Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ferran Besalduch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ferran Besalduch. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 kwietnia 2021

Cirera, Oswald & Nästesjö! Granular Bastards! Jano! Tàlveg! Reviriego! The Catalan Taste Makes The World Go Round!


Nic lepiej nie poprawia codziennego, posępnego nastroju covidowej rzeczywistości niż nowa muzyka! Przed nami pięć wyjątkowo świeżych albumów - wszystkie datowane na 2021, a jeden z nich nawet w tym roku nagrany! Improwizowane wątki prowadzą nas wprost do Barcelony, choć aż dwa z nich powstały na ziemi duńskiej! Prawie sami nasi ulubieńcy, ale i trzy nowe nazwiska do zapamiętania!

Bez zbędnych wstępów zapraszamy na podróż z posmakiem dźwięków jedynych w swoim rodzaju – silnie zakorzenionych w północno-iberyjskiej glebie!

 


Cirera/Oswald/Nästesjö  I'm a Biker (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Zaczynamy jednak w Kopenhadze, dokładnie w połowie stycznia ubiegłego roku: Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Margaux Oswald – fortepian oraz Johannes Nästesjö - kontrabas. Trzy bardzo swobodne improwizacje, 27 minut z sekundami.

Pierwsze tchnienie wydaje z siebie saksofon tenorowy, po ułamku sekundy są już nim małe piano z klawisza i elegancki smyczek. Muzycy od początku budują flow ze zdecydowanych, chwilami dość zadziornych fraz, czuć w ich ruchach zew post-jazzu. Nie przeszkadza im to pracować w dużym skupieniu, świetnie się wzajemnie nasłuchiwać i w każdym momencie podejmować wyłącznie dobre decyzje dramaturgiczne. Tempo jest zróżnicowane, podobnie jak intensywność – tu także zmysł kreacji pozwala muzykom w pełni panować nad sytuacją sceniczną. Budują opowieść na ogół kolektywnie, choć nie stronią od drobnych ekspozycji solowych (choćby smyczka). Dość szybko sięgają po preparacje, techniki rozszerzone i wszystko to, co natura podpowiada wybitnym improwizatorom. Pierwszą improwizację kończą zmysłowymi repetycjami, a na ostatnią prostą wychodzą dzięki kontrabasowi, po raz pierwszy potraktowanemu trybem pizzicato.

Druga improwizacja zaczyna się niemal w zupełnej ciszy – dęte preparacje, nisko zawieszony smyczek i czarne deep piano. Opowieść zdaje się tu być klejona z samych drobiazgów. Każdy z instrumentów przykłada swój stempel doskonałości. Smyczek oddycha brudnym powietrzem, struny piana drżą razem z podłogą, a tuba szumi – piękny dark acoustic ambient, który igra z ciszą i co chwilę śle nam perełki dźwiękowe. Saksofon zaczyna burczeć, struny piana dotykane są jedynie opuszkami palców, a smyczek stuka w gryf, jak cerber głoszące złe nowiny. Molecular dance of dead sounds! Opowieść łyka jednak odrobinę świeżego powietrza i dętym piskiem stara się wydostać na powierzchnię dźwięku. Filigranowe klawisze łapią niezłe tempo, smyczek z mozołem piłuje struny. Opowieść zyskuje na dynamice, ale pozostaje lekka, niemal frywolna. Sam finał drugiej improwizacji skrzy się jednak prawdziwie freejazzowym rozmachem.

Trzecia historia rodzi się na samym dnie tuby saksofonu, zablokowanej obcym przedmiotem. Ktoś szarpie nerwowo za struny kontrabasu, a piano milczy, jakby wyznaczało jedynie interwały ciszy pomiędzy dźwiękami. Pojawienie się smyczka dodatkowo zagęszcza sieć mikrozdarzeń. Z wolna rodzi się mała dynamika, pojawiają się zgrzytliwe frazy, stemple klawiszy, agresywne wydechy saksofonu, wreszcie masywny, głęboki smyczek. Emocjonalne rozhuśtanie trwa w najlepsze. Krzyki, pot i uparcie powtarzane frazy piana i kontrabasu. Po chwili następuje niespodziewane zejście w ciszę, z której drogę wyjścia wskazuje, po niedługim czasie, burczący saksofon i znów bardzo czarne piano. Zmiana goni tu za zmianą, szczególnie na gryfie kontrabasu! Muzycy znów fenomenalnie panują nad dramaturgią. Ostatnia improwizacja nie trwa nawet siedmiu minut, ale zdarzeń w niej tyle, jak na godzinnym koncercie filharmoników wiedeńskich! Finał tej niebywałej, ale jakże krótkiej płyty robi się nawet dość głośny, ale grany jest bardziej czystymi frazami - swoisty, całkowicie wyswobodzony z jarzma post-jazzu kameralny ceremoniał.

 


Granular Bastards  Tacit Ground (Discordian Records, DL 2021)

Pozostajemy w Kopenhadze, wciąż jest z nami Albert Cirera (saksofony), a dołącza do niego Valeria Miracapillo (laptop). Spotkanie tej pary odbyło się pod koniec czerwca 2020 roku, a jego efektem są cztery swobodne improwizacje, które trwają łącznie 33 minuty z sekundami.

Płytę otwiera najdłuższa improwizacja, trwająca blisko 17 minut. Pulsująca dość delikatnie elektronika i żywy dęciak, który buduje dron, konweniują ze sobą nadspodziewanie dobrze. Pozornie zgryzą się ze sobą, a jednak pasują do siebie, chwilami wręcz brzmią podobnie. Ta pierwsza zdaje się być mroczna i niedostępna, ten drugi nade wszystko niebezpieczny i zdolny do każdego szaleństwa. Wielka, masywna tuba, być może wzmacniana siłą zewnętrzną i tyleż masywny, co jednocześnie lekki ze swej natury laptop. Gdy saksofon brnie w drżące preparacje, elektronika w dłoniach kobiety zdaje się czynić dokładnie to samo! Od czasu do czasu ten pierwszy traci akustyczne walory i zaczyna brzmieć syntetycznie, jednak całość narracji na tym nie traci, a dźwięki zdają się płynąć z szyderczym uśmiechem skierowanym do tych z nas, którzy preferują brzmienia akustyczne. Na koniec tej prawdziwej epopei elektroakustycznej improwizacji dęciak pozostaje sam na środku sceny, brzmi całkiem żywo, elektronika skacze zaś po flankach, lekka, frywolna niczym konik polny na post-atomowej łące. Oj, dobra to puenta!

Dwie kolejne części albumu są dla odmiany bardzo krótkie. Szybkie konwersacje, wyłącznie na temat. Najpierw dostajemy się w pole rażenia electro-wstrząsów. Saksofon zdaje się krzyczeć z przerażenia! Post-syntetyczny taniec industrialu! Gwałtowna, bardzo emocjonalna kłótnia wiecznych kochanków! Dęciak żłobi rynnę, elektronika pędzi za nim. Muzycy i ich ekwipunek wydają się być podłączeni pod zepsutą trafostację - po kilku przebiegach gasną szczerym ambientem. Kolejna miniatura definitywnie koi emocje. Daje odpoczynek, pocieszenie i kilka bardzo wysoko zawieszonych dźwięków, aż uszy recenzenta wołają o pomoc.

Finałowa część, średniej długości na tle poprzedniczek, proponuje nam więcej akustycznych dźwięków. Saksofon buduje drony, laptop stawia post-perkusyjne zasieki. Dysze dęciaka zdają się ginąć na moment w ambientowym pogłosie, a laptop sprawia wrażenie, jakby realizował bez skrupułów stylowy live proccesing. Akustyczne westchnienia i syntetyczne pomruki budują intrygującą sieć zdarzeń. Żywy uczestnik spektaklu drży, charczy i złorzeczy, a syntetyka oplata go pajęczyną molekularnych pociągnięć pędzlem. Na finał całość nabiera adekwatnej do sytuacji intensywności, hacząc nawet o noise. Mglista pulsacja i mroczne wyziewy z tuby. Nie ma zmiłuj!



Jano  Poe Never Wrote Ghost Stories (Discordian Records, DL 2021)

Definitywnie przenosimy się już do Katalonii (Estudi Tarkampa, Sabadell), by poznać kolejne oblicze improwizacji żywego i syntetycznego instrumentarium. Spotkanie z połowy lutego bieżącego roku: Riccardo Massari Spiritini – dwa, pracujące symultaniczne syntezatory Lyra-8, także urządzenie zwane tarcodium oraz Ferran Besalduch – saksofon basowy, saxellino, hurdy toy oraz podręczne urządzenia elektroniczne. Improwizowana opowieść trwa tu około 42 minut i składa się z siedmiu części.

Riccardo i Ferran zapraszają nas na niezwykłą przygodę elektroakustyczną, na nową odsłonę charakterystycznego dla sceny barcelońskiej festiwalu fake sounds. Tu źródeł wielu dźwięków możemy się jedynie domyślać, ale ów dysonans poznawczy zdaje się dokładać jakości całemu przedsięwzięciu. Muzycy zaczynają swoją przygodę bardzo spokojnie – szumiący dęciak i ledwie tląca się, ambientowa elektronika. Echo lepi dźwięki w posuwiste drony, a na koniec wystawia saksofon (saxellino?) na sporą wysokość i pozwala mu śpiewać. W drugiej części pojawia się saksofon basowy, a elektronika zdaje się dostarczać nam także akcentów live proccesing. Plejada tajemniczości, to zdekonstruowane dźwięki strunowe, a także podmuchy innego instrumentu dętego. Oto zmysłowy post-chamber zanurzony w gęstym, nerwowym ambiencie.

Trzecia opowieść, to potok saksofonowych szeptów i westchnień u progu lepkiego ambientu, z którego po niedługim czasie wyłania się roztańczony, preparowany dęciak, który odnajduje w sobie resztki zgniłego oniryzmu. Kolejny epizod dostarcza nam na odrobinę chill-outu. Znów słyszymy dźwięki strun, a wesołe saxellino bystrze wgryza się w elektronikę, która jakby mimochodem dekonstruuje jego frazy. W piątej części powraca saksofon basowy, towarzyszy mu oddech nieistniejącego kontrabasu, a na deser głos z offu. Tradycyjnie na zakończenie improwizacji wszystkie dźwięki uroczo zlewają się do jednego, ambientowego koryta.

Szósta improwizacja, to bodaj szczyt festiwalu fake sounds. Być może grają dla nas dwa saksofony, być może tylko jeden, ale … doposażony w struny. Mgławice echa, niespodzianki, coś huczy, drży i szeleści – dźwiękowe byty pączkujące jeden po drugim. Tu na koniec, jeszcze przed fazą full ambientu, kilka wyjątkowo delikatnych fraz saxellino. W ostatniej improwizacji do garści post-perkusyjnych fraz tuli się saksofon basowy, coś trzeszczy w tle, a gra na małe pola znów dostarcza dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie wskazać. Uwielbiamy takie sytuacje!

 


Tàlveg  As it fades (Bandcamp’ self-released, Kaseta/ DL 2021)

Trio Tàlveg, to nowa, jakże gorąca nazwa na mapie Barcelony! Za nami płyta debiutancka i dwie ep-ki, powstałe w trakcie jednej sesji, teraz zaś czas na nowy album, nagrany w grudniu ubiegłego roku (W Room Studio, Barcelona). Personalia muzyków znamy świetnie, ale przypomnijmy: Marcel·lí Bayer - saksofon barytonowy i altowy, Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Oriol Roca – perkusja. Sześć improwizacji, trochę mniej niż 40 minut.

Muzyka Tàlveg, jaką znaliśmy dotychczas, bazowała na leniwej, powolnej, choć chwilami niezwykle zadziornej improwizacji. Raczej stawiała na minimalizm niż eksplozje od dawna skrywanych emocji. Nowa płyta nieco łamie owe pryncypia Katalończyków. Otwiera ją bowiem bardzo głośny i ekspresyjny numer, zamyka zaś duo równie czerstwe i nasycone groźnymi frazami. To, co pomiędzy, to już typical Tàlveg – urocze, jakże kreatywne lenistwo i bystre cedzenie dźwięków przez zęby.

Słowo się rzekło, the most noise expose staje przed nami w całej krasie. Szklista, rozbłyskująca fajerwerkami gitara Ferrana, bystry circle drumming Oriola (w nim zawsze jest życie!), a po paru pętlach także baryton Marcelego, rozkołysany, ale dosadny w każdej frazie. Po czasie gitara rozdziera się post-rockową ekspresją, sama zaś narracja gęstnieje do granic. Faza so slowly, so precise zaczyna się małą perkusją, dronem saksofonu i meta ambientem gitary. Rezonanse, pulsacje, akustyczne i elektryczne drobiazgi. Kolejna opowieść pachnie na starcie cool-jazzem na narkotykowym odwyku. Gitara piszczy, skomle, szuka psychodelii. Narrację buduje pewien dysonans – czyste frazy saksofonu lepione w drony vs. nerwowa, jazgotliwa gitara płynąca oczywiście nad wyraz leniwie, tuż nad perkusją, która znów jako jedyna ma w sobie miniaturowy zalążek dynamiki.

Czwarta improwizacja, to pierwszy z duetów na płycie, tu bowiem odpoczywa gitara. Wysoki, melodyjny alt i slow drumming kreują skromną balladę dla nadaktywnych. Siła czupurnego spokoju, którą konstytuuje zmyślna repetycja. Kolejna opowieść zdaje się ginąć w swoim programowym minimalizmie. Gitara pulsuje suchym rezonansem, saksofon kłębi się i nadyma. Mała perkusja budzi się po kilku chwilach, jakby zaskoczona, że koledzy już grają. Narracja nie ma tempa, ponownie buduje ją dysonans czystego dęciaka i brudnych strun gitary. Zdrowych emocji i intensywności z czasem jednak przybywa. Wreszcie finał, zapowiadany już duet - gitary i saksofonu. Ten pierwszy wije się free jazzowym grepsem, ta druga niesie na sobie jarzmo rocka. Znów brak tu tempa, ale skąd ma być, skoro perkusja śpi. Emocje wszakże nieustannie na krzywej wznoszącej. Gęste, zadziorne, intensywnie lane frazy - instrumenty niemal krzyczą na siebie, jakby nie było zgody na to, iż ta fantastyczna podróż dobiega już końca.

 


Àlex Reviriego  The life you save may be your own (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Na finał katalońskiej mini-sagi, kolejne spotkanie z domowymi miniaturami na kontrabas solo Àlexa Reviriego, tu intrygująco podrasowanymi elektroniką i zmyślną post-produkcją. Wedle opisu płyty:  double bass, devices, digital processing. Remixes and processing of solo double bass compositions (2018-2021). Trzy części, 22 minuty.

Spektakl elektroakustycznego kontrabasu otwiera świst powietrza, który po chwili okazuje się fonicznym efektem tarcia strun wilgotnym smyczkiem. Każdy dźwięk wyłania się tu z mgły, gęstej i nisko osadzonej, a w tle rodzi się nowe, syntetyczne życie, które zdaje się być echem owych żywych dźwięków. Powstający dron ma w sobie wciąż żywe atrybuty, ale nadciągająca powłoka syntetyki nie nadaje nadziei. Narasta pogłos, a pulsujący smyczek z wolna traci życie.

Drugą opowieść już od startu buduje ambient i dźwięki, które z każdą sekundą zaczynają nabierać elektronicznej poświaty. Gęsty potok nieoczywistości, na przekór wszystkim, żyje tu własnym życiem, odmawiając akustycznym dźwiękom prawa do życia. Ostatnia część mini albumu kreowana jest przez repetujące pizzicato kontrabasu. Tło oddycha, a po niedługiej chwili, niczym komputerowy loop, zaczyna opanowywać przestrzeń dźwiękową. Flanki repetują, środkiem płynie zaś strumień pizzicato, który na moment zamiera, jakby chciał zapoczątkować nowy watek. Ostatnie frazy sytuują nas jednak definitywnie w realnej rzeczywistości, płyta umiera bowiem przy dźwiękach szczekającego psa.



czwartek, 29 października 2020

A New Barcelona’ outfit! Hung Mung! Besalduch & Nästesjö! Villavecchia! Truss! Llumm! Bogacz & Vidal!


Barcelona żyje i ma się świetnie! Przynajmniej w wymiarze muzycznym. Po spotkaniu Vasco Trilli z Marsem Williamsem (na początku tego tygodnia), dziś sposobność, by poznać kolejnych sześć nowych płyt, które powstały w Barcelonie (jedna w Andaluzji, ale z udziałem bcn people!) i tamże zostały w ostatnich tygodniach upublicznione. Towarzystwo w ujęciu personalnym niezwykle międzynarodowe, ale dla każdego z tych muzyków Barcelona jest miejscem szczególnym (i na ogół stałą, życiową rezydencją).

Zaczynamy od … siódmej już w tym roku płyty Hung Mung! Trio, które zawojowało w październiku scenę poznańskiego Dragona, po prawdzie wzięło we władanie cały Spontaniczny Fest! Potem sięgniemy po duet i nagranie solowe – podobnie jak w przypadku Hung Mung, wprost z katalogu Discordian Records. Po nich dwa wydawnictwa z udziałem Ferrana Fagesa (w tym duet, który śmiało możemy uznać za reinkarnację słynnego w wielu kręgach duetu Cremaster). Wreszcie na finał skromny, acz wyjątkowo smakowity duet gitar akustycznych. Uwaga! Nie będziemy jednak słuchać flamenco!

Do dzieła! Na przekór zarazom i haniebnym czynom pewnej władzy w samym środku starego świata!

 


Hung Mung  La fúria es lo primer (Discordian Records, DL 2020)

Tym razem barcelońskie trio odnajdujemy w okolicznościach studyjnych (Golden Apple, Barcelona), dokładnie w połowie października roku 2019 (patrz: kalendarium Hung Mung, zamieszczone na tych łamach kilka tygodni temu!). El Pricto – saksofon altowy (tylko i wyłącznie!), Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – perkusja. Cztery improwizacje, 33 minuty z sekundami.

Furia na początek! Tytuł płyty sugerowałby takie rozwiązanie, ale muzycy mają inny pomysł. Prowadzą spokojnie grę rozpoznawczą, choć grają ze sobą po raz tysięczny pierwszy. Plamy gitary i saksofonu, stuki po krawędziach werbla, łagodny smak nadchodzącej burzy. Diego frazuje post-jazzem, ale dobrze przegniłym czerstwym rockiem, Pricto prycha i zawodzi, a Vasco lepi to wszystko w uporządkowany flow improwizacji. Emocje kreują się samoczynnie, jakkolwiek drummer nie forsuje tempa, dba raczej o intensywność narracji. Prawdziwy ogień rodzi się na gryfie gitary, by po chwili spowić całą przestrzeń nagrania. Druga improwizacja od startu stawia na dynamikę i szczere interakcje. Brudne frazy, aktywny drumming, bez subtelności – samo mięcho, gęste i lepkie. Po niedługim czasie artyści pięknie tłumią się do pojedynczych fraz, sięgają po preparacje, oddychają na sucho, pełni wszakże dramaturgicznego niepokoju. Diego liczy struny na pogłosie, ale nowe pomysły same kiełkują mu pod palcami. I to znów gitarzysta zabiera trio w ogień improwizowanego post-rocka.

W kolejnej opowieści, dla odmiany, garść subtelności – saksofon całuję powietrze, kostka gitarzysty snuje się po strunach, pałker liczy krawędzie i jątrzy. Gitara i dęciak szukają wspólnej stycznej, a dynamika przychodzi jakby całkiem nieproszona. Kilka znaków zapytania, epizod z milczącym saksofonem, który po chwili powraca powłóczystymi dronami. Dźwięki gasną perfekcyjnie. Wreszcie finał tej niedługiej, studyjnej perełki. Na wejściu garść jazzu, który nabiera rumieńców dzięki inicjatywie perkusisty. Ten ostatni, niczym demiurg, wrzuca wszystkie dźwięki do rozgrzanego kotła. Ale emocje trzymane są tu na uwięzi, choćby po to, by po kilka pętlach opowieść mogła cudownie wytłumić się. Caicedo schodzi w psycho-ambient, alt Pricto płynie post-jazzem, a Trilla jako ostatni trzyma się krawędzi życia. Spirala ekspresji na krzywej wznoszącej! Ale znów krok w bok, ucieczka w brzmieniowe szczegóły. Gitara plami post-elektroniką, perkusja nerwowo szuka większej dynamiki, saksofon kreśli śpiewne pętle. Na ostatniej prostej Bóg Chaosu skacze jednak w ogień, a raczej w gęstą lawę, która na koniec pięknie rozlewa się bardzo szerokim korytem.

 


Ferran Besalduch & Johannes Nästesjö  The Lost Pawns (Discordian Records, DL 2020)

Przenosimy się do innego studia barcelońskiego – Underpool. W czerwcu 2019 roku spotykają się tam Ferran Besalduch na saksofonie sopranowym (miał w planie grać na saksofonie barytonowym, ale instrument chwilowo zaniemógł) oraz Johannes Nästesjö na kontrabasie. Muzycy pichcą dla nas osiem swobodnych improwizacji, które potrwają łącznie niespełna 40 minut.

Minimalistyczne frazy pizzicato wklejają się w delikatne podmuchy z tuby saksofonu sopranowego. Drobne preparacje i szukanie dynamiki. Artyści budują swoją opowieść pieczołowicie, nie od razu są skorzy odkryć przed nami wszystkie karty! Druga część, inny pomysł na improwizowaną intrygę – small percussion po strunach i ptasie, subtelne zaloty miłosne, frazy niemal molekularne. Po chwili bas bierze sprawy w swoje ręce i obaj muzycy puszczają się w imponujący galop. Trzecia historia – masywny strzał z kontrabasu, w reakcji pisk sopranu. Dialog Dawida z Goliatem zamienia się jednak w podniebny spacer, bo kontrabas zdolny tu jest doprawdy do wszystkiego! Free chamber without any jazz! Czwarta improwizacja, to pierwsza, która wynosi nasze emocje aż po horyzont! Nisko osadzony smyczek buduje dynamiczny flow, brudzi brzmienie i stymuluje sopranowe śpiewy. Tuż potem zwinne pizzicato, które niespodziewanie prowadzi opowieść w rejony ciszy. Powrót do dynamiki, niejako ze zdwojoną siłą – pasaż ognistych fraz, zgaszony dronami spod kontrabasowego smyczka. Brawo!

Piąta historia i skulone pizzicato, które czeka na podmuchy chropowatego saksofonu. Flow gęstnieje, zaczyna ociekać potem. Kontrabasista błyskawicznie zmienia techniki gry, przez moment już nie wiemy, czy używa placów, czy smyka dobywając tak intrygujące dźwięki. Sztukmistrz z Malmoe! Matowy flow wspaniałości buduje także saksofon, który razi kreatywnością. Na finał oba instrumenty zgodnie … szumią. Szósta część trzyma się brudnych fraz. Kontrabas szeleści, drży i chrobocze. Sopranista cedzi dźwięki przez zęby! Na finał jednoczą się w galopie. Wreszcie dwa ostatnie epizody – to już prawdziwe perły w koronie tej intrygującej improwizacji! Najpierw harsh-flow smyczka wystawiony na ostry pisk z tuby. Molekularna, skryta opowieść – kind of acoustic pre-noise! Artyści stawiają na preparacje, które prowadzą ich na skraj ciszy. Ósma opowieść – pomruki smyczka i szum z tuby budują opowieść, która narasta niczym letnia burza. Po chwili bas schodzi do piwnicy, a saksofon sięga nieba i łobuzuje. Ale to nie koniec – kontrabas też zaczyna śpiewać, a ostatnie dźwięki, to cudowne, wzajemne imitacje, czynione naszą ukochaną metodą call & responce. Znów brawo!

 


Liba Villavecchia  Nocturnal (Discordian Records, DL 2020)

Solowe improwizacje na saksofon altowy (tu nazwane nieco przewrotnie … kompozycją) z pewnością ukoją nasze emocje, zszargane po poprzednich, jakże eksplozywnych płytach. Liba Villavecchia nagrał dla nas jedenaście utworów, oczywiście w Barcelonie, w marcu i kwietniu bieżącego roku, niewykluczone, iż w lockdownowych okolicznościach domowych. Całość odsłuchu zajmie nam mniej więcej dwa kwadranse.

Płyta w przeważającej części zbudowana jest wedle pewnej reguły dramaturgicznej – utwory nieparzyste stawiają na klimat, nastrój, pewną abstrakcyjność dźwięków i formy, zaś utwory parzyste częściej szukają jazzowych inspiracji, zdają się być masywniejsze, a czasami nawet swingujące. I tak – pieśń otwarcia, to długie frazy kreowane na pogłosie, które szukają rezonansu, pełne oddechów, westchnień i chwil onirycznego w posmaku, tłumionego niepokoju. W trzeciej części niektóre dźwięki przyjmują formę krzyku, mamy wrażenie, że powietrze z tuby saksofonu łączy się z gardłowym oddechem muzyka. W piątej części świat dźwięków składa się niemal wyłącznie z szumu powietrza, szmeru pustych dysz i ciszy wokół. Z kolei dziewiąta część (bodaj najbardziej intrygująca), to dron, który rezonuje ze wszystkim, co napotyka na swojej drodze, po czym przekształca się w narrację pełną melodyki i dobrych emocji.

Utwory parzyste budują swój flow z odrobinę bardziej dynamicznych i rytmicznych fraz. Choćby czwarta narracja, która ewidentnie szuka post-swingowych inspiracji, zdaje się być o krok od niemal tanecznego rozhuśtania. W kolejnych częściach parzystych muzyk frazuje coraz wyżej, by w części dziesiątej postawić już na swing, któremu udaje się popaść w pewnego rodzaju rezonans. Płytę, która w wielu momentach jest jedynie naszkicowana (niektóre utwory nie trwają nawet minuty) wieńczy wytłumiona ballada, która stawia na długie frazy i stylowo pnie się ku górze.

       


       

Truss (Ferran Fages/ Alejandro Rojas-Marcos/ Bárbara Sela)  Sela Todos los animales se reúnen en un gran gemido (Inexhaustible Editions, CD 2020)

Chwila oddechu na pewno była konieczna, albowiem teraz zapraszamy na obcowanie z całą plejadą fake sounds (fałszywych dźwięków). Przed nami trio: Ferran Fages – gitara akustyczna & feedback systems, Alejandro Rojas-Marcos – clavichord oraz Bárbara Sela – recorders. Na płycie, która składa się z siedmiu części i trwa prawie 43 minuty, niemal od początku do końca doświadczać będziemy dysonansu poznawczego, gdyż w wielu momentach, chwilami naprawdę ekscytującej improwizacji, całkowicie zatracimy umiejętność wskazania źródła danego dźwięku. Ta prawdziwa karuzela fake sounds nagrana została w Andaluzji (Estudio 79, Jerez de la Frontera), w listopadzie ubiegłego roku.

Opowieść o tym, jak wszystkie zwierzęta jednoczą się we wspólnym zawodzeniu nie mogła mieć lepszego tytułu. Rwana, nerwowa, chwilami chaotyczna, a po 30 minucie wręcz dotkliwa akustycznie narracja (prawdziwy challange nawet dla obeznanych w świecie fake sounds!) kasą swą niewątpliwą, elektroakustyczną urodą od pierwszego dźwięku! Mechanika preparacji, szelest obiektów nieznanego pochodzenia, meta rytm instrumentu klawiszowego, który chwilami brzmi jak fortepian, innym razem jak … klawikord, dźwięki, które mogą być efektem live proccesing, ale nie muszą, wreszcie nieustający rezonans wszystkiego ze wszystkim. Uff, fabryka pracuje pełną mocą! A na koniec ktoś podśpiewuje, a może jedynie jęczy. Druga improwizacja na moment powraca do żywych, rozpoznawalnych dźwięków. Słyszymy odgłosy charakterystyczne dla gitary Ferran Fagesa (yes!), struny klawikordu, głuchy szum otwartej przestrzeni studia nagraniowego, dźwięki suchych dysz instrumentu dętego, coś, co brzmi jak flet, a także głos ludzki – wszystko skąpane w rezonansie i sprzężeniach zwrotnych. Z biegiem minut preparacje nasilają się – tarcia, trzaski, gwizdy i pęknięcia. Trzecia część wydaje się najgłośniejsza jak dotąd. Gitara pracuje, także ów nieistniejący flet daje znać o sobie. Drżą i szeleszczą struny klawikordu. Intensywna, efektowna narracja z dużą ilością akcentów para-perkusjonalnych. Szorstka mechanika pocierania, uderzania i szarpania.

Czwarta historia, to niemal miniatura. Minimalistyczne wprawki w temacie wybrzmiewania niemal pojedynczych dźwięków. Coś pomrukuje, ktoś liczy struny, które rezonują. Piątą część rozpoczyna rezonans gitary, mechaniczne mikro frazy, jakby ktoś umieścił wszystkie przedmioty wydające dźwięk w wielkim pudle rezonansowym fortepianu. Znów akcenty percussion i dźwięk charakterystyczny dla fletu prostego. Zagubione w głuszy leśnej dźwięki maltretowanej natury, tej ożywionej i tej wegetującej. Pod koniec słyszymy suche, drewniane patyki, którymi ktoś pociera, w tle zaś rezonują struny gitary (tego jesteśmy akurat pewni!). Opowieść toczy się jak u Davida Lyncha – nie ma rozwiązania, mnożą się natomiast zagadki – świst, szelest, pojękiwania, molekularne źdźbła fonii. Piski, uderzenia, oddech instrumentu dętego (?). Gdybyśmy powiedzieli o tej improwizacji, że sprawia wrażenie wyjątkowo tajemniczej, to jakby nic nie powiedzieli. Zakończenie szóstej improwizacji stawia na intensywność, chwilami naprawdę bolesną. Głębokie preparacje i rezonujący ambient gitary. Wreszcie finał tego szalonego przedsięwzięcia fonicznego – wszystko zdaje się tu wyć i piszczeć z egzystencjalnej trwogi. Z klawikordu buchają pioruny, ale całość narracji systematycznie przygasa. Wraz z artystami i ich meta instrumentami docieramy do ostatniego dźwięku. Jesteśmy dumni - z siebie, a tym bardziej z nich!

 


Llumm  Adhuc (llumm.bandcamp, DL 2020)

Pozostajemy w towarzystwie Ferrana Fagesa (tym razem tylko gitara elektryczna, nagrana samotnie 30 sierpnia br.), a do pary dobija jego wieloletni współpracownik Alfredo Costa Monteiro (rezonujące przedmioty i elektronika, nagrane samotnie … dwa dni później). Panowie razem zapisali już historię Cremaster, teraz rozpoczynają pisanie nowej, którą nazwali Llumm. Jeden trak, 41 i pół minuty.

Odgłos nieznanej przestrzeni i plastry ciszy uzupełniają się wzajemnie, jakby prowadziły tajemniczą grę, która nie ma zakończenia. Minimalistyczna elektroakustyka pełza i delikatnie skwierczy rezonującym dark ambientem. Całość brzmi, niczym analogowa elektronika, choć po prawdzie jest pewnie efektem pracy gitary elektrycznej. W połowie 4 minuty porcja cisza wydaje się być nieco większa. Po kilku sekundach na scenie pojawia się szeleszczący-buczący dron, który leniwie rozwarstwia się. W połowie 11 minuty mikrofrazy zaczyna budować zmutowana gitara (świetnie brzmiąca!), ale dron trwa nadal. Ten drugi matowieje, ta pierwsza błyszczy. W 17 minucie dron zaczyna pulsować, a towarzyszą mu trzeszczące incydenty foniczne. Po chwili powraca gitara, a całość nabiera na dłuższą chwilę niezwykle medytacyjnego charakteru. Ale to nie chill-out, to raczej strach przed nieznanym.

W połowie 22 minuty recenzent odnajduje w narracji nawet trzy, cztery wątki, a całość zdaje się być nad wyraz głośna. Po kolejnych kilku minutach opowieść powraca do samotnego drona, upstrzonego ambientowymi ornamentami. Kolejne plamy kreuje wyraźnie rozpoznawalna gitara Ferrana. Flow powoli wchodzi w stadium minimalizmu, jakkolwiek dźwięk gitary wydaje się być zagęszczany, zapewne w efekcie działań post-produkcyjnych Alfreda. Efekt ów zdaje się zadowalać wszystkich! W okolicach 33 minuty dronowe tło gaśnie. Nie przestaje pracować gitara, której towarzyszą elektroakustyczne zdobienia. Oba wątki udanie się pętlą. Na ostatniej prostej powraca czyste brzmienie gitary (szkliste i metaliczne, które świetnie znamy), a obok snuje się analogowy dron, którego zdążyliśmy już poznać we wstępnej fazie nagrania.

 


Santiago Bogacz & Sebastian Vidal  Murillo 15 (Dadiminauke, DL 2020)

Na finał dzisiejszych szaleństw barcelońskich skromny duet gitar akustycznych. Uspokajam wszakże malkontentów – będzie się działo! Santiago Bogacz i Sebastian Vidal spotkali się pierwszego dnia lutego br. w miejscu zwanym Grabado (Barcelona). Zagrali dwie swobodne improwizacje, które poznany w całości tuż przed upływem 25 minuty nagrania.

Improwizację otwiera skrobanie strun, ich wnikliwie liczenie, tudzież wstępne sprawdzenie ich odporności na mechaniczne uszkodzenia. Oba pudla rezonansowe gitar drżą, niczym talerze drummerskie. Muzycy bystrze wchodzą w suche frazy budowane już na pewnej dynamice. Opowieść zdaje się być od startu niezwykle bogata w brzmienia i wydarzenia, toczy się niejako dwustrumieniowo - muzycy dobrze się słyszą, ale prowadzą swoje narracje dość separatywnie. Na każdym kroku szukają okazji do preparowania dźwięku, pięknie wchodzą w dość abstrakcyjne paralele. Recenzent jest niemal pewny, iż obaj pięknie pasowaliby do strunowej formuły Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa! Muzycy wolą szczegóły niż ekspresyjnych salw mocy, czym także udanie wpisują się w estetykę wspomnianej formacji. Pierwsza improwizacja z czasem staje się odrobinę linearna – dynamika rośnie, preparacje idą w odstawkę, a całość nabiera bystrego, kameralistycznego (wręcz klasycyzującego!) sznytu, albowiem warsztat obu muzyków pozwala im naprawdę na wiele. Wszystko pięknie gaśnie, do pojedynczego dźwięku.

Druga improwizacja stawia początkowo na kreatywny minimalizm. Dźwięki niczym krople deszczu filtrują nam narządy słuchu. Skromna gra w riffy i repetycje (jednak dalekie echo flamenco?) nabiera rumieńców, by nie powiedzieć – delikatnej furii! Po czasie muzycy schodzą w kierunku ciszy, a potem z mozołem wspinają się ponownie na szczyt. Plotą sieć interakcji z mikroskopijnych flażoletów, półfraz, ćwierćakordów. Po ósmej minucie powracają do maltretowania strun swoich gitar. Mnóstwo niuansów, brzmieniowych detali. Brawo! Improwizacja zaczyna przesiąkać finałową zadumą, choć nie przestaje szukać dynamiki. Po czym – po raz kolejny! – zostaje niezwykle efektownie wygaszona.



 

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Discordian Community Ensemble and The Dream Of Cthulhu!


140-a edycja cyklu koncertowego Nocturna Discordia, odbywającego się w każdą środę w barcelońskim klubie Soda Acùstic, miała miejsce dokładnie pierwszego dnia listopada roku 2017. Na malutkiej scenie, i z pewnością na równie skromnej przestrzeni pomiędzy sceną, a pierwszymi rzędami krzesełek dla publiczności, pomieściło się wówczas aż ośmiu muzyków.

Oto oni: flecista Fernando Brox, klarnecista (basowy) Luiz Rocha, saksofonista (basowy) Ferran Besalduch, trębacz Iván González, skrzypaczka Sarah Claman, gitarzysta (elektryczny) Diego Caicedo, perkusjonalista Vasco Trilla, tym ósmym zaś kompozytor i dyrygent El Pricto. Sama formacja nie mogła nie nazywać się … Discordian Community Ensemble! Opowieść The Dream Of Cthulhu (Discordian Bootlegs, DL 2020) podzielona została na sześć części z tytułami, a trwała łącznie 50 minut i 18 sekund.




Shhh... Careful, We Don't Wanna Wake Cthulhu Up. Zgodnie z logiką tytułu utworu, muzycy na początku nagrania zachowują się niezwykle cicho, a ich narracja szepta i stąpa na palcach. Filigranowa gra wstępna – małe frazy suchej akustyki ze strun i jeszcze chłodnych tub instrumentów dętych, zgrabne, szeleszczące percussion. Wszyscy na scenie zdają się czaić do lotu, gotowi na każde wyzwanie, jakie podyktuje im dyrygent. Pierwsze wzniesienie trwa ledwie 90 sekund, po czym, po chwili oddechu, budowanie opowieści zaczynamy się jakby od nowa. Wymiana krótkich zdań i jeszcze krótszych odpowiedzi, zdobiona post-jazzowymi pląsami gitary. Free chamber z zębem dramaturgicznej intrygi, dobrze zaplanowane i jeszcze lepiej kontrowane – cisza niepokoju, spokój kreatywnego chaosu. Po szóstej minucie nowe spirale zdają się nakręcać głównie instrumenty dęte, pojawia się także (wbrew zapisom credits) głos ludzki. Punkt przegięcia następuje dość szybko i muzycy przechodzą do fazy swobodnych pląsów przy akompaniamencie repetującej gitary. Brawo!

Doodles (An Exercise In Automatic Writing). Otwarcie kompozycji, to małe wichry wojny - dęciaki smagają przestrzeń salwami ciepłego powietrza. Talerze drżą i połyskują w ciemności. Frazy zadekretowane na pięciolinii muzycy powtarzają z mozołem, ale i lekkością leśnych ptaków o poranku. Pętle zdają się być coraz gęstsze, coraz bogatsze w fonie, a towarzyszy im piękna, skromna etiuda na talerzach, a także post-rockowe inkrustacje gitary. Małe expo prezentuje klarnet basowy, które komentowane jest ciszej lub głośniej przez resztę zespołu. Meta drumming na zakończenie dobrze podsumowuje kolejny etap podróży. 

Post-Euclidean Madness. Spokojne wejście w temat - ciche struny drżą same z siebie, dęta wataha stęka, gitara podaje coś na kształt rytmu, a talerze szeleszczą. Opowieść nabiera pewnej ilustracyjności, nie goni za niczym, dba o komfort akustyczny słuchaczy. Po upływie dwóch minut zaczyna się gra w małe akcje i reakcje - pojedyncze dźwięki i komentarze podawane unisono. Nastrój robi się chwilami wręcz liryczny. Dopiero na finał historia nabiera rumieńców, dynamika rośnie, a małe salwy ekspresji spowijają scenę i przedscenę.

Dinner With Shub-Niggurath. Rezonans talerzy, oddychająca publiczność, mikro dźwięki z gryfu gitary, szum niecierpliwych dęciaków – narrację budują drobne wydarzenia, których wraz z upływem czasu przybywa. Gitara gra skromnego, repetytywnego rocka, trąbka prycha, klarnet i saksofon burczą. Po chwili znów szybkie expo po samych talerzach i słodkie skrzypce zatopione pomiędzy krętymi ścieżkami narracji. Kalejdoskop perkusjonalnych błyskotek zdaje się stawać w opozycji do mroku skupionego post-chamber pozostałych instrumentów. Wreszcie cała orkiestra idzie szeroką ławą po swoje, a rytm marszu wyznacza saksofon basowy.

Of Portals And Smoke. Szelest ciszy, ów bezdźwięczny dark ambient zwiastuje nadejście czegoś nieoczekiwanego. Moc skupienia, poszukiwanie punktów, pod które podczepić można strzępy opowieści. Molekularna, drobiazgowa narracja tworzy się niemal samoczynnie. Tuby szumią, oddychają czerstwym powietrzem, struny kręcą się wokół własnej osi. Dźwięki pęcznieją, dmuchają na siebie, skowyczą i seplenią. Banda łobuzów jest już gotowa na wszystko! Drumming po krawędziach werbla i tomów generuje nowe pokłady emocji i salwy ekspresji, które po czasie gasną pośród swędu dopalających się świec. Nim nadejdzie ostateczny koniec śpiewno-brudne skrzypce zdążą jeszcze postawić piękne stemple dźwięków.

Yog-Sothoth's Boogie. Niespełna czterominutowy finał tego niebywałego koncertu wcale nie ma zadania studzić emocji po jakiejkolwiek stronie sceny. Saksofon repetuje głośną frazę, perkusja aktywna i pełna woli czynienia samego dobra dba o dynamikę, gitara skwierczy rockiem, a dęciaki śpiewają i tańczą – prawdziwy marsz po złote runo! W drugiej części utworu następuje drobne spowolnienie, które jest jedynie okazją do oddechu przed niespodziewaną, acz krótką, erupcją free jazzu! Na ostatniej prostej muzycy plączą się w emocjach i bystrze docierają do fazy oklasków, które słyszeli jednak tylko ci z nas, którzy byli obecni w Soda niemal trzy lata temu.  



czwartek, 23 kwietnia 2020

El Pricto and The Discordian Unreal Diary!


Barcelońska eksplozja kreatywności trwa w najlepsze! Po niedawnej prezentacji trzech duetów Vasco Trilli, czas na pogłębioną analizę nowości wydawniczych Discordian Records i jej sublabelu Discordian Bootlegs.

W roli głównej, nie kto inny, jak the one and only El Pricto! Siła sprawcza niemal wszystkiego, co wartościowe w muzyce kreatywnej stolicy Katalonii. Wenezuelski multi-artysta (przypominamy, iż muzyk udzielił wywiadu rzeki Panu Redaktorowi, który jest dostępny zarówno na tych łamach, jak i na portalu Jazzarium.pl) dziś zaprezentuje się w kilku rolach. Będzie kompozytorem, dyrygentem, muzykiem improwizującym, wreszcie realizatorem nagrania, a nade wszystko – w każdym przypadku – wydawcą!

Zaczniemy od okrętu flagowego DR, czyli formacji Discordian Community Ensemble. W dalszej kolejności klasyczny kwartet saksofonowy, ale po ... katalońsku i diskordiańsku jednocześnie. Zaraz potem czeka nas wycieczka w czasy pierwszego pięciolecia istnienia wydawnictwa i odczyt/odsłuch całego mnóstwa skomponowanych improwizacji El Pricto, bazujących na cudownym brzmieniu instrumentów dętych, nagrań upublicznianych dziś wszakże po raz pierwszy. Wreszcie na finał tej opowieści duże składy pod wodzą Francesca Llomparta, zarówno zarejestrowane w ostatnich latach, jak i nieco starsze.

Zapraszamy na jakże widowiskową eksplozję wyjątkowej muzyki! Niech żyje Discordia!




Discordian Community Ensemble  Songs From The Unreal Book (Discordian Records, DL 2020)

Najnowsza produkcja Discordian Community Ensemble, to Piosenki bez słów dla świata pozbawionego znaczenia, z dedykacją dla wszystkich doświadczających pandemii, albowiem życie samo w sobie ma już znaczenie.

Grudzień 2018 roku, nagranie koncertowe z Klubu Sinestesia, na scenie DCE w składzie: Ilona Schneider – głos sopran, Pol Padrós – trąbka, Melisa Bertossi – saksofon tenorowy, Francesc Llompart – skrzypce, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny, Oriol Roca – perkusja oraz El Pricto – dyrygentura. Ten ostatni jest także autorem sześciu kompozycji zawartych na płycie, które wyjątkowo, jak na zwyczaje tego twórcy, przybrały postać notacji graficznych. Jedna z nich zdobi zresztą okładkę wydawnictwa, która trwa 34 minuty i 32 sekundy.

Ostrze rockowej gitary zostaje nam wbite proso w serce, szczęśliwie jednak kobiecy głos i delikatne skrzypce, przyłożone do krwawiącej ranny, dają nam - trwające ułamek sekundy - ukojenie. Dzieło El Pricto, czyli klasycznie ponad epokowy i równie ponadgatunkowy konglomerat szalonych pomysłów, z których żaden nie okazuje się być złym wyborem. W tej początkowej bitwie męskości i kobiecości, rola mediatorów przypada dęciakom i pozostałym strunowcom. Basówka i perkusja grzmią, huczą i drżą całą swoją masą. Narracja budowana na dysonansie kąsa urodą i dramaturgiczną dosadnością. Gitara Caicedo potrafi brzmieć, jakby muzyk przesypywał kamienie, nie stroni od flażoletów, ale i stempli betonowej mocy. Od ciszy wyczekiwania, do ekspresyjnych kipieli – gigantyczna amplituda emocji i natężenia dźwięków. Contemporary free rock & chamber! Wszystko zdaje się tu dziać wedle wskazań kompozytora i dyrygenta, ale poziom emocji nie stygnie choćby na moment. Druga opowieść też toczy się od ściany do ściany – do środka i na zewnątrz, od dołu do samej góry. Kolektywna erupcja emocji, tu z drobną ekspozycją trąbki. Gitara i reszta załogi stawia zasieki i hałasuje, mając jednak - mimo wybuchów gorącego powietrza- wszystko pod kontrolą! Narracja smakuje czerstwym rockiem, jest połamana, powykręcana, faluje jak wielki okręt na wzburzonym oceanie. Pięknie uporządkowany chaos!

Trzecią opowieść zaczyna coś na kształt basowego walkingu. Kobiecy głos, dęte zawody i rzężąca gitara. Rock vs. chamber in great fury! Stopień skomplikowania, ale i frywolności całej narracji przywodzi skojarzenia z metodami pracy Franka Zappy. Kolejna część kontynuuje wątek wspólnych pokrzykiwań – masywny rock grzmi dętymi posadami, obok skrzypce i głos eskalują wątek kameralistyczny. Ekspresja wszakże ponad wszystko! Piąta opowieść na moment hamuje ów dramaturgiczny walec drogowy. Szumy, szmery, świsty – każdy z uczestników tego szaleństwa zaczyna preparować dźwięk swojego instrumentu. Gitara zgrzyta tępym ostrzem, tenor dorzuca do ognia, emocje rosną, ciągle bystrze jednak kontrolowane przez Pricto. Szósta kompozycja, to strzał hałasu na otwarcie. Dźwiękowe brzytwy, stylistyczne dysonanse. Free jazz vs. post-chamber! John Zorn podrzuca wygniecione pięciolinie! Góra – dół, do środka i na zewnątrz! W tej niebywale gęstej narracji każdy z muzyków znajduje kilka sekund na indywidualne popisy, ale wszystko dzieje się jakby w tej samej sekundzie naszego życia. Od ciszy do hałasu i z powrotem! Emocje po wybrzmieniu giną w głuchej ciszy oklasków.




Malaclypse Sax Quartet  时鸟唱歌是因为有答案  (Discordian Bootlegs, DL 2020)

Marzec ubiegłego roku, koncert w miejscu zwanym Tepekalesound, przedmieścia Barcelony - L'Hospitalet. Formację Malaclypse Sax Quartet znają wszyscy, którzy wraz z redakcją od lat zagłębiają się w historii dyskordianizmu i labelu, który stworzył Pricto na chwałę owej fikcyjnej religii. Na saksofonie sopranowym zagra Agustí Martínez, na altowym - El Pricto, na tenorowym - Liba Villavecchia, zaś na basowym - Ferran Besalduch. Dęta epopeja (z chińskiego: Sometimes Birds Sing Because They Have Answers), stworzona przez wszystkich jej uczestników (all music by the musicians, bez jakichkolwiek informacji, jakoby któryś z muzyków pełnił rolę dyrygenta), składa się z trzech części (dwóch zasadniczych i dwuminutowego encore), trwa zaś 37 minut i 32 sekundy.

Głosy otwarcia saksofonowej ceremonii są następujące – dwa wysokie dęciaki śpiewają, jeden repetuje, a ten czwarty, najniższy buduje basową bazę dla improwizacji. Wszystkie dźwięki są czyste, barwne i na swój sposób ulotne. Po paru minutach sytuacja ulega drobnym modyfikacjom – lewa flanka płynie szerokim strumieniem, prawa śpiewa skromną kołysankę, a pozostałe dwa instrumenty milczą, bądź sprawiają wrażenie, że … milczą. Napięcie jednak narasta, coś z pewnością musi się za chwilę wydarzyć - drobne preparacje, prychanie z samego środka narracji, tygrysie pomruki i kocie lamenty. Rodzaj ptasiego radia, zdobionego niedźwiedzimi pomrukami saksofonu basowego. Po 10 minucie następuje krótkie zejście w obszar ciszy, ozdobione garścią sonorystycznych niuansów. Na sam finał pierwszego utworu muzycy realizują kilka bardziej dynamicznych depnięć na pedał  gazu, po czym przechodzą do fazy gaszenia płomienia, który przypada w udziale duetowi lżejszych dęciaków.

Druga, zasadnicza i najdłuższą opowieść początkowo budowana jest płynnymi, skupionymi frazami. Jakby zło budziło się do życia po latach cierpienia. Każdy z muzyków coś dokłada od siebie, kreuje mikro eskalacje, szuka zaczepki. Bas dmie złowieszczo, reszta tańczy i swawoli. W okolicach 4 minuty wszyscy wchodzą w przepiękną fazę szeptów. Nostalgia pełna zimnej nerwowości. Kilka neoklasycznych parsknięć, jakby stawianie znaków zapytania. Wzrost emocji następuje z inicjatywy basu – reszta nie zgłasza zdania odrębnego i rozśpiewany kwartet rusza w drobną przebieżkę. Mocni, stanowczy, niemal dostojni instrumentaliści w drodze na szczyt hałasu, który osiągają w okolicach 13 minuty. Potem raptowny stopping – lewa flanka krzyczy samotnie, z małymi preparacjami. Towarzyszą jej dalece wystudzone komentarze współpartnerów. Dialogi, trialogi, czerstwy głos wszystkich, to kolejne fazy rozbudzania narracji. Specyficzne call & responce – jakby śmiech przez łzy! Skowyt i drwina w tym samym momencie - prawdziwie ludzkie oblicze czterech saksofonów. Po 17 minucie bas zaczyna porządkować opowieść, pozostali śpiewają i nie do końca wykazują należytą posłuszność. Po 19 minucie bas milknie, cóż ma bowiem uczynić… Reszta dyskutuje w najlepsze. Na ostatniej prostej bas jednak powraca i zabiera wszystkich na krótki, jakże ognisty finał opowieści.

Pozostaje nam jedynie odsłuchać ledwie dwuminutowy bis, rodzaj dramaturgicznej repryzy właśnie, co skończonej improwizacji. Alt smakuje czupurnym Zornem, reszta kwili i grymasi. Gdy bas rozpocznie finałowy taniec, reszta towarzyszy może jedynie – z krzykiem na ustach – dołączyć do niego i dobrnąć do jakże zasłużonych oklasków.




El Pricto  Tangential Views (Discordian Bootlegs, DL 2020)

Trzy kompozycje El Pricto na małe składy improwizujące, stworzone i wykonane w pierwszej połowie dekady lat 10. bieżącego stulecia. Całość trwa 34 minuty i 32 sekundy.

Tangential Views (The Hodge Podge, Barcelona, maj 2011); El Pricto – saksofon altowy, Don Malfon - saksofon barytonowy, Luiz Rocha – klarnet basowy oraz Miguel Serna – kontrabas.

The King In Yellow (The Golden Apple, Barcelona, styczeń 2015); El Pricto – saksofon altowy, Paulina Owczarek – saksofon barytonowy, Alex Reviriego – kontrabas oraz Marko Jelača – perkusja.

Double Spiral Dynamo (The Hodge Podge, Barcelona, kwiecień 2011); Agustí Martínez – saksofon altowy, Tom Chant – saksofon tenorowy, Xavier Díaz Herrera – saksofon barytonowy, Miguel Serna – kontrabas, Javier Carmona – perkusja oraz El Pricto – dyrygentura (ta powinność dotyczy także poprzednich utworów).  

Pierwszy kwartet sprawia wrażenie, jakby był … sekstetem. Zarówno kontrabas, jak i klarnet basowy mają zmultiplikowane brzmienie, dzięki czemu, zwłaszcza na początku utworu, dźwięki płyną do nas nieprawdopodobnie gęstym, nisko zawieszonym strumieniem. Oba saksofony w tym czasie śpiewają wysokim tembrem i czekają na przebieg wypadków. Po niedługiej chwili kwartet (sekstet?) zaczyna brzmieć, niczym stado rozjuszonych rumaków w posuwistym, nerwowym galopie. Jeszcze przed upływem 2 minuty muzycy płynnie przechodzą w dęte unisono z pięciolinii, po czym rozlewają się szerokim korytem, skwierczą i chrząkają, by po kilkudziesięciu sekundach przygasnąć. Baryton i alt skrzeczą na przeciwległych flankach, a znów podwojona moc niskich pasm czyni spustoszenie. Po 6 minucie ostry wrzask na raz i znów krok ku spowolnieniu. Krótki marsz na wiwat i obumierający kontrabas, który gasi światło, wyczerpują program pierwszego utworu.

Drugi kwartet początkowo kontynuuje ów wiwatujący marsz. Stawia jednak na dramaturgiczną wyrazistość i adekwatny poziom natężenia dźwięku – truly free jazz quartet! Saksofony złowieszczo śpiewają, kontrabas rwie struny, a perkusja niczym dobosz, zwołuje wszystkich na rytuał improwizacji. Użycie smyczka wzmaga napięcie, nie studzi emocji. W połowie 5 minuty krótka przygoda z ciszą – suchy smyczek, drżące talerze i saksofonowe drony. Po niedługiej chwili pizzicato kontrabasu zarządza nową, masywną eskalację, która ma miejsce niemal dokładnie w 10 minucie utworu. Bas pulsuje, drummer liczy krawędzie. Saksofony nie pozostają bierne i cały kwartet płynie marsowym bluesem, czerstwym, ale jakże smakowitym. Sporo dzieje się w tym momencie wedle prictowego scenariusza, ale emocje nie gasną choćby na ułamek sekundy. W połowie 15 minuty, czas na skromne preparacje, garść prychów spod wilgotnych dysz i tajemniczych szelestów. Piękną aurę chwili tworzy szczególnie smyczek na kontrabasie Alexa, choć jego partnerzy także nie ustają w wysiłkach, by pióro recenzenta gotowało się z emocji. W 18 minucie temu ostatniemu nie pozostaje nic innego, jak ogłosić, nie pierwszy tego dnia, stan free jazzowej kipieli! W połowie 20 minuty, jakby za sprawą różdżki czarodzieja, kwartet płynnie powraca do frazowania, które znamy z początku utworu. Wiwatujący marsz ku chwale złego i chaotycznego! Piękna pętla dramaturgiczna gaśnie szybko, w niecałe 15 sekund.

Czas na finałowy kwintet, z El Pricto wyłącznie w roli dyrygenta, niespełna pięciominutowy. Delikatne otwarcie, pełne kameralistycznej nieśpieszności, śpiewy dętych, pizzicato kontrabasu, małe perkusjonalia. Zaduma w sierści niepokoju, saksofonowy rozmach - rozkołysany, piękny, choć niepozbawiony wewnętrznego hałasu, marsz ku ostatniemu dźwiękowi. Wiwat!




Francesc Llompart  Insect Politics (Discordian Records, DL 2020)

Czas na skomponowaną improwizację w rozbudowanym wydaniu personalnym, którą dostarcza nam muzyk, z którym zetknęliśmy się już w trakcie pierwszej z omawianych dziś płyt – Francesc Llompart. Poza faktem bycia autorem muzyki i dyrygowania trzema orkiestrami, muzyk w pierwszej i trzeciej części będzie też odpowiadał za post-elektroniczną degenerację dźwięków! Najpierw znajdziemy się w znanym już nam miejscu The Hodge Podge (październik 2012), potem przeniesiemy się do również dziś wizytowanej Sinestesii (czerwiec 2018), by tę krótką podróż po Barcelonie zakończyć w miejscu zwanym Centre Cívic Albareda (luty, 2017). Poza LLompartem zagrają dla nas: Pablo Selnik - flet (utwór 1), Luiz Rocha - klarnet basowy (1,2,3), Tom Chant - saksofon sopranowy (1), Liba Villavecchia – saksofon sopranowy (1), Isidre Palmada - puzon (1), Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne (1,3), Eduard Altaba - kontrabas (1,3), Diego Caicedo – gitara elektryczna (2,3), Sebastián Vidal – gitara klasyczna (2), Fernando Brox – flet (2), Marco Mezquida - fortepian (2), Aldo Aranda - perkusja (2), Míriam Fèlix - wiolonczela (2), Ángel Faraldo – elektronika (2), Naná Rovira – klarnet basowy (3), El Pricto – saksofon altowy (3), Agustí Martínez – saksofon altowy (3), Pope - trąbka (3), Ilona Schneider – głos sopran (3) oraz Carlos Ródenas - kontrabas (3). Całość nagrania, to 55 minut i 32 sekundy.

Insect Politics, część tytułowa, najbardziej rozbudowa, blisko trzydziestominutowa, zaczyna się świstem dęciaków, małą perkusją i plamami akustyki bez wskazania źródła pochodzenia. Dźwięki długie i krótkie, masywny kontrabas traktowany smyczkiem – kameralne poczęcie, pełne skupienia i dramaturgicznej precyzji. Siedmiu żywych i post-elektronika budują zmysłowe flow, z dużą ilością przestrzeni, plastrami ciszy, w tempie slow motion, z drobnymi fermentacjami ze strony percussion. Po 5 minucie - pierwszy grad dętych mini ekspresji, podawanych raz głośniej, raz spokojniej. Dużo dzieje się tu wg scenariusza autora. W połowie 10 minuty intrygujące akcenty rytmu i bystre plamy syntetycznych dźwięków, niepozbawione nawet industrialnych wtrętów. Po kolejnych dwóch minutach przybywa zjawisk fonicznych, kolejnych trybów narracji i jakże zwyczajnych emocji – noise-post-electronics chamber in fury! Gra dla nas oktet, a mamy wrażenie, jakby panowała nad nami wielka orkiestra symfoniczna na sterydach. Po upływie 18 minuty Llompart włącza tryb ciszy i preparacji – dużo daje z siebie syntetyczna praca w konwencji live proccesing (tak przynajmniej słyszy recenzent). Sekcja dęta w tle zwinnie komentuje i trzyma post-elektroniczne degeneracje w ryzach dramaturgicznych. Po 22 minucie ma miejsce piękny pasus kontrabasu, nie bez udziału elektronicznego wsparcia – wszystko nabiera posmaku chamber, a towarzysząca temu zjawisku sekcja rytmu zaczyna swobodnie improwizować. Finał utworu muzycy osiągają długimi pasażami, kontrapunktowanymi drobnymi frazami fletu.

Druga kompozycja (Hronir) proponuje zdecydowanie inny klimat. Elektryczna gitara zwiastuje to nam już pierwszym dźwiękiem. Moc post-rocka, dobrego bębnienia, z elektroniką na pełnych prawach instrumentu, free jazzowy fortepian i masa buńczucznych strunowców. Głośno, gęsto i na temat! Świetne, krótkie ekspozycje klarnetu basowego i fletu, silne percussion! Narracja pełna swobodny, mniej zaplanowana, bardziej żywiołowa. Kolektyw, demokracja, śmierć pięciolinii! Po 8 minucie drobne spowolnienie jest okazją dla zarysowania klimatu delikatnie kameralistycznego. Elektronika bystrze współgra z barokową wiolonczelą, a całość przybiera na ostatniej prostej piękny kształt prawdziwie katalońskiego post-chaosu!

Zipf!, to tytuł ostatniej kompozycji, podobnie jak poprzedniej, trwającej kilkanaście minut. Zaczyna ją dęte unisono z kartki. W tle burczy klarnet basowy, a kobiecy, namiętny głos (patrz: pierwsza dziś recenzowana płyta!) śpiewa tylko piękne frazy. Rozbudowana, ponad dziesięcioosobowa brygada dźwiękowych wichrzycieli buduje artystyczny tygiel samych wspaniałości! Kontrabas wciąż flirtuje z głosem, domniemany live proccesing dorzuca swoje trzy gorsze – chamber not full free, but very open! – notuje łamaną angielszczyzną upocony recenzent. Po 6 minucie mamy wrażenie, jakby na scenie było kilka zastępów filharmonicznych, gotowych na każde rozwiązanie dramaturgiczne. Muzycy i dyrygent szukają ognia, ale temperament wciąż trzymają na wodzy. Kobiecy sopran sięga niemal nieba, dęciaki snują zwinne pasaże post-jazzu, smyczek rzeźbi na gryfie kontrabasu, a dzwonki percussion (Trilla jest z nami!) i zdegenerowana elektronika tworzą konglomerat dźwiękowych cudów. Po 10 minucie narracja delikatnie przygasa, nabiera niemal teatralnej powolności, a dźwięki zdają się wydawać tylko smyczek i głos kobiecy. Pulsuje drobne tło post-elektroniki. Ilona wypowiada ostatnie słowa: Important End!



czwartek, 21 grudnia 2017

Memoria Uno! Tom Chant! Barcelona torna l'esquena, episodi segon! *)


Przed nami kolejny, przedświąteczny odcinek kataloński. Dwie nowe, dodam od razu - niezwykłe płyty. Na pewno także wydawnictwa artystycznie niepowtarzalne w zalewie tegorocznych nowości sceny free improv po tej stronie Atlantyku.

Pierwsze powstało w samej Barcelonie, drugie zaś w miejscu nieco od niej oddalonym (wbrew mojej zapowiedzi sprzed dwóch dni) – mianowicie w Banyoles, miejscowości położonej na północ od Girony, zatem już całkiem blisko granicy francuskiej.




Memoria Uno  Conduccion #100

Zaczynamy od czwartej edycji improwizowanej orkiestry Ivána Gonzáleza - Memoria Uno, przy okazji drugiej datowanej na rok 2017 (tą pierwszą była, wydana późną wiosną w naszym pięknym kraju, Sons Of Liberty. Live at Granollers). Tym razem skład 20 osobowy, który bezwzględnie winniśmy wymienić, nazwisko po nazwisku, instrument po instrumencie. A zatem: Ilona Schneider - głos, Pablo Selnik – flet, Marcellí Bayer – klarnet basowy, Joan Mas - saksofon altowy, Albert Cirera i Tom Chant – saksofony tenorowe, Don Malfon – saksofon barytonowy, Ferran Besalduch – saksofon basowy, Vicent Pérez – puzon i efekty, Joan Bayes i Hilario Rodeiro – laptopy, Diego Caicedo i Dani Pérez – gitary elektryczne, Martín Leiton – gitara basowa, Àlex Reviriego i Marc Cuevas – kontrabasy, Ramon Prats, Juan Rodríguez Berbín i Vasco Trilla – perkusja, Iván González – dyrygentura. Tradycyjnie zatem w przypadku tej orkiestry, każdy koncert, każda rejestracja, to inny skład personalny i instrumentalny. Tu, po raz pierwszy, z użyciem nie tylko akustycznego akcesorium. 

Nagranie poczynione w lutym br. w Centro Cultural Albareda (Barcelona). Dyrygentura nr 100 trwa niewiele ponad 24 minuty. Dostarcza Discordian Records w plikach, a także – co niezwykle rzadkie w przypadku tego labela – na fizycznym nośniku (CD).

Muzycy od samego początku jedzą dyrygentowi z ręki (traktujmy ten zwrot dość dosłownie – Ivan nie stosuje jakichkolwiek notacji w procesie sterowania kolektywną improwizacją, wyłącznie gestykuluje). Niezliczone falangi instrumentów snują swoje opowieści. Jeden z saksofonów akcentuje solową obecność. Może liczyć na kontrapunkty rozbudowanych i zmultiplikowanych sekcji rytmicznych. Elektronika i głos damski także wtrącają nieodzowne trzy grosze. Gęsto, narowiście, nerwowo, gdyż łatwo o samozapłon. Mnogość mikrozdarzeń akustycznych i elektroakustycznych. Każde z nich bacznie analizowane i komentowanie w rozległym gronie muzyków. 3 minuta – odrobina elektrowstrząsów na kablach. Sekcja dęta gra walca dla introwertyków po przeszczepach mózgu. Ta chwila zdaje się wyjątkowo śliczna! W komentarzu pasus z trzygłowego potwora perkusyjnego. Tymczasem sekcja gitar elektrycznych masywnie oliwi struny. Sekcja basowa także zaznacza swoją obecność. Specyficzne search and reflect! Bez eskalacji. W poszukiwaniu wewnętrznej harmonii, która czai się za rogiem. 9 minuta, to skromna dynamizacja narracji – kolejne ogniska dźwięków podłączają się pod globalny flow orkiestry. Tuż potem akcent wręcz jazz-rockowy. I złowieszczy wokal! Dęciaki galopują na zatracenie! Rewia perkusyjna! Narracja gęsta, jak olej. Dzieje się tyle, że recenzent nie nadąża z notowaniem wrażeń. Nawet szczypta fussion like 70s! 13 minuta przynosi wybrzmienie. Pląsy na zaciągniętym ręcznym. Mikrozdarzenia, perkusjonalne grepsy i flet. Rodzaj dźwiękowego kalejdoskopu. Fantazja recenzenta buzuje! 14 minuta – atak sekcji gitar i perkusji! Doom metal w eksplozywnym natarciu! Matowy, jak świńska skóra! Uspokaja się po … 30 sekundach! A jaki był piękny! Dla przeciwwagi, romantyczny, swingujący saksofon (Cirera? Chant?) na tle twardego akompaniamentu jednej z podsekcji rytmicznych. Ciężka maszyna, jurna lokomotywa rusza z kolejnej stacji na drodze do piekła! Toczy się jednak wyjątkowo zwinnie i nie traci czasu na zbędne przystanki. Tymczasem piękny zjazd kontrabasów do samego dołu (Alex?). Orszak pogrzebowy stacza się wprost do dziury w ziemi (19 min.). Narracja niemal staje w miejscu. Sonorystyczna cisza. Dźwięki saksofonów gotują się w tubach. Cała orkiestra przebiera nogami, gotowa do wymarszu. Wichry wojny tłumione na dyszach! Pulsacje cięższych saksofonów! Struny goreją! Rytm nadchodzi wprost z piekła, dokładnie z dna saksofonu basowego! Wibratory Vasco tańczą na rozpalonych tomach! Drobne incydenty we wszystkich falangach! A kres jest tak bliski… Finałowe crescendo milknie przy gasnącym rezonansie perkusji. Cisza, jak wyrok.




Tom Chant  Stripped Abstract

Początek lipca br., wspomniane wcześniej Banyoles, a dokładnie Església de Sant Romà de Miànigues (nazwa sugeruje, iż mamy do czynienia z obiektem sakralnym). Wewnątrz siódemka muzyków, wyposażona - w znacznym stopniu - w dość specyficzne instrumentarium: Núria Andorrà – bęben basowy i … rice (ryż), Tom Chant – saksofon sopranowy, Ferran Fages – gitara akustyczna i ebow, Ángel Faraldo – stół mikserski bez sygnału wchodzącego (no-input mixing desk /cardboard bowes), Ramon Prats – werbel, Alex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – talerz i taśma magnetyczna. Nagranie zatytułowane Stripped Abstract trwa 45 minut i 45 sekund (jeden trak). Dostarcza nowa inicjatywa wydawnicza Toma Chanta (Hairy Ear Records).

Z uwagi na fakt, iż muzyka zawarta na płycie jest z pewnych względów nierecenzowalna, pozwalam sobie rozpocząć jej omawianie od słów, jakie zawarł w opisie wydawnictwa jej główny kreator, czyli Tom Chant.

Ten utwór jest eksploracją jednego, niejasno zdefiniowanego stanu. Stanu zawieszenia. Albo zawieszonych ciał, z których każde wibruje we własnej, unikalnej częstotliwości.

Formą utworu jest stan. Muzyka jest opisem stanu, czyni to poprzez dźwięk. Wykonawcy także pozostają w stanie zawieszenia. I każdy z nich doświadcza zmiennego stanu wewnętrznego napięcia w akcie ilustrowania tego niezmiennego stanu zawieszenia.

Z ciszy i mroku, szelestu ciemności, stanu wyczekiwania, szmerów, ustawiania przedmiotów, które za chwilę wydadzą dźwięk, po 30 sekundach, następuje start kosmicznego dronu o jednostajnej amplitudzie. Dronu, który z minuty na minutę delikatnie pęcznieje w zakresie instrumentalnym (muzycy jakby dokładali kolejne klocki do konstrukcji narracyjnej). Dodatkowe, silniejsze akcenty elektroakustyczne pojawiają się niezwykle rzadko. Rodzaj artystycznej bojaźni i drżenia. Pulsacja, rezonans, dramaturgiczny niepokój ogarniają całą przestrzeń obiektu, w którym znajdują się muzycy, także całą przestrzeń wewnątrz naszej głowy (stół mikserski czuwa!). Dźwięki płyną szerokim, wartkim strumieniem. Na prawej flance pojawią się ultra drobne incydenty w tubie saksofonu sopranowego. Na lewej, akustycznie przejawia się obecność gitary. Środkiem zaś brnie z mozołem wielka armia wibratorów Vasco Trilli, choć on sam, zdaje się, że używa wyłącznie talerza i strzępek taśmy magnetycznej. Bliżej dźwięków, które na ogół kojarzymy z elementami zestawu perkusyjnego, pozostają Andorra i Prats. Reviriego zakleszczony w głębokim smyczku, trącym żeliwne struny kontrabasu. Fages generuje prądy i fale, które przenikają przez obiekty pozostałych muzyków (recenzent wielu rzeczy jedynie się domyśla, albowiem w dronie Stripped Abstract nie sposób precyzyjnie selekcjonować dźwięki). W 9 minucie wyjątkowo uważny słuchacz doszuka się w płynnej narracji ledwie odczuwalnego crescendo, ale może to tylko złudzenie, wywołane przebywaniem w środku drona. W 15 minucie odczuwamy coś na kształt sprzężenia elektrycznego na lewej flance, na prawej zaś doświadczamy zdarzeń perkusyjnych o syntetycznym posmaku. Muzyka, rodzaj gigantycznego extremum, które wsysa do wewnątrz wszystko, co napotka na swojej drodze. Bez wskazywania drogi powrotnej. 21-22 minuta, to nanoincydenty saksofonu, jakby znaki przecinkowe w potoku świadomości autora. Tuż obok jęki konających kobiet. Żywe granie, w którym dron trzyma się stanu permanentnego zawieszenia. Jego utrzymywanie musi stanowić spore wyzwanie dla wszystkich uczestników tego spektaklu (wzdycha z podziwem recenzent!). W 28 minucie pulsacja zdaje się ulegać drobnej mutacji, ale to także może być tylko złudzenie. W 33 minucie, w nasilającym się skomleniu saksofonu (w formie regularnych, urywanych fraz), dron jakby się rozwarstwiał. Odbiorcom tych dźwięków pozostaje już tylko jedna z dwóch opcji – orgazm albo śmierć!

Finałowe pięć minut dostarcza więcej mikrozdarzeń. 43 minuta, to perkusyjne zabawki, które multiplikują się w oddali. Narracja, która od wielu chwil sugeruje zaszyty w niej noise, od 44 minuty de facto nim się staje.  Ostatnie tchnienie dronu wydane zostaje na komendę. Stan ciszy, osiągnięty w perfekcyjny sposób, smakuje napalmem o poranku. Czas Apokalipsy 2017 dokonał się!


*) kataloński: Barcelona kontratakuje, epizod drugi

środa, 15 listopada 2017

Discordian Community Ensemble! Freenetics! - La música catalana encara és gratuïta! I excellent! The catalan music is still free! And excellent!


Barcelona często gości w ostatnich tygodniach na ekranach świata, ale nie dzieje się to bynajmniej z powodu muzyki.

Na łamach wszakże Trybuny koncentrować się będziemy wyłącznie na dźwiękach. Netowy label z tegoż pięknego miasta – Discordian Records - wciąż dostarcza nam bowiem nowych wrażeń. Tejże jesieni katalog wytwórni zamknął pierwszą setkę albumów, by zaraz po chwili otworzyć drugą setkę.

Zatem przed nami 100-a i 101-a produkcja DR!




Na żywo w Monachium!

Czas i miejsce zdarzenia: Monachium, MMI Festival, dokładna data nieznana (2016?).

Ludzie i przedmioty: Sarah Claman – skrzypce, Iván González - trąbka, El Pricto - saksofon altowy i dyrygentura, Norbert Stammberger – saksofon barytonowy i sopranowy (utwory 2 i 4), Ferran Besalduch – saksofon basowy i sopranowy, Harald Rettich – gitara ośmiostrunowa (2 i 4), Avelino Saavedra – perkusja i coyote call.

Co gramy: dyrygowana muzyka improwizowana.

Efekt finalny: siedem utworów opatrzonych tytułami. 72 minuty koncertu, który dostępny jest pod wszystko mówiącym tytułem Live aus München (DR 100). Podmiot wykonawczy zwie się Discordian Community Ensemble.

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Jeden. Ferria sonorystyki z trzech dęciaków, kilku strun i rozbujanej od pierwszej chwili perkusji. Grupa Wspólnoty Diskordiańskiej w edycji wyzwolonej od szponów kompozycji, aczkolwiek improwizującej pod czujnym okiem dyrygenta Pricto! Ostro, drapieżnie, dynamicznie, ciało w ciało! Skrzypce zdają się być na czele tego stada rozjuszonych rumaków. W nieco agresywnym galopie, szorstkie w brzmieniu i obyciu. Drugi. Do gry wchodzi para niemieckich muzyków, wyposażonych w akustyczne narzędzia tortur. Drugi mocny saksofon i duża gitara. Septet niebiorący jeńców, ani kwiatów do butonierek. Znów dźwięki, jakie wydaje Sarah dodają urody całej improwizacji. Tempo jest zdecydowanie spokojniejsze. Ale do czasu… już bowiem w czwartej minucie kolejny hard attack over Europe! Po nich nagły stop i kolejne kwilenia w pod grupach (czuć ostry sznyt scenariuszy Pricto). Spora dawka rockowego wręcz zgiełku, tudzież post-sonorystycznego hałasu. A dyrygentura Pricto wciąż stawia wulgarne stemple. Także trochę rubasznej zabawy, okrzyków, wrzasków i przekomarzań. Sound and furry! Trzeci. Intro na trąbce, niczym na sygnałówce! Wzywa na rykowisko! Perkusja jako wsparcie. W reakcji wysokie saksofony i wnikliwe, ciekawe świata skrzypce. Wydeptują ślady pierwotnie wytyczone przez Gonzaleza i Pricto. Czwarty. Powraca septet! Emocje, kontrapunkty, zadziory, krew na placach i wargach, personalne zaczepki. To najdłuższa historia na tej płycie. Improwizacja w stylu search & reflect z dużym ładunkiem dźwięków i wielką walizą pomysłów. Ale bez subtelności i mrużenia oka. Doskonałe wtręty skrzypiec. Macanki i całowanki dęte. Gitara idzie wzdłuż noise’ rockowej bandy, ale reszta załogi nie daje jej dojść do głosu. Rodzaj ekspozycji na temat, który jest ledwie sugerowany, albowiem muzycy rozdeptują go z zapałem godnym lepszej sprawy. Błyskotliwe solo na alcie w charakterze komentarza. W międzyczasie skrzypaczka doznaje od dawna zapowiadanego orgazmu. Reszta, nie dość, że patrzy, to jeszcze zazdrośnie kluczy ku własnym rozwiązaniom. W 14 minucie eskalacja na siedem fajerwerków! Recenzent ma wytrysk, aż pióro odmawia notowania wrażeń! Na finał pokaźna dawka hałasu! Piąty. Saksofonowa sonorystyka przy wsparciu wzdychającej trąbki. Ptasia uwertura. Małe szaleństwo na dyszach i w tubach. Kolejna dynamiczna wymiana poglądów, raz z lewej, raz z prawej strony. Crazy drumming and dirty violin! Plus trzy zagotowane dęciaki! Szósty. Rodzaj call & response. Zdaje się, że ta metoda improwizacji święci tu należne jej triumfy. No i stymulująca wszystko dyrygentura, żeby nie było zbyt prosto. Nie wiadomo, który dokładnie już raz, to skrzypaczka stawia stempel doskonałości. Na wybrzmieniu intrygujący dialog alt+violin, już bliżej strefy ciszy. Siódmy. Rodzaj narracyjnej kalki poprzedniego pomysłu – przepychanki na dyszach, smakowite zadziory na strunach. Wraz ze wzrostem dynamiki finalnego odcinka koncertu, interakcje pomiędzy muzykami stają się bardziej bystre i raczej pozbawione złych pomysłów. Znów duża porcja kontrapunktów na ostro, wprost z dłoni i umysłu dyrygenta. Finał wieńczy dzieło, czyli najdłuższą bodaj płytę w historii wydawnictwa DR. Być może jednak o kilka minut zbyt długą.






Podziemia, popołudniową porą!

Czas i miejsce zdarzenia: 26 marca 2016r., Underpool Studio w Barcelonie (?)

Ludzie i przedmioty: Ferran Besalduch - saksofon basowy i sopranowy, Joan Antoni Pich – wiolonczela, Pep Mula – perkusja.

Co gramy: muzyka improwizowana, na ogół dość swobodnie, jakkolwiek scenariusze przedprodukcyjne są możliwe.

Efekt finalny: siedem utworów opatrzonych tytułami, 45 minut. Dostępne pod tytułem Underground PM (DR 101), sygnowane nazwą własną Freenetics

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

One. Bystra, naostrzona wiolonczela, grzmiący saksofon basowy, nawołujący do tańca godowego, no i talerze w polerce – tak wygląda start tej improwizacji. Narracja narasta i opada, żłobiąc bruzdy w podłodze. Duże skupienie, oczy dookoła głowy. Cello płynie smykowymi pasażami (już 4 minuta przynosi recenzentowi pierwszą dawkę zachwytu), by po chwili wejść w solowy grymas, ale pozostać równie wyrazistą. Duet z perkusistą, to także udane rozwiązanie. Powraca bass sax i kreśli nowe plamy, uspakajając nieco sytuację na scenie. Two. Dynamiczny call & response! Wyborny sound wiolonczeli i saksofonu basowego. Emocje konfrontacji, energia zwarcia. Free jazzowa galopada bez hamulcowego. Three. Introdukcja perkusisty. Potem soprano zwrócone ku niebu, a wiolonczela ku piekłu. Uroczy dysonans akustyczny. Strunowiec łyka nieco pogłosu, dodając łyżkę psychodelii tej zwinnej improwizacji. Four. Szczypta kameralistycznej zadumy, która szuka jednak zwady, punktu zaczepienia do bardziej swobodnej ekspozycji. Wstrzemięźliwość muzyków nie daje jednak asumptu do eskalacji. Five. Wiolonczela ciągnie ten trójkołowy pojazd w kierunku muzyki współczesnej. Perkusja ma w sobie, dla odmiany, potężny ładunek emocji i myśli separatywnie. Saksofon – tu znów sopranowy - próbuje łączyć zwaśnione strony i czyni to perfekcyjnie (doskonałe solo w wyjątkowo wysokim rejestrze). Opus magnum Ferrana na tej płycie! Chwilami brzmi niemal jak trąbka. Kontrapunkt z gryfu bardzo solidny! Perkusista znów jakby poza, ale być może jego postawa ciekawie plącze ten fragment improwizacji. Six. Perkusyjne sonore! Wiolonczela biegnie ze wsparciem. Klimaty surowego AMM radują lico recenzenta. Saksofon rezonuje, niemal sam ze sobą. Komentarz cello znów pachnie dobrą kameralistyką. Twórcza konwulsja, która czyni ów moment kolejnym na liście argumentów dla uznania całego nagrania, jako dzieła kompletnego i wartościowego. Repetycja saksofonu, trochę mizdrzenia się przed lustrem, pętle i zakamarki dźwiękowe. Na finał posmak melodii i tonacji, które wcale nie szkodzą tej improwizacji. Seven. Wprowadzenie czyni saksofon sopranowy. Wiolonczela idzie z dołu i robi konkurencję nieobecnemu saksofonowi basowego. Rodzaj podskórnego rytmu, który zdobi tę narrację, czyniąc przy okazji asumpt do wysmakowanej puenty dla Underground PM. Kolejna partycja harmonii ze strun z niczym tu nie koliduje. Zdanie odrębne perkusisty, znów nieco na przekór, artystycznie broni się bez cienia wątpliwości. Finisz konstytuuje bardzo dobrą opinię recenzenta na temat tej płyty.


*) tytuł dzisiejszej historii dla tych, którzy nie radzą sobie zarówno z językiem katalońskim, jak i angielskim: Muzyka katalońska wciąż jest wolna. I doskonała.