Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jasper Stadhouders. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jasper Stadhouders. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 stycznia 2026

The December/ January’ Round-up: Quartetics! Dooom Orchestra! Schneider & Serries! Marien! A Part! Nästy Lips! Carbon! Spinifex! Ternoy!


Grudniowa zbiorówka recenzji tym razem delikatnie opóźniona, ale początek stycznia to równie dobry moment, by poczytać co tam w muzyce improwizowanej piszczy. A tu, jak zwykle, dzieje się bardzo dużo dobrego!

Dziś dziewięć albumów, oczywiście datowanych jeszcze na rok 2025 (a jedna nawet na 2024), każdy z porcją dźwięków, które z pewnością znajdą swoich admiratorów. Naszą muzyczną podróż zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie porcją post-jazzu podrasowanego live electronics, potem czeka na nas mocna orkiestra z Włoch, a w dalszej kolejności wrzący tygiel klimatów niemieckich, belgijskich, francuskich, skandynawskich, austriacko-polskich, także holenderskich, na finał wreszcie szczypta francuskiego, jazzowego main-streamu. Od koloru do wyboru, niech nam żyje Nowy Rok i stara muzyka!

 


Reuben/ Hanslip/ Lash/ Hession Quartetics (Bead records, CD 2025)

York, Anglia, maj 2019: Federico Reuben - laptop improvisation/ live coding, Mark Hanslip – saksofon tenorowy, Dominic Lash – kontrabas oraz Paul Hession – perkusja. Pięć utworów, 33 minuty.

Swobodnie improwizujące, jazzowe trio na saksofon, bas i perkusję, świetnie rozpoznawalne facjaty artystów z UK i … latynoska szczypta post-akustycznej tajemniczości. Laptop dekonstruuje (dekoduje?) frazy żywych instrumentów, kreując nieoczywiste rozwiązania dramaturgiczne i brzmieniowe, a typowe dla gatunku muzykowanie dostaje się w zupełnie nowy wymiar dźwiękowej czaso-przestrzeni.  

Pierwsze trzy utwory, to krótkie formy, przy czym te nieparzyste bazują na dynamice, a ta parzysta na smyczkowej flaucie. Brzmienie basu i perkusji jest rozmyte, permanentnie dekonstruowane, z kolei saksofon płynie na ogół czystym, akustycznym strumieniem. Ciekawym uzupełnieniem swingujących wątków są frazy barowego piano (zapewne rozsyłane z laptopa). Otwarcie trzeciej części brzmi niczym rasowe drum’n’bass. Dwie ostatnie improwizacje, to bardziej rozbudowane formy. Pierwsza z nich przypomina pijanego walczyka, granego rwanymi dźwiękami, gdzie dużo dobrego wnosi nieoczywiste frazowanie kontrabasowego smyczka. W ostatniej odsłonie powraca tajemnicze piano, z którym duet tworzy rozochocony saksofon. Rozhuśtane zakończenie, to także dzieło dobrze usposobionej sekcji rytmu, znów łaskotanej po piętach niebanalną elektroniką.

  



Dooom Orchestra Our Sea Lies Within II (Aut Records, CD 2025)

Onara Swamp Hall, Tombolo, lipiec 2023: Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, Nina Baietta – głos, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Francesco Salmaso – saksofon tenorowy, Agnese Amico – skrzypce, Francesca Baldo – skrzypce, Enrico Milani – wiolonczela, Sirio Nagro – gitara elektryczna, obiekty, Andrea Zerbetto – fortepian, Riccardo Matetich - tabla, obiekty, instrumenty perkusyjne, Marco Valerio – bas elektryczny oraz Andrea Davì – perkusja. Osiem utworów, 35 minut.

Z włoską orkiestrą o jakże intrygującej nazwie spotykamy się po raz drugi, ale sięgamy po nagrania dokładnie z tej samej sesji poczynionej w roku 2023. Znów to więcej niż ciekawa porcja dźwięków podana przez dwunastoosobowy ansambl, w którym dominują instrumenty strunowe, zarówno te z prądem, jak i akustyczne. Szefem przedsięwzięcia jest tu perkusista, zatem nie dziwi także znaczący udział drums & percussions. Osiem zgrabnie udramatyzowanych opowieści trwa niewiele ponad dwa kwadranse, warto zatem pochylić się nad każdą frazą.

Otwarcie albumu grane jest kolektywnie, niemal rytualnie, z dużą dozą aylerowskiej melodyki. Kolejne dwa utwory są połączone i pokazują jak duży skład płynnie przechodzi od post-kameralnej pianistyki i dętych westchnień do free jazzowego hałasu. Podobna sytuacja ma miejsce w łączonych utworach szóstym i siódmym. Tu muzycy najpierw skrupulatnie budują soczyście brzmiący, strunowo-wokalny dron, który smakuje wręcz balladowo, a potem po kolejny raz popadają w sidła free jazzu i cytują radosne, ale jakże elegijne frazy Alberta Aylera. W obraz całości świetnie wpisują się pozostałe utwory, bardziej filigranowe, budowane z troską o każdą frazę. Z kolei samo zakończenie przypomina męczeńską modlitwę i smakuje muzyką dawną. Ostatnia prosta, to jednak masywny … dooom!

 


Schneider Serries Schneider Serries #2 (Schneider Collaborations, CD 2025)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, sierpień 2024: Dirk Serries - gitara oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Sześć utworów, 33 minuty.

Najwyższy czas trochę pohałasować! I to w dobrym towarzystwie! Jak świetnie wiemy, belgijski gitarzysta Dirk Serries ma tysiące artystycznych twarzy, ale dość rzadko używa swego instrumentu, by zgłębiać niuanse soczystego … impro noise’ rocka! Najlepszym partnerem w tych niecnych zabawach bywa niemiecki drummer Jörg A. Schneider. Zgodnie z tytułem albumu, to ich drugie spotkanie, tym razem studyjne. Przynosi sześć muzycznych petard w sam raz na post-sylwestrowe rozkołysanie.

Schemat poszczególnych utworów jest podobny – wątek inicjuje sfuzzowana, charcząca gitara, która zdaje się stać w miejscu i wyć z dna piekła po dżdżysty nieboskłon. Wokół niej tańczy perkusja, silna, masywna, kłębiąca się w sobie, rzadziej wpadająca w typowy, rockowy galop. Brzmienie jest szorstkie, niekiedy wręcz siarczyste, a w toku narracji nie brakuje fałszywych fraz i nietonalnych sprzężeń. Najciekawiej jest chyba w trzeciej odsłonie, gdy introdukcja gitary przypomina gęsty dark ambient, a cała opowieść wydaje się dzięki temu nieco lżejsza. Po czwartej, definitywnie dynamicznej przebieżce, w piątej muzycy znów toną w mrocznej mgle. Gitara frazuje tu chyba najgłośniej, ale jej flow ucieka w silny pogłos. Na plamach siarczystego ambientu bazuje też ostatnia opowieść. Dużo w niej perkusyjnych przełomów i wyrafinowanej psychodelii. Jest też kilka istotnych zagęszczeń i drobnych eksplozji.

 


Christian Marien Quartett Beyond the Fingertips (MarMade Records, CD 2025)

Emil Berliner Studios, Berlin, maj 2025: Tobias Delius – saksofon tenorowy, klarnet, Jasper Stadhouders – gitara, Antonio Borghini – kontrabas oraz Christian Marien – perkusja. Jedem utwór łaczący kilka wątków, 33 minuty.

Jeśli mamy ochotę na rasowy jazz ze zgrabnie zarysowanymi tematami i wytrawnymi improwizacjami splątanymi soczystymi, swingującymi synkopami, to kwartet Mariena zaspokaja te potrzeby w stopniu zdecydowanie ponadnormatywnym. Osiem opowieści połączono tu w dwie long-distance story i nagrano za pierwszym podejściem w niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy rozpoczynają swoją podróż dalece tanecznym krokiem. Pierwszy temat wydaje się radosny, podszyty funkującą gitarą, upstrzony okruchami swingu. W dalszej fazie ów temat jest ogrywany rytmicznie, a potem następuje faza rozwichrzonych, bardzo swobodnych improwizacji, zarówno kolektywnych, jak i solowych. W tak zwanym międzyczasie mamy kameralne interludia, pozbawione na ogół warstwy perkusyjnej oraz wyjątkowo smakowite preparacje, szczególnie kontrabasu i gitary. Druga historia, także podzielona na cztery odcinki, zaczyna się dość spokojnie ze znaczącym udziałem kontrabasowego smyczka. W tej części albumu gitara brzmi akustycznie, a frazy perkusji łapią niebanalne metra. Fazy improwizacji są więcej niż udane, niekiedy szyte plejadą drobnych, niemal filigranowych fraz. Sam finał płyty bogaty jest w interakcje, ale nie emanuje nadmiernymi wybuchami ekspresji. Szczególnie podobać się może tanecznie frazujący smyczek.

 


A Part (Thierry Waziniak, Marie Takahashi, Baptiste Vayer) Muted Songs (Intrication Label, CD 2024)

Czas i miejsce akcji nieznane: Thierry Waziniak – perkusja, elektronika, Marie Takahashi – altówka oraz Baptiste Vayer – głos, gitara. Cztery utwory, 45 minut.

Losy tego francuskiego labelu śledzimy na bieżąco, także dokonania perkusisty, który owe wydawnictwo koordynuje artystycznie. Tym razem trafiamy na nagranie definitywnie niezwykłe. Stanowi o tym zarówno skrzętna robota drummerska, jak i ta strunowa, czyniona na altówce i gitarze, w pierwszym utworze wparta także głosowo. Album zawiera cztery improwizacje – każda jest inna, na ich bazie bez trudu zbudować można cztery oddzielne albumy.

Pierwsza opowieść pleciona jest ze strzępów dźwięków - prawdziwie filigranowa, bazująca na interakcjach, śmiała kontynuacja wielkiej spuścizny Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa. W fazie schyłkowej, wsparta elektroniką i prądem, staje się masywna, smakuje rockiem na drobnym przesterze. Druga historia osnuta jest wokół dark ambientowej bazy. Pięknie narasta, jeszcze efektowniej popada w medytację. Ale i tu fala elektroniki niweczy niuanse dotychczasowej narracji. Trzecią opowieść otwierają zgrzytające z zimna struny altówki. Z czasem w potoku coraz powabniejszych fonii pojawia się zarówno gitarowa ekspresja, jak i wystudzone zdobienia. Jeśli którykolwiek z wątków tego wielobarwnego albumu niekoniecznie winien być rozwijany, to czwarta część, której w początkowej fazie brakuje dramaturgii. Szczęśliwie pod koniec flow zyskuje pewną linearność, co sprawia, że finał płyty także wart jest skupionego odsłuchu.

 


Jon Lipscomb & Johannes Nästesjö Nästy Lips Vol III (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Jon Lipscomb – gitara oraz Johannes Nästesjö - upright bass. Dwie improwizacje, 32 minuty.

Jedni z naszych faworytów na szwedzkiej scenie free impro (choć ten pierwszy, to Amerykanin) w duetowym, niekiedy dość eksplozywnym starciu. Nie wiemy, gdzie powstało nagranie i jakimi metodami zostało zarejestrowane, brzmi wszakże definitywnie punkowo, dzięki czemu przykuwa naszą uwagę w stopniu podwójnym. Dwa kwadranse takiego impro mięcha nie mogą ujść niczyjej uwadze.

Początek nagrania jest spokojny, szyty minimalistycznym pizzicato basu i plamami prądu z nagrzewającej się gitary. Muzykom najbliżej chyba do swobodnej kameralistyki inspirowanej post-jazzem. Dobrze czują się w sytuacji dynamicznej, ale i w leniwym pochodzie prezentują się okazale. W ósmej minucie na scenie pojawia się smyczek i staje się od razu elementem najbardziej kreatywnym. Narracja nabiera wewnętrznego rytmu, wpada w delikatny trans, a z gitary leje się stonowana psychodelia. Po krótkiej fazie zadumy artyści zagłębiają się w ciszy i być może ten moment, to ich najlepsze chwile tamtego wieczoru. Na starcie drugiej części szarpią za struny, popadają w kameralne boleści, ale też skowyczą mocą post-jazzu. Smyczek znów rozdaje karty, a całość zdaje się być równie post-barokowa, jak i krwiście … rockowa. Po niedługiej fazie brzmieniowych eksperymentów, w okolicach dziewiątej minuty, muzycy stopują i rozglądają się wokół, jakby szukali tablicy z napisem koniec. Gitarowe flażolety i szum z gryfu basu, to ostatnie fonie ich spektaklu.

 


Trio Carbon (Mia Zabelka/ Ola Rzepka/ Łukasz Marciniak) Black Heart (Setola di Maiale, CD 2025)

Przestrzeń Muzyki Współczesnej Hashtag Lab, Festiwal Ad Libitum, Warszawa, wrzesień 2024: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Ola Rzepka – preparowane piano oraz Łukasz Marciniak – gitara elektryczna. Jeden utwór, 29 minut.

Niezmiernie miło jest wspominać udany koncert odsłuchując jego dokumentację fonograficzną na trwałym nośniku fizycznym. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku nagrania pewnej austriackiej skrzypaczki i polskiego duetu, który zwykł używać nazwy handlowej Perforto. Koncert był krótki, takaż jest ta płyta, warto zatem skupić się na każdej frazie.

Artyści pierwsze akcje kleją z filigranowych dźwięków. Każdy zdaje się w coś uderzać, razem tworzą perkusjonalną symfonię otwarcia. Pojawiają się pierwsze preparacje piana i skrzypiec, z gitary sączy się strużka prądu, a całość przypomina brudne, jakże grzeszne post-chamber. Po sześciu minutach muzycy łykają porcję gorącego powietrza i nabierają masy. Wciąż skupiają się na drobiazgach, ale produkują coraz więcej dźwięków w jednostce czasu. W okolicach trzynastej minuty pojawia się głos, a gitara komentuje ów fakt porcją post-rockowej psychodelii. Na chwile schodzą w mrok, po czym znów wystawiają gorejące twarze ku słońcu. Kołyszą się na wdechu, medytują, ale cały czas dorzucają do ognia zaskakujące frazy. Już po upływie dwudziestej minuty dają kilka razy do wiwatu, po czym zaczynają spoglądać w stronę napisów końcowych. Jeszcze tylko mocny, kilkudziesięciosekundowy wydech i czas na zasłużone oklaski.

 


Spinifex Maxximus (TryTone Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Tobias Klein – klarnet basowy, saksofon altowy, Bart Maris - trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy, Jasper Stadhouders - gitara, Gonçalo Almeida - kontrabas, Philipp Moser – perkusja oraz gościnnie Jessica Pavone - altówka, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, Evi Filippou – wibrafon, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 70 minut.

Ze Spinifexem jesteśmy na dobre i na złe od lat, zwłaszcza od momentu ich fantastycznego koncertu na spontanicznym wydarzeniu w zachodniej Polsce. Albumy wydają regularnie, czasami poszerzając skład i nazywając się Spinifex Maxximus. Do nagrania najnowszej płyty doprosili dalece kameralnie usposobione towarzystwo, stąd i muzyka formacji uległa pewnemu przeobrażeniu. Nie jest krwiście jazz-rockowa, bywa częściej zadumana i melancholijna. No i nasz ulubiony portugalski artysta gra tym razem na kontrabasie, nie zaś na gitarze basowej.

Album zawiera wyłącznie wielominutowe kompozycje, które usiane są narracyjnymi i improwizacyjnymi zdobieniami, niczym komnaty Wersalu za czasów Ludwika XIV. Utwór otwarcia pachnie nawet trzecim nurtem, ale puenta zdaje się być free jazzowa. Na etapie dojścia podobać się mogą mnożące się, jakże kolektywne improwizacje. W drugim utworze warto zwrócić uwagę na dynamiczny, funkowy początek, z kolei w trzecim na świetnie wypolerowane ostrze kontrabasowego smyczka. W czwartej szczególnie lśni finałowy galop ozdobiony świetną ekspozycją gitary, a w piątej, odrobinę zbyt długiej opowieści, introdukcja smakuje wyrafinowanym dark chamber. Wreszcie finałowa kompozycja, tu kontrabasisty, dająca przewrotnym tytułem przyzwolenie na granie fałszywych nut, udanie podsumowuje ten niekiedy przeładowany pomysłami album. Szczególnie podobać się może jego zakończenie, które przywołuje w pamięci uroczo pogmatwaną rytmikę Ghost Trance Music Anthony’ego Braxtona.

  


Jérémie Ternoy Trio Survol à basse altitude (Circum-Disc, CD 2025)

Studio-Ronchin, maj 2025: Jérémie Ternoy – fortepian, Nicolas Mahieux – kontrabas oraz Charles Duytschaever – perkusja. Sześć utworów, 43 minuty.

Na koniec dzisiejszej przygody z nowościami album artysty, który od lat współtworzy wyśmienite trio TOC, gdzie na ogół grywa na elektrycznych instrumentach klawiszowych, siejąc psychodeliczne spustoszenie. Tu zaglądamy do albumu jego autorskiego tria, które stylistycznie sadowi się na obrzeżach jazzu środka. Z punktu widzenia wielbicieli soczystego free impro, to pozycja trochę zbyt przewidywalna, jakkolwiek może ona zadowolić fanów The Necks, do którego udanie nawiązuje szczególnie w dwóch pierwszych utworach.

Rzeczony początek albumu, to rytm szyty perkusyjnymi szczoteczkami, neoklasyczną melodyką piana i czupurnym kontrabasem, który chętnie staje w poprzek narracyjnej praworządności. Zdaje się, że często stosowana tu progresywna motoryka basu i perkusji, to jeden z ciekawszych walorów tego tria. Zdecydowanie więcej oczekiwalibyśmy od lidera, kompozytora i pianisty. Ten zdaje się czerpać radość z pławienia się w odmętach łagodnych melodii i niewyczerpujących, solowych ekspozycji. Dwa pierwsze utwory budzą tu doprawdy duże nadzieje, z kolei dwie ostatnie post-ballady grzebią je w muzycznym banale.

 

 


piątek, 23 lutego 2024

Christian Marien in quartet and trio!


Berlińskim perkusistą i perkusjonalistą Christianem Marienem zachwycamy się już od dłuższego czasu, na ogół przy okazji jego artystycznych aktywności czynionych wraz z puzonistą Matthiasem Müllerem w ramach ich definitywnie cudownego duetu Superimpose. Wiele ciepłych słów poświęciliśmy mu także przy okazji jego solowej płyty The Sun Has Set, the Drums Are Beating. Muzyk wszakże swymi aktywnościami i talentami wypełnia nie tylko przestrzeń europejskiej muzyki swobodnie improwizowanej, ale jest także ważnym podmiotem wykonawczym sceny jazzowej i całkiem zgrabnym kompozytorem w obrębie tego jakże szeroko rozumianego gatunku.

Wspomniany duet Superimpose gościł w poznańskim Dragonie na początku stycznia, znów wbił nas w ubitą ziemię jakością swojej improwizacji, a sam Marien pozostawił w odtwarzaczach redakcji dwie nowe płyty. Obie doskonale prezentują jego najbardziej współczesne dokonania na niwie jazzu, wsparte jego licznymi kompozycjami. Najpierw sięgamy zatem po jego flagowy, imienny Quartett, potem po kolektywne trio o nazwie własnej I Am Three, które po części także bazuje na jego kompozycjach. Dwie świeże plyty, obie datowane na rok bieżący i mnóstwo soczystych, jazzowych, niekiedy free jazzowych eskapad. I równie bogaty pakiet jakże bystrych scenariuszy Mariena.




Quartett

W kwartecie Mariena odnajdujemy bardzo dobrze lub dobrze znanych nam artystów – gitarzystę Jaspera Stadhoudersa, saksofonistę i klarnecistę Tobiasa Deliusa oraz kontrabasistę Antonio Borghiniego. Album zawiera siedem utworów - sześć z nich, to dzieła perkusisty, a jedno, centralnie posadowione na płycie, to dzieło wspólne, zatem istnieje duże prawdopodobieństwo, iż jest nagraniem w pełni improwizowanym.

Słowo się rzekło, trzy pierwsze kompozycje Mariena pięknie wprowadzają nas w klimat nagrania. Melodyjne, rytmiczne, często dynamiczne tematy, na ogół podawane kolektywnie, stanowią tu gem otwarcia dla rozbudowanych improwizacji, też prowadzonych w skończonej liczbie przypadków wspólnymi siłami. Pierwsza część nie dość, że efektownie swinguje, to zdaje się mieć na poły latynoski sznyt, doprawiony afrykańską polirytmią. Czuć w każdym dźwięku, w każdej pojedynczej frazie, iż drummer jest tu kreatorem głównym spektaklu. W drugiej odsłonie pojawia się klarnet i mandolina, a opowieść, zwłaszcza w swej początkowej fazie, toczy się w dostojnym tempie i wyszukanej, niekiedy melancholijnej melodyce. O kameralny posmak dba kontrabasowy smyczek, a puentą nagrania są rytmiczne łamańce perkusisty, które dodatkowo stymulują jakość ekspozycji. W trzeciej części mamy progresywny, prosty rytm, który podprowadza muzyków pod wyjątkowo intrygującą fazę środkową, upstrzoną mnóstwem świetnych interakcji, czynionych w procesie nad wyraz swobodnych improwizacji. Gdy tempo rośnie dostajemy się wir solowej ekspozycji gitarzysty, prowadzonej przy wsparciu gęsto frazującej sekcji rytmu.

Czas na anonsowaną część czwartą, najdłuższą, pozbawioną tematu przewodniego, doposażoną w zadaną strukturę i ogrom przestrzeni na kolektywne improwizacje. Skupiony początek bazuje na brzmieniu smyczka, lekkiej, ale od startu dynamicznej perkusji i post-psychodelicznych wyziewach gitarowych. Narracja jest tu wyjątkowo bogata w wydarzenia, zwroty akcji, ale i brzmieniowe subtelności. Delius pracuje zarówno na saksofonie, jak i klarnecie, także Stadhouders korzysta z obu swoich narzędzi pracy. Tempo faluje, ale w fazie finałowej jest wysokie, znów stemplowane kreatywnością perkusisty. Pod koniec utworu mamy wrażenie, że muzycy łapią nieco bluesowego klimatu, bystrze kontrapunktowanego preparacjami gitarzysty. Definitywnie crème de la crème całego albumu.

W trzech finałowych kompozycjach Mariena także odnajdujemy mnóstwo smaczków i punktów recenzenckiego zaczepienia. Utwór piąty zdecydowanie koi emocje po kluczowej części czwartej. Drżące talerze, semicka zaduma klarnetu, melancholijna mandolina - oto ballada smutku, która na etapie rozwinięcia nabiera pięknej nerwowości, znów nie bez bluesowego posmaku. Szósty utwór osnuty jest wokół figury post-funkowej. Kompulsywny rytm, połamane frazy jakby czekające na melodyjny motyw przewodni, który wyznaczy kierunek dalszej podróży. Tuż po jego prezentacji kwartet rusza w taniec, tak jak w części pierwszej z latynoskim temperamentem, podpartym polirytmiczną fakturą. Ów fast post-swing daje przestrzeń do improwizacji także na etapie przyśpieszenia! Emocje buzują, choć zdają się być pod pełną kontrolą każdego z muzyków. Finałowy utwór niesie ze sobą pokaźny wachlarz atrybutów farewell song – garść preparacji, trochę mrocznego wzdychania, klarnetowe trwogi, leniwe, gitarowe akcje perkusjonalne i delikatny groove, rodzący się na gryfie basu. Końcową melodię dostarcza tu klarnecista, który skutecznie zachęca do śpiewu pozostałych uczestników tego szalonego przedsięwzięcia.



 

I Am Three

Zgodnie z nazwą własną (i zabawnym kolażem na okładce) mamy tu jedno artystyczne ciało zlepione z saksofonistki Silke Eberhard, trębacza Nikolausa Neusera oraz naszego głównego bohatera na perkusji. Artyści przygotowali na potrzeby trzeciego albumu formacji aż jedenaście kompozycji, których autorstwem podzielili się w następujący sposób – dwie, to dzieła saksofonistki, cztery trębacza i pięć perkusisty. Zgrabne, nieprzegadane opowieści, trwające na ogół od trzech do pięciu minut, szyte są open jazzowym ściegiem, a w głowie recenzenta budzą dobre skojarzenia z dokonaniami nowojorskiego tria Barondown sprzed trzech dekad, dowodzonego przez świetnie nam znanego Joey’ego Barona, a bazującego na kooperacji perkusji z dwoma dęciakami.

Wesoły, durowy temat podają tu najczęściej saksofon i trąbka, a ekspresyjna, ciekawie poukładana rytmicznie perkusja niesie ich do samego nieba. Tematy są oczywiście tylko pretekstem do improwizacji, ale w tej sferze muzycy nie zwykli popadać w nadmiar ekspresji. Świetnie ze sobą kooperują, często wpadają w udane imitacje, jedynie w kilku krótkich fragmentach zdają się ciągnąć opowieść samotnie, tudzież bardziej w swoją stronę. Robota perkusisty znów świetna – perfekcyjnie dba o dramaturgię, strukturę, brzmienie, wreszcie odpowiedni poziom emocji! Na tak dynamicznej formule oparta jest pieśń otwarcia, a także czwarta, siódma i dziesiąta ekspozycja.

Po efektownym starcie albumu, w drugiej opowieści zwraca uwagę brzmienie obu dęciaków, pogrążone w pogłosie, jakby oba instrumenty wyśpiewywały wyjątkowo rozmarzone melodie. Drummer dyktuje tempo, trąbka i saksofon dyskutują o mglistej aurze poranka. W części trzeciej odnotowujemy lekko zabrudzone brzmienie trąbki, na której zdaje się spoczywać ciężar introdukcji, z kolei saksofon realizuje tu krótką partię solową. Na koniec muzycy zwalniają i sieją garść preparowanych fraz. W części piątej instrumenty dęte snują zstępujące, post-melodyjne drony. Wystarczy jednak kilka akcji perkusji, by opowieść nabrała stosownego tempa, kreując przy okazji przestrzeń dla efektownych improwizacji, szczególnie w fazie środkowej utworu. Szósta opowieść zwie się adekwatnie Fast-slow. Melodie, preparacje i permanentne kombinowanie z rytmem i tempem, to podstawowe elementy tej intrygującej układanki. Także opowieść ósma nie stawia na wysokie tempo, przypomina post-balladę z dobrze zarysowaną linią melodyczną. Część dziewiąta szyta jest prawdziwie ognistą synkopą w półgalopie, ale w fazie rozwinięcia muzycy sięgają po to, co najlepsze – najpierw dużo leniwych, cedzonych fraz na wdechu, potem efektowne pyskówki na niezłej dynamice. Album wieńczy utwór, który podobnie jak część druga, budowany jest na sporym dysonansie, zarówno w zakresie tempa, jak i intensywności frazowania. Marien podaje tu gesty, dudniący drumming groove, z kolei trąbka i saksofon w swoim, na poły niespiesznym rytmie, budują skromne, melodyjne opowieści, znów chętnie zanurzając się w pogłosie.

 

Christian Marien Quartett How long is now (MarMade Records, CD 2024). Tobias Delius – saksofon tenorowy, klarnet, Jasper Stadhouders – gitara, mandolina, Antonio Borghini – kontrabas oraz Christian Marien – perkusja. Nagrane w Studio Zentri Fuge, Berlin, 2023. Siedem kompozycji, 51 minut.

I Am Three In Other Words (Leo Records, CD 2024). Silke Eberhard – saksofon altowy, instrumenty perkusyjne, Nikolaus Neuser – trąbka oraz Christian Marien – perkusja. Nagrane w RecPublica Studios, Łubrza, Polska, 2023. Jedenaście kompozycji, 37 minut.




niedziela, 19 czerwca 2022

Jasper Stadhouders i Christian Marien w Dragonie, w ramach 30. edycji Spontaneous Live Series!


(informacja prasowa)

 

Seria koncertowa organizowana przez Trybunę Muzyki Spontanicznej oraz poznański Dragon Social dobrnęła do trzydziestej edycji. Zwie się „Spontaneous Live Series”, gromadzi entuzjastów muzyki improwizowanej już czwarty rok, a na swoje jubileuszowe spotkanie przygotowała nie lada gratkę!

Na scenie Dragona w najbliższy czwartek, 23 czerwca, spotkają się holenderski gitarzysta Jasper Stadhouders i niemiecki perkusista Christian Marien. Panowie, zaliczający się do różnych pokoleń artystów improwizujących, muzykują już ze sobą od pewnego czasu (Jasper m.in. jest stałym członkiem kwartetu Mariena), ale w formule duetowej grają od niedawna, a zaplanowany w Poznaniu koncert będzie ich trzecim spotkaniem. Jak twierdzą sami zainteresowani, po ich występie możemy spodziewać się dokładnie wszystkiego, całego oceanu improwizowanych dźwięków, ale także opowieści ustrukturyzowanych w formę kompozycji.



Jasper Stadhouders, mimo, iż kończy w tym roku dopiero 33 lata, jest ważnym elementem europejskiej (nie tylko!) sceny free jazzowej i muzyki swobodnie improwizowanej od ponad dekady. Świat poznał go bodaj w trio Cactus, w którym towarzyszył Johnowi Dikemanowi i Onno Govaertowi. Holender, mniej więcej w tym samym czasie, rozpoczął także współpracę w Kenem Vandermarkiem (w ramach kwartetu Made To Break, potem w innych, większych składach), a także z innymi tuzami sceny free impro, szczególnie w Holandii i Niemczech.

Muzyk gościł w Polsce już parę razy, a w samym Dragonie muzykował już trzykrotnie. Grał w sekstetem Spinifex, improwizował z Pawłem Doskoczem, a w roku 2020 był wolnym strzelcem w ramach „Degenerative 4. Spontaneous Music Festiwal”. Tu stał jednym z bohaterów imprezy - choć atakował z dalszych pozycji, niemal zawsze kończył swoje występy niesiony aplauzem dragonowej publiczności. Zagrał w dwóch triach ad hoc z muzykami polskimi i niemieckimi, był też bardzo ważnym elementem Electric Guitar Quintet i Degenerative Spontaneous Orchestra, które dyrygowane przez wenezuelskiego saksofonistę El Pricto okazały się najbardziej spektakularnymi wydarzeniami tamtej edycji spontanicznego festu.

Christian Marien, dziś muzyk 47-letni, związany jest głównie ze sceną niemiecką, a w szczególności berlińską. Jest stałym partnerem Matthiasa Müllera, z którym od 15 lat tworzy niebywały duet Superimpose. W Dragonie występował w rzeczonym duecie na ostatniej edycji Spontaneous Music Festival, muzykował także w Poznaniu z kwartetem Dalgoo. Perkusista wyjątkowy, wyczulony na niuanse brzmieniowe, świetnie budujący swoje narracje, artysta, który nie epatuje preparacjami, nie szuka za wszelką cenę nowych dźwięków, skupia się na pracy drummerskiej i czyni to doprawdy w sposób wyjątkowy.

Jasper Stadhouders, na swoich gitarach i mandolinie, zdaje się być muzykiem równie kreatywnym i wyjątkowym, jak Marien, zatem czwartkowego wieczoru w Dragonie nie powinien przeoczyć jakikolwiek miłośnik muzyki improwizowanej. Zapraszamy serdecznie!

 

Jasper Stadhouders & Christian Marien Duo - 23 czerwca 2022 roku, godz. 20.00; Dragon Social Club, Poznań, ul. Zamkowa 3 (Spontaneous Live Series, Vol. 30). Bilety – 30 zł (przedsprzedaż online), 40 zł w dniu koncertu.

 

Dla ciekawych dźwięków, linki do nagrań obu artystów:

https://paweldoskocz.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-007-el-pricto-electric-guitar-quintet-version-2020

https://daverempiscatalyticsound.bandcamp.com/album/icoci

https://christianmarien.bandcamp.com/album/christian-marien-solo-the-sun-has-set-the-drums-are-beating

https://matthiasmueller.bandcamp.com/album/superimpose

 

 

piątek, 14 stycznia 2022

Spinifex & Bugpowder! Tobias Klein’ new deals, both with Jasper Stadhouders!


Na leniwy, piątkowy wieczór przygotowaliśmy dwie … całkiem dynamiczne propozycje muzyczne! Obie z Holandii, choć dość niemieckie w ujęciu personalnym, obie do śpiewania i tupania nogami! Międzynarodową formację Spinifex znamy na tych łamach doskonale, wiemy zatem, iż świetnie łączy ona free jazz-rockową ekspresję z melodiami inspirowanymi estetyką bliskiego i dalekiego wschodu. Z kolei kwartet Bugpowder, który zdaje się debiutować nie tylko przed obliczem redakcji, proponuje nam pokaźny pakiet kompozycji Ornette Colemana, głównie z okresu harmolodycznego, niekiedy czyniąc z nich rockowe, czy też post-punkowe evergreeny!

Oba wspomniane składy łączy dwójka muzyków - niemiecki saksofonista i klarnecista Tobias Klein oraz nasz ulubiony, zachodnioeuropejski szarpidrut Jasper Stadhouders, który w drugiej z przywołanych formacji szefuje główne gitarze basowej, ale z jednym, jakże wspaniałym wyjątkiem. A zatem, bez zbędnej zwłoki przystępujemy do rzeczy - zapraszamy na odczyt, a potem odsłuch, życząc wszystkim dalece dynamicznego weekendu w ciężkich, powolnych czasach nieustającej zarazy!

 


Spinifex  Beats The Plague (Trytone, CD 2021)

Lipiec ubiegłego roku, miejsce zwane po holendersku Kortrijk i szóstka muzyków w okolicznościach studyjnych: Tobias Klein – saksofon altowy, Gonçalo Almeida – gitara basowa, Philipp Moser – perkusja, Jasper Stadhouders – gitara, John Dikeman – saksofon tenorowy oraz Bart Maris – trąbka. Jak zawsze w przypadku Spinifex, muzycy improwizują na bazie kompozycji własnych (tu z jednym wyjątkiem), dzieląc obowiązki w zakresie pisania scenariuszy pomiędzy wyobraźnie alcisty, basisty, gitarzysty i trębacza. Łącznie, to dziewięć opowieści, które trwają 64 i pół minuty.

Wiele wskazuje na to, iż ponadgatunkowy, multi-estetyczny Spinifex nagrał najbardziej dynamiczną, by nie rzec agresywną płytę w swej całkiem już długiej historii. No, ale skoro ma ona Zwalczyć Plagę, nie może być inaczej! A jej start zdaje się mówić wszystko o niecnych zamiarach samych muzyków! Poczyniony na raz, gęstą fakturą sfuzzowanego basu, z jazz-rockowymi emocjami i melodyjną solówką trąbki. Pierwszy taniec Spinifexa wydaje się płynąć po złote runo w dość europejskim stylu. Druga opowieść, jedna z dwóch ponad dziesięciominutowych, to bodaj opus magnum tej płyty. Otwarcie przypada w udziale solowej gitarze, która początkowo brzmi wręcz akustycznie. Śpiew w ustach wszystkich rodzi się powoli i chętnie przy tym opiera na preparowanych frazach. Dęciaki dmią zdecydowanie molowo, sekcja rytmu szuka semickiego tętna. Kilka rockowych przejść, ekspresyjna wolta tuti grande, a w ramach wisienek na torcie efektowne solo gitarzysty, a potem basisty. Trzecia historia trwa ledwie minutę i jest punkową eksplozją w najlepszym z możliwych wydaniu.

Na starcie czwartej części wita nas hard-rockowa sekcja i stado rozśpiewanych instrumentów dętych. Grają temat obcego autorstwa (dalekowschodniego?), ale emocje zdają się tu stać okrakiem na obu stronach temperamentnego Atlantyku! Agresywny, hałaśliwy numer pięknie rozpływa się w połamane frazy improwizacji, delikatnie spowalniając w drugiej części, która koncentruje się na ogrywaniu ciekawego tematu melodycznego. Piąta opowieść zaczyna się zalotnie brzmiącą gitarą, z którą przekomarzają się saksofony i trąbka. Masywne ciosy sekcji rytmu szybko stawiają wszystkich do pionu, ale opowieść ma jeszcze kilka dysonujących ze sobą faz – zarówno hałas i grzmoty, jak i post-swingowa, spokojna wymiana uprzejmości, w finale zaś w pełni kolektywna eksplozja improwizacji. Szóstkę otwiera z kolei perkusja, która wznieca ostrą, jazz-rockową przebieżkę. Swoje do ognia dokłada tenor! Zaraz po nim następuje jazzowe interludium z wystudzoną gitarą i altem, a chwilę potem pionujący atak sekcji rytmu z dętymi riffami. Zwieńczenie utworu topi się w zmysłowych preparacjach, głównie gitary i basu.

Set ostatnich trzech kompozycji otwiera kolejna minutowa, jakże punkowa petarda. Sekcja grzmi, a dęte wpadają w krótkotrwałą ekstazę. Czas na ósmą opowieść, którą podobnie jak drugi temat, stawiamy na piedestale całej płyty. Zaczyna ją kłębiący się tenor, szukający zwady w towarzystwie perkusji. Reszta załogi zaczyna riffować fakturą dużo bogatszą niż estetyka punkowa sprzed chwili. Temat jest nad wyraz śpiewny, taneczny, ale też silny każdym swym elementem. Tu królem polowania staje się zdecydowanie gitara. Najpierw skacze w ogień, potem goi rany zmysłową solówką. Swoje dorzuca też fuzz basu, a zakończenie kompozycji tonie w ognistych emocjach. Finałowa opowieść, to wielominutowa, złożona stylistycznie narracja. Najpierw spokojna gitara i basowe pulsacje, potem dęte fanfary. Marszowe tempo sprzyja budowaniu bystrych interakcji, nie brakuje też jazzowego i jakże funkowego posmaku, a nawet afrykańskiej polirytmii. Doskonałe solo gitary, to w tej sytuacji naturalna konsekwencja działań wszystkich artystów. Płyta kończy się zmyślną kodą, graną na rockowo, przy milczącej aprobacie instrumentów dętych.

 


Bugpowder  Cage Tennis (Trytone, CD 2021)

Czas na zapowiadany cover-band Ornette Colemana w składzie: Tobias Klein – saksofon altowy i klarnet basowy, Jeroen Kimman – gitara i bas, Jasper Stadhouders – bas i gitara oraz Tristan Renfrow – perkusja. Dziesięć kompozycji Colemana z lat 70. i 80., ale także z 60. (cytując zapisy okładki!), trwa 41 i pół minuty. Nagrane chyba w Holandii, w roku nieznanym, zapewne 2021.

Wiele cech, którymi chwilę temu obdarzyliśmy muzyczne ekspozycje Spinifexa, zdają się dobrze pasować także do Bugpowdera – zatem dynamika, śpiewność, taneczny rytm (choć, jak to u Colemana mocno powykręcany), rockowa ekspresja, no i nade wszystko dużo zabawy! Muzycy podchodzą do klasyków mistrza free jazzu i harmolodyki z bystrym szacunkiem, ale i krewką ochotą na to, by dobrze brzmieć i zmyślnie pohałasować, zatem z dramaturgicznym zębem, nigdy na kolanach! Temat kompozycji podaje na ogół cały skład, improwizacje są zwarte, choć rozhuśtane, co do zasady krótkie i zazwyczaj realizowane kolektywnie. Druga piosenka, to prawdziwy harmolodic dead dance – tu temat gra bas z altem, a wokół kłębią się rockowe spiętrzenia. Trzeci epizod otwiera bas i gitara w duecie. Perkusja dodaje rytm, a saksofon adekwatną melodykę. Każdy muzyk uczestniczy tu w realizacji wspólnych zadań, ale ma też swoją małą strefę wpływów. Wszystko wszakże trybi, jak w na najlepszym zegarku. Kolejny niedługi temat płynie hc-punkowymi emocjami, zdaje się być uroczo pokomplikowany sekcją rytmu, która pracuje w poprzek nurtu głównego. Z kolei piąty, niemal klasyczny hymn Colemana obudowywany jest eksperymentami na gitarowych pick-upach. Solowa ekspozycja gitary pasuje tu jak ulał, podobnie jak basowe szaleństwa, czynione na dużej dynamice.

Drugą część płyty otwiera temat o bardzo funkowej rytmice. Metra wydają się tu być mocno niestandardowe, a na etapie rozwinięcia dużo smaku dodają post-psychodeliczne salwy altu i królującej tu niepodzielnie gitary. Siódmy temat, kluczowy w ujęciu dramaturgicznym, to rozpoznawalny na całym świecie Song For Che (tu autorem jest oczywiście Charlie Haden). W rolę narracyjnego przywódcy wciela się tu Stadhouders, który zamienia bas na akustyczną gitarę. Buduje intro, w którym klasyk free jazzu brzmi niczym rockowy evergreen! Klein sięga w tym utworze po klarnet basowy i kreuje bardzo molowy, rzewny nastrój. Drumming zdaje się tu płynąć wysokim wzgórzem, a na gryfie basu pojawia się smyczek. Kolejny numer otwiera perkusja, która czeka na funkowy bas i rozśpiewany duet gitary i altu. Tempo efektownie rośnie, a cała opowieść uroczo gmatwa się pod solową ekspozycją gitary. Dziewiąty utwór początkowo stawia na suspens. Gęsty, kłębi się w sobie i czeka, co los przyniesie. Semi-romantyczny nastrój zabijają tu efektowne, gitarowe pasma pick-upowej syntetyki, jest także kolejne doskonale solo basu, jazzowe incydenty gitary i jedyne na płycie solo perkusji. Ostatnia kompozycja trwa niewiele więcej niż dwie minuty. Szybko, na temat, z gęstą strugą zmysłowej harmolodyki.



piątek, 1 października 2021

Spontaneous Live Series and its new stories: 006, 007 & 008!


Niejako przy okazji, a być może właśnie w pełnym blasku piątej edycji Spontaneous Music Festival 2021, który rozpoczyna się dokładnie dziś (!!!), swe światowe premiery mają trzy kolejne płyty serii wydawniczej Trybuny Muzyki Spontanicznej, zatytułowanej Spontaneous Live Series.

Przypomnijmy, iż w ramach tej inicjatywy fonograficznej ukazują się nagrania koncertowe, zarejestrowane w poznańskim Dragon Social Club przy okazji kolejnych edycji Spontanicznego Festiwalu. Do tej pory ukazało się pięć płyt, a swych swobodnie improwizowanych dźwięków użyczali na ich srebrnych dyskach m.in. Luis Vicente, Vasco Trilla, Yedo Gibson, Vasco Furtado, Colin Webster, Andrew Lisle, Dirk Serries, Roger Turner, Witold Oleszak, Paweł Doskocz, czy Michał Dymny.

Zapowiadane na dzień 1 października br. nowości, to nagrania w całości zarejestrowane w trakcie ubiegłorocznej, czwartej edycji Spontaneous Music Festival, którą zdobił epitet Degenerative. Dwa z ich, to efekt specjalnych zamówień festiwalowych, których realizacji podjął się wenezuelski saksofonista, kompozytor i dyrygent El Pricto. Ta trzecia, to dźwiękowy skutek obecności na festiwalu niemieckiego puzonisty Matthiasa Müllera, który zaprezentował się w dwóch tzw. składach ad hoc, a zatem złożonych z muzyków, którzy w danej konfiguracji personalnej (tu kwartet i trio) grali ze sobą po raz pierwszy. Poniżej prezentujemy garść impresji Pana Redaktora po odsłuchu koncertów już bezpośrednio z płyt kompaktowych.

 


Spontaneous Live Series 006: Matthias Müller (puzon, utwory 1-4), El Pricto (saksofon altowy, 1-3), Vasco Trilla (perkusja, 1-3), Wojtek Kurek (perkusja, 1-3), Witold Oleszak (fortepian preparowany, 4), Jasper Stadhouders (gitara akustyczna i mandolina, 4). Nagrane w trakcie Degenerative 4.Spontaneous Music Festival, 10-11 października 2020, Dragon Social Club. Cztery improwizacje, łączny czas: 58:53.

Set kwartetowy podzielony został na dysku na trzy części. Początek ceremonii kreuje jeden z perkusistów, który szeleści chmurą akustycznych dźwięków. Dęte instrumenty burczą i szumią. Przyczajone tygrysy, ukryte smoki z czasem nabierają mocy i brzmią niczym zdezelowane sprężarki powietrza. Wszystko zdaje się drżeć do momentu, gdy swoje dziewicze frazy wyda drugi z perkusistów. Flow wówczas gęstnieje i obiera kierunek kompulsywnego free. Puzon i saksofon prowadzą swój permanentny dialog, dwie perkusje brną w metafizyczny swing. Drugi epizod otwiera puzon, który preparuje wyjątkowe danie! Perkusje rysują kolorowe smugi dźwięków, a saksofon syczy, niczym pijany we mgle. Akustyka chwila eksploduje urodą, ale nie ekspresją. Nabiera gęstości, ale nie tempa. Smakuje kwasowym post-industrialem, budowanym dętymi frazami i smolistymi deep drums. Finałową część seta otwiera gong, który długo wybrzmiewa. Puzon szumi, spoglądając na resztę kwartetu, która milczy złowrogo. Płaskie powierzchnie rezonują, te obłe drżą i szeleszczą. Misterium suspensu, w oczekiwaniu na głos milczących. Gdy w końcu do zabawy podłączą się już wszyscy, nieznany glos, recytując tekst w nieznanym języku, daje kwartetowi zastrzyk energii, który doprowadza go pod ścianę spazmatycznych oklasków.

Set trzyosobowy toczy się na srebrnym dysku bez jakichkolwiek przerw. Z miejsca artyści zapraszają nas do wielkiej krainy fake sounds. Tym, który wydaje na wejściu dźwięki perkusyjne jest … gitarzysta (choć mający, póki co, w ręku mandolinę), tym, który ugniata niezidentyfikowane obiekty jest pianista, a jedynie puzonista zdaje się frazować w sposób, który może być kojarzony z brzmieniem jego narzędzia pracy. Kolejne minuty seta kreowane są pewnym intrygującym dysonansem – preparowane piano i puzon grzmią niemal industrialnie, podczas gdy gitara naprzemiennie z mandoliną bawią się w post-gotyk. Wszystko wszakże, co generują artyści zaskakująco dobrze ze sobą koreluje, łączy się w imitacyjne duety, albo kompulsywne okrzyki całego tria. Narracja jest wartka, rzadko pojawia się w okolicach ciszy. Bywa jednak delikatna, niemal neoklasyczna, bywa też zadziorna i po prawdzie niebezpieczna. W drugiej części seta duży zastrzyk energii płynie z okazjonalnego duetu masywnego puzonu i piana, które szuka dynamiki. Powrót mandoliny tłumi emocje, ale zdaje się generować jeszcze więcej wrażeń czysto estetycznych. Docieramy nawet do momentu, gdy puzon po prostu śpiewa, a mandolina frazuje niczym tancerka w operetce wiedeńskich klasyków. Dla kontrastu zaraz potem ta ostatnia zamienia się ponownie w instrument perkusyjny. Czeka na nas jeszcze solowy incydent puzonu, wreszcie finałowe przyspieszenie kreowane już przez wszystkich muzyków. Flow ciągnie na szczyt nade wszystko roztańczony puzon, piano robi tu swoje, a gitarzysta – w ramach rekontry - urokliwie bawi się jakimś grzechoczącym przedmiotem. Opowieść gaśnie na raz, z mocy nieistniejącego ośrodka dowodzenia.

 


Spontaneous Live Series 007: El Pricto Electric Guitar Quintet (version 2020). El Pricto (kompozycja i dyrygentura) oraz Jasper Stadhouders, Diego Caicedo, Hubert Kostkiewicz, Michał Sember i Paweł Doskocz – gitary elektryczne. Nagrane w trakcie Degenerative 4.Spontaneous Music Festival, 10 października 2020, Dragon Social Club. Cztery utwory, łączny czas: 41:05.

Gitarowe rozbłyski na mrocznym niebie! Każdy z muzyków frazuje nieco inaczej – posadowiony centralnie Caicedo grzmi i cedzi połamane riffy, gitarzyści posadowieni na flankach ripostują post-ambientem. Narracja toczy się od fali mocy po fale subtelności, od uderzenia w krwiste struny po kojące ornamenty pick-upów. Jakbyśmy zostali zaproszeni na prelekcję dotyczącą historii szalonych odmian muzyki rockowej – od krautrocka, przez psychodelię, aż po obrzeża jego progresywnych estetyk. Nie bez hard-rockowych kulminacji, kłębiastych spiętrzeń i drobnych wybuchów niekontrolowanych emocji. Druga kompozycja zaczyna się od matowych preparacji, mrocznych plam i dramaturgicznych znaków zapytania. Gitary łączą w małe konstelacje, atakują lotem oskrzydlającym, kontrapunktują szykiem diagonalnym. Pięć gitar w nieustannym ruchu, nerwowych oddechach, kompulsywnych westchnieniach. Narracja staje się tu bogatsza z każdą sekundą swojego życia. Akcja goni akcję, a faza stand by dawno już przyjęła wartości zerowe. Nad tą hordą szaleńców czuwa Pricto – podpowiada, stymuluje, kreśli ramy swobodnej improwizacji dla każdego muzyka w ramach zadanej sekwencji dźwięków i upływającego czasu. Artyści kleją się w pary, tria, ale jeśli fermentują kreatywnością, czynią to na ogół w trybie indywidualnym. Na koniec bawią się w parateatralne figury.

Trzecia kompozycja dedykowana jest Eddiemu Van Halen, co słychać zarówno na etapie zapowiedzi utworu, jak i w trakcie samej rozgrywki. Opowieść rodzi się w chmurze gitarowych szmerów i małych przesterów. Narracja tli się śpiewnymi, ale mrocznymi frazami, potem stawia na rockowe przełomy, wreszcie dociera do fazy ambientowych przepychanek i gitarowych preparacji. Wybrzmiewa zaś nutami dalece minimalistycznymi. Finałowa kompozycja już definitywnie stawia na duże emocje! Środek sceny uderza z całej siły, na flankach stawiane są zasieki. Suspens niemal post-metalowy budzi grozę. Po chwili, jakby dla kontrastu, cały arsenał gitar schodzi na poziom wytłumionych, post-rockowych powtórzeń. Pojawia się nawet melodia, która złowieszczo charczy. Garść przepychanek, tupania nogą i pokrzykiwania zdobi kolejne pętle narracji. Last minute błyszczy zaś szalonym tripem psychodelicznego rozchełstania, czynionym w całkiem żwawym tempie.

 


Spontaneous Live Series 008: El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra. El Pricto (prowadzona w czasie rzeczywistym transkrypcja oryginalnych partytur Karola Szymanowskiego, Fryderyka Chopina i Mieczysława Karłowicza na język improwizacji oraz dyrygentura) oraz Paweł Doskocz i Diego Caicedo (gitary elektryczne), Ostap Mańko (skrzypce), Witold Oleszak (fortepian), Michał Giżycki (klarnet basowy), Matthias Müller (puzon), Vasco Trilla (perkusja), Paweł Sokołowski (sopranino), Jasper Stadhouders (mandolina, ostatni utwór). Nagrane w trakcie Degenerative 4.Spontaneous Music Festival, 11 października 2020, Dragon Social Club. Cztery utwory, łączny czas: 35:34.

Na pierwszy ogień idzie Szymanowski! Piano i perkusja budują skromny rytm, po którym ślizgają się pozostałe instrumenty, ze skrzypcami na czele. Akustyczny marszobieg z pieśniami żałobnymi na roześmianych ustach inkrustowany jest subtelnymi kontrapunktami całej orkiestry. Niedługo potem o swoim życiu przypominają gitarowi wichrzyciele, tu posadowieni na przeciwległych krańcach sceny. Flow ciągną skrzypce, reszta lepi się do nich i wspina na pierwszy szczyt, po czym spada z niego wprost w kameralne lamenty. Niedługo potem muzycy fundują nam jakby restart narracji – piano & drums, jątrzące gitary, złorzeczący i grzmiący klarnet do pary z puzonem, łkające skrzypce. Znów brną przez efektowne wzniesienie po skraj rozległej doliny. Teraz Chopin! Kolektywne, głośne, gitarowe otwarcie, lekko rozjechane temperamentem artystów. Na front sforuje się teraz puzon, dobrze wspierany deep drummingiem. We wspólną podroż udają się także skrzypce i klarnet. W tle artyści szyją całkiem epickie przełomy, nie bez muskularnych spiętrzeń i fortepianowych interludiów. Gdy wataha muzykantów dociera w końcu na szczyt, piękne expo prezentują skrzypce. Chopin umiera w całkiem dynamicznej sytuacji scenicznej.

Teraz Karłowicz! Zaczynamy spokojnymi preparacjami skrzypiec, rozsianym na dętych polu drobnych fonii. Narracja gra ciszą, wytłumionymi gitarami, stemplami perkusji i humorem skrzypiec. Leniwy krok sprzyja drobnej eskalacji ostatniego z instrumentów. Po kilku dętych kontrapunktach i post-jazzowych frazach gitary, swoje trzy efektywne grosze dokłada samotne sopranino. Narracja gęstnieje rytmem, który szyją perkusja i gitara. Opowieść zaczyna przypominać nieco ślamazarny marsz wygłodniałych krwiopijców. Tymczasem akcja goni tu akcję, a każdy z muzyków dostaje swoje małe poletko do swobodnej improwizacji. Zakończenie skrzy się emocjami i zmyślnymi przełomami dramaturgicznymi. Na finał tego szalonego koncertu znów Szymanowski, tu zdegenerowany do postaci koncertu mandolinowego. Mała gitara zatem w roli głównej, ale reszta orkiestry bynajmniej nie ułatwia jej zadania. Utwór kipi od emocji, tak złych, jak i dobrych, ale dzielna mandolina nie daje za wygraną. Śpiewy, salwy mocy i krwiste kontrapunkty. Kilka dobrych dialogów w podgrupach, kilka drummerskich stempli i druzgocących przełomów. Ale mandolina, i tak pozostaje wiecznie żywa!

 

 

wtorek, 18 maja 2021

Stadhouders, Serries, Marshall, Willberg, De Groote, Verhoeven & Tonus! A New Wave Of Jazz’ very short digital editions only for membership!


Czasy bezkresnej pandemii sprawiają, iż muzycy, pozbawieni możliwości koncertowania, skupiają swoją uwagę na dostarczaniu odbiorcom astronomicznych ilości nowej muzyki. Jakkolwiek nie psułoby to rynku muzycznego, zwłaszcza jego niszowych odmian, fakt taki należy zaaprobować i starać się z jego skutkami współegzystować, czy to jako potencjalny kupiec, czy jako … recenzent.

Belgijska oficyna A New Wave Of Jazz przygotowała właśnie cztery nowe nagrania koncertowe, które udostępnia jedynie w formie plików elektronicznych i jedynie … dla członków swojej grupy fanów i wielbicieli. Co to oznacza, w kontekście dostępności tej muzyki dla niestowarzyszonych, pokaże przyszłość. Zainteresowanych wszakże ewentualnym zakupem można z pewnością odesłać na stronę wydawnictwa, której adres przypominamy na końcu dzisiejszej opowieści.

Na najnowszych nagraniach NWOJ spotykamy niemal wyłącznie świetnie znanych nam artystów, związanych nie tylko z tym belgijskim wydawcą. Przy okazji możemy też przypomnieć sobie nagrania z trzech ostatnich edycji labelowego, corocznego Festiwalu, w tym także ostatniego, który odbył się w marcu br. jedynie w formie streamingowej.

 


Jasper Stadhouders & Dirk Serries  Live At Jazzblazzt 2019

Dzisiejszą prezentację rozpoczynamy od koncertu, jaki odbył się w znanym belgijskim klubie Jazzblazzt, wiosną 2019 roku. Dwóch fantastycznych gitarzystów zagrało w jego trakcie dwa sety – w pierwszym korzystali z gitar elektrycznych, w drugim z akustycznych. Całość trwała łącznie 40 minut i 11 sekund.

Artyści tej klasy, co Jasper i Dirk nie mogą nie zacząć koncertu w sposób spektakularny – kręcą spirale, rysują pętle i konstruują fikuśne zawijasy. Prezentują od startu dużą wolę walki i zbliżone techniki wydobywania dźwięku. Mimo wielu dynamicznych i zadziornych fraz dbają też o szczegóły, zdają się być wyczuleni na niuanse brzmieniowe, mimo, iż obaj mają w rękach prądobiorcze urządzenia. Ta lewa (Jaspera) ma go chyba więcej, ta prawa (Dirka) nadrabia wyszukaną melodyjnością. Gdy muzycy zdejmują nogą z gazu, bez trudu odnajdują w sobie drobinki post-jazzowej estetyki, choć całość ekspozycji realizują z niemal rockowym temperamentem. Zwinne koty, przebiegłe lisy! Zwróćmy uwagę na szczególnie udane fazy tego seta. Gdy lewa gitara dynamicznie riffuje, prawa maltretuje struny. Gdy prawa uprawia efektowne sprzężenia, lewa proponuje serię małych wybuchów. Nie brakuje momentów, gdy obie gitary serfują po wielkim oceanie, a wiatr chlaszcze im gryfy. Wreszcie sam finał – gdy lewa gitara łapie szalony rytm, prawa tapla się w rzeżącej psychodelii i stawia efektowne znaki zapytania.

Set akustyczny – co oczywiste – stawia na drobiazgi, większą czystość brzmienia, ale nie ogranicza ekspresji muzyków. Początek zdaje się być nad wyraz filigranowy, tkany ze strzępów dźwięków. Potem opowieść nabiera rozmachu, ale daleko jej do ognistych erupcji. Obaj artyści mają wyjątkowo zwinne palce oraz bardzo otwarte głowy! Bez trudu łapią spokojniejsze, czyste frazy i brzmią wtedy razem niczym para neoklasycznych kochanków na popołudniowej przebieżce. W drugiej fazie seta tłumią emocje i grają wiele fraz na wdechu. Trochę się imitują, nie stronią od zabawy w pytania i odpowiedzi. Na zakończenie schodzą do krypty i zatopieni w lepkich pajęczynach bawią się w dźwiękowe preparacje. Prawa gitara zaczyna nawet dziwnie popiskiwać. Another kind of fake sounds! Brawo!

 


Hannah Marshall/ Dirk Serries/ Otto Willberg  Live At A New Wave Of Jazz Festival 2020

Na osi czasu meldujemy się w roku 2020, tuż przed wybuchem pierwszej fali pandemii. Na scenie swobodnie improwizujące acoustic string trio: Hannah Marshall – wiolonczela, Dirk Serries – gitara akustyczna oraz Otto Willberg – kontrabas. Grają szybko i na temat, zatem cały set trwa ledwie 27 minut i 9 sekund.

Muzycy zaczynają koncert zwartym, dobrze konstruowanym strumieniem dźwiękowym, jakkolwiek każdy z nich używa innej techniki maltretowania strun. Jeden po rockowemu riffuje, drugi ma w ręku smyczek, trzeci zaś nieśmiało preparuje dźwięki. Całość nie daje się zakwalifikować do żadnego gatunku, choć do estetyki free chamber oczywiście jest tu najbliżej. Pojawiają się brudne frazy, akcje toczą się wszakże leniwie i raczej budowane są w skupieniu. Po czasie ów konglomerat wyłącznie intrygujących dźwięków łączy się jednak w bardziej dynamiczny flow. Bez mrugnięcia okiem muzycy równie szybko odnajdują się w oparach ciszy – skrzypią, pocierają się o siebie, miałczą, jak wygłodzone koty. W tych okolicznościach stosują na ogół podobne techniki gry. Choćby w okolicach 8 minuty, gdy trzy smyczki bawią się w efektowne, choć wytłumione piłowanie strun. Po kolejnych dwóch minutach dostajemy ekspozycję pod nazwą deep acoustic drone ambient.

Trzech wyśmienitych instrumentalistów świetnie reguluje tempo improwizacji, mistrzowsko panuje nad dramaturgią całości, często zmienia techniki gry - taniec od poziomu ciszy, po względny hałas. W okolicach 18 minuty muzycy fundują nam bardzo efektowne spiętrzenie, które rozlewa się szerokim korytem dłuższych, przeciągniętych fraz. Energia ich nie opuszcza, choćby na ułamek sekundy. Kilka zadziornych fraz i równie bezczelnych ripost, i już w okolicach 21 minuty pojawiają się pierwsze próby tłumienia ekspozycji, nawet do poziomu ciszy. Artyści schodzą głęboko w dół i tkają niemal molekularne drony, które sprawiają, iż finał koncertu śmiało możemy zaliczyć do jego najlepszych momentów. Zmysłowa bojaźń i afektowane drżenie – silent prepares in very long-cuts!

 


Patrick De Groote & Martina Verhoeven  Live At A New Wave Of Jazz Streaming Festival 2021

Tegoroczny marzec, białe ściany studia  Sunny Side Inc. w Anderlechcie i dwójka muzyków zachowująca dystans fizyczny, ale na szczęcie - nie ten muzyczny, wszak w uprawianiu swobodnej improwizacji kontakt między artystami stanowi fundament sukcesu. Streamingowy festiwal i jeden z jego pięciu aktów: Patrick De Groote – trąbka oraz Martina Verhoeven – fortepian. Jeden, zwarty set – 28 minut i 22 sekundy.

Koncert otwierają krótkie, czyste frazy trąbki, kontrapunktowane open-jazzowymi plastrami wprost z klawiatury fortepianu. Zabawa czyniona jest w formule call & responce, wszakże z miejsca pachnie sytuacją niemalże filmową - oto Miles Davis spotyka Cecila Taylora na paryskiej ulicy pod koniec szalonych lat 50. ubiegłego stulecia! Muzycy rozdają dynamiczne frazy na prawo i lewo, ale dzielą je pauzami pełnymi melancholijnego suspensu. Martina nie stroni od struktur rytmicznych pełnych ragtime’owej frywolności, Patrick stawia na czyste frazy, ale czasami pakuje w nie sporo agresji. Mamy więc pyskówki, zdania odrębne, ale także całą plejadę zachowań, których celem jest stabilizowanie napięcia pomiędzy muzykami.

Gdy pianistka na krótkie chwile zostaje sama na studyjnej scenie bez publiczności, zdaje się błyszczeć post-klasyczną estetyką, kreowaną wyjątkowo zwinnymi palcówkami po klawiaturze. Trębacz naznaczony jest piętnem cool jazzu, ale sprawia wrażenie, że w tej roli czuje się, jak ryba w wodzie. Jego opowieść tylko z rzadka zahacza o dźwięki bardziej zabrudzone, podobnie dzieje się z pianistką, która nie sięga do głębi swego instrumentu. Obu artystom bliżej do ekspresji free jazzu niż zakamarków swobodnej, kameralnej improwizacji. Na finał spod klawiatury wypadają nawet akcenty post-romantyczne, które są jednak świetnie kontrastowane trąbką, która zdaje się żłobić dziurę w niebie. Smakowity, stylowy set, silnie osadzony w tradycji wolnej muzyki.

 


Tonus  Live At A New Wave Of Jazz Festival 2019

W dwa tygodnie po fantastycznym koncercie w Polsce, na trzeciej edycji Festiwalu Spontanicznego w październiku 2019 roku, Dirk Serries zrealizował kolejną odsłonę swojej idei kompozytorsko-improwizacyjnej Tonus, w tym razem w bardzo kameralnym, ledwie czteroosobowym składzie: Antoine Beuger – flet, Colin Webster – saksofon altowy, Tom Jackson – klarnet oraz on sam – sopranowa melodica. Czas nagrania: 23 minuty i 56 sekund.

Tym razem tonusowa narracja ma wyjątkowo precyzyjną dramaturgię. Tworzy ją długi strumień dźwiękowy podawany przez cztery instrumenty niemalże unisono, kreowany w estetyce, którą możemy porównać do idei Sustained Piece Johna Stevensa. Drugim elementem składowym tej układanki jest oczywiście cisza. Narracja z biegiem kolejnych powtórzeń sekwencji dźwięk-cisza-dźwięk zdaje się narastać, ale na pewno nie rozwija się liniowo. Zmianom ulega raczej długość trwania poszczególnych elementów, nie zaś ich intensywność. Być może muzycy mają tu swobodę w kreowaniu interwałów, być może całość jest jednak konsekwencją niemalże matematycznych zapisów graphic score, które Serries stosuje w projekcie Tonus.

Strumień dźwiękowy sprawia wrażenie, jakby nie ulegał specjalnym zmianom w trakcie całej ekspozycji, może jedynie, od czasu do czasu, odrobina piasku dostaje się w szprychy czteroosobowej machiny. Cisza, jak to cisza, z samej swojej natury milczy, czasami jest długa, ciągnie się w nieskończoność, czasami bywa ulotna, brutalnie rozrywana przez kolejny strumień dźwiękowy. Oto Tonus – siła minimalizmu i wiecznej repryzy, metafizyka dźwięków, którym potrafią być ciszą.

 

*****

 

Zainteresowanych tymi dźwiękami odsyłamy do poniższego kontaktu.

https://newwaveofjazz.com/contact/



środa, 14 października 2020

Degenerative 4. Spontaneous Music Festival is done! The one and only miracle! The report!


Czwarta, prawdziwie zdegenerowana (nikczemna!) edycja Festiwalu Muzyki Spontanicznej w poznańskim Dragonie za nami. Wszyscy muzycy zagraniczni dojechali (oczywiście po zmianach w programie, jakie miały miejsce na tydzień przed imprezą), zaplanowanych jedenaście setów wybrzmiało niemal wyłącznie frapującymi dźwiękami (a w sumie było ich nawet dwanaście!), dopisała publiczność (oczywiście w zakresie, na jaki pozwalały pandemiczne obostrzenia), a w klubowym sejfie zaległ karton ze zdrowotnymi oświadczeniami muzyków, organizatorów i publiczności (składanymi każdego dnia). Obyśmy nigdy nie musieli do niego zaglądać!

 


Piątek, dziewiątego

Na piątek organizatorzy zaproponowali dwa składy ad hoc (pierwsze spotkania muzyków w danym składzie) oraz jeden bardzo pracowity working band. Rola otwierającego imprezę przypadła kwartetowi, który składał się z muzyków współtworzących od kilku już lat Poznańską Orkiestrę Improwizowaną - Ostapa Mańko (skrzypce), Michała Giżyckiego (klarnet basowy, saksofon tenorowy) i Michała Jońca (perkusyjny złom!) oraz stałego gościa sceny dragonowej, barcelońskiego perkusisty Vasco Trilli. Muzycy zaproponowali set swobodnej improwizacji w bardzo kameralnym wydaniu, z dużą ilością przestrzeni dla każdego pomysłu dramaturgicznego, tłumionymi emocjami i masą pięknie brzmiących, akustycznych fonii. Kwartet płynął na ogół kolektywnym strumieniem, czasami dzielił się także na duety, a sam finał – prawdziwie popisowy – stał się udziałem obu perkusjonalistów, którzy zabrali nas w niebywałą podróż po zakamarkach metalicznych, preparowanych dźwięków (jedna z uczestniczek koncertu poczuła się, jak w gęstym lesie!).

Tuż potem ad hoc trio, które efektownym setem wyznaczyło jeden z ważniejszych trendów festiwalu – jego ponadgatunkową różnorodność i permanentną zmienność akcji. Holenderski gitarzysta Jasper Stadhouders spotkał się tu z polskim muzykami - Wojtkiem Kurkiem (perkusja) i Pawłem Doskoczem (gitara). Muzycy zagrali niezwykle energetyczny set, pełen barw (gitarzyści zmieniali instrumenty, jak rękawiczki), zwrotów dramaturgicznych (perkusista doskonale kontrował bezczelne zachowania obu partnerów) i chwilami niemal rockowych emocji. Najlepsze wszakże momenty tria, to te, w trakcie których obaj gitarzyści korzystali z instrumentów akustycznych. Bardzo mocny moment festiwalu!

Na finał pierwszego dnia barcelońskie trio Hung Mung w składzie - El Pricto na saksofonie altowym i syntezatorze, Diego Caicedo na gitarze i Vasco Trilla na perkusji. Wyśmienity set składał się zdecydowanie z dwóch części. W pierwszej Pricto grał na saksofonie, a muzyka pięknie snuła się po scenie (choć całkiem dynamiczna) z delikatnym, free jazzowym stemplem. W drugiej części wenezuelski artysta sięgnął po syntezator i zaczął generować niskie, dronowe pasaże. W tej sytuacji rolę przodownika pracy przejął na siebie Caicedo, który pociągnął Hung Mung niemal w blackmetalową otchłań. Trilla, jak to ma w zwyczaju, doskonale wklejał się w obie koncepcje tria. Kolejny niezwykle emocjonujący koncert festiwalu.

 


Sobota, dziesiątego

W sobotę do grona muzyków festiwalowych dołączyła kolejna szóstka artystów. Aż trzech z nich przyjechało z Wrocławia. I to właśnie dwóch wrocławian rozpoczęło sobotnie zmagania z improwizacją. Duet Spoons & Bones, w osobach Piotra Łyszkiewicza (saksofon tenorowy i klarnet kontraltowy) oraz Huberta Kostkiewicza (gitara), zagrał zwarty, nieprzegadany set nieco abstrakcyjnych figur stylistycznych. Odrobina rezonansu, kilka minimalistycznych w formie dialogów - zbiór definitywnie dobrych reakcji, zwłaszcza tych z udziałem klarnetu kontraltowego.

Po niedługiej przerwie na scenie zameldował się kolejny nowy gość festiwalowy, prosto z Berlina, puzonista Matthias Müller. Do kwartetu ad hoc dołączyli – Wojtek Kurek i Vasco Trilla na perkusjach oraz El Pricto na saksofonie altowym. Zagrali półgodzinny set, który w subiektywnej ocenie recenzenta, uznać trzeba za absolutny festiwalowy peak! Bezceremonialnie wspaniała komunikacja (w tym gronie tylko barcelończycy dobrze się znają), perfekcyjna dramaturgia, popisowe transformacje puzonu z na poły rytmicznych, choć dość abstrakcyjnych fraz, w okolice ciężko oddychającej ciszy, świetne dialogi tegoż puzonu ze świecidełkami Trilli, no i błyskotliwe preparacje El Pricto, czynione jakby w cieniu tego konglomeratu wyjątkowych zdarzeń fonicznych. Wreszcie Kurek, który każdy z dwóch utworów kwartetu zaczynał w bezruchu, a potem włączał się do gry w sposób niebywale kreatywny. W drugiej części wszedł w nieco senną narrację pozostałych muzyków hiszpańskojęzyczną (?) melorecytacją, popartą rytmicznym deep drummingiem i zakasował wszystkich. Brawo!

Po dwóch setach improwizacji w pełni akustycznych i niestawiających sobie za cel epatowanie nadmiernym hałasem, nadszedł czas na jeden z dwóch specjalnych projektów festiwalowych - przygotowaną na prośbę organizatorów kompozycję El Pricto na pięć improwizujących gitar elektrycznych. Obok kompozytora i dyrygenta na scenie pojawili się: Jasper Stadhouders, Diego Caicedo, Paweł Doskocz, Michał Sember (kolejny gość z Wrocławia) i Hubert Kostkiewicz. Niemal godzinny set (czas trwania, to najprawdopodobniej jego jedyna wada) pełen emocji, gitarowych zgrzytów, przepięć mocy, rockowych riffów, zmyślnych preparacji i mniejszych lub większych eksplozji, świetnie prowadzony przez Wenezuelczyka, który targał narracją od lewej do prawej, od samego dołu, po ekspresyjną górę. Szczególnie ekscytujący moment, to słowotok Stadhoudersa w języku holenderskim, pełen humoru i teatralnych grepsów, który podprowadził kwintet i dyrygenta pod … cytaty z muzyki Eddie Van Halena, zmarłego niedawno boga gitary elektrycznej.

Finał sobotniego dnia przypadł w udziale słoweńskiej pianistce Kaji Draksler, która najpierw zagrała niemal półgodzinny set solowy, a potem, już z udziałem Szymona Pimpona Gąsiorka (perkusja, instrumenty perkusyjne i … nie tylko!), przeistoczyła się w Czajkę, która prowadzi kolektywny dialog z Puchaczem. Set solowy był wyjątkowej urody, nie tylko dlatego, iż koił nasze emocje i regenerował uszkodzone narządy słuchu po secie gitarowym. Kaja improwizowała do muzyki, którą odtwarzała z laptopa. Raz były to klasyczne, komponowane frazy, w innym przypadku fragmenty śpiewanej poezji, które znamy choćby z ostatniej płyty jej Oktetu. Efekt był imponujący - narracja precyzyjna, ale też pełna improwizowanej swobody. Gdy do gry dołączył Gąsiorek, opowieść nabrała jeszcze więcej … subtelności. Delikatne, acz zadziorne, bystre piano i nastawione na brzmieniowe niuanse perkusjonalia. Finał skrzył się doprawdy medytacyjnymi pasażami dźwiękowymi (Szymon sięgnął po instrument, który przypominał małe pudełko akordeonowe – czy to ma jakąś nazwę?). Finał dnia i znów duża wolta stylistyczna i emocjonalna. Degenerative Fest tak już ma!

 


Niedziela, jedenastego

Festiwalowa niedziela rozpoczęła się w niezwykle ciemnych barwach, a zakończyła prawdziwym festynem barw, pomysłów, radości i powszechnej wesołości, całkowicie wbrew covidowym realiom. Na początek Diego Caicedo na gitarze elektrycznej solo! Muzyk zabrał nas najpierw w mglistą czeluść dark ambientowej gitary, potem zrujnował nas emocjonalnie pasażami post-metalowej czerni, by na finał całkowicie utopić nas w post-industrialnych dronach. Muzyk preparował struny, budował elektroniczny background na gitarowych przetwornikach, często korzystał także z dźwięków zaprogramowanych kilka chwil wcześniej. Jedna gitara, jeden muzyk, mnóstwo wrażeń.

Tuż po gitarzyście Hung Mung na scenie pojawili się pozostali muzycy tej grupy – El Pricto (preparowany gitarowymi przetwornikami saksofon altowy i syntezator) oraz Vasco Trilla (perkusja), by pod nazwą własną General Ludd zaprezentować improwizację pełną gęstych, czerstwych, posklejanych ze sobą fraz, z których szczególnie udane były te post-dęte, meta gitarowe westchnienia Pricto. W połowie seta do muzyków dołączył Jasper Stadhouders na gitarze, a saksofon został zastąpiony przez syntezator. Muzycy w takowym ad hoc trio zagrali najgłośniejsze kilkanaście minut Degenerative Fest. Holender w jego trakcie pozrywał struny zarówno na gitarze elektrycznej, jak i amplifikowanej gitarze akustycznej. W końcu grał już na samym pudle rezonansowym gitary!

Po takiej dźwiękowej nawałnicy wszyscy zasłużyliśmy na przerwę (była dłuższa niż zwykle, gdyż Jasper musiał naprawić gitary!), a potem na set odrobinę bardziej subtelny dramaturgicznie i mniej dotkliwy fonicznie.  Wszystkie nasze oczekiwania zostały spełnione. Ad hoc trio w składzie – Jasper Stadhouders (amplifikowana gitara akustyczna i mandolina), Witold Oleszak (fortepian) i Matthias Müller (puzon) – zagrało ekscytujący set, który stawiał na komunikację, bezgranicznie barwne brzmienia, który nie szukał nadmiernych eskalacji i spiętrzeń dramaturgicznych, a raczej bystrych reakcji w estetyce call & responce. Recenzent czułby jeszcze większą przyjemność, gdyby fortepian był bardziej słyszalny (bądź gitara … mniej słyszalna), a sam koncert odrobinę dłuższy (muzycy postanowili zagrać ostatni dźwięk tuż po upływie 25 minuty).

Na finał zdegenerowanego festiwalu … Degenerative Spontaneous Orchestra po kierunkiem El Pricto! Na pulpicie dyrygenta … partytury Fryderyka Chopina, Emila Karłowicza i Karola Szymanowskiego. Na scenie muzycy pozbawieni owych partytur, zdani jedynie na gesty, jakie wydobywał z siebie dyrygent, po prawdzie, w tempie karabinu maszynowego. Od lewej strony sceny: Paweł Doskocz (gitara elektryczna), Witold Oleszak (fortepian), Ostap Mańko (skrzypce), Michał Giżycki (klarnet basowy), Matthias Müller (puzon), Paweł Sokołowski (sopranino; dodatkowy zaciąg łódzki!), Vasco Trilla (perkusja) i Diego Caicedo (gitara elektryczna). W ostatnim utworze do składu dołączył także Jasper Stadhouders, jako mandolinowy solista. Około 50 minutowy koncert dostarczył niebywałych wrażeń. Był oczywiście tyglem emocji, konglomeratem kolektywnej, swobodnej improwizacji i precyzyjnych, post-klasycyzujących pasaży (w roli cerberów gatunkowej czystości - Mańko i Oleszak!), rockowej furii (dwie gitary z prądem!) i drummerskiej skrupulatności. Bez wątpienia, wszyscy, po obu stronach sceny, poczuliśmy się cudownie zdegenerowani. Do zobaczenia za rok, jeśli dożyjemy….

 

 Zdjęcia telefonem własnym, bez praw autorskich