Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Josue Amador. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Josue Amador. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 kwietnia 2022

Anticlan and Garuda’ Trio! Two big shots with Hugo Costa!


Z portugalskim saksofonistą Hugo Costą zetknęliśmy się po raz pierwszy przy okazji zgłębiania ściany dźwięku, jaką zwykło produkować trio Albatre, efemeryda post-free, prowadzona pod czujnym okiem mięsistej gitary basowej Gonçalo Almeidy i drummerską mocą Philippa Ernstinga. Potem nasze uszy i oczy recenzenckie natrafiły na trio Anticlan, gdzie Costa pięknie wył do księżyca w towarzystwie intrygującego gitarzysty Josue Amadora, a skład tria ponownie uzupełniał Ernsting. Alcista i perkusista nagrywali także w duecie, ale zdaje się, że te akurat nagrania nie ujrzały jeszcze światła dziennego (choć przez odtwarzacze redakcji zostały przepuszczone!).

Dziś Costa wraca do nas z trzecią już płytą Anticlan, a dodaje do tego nowe trio, w stu procentach portugalskie, które ze wszystkich dotychczasowych ujawnień saksofonisty zdaje się być najbliższe estetyce jazzowej, tej naszej ulubionej, z przedrostkiem free. Obie płyty to nowości ostatnich tygodni, zatem dają wyjątkowo świeży overlook dokonań alcisty. Na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej Anticlan ma już sprawdzoną markę - pierwsza płyta tego tria trafiła nawet na roczne podsumowanie rzeczy najważniejszych na scenie muzyki improwizowanej. Równie wiele dobrych dźwięków dostarcza nowe trio, bo i Costa spotkał w nim samych mistrzów – tego nieco starszego pokolenia (Faustino!) i tego bardzo młodego, choć już utytułowanego (Valinho!). Nic tylko słuchać i czerpać radość, so Welcome to Costa brava!



 
Anticlan  Hurricane City (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Początek grudnia ubiegłego roku, Studio SanteBoutique w Rotterdamie: Hugo Costa – saksofon altowy, Josué Amador – gitara elektryczna oraz Philipp Ernsting – perkusja. Na wirtualnym (jak na razie) dysku muzycy pomieścili trzy improwizacje, która trwają łącznie 36 minut i kilkanaście sekund.

Anticlan, to formacja, która zdaje się czerpać inspiracje z tak wielu źródeł, iż na ogół brzmi dalece indywidualnie. Post-jazzowy saksofon, gitara o stu twarzach, która równie dobrze czuje się w jazzowym frazowaniu, jak i ultra rockowej psychodelii, wreszcie masywny drumming, silne osadzony w rytmicznej, rockowej konwencji, ale zawsze zdolny do najbardziej karkołomnych figur stylistycznych. Ich pierwsza płyta ociekała ognistą psychodelią, druga zrobiła krok w kierunku post-jazzu, a ta najnowsza zdaje się łączyć oba dotychczasowe wątki pięknym supłem konsekwencji.

Pierwszą improwizację otwiera gitara, która rysuje zwinne pętle, kłębi się w sobie, introdukuje dobrze zapowiadającą się opowieść. Każdy z muzyków szyje tu drobne frazy, każdy czeka na to, co przyniesie kolejna sekwencja narracji. Każdy śmiało sięga po brudne dźwięki, każdy też w mgnieniu oka może zmienić optykę i zamaskować w czystym brzmieniu. Wszystko, co robią, czynią kolektywnie, a pojęcie ekspozycji w pełni solowej jest tu w zasadzie zjawiskiem niewystępującym. Muzycy grają ze sobą od kilku lat, zatem wzajemna komunikacja jest ich niezbywalnym atutem. Wiedzą, kiedy pleść banialuki i podszczypywać koleżanki, wiedzą, kiedy twórczo fermentować i zmieniać losy świata filozoficznymi tyradami. Ich narracja płynie bardzo swobodnym strumieniem, raczej ulega okazjonalnym zagęszczeniom, niż podaje się rosnącej presji dynamiki. Zakończenie pierwszej improwizacji stawia na ekspresję saksofonu i post-psychodeliczną nostalgię gitary. Piękny szczyt zdobyty bez potrzeby eskalowania tempa.

Drugą opowieść zaczynają wspólnie, z mozołem plotą sieć dźwiękowych interakcji, skorzy to budowania drobnych zdarzeń niemal z niczego. Gitara brzmi teraz jak bas, saksofon szumi, a perkusja liczy krawędzie na werblu i tomach. Muzycy wymieniają się spojrzeniami, plotą dyrdymały, zdają się być rozbrajająco szczerzy i wyluzowani. Ich improwizacja przypomina emocjami teksańskiego bluesa, granego wszakże bez jakichkolwiek bluesowych skal. W dalszej części nagrania saksofon łyka melodię i zaczyna śpiewać, a gitara śle mu rockowe pozdrowienia. Dynamika łapie tu muzyków niemal w pół kroku i wypycha ku górze. Saksofon parska rwanymi frazami, a gitara serwuje nam bardzo efektowne, unikatowe solo, które pachnie zarówno jazzem, jak i rockiem. Znów każdy z muzyków zdaje się przemieszać w swoim tempie. Perkusja brnie do przodu, saksofon tonie w onomatopejach, gitara zaś zdaje się czynić wszystko na przekór - jej każdy krok w poprzek buduje raz za razem intrygujący dysonans.

Finałowa, najkrótsza improwizacja po spokojnym wstępie koncentruje się na budowaniu dynamiki. Perkusja od startu bije rytm i improwizuje jedynie w towarzystwie saksofonu. Gitara pojawia się po kilku pętlach, znów szyje poprzecznym ściegiem, ale i ona ma swoją wykoślawioną rytmikę. Wiele pachnie tu rockiem, a wszystko nadaje się do tupania nogą i śpiewania obrazoburczych refrenów bez słów. Posmak rockabilly zmutowanego kreatywnością improwizatorów, to może być kolejny trop recenzencki! W tym tyglu niespodziewanych zdarzeń warto zauważyć free-jazzowy pazur saksofonu i gitarowe, ogniste wyziewy. Muzycy znów kombinują z dynamiką – niby grają do przodu, ale raz za razem wytracają tempo i rechoczą z zadowolenia. Samo zakończenie udaje się im niemal perfekcyjnie – wszyscy kolektywnie tłumią flow aż do znalezienia ostatniego dźwięku.

 


Hugo Costa, Hernâni Faustino & João Valinho  Garuda (Subcontinental Records, CD 2022)

Czas na drugie trio! Tym razem lizbońskie studio Scratch Built, także rok ubiegły: Hugo Costa – saksofon altowy, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Valinho – perkusja. Cztery improwizacje, łącznie około 46 minut.

Muzycy wchodzą w pierwszy strumień improwizacji bardzo dziarskim krokiem. Dynamiczny open jazz ze spokojnym altem, mocnym stepem kontrabasu, który zdaje się chwilami brzmieć niczym basówka, wreszcie z aktywnym, przebiegłym drummingiem. W tej trzyosobowej układance zdyscyplinowany, silny drive sekcji rytmu stwarza sporo przestrzeni dla saksofonu, który może swobodnie sterować swoją opowieścią, regulować tempo, czy poziom ekspresji. Opowieść trzyma się kanonów gatunku, kreuje zatem obszar dla improwizacji w podgrupach. Najpierw, po 7 minucie dostajemy bystry duet kontrabasu i perkusji (podobnie rzecz będzie się miała pod koniec utworu), potem tegoż kontrabasu z saksofonem. Po powrocie do pełnego składu artyści serwują nam kilka chwil uroczej gry na małe pola, zabawy w jazzowe pytania i odpowiedzi. Wszyscy dobrze dawkują emocje, budują napięcie, realizują wszelkie akcje na dużej swobodzie. Drugą opowieść otwiera nerwowa, znów podskórnie dynamiczna sekcja rytmu. Saksofon, po raz kolejny w roli cierpliwie wyczekującego na rozwój wypadków, chętnie sięga po indywidualną melodykę. Początkowo śpiewa przez łzy, potem wrzuca tryb bardziej zadziorny i ciągnie razem z kontrabasem rdzeń opowieści na drobne wzniesienie. Trzeba przyznać, iż artyści w zadanej konwencji równie dobrze radzą sobie na wdechu, jak i na efektownym wydechu. Dobrze panują nad każdym elementem swojego spektaklu. Ich groove’owa opowieść zdaje się momentami wpadać w trans godny freejazzowych mistrzów - Wiliama Parkera i Hamida Drake’a.

W trakcie trzeciej, bardzo krótkiej opowieści Faustino po raz pierwszy sięga po smyczek i obok rysowania podwalin narracji, efektownie preparuje. Dokładnie to samo czynią Costa i Valinho. Tkana z drobiazgów narracja niesie ze sobą efektowny bagaż emocji. Kontrabasista otwiera również finałową improwizację, ponownie jak pierwszą, rozbudowaną do kilkunastu minut. Początkowo muzycy pozostają w pobliżu ciszy, a zręby narracji właściwej pojawiają się dopiero po trzech minutach. Tu bas wskazuje powtórzeniami kierunek, ale motorem improwizacji jest ogniście nastrojony saksofon. Narracja gęstnieje, ale nie wzmacnia tempa. Instrumenty śpiewają, gadają, tańczą wokół własnej soi. Po 8 minucie w tę opowieść o dość umiarkowanej dynamice wplata się smyczek, który pojękuje i puszcza oko do pozostałych uczestników podróży. Reakcje perkusji i saksofonu wskazują na zbliżony poziom poczucia humoru. Rodzi się dronowa ekspozycja, którą zdobią perkusyjne ornamenty. Smyczek śpiewa razem z dęciakiem, a po powrocie do głównego nurtu narracja osiąga wysoki poziom ekspresji, godny finału bardzo dobrej płyty. Ostatnia prosta nie obywa się bez smyczkowych riffów, które dodatkowo podnoszą temperaturę zakończenia.



wtorek, 14 lipca 2020

Amador! Santos Silva! Almeida! Vicente! Kneer! Zabelka! The Loneliness Of Solo Improvisers, next pandemic step!


Czasy pandemicznego lockdownu zdaje się, że wyniosły solową, jakże samotną, swobodną improwizację do rangi najważniejszego wydarzenia artystycznego świata zamkniętego w czterech domowych ścianach. Nagrania rodzą się jak grzyby po deszczu, muzycy z dnia na dzień stają się swoimi największymi wydawcami, a recenzenci ledwie nadążają z odsłuchem nowych nagrań. Podtytuł tych łamów Improwizowany przewodnik w czasach nadprodukcji dźwięków prawdopodobnie nigdy nie był tak bardzo aktualny.

Szczęśliwie ilość w wielu wypadkach idzie w parze z jakością. Baa, czasami rzeczywistość new normal wręcz pcha muzyków ku większym eksperymentom, ku przekraczaniu granic stylistycznych i estetycznych, ku poszukiwaniu naprawdę nowych dźwięków. Wielu improwizatorom doprawdy wychodzi to całkiem nieźle. Oczywiście są i tacy, którzy produkują przy tej okazji artystyczne gnioty, ale na nich opuszczamy zasłonę milczenia (lista słabych pandemicznych solówek do wiadomości redakcji).

Dziś skupimy się oczywiście tylko na dobrych przykładach, wszak w dobie frontalnej nadprodukcji muzyki absolutnie szkoda naszego czasu na marnotrawienie go na słabe nagrania. Sięgamy po sześć solowych płyt, z których aż trzy powstały już w czasach lockdownu (marzec i kwiecień), także w domowych pieleszach. Bezwzględnie każda warta jest naszej uwagi! Przy okazji – zupełnie niespodziewanie - w ramach tej zbiorówki czekają nas … małe mistrzostwa Portugalii na trąbkę solo! Zaczynamy jednak po holendersku i na gitarze, a po wspominanych mistrzostwach, zapraszamy jeszcze na dwa ujawnienia strunowe, z Niemiec i Austrii.





Josué Amador Composition 1960 #7 (self-released, CD 2020)

Dobra zbiorówka recenzji nie może nie zacząć się od prawdziwego trzęsienia ziemi! Josué Amador na gitarze akustycznej, wyposażonej w stalowe struny (steel strings), wykonuje wariację na temat Composition 1960 #7 autorstwa ojca kreatywnego minimalizmu La Monte Younga. Nagranie z kwietnia tego roku, bynajmniej nie domowe, ale studyjne (Rotterdam), i co najważniejsze – dokonane z użyciem tzw. mikrofonów binauralnych*). Czterdzieści minut z sekundami dronowej epopei, która być może zryje wam berety w sposób definitywnie trwały!  Przykład muzyki, której absolutnie nie da się opisać martwymi słowami, trzeba jej po prostu posłuchać (koniecznie w słuchawkach!). Ale spróbujmy słowami…

Od pierwszej nanosekundy nagrania natrafiamy na dron gorącego powietrza, płynącego wprost z pulsującego, ale przecież nieistniejącego amplifikatora, który zaciął się i spalił już wszelkie przewody. Dym i swąd będzie nam towarzyszył do końca tej niesamowitej podróży. Wokół coś brzęczy, rytmicznie szeleści, zdaje się, że zło idzie do nas szeroką ławą!  Technika rejestracji sprawia, iż jesteśmy w samym środku drona i nie ma dla nas jakiejkolwiek drogi ucieczki. Harsh-post-electronic-ambient! – recenzent bazgrze na marginesie strony swojego kajetu, ale zaraz potem ponownie sięga do zapisów credits – a jednak tylko steel-string acoustic guitar

Słyszymy niemal trzy pasma fonii. Główny dron stoi na środku i nikogo nie przepuszcza. Mnóstwo rzeczy dzieje się na flankach – pulsary mocy tańczą z lewej do prawej i z powrotem, dużo zamieszania wprowadza echo i metaliczny rezonans. Wszystko poza wątkiem głównym drży, brzęczy, umiera ze strachu, jakby nad głową zawisł nam atomowy śmigłowiec. Monotonia nagrania jest pozorna, wszystkie bowiem elementy narracji żyją tu własnym, wewnętrznym życiem. Wątki poboczne rodzą się i umierają. W dwudziestej minucie doświadczamy czegoś na kształt delikatnego stoppingu – na prawej flance ktoś bije w post-elektroniczny dzwon, na lewej coś intensywnie chrobocze. Symfonia tajemnicy rozkwita! Z czasem flow zdaje się pęcznieć, nabierać prawdziwie niszczycielskich mocy. Ciśnienie rośnie! Pulsary rodzą się jeden po drugim i tańczą na całej szerokości naszej słyszalności – post-akustyczna polifonia w metafizycznym tańcu! Proces wybrzmiewania tego wulkanu emocji zaczyna się mniej więcej na cztery minuty przed końcem. Ostatnia minuta, to niemal zupełna cisza lub to, co zwykliśmy dotąd za ciszę uważać.




Susana Santos Silva  The Same Is Always Different (bandcamp, DL 2020)

Muzycznego trzęsienia ziemi ciąg dalszy! Przenosimy się do Porto i living roomu pewnego mieszkania, w którym czeka na nas trębaczka Susana Santos Silva. Kwiecień i maj this year, pięć ekstremistycznych prób preparowania dźwięku najprostszego instrumentu blaszanego. Wyłącznie udanych! Godzina dronowych emocji, a jakże! No i Susana, w formule tak radykalnej wypowiedzi artystycznej, jakiej jeszcze nie znacie.

Na dobry początek dwudziestominutowa pasja cierpiącej, skrzeczącej z bólu trąbki. Dron świszczącego powietrza, mały silnik wysokoprężny tuż przed wizytą u mechanika. Posmak post-elektroniki, swąd upalonej sierści rysia. Kreatywny minimalizm, który budzi emocje równe naszemu podziwowi dla wytrzymałości płuc artystki (domniemujemy, iż gramy 100% live!). Oddech okrężny, oddech nieśmiertelny. Pod koniec dźwięk, który przypomina zepsuty odbiornik radiowy. Całość gaśnie stylowo i z pełnym rynsztunkiem dramaturgii. Druga opowieść równie udanie… koi nasze zszargane nerwy – multifonia trąbek, jakbyśmy słyszeli przynajmniej trzy pasma. Cisza, spokój, urocze, acz monotonne wyczekiwanie na tak zwany ciąg dalszy. Szemrzące stado owadów znajduje punkt docelowy swojej podróży w rezonującej ciszy, tuż przed upływem ósmej minuty nagrania.

Trzecią historię budują ciężko pracujące wentyle trąbki. Świst wilgotnego powietrza, które ma problemy, by przedostać się poza jurysdykcję instrumentu. Bogactwo dronowej akustyki trąbki godne uwiecznienia nie tylko tymi słowami - od dźwięków lejącej się wody, po przesypujący się piasek pustyni. Oddech natury aż po najdrobniejszą strużkę fonii. Akcenty percussion i mechanicznej preparacji. Im dalej na tej płycie, tym lepiej, aż pióro recenzenta samo tańczy w dłoni – od spokojnego zefirka po prawdziwe wichry wojny. Brawo! Czwarta część, to znów kontrast. Susana proponuje estetykę ambientu – śpiew zakleszczony w obrębie blaszanego instrumentu, posmarowanego post-elektronicznym balsamem, rodzący się w samym gardle artystki. Wielowątkowa, nieco mosiężna, pozłacana gramatura dźwięku. Opowieść, która choć błyszczy w mroku, z czasem nabiera czerni, tajemniczości, by na finał rozpłynąć się aż po horyzont piekielnego nieba. Ostatni antrakt tej niezwykłej podróży – harsh & acoustic trumpet drone! Powietrze próbuje ucieczki po uszkodzonych wentylach. Boleść i drżenie tkwi u nasady ustnika, aż rodzi się w nim śpiew. Rodzaj trenu żałobnego nad losem dewastowanej rzeczywistości. Opowieść urywa się nagle, jakby ktoś wyłączył prąd całemu światu.




João Almeida Solo Sessions *​|​|​|​|  (self-released, CD 2020)

Z Porto przenosimy się do Lizbony, a na osi czasu cofamy do tegorocznego marca. Domowe pielesze zamieniamy na samotne ściany studia nagraniowego (Bairro das Colónias), gdzie na trąbce zagra dla nas (…wydobywał będzie przecudne, preparowane dźwięki!) João Almeida. Zdecydowanie najmłodszy z grona prezentowanych dziś portugalskich trębaczy proponuje nam osiem improwizacji, które potrwają łącznie 40 minut i 8 sekund.

Płyta, o wszystko mówiącym tytule Sesje Solowe, uzupełnionym wszakże o tajemnicze cztery kreski, zaczyna się od form krótszych, bystrych wprawek warsztatowych, bardzo ciekawie skonstruowanych dramaturgicznie, by w drugiej części zaproponować nieco dłuższe wypowiedzi artystyczne trębacza, z których przynajmniej dwie mogłyby być o kilka sekund krótsze.

Startujemy od akcentów percussion, powstałych poprzez dynamiczny kontakt ust i ustnika, z matowym pół echem i szorstkim posmakiem wyłącznie dobrych preparacji. Wentyle trąbki świszczą, wydają grzmoty, burczą, prychają, rozdają całusy, czasami nawet z języczkiem. Drobny popis artykulacyjny w pełni uzasadniony! Druga, jeszcze krótsza opowieść przypomina śpiew przez łzy. Wszystko wydaje się tu wibrować, czujemy zapach Milesa Davisa po dobrym kwasie. Trzecia, która przypomina trupie wyziewy, pełne mroku i chaosu, to garść wyjątkowo pięknych preparacji – prawdziwa magia hydrauliki blaszanych wentyli. Czwarta stawia na mikro frazy, cmokanie i szum wyjątkowo dźwięcznego powietrza.

W piątej części wyczuwamy zwiększoną wilgotność otoczenia. Trąbka przypomina małą maszynę ssąco-tłoczącą. W opowieści muzyka pojawiają się akcenty dynamiczne, nawet coś na kształt rytmu. Oddech jest szybki, dźwięki rżą niczym klacze tuż przed wieczornym kryciem. Suspens narracji czai się w zakamarkach repetycji. Szósta opowieść, to pierwsza z wcześniej wspominanych, nieco dłuższych form. Zaczynają ją drobne przyśpiewki ludowe - flow pulsuje, szuka rytmu i dynamiki. Muzyk tłoczy powietrze, stawia stemple, raz szybciej, raz wolniej, ale całość nie znajduje do końca punktu zaczepienia. Siódma część powraca do preparacji, jako najważniejszego narzędzia kreacji artystycznej – powietrze świszcze, jakby ktoś dezynfekował wentyle. Oddech szczura, chrobot chrząszcza i efektowne akcenty perkusyjne. Płytę wieńczy kolejna dłuższa ekspozycja. Rodzi się głęboko w tubie, a sam poród zdaje się być cesarskim cięciem. Moc ciekawych i niebezpiecznych dźwięków, ptasie zawodzenie i kocie repetycje. Krótka dłużyzna, ale już po 5 minutach poziom kreacji rośnie – Almeida szuka finałowej zadumy, prycha i podskakuje na rozgrzanych wentylach. Piękne zakończenie!




Luís Vicente  Maré (Cipsela, CD 2020)

Kontynuujemy wątek portugalskiej trąbki. Czas na ulubieńca redakcji - Luisa Vicente! Tym razem pandemiczny jest jedynie moment wydania płyty. Słyszymy bowiem na niej koncert zarejestrowany niemal trzy lata temu w Coimbrze (okoliczność opisana następującymi słowami: Convento de Santa Clara a Nova, Anozero - Bienal de Arte Contemporânea). Składa się z trzech części, które trwają niespełna 39 minut.

Koncert rozpoczyna matowy płacz trąbki, która zdaje się mieć nieco przytłumione brzmienie. Muzyk bez wątpienia znajduje się w dość dużym pomieszczeniu, jakkolwiek tembr jego blaszaka wskazuje na coś przeciwnego. Artysta pełen jest skupienia, prawdziwie portugalskiej powolności i dyktatu niegonienia za czymkolwiek. Opowieść charakteryzuje się niemal metafizyczną melodyką, która początkowo ukryta za parawanem narracji, szybko znajduje swoje ujście, nie bez udziału bardziej dynamicznych fraz i zwinnych pętli dramaturgicznych. Koncert dość szybko wchodzi w swoją drugą fazę. Tym razem Luis brudzi brzmienie instrumentu, bardziej koncertuje się na budowaniu długich pasaży, a melodykę pozostawia na dalszą część nagrania. Rysuje smugi cienia, toczy drobne strużki fonii, dyskutuje z pogłosem, zgłasza zdania odrębne. Najpierw wkracza w bardziej dynamiczną fazę, potem gaśnie i powraca do śpiewności początkowej fazy koncertu, a jego historia nabiera smutku, gorzkiego posmaku saudade.

Główna część koncertu znów rodzi się w melodii, równie matowej, jak przepełnionej pogłosem, jakby w dialogu z dźwiękiem, który odbija się od gramatury dużej przestrzeni sali koncertowej. Muzyk krok po kroku pnie się ku górze, a na jej szczycie znajduje odrobinę ciszy. Zaczyna na nią warczeć, pokrzykiwać, przekomarzać się. Szuka dramaturgicznej zaczepki, punktu, od którego mógłby zacząć na nowo swoją opowieść. Jest szybka sygnałówka i dłuższe pasaże z garścią wciąż powracającej melodyki. W połowie ponad 23-minutowej partycji muzyk decyduje się na pierwsze tego dnia preparowanie dźwięku. Pomysł wydaje się strzałem w dziesiątkę! Narracja nabiera mocy, improwizacja nadyma się, a flow skacze i podryguje, generując coraz ciekawsze dźwięki. Muzyk brnie wysokim wzgórzem, czasami jednak zagląda do krypty i gryzie czerstwą ziemię. Na koniec śpiewa drobne melodyjki, trochę niechcący głosząc ostateczny tryumf meta melodyki. Ostatnie dźwięki oddychają zdrowym oceanicznym blaskiem.




Meinrad Kneer  Vocabularies (Evil Rabbit Records, CD 2020)

Kontrabas solo! Berlin, listopad ubiegłego roku. Trzynaście improwizacji (zwanych pokrętnie kompozycjami), 47 i pół minuty żywej, pełnokrwistej narracji, zarejestrowanej bez jakiegokolwiek wspomagania, wydanej bez post-produkcyjnych ulepszeń. Przed nami Meinrad Kneer i jego ognisty strunowiec!

Masywny, mechanistyczny smyczek na gryfie olbrzymiego kontrabasu produkuje nam piękny barok! Choć drapieżny i bezkompromisowy, to jednocześnie lekki i nad wyraz zmysłowy. Otwarcie płyty w klimatach terrific chamber dużo obiecuje! Druga odsłona stawia na pizzicato, post-jazzowe, precyzyjnie skonstruowane, kolejna gruntuje ów pomysł, choć bardziej stawia na minimalizm i … techniczne fajerwerki, przy okazji stawiając pierwszy stempel dobrej preparacji. W czwartej części powracamy do smyczka, który lśni barokiem i błotem pod stopami. Ekspresyjny śpiew od dołu do samej góry i z powrotem! Free chamber as well! W piątej – perkusyjne pizzicato, z pałeczkami pomiędzy strunami, szumem wiatru i szmerem niepokoju – one man orchestra! W szóstej schodzimy do krypty – smyczek nuci tren żałobny, rodzaj kołysanki dla spragnionych wiecznego mroku. Kolejny epizod, to kilka delikatnych szarpnięć za struny, zaś następny – zwinny taniec placów po strunach. Wszystko bardzo efektowne, czynione w tempie, z kocią zwinnością.

W dziewiątej opowieści powraca smyczek. Jęczy na gryfie, prosi o łyk wody. Mechanika pięknej akustyki, podróż wysokim wzgórzem, ale bez nadmiernej ckliwości. Kind of chamber after death! Smyczek niczym piękna baletnica zdaje się drwić z szatańskich zalotów – od ciszy po hałaśliwy jazgot! Dziesiątka, to dla odmiany antrakt bez smyka, z jazzem pomiędzy strunami, nie bez perkusyjnych plamień. Jedenastka kontynuuje technikę gry, buduje wszakże dramaturgiczny suspens. Raz wolniej, raz szybciej tańczy nie bez swingowej zwiewności. Dwa ostatnie epizody, to już bezwzględne panowanie smyczka! Najpierw garść swobodnego i siarczystego baroku. Mamy wrażenie, że włosie smyczka ciągnie się aż po nieboskłon. Moc wrażeń i emocji – pełne spektrum dźwiękowe akustycznego strunowca. Finał zdaje się stać w miejscu i powoli topić w bagiennym mule. Pełen lamentu, czerstwy strumień dźwiękowych wspaniałości. Deep & down harsh! Artysta buduje ołowiany dron i schodzi z nim ze sceny wprost do głębokiej piwnicy. Na ostatniej prostej wydaje jeszcze ze swego instrumentu kilka wysokich, ale zadziornych okrzyków. Odnajduje ciszę z wypiekami na twarzy. Brawo!




Mia Zabelka  Myasmo  (Setola Di Maiale, CD 2020)

Czas na ostatni epizod naszych pandemicznych solówek. Mia Zabelka na skrzypcach, z wykorzystaniem własnego głosu, w koncertowych ujawnieniach z lat 2018-19 – kolejno z Londynu, francuskiego Le Havre, Wiednia i norweskiego Tønsberg. Cztery swobodnie skomponowane improwizacje, łącznie 52 i pół minuty.

Zaczynamy w skąpych przestrzeniach londyńskiego Iklectik. Dźwięk wydaje się być zbierany jednym mikrofonem, brzmienie skrzypiec jest brudne, stłamszone, zatem niebywale intrygujące, mimo incydentalnie pojawiających się niemal basowych przesterów. Mia śle ostre, wysoko podwieszone frazy, czyniąc wszystko z minimalistycznym sznytem i odrobiną kameralnej zadumy. Wirtuozeria wykonania w punkowych okolicznościach brzmieniowych! Skrzypcom dość szybko towarzyszyć zaczyna głos artystki – improwizowany pół scat, szepty i kocie piski. W momentach, gdy osią dramaturgiczną staje się ów głos, strunowiec pięknie podkreśla wagę chwili akcentami post-perkusjonalnymi. Płyną do nas dźwięki pełne emocji, rzadko skoncentrowane na melodyce, pozbawione słodyczy, raczej bliższe agresji. Brzmienie całości sprawia, iż narracja momentami ociera się o akustyczny noise. Drugi koncert wprowadza więcej post-kameralnej powolności, samo brzmienie instrumentu zdaje się być czystsze i bardziej przestrzenne, choć nadal surowe. Faza wokalno-instrumentalna zaczyna się już w połowie czwartej minuty – zgrzyty na gryfie, pisk strun i wokalne całowanki, bliskie estetyki Billiany Voutchkovej. Czynione na dużej dynamice są doprawdy imponujące! Gdy Mia wchodzi w stan śpiewu, skrzypce kontrapunktują niemal z rockową ekspresją. Po 10 minucie możemy już mówić o małym hołdzie, składanym estetyce punk’s not dead!

Lądujemy w rodzinnym dla artystki Wiedniu. Na początku akcenty kreatywnego minimalizmu, wszakże nie bez ognia na gryfie i zadziornych fraz. Bogaty arsenał technik artykulacyjnych i improwizatorskiej wyobraźni. Przy okazji odnotowujemy najlepszą, jak dotąd jakość brzmienia skrzypiec. Faza gadulstwa przypomina salonowe pląsy i dworskie igraszki. Aura chamber wzmaga siłę śpiewu, który przypomina żałobny tren. Akcja zdaje się tu gonić akcję – szczególnie udana jest faza finałowa, stawiająca na bystre preparacje jakże czysto brzmiących w Wiedniu skrzypiec. Ostatni, norweski koncert - powraca brudny tembr strunowca. Trochę minimalizmu i na poły wokalnego zawodzenia. W tej fazie dużo zabawy – syczenie, miałczenie, charczenie i pokrzykiwanie. Tuż po niej – schemat dramaturgiczny zostaje zachowany – moment dłuższych, śpiewanych fraz. Bystre post-chamber do kielicha z czymś dobrze zmrożonym! W drugiej części utworu sporo nowych elementów – akcenty para taneczne, szorowanie strun w niemal industrialnej estetyce, a także faza minimalistyczna, poszukująca utraconej melodyki, poniekąd także brudnego brzmienia. Na samo zakończenie galopada myśli i dźwięków, nawet dość hałaśliwa, która kończy zbiór koncertowych epizodów na zadziorne skrzypce i zalotny głos damski.


*) Wikipedia: Nagrywanie binauralne – technika nagrywania dźwięku za pomocą dwóch mikrofonów, umożliwiająca słuchaczowi precyzyjną lokalizację w przestrzeni zarejestrowanych sygnałów akustycznych i tym samym stwarzająca dźwiękową iluzję przebywania w miejscu, w którym dokonywano nagrania. Bywa mylona ze stereofonią.




piątek, 6 marca 2020

Loplop! Malignae! Casswell! Anticlan! PPPT! Why my guitar does not gently weeps!


Dziś czas na prawdziwe guitarquake!!! Pięć płyt, pięciu dalece intrygujących gitarzystów, gatunkowy melting pot i emocje od ognistego dołu do niebiańskiej góry! Oczywiście nie tylko gitary decydują o obliczu muzyki, o której za chwilę porozmawiamy, ale to one są dziś głównym powodem owej dysputy! Każda z nich inna, każda frapująca, każda wyposażona w ładunek indywidualnego szaleństwa!

Zaczniemy od, jak zawsze nad wyraz kreatywnej, Skandynawii i tria Loplop, potem Barcelona i czarna, jak tylko to możliwe Malignae! Oddech (bezdech?) na gitarę solo ze Zjednoczonego Królestwa, a w dalszej kolejności - międzynarodowy, choć z Rotterdamu, Anticlan oraz tajemnicze trio krajowego chowu, które wydaje płyty z częstotliwością raz na miesiąc i jeszcze nazywa swą muzykę spontaniczną!!!! Pierwsza płyta z dziś omawianych ukazała się dziesięć dni przed końcem starego roku, pozostałe pozycje, to tegoroczne świeżynki. Rok 2020 zaczyna się doprawdy ogniście!




Loplop  Loplop (Gotta Let It Out, CD 2019)

Słowo się rzekło, lądujemy w portfelu wydawniczym duńskiej oficyny Gotta Let It Out, a na scenie miejsca zwanego RMC (studio, klub?) witamy szwedzkiego Amerykanina i Norwegów - Jon Lipscomb na gitarze elektrycznej, Dan Peter Sundland na gitarze basowej oraz Ole Mofjell na perkusji. Rzeczone power & fire trio zwie się Loplop, a prezentuje nam swoje debiutanckie dziecię bez tytułu własnego.

Pięć improwizacji, budowanych zapewne w oparciu o scenariusze, tudzież zapiski kompozytorskie, trwa dokładnie 55 minut i 35 sekund. Każda z nich jest rozbudowana (od prawie siedmiu do niemal siedemnastu minut), pełna zaskakujących zwrotów akcji, pokomplikowana dramaturgicznie i niepozwalająca odbiorcy na choćby nanosekundę nudy. W wielu momentach określenie power trio wydaje się trafne, albowiem estetyka ostrego rocka, przyprawionego zdrowym, post-jazzowym sznytem bliska jest upodobaniom artystów, ale też nie oddaje całego bogactwa ich muzyki, niezliczonych pokładów ekspresji i niewyczerpalnych zasobów artystycznej kreacji.

Od pierwszej sekundy słyszymy, iż heavy-psycho-rockowa gitara będzie tu rządzić, stawiać wymagania i egzekwować wszelkie, wcześniejsze ustalenia. Jako że partnerów ma nie byle jakich, bo i basówkę stać tu na wiele, zarówno na etapie budowania potężnej narracji, jak i swobodnej improwizacji, a kocia zwinność perkusji też budzić musi nasze uznanie, to zadanie wydaje się łatwe i nieskomplikowane. Utwór otwarcia jest najkrótszym fragmentem płyty, koncentruje się głównie na dynamicznym, meta rockowym wyznaczeniu terenu dalszych eksploracji. Bystre tempo i adekwatna gęstość narracji - od rockowego drive’u po trzy swobodne strumienie improwizacji. W drugiej opowieści muzycy odstawiają nieco rockową estetykę i brną coraz śmielej w bystre interakcje, skutecznie szukając psychodelii i nigdzie się nie śpiesząc. Wszystko pięknie narasta i lepi się do siebie – barokowy przepych zdarzeń, tudzież młodzieńczy temperament i wigor w kreowaniu ekspresyjnego zakończenia.

Trzeci utwór zdaje się być kluczowym dla obrazu całości. Dość spokojnie otwiera ją bas wraz z perkusją. Gitara podłącza się po krótkiej chwili i łapie swobodny, psychodeliczny dryl, po czym wiedzie narrację w najprzeróżniejsze zakątki – nie brakuje w nich plastrów ciszy, a opowieść budowana jest bardzo skrupulatnie. Po upływie piątej minuty muzycy idą śmiało w galop, który z czasem przybiera niebywałe barwy. Szczególnie ciekawie jest w momencie, gdy gitara zaczyna repetować, a bas i perkusja, miast gnać na zatracenie, zaczynają szukać niuansów i dramaturgicznych pętli. Ogień rocka, wysublimowanie swobodnej improwizacji i artystyczna bezczelność prowadzą muzyków na sam szczyt. W dziele niszczenia naszych przyzwyczajeń bardzo przydatne okazują się: świetny warsztat instrumentalny artystów, niemal zwierzęca elastyczność i brak jakichkolwiek zahamowań stylistycznych. Czwarty utwór pokazuje jeszcze jedno oblicze Loplop – spokojne, niemal balladowe intro, bystrze nabiera mocy, a kołem zamachowym wydaje się być nade wszystko aktywny i niebanalny drumming. Na finał tej części muzycy śmiało otwierają przed nami wrota post-gitarowego noise. Część piąta, ostatnia i kolejne, nowe oblicze tria – sporo wyważonych preparacji, szelestów, szmerów i tajemniczych fonii. Znienacka atakuje nas … saksofon, który brzmi niczym młody Evan Parker, budujący podwaliny gatunku. Gitara Jona brzmi po bailey’owsku, a całą narrację możemy, bez jakiegokolwiek ryzyka popełnienia błędu, potraktować jak tribune to british freely improvised music! Brawo za finał, brawo za całą płytę! 




Malignae  Energía [tan] oscura (Discordian Records, DL 2020)

Gitarowych szaleństw ciąg dalszy! Barcelona, także Bogota, okoliczności studyjne w latach 2017/18 - kilka różnych, także personalnie sesji. Post-black metalowa Maligna na swym debiutanckim wydawnictwie proponuje nam jakby dwie podpłyty – w utworach nieparzystych: Diego Caicedo (gitara, głos, dyrygentura) oraz trzej kontrabasiści: Alex Reviriego, Carlos Ródenas oraz Eduard Altaba, w utworach parzystych: Diego Caicedo – gitara i bas elektryczny, Carlos Jorge – wokal i Cristian Sarmiento – perkusja. Dziewięcioczęściowa drama trwa 35 minut i 41 sekund.

Ciemna (a jakże) energia, to album definitywnie dwubiegunowy, choć światy muzyki improwizowanej (część nieparzysta) i blackmetalowej (część parzysta) mają tu ze sobą wyjątkowo po drodze. Estetyka mroku, egzystencjalnego zwątpienia, artystycznej desperacji i demonicznego nastroju są naturalnym atrybutem obu wspomnianych wątków muzyki współczesnej, które łączy personalnie szef całego przedsięwzięcia, kolumbijski rezydent Barcelony, gitarzysta Diego Caicedo. Muzyk, z którym znamy się doskonale choćby z wydanych w Polsce albumów Low Vertigo i Hung Mung.

Płytę otwiera świst gitary, która dostała zbyt dużą dawkę zasilania elektrycznego. Towarzyszy jej szeroki strumień masywnego, trójgłowego kontrabasu. Smyki na gryfach kręcą świdry, odzierają je ze skóry, gitara topi się w metafizycznym wrzasku, który dodatkowo stymuluje głos, póki co, dość ludzki. Riffy sfuzzowanej gitary otwierają przestrzeń rockowego black – twardy bas, bystra perkusja i growlowy wokal czynią swoją powinność zgodnie z arkanami mrocznej sztuki. Zmienne tempo narracji, początkowo statyczne, potem dalece dynamiczne, całość wyrafinowana, bez specjalnych gatunkowych ekstremów, także ze sporą dawką psychodelii i sznytem latynoskiego temperamentu. Powracamy do wątku improwizowanego – narrację buduje stojący dron sprzęgającej się gitary, który stanowi tło dla czeredy kontrabasów. Te ostatnie, z smykami na sztandarach, ryją nam mózg egzystencjalnymi wątpliwościami, a demony szepczą do ucha wyłącznie złe komunikaty. Kontrapunkt black w części czwartej stawia na łamanie rytmu wedle dobrych wzorów amerykańskiego hc/punk sprzed trzech dekad, mantryczność powtórzeń i bystre solo gitary, czynione na dalece już zaawansowanej dynamice.

W piątym epizodzie kontrabasy stawiają na technikę pizzicato. Gitara włącza się w budowanie narracji, czyniąc ów fragment być może najbardziej zrównoważonym emocjonalnie na całej płycie. Czarna pieczęć części szóstej początkowo toczy się dość statycznie. Głos niemal recytuje krzykiem, gitara przywołuje znajome strachy. Skok w galop emanuje precyzją wykonania, a gitara odpływa jako pierwsza. Siódma, czyli znów improwizowana – kontrabasy brną w tempie godnym blackend, brzmią jak armia straceńców, gitara błyszczy zimnym ogniem, całość bliska zdaje się być bliska ściany dźwięku. Gitara potrafi tu sypać syntetyczną post-elektroniką, karmić nas białym szumem, a każdy z kontrabasów snuje swój separatywny wątek. Brawo! Komentarz black tria wydaje się jeszcze dosadniejszy – huraganowe tempo, ekspozycja wszelkich emocji, multiplikujący się growl. Potem bystre zejście w przestrzeń zwinnego post-rocka i brutalny powrót do wątku głównego. Dobijamy do dziewiątej części – gitara sprzęga się na potęgę, smyki piłują struny wyjątkowo nisko, a zaraz potem wysoko. Moc kreatywnego szaleństwa wiedzie Malignę na spotkanie z ostatnim dźwiękiem. Gitara płonie okiełznanymi już wątpliwościami.




Rex Casswell  Bricolage (Confront Recordings, DL 2020)

Nic tak skutecznie nie odda wielowymiarowości współczesnej gitary, która za nic ma podziały gatunkowe i jakiekolwiek samoograniczenia w zakresie sposobów wydawania dźwięków, jak jej ekspozycja solowa. Przed nami muzyk, który od lat funkcjonuje na obrzeżach wszelkich muzycznych obrzeży (przez co jego dyskografia jest nad wyraz skromna), Rex Casswell i solowa, improwizowana propozycja na gitarę akustyczną i elektryczną, po części także konceptualna, ale o tym za moment. Siedem części, trzy kwadranse wrażeń – zapewniamy - dalece wielowymiarowych. Nagrania z miejsca zwanego Sweet Factory, Louth, Lincolnshire, dwa dni grudniowe w roku 2018.

Bricolage, to przykład gitarowej ekspozycji, którą śmiało zaliczyć możemy do działań radykalnie poszerzających techniki wydobywania dźwięków ze strun i wszystkiego, co jest z nimi fizycznie związane. Muzyk, przygotowując się do żmudnego procesu permanentnego preparowania swoich gitar, przyjął pewne założenie. W każdym z utworów konsekwentnie korzysta on z jednego przedmiotu, bądź z jednej metody preparowania, od pierwszej do ostatniej sekundy nagrania. Jakie wykorzystuje przedmioty, jakie stosuje metody, można częściowo wywnioskować, analizując tytuły poszczególnych części. Zainteresowanych odsyłamy do bandcampowej strony wydawcy, radzimy wyposażyć się w dobry słownik angielsko-polski. My zaś ograniczymy się do krótkiego opisu każdego fragmentu tej niezwykłej, zarówno pod względem akustycznym, jak i dramaturgicznym, płyty.

Struny gitary traktowane są nad wyraz dynamicznie jakimś ostrym przedmiotem. Wszystko trzeszczy, skrzypi, jęczy pod naporem mocy, dźwięcznie pokrzykuje. Odnosimy wrażenie, iż w tym procesie uczestniczy jednocześnie gitara elektryczna i akustyczna, a całość w konsekwencji nabiera elektroakustycznej poświaty. W drugiej części – wszystkie przedmioty uczestniczące w procesie definitywnie zdają się cierpieć. Ściskanie, rozciąganie, dewastowanie – oto nowy wymiar improwizującej gitary. Aż trudno uwierzyć, iż dźwięki, które słyszymy, to naprawdę gitara. Narracja, nie jedyny raz na tej płycie, poszukuje wewnętrznego rytmu i szuka adekwatnej dla sytuacji scenicznej tekstury. W kolejnym epizodzie słyszymy warkot … silnika spalinowego. Motoryka tajemniczych dźwięków, która stawia nieustanne pytania o źródło ich pochodzenia. Czwarta część – znów siła i ekspresja strunowych dewastacji. Dźwięki w nieco wyższych pasmach, dynamika narracji, która szuka gęstszych struktur, na granicy rytmiki repetytywnej, nie bez akcentów para perkusjonalnych.

Do piątej improwizacji zaprasza nas znów mechanika – jakby świder, wentylator, który rozrzedza gęste powietrze wnętrza. Struny w oczekiwania na dewastację prychają dźwięcznymi foniami, czyniąc opowieść delikatnie dronową, pozbawioną dynamiki. Kolejny fragment – pocieranie metalu o metal, mechaniczna ekspozycja niemal całkowicie pozbawiona typowych dla muzyki atrybutów. Masa trudnych w odbiorze fonii, podawana z epickim rozmachem. Zmiana goni tu zmianę, a całość po czasie niespodziewanie osiąga stan post-mechanicznego ambientu, który rezonuje ze wszystkim, co napotka na swojej drodze. Wreszcie finałowy odcinek płyty – powrót do ostrych dewastacji fonii naprawdę … gitarowych. Dotkliwy dźwięk goni tu dźwięk jeszcze bardziej dosadny. Narracja staje się istotnie efektowna – rodzaj polirytmii, odwróconej tekstury, funk in hell! Po piątej minucie słyszymy wyraźnie, iż muzyk kardynalnie powrócił na gryf gitary, a całość intrygująco wybrzmiewa.




Anticlan  Close To The Bone (Creative Sources, CD 2020)

Wypadałoby teraz zapowiedzieć coś odrobinę relaksującego, ale nie dziś! Kolejna petarda z ważką rolą gitary elektrycznej staje u naszych wrót – zwie się Anticlan! Pierwsza płyta tej formacji istotnie zachwyciła nas jakieś dwa lata temu (co znalazło także odzwierciedlenie w podsumowaniu roku 2018). W studyjnych okolicznościach Rotterdamu, w trakcie zabawnego roku ubiegłego, spotykamy takich oto muzyków: Hugo Costa – saksofon altowy, Josué Amador – gitara elektryczna oraz Philipp Ernsting – perkusja. Artyści będą improwizować przez 48 minut i 49 sekund, a ich opowieść składa się z sześciu epizodów. Bez zbędnych introdukcji recenzenckich przechodzimy do omówienia muzyki posadowionej Tuż Przy Kości.

Bystry circle drumming i post-rockowa, groźna gitara, zasilana gęstym strumieniem prądu zmiennego, witają nas w przestrzeni swobodnej, choć dramaturgicznie uporządkowanej improwizacji. Masywne intro, w trakcie którego gitara ślimaczy się i rozgląda na wszystkie strony, podczas gdy perkusja realizuje całkiem żwawy galop. Po stu sekundach do gry wchodzi saksofon, który maluje freejazzowe bazgroły, a gitara milknie. Gdy po niedługiej chwili powróci, silnie się sprzęgając, narracja będzie już do samego końca płyty tworzona w pełni kolektywnie, przy udziale wszystkich aktorów tego widowiska. Z sekundy na sekundę opowieść pęcznieje, nabiera psychodelicznego sznytu, niesie w sobie pewien suspens, jakkolwiek stąpa po ziemi wciąż twardą stopą. Intrygujące, iż każdy z instrumentów płynie tu jakby własnym tempem, improwizuje swoją bajkę, ale całość wydaje się być wyjątkowo zwarta, a poszczególne jej elementy dobrze skorelowane. Druga opowieść delikatnie traci impet. Gitara sunie post-jazzem, saksofon szuka inspiracji w historii gatunku, a perkusja liczy krawędzie. Rodzaj krótkiej meta ballady, która nie stroni od preparowania dźwięków, zwłaszcza na gryfie gitary. Wejście w trzecią część rekompensuje nam chwilowe braki w zakresie dynamiki – aktywny drumming, saksofonowe repetycje i gitara, która szuka akcentów psychodelicznych po stronie ambientowych plam. Nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni, elementem stymulującym rozwój wydarzeń na scenie jest perkusja. Rośnie ekspresja, szczególnie w tubie saksofonu, gitara repetuje, a finał epizodu trio odnajduje w zwinnym galopie.

Druga część płyty przenosi nas już w meta przestrzeń post-rockowej psychodelii, tak charakterystycznej dla pierwszej płyty Anticlan. Na starcie czwórki klimatyczna powolność – perkusyjne preparacje, dyszący alt i gitara, która rezonuje z martwym powietrzem. Narracja buduje się jakby sama, klejąc do siebie poszczególne składniki – szczyptę zadumy, artystyczne wątpliwości, dystans wobec siebie i każdego dźwięku. Gitara odpływa jako pierwsza, saksofon w komentarzu plecie cudne mikro melodie. Piąta opowieść rodzi się na drżących talerzach. Wycofany saksofon i gitara, która alchemicznie skrapla wilgotne oddechy muzyków. Znów świetne momenty perkusji, której nie brakuje chęci i pomyślunku do budowania bazy dla pozostałych instrumentów. Saksofon brnie zwinnym post-jazzem, gitara tańczy post-funkiem, po czym wszyscy na scenie błyskotliwie tłumią emocje i płyną rozlanym strumieniem dźwięków do samego końca, potwierdzając, iż to ich ulubiona bajka. Szósta, ostatnia improwizacja, trzyma psychodeliczny klimat – perkusjonalne błyskotki, gitara zaplątana w śliskie struny, saksofon stawiający regularne stemple nieco z oddali. Z czasem opowieść nabiera wigoru, rośnie jej energia kinetyczna. Gitara tym razem szuka rockowego hałasu, a to w tubie saksofonu zdaje się być najwięcej kwasu. Narracja nie intensyfikuje się jednak linearnie - perkusja i gitara idą wspólnie w galop, ale saksofon stoi w miejscu i mantruje na potęgę. Po pewnym czasie także on daje do wiwatu i trio nabiera zmysłowej intensywności. Finał godny całej, chwilami definitywnie błyskotliwej płyty. Opowieść gaśnie przy altowym zaśpiewie.




Parampampam Trio  PPPT EP#30 (Self-bandcamp, DL 2020)

Czas na zapowiadaną już w preambule dzisiejszej zbiorówki … muzykę spontaniczną! Trio zwie się niezobowiązująco Parampampam, pochodzi z Olsztyna, nagrywa już od ponad dekady i właśnie wydało swoją … trzydziestą ep-kę. Z radością zatem witamy na Trybunie Muzyki Spontanicznej załogę w składzie: Andrzej Koczan – bas, Darek Dzwolak – perkusja oraz Paweł Nałysnik (gitara, saksofon). Cztery ponumerowane improwizacje, ponad 36 minut (niezła ep-ka!).

Gatunkowy punkt wyjścia dla improwizacji, zarówno tej predefiniowanej, jak i całkowicie swobodnej, jest … tylko punktem wyjścia. W przypadku PPPT jest nim muzyka rockowa, ta bardziej w blasku post, dynamiczna i transowa muzyka, która lubi także pohałasować (noise forever!). Nie znamy, rzecz jasna, wszystkich poprzednich dwudziestu dziewięciu płyt tria, zatem nasze sądy budujemy głównie na zawartości ostatniego nagrania. A wskazuje ono, iż muzycy już dość dawno opuścili ów punkt wyjścia i pięknie toną w oceanie swobodnych, ponad gatunkowych form, a wszystko, co dobre i wartościowe nie jest im obce.

Na wydawnictwie PPPT EP#30 budzimy się w oparach gęstego, mrocznego, gitarowego ambientu, które stempluje repetujące sprzężenie elektryczne, rodzaj gitarowego riffu, nieznanego do końca pochodzenia. Miarowy zgrzyt talerzy rozpoczyna budowanie narracji właściwej. Po trzeciej minucie gitara i bas wplątują w ów hard-ambient ślady rockowej struktury. Wirująca psychodelia też jest już udziałem muzyków. Gonią ku ścianie dźwięku zwinnie i w dobrym tempie. Drugi epizod otwiera porcja ambientu, która nosi już znamiona harshu. Deep drumming proponuje umiarkowanie spokojne tempo. Dronu bas niemal stoi w miejscu, powietrze jest gęste i parne. Ledwie po kilku krokach trio znów osiąga ścianę dźwięku, ale jej struktura wydaje się być bardziej mgława i nieoczywista, niż w pierwszym odcinku. Narracja pęcznieje, rozrasta się, ale cały proces jest bardziej ekstensywny niż intensywny. Post-ambientowy dron topi się w egzystencjalnej zadumie, zaś perkusyjna mantra realizuje końcową marszrutę.

Trzecia część budowana jest przez perkusyjny rytm, pełen post-punkowych odniesień i ambient sfuzzowanych gitar. Flow jest brudny, ocieka zimnym potem, drży i złorzeczy. Wątki gitarowe toczą się w jego głębi, niektóre z nich poznajemy tylko przelotnie. Na finał zmysłowy harsh ambient milknie, dzięki czemu perkusja i czyste rockowe wiosła mogą nas nieść wzgórzem, które możemy śmiało nazwać udanym wspomnieniem po Joy Division. Czwarta, ostatnia historia – post-rockowa, kolektywna narracja. Bas i perkusja stawiają rytmiczne stemple, gitara tryska kreatywnością w wielu wymiarach, czyniąc jakby mimochodem krótkie resume gitarowego new wave & psycho w ujęciu historycznym. Całość błyskotliwie narasta, bas też dokłada swoje cegiełki, a perkusja bije sercem całego świata. Gitara sprzęga się, tarmosi struny, tańczy sama ze sobą mały rytuał szaleństwa. Post-rock, który kipi emocjami! W połowie dziewiątej minuty bas i perkusja gasną w ułamku sekundy, a szczęśliwe zakończenie płyty jest już udziałem samotnej gitary, która rozlewa się soczystym ambientem.



piątek, 14 września 2018

El Pricto! Triplezero! Anticlan! Sly & The Family Drone! Peixe Frito! Wasteland! MIA! Kern! Total Improvisation Troop! Dalibert! The summary for last days of summer - big excitement guaranted!


Kalendarzowa jesień za pasem, szczęśliwie lato jednak nie odpuszcza. Trudno doświadczyć nudy. Także, w muzyce improwizowanej!

Dziś dziesięć płyt do odczytania. Jak zwykle mieszanka prawdziwie piorunująca – od grind rocka i doom metalu, po elektroakustykę i kojące dźwięki wprost z klawiatury fortepianu. A wszystko naznaczone piętnem improwizacji! Także kolejna porcja nowych nazwisk do zapamiętania. Dzień, jak co dzień na Trybunie!

Katalonia w prawdziwie demonicznym wydaniu, niebanalna Holandia, takaż Anglia, kwiecista Portugalia, szczypta Niemiec, Kanady i Francji. Let’s go and crazy!




El Pricto/ Diego Caicedo/ Javier Garrabella/ Vasco Trilla  Demonology (Discordian Records, 2018)

Wenezuelski saksofonista El Pricto, to prawdziwie renesansowa postać. Szef najważniejszego dla muzyki improwizowanej labelu Barcelony, Discordian Records, uwielbia literackie i artystyczne inspiracje dla muzyki, którą tworzy. Najnowsza pozycja w katalogu zwie się Demonology i jest kompozycją będącą pokłosiem … 72 demonów Ars Goetia, zaczerpniętych z siedemnastowiecznego dzieła The Lesser Key Of Salomon The King. Składa się z tyluż fragmentów, trwających od … 1 do 3 sekund. Muzycy układają z tych mikrofraz dłuższe, muzyczne wypowiedzi. Repetycje, permutacje, skróty i rozwinięcia – gęsta, usiana zasiekami, zdyscyplinowana improwizacja, prowadzona wg precyzyjnych wskazówek kompozytora.

Efekt kipi emocjami, a także precyzją i determinacją w zakresie wykonania koncepcji kompozytora. Dostajemy 25 minutową, dynamiczną, poszarpaną, multigatunkową ekspozycję, budowaną w estetyce, będącej krwistą mieszanką grind-core punk, noise rocka i free jazzu. Polecam szczególnej uwadze graficzny zapis tych mikrokompozycji! Zresztą same tytułu mówią już wiele: black metal, thrash metal, death metal, free, solo, slow doom metal, broken rhythm, blast, beat, grind core, hard core, short loops, latin, epic, extended technique, ha-ha-ha, short growl, drum fill i …żagań (pisane z polskimi znakami diakrytycznymi!).

Historia muzyki zwichrowanej w pigułce! Postmodernistyczna moc wielkiej kreacji - strzelisty saksofon altowy El Pricto, ostra, niemal doom metalowa gitara Diego Caicedo, elektryczny bas Javiera Garrabelli i mocna, zmysłowa perkusja Vasco Trilli. Gdybyśmy zechcieli poszukać całkiem współczesnej, muzycznej inspiracji dla Demonology, to trop może być tylko jeden – Naked City Johna Zorna.




Triplezero 000 (Binary Sorrow/ Antinomia Records, 2016)

Pozostajemy w stolicy Katalonii, ciągle jest z nami Vasco Trilla (perkusja, a także tabla). Obok niego Pablo Selnik na fletach (silnie amplifikowanych) i Denys Sans, odpowiedzialny za elektronikę. Muzyków wspomaga głosem Eric Baule. Formacja zwie się Triplezero. Płyta 000 nie jest może najświeższą pozycją edytorską, dotarła do nas jednak dopiero tego lata. Zawiera, bazująca na skomponowanym materiale, improwizowaną muzykę … death/doom metalową, tworzoną dokładnie przy pomocy instrumentarium, wymienionego wyżej. Przedrostka post możemy w odniesieniu do tej muzyki używać bez ograniczeń. Zajrzyjmy głębiej do tego szalonego przedsięwzięcia artystycznego.

Zaczynamy ścianą post-black metalowego hałasu. Atak dźwięków serwowany naprzemiennie z  pasmami niskiej, złej elektroniki, zdobionymi głosem typowym dla trawestowanego gatunku (teksty Selnika, inspirowane literaturą H.P. Lovercrafta, nie dla osób mniej tolerancyjnych obyczajowo i światopoglądowo). Rodzaj plemiennego rytuału inicjacyjnego. Być może także rodzaj gigantycznego żartu stylistycznego. Kolejne siedem utworów, to krótkie, niekiedy lapidarne perełki noise’ elektroniki z demonicznym głosem i doskonałą perkusjonalistyką Vasco. Slow metal drums, zgiełk fletu na dużym prądzie, brzmiący jak armia gitar elektrycznych, ołowiana elektronika, post-techno zasklepione w krypcie grobowca, interludia noise and industrial, robotyka wirtualnych maszyn, także minuta z czystym dźwiękiem … tabli. What ever you want! Kolejny żywy (i syntetyczny) dowód na monstrualny eklektyzm barcelońskiej sceny muzycznej.

Płytę wieńczy 17 minutowa pieśń tytułowa. Epicka w rozmachu, chwilami genialna w doborze artystycznych środków wyrazu. Pulsujący dron, repetycje, brudny, tłusty sound post-techno. Flet pod wysokim napięciem, elektroakustyka spod dłoni i stóp Trilli, bogata, ciągle zmieniająca się narracja. Wreszcie multiplikująca się tabla, która po 13 minucie, wspierana oniryczną elektroniką, prowadzi nas na pola niemal metafizycznego chill-outu. Na sam finał siarczysta post-elektronika w formie śmiercionośnej mantry. Płyta jedyna w swoim rodzaju, nagrana za pierwszym podejściem, bez post-produkcji!




Anticlan  Volcano Hour (Creative Sources, 2018)

Przenosimy się do Holandii. Na studiu nagraniowym 2/3 power improv trio Albatre (Hugo Costa na saksofonie altowym, Philipp Ernsting na perkusji) w towarzystwie gitarzysty Josué Amadora. Swobodna improwizacja pod nie byle jakim szyldem Anticlan i prawdziwie eksplozywnym tytułem. Dodajmy, obok wybuchów wulkanu, czekają nas także powolne strumienie stygnącej lawy.

Sześć niebywale intrygujących opowieści, zbudowanych przez dobry, uważny, gęsty drumming, gitarę z prądem, lontem do silnie avant-rockowego brzmienia i ze szczyptą zdrowej psychodelii pomiędzy strunami, wreszcie saksofon altowy, który świetnie się z nimi komponuje, choć nie ma zwyczaju wychodzenia przed szereg. Dalece swobodna wymiana dźwięków, lekko zaczepiona w estetyce free jazzu, niestroniąca od rockowych emocji, płynąca szerokim strumieniem od ciszy do hałasu i z powrotem.

Drugi i trzeci fragment skrzy się pięknym, wręcz medytacyjnym klimatem. Uroda gitary eksploduje – minimal deep improve! Amador nie waha się wkraczać w post-industrialną estetykę. W czwartym rośnie poziom decybeli, kind of true power trio. Znów gitara wywołuje wytrysk endorfin u recenzenta. Gdy zamilknie, para sax & drums pięknie ucieka we free jazzowy galop. Costa ma tu swoje pięć minut i perfekcyjnie z tego korzysta. W kolejnej piosence powraca quite stream, zdobiony ornamentami pulsujących strun, przedmuchanych dysz i konwulsyjnej pracy werbla i tomów. Sporo rockowej ekspresji, tu zbyt gwałtownie wyciszonej. Finał umila nam aktywny drumming, wokół którego koncentruje się niespokojny alt i szklista gitara. Świetna płyta!




Sly & The Family Drone  Live at Café Oto (Bandcamp?, 2018)

Mokry od potu karnawał chaosu! To nie jest bynajmniej epitet recenzenta, ale konstruktywna samoocena muzyków. Lubimy na tych łamach stylistyczną egzotykę, niepokorność i zdrowy hałas, zatem czym prędzej odkrywamy karty. Formacja Sly and The Family Drone, to na ogół duet: Matt Cargill – głos, efekty, elektronika i Callum Joshua Buckland – perkusja. Parę dni temu pisaliśmy o ich wspólnej płycie z Dead Neanderthals. Tym razem ich osobna, najnowsza produkcja – koncert z londyńskiej mekki free improve, czyli klubu Cafe Oto! Dwa półgodzinne sety.

Drapieżny, gęsty i bezkompromisowy melanż żywej perkusji i elektronicznych, hałaśliwych pasaży w dalece punkowej estetyce. Równie żywiołowa publiczność w klubie, zdecydowanie podnosi temperaturę spektaklu. Rock and noise improvised as well! Gorący temperament muzyków i główny parametr podlegający procesowi improwizacji, czyli natężenie dźwięku. Triumf artystycznej swobody i naprawdę bezczelnego wykraczania poza dostępne gatunki. Ekstremalizm wyniesiony do rangi sztuki. Prawdziwie chocholi taniec till to death. Ciekawy moment pod koniec pierwszego seta – solowe expose perkusji, na tle drona niskich częstotliwości i zapach upalonego electro!

Choć trudno to sobie wyobrazić, drugi set jest jeszcze gorętszy. Elektronika wsparta samplami płonie dalece intensywniej (żadna gitara nie byłaby chyba w stanie generować takiego przekazu fonicznego!). Pedał gazu wciśnięty maksymalnie. Na finał drummer włącza turbodoładowanie, a na scenie pojawia się wiele przypadkowych instrumentów dętych (wedle słów naocznych świadków, przyjaciele grupy podłączyli się pod występ!). Zgiełk i znój. Cierpienie i odkupienie. Doprawdy, efekt jest frapujący!




Peixe Frito  Jazz From Here. 11.02.1918 (Last Pork Records, 2018)

Zdecydowanie zasłużyliśmy na moment oddechu! Doskonałym wyborem będzie zatem portugalski kwintet Peixe Frito (po naszemu – smażona ryba): Paulo Chagas - flet i saksofony, Luís Guerreiro – trąbka, elektronika, tibetan blow, Paulo Duarte – gitara elektryczna, Alvaro Rosso – kontrabas i Pedro Santo – perkusja. Sześć krótszych opowieści na początek, potem trzy dłuższe.

Zaczynamy od Coltrane’a na delikatnym speadzie, z dobrą ekspozycją gitary elektrycznej. Cała zresztą płyta, budowana jest na ciekawym kontraście akustycznych ekspozycji i dźwięków elektronicznych/ elektrycznych (gitary). Dominują spokojne, nieśpieszne improwizacje (poza jednym wyjątkiem). Oniryzm często wykorzystywanej ciszy, stemple nieinwazyjnej psychodelii, intrygujące dźwięki dęte, precyzyjna sekcja rytmiczna. Żmudna, skupiona narracja, przykład skrupulatnego rzeźbienia w skale improwizacji. Z jednej strony szczypta kameralistycznego zadęcia (szczególnie Chagas na flecie!), z drugiej - niebanalny posmak fussion, gdy trąbka łączy się w procesie generowania dźwięków z elektroniką.

Siódmy fragment, Swing From The Zone, bodaj najdłuższy na płycie, jest też fragmentem najbardziej dynamicznym. Rasowy free jazz tryska po ścianach! Quasi semicki taniec, rozbujała, wyzwolona porcja dobrze upalonego fussion jazzu. Chwilami nawet z elementami funky. Na finał tej naprawdę udanej płyty, kolejne dwa utwory w delirycznym, spokojnym, acz naładowanym dobrą psychodelią klimacie. Powabna sonorystyka kontrabasu, zwinna elektronika i wyraziste ekspozycje dęte.




Parlato/ Chagas/ Lenglet/ Gibbs  Wasteland (Setola Di Maiale, 2018)

Paulo Chagas zostaje z nami (flet, obój, zabawki dźwiękowe, … woda), ale tym razem towarzyszyć mu będzie bardziej międzynarodowe towarzystwo: Rosa Parlato – flet, elektronika, głos, Philippe Lenglet – gitara elektryczna, obiekty oraz Steve Gibbs – gitara klasyczna, 8-strunowa, głos. Siedem rozbudowanych, dość swobodnych improwizacji elektroakustycznych.

Wasteland, to kolejny i nie ostatni dziś przykład łączenia dźwięku żywego z syntetycznym, tu z delikatną przewagą tych pierwszych. Flet, obój, dwie dychotomiczne gitary i kilka zwojów kabli. Szczypta egzotyki, nieco kontrowersyjne wokale, zabawy dźwiękowe, ale i poważne dyskusje na temat. Płyta długa (ponad 70 minut), nie w każdym momencie aż tak intrygująca, by nadstawiać ucha (mało kompromisu na etapie selekcji materiału). Także kilka momentów akceptujących zbyt łatwe dźwięki, jak na wymagania recenzenta.

Skoncentrujmy się wszakże na plusach. W drugim utworze niebanalna ekspozycja fletu, na tle … lejącej się wody. W kolejnym, udany pasus klasycyzującej improwizacji z dobrze tłumionymi emocjami (obój w roli głównej). W czwartym intrygujący, nowy dźwięk (hichiriki?) na tle dość pasywnych gitar. Sonorystyka dętych daje punkty dodatkowe do oceny końcowej. W piątym - sekwencja naprawdę udanych interakcji elektroakustycznych. Także dobry dialog gitary akustycznej i sonoryzującego oboju. A w utworze finałowym zdaje się, że wreszcie cały kwartet dramaturgicznie trybi! Akademickie naleciałości idą w odstawkę, rośnie kreacja i pomysły na rozwój narracji. Ciekawy przykład minimalizmu w procesie improwizacji. Szczypta psychodelii na gryfie gitary elektrycznej, kilka dobrych dźwięków z kabli i nieoczywistych zachowań dęciaków.




Ensemble MIA ‎Live 2016 (Creative Sources, 2017)

Portugalska scena muzyki improwizowanej zdaję się specjalizować w dużych składach, zwinnie poruszających się po oceanie swobodnej muzyki bez scenariusza. Ensemble MIA, to kolejny przykład. Rejestracja z Festiwalu Encontro de Musica Improvisada de Atouguia de Baleia, z roku 2016. Aparat wykonawczy jest ogromny – ponad 60 muzyków, podzielonych na sześć improwizujących składów, każdy z innym przewodnikiem/ dyrygentem. Nie będziemy ich wszystkich wymieniać (każdy z uczestników przedsięwzięcia pojawia się na scenie maksymalnie dwukrotnie), zainteresowanych odsyłamy do sieci globalnej. Może jedynie wskażmy personalia kilku bliższych nam muzyków, takich, jak Luiz Rocha, Alvaro Rosso, Sarah Claman, Miguel Mira, Karoline Leblanc, Bruno Parrinha, Jean-Marc Foussat, Mia Zabelka czy po raz kolejny goszczący w tej zbiorówce Paulo Chagas.

Pierwsza historia, dyrygowana zwinnie właśnie przez Zabelkę, toczy się w atmosferze elektroakustycznego rezonansu, z ciekawą ekspozycją instrumentów strunowych, a w dalszej części perkusjonalnych. Druga – pod przewodnictwem Marka Lotza – eksponuje dęciaki na tle elektrycznych gitar, zawiera także niebanalne preparacje piana i moc przeróżnych głosów obojga płci. Trzecia (F. Choiselat) funkcjonuje na zasadzie kontrastu – z jednej strony rytm, melodia i bystry puzon, z drugiej rozwichrzone eksplozje werbalne, wszystko zaś bogato zinstrumentalizowane. Czwarta (N.Taylor) startuje kameralistyką akustycznych gitar, by po pewnym czasie napotkać hałaśliwe symfoniczne interludia. Sam finał tej akurat improwizacji jest wyjątkowo dynamiczny, przynajmniej na tle pozostałych wydarzeń spektaklu. Początek piątej opowieści (S.Corda) także smakuje dobrą kameralistyką, która płynnie przechodzi w rytualny taniec godowy z okrzykami i wrzaskami (może także publiczności). Wreszcie finał (F.Simoes) – triumfalny powrót elektroakustyki, przy wtórze nadpobudliwych dęciaków, zadziornych strunowców i kolejnych rytualnych śpiewów, czynionych w asyście puzonu.

Mnóstwo intrygujących improwizacji nieco traci na wartości z uwagi na jakość samej rejestracji koncertu. Dźwięk jest mało selektywny, niemal monofoniczny, a brzmienie całości pozostawia wiele do życzenia. Bardzo szkoda. 




Kern  Mittendrin (Creative Sources, 2017)

Przystanek Niemcy i studyjna rejestracja tria Kern: Edith Steyer – saksofon altowy i klarnet, Yorgos Dimitriadis – perkusja oraz Matthias Müller – puzon. Dziesięć improwizowanych opowieści, mających na wejściu status composed by.

Przykład wyjątkowo zgrabnej i świetnie wykonanej improwizacji ustrukturyzowanej. Rodzaj free jazzu delikatnie zakotwiczonego. Średnie pokolenie europejskich improwizatorów, kariery w trakcie stabilnego wzrostu. Czegóż chcieć więcej? Tempo, emocje, sonorystyka – genialny puzon (dla Matthiasa to już norma, patrz: poprzednie recenzje na tych łamach), idący za nim krok w krok dobry, wyrazisty, niebanalny saksofon altowy (na dwa krótkie fragmenty zamieniony na klarnet) i precyzyjny, niezachowawczy drumming. Różnorodne, intrygujące, akceptowalne na każdym poziomie percepcji opowieści, niepozbawione także szczypty klasycyzującego zadęcia, charakterystycznego dla wykształconych akademicko muzyków niemieckich. Szczególnie udane zdają się być dłuższe fragmenty, bardzo swobodnie improwizowane. Trzeci odcinek serwuje nam zwinne synkopy, przykład dobrego jazzu bez niskich częstotliwości. Piąty zdaje się być wyjątkowo śpiewny, szczególnie dotyczy to puzonu, który błyskotliwie mutuje brzmienie. W kolejnym, puzon swoim wyjątkowym tembrem sprawia wrażenie, jakby muzyk korzystał ze wsparcia elektronicznego.

Finałowe odcinki Mittendrin konstytuują wysoką jakość całego nagrania. W siódmym muzycy improwizują w estetyce call & response, są czujni i świetnie na siebie reagują. W ósmym utworze, o jakże adekwatnej nazwie Polar, dają przykład pięknego deep sonore. Czujemy prawdziwy chłód arktyczny. Brawo! Tuż po nim kolejna perła sonorystycznego slow motion. Na sam już finał temat grany z kartki, ale wyjątkowo stylowy.




Total Improvisation Troop  Karma Moxie (atrito-afeito, 2018)

Wracamy do poszukującej elektroakustyki. Kanadyjska pianistka Karoline Leblanc i kolejna pozycja w katalogu labelu, przez nią prowadzonego. Septet zwie się dość buńczucznie Total Improvisation Troop, personalnie zaś to: Alexandre St-Onge – bas elektryczny z asystą komputera, Anne-Françoise Jacques – amplifikowane obiekty rotujące, Karoline Leblanc – fortepian i taal, Lawrence Joseph – gitara elektryczna, efekty, Paulo J Ferreira Lopes - talerze, Peter Burton - kontrabas, Vergil Sharkya – syntezator, efekty. Pięć dość zwartych, w formie i czasie, swobodnych improwizacji.

Troje muzyków odpowiada tu głównie za dźwięki akustyczne, czworo zaś za elektroniczne lub elektryczne. Ta wojna sprzymierzonych nie do końca prowadzona jest na równych prawach. Innym słowy, świat syntetycznych dźwięków jest tu w przewadze, nie tylko ilościowej, ale także dramaturgicznej. Przykład skupionej, uważnej narracji, chwilami nieco akademickiej. Kind of contemporary improve. Wiele udanych preludiów ze strony piana, kontrabasu czy perkusjonalii zdaje się gubić trop w trakcie konfrontacji z dość natarczywym i inwazyjnym światem syntetyki. Choćby w drugim utworze, gdy zwinna improwizacja inside piano natrafia na zgrzyty i plamy nieznoszącej sprzeciwu elektroakustyki. Karolina dzielnie trzyma stery improwizacji, jednak orszak obiektów, płaszczyzn i kabli nie odpuszcza choćby na moment. Wszystko brzmi trochę, jak soundtrack do polskich filmów fantastycznych z lat 70. ubiegłego stulecia.

Nieco ciekawsza zdaje się tu być druga część płyty, choćby fragment czwarty, gdy niebanalne piano snuje wartościowe opowieści, a elektroakustyka ogranicza się do kreślenia tła narracji. W części finałowej druga strona medalu proponuje coś na kształt syntetycznej perkusji w dalekim planie. Żywe instrumenty odnajdują wtedy skrawek przestrzeni dla siebie i nie marnują czasu.




Melaine Dalibert ‎ Musique Pour Le Lever Du Jour (Elsewhere Records, 2018) ‎

Na finał dzisiejszej zbiorówki płyta niezwykła. Niemal idealne zwieńczenie karkołomnych opowieści o dziwnych płytach. Komponowana muzyka na fortepian, godna wszelkich kanonów muzyki, którą zwykliśmy określać mianem minimalistyczej. Kompozytor i wykonawca pochodzi z Francji, nazywa się Melaine Dalibert. Jedna godzina i jedna minuta strukturyzowanego chill-outu!

Music for the daybreak. Czyli dźwięki na czas odpoczynku. Muzyk stosując dwa, trzy algorytmy, sekwencje dźwięków, buduje niebywały klimat nagrania. Bez zbędnej intelektualnej głębi, czy rozbudowanego słowa pisanego w zakresie ideologii, tak charakterystycznego dla muzyki współczesnej, pianista proponuje nam podróż jedyną w swoim rodzaju. Długie dźwięki, miękki rezonans, cisza i ukojenie. Pokonywany dystans czasowy buduje jakość. Jedyne, co możemy stwierdzić na temat przebiegu narracji, to fakt, iż zdaje się, że w drugiej połowie nagrania przerwy pomiędzy dźwiękami są nieco dłuższe, jeszcze silniej akcentując minimalistyczny i relaksacyjny charakter całości. Piękna muzyka!





niedziela, 10 grudnia 2017

Ganga! Lopez! Birchall! Anker! Roca! Dickaty! The Owl! Sundogs! Shiroishi! Jerve! Requiem Records! Leblanc! - the december summary, czyli zbiorówka przedświąteczna


Ostatni miesiąc roku 2017 w pełni. Czas podsumowań, reasumpcji i rozliczeń. Roczne the best of zaczynają już hulać w sieci globalnej. Pełni ekscytacji muzycy i wydawcy liczą, że ktoś wreszcie doceni ich ciężką pracę.

Trybuna Muzyki Spontanicznej swoje podsumowanie zaprezentuje dopiero na przełomie roku. Tak, by jak najmniej tytułów datowanych na rok 2017, umknęło uwadze redakcji. A zatem Siedemnaście Mgnień Roku 2017 szukajcie na stronie w okolicach zabawy sylwestrowej.

Dziś natomiast stosunkowa obszerna zbiorówka recenzji płyt, które trafiły tej jesieni – najprzeróżniejszymi kanałami – do redakcyjnych odtwarzaczy. Zestaw będzie wielogatunkowy, o dużej amplitudzie jakości, ale bez wątpienia nienudny. Jak to ostatnio często bywa na tych łamach, padnie sporo nowych, godnych zapamiętania nazwisk i tytułów wykonawczych. A od tych bodaj najbardziej frapujących, przegląd ten zaczniemy.

  
Josue Amador/ Arvind Ganga/ Dirar Kalash ‎ Fading Ground  (al-bayān)

Zaczynamy zatem z naprawdę wysokiego C. Spotkanie muzyczne, jakie miało miejsce w holenderskiej Hadze w roku ubiegłym. Arvind Ganga – gitara elektryczna (kanał lewy), Dirar Kalash – skrzypce i elektronika (pasmo środkowe) i  Josue Amador – gitara elektryczna (kanał prawy). Pięć opowieści o dużym ładunku emocji, trzy kwadranse bez kilkudziesięciu sekund.




Gitarowo-skrzypcowa symfonia na paręnaście strun, sporą dawkę prądu i szczyptę elektroniki. Rodzaj konstruktywnego hałasu, który zdecydowanie nie boli. Wykluwa się z tej narracji, jak pisklę ze skorupki, zwiastując nadciągające pokłady psychodelii. Repetycje, zgrzyty i wiolinowe pochody dźwięków niebanalnych i często zaskakujących dramaturgicznie. Umiarkowanie drapieżny rock, który kocha improwizować. Skrzypce zdają się być w tym gronie najgroźniejsze, przypominają strzelistą, zmutowaną na kablach gitarę. Płyną środkiem i permanentnie prowokują obie prawdziwe gitary, które suną przeciwległymi flankami.

Narracja trzeciego utworu brnie w ciężkich butach po kolana w błocie, ale każdy gest, każdy pomysł ma swoją wartość. Mantryczność zachowań i interakcji, kłuje w oczy trupią radością życia w stanie ciągłej podróży. To improwizacja, którą napędza repetycja. Obowiązki w tym zakresie muzycy dzielą między siebie demokratycznie. Ich pasaże dźwiękowe mają lisią zwinność i wciąż topią się w bystrej psychodelii (przy czym, to znów skrzypce mają największe ciągoty ku transowi i kwaśnym rozwiązaniom). Dialog gitar w czwartym fragmencie ma niemal barokową urodę. Rodzaj noise streaming po lewej i quasi synkopy po prawej. Wejście zaś skrzypiec boleśnie piękne! Dużo prądu, mało elektroniki, wiele żywych dźwięków. No i błyskotliwy, post-rockowy finał! Wyśmienite!


Brandon Lopez/ Chris Corsano/ Sam Yulsman  Holy, Holy (Tombed Visions)

Jedno z lepszych w tym roku nagrań muzyki improwizowanej zza Wielkiej Wody, wydane w manchesterskim Tombed Vision (tym razem CD)! Szefem przedsięwzięcia jest kontrabasista Brandon Lopez, a wspierają go Chris Corsano na perkusji i Sam Yulsman na fortepianie. Trzy tytuły, trzy kwadranse muzyki, która wedle autora jest skomponowana (rodzaj notowanych sugestii), a potem twórczo rozwijana przez muzyków, którzy są w całym procesie najważniejsi (innymi słowy – po prostu improwizacja!).




Od startu trzęsienie ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Trzyminutową introdukcję czyni sam kontrabasista, który zachowuje się, jakby grał sonaty Bacha na black metalowym festiwalu dla penitencjariuszy domu dla pozytywnie obłąkanych. Kosmiczny, groźny, brutalnie piękny sound. Wejście partnerów jest równie błyskotliwe. Corsano nie stroni od sonorystyki, Lopez zrywa podłogę, czyniąc cuda na smyku, a pianista stara się pełnić rolę dynamicznego komentatora, który potrafi być też subtelny, niczym rozpalona nastolatka (choćby popisowy pasaż w 11 minucie pierwszej części).

Lopez grzmi i dynamizuje każdy fragment notowanej improwizacji. Z gorącym smykiem w dłoniach jest prawdziwie doskonały! Rzec można przedświątecznie – New King of double bass is born! Corsano jest równie perfekcyjny w swoich poczynaniach. Może mniej niekonwencjonalny zdaje się być sam pianista, ale to niczego płycie nie ujmuje. Sekcja L-C szczytuje raz za razem, a kto im pogrywa na trzeciego nie wydaje się szczególnie istotne. Baa, myślę, że świetnie radziliby sobie nawet w towarzystwie zimnego trupa Elvisa Presleya! Finałowy wycieczka do świata free jazzowej estetyki, już bez smyka, to także Mountain of Bass! Muzyka gęsta, jak olej silnikowy!


Sam Andreae/ David Birchall/ Otto Willberg ‎ A Hair In The Chimney (Vernacular Recordings/ Heavy Petting)

Młoda (stosunkowo młoda) brytyjska scena improwizowana w stanie permanentnego wzrostu. Nowe nagrania rodzą się jak grzyby po deszczu, a nie jedno z nich zasługuje na miano wydarzenia artystycznego na Starym Kontynencie. Dziś trio złożone w muzyków, których personalia nie raz już pojawiały się na tych łamach, jakkolwiek nigdy w takiej właśnie trzyosobowej konfiguracji. Sam Andreae na saksofonach, David Birchall na gitarze elektrycznej i Otto Willberg na kontrabasie. Ponad godzinna, swobodna improwizacja podana w trzech odcinkach.




Molekularna, dotkliwa akustycznie, gęsta i sowita improwizacja. Akcja – reakcja – akcja - sanacja! Wyzwolona muzyka o delikatnie punkowym zabarwieniu, pełna wewnętrznej anarchii i niezgody na proste rozwiązania dramaturgiczne. Igraszki, przepychanki, swawole, trochę w klimatach ojców założycieli gatunku, choćby w ramach formacji People Band lat temu pięćdziesiąt.

Kontrabas ostro szarpie za struny. Gitara plami teren, lubi wchodzić w klimaty slide, jest zdolna do każdej reakcji, przygotowana na każdą sekwencję dźwięków. Drobne przestery, smakowite i płynne potoki muzycznej świadomości. Saksofon kanciasty, zaczepny, pyskaty, o brzmieniu, które lubi zawisnąć na dyszy, pomyśleć, co dalej. A wszystko ubarwione czymś, co moglibyśmy nazwać instrumentalnym field recordings. Narracja uzupełniana jest szeregiem dodatkowych dźwięków, które niekoniecznie mają swoje źródło w podanym na wstępie instrumentarium. Mimo braku zestawu perkusyjnego, nie brakuje tu dźwięków o właśnie takim charakterze. Powstają one na gryfie gitary, dudnią w pudle rezonansowym kontrabasu.

Gęsta narracja, w której uczestniczy każdy z muzyków, mający przy okazji tysiąc pomysłów na sekundę w zakresie tego, co ma za chwilę nastąpić. Muzyka dość szybko osiąga na tej płycie stan permanentnej zmiany. Rana kłuta, rwana i szarpana! Nie brakuje udanych zejść w sonorystykę ciszy (choćby 20 minuta pierwszej części). Gitara Birchalla zdaje się być multigatunkowa. Nie stroni nawet od upalonego blues grassu! Smakowitym kąskiem są głosy wydawane przez muzyków otworami gębowymi (No borders! No limits!). A klasyka brytyjskiego free improv, i tak kłania się na każdym kroku. Recenzentowi najbardziej podoba się ostatni fragment nagrania, gdy muzycy chętniej sięgają po dłuższe, niemal free jazzowe frazy. Emocje gotują się, energia ścieka ze ścian. Na finał kilka doskonałych dźwięków z rozgrzanych dysz saksofonu!


Lotte Anker  Plodi (Klopotec)

Płyta Plodi, firmowana przez duńską saksofonistkę Lotte Anker, to bodaj najdłuższe wydawnictwo w dzisiejszej zbiorówce. Pełne 75 minut! Ale to nie jedyny… kłopot z nią związany. Łączy ona w sobie aż trzy muzyczne spotkania, a ja nie do końca rozumiem, co przyświecało Anker i wydawcy słoweńskiemu, by je pomieścić na jednym krążku, dodatkowo w proporcjach czasowych, które nie pomagają w odbiorze całości.






Na początek dostajemy blisko 35 minutowy set solowy Anker, zarejestrowany w obiekcie sakralnym (czyli ze sporym pogłosem).  W ocenie nieco złośliwego recenzenta, nie wszystkie fragmenty nagrania warte są tak obszernej prezentacji. Występ solo jest wyzwaniem dla każdego muzyka. I to niestety słuchać w trakcie koncertu w Kościele św. Marcina w Smartno.

Kolejne pół godziny na krążku wypełnia duet Anker ze Zlatko Kauciciem (perkusja, perkusjonalia, zgodnie z opisem). Rejestracja z Domu Kultury, także w Smartno (już zatem bez pogłosu). Wartość artystyczna rejestracji rośnie znacząco. Anker gra kąśliwie, zadziornie i miejscami naprawdę niebanalnie. Kaucić pięknie eksponuje walory swojej drummerskiej maszyny, która zdolna jest wydać dowolny dźwięk. Każdy z czterech fragmentów jest odrobinę inną narracją, a całość kupujemy bez mrugnięcia okiem.

Na finał dostajemy zaś prawdziwą wisienkę na torcie – to samo miejsce, być może ten sam czas (brak dokładnych danych), a do duetu z poprzedniej części dołączają … Artur Majewski na trąbce i Rafał Mazur na gitarze basowej (zgodnie z opisem). Fragment trwa niestety tylko 10 minut (dlaczego tylko tyle?). Błyskotliwa ekspozycja free improv, która na pewno byłaby świetną całością na samodzielnej płycie. Ale nie jest. Szkoda.


Oriol Roca Trio  Mar (El Negocito Records)

Pure jazz trio! Powiedzmy to od razu - by rozwiać wszelkie wątpliwości - jazz, jak najbardziej w swoim głównym nurcie. Oriol Roca – perkusista, główny kompozytor, postać tytularna tego trzyosobowego składu, pochodzi z Barcelony, Giovanni Di Domenico – pianista, to muzyk włoski, rezydujący w Belgii, wreszcie Manolo Cabras – kontrabasista, jest obywatelem właśnie tego ostatniego kraju. Dodajmy, iż na froncie okładki pojawiają się także personalia pianisty i kontrabasisty.





Płyta Mar zawiera siedem kompozycji i płynie przez nasze uszy wartkim, acz nieśpiesznym strumieniem. Wrażliwość, skupienie, dbałość o szczegóły konstytuują mainstreamową jakość tej muzyki. Oczywiście jeśli tak jest w istocie, recenzent może nieco ponarzekać na brak stałego dopływu spontaniczności w ekspozycjach tych trzech dżentelmenów (jesteśmy wszak na Trybunie!), ale samej muzyce nic to nie ujmuje.

Jeśli szukać punktu odniesienia dla tego nagrania, to koniecznie wskazać winniśmy na trio Aurora Agusti Fernandeza, Barry Guya i Ramona Lopeza. To podobna estetyka, porównywalna dbałość o melodykę, harmonie i tonacje, także ów wewnętrzny, szlachetny spokój narracji, w której zaszytych jest wiele wyrafinowanych improwizacji. Oczywiście nie jest to propozycja dla free jazzowych zapaleńców, ale to już problem tych ostatnich.


Noise Of Wings  Frozen Songs (bandcamp/selfreleased)

Nazwa formacji i jej skład instrumentalny (dwa tenory, goła sekcja) wskazywałby na prawdziwie free jazzową jatkę na płycie Frozen Songs. A jednak to właśnie tytuł wydawnictwa bardziej oddaje nastrój tego nagrania.

Tak, nastrój, albowiem kwartetowy incydent dokonany przez Raya Dickaty’ego (saksofon tenorowy), Macieja Rodakowskiego (saksofon tenorowy), Wojtka Traczyka (kontrabas) i Huberta Zemlera (perkusja) zawiera istotnie spokojną i nad wyraz refleksyjną muzykę.




Sekcja rytmiczna jest niezwykle czujna i intrygująco plącze opowieści snute przez dwa tenory. Opowieści oparte na kompozycjach jedynego niepolskiego muzyka na krążku i zdecydowanie głównej siły sprawczej tej muzyki. Dodajmy, że tenory  - w trakcie 44 minut nagrania - najczęściej snują lekko melodyzujące pasaże, rzadko (niestety) wchodząc w szranki improwizacji. Ten artystyczny wybór z jednej strony pozbawia muzykę kwartetu jazzowej krwi, z drugiej jednak - nadaje jej inny, nieco medytacyjny, chwilami wręcz transowy wymiar. Gdy Frozen Songs brną w tym kierunku, robi się naprawdę ciekawie. Najlepszym przykładem, najdłuższy na płycie Hymnal. Repetycje i symultaniczność saksofonów, na tle ruchliwego kontrabasu i niebanalnego drummingu, sprawiają, iż ta muzyka zaczyna żyć zupełnie w innym wymiarze, niż moglibyśmy oczekiwać od kwartetu jazzowego, czy free jazzowego.


The Owl  On The Way (Fundacja Słuchaj!)

Nie brakuje w dzisiejszej opowieści jazzu środka! Oto kolejny przykład. Krajowe trio The Owl - Marcin Hałat na skrzypcach (autor skomponowanej części tego dwupłytowego wydawnictwa), Maciej Garbowski na kontrabasie i Krzysztof Gradziuk na perkusji (przy okazji zatem, w składzie formacji 2/3 RGG Trio).




Skrzypce, jak zresztą większość instrumentów strunowych, należą do moich ulubionych przedmiotów wydających dźwięki, zatem nie ukrywam, iż On The Way słucham z ogromną przyjemnością. Brzmienie skrzypiec jest czyste, tłuste, ale lekkie jak pawie pióro. Tematy - pełne melodii i niebanalnych harmonii - zgrabne i dające się bezboleśnie podśpiewywać przy goleniu. Kompetencje muzyków, jakość wzajemnej komunikacji, umiejętność błyskotliwego reagowania na poczynania partnerów, nie budzą wątpliwości w jakimkolwiek wymiarze.

Obok utworów skomponowanych przez Marcina, płyta zawiera także pięć fragmentów nazwanych Vision Fugitive, pod którymi podpisuje się cała trójka muzyków. Ta ponad półgodzinna część On The Way nosi wyraźne znamiona swobodnych improwizacji. Chyba nie zaskoczy nikogo na tych łamach konstatacja recenzenta, iż te chwile zdają się być na płycie najbardziej frapujące.


Sundogs  Sundogs (Fundacja Słuchaj!)

Kolejna (prawie) krajowa nowość Fundacji Słuchaj! Z duetem klarnetowo-kontrabasowym Mateusz Rybicki – Zbigniew Kozera spotkaliśmy się całkiem niedawno, przy okazji ich debiutu fonograficznego Xu. Słowa recenzenta były wówczas ciepłe i rokowały na przyszłość.

Na tej płycie spotykamy obu muzyków z podobnym instrumentarium (przy czym obaj dodają preparacje), w towarzystwie trzeciego muzyka, jakim jest Samuel Hall, który uprawia rozbudowaną perkusjonalistykę, także z użyciem elektroniki, dokonując przy tym stosownych preparacji.




Nagrania dokonano w Galerii na Czystej, we Wrocławiu, wykorzystując naturalną akustykę tego dość obszernego (jak sądzę) pomieszczenia. Echo i interaktywna przestrzeń w procesie swobodnej improwizacji. Muzyka Sundogs brnie wyjątkowo spokojnie, jest nieinwazyjna i mile łechta ucho nawet zmęczonego słuchacza. Narracja stąpa z nogi na nogę, dostarczając wielu ciekawych dźwięków, także na polu szeroko rozumianej elektroakustyki. Jednak jako całość (blisko godzina muzyki) pozbawiona jest odpowiedniej dawki emocji i dramaturgii, by recenzenta zagonić w kozi róg i wzbudzić większy entuzjazm.


Patrick Shiroishi  Tulean Dispatch (Mondoj)

Saksofonista z Los Angeles, o japońskim nazwisku i polskich korzeniach. Dodatkowo publikujący w nowym… polskim labelu na kasecie magnetofonowej! To nie może nie być intrygujące.




Solowy, półgodzinny set na baryton, alt i … preparowane piano. Ciekawe, lekko zmutowane pogłosem, zabrudzone brzmienie. Długie, rozbudowane pasaże, niestroniące od wycieczek w kierunku całkiem konstruktywnego hałasu (choćby w drugim fragmencie). Ekspresja, emocje, rockowe doświadczenia i ... wspomnienia przodków, którzy więzieni byli w Polsce w trakcie drugiej wojny światowej. Szczere, bolesne, dynamiczne podmuchy prostych instrumentów dętych, drewnianych.

Narracja tej czteroutworowej płyty nie jest nadmiernie skomplikowana. Bazuje na ładunku energii, która eksploduje raz po raz i brnącym w brutalnie przestrzenie, ostrym jak brzytwa, tembrze barytonu. Improwizacja daleka od jazzowych synkop, przepełniona post-rockowym potem i znojem.


Kjetil Jerve/ Jimmy Halperin/ Drew Gress ‎ New York Improvisations (Dugnad Rec) ‎

Kolejna dziś płyta z zagadką w środku. Miejsce muzycznego spotkania zdaje się być oczywiste w świetle tytułu płyty. Co do improwizacji, też mamy zgodę. Muzyka osadzona w jazzowym mainstreamie zdaje się mieć kształt kompozycji, które ulegają interesującemu rozwarstwieniu w procesie żmudnych improwizacji. W jej kontekście nie użyjemy jednak słowa free, swobodna, czy innego bliskoznacznego sformułowania.




Teraz muzycy: Kjetil Jerve na fortepianie, Jimmy Halperin na saksofonie, Drew Gress na kontrabasie (to zdecydowanie najbardziej uznany muzyk na płycie) i … postać nieznana na perkusji (gra w trzech, z czterech utworów, ale nie zasłużyła sobie na ujawnienie danych personalnych). Płyta zawiera rozbudowane liner notes, które być może wyjaśnia tę zagadkę, ale niestety … napisane jest w którymś z dalekowschodnich języków.

Sama muzyka, jej stonowany, dość przewidywalny przebieg, brak ciekawszych, bardziej dynamicznych pasaży, czy choć odrobinę zaskakujących zwrotów dramaturgicznych, sprawia, że chęć recenzenta do zgłębiania dźwiękowych tajemnic tej sesji maleje z każdą minutą odsłuchu. Zdaje się, że gdyby ta sesja odbyła się w Nowym Jorku jakieś 60-70 lat temu, jej wartość poznawcza byłaby dużo większa.


Hati & Mazzoll Teruah (Requiem Records)

Przyznam się szczerze, iż nie pamiętam, czy Jerzy Mazzoll, pomnikowa postać muzyki yassowej, niepokorna dusza krajowej sceny improwizowanej od stuleci, kiedykolwiek zmierzył swe siły z wyjątkową formacją avant-folkową Hati. Dziś, gdy słucham ich wspólnej płyty Teruah, mam wrażenie, że klarnecista i Rafał Iwański wraz z Rafałem Kołackim są po prostu dla siebie stworzeni.




Błyskotliwa, skupiona, pełna zdrowej mantry improwizacja Mazzolla doskonale lepi się z przebogatym instrumentarium Hati, zbudowanym na perkusjonaliach i wielu innych, także dętych, egzotycznych instrumentach. Ta muzyka pulsuje, żyje, krzyczy i płynie. Klarnety Jerzego całkowicie naturalnie wgryzają się w głęboką fakturę muzyki wielkiej orkiestry niespodziewanych dźwięków, jaką jest duet Hati.

Na płytę składają się dwie sesje nagraniowe z lat 2014 i 2016. Pierwsza (Inspiracje) zastaje muzyków w stanie permanentnej improwizacji, by wraz z upływem czasu uciekać w trans, niepozbawiony meta folkowych anegdot. Druga sesja (Ekspiracje) konsekwentnie ucieka od improwizacji w psychodelię, a kierunek wycieczki jest zdecydowanie wschodni. Zanik zachowań improwizacyjnych dodaje samej muzyce walorów duchowych, wręcz mistycznych.


Immortal Onions  Ocelot Of Salvation (Requiem Records)

Widziałem ich koncert na ostatnim festiwalu Jazz Jantar. Młodość, wigor, rockowy temperament, artystyczna bezczelność, nuta trójmiejskiego humoru. Na koncercie tłum przyjaciół i ekspresyjnie wiwatującej publiczności. Wygrane konkursy dla młodych zespołów jazzowych, grant na debiutancką płytę. No i świetna nazwa kapeli. To na razie tyle…




Tomir Śpiołek na fortepianie i instrumentach klawiszowych, Ziemowit Klimek na kontrabasie i gitarze basowej oraz Wojtek Warmijak na perkusji. Nieśmietelna Cebula. Improwizacja na razie na etapie prenatalnym. Grają, szczęśliwie swój repertuar, bacznie naśladując kilka popularnych tego typu składów na szeroko pojętej niwie jazzu stosunkowo popularnego.

W ocenie recenzenta, ta płyta przydarzyła się tym młodym muzykom zbyt wcześnie. Ale tenże obiecuje, iż będzie pilnie obserwował, co wydarzy się w kolejnych latach pod szyldem Immortal Onion. The Youth Are Getting Restless, cytując dobrą płytę nowojorskiej kapeli Bad Brains, przy okazji także własny komentarz po koncercie, zamieszczony na fejsbuku.


Paulo J Ferreira Lopes/ Karoline Leblanc  Kumbos (atrito-afeito)

Na finał naszej grudniowej zbiorówki odrobinę odejdziemy od improwizacji. Czeka nas bowiem… kompozycja elektroakustyczna na dwie persony i spory zestaw przedmiotów, gotowych wydawać dźwięki.

Z kanadyjską pianistką Karoline Leblanc zetknęliśmy się w tym roku, przy okazji jej kwartetowej, pełnowymiarowej improwizacji w towarzystwie trzech Portugalczyków (A Square Meal, m.in. z udziałem Luisa Vicente i Hugo Antunesa). Tym czwartym był Paulo J Ferreira Lopes, który na płycie Kumbos zdaje się być postacią wiodącą.




On jest autorem 46 minutowej kompozycji, a generuje rozliczne dźwięki elektroakustyczne za pomocą syntezatorów, urządzeń elektromechanicznych, perkusjonalii, a także reel-to-reel recorders. Jego partnerka korzysta zaś z fortepianu, organów, klawesynu, a także wykorzystuje nagrania terenowe.

Trzy kwadranse w takich oto okolicznościach instrumentalno-narzędziowych mijają doprawdy uroczo. Paulo w ramach kompozycji wykazuje się dużą przedsiębiorczością, niemałym pomyślunkiem i dostarcza nam szereg frapujących dźwięków. Karoline mocnymi akordami piana sieje ferment i nie pozwala, by elektroakustyka całkowicie zdominowała utwór. Muzyka pełna jest smaczków, ciekawych zwrotów dramaturgicznych, nie stroni od emocji i intrygujących konstatacji. A recenzent wcale nie odczuwa braków w zakresie należytej porcji improwizacji.