post-jazzowej kameralistyki, kreowanej przez doświadczonych muzyków, którzy świetnie wiedzą, o co w tym wszystkich chodzi. Mają wybitnie wyostrzony zmysł słuchu, dobrze na siebie reagują, nie miewają złych pomysłów w sensie dramaturgicznym, czynią swoje powinności w duchu dalece wyzwolonej demokracji. Nie stronią od zadziorów i spięć pełnych akustycznej doniosłości, przy okazji budują narrację naładowani zdecydowanie większą dawką emocji, niż to pamiętamy z odcinka pierwszego i drugiego. Ich instrumenty wydają wyłącznie udane dźwięki, nawet w intymnych sytuacjach, przepełnionych spokojnymi frazami i kameralistyczną zadumą.

W początkowej fazie koncertu dużo dźwięków serwuje nam saksofonistka. Pozornie ciepła w brzmieniu, ale za to diabelnie niebezpieczna w czynach. Po 11 minucie odnotowujemy bystry duet saksofonu i wibrafonu, w klimacie czerstwego post-jazzu. W komentarzu trębacz proponuje repetytywny szum, którym stymulował będzie improwizację przez dłuższą chwilę. W nieodległym tle pojedyncze, ostre dźwięki fortepianowych strun zdobią opowieść minimalistycznym sznytem. Kolejna faza, to pianistyczne solo, wcale nie kameralne, ale dalece ogniste! Trąbka szumi, saksofon drży, a wibrafon bierze sprawy w swoje ręce i też ma bardzo udane, solowe pięć sekund. Przed upływem 21 minuty, w oparach wielowarstwowego szumu, narracja gaśnie aż do poziomu ciszy. Restart wydaje się być wyjątkowo zmysłowy, wyjście z cienia smakuje mistrzowską akustyką. Dynamiczna narracja jazzy & chamber as well powraca po kilku minutach. Kwartet płynie szerokim strumieniem, pojawiają się incydenty w duetach (tak damskim, jak i męskim). Tę fazę koncertu wieńczy solowa ekspozycja trębacza, którą komentuje ulotne chamber partnerów, powolne, łagodne i piękne.

W okolicach 30 minuty spektaklu kwartet znów nabiera dynamiki i intensywności. Świetne zmiany daje Wooley, chwilami aż warczy z emocji. Tuż obok niego błyskotliwie repetuje Laubrock. Wyjątkowo stylowy zdaje się być także krótkotrwały duet fortepianu i trąbki. Muzycy w tym akurat momencie prawdopodobnie posiłkują się pewnymi scenariuszowymi skryptami, śpiewają niemal jednym głosem. Rolę finałowego wodzireja bierze na siebie wibrafon. Klimaty chamber wydają się królować niepodzielnie na ostatniej prostej. Melodyjne piano i delikatnie preparowany saksofon idealnie wklejają się w zadaną teksturę improwizacji. Wooley dmie w zamkniętą trąbkę w ramach zabawnego komentarza. Całość gaśnie w tempie umiarkowanym, niemal przez pełne dwie minuty. Ostatnie dźwięki, to minimalistyczna repeta wibrafonu.




Matthew Shipp  & Nate Wooley  What If?  (Rogueart ‎, CD 2019)

Matthew Shipp na fortepianie oraz Nate Wooley na trąbce, studyjna rejestracja z Park West Studios, z czerwca ubiegłego roku. Panowie zagrali dwanaście kompozycji (all compositions by), które przy bliższym poznaniu wydają się być całkiem swobodnymi improwizacjami. Na skupiony odsłuch całości potrzeba dokładnie 55 minut i 4 sekundy.

Co, jeśli? to bez wątpienia kolejny przypadek swobodnej, improwizowanej kameralistyki, która estetyczne i stylistyczne korzenie ma głęboko osadzone w jazzie. Opowieść zaczyna się mocnym, tłustym flow, przy użyciu niemal wyłącznie czarnych klawiszy i rozhisteryzowanej trąbki, która skrzeczy niczym stado gołębi po sterydowej kuracji, wzmacniającej ich masę mięśniową. Od szczytującej ekspresji do niemal spirytualnej ciszy. Po tak efektownym intro, kolejne odcinki płyty wydają się być nieco spokojniejsze, a to, co najważniejsze zaczyna się od utworu ósmego. Nim jednak do niego dotrzemy, sprawdźmy, co dzieje się w tak zwanym międzyczasie.

Odcinek drugi, to minimalistyczne piano i luźno podwieszona trąbka, które budują narrację w cokolwiek pogrzebowym tempie, bez dramaturgicznej spiny, wypełnioną dużą ilością powietrza. Oczywiście, jeśli zachodzi taka potrzeba, opowieść natychmiast gęstnieje, a piano nie szczędzi nam dźwięków w jednostce czasu (w przypadku Shippa, rzecz jasna, bez zaskoczeń). Trzecia część wydaje się być bardziej kanciasta, stawiająca na kontrapunkty. Piano płynie zadziorami, trąbka ssie suche powietrze i prycha nim, niczym smok wawelski. Kolejna opowieść rodzi się z ciszy i popiołów – małe klawisze i długie, skrzeczące frazy trąbki. Piąta stawia na agresywne frazy, preparowanie dźwięków i hałas wielobarwnych klawiszy. Flow nabiera nieco chybotliwej dynamiki i stawia ów fragment po stronie najmocniejszych atutów nagrania. Szósty odcinek otwiera piano, które gra … post-ragtime - powykręcany, filigranowy rytm, obok wysoko podwieszona trąbka, popołudniowa rozmowa o życiu i świecie współczesnym. Siódma część płyty może uchodzić za jej trailer – śpiewna trąbka z akcentami sonore i czarne klawisze, które stawiają zasieki. Free chamber z meta melodią i odrobiną masy mięśniowej – typical what if.

Oto docieramy do rzeczonej ósemki, nazwanej Space Junk, która przy okazji jest najdłuższą historią na płycie. Na wejściu bystre reakcje w estetyce call & responce - urywane frazy w poszukiwaniu nowych dźwięków i rozwiązań dramaturgicznych. Muzycy wzajemnie przekomarzają się, stroszą pióra i swawolą bez umiaru. W połowie piątej minuty dokładają do ognia i błyskotliwie hałasują. Demony stają u bram – trąbka krzyczy, pod nią sunie walec czarnych klawiszy. Brawo! Dziewiąta historia szyta jest po raz kolejny dość gęstym ściegiem, zdobiona progresywnymi przebiegami obu instrumentów. Moc jest z nimi, szczególnie z kipiącą trąbką i jej rozszalałymi wentylami.  Zaraz potem rzeczony blaszak, zagotowany po brzegi, rozdaje całusy na prawo i lewo, a piano brnie w półgalop. Nate stawia stemple doskonałości, Matthew udowadnia, że … potrafi być subtelny i wyrafinowany, stosując wyłącznie białe klawisze. Pięknie wytracają tempo i znajdują ostatni dźwięk. Epizod jedenasty brzmi na klawiaturze nieco abstrakcyjnie. Trąbka podłącza się po kilkudziesięciu sekundach i zawadiacko cmoka. Narracja nabiera dynamiki, leje się szerokim strumieniem, po czym zastyga w filozoficznej zadumie. Na ostatnie prostej piano wydaje się nieco zbyt masywne. Wreszcie finał – trąbka dobrze preparuje suche dźwięki, czarne klawisze zawłaszczają przestrzeń nagrania, ale pełne są dramaturgicznych wątpliwości. Flow znów jest gęsty, ciągnie się od dołu do samej góry i z powrotem, niczym gotująca się lawa w zbyt wąskim przesmyku. Shipp puszcza salwy fonii niczym serie z karabinu maszynowego, Wooley z trudem utrzymuje się na powierzchni. Finał płyty, która być może, w tym akurat momencie, zasługiwałaby na coś więcej, muzycy osiągają wspólną repetycją.


wtorek, 31 października 2017

Nate Wooley – Battle Pieces! Bitwy bez rozlewu krwi!


Baczność! Nate Wooley będzie grał! I to repertuar bitewny!

Rozlewu krwi nie uświadczymy z pewnością, przynajmniej w dosłownym znaczeniu. Będzie nawet odrobinę wytwornie i z dużą elegancją, wszak w szranki bitewne staną także dwie niewiasty!

Do rzeczy zatem – jesteśmy w niemieckiej Kolonii, w bodaj najbardziej znanym miejscu dla muzyki improwizowanej w tym właśnie mieście, czyli klubie The Loft. Koniec stycznia 2016 roku, a na scenie czwórka muzyków – na fortepianie Sylvie Courvoisier, na saksofonie (tenorowym) Ingrid Laubrock, na wibrafonie Matt Moran i sprawca całego zajścia – Nate Wooley na trąbce.

Ta czwórka muzyków kontynuuje ekscesy artystyczne zapoczątkowane na płycie studyjnej, która powstała dwa lata wcześniej (Battle Pieces, Relative Pitch Records, 2015 -  w tym miejscu  pisała o tym Trybuna). Niemiecki koncert jest z nami od dwóch miesięcy, także nazywa się Battle Pieces (Relative Pitch Records, 2017), ale w katalogu wytwórni, a także dyskografii Wooleya bywa oznaczany cyfrą 2. Odsłuch czterech odcinków tytułowej ekspozycji (tu, z numerami 4, 5, 6 i 7) zajmie nam godzinę zegarową i jedną minutę. Z przyjemnością zaglądamy zatem do środka.




Bitwa nr 4. Spokojna, nieeksplozywna rozgrzewka instrumentów. Każdy z muzyków puszcza w przestrzeń klubową po kilka dźwięków i czeka na to, co zrobi reszta. Szczypta kameralistycznej aury, okraszonej pytaniem recenzenta o ewentualne działania przedprodukcyjne (innymi słowy, co idzie z głowy, co zaś z notacji, niezależnie od jej formy). Na pytanie tak postawione, do końca płyty nie znajdziemy odpowiedzi w stu procentach wiarygodnej. Tempo od pierwszych chwili zdaje się być nieco tłumione, co zwinnie podkreśla smakowity pasaż Nate’a na dość jeszcze wychłodzonym instrumencie. Komentarz Sylvie na akustycznej klawiaturze, dla odmiany z odrobiną ognia. Narracja chwyta niemal pogrzebowy rytm i jasno stawia sprawę – nigdzie nam się dziś nie śpieszy. Konsekwencją – poziom naszych emocji, który na tę chwilę przyjmuje wartości ujemne. Wooley skwapliwie dorzuca jednak do ognia, dzięki czemu muzyka toczy się z odrobiną żaru (pozostali muzycy stawiają jedynie ornamenty – tu bezwzględnie zaznacza się ingerencja kompozytorska). Szczęśliwie w okolicach 11 minuty Ingrid postanawia zadać kłam insynuacjom recenzenta. Pięknie prowadzi swojego dęciaka, a na scenie doświadczamy pierwszych prawdziwie improwizowanych ekscytacji. Wooley jest jednak czujny i pod koniec tej długiej, blisko 20 minutowej ekspozycji, bez kłopotu gasi żar improwizacji, patrząc obu Paniom głęboko w oczy.

Bitwa nr 5. Wooley proponuje niebanalną i urokliwą melodię, którą powtarza i którą stara się inspirować partnerów do aktywnych działań twórczych (czy można to nazwać kompozycją?). Repetycja trwa, a pozostała trójka interesująco komentuje. Dynamika tego fragmentu jest o tempo szybsza niż w pieśni otwarcia, ale sam krok narracji jest ledwie spacerowy. Zamiast eskalacji, subtelne wyciszenie przy akompaniamencie piana i wibrafonu. Saksofon Ingrid jest nienachalny, lekki, ale nie cool jazzowy. Muzycy brną na delikatnie zaciągniętym ręcznym. Coś jednak musi się zdarzyć! Odwagi nie brakuje saksofonistce, która ambitnie dynamizuje swoje poczynania. Dmie uroczo i stawia ów pasus w szranki walki o najlepszy, jako dotąd, fragment płyty (ze świetną asystą Sylvie – jakże ognisty duet!). Po chwili moment ciszy, który gwałci Nate i jego trąbka. Wytrawna, solowa ekspozycja sonore (miód, malina! – notuje w kajecie recenzent). Muzyk wydaje dźwięki nawet otworem gębowym! Komentarz Ingrid też pozbawiony znamion melodii i struktury rytmicznej. Tryumfalnie powraca melodia przewodnia, tym razem grana przez fortepian.

Bitwa nr 6. Z mroku i ciszy wyłaniają się niezwykle zdyscyplinowane preparacje i drobne incydenty akustyczne. Macanki w podgrupach idą w najlepsze. Pod koniec 5 minuty wstajemy z grobu i mamy ochotę na odrobinę życia. Opowieść gęstnieje, fortepian zdaje się stawiać swoje warunki, a emocję płoną, ale pod ścisłym nadzorem Referendarza.

Bitwa nr 7. Saksofon i trąbka w spokojnym tańcu, piano dba o bazowe dźwięki. Jak na zasady panujące w trakcie tych bitew, ze sceny zieje sporą porcją energii, a działania muzyków noszą znamiona dynamicznych. Spodziewane wytłumienie narracji zastaje całą czwórkę w pozycji akceptującej. Bez sprzeciwu kogokolwiek. Wracamy do poziomu ciszy. Emocje zdają się nie mieć wymiaru koncertowego, ale być może nikt nie zapytał, czy po drugiej stronie sceny jest jakaś publiczność. Jako kontrapunkt, szczypta niebanalnego oniryzmu, jakby z wnętrza wibrafonu. 5 minuta upływa nam w atmosferze konstruktywnego minimalizmu i drobnych, molekularnych improwizacji, w drodze wymiany nie do końca zbieżnych poglądów. Jakkolwiek recenzent nie dostrzega zdań odrębnych, czy sporów językowych. Ingrid znów podnosi jakość nagrania wspaniałą, solową ekspozycją. Tuż potem Nate w podobnej roli i z równie dobrym artystycznie skutkiem. Jakże błyskotliwe sonore! Przy okazji, perfekcyjne wsparcie ze strony piana i wibrafonu. Finał koncertu zdecydowanie nadrabia drobne niedoskonałości całego spektaklu. Jest, jak na warunki tu panujące, wyjątkowo ekstatyczny i akustycznie precyzyjny.

Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrania!

środa, 3 maja 2017

Rutherford! Rempis! Malaby! Chicago London Underground! Shelter! DEK Trio! McPhee! Küchen! Gustafsson! Courvoisier! Laubrock! Sanchez! Haino! Sobanski! – Cztery miesiące roku 2017 za nami, czyli najwyższy czas na dużą zbiorówkę


Muzyka improwizowana wciąż płynie do nas wyjątkowo szerokim strumieniem. Półki uginają się od płyt, komputery skwierczą z nadmiaru danych, a nasze uszy proszą o … chwilę wytchnienia!

Pozostajemy jednak na polu walki, bez krzty litości dla tych, którzy zwątpili. Nie było podsumowania stycznia, nie było lutego, ani tym bardziej kwartału pierwszego. Kwiecień minął w mgnieniu ucha. Zatem najwyższy już czas na konkretnie obfitą zbiorówkę na Trybunie.

Oczywiście nowe płyty goszczą na tych łamach permanentnie. Nie dalej jak kilka dni temu ogłoszono tu nawet, że pewna portugalska pozycja (The Attic tria Almeida/ Amado/ Franco) zasługuje na miano jak dotąd najlepszej, pośród tych, wydanych ze znakiem 2017. Jak się zupełnie przy okazji okazało, kolejnych kilkanaście płyt z tymże samym znakiem nie doczekało się jeszcze choćby słowa opinii ze strony Pana Redaktora. Za moment zaległość tę odrobimy z nawiązką.

Z litości dla pojemności naszej percepcji, w poniższej zbiorówce pominąłem płyty, które trafiły do mnie już w roku 2017, ale datowane były na rok 2016 (jakkolwiek z dwoma wyjątkami). Przypominam mniej bystrym, tudzież mniej zorientowanym, iż płyty na Trybunie po odsłuchu pierwotnym otrzymują tzw. wstępną rekomendację – zieloną (high), żółtą (middle) lub czerwoną (low). Teraz czas na weryfikację tych koślawych cenzurek. Robotnicy do fabryk, studenci do nauki, pismaki do piór!!!!


Paul Rutherford/ Sabu Toyozumi  The Conscience (NoBusiness Records, 2017)

Przegląd absolutnych świeżynek zaczynamy od nagrania, które powstało prawie…. 18 lat temu! Być może jedna z najwybitniejszych postaci europejskiej muzyki improwizowanej, angielski puzonista Paul Rutherford, nie żyje już od dekady. Bagaż muzyki, jaką pozostawił po sobie, zwłaszcza w wymiarze autorskim, jest niezwykle… uboga. Tym bardziej zatem cieszy nas fakt, że historia ludzkości - w wymiarze dźwiękowym - wciąż przechowuje dla nas łakome kąski.




Dzięki litewskiej niebiznesowej dociekliwości, także determinacji, trafia dziś do nas koncert Paula, poczyniony w Japonii, w towarzystwie perkusisty Sabu Toyozumi, w październiku 1999r. Dociekliwi szperacze internetowi (w tym niżej podpisany) znają zapewne doskonale inny koncert tego duetu (poczyniony rok wcześniej), który od lat dostępny jest na … całkowicie nieodstępnym cd-r, wydanym własnoręcznie przez japońskiego drummera (Fragrance, 2000).

Bez cienia wątpliwości, wszyscy entuzjaści wolnej muzyki improwizowanej doprawdy ginąć winni w odmętach szczęścia z powodu ukazania się wydawnictwa The Conscience (dodajmy, by czara radości przelała się, iż dodatkowo także w edycji winylowej, jakkolwiek uboższej o jeden fragment, ostatni z wydania cyfrowego). I nawet, jeśli ta akurat edycja sztuki improwizacji w wydaniu Paula Rutherforda nie jest szczytem jego możliwości, to radość nasza pozostaje głęboka i istotnie ponadczasowa. Muzyka Rutherforda w duecie z bardzo solidnym japońskim perkusistą jest niezwykle komunikatywna i wyjątkowa radosna, co dodaje jeszcze temu nagraniu wartości. Stanowić ona może także udane wprowadzenie w świat puzonowych imaginacji Paula dla tych, którzy – o, zgrozo! – nie czynili tego wcześniej.

Jeśli najbardziej zielona z zieleni ma jakąś nazwę własną, to winna ona paść w tym miejscu – more than high!!!


Ballister (Dave Rempis, Fred Lonberg-Holm, Paal Nilssen-Love)  Slag (Aerophonic Records, 2017)

Dave Rempis/ Matt Piet/ Tim Daisy  Hit The Ground Running (Aerophonic Records, 2017)

Po egzaltacji starowinką, przyjdźmy już definitywnie do nowości pierwszej tercji roku 2017. Od razu odnotujmy bardzo udane wejście w nowy rok doskonałego, amerykańskiego saksofonisty Dave’a Rempisa. W ramach własnej inicjatywy Aerophonic, proponuje on dwa bardzo smakowite tria, a nam pozostaje jedynie spierać się o to, które z nich jest lepsze. A wybór wcale nie jest łatwy!




Trio Ballister znamy doskonale, to bodaj szóste ujawnienie fonograficzne tego składu. Połączenie ostrego tenoru, błyskotliwej wiolonczeli pod prądem i nadekspresyjnego drummingu nie może nie zakończyć się powodzeniem w kategorii free jazzowe mięcho! Tylko konkret, tylko na temat, z takim ładunkiem energetycznym, że starczyłoby na oświetlenie całego Londynu! Koncert sprzed dwóch lat, z Cafe Oto – obok erupcji emocji, także kilka chwil bardziej wyważonej narracji, które szczególnie polecam (fragment drugi).




Drugi krążek (nomen omen, dostępny jedynie …w wersji elektronicznej), to spotkanie Dave’a z kumplem z podwórka, czyli Timem Daisy’im i bliżej mi nieznanym pianistą Mattem Pietem. Bardzo ciepły jeszcze koncert, bo ze stycznia tego roku, z chicagowskiego Elastic Arts. Dwa fragmenty z oklaskami, które śmiało pomieścić zdoła niezbyt długi winyl. Pozostajemy w kategorii free jazz bez cienia wątpliwości. Choć w ramach Hit The Ground Running słuchamy jednak nieco innej muzyki, iż miało to miejsce w przypadku Slag. Bardzo przypadła mi do gustu pianistyka Matta, który grając swoje, bardzo ciekawie stymuluje wyobraźnię improwizatorską Rempisa w procesie kolektywnej improwizacji. Jest wysoka energetyka, są emocje, ale nie brakuje także chwil zawahania, intrygującego, wzajemnego rozgryzania się. Świetna płyta! Mocne high (!), podobnie zresztą, jak w odniesieniu do tria omówionego akapit wyżej.


Tony Malaby/ Mat Maneri/ Daniel Levin  New Artifacts (Clean Feed Records, 2017)

Nowojorski saksofonista Tony Malaby zyskał onegdaj na tych łamach tytuł wyjątkowo sprawnego rzemieślnika. Nic nie ujmując jego artyzmowi, nie wszystkie jego produkcje wbijały nas w podłogę swą ponadczasowością i nowatorstwem. Wszakże wszelkie atrybuty jego saksofonowego rzemiosła ewidentnie pięknieją w konfrontacji z dobrze rozgrzanymi instrumentami smyczkowymi.




Dowodem choćby najnowsza płyta New Artifacts. Zwinne skrzypce Mata Maneriego i jak zawsze śpiewna wiolonczela Daniela Levina, świetnie konweniują z wyważoną i niebanalną sonorystyką saksofonu tenorowego Malaby‘ego. Nagranie studyjne sprzed półtora roku, oczywiście z Nowego Jorku, cztery zróżnicowane dramaturgicznie opowieści, pod którymi kolektywnie podpisują się wszyscy uczestnicy tego spotkania. Długość całości ledwie winylowa, zatem nawet na moment nie grozi nam nuda, czy niepotrzebne przegadanie tematu. Rekomendacja stanowczo zielona (high!).


Chicago London Underground  A Night Walking Through Mirrors (Cuneiform Records, 2017)

Rob Mazurek, amerykański kornecista, to prawdziwy muzyczny obieżyświat, muzyk o wielu twarzach i zawsze niczym nieskalanej determinacji, by produkować dźwięki, których zadaniem nie jest zamęczanie słuchaczy, ale raczej generowanie samo odnawiających się pokładów przyjemności. Jego naczelny projekt na ogół ma rzeczownik Underground w tytule. Znamy i ten z dodatkiem Chicago, znamy też edycję brazylijską – Sao Paulo.




Mniej więcej rok temu dotarł on, wraz ze swym częstym, muzycznym kolegą, perkusistą Chadem Taylorem, do doskonale nam znanego londyńskiego Cafe Oto i wraz z dwójką jakże kompetentnych tubylców (Alexander Hawkins, piano i John Edwards, kontrabas) zagrał krwisty koncert jako … Chicago London Underground. Dziś mamy go przed sobą na płycie.

Muzyka, jak to zwykle w przypadku Mazurka, jest istotnie umoczona w fussion jazzie, ma konkretną dynamikę, bywa transowa i niepozbawiona interesującej melodyki (dodajmy, że część amerykańska załogi wspomaga się w dużym stopniu elektroniką i samplerami). Jest przy tym tak radośnie bezpretensjonalna i całkiem oldschoolowa (jak i cały Mazurek wraz miłością do Milesa Davisa wypisaną na twarzy!), że nie może się nie spodobać, bez względu na okoliczności obcowania z nią. Ambitna, improwizowana muzyka do samochodu na długie trasy? Why not! Cztery kompozycje - prawie 75 minut - do śpiewania, tupania nogą, ale i podziwiania kunsztu muzyków (John Edwards!). High (zielono) bez gadania!


Shelter (Nate Wooley, Ken Vandermark, Jasper Stadhouders, Steve Heather)  Shelter (Audiographic Records, 2017)

DEK Trio (Elisabeth Harnik, Didi Kern, Ken Vandermark) Burning Below Zero (Trost Records, 2016)

Nowa formacja Kena Vandermarka i Nate’a Wooleya zwie się Shelter i gra kompozycje wszystkich członków, zatem być może jest całkiem demokratycznym tworem artystycznym. Dwa dęciaki, gitara basowa zamiennie z gitarą elektryczną i perkusja. Układ instrumentalny, po którym obiecywać można sobie wiele.




Jeśli chodzi o mnie, to na obietnicach się skończyło. Nie od razu byłem o tym przekonany, bo i indywidualne popisy Wooleya odnalazłem tu, jak zwykle na kosmicznym pułapie, bo i gra holenderskiego gitarzysty zdaje się być dalece frapująca (to muzyk, który lubi szukać, drążyć i odnajdywać). Tylko, że całość nie trybi. Myślę, że na etapie budowania koncepcji grupy i przygotowywania materiału kompozytorskiego zabrakło pomysłu. Płyta jest bowiem okrutnie nierówna. I próżno wskazać palcem winnego. Tematy dynamiczne są ciekawie podane, ale w wielu momentach wielowątkowe improwizacje pętlą się i nie znajdują drogi ujścia. W tematach spokojniejszych pozornie dzieje się wiele, tylko po drugiej strony sceny widz delikatnie przysypia. W sumie, gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że to typowa dla współczesnego Vandermarka grupa, która na bazie gotowego materiału kroi nudne improwizacje. I szkoda mi w tym wszystkim mojego ulubieńca Wooleya, jego muzyki, jego kreatywności. Pozostaję przy żółtej (middle) rekomendacji, bo kilka momentów na tej zbyt długiej płycie podniosło mi jednak poziom ciśnienia we krwi.




Jeśli już miałbym pochwalić Kena Vandermarka, to zdecydowanie za płytę Burning Below Zero, którą stworzył z austriacką pianistką Elizabeth Harnik i mniej mi znanym perkusistą Didi Kernem, pod nazwą własną DEK (co zresztą sugerować może jej artystyczny ciąg dalszy). Muzyka mieści się w formule swobodnej improwizacji, co niezwykle skutecznie stymuluje saksofonistę do bardziej kreatywnej postawy na scenie (koncert z Klagenfurtu, z 2014r.). Pianistka ewidentnie jest w formie i w wielu momentach bierze byka za rogi. Mnie do gustu szczególnie przypadł fragment drugi koncertu, gdy doskonałej improwizacji Kena na klarnecie, towarzyszy nieco minimalistyczna, lekko oniryczna pianistyka Harnik. Płyta dostaje ode mnie zielony kolor (high!) i definitywnie zamyka w tej zbiorówce wątek pochodzącego z Chicago saksofonisty.


Joe McPhee/ Daunik Lazro  The Cerkno Concert  (Klopotec Records, 2016)

Im szybciej Joe McPhee zbliża się do 80 urodzin, tym – mam wrażenie – więcej wydaje płyt. Jak to zwykle bywa, ilość rzadko idzie w parze z jakością, czego przypadek bieżących nagrań Joe dowodzi w dwójnasób. W ostatnich miesiącach przez moje odtwarzacze przewinęło się prawie pół tuzina jego płyt, ale rzadko która pozostawała tam na więcej niż jeden w miarę skupiony odsłuch.




Na tej jednej postanowiłem się jednak zatrzymać, choćby na te kilka słów w trakcie okresowej zbiorówki. Oto bowiem u boku amerykańskiego trębacza i saksofonisty, stanął mój ulubiony … weteran saksofonu francuskiego, Daunik Lazro. Tytuł mówi wszystko o okolicznościach nagrania (dodam jedynie, że Cerkno leży w Słowenii). Dostajemy siedem odcinków muzycznych, których każdorazowy tytuł stanowi wykaz instrumentów użytych w nagraniu.

Efekt finalny nie spowodował mojego upadku z fotela. Raczej, częściej ziewałem. Tej muzyce ewidentnie brakuje energii, snuje się od lewa do prawa, tylko na krótkie chwili wzbudzając emocje, czasami dzięki pojedynczym dźwiękom. Typowe dla McPhee dłużyzny i przegadane, niekiedy zawieszone w próżni frazy, nie zostały tu jakoś szczególnie spuentowane przez francuskiego kolegę. Częściej wpisuje się on w pomysł Amerykanina i nie robi wiele, by krew w żyłach recenzenta krążyła bardziej wartko. Rekomendacja, co najwyżej żółta (middle!).


Angles 9  Disappeared Behind The Sun (Clean Feed Records, 2017)

Johan Berthling/ Martin Küchen/ Steve Noble  Threnody, At The Gates (Trost Records, 2017

Trespass Trio  The Spirit of Pitesti  (Clean Feed Records, 2017)

Martin Küchen - razy trzy! Oto szwedzki saksofonista pokazuje nam dobitnie, jak różne są oblicza współczesnej muzyki improwizowanej, szczególnie tej, mocno tkwiącej korzeniami w jazzie.




Jako pierwszy, jego bodaj najciekawszy pomysł na muzykowanie, czyli formacja Angles. Bywała samotną nazwą, funkcjonowała na dodatkiem 8, a od pewnego czasu jest już wytrawną 9-ą! Pięć dęciaków, piano, wibrafon, kontrabas i perkusja. Pięć dynamicznych, radosnych i melodyjnych kompozycji lidera, które wykonane w pełnej euforii, na 100%-owym improwizacyjnym gazie, przez dziewięciu wyjątkowej klasy rzemieślników, daje efekt końcowy, który pobudzi do życia nawet kilkukrotnie umarłego. Jeśli lubicie Fire!Orchestra Matsa Gustafssona (ta sama, chwilami wręcz rockowa sekcja rytmiczna!), koniecznie sięgnijcie po Angles 9. To zwyczajnie lepsza załoga! High intensywnie zielone!

Küchen – edycja druga. Free jazzowe trio - z Berthlingiem na kontrabasie i Noble’em na perkusji - na klubowym, źle nagłośnionym koncercie w Malmoe. Energia, pełnowymiarowy powerdrinks, tylko, że po odsłuchu pozostaje głównie lekki szum w uszach. Zdrowe, żywe i pełne ekspresji, ale zwyczajnie nieoryginalne. Szkoda, bo sekcja diabelnie kompetentna, a saksofonista w niezłej formie. Z pewnością ta rejestracja broniła się lepiej, gdyby jakość dźwięku nie była kasetowa. Czyli rekomendacja jedynie na żółto (middle!).




Była zielona rekomendacja, była także żółta, czas zatem na … czerwoną. Kolejne trio szwedzkiego saksofonisty, tym razem w krajowym składzie, z Perem Zanussim na kontrabasie i Raymondem Stridem na perkusji. Od lat ta trójka muzykantów zwie się Trespass Trio. Ich najnowsza płyta jest tak nudna, mdła i niewyrazista, że nie potrafię nawet dociec, dlaczego aż tak bardzo mi się nie podoba. Granie do kotleta o czwartej nad ranem, po wyjątkowo marnej imprezie. I tyle w temacie Ducha Pitesti.


Mats Gustafsson & Craig Taborn  Ljubljana (Clean Feed Records, LP 2017)

Całkiem niespodziewanie pozostajemy w towarzystwie muzyka ze Szwecji. Oto Mats Gustafsson na szumnie zapowiadanej płycie z amerykańskim pianistą Craigiem Tabornem. Koncert z Ljubljany, dwa improwizowane fragmenty, szczelnie wypełniające dwie strony winylowej płyty. Muzycy po nagraniu prześcigali się we wzajemnych komplementach, sam Mats wspominał o niezwykłej energetyce tego nagrania. Wasz recenzent ma jednak wrażenie, że muzyk mówił o … innym wydarzeniu scenicznym.




Płyta jest zwyczajnie słaba. Taborn płynie niezbyt oryginalnymi pasażami przez cały czas trwania koncertu, a Mats ogrywa go na barytonie, głównie szukając powodu do eskalacji hałasu. Nic się jednak po drodze dramatycznego nie wydarza i Panowie bezproblemowo osiągają finał koncertu, być może nawet bardzo z siebie zadowoleni. Im dłużej słucham tego nagrania, tym większą mam ochotę na obniżanie cenzurki. Pozostanę przy słabym żółtym (middle…), by do końca nie pogrążyć muzyków i wydawcy. Obiecuję do krążka więcej nie wracać.


Stephan Crump/ Ingrid Laubrock/ Cory Smythe  Planktonic Finales (Intakt Record, 2017)

Sylvie Courvoisier & Mary Halvorson  Crop Circles (Relative Pitch Records, 2017)

The Angelica Sanchez Trio  Float The Edge (Clean Feed Records, 2017)

Czas najwyższy na wątek feministyczny w naszej dzisiejszej zbiorówce. Przed nami trzy amerykańskie płyty z kobietami w roli głównej. I każda z nich jest na swój sposób ciekawa.




Zacznijmy od tej, bezwzględnie najlepszej. Na tych łamach już kilkakrotnie obdarzałem dalece ciepłym komentarzem niemiecko-nowojorską saksofonistkę, kompozytorkę, band liderkę i nade wszystko świetną improwizatorkę, Ingrid Laubrock. Dziś powraca ona w dość kameralistycznym, współczesnym triu, w którym towarzyszą jej pianista Cory Smith i grający na akustycznej gitarze basowej Stephen Crump. Bardzo spokojna, nienachalna narracja, w której wyjątkowo dobrze odbieram wyważone i skupione improwizacje Laubrock (gra na sopranie i tenorze). Polecam do dużo większej liczby odsłuchów. Świetna płyta (high!).

Bardzo nieśpieszny, chwilami wręcz relaksacyjny, zdaje się być duet piana i gitary elektrycznej, już w pełni kobiecy, albowiem w roli podmiotu wykonawczego odnajdujemy Sylvie Courvoisier i Mary Halvorson. Muzyka toczy się niewinnie, a my mamy kilka bezcennych chwil na przemyślenie porażek dnia codziennego. Nagranie studyjne, które dla mnie jest odrobinę zbyt mało dramatyczne, ale z pewnością wielu się nim zachwyci. Daje żółtą rekomendację, a lekką tendencją ku zielonej (middle/ high).




W bloku babskim czas na trio z fortepianem w roli głównej. Przyznaję, że nie sięgnąłbym po tę płytę, gdyby nie uczestnictwo w jej tworzeniu Michaela Formanka, kontrabasisty, do którego, choćby z racji wielu nagrań z Timem Berne’em, czuję ogromny sentyment. W roli tytułowej natomiast, Angelica Sanchez, pianistka, która ma kilka ciekawych płyt w portfolio, choćby duet z Wadadą Leo Smithem. Tego tria dobrze się słucha, pianistyka liderki jest nawet ładna i chwilami niebanalna, a tembr kontrabasu łechta ucho bez zobowiązań (dodam, że tę dwójkę na perkusji wspiera Tyshawn Sorey). Daje żółtą rekomendację (middle) i polecam do słuchania przy żonie. Zapewniam, że to będzie udany wieczór.


Keiji Haino/ Jozef Dumoulin/ Teun Verbruggen  The Miracles Of Only One Thing (SubRosa Records, 2017)

Finał zbiorówki będzie – dla przeciwwagi - dwustuprocentowo męski. Najpierw trochę dynamicznego hałasu, psychodelii i rockowej niemal ekspresji, wypadłej spod piór i rąk niezwykle energetycznego tria: Keiji Haino (gitara elektryczna, flet, gongi i głos), Jozef Dumoulin (piano fendera) i Teun Verbruggen (perkusja, elektronika).




Niewiele wiemy o miejscu powstania nagrania (jedynie, że rzecz miała miejsce w roku ubiegłym). Dostajemy godzinę dość zaskakującej i chwilami dalece interesującej muzyki, podanej w czterech odcinkach z tytułami. Choć rzadko ekscytuję się japońskim temperamentem w zakresie muzyki improwizowanej, w sumie album ten kupuję z całym ryzykiem, jakie ze sobą niesie. Pomaga mi w tym na pewno zmyślny pianista, którego kojarzę choćby z ciekawej formacji elektrycznego free jazzu – Biura Turystyki Atomowej – gdzie towarzyszą mu m.in. Nate Wooley i Marc Ducret, a także obecny tu drummer Verbruggen.

Jeśli macie w sobie odrobinę szaleństwa, sporo wolnego czasu, zanurzcie się w tę muzykę. Istnieje spore prawdopodobieństwa, że Wam się spodoba. Licho nie śpi! Rekomendacja żółta, ale z dużą zieloną podpórką (middle/ high!).


Sobanski/ Mowat/ Leonori/ Menes  Ambient Document (European Improvisation Scene EIS, 2017)

Na koniec pozostawię Czytelników z muzyką bardzo swobodnie improwizowaną, powstałą całkiem niedawno w zachodniej Anglii. Nazwiska muzyków zapewne niewiele Wam powiedzą. Mariusz Sobański (gitara elektryczna i skrzypce; jeśli zetknęliście się z formacją Light Coorporation, egzystującą na polu rockowej awangardy, to właśnie ów polski muzyk jest jej liderem), David Mowat (trąbka), Federico Leonori (kontrabas), Chris Menes (syntezator modularny).




Dostajemy cztery dokumenty środowiskowe, które przenoszą nas w świat onirycznej, elektroakustycznej, lekko psychodelicznej muzyki improwizowanej. Bardzo ciekawie brzmią wszystkie instrumenty strunowe, niezależnie do poziomu ich pogłosu, intrygujący jest sztafaż introspektywnych zagrywek czynionych na syntezatorze modularnym. Jeśli w tym tyglu rozbuchanej wyobraźni i żmudnej kooperacji, coś mniej mnie frapuje, to trębacz, który po prawdzie niewiele wnosi do obrazu całości i jest w mojej ocenie nadmiernie ilustracyjny. Zdecydowanie ciekawsze są momenty, gdy ten akurat muzyk milczy. Reszta broni się dobrze, a recenzentowi pozostaje czekać na ciąg dalszy tej muzycznej przygody. Rekomendacja żółta (middle) z delikatną zieloną (high) podpórką na zachętę.


niedziela, 8 stycznia 2017

Vandermark! Butcher! Marsh! Daisy! Dunmall! Laubrock! Dresser! Lee! Ho Bynum! Shipp! Dré Hočevar! McPhee! – zbiorówka późnojesienna, dość nowojorska


Podsumowanie roku 2016 w zakresie płyt najbardziej wartościowych - szczęśliwie - mamy już za sobą. Wybór nie był łatwy, a płyt, które skutecznie przykuły moją uwagę w trakcie minionych dwunastu miesięcy, naliczyłem około… pięćdziesięciu. Selekcja Złotej Szesnastki była zatem wyjątkowo trudna.

Teraz dokonajmy tradycyjnej zbiorówki recenzji płyt. Przed nami pozycje, które trafiły przed oblicze Pana Redaktora w listopadzie i grudniu, a których wydanie datowane jest oczywiście na rok bieżący. Wszystkie poniższe płyty nie doczekały się jeszcze choćby słowa komentarza na tych łamach, a jedynie niektóre z nich zaopatrzone zostały we wstępne rekomendacje, po premierowym odsłuchu (słabe, czerwone - low, średnie, żółte - middle, wreszcie dobre, zielone – high).


Ken Vandermark  Momentum 1: The Stone (Audiographic Records, 2016)

Nowy wielopak z muzyką sygnowaną nazwiskiem chicagowskiego saksofonisty Kena Vandermarka jest niewątpliwie wydarzeniem na scenie muzyki improwizowanej samej końcówki roku. Nie jest nim wszakże sam fakt wydania wydawnictwa wielopłytowego (tylko w rodzimym Not Two na policzenie takich edycji KV nie starczy palców u ręki), ale definitywnie muzyka na niej zawarta!

Styczeń roku ubiegłego, nowojorski klub The Stone i blisko tygodniowa rezydencja Kena, ucieleśniająca się dwoma koncertami dziennie. Wśród zaproszonych gości zarówno working bandy saksofonisty, jak i muzycy, z których stworzono ad hoc kilka pasjonujących personalnie składów. Zarejestrowano megatony dźwięków, z których KV, w ramach autorskiego wydawnictwa Audiographic, wydziergał uroczy sześciopak. Ku radości niżej podpisanego, na srebrne dyski trafiły wyłącznie nagrania formacji powstałych na potrzeby tygodniowej rezydencji saksofonisty.




Mniej więcej od dekady, na różnych łamach, także tu, staram się dowodzić tezy, iż potencjał twórczy Vandermarka, jako kompozytora i band lidera, dalece się wyczerpuje, a radość płynąca z odsłuchu jego muzyki jest mi dana jedynie w przypadku spotkań boleśnie improwizowanych. Momentum 1: The Stone dowodzi tego bezdyskusyjnie.

Dysk pierwszy. Na scenie iście konwulsyjny kwartet - Sylvie Courvoisier (piano), Chris Corsano (perkusja), Ingrid Laubrock (saksofon) i Ken Vandermark (saksofon, klarnet). Dwa siedemnastominutowe zwarcia, pełne improwizacyjnego szaleństwa, na granicy muzycznej agresji, bez słowa zbędnej refleksji. Muzyka iskrzy po sam dach klubu. W szczególnie dynamiczne pyskówki wdają się Laubrock i Vandermark. Próżno wskazać zwycięzcę, nikt tu bowiem nie odpuszcza (pazur Niemki jest ostro zakończony!).  W okolicznościach tej prawdziwie freejazzowej petardy świetnie odnajduje się pianistka, choć niewielu by ją o to podejrzewało. Corsano, wiadomo – to prawdziwy wojownik.

Dysk drugi. Po eksplozji ekspresji, moment nieco zadumanej improwizacji (jakkolwiek niepozbawionej konstruktywnej zadziorności). Mat Manieri (altówka), Joe McPhee (saksofon tenorowy) i Ken Vandermark (saksofon, klarnet).  Po duecie JMP/KV nie spodziewałbym się niczego zaskakującego, ale wpuszczenie między nich doskonałego altowiolinisty MM sprawia, że całość zwartej improwizacji w trójkącie nabiera lekkości i niesie nas ku dalece refleksyjnej przyjemności. Sześć zgrabnych opowieści perfekcyjnie wypełnia nam trzy kwadranse, dodatkowo w sposób niebudzący wątpliwości, co do końcowej rekomendacji.

Dysk trzeci. Na scenie ponownie kwartet na dwa saksofony, piano i perkusję. Obok KV, na drugim dęciaku Ned Rottenberg, na pianie Harvard Wiik, zaś na perkusji Tom Rainey. Ponad czterdziestominutowy występ w trzech odcinkach. Podobnie jak na pierwszym dysku, muzyka iskrzy się i spina na wielu płaszczyznach, jakkolwiek w stosunku do poprzedniego kwartetu, interakcja pomiędzy muzykami jest nieco mniej intensywna. Oczywiście dęciaki, przy konstruktywnym wsparciu piana i perkusji, osiągną stosowną eskalację, ale nie będzie ona miała smaczku doskonałej utarczki Laubrock-Vandermark. Eskalację – dodajmy - raczej w typie kupą mości panowie, niż w drodze kolektywnej improwizacji o niepoliczalnych płaszczyznach piękna.

Dysk czwarty. Bez wątpienia moment kluczowy tego wydawnictwa, a pewnie i całej rezydencji w The Stone. Oczywiście kwartet, tu w składzie: Ikue Mori (elektronika), Joe Morris (gitara), Nate Wooley (trąbka) i KV (to, co zawsze). Morris i Wooley potrafią w duecie czynić cuda, sam KV także ma w dorobku duety z tymi Panami. Do tego elektroakustyczny sos Mori, zawsze adekwatny i uzasadniony dramaturgicznie. Dostajemy jeden track, trwający trzy kwadranse. Cóż tu się nie dzieje… Nie starczyłoby całej zbiorówki, by opisać emocje iskrzące się na scenie. Bardzo swobodna improwizacja na dwa dęciaki, kompulsywną (również preparowaną) gitarę i elektronikę, dramatycznie wbija nas w fotel i każe prosić o więcej. Morris sięga nieba, pozostali muzycy są u jego stóp. Doskonałe!

Dysk piąty. Tym razem KV staje na scenie wraz Okkyung Lee na wiolonczeli i daje się oplątać podwójnym zwojem kabli i talerzy, za które odpowiedzialni są Christof Kurzmann i Marina Rosenfeld. Niespełna czterdziestominutowy track wypełnia nam uszy dość nieśpieszną narracją, która pozwala swobodnie i niebezrefleksyjnie przetrawić emocje z poprzedniego setu.

Dysk szósty, ostatni. Znów kwartet, tym razem po raz pierwszy z… kontrabasem. I to jakim? William Parker! A na dokładkę Steve Swell (puzon) i Paal Nilssen-Love (perkusja). Jeden długi fragment, jeden krótki. Uczta dla prawdziwych fanów free jazzu. Maszyna Parkera kręci tym kwartetem jak zwykle … niezwykle tanecznie, dęciaki plotą figlarne opowieści, a Paal dopełnia całości swym bezbłędnym i naddynamicznym drummingiem.

Kolor dla tego wydawnictwa może być tylko jeden (high!).


John Butcher/ Thomas Lehn/ Matthew Shipp  Tangle (Fataka Records, 2016)

Po opasłych tomach smakowitych improwizacji, przejdźmy płynnie do ostatniego wydawnictwa angielskiej Fataka Records. To już czternasta pozycja katalogowa tej bardzo ciekawej inicjatywy edytorskiej, nastawionej wyłącznie na incydenty free improvisation. A na pokładzie same znane pyski.

Jeden z naszych ewidentnych faworytów, brytyjski saksofonista John Butcher, ma już w tym katalogu płytę nagraną z amerykańskim pianistą Matthew Shippem (Fataka 2), a także trzyosobowe wystąpienie z Thomasem Lehnem (analogowa elektronika), w towarzystwie innego pianisty Johna Tilbury (Fataka 7).




O ile ta ostatnia płyta miała bardzo wyważony, stonowany i minimalistyczny charakter (kto słyszał Tilbury’ego grającego szybkie tempa, niech pierwszy rzuci kamieniem!), o tyle Tangle jest jej całkowitym przeciwieństwem. Muzyka tu zawarta jest głośna, dynamiczna i składa się z nieskończonej ilości spięć, zwarć i nie do końca konstruktywnych dyskusji, zawsze jednak w strefie silnie uwolnionej improwizacji. Shipp, freejazzowy pianista z natręctwami, gra oczywiście non stop i prawie nie dopuszcza kolegów do głosu. Lehn, zazwyczaj skupiony i wyciszony, dużej klasy specjalista w zakresie przykurzonych kabli, nie chce być tu gorszy i też pragnie pohałasować, a że ma w rękach same analogowe triki, efekt końcowy pozostawia sporo do życzenia. W tej głębokiej i ambiwalentnej czeluści, między Shippem a Lehnem, stara się odnaleźć swoje oblicze Butcher. To zdecydowanie nie jest jednak jego bajka. Cóż może zrobić? Próbuje przebić głośnym tembrem tenorowego saksofonu ten dramatyczny splot fortepianu i kablowego szmerostuku. Jest dzielny i nie brakuje mu zasobów, by wgryźć się w tę improwizację. Kosztuje go to jednak tak wiele sił, iż gubi gdzieś swój zwyczajowy artyzm, pomysł na muzykę.

Efekt końcowy mieni się zatem jedynie w kolorach żółtych (middle!), co jest zarówno skutkiem muzycznej zawartości krążka, jak prywatnie wysokich oczekiwań wobec improwizatorów klasy światowej, które nie zostały spełnione.


Tony Marsh/ Chefa Alonso Goodbye Red Rose (Emanem Records, 2016)

Emanem Records Martina Davidsona nie wydaje płyt zbyt często, a jak już tak się dzieje, to zwykle jest to reedycja, twórcze przypomnienie wydarzenia sprzed lat lub wiekowy rarytas. Zatem już sam fakt, że na krążku Goodbye Red Rose doświadczamy nowej muzyki, jest wydarzeniem samym w sobie.


Nagrania te mają już kilka lat, ale powstały w sumie całkiem niedawno (2008-9) i są publikowane po raz pierwszy. Pięć fragmentów zarejestrowano w Londynie, jeden w Hiszpanii. Miejsca nie dziwią, gdyż za muzykę zawartą na płycie odpowiada angielski perkusista Tony Marsh i hiszpańska saksofonistka Chefa Alonso. Pierwszej postaci nie trzeba chyba specjalnie przypominać. Nie ma go już z nami od czterech lat, stąd zapewne i sam pomysł wydania tych nagrań. Hiszpankę winniśmy kojarzyć m.in. z nagraniami London Improvisers Orchestra.
Ponad godzinny materiał koncertowy, mimo aż trzech różnych okoliczności powstania, jest niezwykle spójny muzycznie – stosunkowo dynamiczna, dość ekspresyjna improwizacja na dobre, jazzowe bębny i kompetentny saksofon sopranowy. Linearna narracja, brak spektakularnych zwrotów dramaturgicznych, sprawia, iż z jednej strony, płyty tej wyśmienicie się słucha, z drugiej jednak, już w połowie nagrania można zadać pytanie, co dalej? Reasumując – dla fanów Marsha lektura obowiązkowa i ciekawa pozycja w niezbyt jego bogatej dyskografii. Dla samej Chefy – jak dotąd najważniejsza płyta w życiu. Nam z tego wszystkiego wychodzi high!, ale z podpórką middle!

Wolter Wierbos/ Jasper Stadhouders/ Tim Daisy  Sounds In A Garden (Relay Recordings, 2016)

Jeśli w dzisiejszej zbiorówce mielibyśmy wskazać płytę, której najbliżej do trybunowej Złotej Szesnastki Roku, to z pewnością jest nią nowe wydawnictwo Tim Daisy’ego i jego własnego netlabelu Relay Recordings Dźwięki w Ogrodzie.

Amerykański saksofonista i jego label są stałymi gośćmy na tych łamach, w ramach okresowych zbiorówek i na ogół pobyty tutaj kończą w kolorach zielonych. Uprzedźmy wypadki – tak będzie i tym razem!




Niespełna 50-minutowa studyjna opowieść na perkusję, puzon i gitarę elektryczną (zamiennie stosowaną z gitarą basową). Dwupokoleniowy holenderski zaciąg mieni się barwami świetnej improwizacji, intrygującego, lekko upalonego brzmienia i smakowitej kooperacji. Puzonistę Wierbosa znamy od lat i cenimy (ja szczególnie - za partnerowanie Frankowi Gratkowskiemu w jego Kwartecie). Z młodym gitarzystą Stadhoudersem spotykamy się co raz częściej, a okoliczności stają się na ogół coraz przyjemniejsze (patrz: jedna z płyt na Złotej Szesnastce!). Muzyk to doprawdy wyśmienity, doskonale odnajdujący się w wielu formułach muzycznego improwizowania, a do tego obdarzony wyobraźnią i artystycznym tupetem godnym najwyższego uznania (już mu nawet wybaczę terminowanie w najgorszym projekcie Kena Vandermarka – Made To Break). A Daisy… robi swoje. Nie jest w mojej ocenie jakimś wyjątkowym drummerem, ale w roli kreatora ciekawych spotkań improwizatorskich, idzie mu coraz lepiej (do wglądu: pełny katalog Relay Recordings). Innym słowy – świetna płyta! High!


Paul Dunmall/ Liam Noble/ John Edwards/ Mark Sanders  Chords Of Connection (FMR Records, 2016)

Paula Dunmalla, brytyjskiego saksofonistę starszego pokolenia, cenimy na Trybunie niezmiennie. Pod koniec zacnego roku ’16 przypomina się nam ciekawym, klasycznym kwartetem jazzowym (sax z pełną sekcją rytmiczną). Para Edwards - Sanders była na tej stronie odmieniana już przez wszystkie przypadki. Pianista Liam Noble z pewnością tu debiutuje, choć nie jest muzykiem, który dopiero, co uciekł sroce spod ogona.




Trzyodcinkowa, improwizowana opowieść, głęboko osadzona w jazzowej, czy freejazzowej tradycji, niczym nas nie zaskakuje, ale daj boże każdej niezaskakującej płycie trzymać tak wysoki poziom artystyczny. W doskonałej formie odnajduję Dunmalla, który szczególnie w pierwszej części, dzierżąc w dłoni saksofon tenorowy, ryje nam berety dźwiękami, których bałby się sam John Coltrane (ogień!). Gdy w trakcie drugiej opowieści sięga po sopran, tradycyjnie ujawnia się nam w roli pięknego kolorysty. Gdy w kolejnej części wraca z tenorem, jest już uspokojony i snuje, z genialną jak zawsze sekcją, urocze zakończenie płyty. Sam Noble – przyznaję - niczym nie przykuł mojej uwagi w trakcie tego blisko godzinnego nagrania, ale zrobił swoje, czyli wytrawnie akompaniował kolegom. Rekomendacja - bez dyskusji - zielona (high!).


Ingrid Laubrock  Serpentines (Intakt Records, 2016)

Wróćmy do wątku nowojorskiego naszej dzisiejszej opowieści. Niemiecka saksofonistka średniego pokolenia, Ingrid, Laubrock, przy okazji stała nowojorska rezydentka, jest muzykiem niezwykle ambitnym i nad wyraz pracowitym. A że talentu jej nie brakuje, to coraz częstsze - w moim przypadku - sięganie po jej nagrania, niesie za sobą, rosnące w postępie geometrycznym, pokłady przyjemności.




Szczególnie dobitnym przykładem jest ostatnia jej autorska płyta Serpentines. Do studia zaprosiła doskonałych muzyków – Petera Evansa (trąbka), Craiga Taborna (piano), Sama Plutę (elektronika), Tyshawna Soreya (perkusja), Dana Pecka (tuba) i Miyę Masaoka (koto). Na krążku gramy pięć kompozycji Ingrid (pięknie słychać efekty częstego terminowania u Anthony’ego Braxtona!), które w dalece nieśpiesznych tempach są wytrawnie improwizowane przez kolektyw muzyków, pozostających w ewidentnie świetnej formie. Narracja jest niezwykle precyzyjna, prawdziwie molekularna, cierpliwa, ale zdecydowanie gęsto tkana. Nie brakuje ulotnych, delikatnie onirycznych momentów, które w trakcie rozwoju tego nagrania nabierają rumieńców i pozwalają na czerpanie niekłamanej radości z odsłuchu. Instrumentarium nie jest banalne, poziom ingerencji kablowej Pluty bardziej niż stonowany i na ogół uzasadniony dramaturgicznie. Mam zresztą wrażenie, że nic na tej płycie nie odbywa się bez pełnej akceptacji Laubrock. Akurat temu nagraniu robi to bardzo dobrze.

Rekomendacja high! bezdyskusyjna, wsparta obietnicą Pana Redaktora, by częściej i w bardziej pogłębione analizy muzyki Niemki, zapuszczać recenzenckie pióro.


Mark Dresser Seven  Sedimental You (Clean Feed Records, 2016)

Kolejna nowojorska opowieść dzisiejszej zbiorówki – niewymagający jakichkolwiek rekomendacji, kontrabasista Mark Dresser i jego Siódemka. W składzie – obok lidera i kompozytora całości materiału - Nicole Mitchell (flety), Marty Ehrlich (klarnety), Michael Dessen (puzon), David Morales Boroff (skrzypce), Joshua White (piano) i Jim Black (perkusja).




Kompetencje muzyków nie wymagają rekomendacji, sztyft kompozytorski wyłącznie udany (tu też uroczo słuchać wpływy Braxtona, z którym Dresser spędził pół życia), improwizacje na brawurowym poziomie, acz wedle precyzyjnej rozpiski lidera. Jeśli miałbym szukać łyżki dziegciu, to stwierdziłbym, iż całość jest odrobinę zbyt długa i w drugiej części stanowczo przegadana, przy wtórze nazbyt słodko brzmiących skrzypiec (nie znam tego muzyka, być może miał okienko w repertuarze tamtejszej filharmonii). I tak dobrze, że na kompaktowym nośniku wciąż nie mieści się więcej niż 79 minut muzyki…

Jakkolwiek do 50 minuty Sedimental You broni się niczym Boruc Fabiański na kolejnym mundialu, zatem radość z obcowania z tym dźwiękami jest ewidentnie wysoka. Jeśli lubicie doskonale zinstrumentalizowany jazz, z odrobiną artystowskiego zadęcia – to jest płyta najbardziej odpowiednia. Rekomendacja? Niech będzie high! z delikatną podpórką middle!


Okkyung Lee/ Christian Marclay  Amalgam (Northern Spy Records, 2016)

Nasza ulubiona skośnooka wiolonczelistka (z Nowego Jorku rzecz jasna!) Okkyung Lee, mieszka ostatnio w londyńskim Cafe Oto i co rusz wrzuca nam do odtwarzaczy smakowite duety. Dziś czas na niespełna 40 minutowy meeting z facetem grającym z gramafonów, niejakim Christianem Marclayem.




Lee, w przeciwieństwie do Kolegi akapit wyżej, ma w artystycznym DNA zapisane srebrnymi literami bądź wstrzemięźliwa, zatem w trakcie odsłuchu tego koncertu, nie przyjdzie nam do głowy epitet przegadane.

Oczywiście granie z talerza nie każdemu ryje beret, zatem nawet wśród garstki czytelników Trybuny znajdą się malkontenci, którzy pomarudzą, ale ja śmiało kupuję ten szyt, choćby dlatego, że muzyka na nim zawarta leży od dwie wycieczki do Władywostoku od kompozytorskiego zadęcia kilku kolegów Lee z Wielkiego Jabłka. Drapieżnie, hałaśliwie, pyskato… Demonicznie, krwisto, pstrokato… Daję po twarzy zielonym (high!) i nie przyjmuję votum separatum.


Taylor Ho Bynum  Enter The PlusTet (Firehouse 12 Records, 2016)

A propos… nowojorskich kolegów Lee z kompozytorskim zadęciem. Kolejny gagatek nazywa się Taylor Ho Bynum. Trębacz i kornecistka, z którym znamy się jak łyse konie (ach ten Braxton!), zagnał do studia (rok temu dokładnie) czternastu wspaniałych muzyków (lista płac czyni buraczkowe wypieki na naszych licach!) i kazał im grać swoje wytrawne kompozycje. Baa, fragment pierwszy zaczyna z tak wysokiego C, że Pan Redaktor miał już ochotę zadąć w róg i obwieścić dzieło genialne. Euforia recenzenta nie trwała jednak długo. Manieryczny, jazzowy walking sekcji (wibrafon!), przywraca nas brutalnie do rzeczywistości. We fragmencie drugim mamy wrażenie, że jest czwarta rano i gra nam wyczerpana fizycznie (niedopita!) orkiestra Glenna Millera, a impreza odbywa się pod szczytnym hasłem właśnie co ogłoszonej prohibicji. Fragment trzeci finalny, mam już momenty, które próbują ratować tę płytę, ale niesmak pozostaje….




A na owej liście płac… Nate Wooley, Matt Bauder, Mary Halvorson, Steve Swell, Vincent Chancey, Ingrid Laubrock, Tomeka Reid, Jason Kao Hwang, Ken Filiano, Tomas Fujiwara, Bill Lowe…

Ta płyta miała prawo być doskonała. Stawiam żółte, lekko przegniłe middle! za zmarnowanie takiego potencjału artystycznego i poniekąd czasu tak wspaniałych muzyków.


Illegal Crowns  Illegal Crowns (Rogue Art, 2016)

Mimo ambiwalencji targających duszą Pana Redaktora, pozostańmy przy osobie Taylora Ho Bynuma. Tym razem kwartet Nielegalne Korony, który w trzech czwartych jest … oczywiście nowojorski (także Mary Halvorson i Tomas Fujiwara), zaś czwartym do brydża jawi się Kanadyjczyk (Benoit Delbecq), wszakże z Quebecu, zatem miejsce muzycznego spotkania tej czwórki – Paryż – jest na swój sposób uzasadnione.

Znów materiałem wyjściowym dla improwizacyjnych igraszek są kompozycje (każdy z czworga dołożył tu swoje). Narracja jest nieśpieszna, precyzyjna, jakkolwiek pierwsze wrażenie nie zwala z nóg. Brakuje szczypty dramatyzmu, wyższego poziomu ekspresji i tego czegoś, co nas do tej ekspozycji spróbuje przekonać.




Szczęśliwie w drugiej części tego studyjnego incydentu, do muzyki kwartetu wkrada się delikatny, podskórny nerw, który potrafi na pewien czas zawładnąć naszymi receptorami słuchu. Nie da się w tym miejscu ukryć, że … dzięki niemu Illegal Crowns – z trudem, bo z trudem – wychodzą obronną ręką z tego starcia. Gdybym potrafił cofnąć czas, tuż przed rejestracją tej sesji, zakradłbym się do komory odsłuchowej i bezczelnie podprowadził muzykom zwitki pięciolinii. Ciekaw byłbym efektu końcowego spotkania w takich okolicznościach.

Trochę na wyrost daje ostatecznie temu nagraniu high!, jakkolwiek muszę go podeprzeć niezobowiązującym middle!


The Core Trio Featuring Matthew Ship  The Core Trio Live Featuring Matthew Ship  (Evil Rabbit Records, 2016)

Uwaga! Kolejny zacny Nowojorczyk na scenie! Tym razem w delegacji, w teksańskim Houston. Matthew Shipp – bo o nim tu mowa -  zwiera koncertowe szyki z triem tubylców (?), którzy artystycznie funkcjonują pod nazwą The Core Trio (Seth Paynter na tenorze, Thomas Helton na kontrabasie i Joe Hertenstein na perkusji).

Ponad godzinna dokumentacja koncertowa podana nam jest w dwóch setach. Muzyka ma swój poziom ekspresji, śmiało posadowić się w może w szufladzie free jazz, są dramaturgiczne zwroty akcje, zgrabne pyskówki i garść intelektualnej wymiany podglądów na temat.




Jest tylko jeden drobny szczegół. Takich płyt słuchałem już tysiące. Shipp niczym nie zaskakuje, tradycyjnie gra bez przerwy, choć nie ma problemu z bilansowaniem natężenia dźwięków. Partnerzy, chwilami w pozycji wyczekującej, wobec tego, co zrobi lub pomyśli mistrz z New York City, grają swoje i nie męczą nas nadmiernym nowatorstwem użytych środków artystycznych.

Oczywiście taka muzyka znajdzie wielu admiratorów. Z jazzowego punktu widzenia jest to bezpieczna pozycja, a samo nazwisko Shippa może otworzyć kilka portfeli. Mnie wszakże nie rajcuje, zatem maluję koncert na żółto (middle!), bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia.


Dré Hočevar  Transcendental Within The Sphere Of Indivisible Remainder (Clean Feed Records, 2016)

Dré Hočevar, eksperymentator, perkusista, poszukiwacz rzeczy ulotnych, powraca w nieco rozbudowanym składzie. Jego artystyczna bezczelność i brak jakichkolwiek zahamowań estetycznych sprawia, iż nie sposób przejść wokół jego muzyki w pozycji zobojętnienie.

W zakresie generowania dziwnych dźwięków z kabli, prowodyra tego incydentu (odpowiada także za interakcję) wspomagają skutecznie Sam Pluta (żywy procesor) i Zack Clarke na syntezatorze. Zaciąg akustyczny jest pięcioosobowy (m.in. Mette Rasmussen na saxie, także piano, wiolonczela, trąbka i drugi saksofon), a całości składu dopełnia basista.




Jakże intelektualny tytuł obejmuje, swą nieco wyuzdaną literackością, blisko 49 minutowy, nie przerywany niczym zbędnym, jeden track. Scenariusz tej, w dużej mierze improwizowanej egzekucji dźwięku, nie jest nadmiernie rozbudowany i daje wszystkim muzykom sporo artystycznego luzu.

Jeśli tylko skłonności elektryków do generowania hałasu i eskalowania emocji, daje się w ramach tak dużego składu skutecznie poskramiać (a dzieje się tak zwłaszcza w drugiej części nagrania), to hocevarowa banda szaleńców pięknie płynie ku nieznanemu, improwizując w oparach bardziej niż ciekawej elektroakustyki.

Płyta jest nierówna, ale tupet i wspomniana już artystyczna bezczelność Dre i jego kompanów sprawia, iż Transcendentalny dostaje ode mnie mocne high! Nawet jeśli cenzurka jest odrobinę na wyrost, to konsekwencje biorę na siebie.


Joe McPhee & Ingebrigt Haker Flaten  Bricktop (Trost Records, 2016)

DKV Trio/ The Thing  Collider (Not Two Records, 2016)


Na sam koniec naszej dość obfitej (bo dwumiesięcznej) zbiorówki, dwie płyty muzyków i formacji, które znamy z pewnością lepiej niż zawartość własnych portfeli.

Duet weterana free jazzu, McPhee i postaci już niemal pomnikowej, jeśli chodzi o europejski, basowy wymiar tegoż gatunku, Hakera Flatena, jest rejestracją koncertową z Wisconsin, sprzed dwóch już prawie lat.

Połączone siły dwóch trzyosobowych, niemniej pomnikowych formacji wyżej wymienionego gatunku, DKV Trio i The Thing, to także ekspozycja koncertowa. Tym razem z krakowskiej Manghii, z roku 2014.

Z pewnością wielu z Was umieściło te płyty na swoich tegorocznych play listach, a wcześniej kupując ich kompaktowe edycje, doświadczyła sporego ślinotoku oczekiwania. Mnie osobiście na te płyty po prostu szkoda czasu. Przewidywalność posunięta do granic mojej akceptacji.

Ken Vandermark zaczął dzisiejszą opowieść naprawdę udanym sześciopakiem, pełnym ciekawych i odkrywczych dźwięków. Życzę mu u progu Nowego Roku, by nie ustawał w podobnych próbach (sam zapowiada już Momentum 2 i 3!), ale by jednocześnie przestał już odgrywać stare dźwięki, które słyszeliśmy tysiące razy.

Matsowi Gustafssonowi też tego życzę.

Joe McPhee i Ingebrigtowi Hakerowi Flatenowi życzę po prostu wszystkiego najlepszego!



W ogóle wszystkim tego życzę! Happy New Year!!!!