Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maya Homburger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maya Homburger. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 listopada 2023

Barry Guy Blue Shroud Band and all this this here!


Współczesna twórczość Barry’ego Guya, jednego z najwybitniejszych kontrabasistów, kompozytorów i band leaderów muzyki improwizowanej i free jazzu silnie związana jest z Polską, szczególnie Krakowem, a także Warszawą. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat muzyk koncertował tu ze swoimi flagowymi orkiestrami – London Jazz Composers Orchestra i New Orchestra (w obu przypadkach dwukrotnie), grywał także niezliczone koncerty w mniejszych składach, a swoje siedemdziesiąte urodziny świętował na warszawskim festiwalu Ad Libitum.

Także najbardziej nam współczesny duży skład Guya – The Shroud Band, nierozerwalnie związany jest z Polską. Ma w swym dorobku trzy krakowskie, wielodniowe rezydencje (2014, 2016 i 2021), a także koncert na warszawskim Ad Libitum uwieczniony na albumie wydanym przez szwajcarski Intakt Records. Dodajmy jeszcze, iż dwie pierwsze rezydencje zostały udokumentowane wielopłytowymi boxami wydanymi przez krakowskie Not Two Records *).

Ostatnia z rezydencji BSB była pod wieloma względami szczególna. Orkiestra wracała do świata żywych po kilku latach nieaktywności, do tego w czasach covidu i nieco zmodyfikowanym składzie. I jeszcze jedna szczególna okoliczność – Guy przygotował materiał kompozytorski inspirowany twórczością swojego absolutnie ulubionego poety i egzystencjalisty Samuela Becketta. Orkiestra muzykowała w Krakowie kilka dni. Jak zawsze koncert finałowy poprzedzany był występami tzw. małych składów. Póki co, nie wiemy, czy dokumentacja tej rezydencji znajdzie swą płytową postać, wiemy wszakże, iż po próbach i finałowym koncercie krakowskim orkiestra przyniosła się do portugalskiego Matosinhos, miejscowości leżącej na peryferiach Porto. Tam pod okiem wybitnego realizatora dźwięku – Katalończyka Ferrana Conagli, zarejestrowano nagranie beckettowskiej kompozycji, którą tak pilnie trenowano w Krakowie. Dziś zapis sesji nagraniowej z Porto trafia do nas na kompaktowym dysku. Oczywiście wydawcą jest polski label! Tym razem, to Fundacja Słuchaj! Przyjrzyjmy się bliżej dźwiękom, jakie powstały na zachodnim skraju Starego Kontynentu kilkanaście miesięcy temu.



 

Album all this this here składa się z siedmiu kompozycji, które jak zwykle w przypadku The Shroud Band łączą piękno muzyki klasycznej i post-barokowej z ekspresją muzyki improwizowanej i free jazzowej. Poza precyzyjną dramaturgią, dużą wagę przywiązuje się w nim do słowa mówionego/ recytowanego. To element charakterystyczny dla tego akurat projektu Barry’ego Guya. Z tego ostatniego punktu widzenia najistotniejszymi częściami nagrania są jego otwarcie i zakończenie. Łącznie trwają niemal tyle minut, ile pozostała część płyty. Pomiędzy nimi dzieje się wszakże bardzo wiele – odnajdujemy tu dwa odcinki uformowane w kształt prawdziwie free jazzowej orkiestry, a także wyjątkową część czwartą, której centralną część stanowi rozbudowana, na poły improwizowana ekspozycja skrzypaczki Mayi Homburger. Dodajmy jeszcze, iż na bandcampie, w wersji cyfrowej, można wejść w posiadanie całego nagrania niepociętego na siedem odcinków, jak to ma miejsce w przypadku nośnika fizycznego.

Kompozycja otwarcia trwa ponad 20 minut i zawiera w sobie wszystkie elementy składowe, które stanowią o wyjątkowości BSB. Introdukcja jest dość żwawa, choć lepi się z drobnych, delikatnych fraz instrumentalnych i śpiewu wokalistki na przemian z recytowanym tekstem. Kameralna, nieco teatralna sytuacja szybko nabiera tu masy właściwej, a post-klasyczna melodyka bywa udanie kontrapunktowana krótkimi improwizacjami gitary, trąbki i saksofonów. Gęsta faktura kontrabasowej narracji przenosi nasze zainteresowanie ku post-jazzowi, z kolei skrzypce wraz z altówką i fortepian szyją nam bardziej abstrakcyjne rozwiązania dramaturgiczne. Oczywiście nie brakuje także epizodów granych całą orkiestrą, a najbadziej udanym fragmentem wydaje się być moment, gdy siła całego składu niesie wysokim wzniesieniem wyjątkowo efektową ekspozycję trębacza. Zmiana goni tu zmianę - nie brakuje pięknych, post-barokowych inkrustacji, a także dętych, wytłumionych preparacji.

Druga opowieść grana jest z niemal epickim rozmachem, zapewne pełnym zestawem instrumentalnym, bez wątpienia zaś z dalece klasyczną precyzją. W roli instrumentów siejących dodatkowy ferment dostrzegamy strings, w roli tych bardziej rozśpiewanych sekcję saksofonów, wspartych trąbką i tubą. W tyglu zdarzeń świetnie odnajduje się wokalistka, a także finalizujący opowieść pianista, który buduje grozę pasażami czarnych klawiszy.

Opowieść trzecia i szósta, to dwie części konsumowane ekspresją free jazzowej orkiestry. Początek płynie typowym jazzowym walkingiem, ale grupa rozochoconych saksofonów szybko wtłacza nas w ramy narracyjne godne free jazzu. Z jednej strony dużo improwizowanego rozmachu, z drugiej intrygująco mroczne zakończenie części pierwszej. W drugiej odsłonie free jazzowej orkiestry dzieje się jeszcze więcej. Narracja zyskuje na śpiewności i taneczności, a zmysłowe eksplozje grane cała falangą instrumentów fenomenalnie gasną tu najpierw do duetu, a potem kwartetu saksofonów.

Część czwarta ma dwóch bohaterów lirycznych. Z jednej strony klasycznie brzmiący gitarzysta Ben Dwyer, z drugiej anonsowana już skrzypaczka Maya Homburger. Narracja bazuje teraz, co oczywiste, na brzmieniu instrumentów strunowych. Jej początek płynie melodyką post-klasyki i baroku, a rola instrumentarium bardziej jazzowego sprowadza się jedynie do delikatnych kontrapunktów, tudzież dramaturgicznych komentarzy. Centralną część utworu stanowi ekspozycja skrzypiec, które w wielu momentach wspiera równie emocjonalna altówka. Na finał utworu budzi się cała orkiestra, która najpierw syci narrację incydentami indywidualnymi, potem zaś kontratakuje szerszą ławą instrumentów.

Piąty utwór zdaje się być na całym albumie najspokojniejszy. Introdukcja przypada tu w udziale perkusjonalistom. Słyszymy też delikatne piano i gitarę do pary z kontrabasem. Zmysłowy głos wokalistki pełni tu rolę wisienki na torcie. Balladowy ton całości podkreśla ciepło brzmiąca trąbka.

W ostatni utwór albumu wchodzimy jeszcze mocą free jazzowej orkiestry, która zagotowała nam krew w szóstym opowiadaniu. Narracja urokliwie gaśnie teraz do drobnych, strunowych fraz i głosu wokalistki. Tekst zdaje się tu być kluczowym elementem dramaturgii. Obok minimalistyczne piano, talerze, spokojnie oddychające dęciaki - wszystko kreuje tu post-barokowy ton pełny gorzkich żali. Wokół nie ma jednak ciszy. Post-jazzowe flesze raz za razem rozbudzają emocje. Z jednej strony post-barok, z drugiej ekspresja swobodnych improwizacji. Czarne klawisze piana, nerwowy głos recytatorki i strunowe zdobienia. Swoje dokłada nadspodziewanie delikatna tuba. Zakończenie albumu tkane jest z drobiazgów i formuje się w efektowne crescendo. Tak, wszystko jest tutaj, dokładnie w tym miejscu.

 

Barry Guy Blue Shroud Band all this this here (Fundacja Słuchaj!, CD 2023). Barry Guy – kontrabas, kompozycje, dyrygentura, Savina Yannatou – głos, Agusti Fernandez – fortepian, Maya Homburger – skrzypce, Fanny Paccoud – altówka, Ben Dwyer – gitara, Percy Pursglove – trąbka, Torben Snekkestad – saksofon sopranowy i tenorowy, Michael Niesemann – saksofon altowy, obój, oboe d’amore, Per Texas Johansson – saksofon tenorowy i klarnet, Julius Gabriel – saksofon barytonowy i sopranowy, Marc Unternährer – tuba, Lucas Niggli – instrumenty perkusyjne oraz Ramon Lopez – instrumenty perkusyjne. Nagrane w warunkach studyjnych: Associao Orquestra Jazz de Matosinhos, Porto, prawdopodobnie w roku 2021. Siedem kompozycji, 72:40.

 

*) podobnie jak druga z wizyt London Jazz Composers Orchestra (2020) i obie – New Orchestra (2010 i 2012). Na wielopłytowym boxie dostępna jest także dokumentacja krakowskiej wizyty dużego składu Barry’ego Guya z roku 2018. Ta orkiestra nie doczekała się jak dotąd nazwy własnej.


Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, całe tygodnie i wieki temu.

 

piątek, 10 czerwca 2016

Barry Guy – Grupa Błękitnego Całunu w formule rozwichrzonej


Barry Guy, wyśmienity brytyjski kontrabasista, kompozytor i improwizator, niewątpliwie zamieszkał już w Polsce na stałe. Przynajmniej w wymiarze artystycznym.

Od roku 2010 gości z różnymi swoimi aktywnościami muzycznymi w kraju nad Wisłą niemal nieprzerwanie. O dwóch pobytach z New Orchestra (2010, 2012) pisałem już na tych łamach, piejąc z zachwytu nad ich dokumentacją fonograficzną (Mad Dogs, Mad Dogs On The Loose). Rok 2013 przyniósł wizytę London Jazz Composers Orchestra, a rok kolejny także tria Aurora (oba na warszawskim Ad Libitum).




W tymże samym, 2014 roku, miało miejsce kolejne spektakularne wydarzenie. Na kilkudniową rezydencję do Krakowa trafił 14-osobowy Blue Shroud Band, powołany specjalnie na okoliczność realizacji kompozycji Barry’ego The Blue Shroud, inspirowanej Guernicą Pablo Picasso, a także drastycznymi wydarzeniami historycznymi, jakie unieśmiertelnia ten wybitny obraz. Na czterodniowy pobyt w Krakowie złożyły się występy Małych Formacji, stworzonych z muzyków BSB, a także finałowe wykonanie kompozycji zasadniczej (a zatem idea bliźniacza do spotkań z New Orchestra kilka lat wcześnie). Dziś trafia do nas czteropak, który dokumentuje trzydniowe wzmagania Small Formations – Tensegrity (Not Two Records, 2016).

Nie minął rok, a na kolejnej edycji Festiwalu Ad Libitum, ponownie pojawiła się rzeczona Grupa i wykonała kompozycję, tym razem nie tylko dla radości publiczności zgromadzonej na koncercie, ale także na potrzeby fonograficzne. A te ostatnie dokonały się za pośrednictwem szwajcarskiej wytwórni Intakt Records – The Blue Shroud (2016).




Dodajmy, że w/w pobyty Guya w Polsce to nie jedyne jego wizyty. Niech przykładem będzie udany duet z Kenem Vandermarkiem na Krakowskiej Jesieni Jazzowej w 2014 roku.

Osobiście nie uczestniczyłem w czterodniowej rezydencji Blue Shroud Band w roku 2014, szczęśliwie jednak miałem właśnie okazję odsłuchać wspomniany czteropak i za chwilę podzielę się z Wami wrażeniami. Zupełnie odwrotnie ma się rzecz z pobytem BSB w Warszawie, w roku ubiegłym. Byłem, widziałem, słyszałem, natomiast nie posiadam jeszcze płyty wydanej przez Intakt.

Zapewne wszyscy interesujący się muzyką improwizowaną wiedzą, że komponowanie i improwizowanie w idiomie jazzowym, czy na polu free improvisation, to nie jedyne zainteresowania Barry’ego Guya. Niebywale aktywny muzycznie, blisko już 70 letni Brytyjczyk, od lat gra także muzykę barokową, wraz ze swoją żoną, wspaniałą skrzypaczką Mayą Homburger. Guy przy okazji wyznał kiedyś, że ta sfera jego życia artystycznego stanowi przy okazji główne źródło jego dochodów, przez co pozwala także realizować inne pasje. Jak się bowiem domyślamy, zabawa w improwizowanie nie rokuje specjalnych szans na godziwe życie w aspekcie materialnym.




Barry Guy egzystuje zatem muzycznie na dwóch jakże odległych od siebie światach. Od pewnego już czasu stara się jednak … łączyć te z pozoru niestykające się ze sobą pola. Stąd choćby zaproszenie Mayi Homburger do New Orchestra (począwszy od pierwszego spotkania w Krakowie), czy też integrowanie muzyki improwizowanej z barokowymi incydentami, czynione nawet na krążkach z repertuarem Jana Sebastiana Bacha. Sama kompozycja The Blue Shroud jest w mojej ocenie kolejną próbą tego rodzaju działań artystycznych. Już uważna lektura składu BSB potwierdza tę tezę. Grupa łączy w sobie bowiem muzyków obu sfer życia muzycznego. Ze świata muzyki klasycznej mamy tu – poza oczywiście Mayą Homburger – także wiolinistkę Fanny Paccoud, czy gitarzystę Benjamina Dwyera. Są muzycy funkcjonujący nie tylko w świecie muzyki improwizowanej, tacy jak Michael Nieseman (alt sax i obój), Julius Gabriel (saksofony), Torben Snekkestad (sax, trąbka), czy Per ‘Texas’ Johansson (tenor sax, klarnet). Nie brakuje wreszcie jazzowych, czy free jazzowych wyjadaczy – Petera Evansa (trąbka), Lucasa Niggli i Ramona Lopeza (perkusja), Agusti Fernandeza (piano), czy Michela Godarda (tuba). Skład uzupełnia śpiewaczka Savina Yannatou, doświadczona na wielu polach współczesnej muzyki (zarówno pięknie śpiewa, jak i zadziornie improwizuje w stylu kilku brytyjskich free improwizatorek). W ramach BSB powstał zatem niebywały tygiel muzycznych osobowości, który pod śmiałym przewodnictwem Guya uroczyście eksploduje na czterech dyskach, dokumentujących trzy dni zabawy w Małe Formacje – od 18 do 20 listopada 2014r. w Alchemii. Od razu zaznaczmy, iż muzyka na wydawnictwie Not Two nie jest prezentowana chronologicznie, a zatem Guy, nie dość, że zaaranżował te koncerty w ujęciu personalnym, to także skomponował ich ostateczny układ na płytach.




Tensegrity zawiera łącznie 26 utworów, z czego dwa są skomponowane, reszta zaś w pełni improwizowana. Fragmenty z nutkami to kompozycja Guya Rondo For Nine Birds i  … sonata J.S. Bacha. W obu słyszymy cudownie brzmiące barokowe skrzypce Homburger. W pierwszym wspomaga ją sekcja Guy-Niggli, w drugim występuje solo.

Dysk pierwszy zaczyna ostrą preparacją piana Fernandez, a po chwili dołącza do niego Evans. Prawdziwe trzęsienie ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Bardzo smakowicie improwizuje na gitarze, klasyczny z wykształcenia i doświadczenia, Dwyer. Równie zadziorna, jak pięknie brzmiąca, jest jego koleżanka z filharmonii, wiolinistka Paccoud. Szaleją saksofoniści (uwaga na Gabriela - ale petarda!), pięknie frazuje na trąbkach z drewnianymi ustnikami Snekkestad (w czym pomaga mu Evans, już na tradycyjnej ich odmianie). Yannatou improwizuje w wysokich rejestrach, mając świetną bazę w … niskich akordach basu Guya, co czyni ich ponad 20 minutowy występ jedną z absolutnych perełek trzech wieczorów w Alchemii. Rewelacyjnie poczyna sobie trio z tubą i wiolą (Godard i Paccoud), wsparte bębnieniem Niggliego. Niebywale głośno robi się w Alchemii, gdy duet Evans-Fernandez zderza się ze ścianą dwóch zestawów perkusyjnych.  Bardzo odkrywcze w wymiarze sonorystycznym jest spotkanie chropowatej improwizacji Yannatou z tubą Godarda. Nie pozwala oderwać uszu od głośnika kolejny duet Guya, tym razem z altem i obojem Niesemanna. A na koniec najpierw popisy w septecie, mające swój początek w duecie dwóch Panów G. (Godard i Guy), kreujące ujmujący zestaw dźwięków zdominowanych brzmieniem smyczkowym (choć grają głównie dęciaki – ale jak pięknie!). Potem chwila oddechu na duet perkusyjny, by na wielki finał usłyszeć trio Aurora (Fernadez-Guy-Lopez), dogrzewane szaleństwami głosowym Yannatou i trąbką Evansa. Uff, czyste szaleństwo! A nie jest to bynajmniej pełna lista wrażeń z odsłuchu czterech dysków – to tylko te najdobitniejsze.




Tensegrity to prawie 5 godzin niesamowitej uczty dla naszych uszu. Nowy wymiar muzyki trzeciego nurtu? Zły trop. To prawdziwa eksplozja wolnej improwizacji, ozdobiona perłami barokowego chowu. Wspaniała płyta! Rolę gigantów swobodnej improwizacji przyjmują tu nie tylko zaprawieni w bojach jazzmani, ale także – i nie mniej dobitnie – muzycy specjalizujący się w muzyce klasycznej. Niebywała historia – jak inspirujące dla tych ostatnich może być takie spotkanie, oczywiście pod niebywałą kuratelą wyjątkowej postaci, lidera i głównego kreatora BSB, Barry’ego Guya. Dodajmy, że czteropak Not Two jest bardzo zgrabnie wydany, a zamieszczona na nim muzyka cudownie brzmi w wymiarze akustycznym, co w przypadku Barry’ego Guya jest akurat normą.




Szczegóły personalne wszystkich mini koncertów prześledzicie na dołączonych do tekstu fotografiach. A po ich lekturze migiem do sklepów – takiej pozycji nie możecie nie posiadać!
Pisząc ponad trzy lat temu na potrzeby Jazzarium.pl o pierwszym wydawnictwie New Orchestra - Small Formations Mad Dogs, skonstatowałem, iż ... oto już w marcu ogłaszam bezczelnie wybór płyty roku. Teraz mogę śmiało powtórzyć ten zabieg: 10 czerwca – płyta roku 2016 właśnie się ukazała!

Koncert kompozycji głównej The Blue Shroud – poczyniony, jak już wcześniej wspominałem, jedenaście miesięcy później - to już oczywiście inny wymiar muzycznej doskonałości. Półtorej godziny precyzyjnie zaaranżowanej muzyki, ale zagranej z dużą swobodą, w nieprzerwanym ciągu dźwięków, wbiły mnie w fotel Studia im. Witolda Lutosławskiego z siłą niespotykaną w tej szerokości geograficznej. Polecam krążek Intaktu, mimo, iż jeszcze go nie posiadam, bo wciąż pamiętam ów październikowy koncert. Wrażenia trwałe i niezbywalne!


poniedziałek, 22 lutego 2016

Barry Guy New Orchestra - potrójna przyjemność



Pisanie o Nowej Orkiestrze Barry Guya jest dla mnie czystą przyjemnością przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze – przywołuje wspomnienie uczestnictwa w dwóch kilkudniowych spotkaniach z Zespołem i muzykami w Krakowie, odpowiednio w 2010 i 2012 roku, które z pewnością mogę wskazać, jako najbardziej intensywne i po prawdzie najpiękniejsze koncertowe spotkania z muzyką improwizowaną. Po drugie - wydane po wyżej wymienionych spotkaniach wielopaki oficyny Not Two „Mad Dogs” i „Mad Dogs on The Loose” zawierają doprawdy wyjątkową muzykę, stanowiąc jedne z najważniejszych rejestracji muzyki free improvisations ostatnich lat, w każdym aspekcie rozpatrywania tego zagadnienia. I to jest teza, z którą trudno dyskutować, będąc przy zdrowych zmysłach.

Po trzecie w końcu, Barry Guy New Orchestra jest absolutnie zjawiskową formacją na współczesnej scenie muzycznej (bez dodatkowych przymiotników). Łączy bowiem w sobie dwa trzyosobowe składy, konsekwentnie stawiające resztę świata free improvisation w pozycji zdystansowanych rywali -  czyli trio Evan Parker/ Barry Guy/ Paul Lytton i trio Mats Gustafsson/ Barry Guy/ Raymond Strid (zwane także jako Tarfala Trio). Dodatkowo jest także BGNO naturalną kontynuatorką wielkiego przedsięwzięcia Barry Guya – London Jazz Composers Orchestra - która choć formalnie egzystuje, to jednak nie ujawnia nowych wydawnictw płytowych od kilku już lat. W tym miejscu nieodzowne zdaje się przypomnienie wspaniałego koncertu LJCO na warszawskim Festiwalu Ad Libitum w 2013r., poprzedzone wyjątkowym występem Barry Guya i Mayi Homburger w duecie, a także dzień wcześniej – tria Parker/ Guy/ Lytton.

Wspomniane wyżej wielopaki z koncertów krakowskich zawierają nagrania tzw. Small Formations, zatem zespołów „istniejących” wewnątrz Orkiestry, jak i ad hoc kleconych układów personalnych spośród jej członków. Nie ma na tych wydawnictwach nagrań koncertów finałowych samej New Orchestra jako całości. Rejestracje te bowiem Guy zarezerwował jedynie dla okoliczności spotkań studyjnych, gdy nagranie powstaje w absolutnie komfortowych warunkach akustycznych.




Amphi/Radio Rondo – wymiar studyjny

Nowa Orkiestra trzykrotnie skutecznie popełniała rejestracje studyjne. Najpierw było to spotkanie w roku 2000 i płyta „Inscape-Tableaux” (Intakt, 2001), potem cztery lata później „Oort-Entropy” (Intakt, 2005), wreszcie ostatnia z nich, zrealizowana w niespełna cztery miesiące po drugiej wizycie w Krakowie - „Amphi/Radio Rondo” (Intakt, 2014). Co najistotniejsze, na tej trzeciej znalazły się kompozycje Barry Guya wykonywane w trakcie koncertu finałowego w Krakowie w 2012r. Zatem śmiało możecie ten ostatni dysk podpiąć pod drugi z wielopaków Not Two.

Orkiestra, jak widać wyżej, nie spotyka się zbyt często, tym większa zatem radość, że pierwsza wizyta w Krakowie miał swój doskonały ciąg dalszy. Co równie istotne, a co stanowi wartość dodatkową rejestracji ze spotkań krakowskich, to poszerzenie tentetu, jaki funkcjonował na dwóch pierwszych edycjach BGNO, o dwie ważne postaci – barokową skrzypaczkę Mayę Homburger (prywatnie żonę Guya) i wspaniałego brytyjskiego saksofonistę Trevora Wattsa. Na „Amphi/Radio Rondo” nie odnajdujemy wprawdzie Wattsa, jest natomiast dobitnie obecna pani Homburger. Oto bowiem pierwszą cześć dysku zajmuje rzeczona kompozycja „Amphi’, która jest próbą – od razu zdradźmy, że wyjątkową udaną – połączenia dużej improwizującej orkiestry free jazzowej (nie bójmy się tego określenia) ze skrzypcami barokowymi, sprawnie obsługiwanymi przez Mayę. Efekt jest doprawdy piorunujący, a sam Guy w stosownym liner notes podziwia zarówno małżonkę, która utrzymała się stylowo w tyglu kipiących dęciaków, jak i pozostałych członków Orkiestry, którzy w ferworze improwizacji potrafili być akustycznie wstrzemięźliwi i nie zagłuszyli pięknie brzmiącego instrumentu strunowego. Muzyka jest frapująca i od razu zaznaczam, że niewiele ma wspólnego z medialnie głoszonym onegdaj „trzecim nurtem” w muzyce (chodziło, przypominam, o połączenie jazzu z filharmonią).



Drugą z kompozycji zawartych na najnowszym dysku BGNO jest „Radio Rondo”, oryginalnie napisaną dla London Jazz Composers Orchestra i wykonaną w 2008r. przy udziale pianistki Irene Schweizer ("Radio Rondo/ Schaffhausen Concert"). Tu cudowne barkowe smakołyki maczane w swobodnym tańcu wybitnych instrumentalistów, zamieniamy na pikantne, free jazzowe mięcho, upieczone wokół intensywnie improwizującego pianisty, w tym wypadku – Agusti Fernandeza. Perełka, udanie kontrapunktująca nieco nostalgiczne „Amphi”.

Zachęcając do zanurzania się po sam koniuszek nosa w nowej muzyce BGNO, poniżej proponuję skromne przypomnienie pierwszej edycji wrażeń z niezwykłych spotkań z Nową Orkiestrą, które opisałem w marcu 2013r., tuż po ukazaniu się „Mad Dogs” (tekst udostępniony w globalnej sieci na pośrednictwem portalu jazzarium.pl). O drugiej edycji czytaliście już na tym blogu w poście, do którego skrót odnajdziecie właśnie w tym miejscu.


Mad Dogs – spotkanie pierwsze

Niech to zakrawa na mentalny szantaż wymierzony w rozgorączkowane głowy czytelników, ale już teraz, w połowie marca, donoszę nieśmiało, iż nakładem zacnego krakowskiego Not Two ukazała się najlepsza płyta roku 2013.

Jestem bezczelnie przekonany, iż bieżący rok niczym bardziej istotnym na polu free jazz/improv nas już nie zaskoczy. Oto bowiem, po ponad dwóch latach oczekiwań, dostajemy do rąk płytową relację z wyjątkowego wydarzenia, jakie miało miejsce w Krakowie w roku 2010 – pięciu dni obcowania z New Orchestra Barry Guya. Co niemniej ważne, nagrania te pewna skończona liczba homosapiens może śmiało porównać z genialną powtórką tegoż wyjątkowego wydarzenia, jaka miała miejsce w Krakowie w roku 2012 – tym razem czterech dni koncertowania tejże samej New Orchestra.  Pisząc o „Szalonych Psach” nie sposób do tego drugiego wydarzenia nie odnosić się.

Wasz skromny, acz bezczelny recenzent uczestniczył w obu tych eventach (jakkolwiek nie w pełnym wymiarze), zatem istnieje spora nadzieja, iż jego wynurzenia nosić będą znamiona, jakkolwiek pokrętnej, to jednak obiektywności.

Idea zebrania w jednym miejscu kilkunastoosobowego dużego składu freejazzowego i podzielenia go na mniejsze koncertujące podgrupy nie jest nowa, ani szczególnie odkrywcza (wspomnijmy choćby całkiem przecież niedawne pierwsze ujawnienie The Resonance Kena Vandermarka). Również w przypadku New Orchestry takie działania podejmowane były już wcześniej (zresztą sama idea NO, jak wspomina Barry Guy, to próba konfrontacji trzech trzyosobowych formacji z udziałem kontrabasisty – Parker/Guy/Lytton, Guy/Gustafsson/Strid  i Guy/Crispell/Lytton).

Wszakże w odniesieniu do poprzednich ujawnień New Orchestra, zebranie tej grupy muzyków na pełny tydzień roboczy w jednym miejscu, następnie zarejestrowanie nagrań i wydanie w edycji aż 5 krążków jest z pewnością czymś ponadstandardowym. Dodajmy w tym miejscu, iż mimo, że NO istnieje formalnie ponad 12 lat, ma na swym koncie do tej pory zaledwie dwa wydawnictwa płytowe („Inscape – Tableaux”, 2000; „Oort – Entropy”, 2004 – oba w szwajcarskim Intakt Records, w pełnym dziesięcioosobowym składzie).



W ramach obecnego składu BGNO (jakkolwiek zmiany na przestrzeni wspomnianych wyżej lat funkcjonowania składu były bardziej niż kosmetyczne!) istnieje  – co ważne i dalece frapujące – kilka formacji absolutnie istotnych dla muzyki free jazz/improv, składów personalnych mających za sobą jedno lub więcej ujawnień płytowych. A zatem  tria: Parker/Guy/Lytton,  Gustafsson/Guy/Strid (Tarfala Trio) i  Robertson/Parker/Fernandez, duety: Fernandez/Guy, Fernandez/Gustafsson, Fernandez/Parker, Parker/Guy, Parker/Lytton i Gustafsson/Guy, a także kwartet Fernandez/Parker/Guy/Lytton. Dodatkowo wiele wspólnych nagrań popełnili onegdaj Trevor Watts i Barry Guy, jakkolwiek prawie zawsze w towarzystwie nieodżałowanego Johna Stevensa. Te historyczne koincydencje mnożyć by można w nieskończoność, zatem bezspornym jawi się fakt, iż podzielenie New Orchestra na mniejsze składy, to stworzenie okazji do obejrzenia w akcji scenicznej niemal całej historii europejskiego free improv, przynajmniej ostatnich dwóch dekad (jedyny człowiek spoza Europy w tym gronie to Herb Robertson).

Powyższy, niebywale rozbudowany wstęp mógłby po prawdzie starczyć za samą recenzję, wszak powodów wyjątkowości nowego wydawnictwa Marka Winiarskiego mamy tu przywołanych wystarczająco wiele. Niemniej parę dodatkowych argumentów dla uzasadnienia mojej bezczelnej preambuły postaram się tu wylistować.

Do Krakowa jesienią roku kończącego pierwszą dekadę XXI wieku zjechało dwunastu muzyków. Standardowy tentet uzupełniony został na tę okazję o weterana sceny improwizowanej (i nie tylko) Trevora Wattsa oraz Mayę Homburger, barokową skrzypaczkę, przy okazji partnerkę życiową Barry Guya. Efektem fonograficznym spotkania jest pięć dysków, dokumentujących cztery dni zmagań małych formacji, innymi słowy ponad 4,5 godziny nagrań koncertowych z Alchemii. Nie wszystko, co się wówczas wydarzyło, Barry Guy pozytywnie zweryfikował w procesie edytorskim, nie mniej wydaje się, iż nic szczególnie istotnego nam nie umknęło (pozostaje pytanie, dlaczego nie wydano koncertu finałowego NO, ale w tym miejscu dylemat ten mniej nas interesuje). Na płytach Not Two mamy zatem cały dzień pierwszy i trzeci, obszerne fragmenty dnia czwartego i drobny, 30 minutowy ekstrakt dnia drugiego (jeśli w tej wyliczance nie jestem w stu procentach precyzyjny, to proszę o korektę, bazuję wszakże wyłącznie na ulotnej pamięci, a szczegółowych notatek nie posiadam).

Na opublikowanych nagraniach słyszymy większość formacji, które znaliśmy już wcześniej z nagrań płytowych (patrz szósty akapit tego fragmentu tekstu). Mnie szczególnie do gustu przypadły niemal genialne ujawnienia Matsa Gustafssona, ewidentnego króla polowania tygodnia alchemicznych zmagań.  Myślę tu zarówno o krótkim popisie solowym, jak i przede wszystkim o duecie z Agusti Fernandezem i frenetycznym wręcz występie Tarfala Trio (polecam zwłaszcza fragment, gdy free improwizacyjna kawalkada dźwięków wchodzi na poziom całkowicie zaskakującej harmonii, jakby w znoju konwulsyjnej galopady trzech jurnych rumaków, nagle rzeczywistość zdominowana została przez oślepiające blaski wschodzącego słońca).

Nie sposób także nie zatrzymać się na chwilę przy występach tria Parker/ Guy/ Lytton, najpierw dnia pierwszego w ujęciu klasycznym, zaś w dwa dni później z udziałem Agusti Fernandeza w uroczym kwartecie. Kto ma wątpliwości, że Ci muzycy w tej konfiguracji stanowią kwintesencję małego składu free improv, ma kolejną okazję, by się o tym przekonać. Istotnym elementem pięciopaku z Alchemii jest także rzeczony pianista, który odpowiada za wspaniałe intro całego przedsięwzięcia na preparowane piano solo.



W ramach powoływanych ad hoc składów osobowych nie sposób nie uchylić się w pozie zachwytu nad kwartetem dowodzonym przez perkusistów Lyttona i Strida, których pięknie kontrapunktowali niskim częstotliwościami Hans Koch i Per Ake Holmlander. Także każde pojawienie się na scenie najstarszego w tym gronie Trevora Wattsa godne jest Waszych uszu, szczególnie zaś te w trio z Guyem i Stridem (niechybnie pamięć moja przywołuje natychmiast  niezapomniane nagrania Wattsa i Guya z Johnem Stevensem, zarówno jako Amalgam, jak i pod trojgiem nazwisk). Zachęcam także do uronienia paru chwil na wieńczącym cztery dni improwizacyjnych zabaw występie Oktetu (skład BGNO bez Parkera, Guya, Homburger i Kocha), fascynującym przynajmniej z dwóch powodów – po pierwsze, do dziś nie wiemy, jakim cudem wszyscy muzycy pomieścili się na małej scenie Alchemii (w 2012 doszedł do Oktetu Barry Guy i także dali radę!), po drugie, z racji pięknych, wręcz pastelowych grupowych improwizacji wybitnych muzyków.

Jeśli nad czymkolwiek miałbym delikatnie utyskiwać w trakcie bytności w Alchemii w listopadzie 2010 roku (jakkolwiek już nie do końca w momencie odsłuchu „Mad Dogs”), to mimo wszystko byłaby nią subdoskonała forma fizyczna Evan Parkera (co skutkowało być może brakiem jego sopranowych pasaży w trakcie całego tygodnia koncertowego). Cóż, chyba każdy ma prawo do drobnej chwili słabości, zwłaszcza pod koniec siódmej dekady życia.

Co bowiem dzieje się, gdy rzeczony Evan jest formie pokazały koncerty z roku 2012. Dokładnie ten sam zestaw muzyków, trochę w innych konfiguracjach osobowych. W mojej ocenie każdy z muzyków i każdy wydobywany dźwięk był odrobinę gorętszy, bardziej intensywny niż dwa lata wcześniej. Zatem Moi Drodzy, po prostu paręnaście tygodni temu dostałem się w wymiar iście kosmicznych doznań artystycznych.

Ps. Wydawnictwo, jakkolwiek zawiera pięć nośników cyfrowych, ma format winylowy, przynajmniej w zakresie okładki, przez co, choć piękne, bywa trochę niepraktyczne w szybkim dostępie do dźwięków. Boję się także o jego stan techniczny przy setnym odsłuchu. Brakuje mi  liner notes by polish, ale pewnie się czepiam bez specjalnej przyczyny.