Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rachel Musson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rachel Musson. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 sierpnia 2025

The August’ Round-up: Shifa! Türköz & Tuerlinckx! Zwerver! Hera Corp.! Karałow & Noetinger! Martial! New Bone!


Sierpniowa zbiorówka świeżych recenzji wystawiona na widok Waszych pazernych oczu i zasobność Waszych portfeli! Zapraszamy do lektury, a potem na zakupy! Wspierajcie kulturę wysoką, cokolwiek to znaczy!

Dziś osiem albumów z muzyką improwizowaną, ale także z kompozycjami współczesnymi i jazzowymi. A zatem po kolei: londyńskie, post-jazzowe trio, berlińska mantra na preparowane piano i szalony glos, holenderskie trio post-chamber, dwie ekspozycje syntezatora modularnego w tajemniczych duetach prosto z Katalonii i Serbski, duet polsko-francuski ze znaczącym udziałem elektroniki, a na koniec francuska, komponowana muzyka współczesna na instrumenty własnej produkcji oraz garść main-streamowego jazzu prosto z Polski. Nie będziecie się nudzić choćby przez sekundę.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Shifa شفاء (Rachel Musson, Pat Thomas, Mark Sanders) Ecliptic (Discus Music, CD 2025)

Cafe Oto, Londyn, luty 2023: Rachel Musson – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian oraz Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 46 minut.

Nasza ulubiona scena londyńska, na niej międzypokoleniowe trio wytrawnych instrumentalistów, a w jego wykonaniu soczysta, post-jazzowa improwizacja, w której nie brakuje emocji godnych free, ale także chwil adekwatnej dramaturgicznie zadumy. Nic, tylko wpaść w sidła tej muzyki i czerpać dozgonną przyjemność.

Artyści ruszają do boju w kolektywnym szyku. Pianista zaczyna od trybu inside piano, czyniąc ciekawy dysonans w kontekście linearnych, nasyconych sporymi emocjami akcji saksofonistki i perkusisty. Pierwszy kwadrans, to systematyczne narastanie, realizowane także w podgrupach, ze szczególnym uwzględnieniem free jazzowego duetu piano & drums. Opowieść ma swój wyraźny rytm, a muzycy zdają się czerpać dużą przyjemność z wyważonego eskalowania ekspresji. Po upływie kilkunastu minut zatapiają się w chmurze rezonansu i pozostają w niej na wiele minut, budując wyjątkowo uroczą ekspozycję. Po restarcie ich akcje nabierają bluesowego posmaku i nienachalnej melodyki, o co dba tu każdy. Koniec drugiego kwadransa, to kolejna okazja do pooddychania chłodnym powietrzem. Trzeci kwadrans koncertu pełen jest kompulsywnych zdarzeń - permanentnych turbulencji na werblu i tomach, soczystych, rytmicznych melodii na klawiaturze i sumiastych wyziewów z samego dna dętej tuby. Zakończenie spektaklu zdaje się pozostawać na barkach saksofonu tenorowego.

 


Saadet Türköz & Anaïs Tuerlinckx Le chant des noiseuses (Scatter Archive, DL 2025)

Ausland, Berlin, grudzień 2024: Anaïs Tuerlinckx – fortepian, preparacje oraz Saadet Türköz – głos, teksty. Jedna improwizacja, 38 minut.

Czas na ceremoniał niesionego pogłosem inside piano i głosu jedynego w swoim rodzaju. Pianistce bliżej tu do rytualnego hałasu niż fortepianowego liryzmu, wokalistka śpiewa wszystkimi językami świata, a pokłady ekspresji zgromadzone w jej głowie i gardle zdolne są przenosić góry. Ten niezwykły album trwa ledwie 38 minut, ale można przysiąc, iż to prawdziwa wieczność, która nie ma początku, ani końca.

Delikatny, filigranowy początek, jakby każda fraza czy oddech testowały, jak działa echo. Szmery, szelesty, drżenia i dotkliwe cierpienie płynące zarówno z gardła, jak i ze strun zanurzonych w głębinach piana. Artystki wspinają się na szczyt już w piątej minucie, a potem godzinami zsuwają się z niego w mroczne grzęzawisko. Pianistka wykorzystuje wyjątkowo szerokie spektrum dźwięku, ale jej partnerka zdaje się te parametry podwajać. Śpiewa, recytuje, snuje wokalizy. I niesie nam zdecydowanie złe nowiny. Po kwadransie obie zastygają w błocie ambientu, ale już po kolejnych kilku minutach płoną na stosie post-industrialu. Po tych traumatycznych przejściach wracają do rytuałów początku spektaklu. Piano drży, głos najpierw sięga po bliskowschodnią mantrę, a potem jodłuje i wesoło pokrzykuje. W międzyczasie docierają do nas matowe dźwięki klawiatury, jakby na przekór zastanej konwencji. Ostatnie pięć minut koncertu, to tajemnicze melodie ze strun piana okraszane piskiem wokalistki. Finał jest rozkołysany i dogasa nutą rezygnacji.

 


Zwerver, De Joode & Vatcher Brisky (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Zaal100, Amsterdam, marzec 2025: Henk Zwerver – gitara, Wilbert de Joode – kontrabas oraz Michael Vatcher – perkusja. Siedem improwizacji, 32 minuty.

Trzech holenderskich zakapiorów, weteranów nie jednej improwizowanej batalii w bezpretensjonalnej, równie post-jazzowej, jak post-kameralnej opowieści popełnionej w zacnym przybytku kultury wysokiej miasta rowerów, kanałów i definitywnie dobrych obyczajów. Krótki koncert bez jednego zbędnego dźwięku składa się z sześciu epizodów i ekspresyjnego encore.

Jego początek brzmi szorstko, jest leniwy, ale opowieść szybko nabiera dynamiki. Usłana jest tysiącem małych, zgrzebnych interakcji. Suche struny gitary, dobrze naoliwiony smyczek kontrabasu i błyszczące talerze zestawu perkusyjnego. Utwory drugi i czwarty mają piękne, jakże mroczne introdukcje. Potem akcja robi się zwinna, nieco rozkołysana, zdolna do istotnie jazzowego zgęstnienia. W trzecim, nieco nerwowym epizodzie na gryfie gitary sadowi się źdźbło bluesa. Narracja nabiera tu tempa, a na twarzy Dereka Baileya pojawia się niewymuszony uśmiech. W epizodzie czwartym podobać się może trójstronna rozmowa prowadzona w estetyce call and response, a w piątym zaskakująca nuta swingu. Z kolei szósta szyta jest ze strzępów fonii, choć balladowa, ma w sobie dużo złych emocji. Rzeczony bis, to bodaj najbardziej energetyczny fragment koncertu. Muzycy zanęcają się nad swoimi instrumentami, jakby to miał być ich ostatni koncert.

 


Ilia Belorukov & Nenad Marković Signs of Suspicious Activity (Hera Corp., Kaseta 2025)

kuda.org studio, Novi Sad, Serbia, sierpień i grudzień 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny oraz Nenad Marković – trąbka, preparacje, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 39 minut.

Pierwsza z zapowiadanych przygód syntezatora modularnego. Tu odnajdujemy go w rękach muzyka, którego pierwszym narzędziem pracy jest saksofon (świetnie o tym wiedzą stali czytelnicy tych łamów) i to zdaje się doskonale pomagać mu w budowaniu niebanalnej, niekiedy filigranowej narracji na zwojach analogowych kabli, tu w towarzystwie kompetentnego, preparującego trębacza, doposażonego odrobiną perkusjonalii.

Inauguracja albumu skrzy się od emocji i urokliwie hałaśliwych dźwięków. Syntezator zgrzyta zębami, trąbka przedmuchuje lodowate powietrze. Ten pierwszy potrafi tu brzmieć niczym gitara elektryczna, ta druga jak silnik wysokoprężny. Jeszcze w tej części albumu mamy wrażenie, że słyszymy kołujący śmigłowiec niesiony czystym brzmieniem trębackiej melodii. Drugi utwór, to wielkie drżenie. Tu wydaje się dla odmiany, że modularny ma struny. Trzecia opowieść to zwinna batalia short-cuts – gęsta, świetnie skomunikowana. Początek czwartej części, to krwawy hałas, ale zaraz potem improwizacja grzęźnie w mroku rozkojarzenia, a modularny i trąbka brzmią identycznie, bardzo akustycznie. Ostatni epizod, to prawdziwa perła w koronie. Syntezator przypomina stygnącą lawę, trąbka rozsiewa melodie posuwistym dronem. Opowieść, to medytacja prowadzona tuż przed nosem plutonu egzekucyjnego. Pięknie wystudzona do ostatniego dźwięku.

 


JL Maire & Alfredo Costa Monteiro Estelas (Hera Corp., Kaseta 2025)

Mont Efímer, Barcelona, wrzesień 2024: J.L.Maire – syntezator modularny oraz Alfredo Costa Monteiro – urządzenia elektroakustyczne. Dwie improwizacje, 33 minuty.

Tym razem nasz modular odnajdujemy w okolicznościach definitywnie elektroakustycznych. Dwie rozbudowane improwizacje mienią się tu szeroką paletą na ogół syntetycznych barw. Od pierwszej do ostatniej sekundy słucha się tego wyśmienicie, niekiedy z pewnym zdumieniem co do pomysłowości artystów i uzyskiwanych efektów brzmieniowych.

Plejada elektroakustycznych pisków obleczona zostaje na starcie albumu grubą warstwą dubowego echa płynącego zapewne z samych trzewi syntezatora modularnego. Feeria dźwięków formuje się w okazjonalne drony, okraszone drobnymi przepięciami i zgrzytami. Całość przypomina gęsty, zdewastowany, napromieniowany złem ambient zebrany z przegniłych zwłok akustyki. Finał jest efektowny, pulsujący nieistniejącym beatem. Druga improwizacja wydaje się jeszcze groźniejsza, bardziej mroczna, spowita mgłą nieokreśloności. Tu flow jest lepki jak wulkaniczna lawa, a narracja staje się zdecydowanie pokaźną porcją zdrowego hałasu. Z czasem muzycy zdają się zdejmować nogę z gazu i popadać w drobną melancholię. Samo zakończenie zostaje wyczyszczone z brudu, jest szkliste, zaskakująco melodyczne.

 


Andrzej Karałow & Jérôme Noetinger L'ivresse transfigurée (Crossroads Centre, LP 2025)

Andrzej Karałow’s home studio, maj 2024: Andrzej Karałow – fortepian, Roland space echo, oraz Jérôme Noetinger – Revox B77, elektronika. Sześć improwizacji, 41 minut.

Kolejna w dzisiejszej zbiorówce porcja akustyki w zetknięciu z szerokopasmową elektroniką. Sześć zgrabnych opowieści z dobrze zarysowaną dramaturgią. Czasami ich tempo wydaje się zbyt jednostronne, a poziom interakcji między tym, co żywe, a tym co syntetyczne nazbyt śladowy. Ale jako całość ta polsko-francuska kooperacja definitywnie godna jest zapamiętania.

Frazy inside piano i filigranowa elektronika przypominająca szmer owada w locie opadającym, to atrybuty otwarcia. Minimalistyczny flow nie zmienia swojego charakteru nawet, gdy pianista przenosi się na klawiaturę, a elektronik plecie intrygujący, mroczny background. Kolejne dwie opowieści zdają się kontynuować zastaną estetykę, przy czym akcje syntetyczne chętniej wychodzą przed szereg. Czwarta odsłona na etapie rozwinięcia wnosi do improwizacji powiew zdecydowanie większej ekspresji. Dwie ostatnie odsłony albumu znów stawiają na minimalizm z preparowanym piano i elektroakustycznymi subtelnościami, które pęcznieją z czasem do poziomu inwazyjnego szumu. Samo zakończenie sprawia wrażenie dramaturgicznego rozdroża. Być może płyta mogłaby zakończyć się kilka minut wcześniej.

 


Vincent Martial La cloche qui résonne (Mazeto Square, CD 2025)

Studio Climax, Loupian, Francja, kwiecień 2024: Vincent Martial (kompozycje), Marc Siffert, Camille Emaille, Bertrand Fraysse, Jean-François Oliver, Fabien Nicol oraz d’Elsa Jauffret – instrumentarium nieokreślone. Piętnaście utworów, 50 min.

Przed nami płyta z materiałem skomponowanym na septet, którego instrumentarium nie jest precyzyjnie wskazane w albumowym credits. Mówi się tam jedynie o instrumentach tradycyjnych (standardowych) i tzw. instrumentach eksperymentalnych, innymi słowy, stworzonych przez kompozytora i autora całości Vincenta Martiala. Ta dość szalona opowieść na tajemnicze dźwięki dęte, niekiedy także strunowe i perkusyjne, dzieli się na siedemnaście epizodów, które trwają od kilkudziesięciu sekund do niespełna sześciu minut. Większość z nich sprawia wrażenie ekstraktów, wycinków większej całości, na ogół imponujących brzmieniem i w skończonej liczbie przypadków niebanalną dramaturgią.

Nagranie skonstruowane jest prawdopodobnie wyłącznie z dźwięków akustycznych, ale w wielu momentach sprawia wrażenie … elektroakustyczne. Szczególnie wtedy, gdy basowe pasma zaczynają pulsować i tworzyć coś na kształt beatu o definitywnie syntetycznym posmaku. Większość ekspozycji ma charakter dronowy, niekiedy bardzo masywny, nasycony zarówno rezonującymi frazami, jak foniami śmiało zasługującymi na miano noise’owych. Nie brakuje także opowieści szemranych, szumiących, będących efektem perorowania tajemniczego instrumentarium. W ważnych dla dramaturgii całości momentach ekspozycje nabierają perkusyjnego, czy wręcz multifonicznego charakteru. Album na dystansie pięćdziesięciu minut usłucha się świetnie, choć być może, gdyby wybrało się z niego kilka wątków i kreatywnie je rozwinęło, dzieło Martiala byłoby jeszcze bardziej intrygujące.

 


New Bone Sorrow (CM Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Tomasz Kudyk - trąbka, flugelhorn, Marcin Konieczkowicz - saksofon altowy, Dominik Wania – fortepian, Maciej Adamczak – kontrabas, Dawid Fortuna – perkusja oraz gościnnie duet wokalny: Zuza Baum i Jan Piwowarczyk (w dwóch utworach). Osiem utworów, 62 minuty.

Czas na jazz definitywnie mainstreamowy. Formacja z trzydziestoletnim stażem, bodaj jej siódmy album. Kompozycje własne, zarówno lidera, tu trębacza, jak i członków zespołu, improwizacje, kody etc. Wszystko, co kojarzymy z jazzem środka, wszystko, co dla pewnej grupy słuchaczy jest jedynym sensem, tudzież właściwym konglomeratem dźwięków i dramaturgii. Dla niżej podpisanego wszakże kolejnym dowodem na to, że jazz w tej formie nie jest zjawiskiem nadmiernie intrygującym.

Ciekawym pociągnięciem w obliczu melodyjnych, spokojnych, niekiedy ckliwych tematów jest dokooptowanie do kwintetu dwójki wokalistów. W utworze trzecim śpiewają swingującą sambę i nadają leniwej dotąd płycie odrobinę dobrej dynamiki. W utworze ostatnim wprowadzają do nagrania elementy hip-hopowe i drum’n’bassowe, tworząc ciekawy dysonans estetyczny i dramaturgiczny. Zdecydowanie najciekawszym utworem jest tu kompozycja siódma, oparta ma masywnym groove kontrabasu. Gdyby jeszcze solowe ekspozycje pozostałych członków kwintetu miały w sobie więcej ekspresji, być może byłaby nadzieja, że New Bone jest w stanie wyrwać się z jarzma przewidywalności.  




piątek, 13 grudnia 2024

The Shrike Records’ collection: Hazard Calls! The Worm Turns! Fulcrum! Good Friday Plowshares Missile Silo Witness! If Only Silence Was Round!


Londyński Shrike Records z dumą wieńczy czwarty rok działalności edytorskiej. Dwadzieścia dwa albumy, a na nich śmietanka brytyjskiej sceny w swobodnych akcjach free impro (na ogół w premierowych zestawieniach personalnych), a także garść okazjonalnych gości z innych części świata. Bezmiar udanych koincydencji dźwiękowych, barwna, jakże konsekwentna linia graficzna (brawa dla Johna Trice’a) i organizacyjna koherentność (brawa dla Marka Daviesa) – wszystko to sprawia, że po ptasie albumy sięgamy zawsze z ogromną przyjemnością.

Dziś zanurzamy nasze receptory słuchu i wzroku w ostatnich pięciu albumach SR, które ukazały się od kwietnia do września bieżącego roku. Na kompaktowych dyskach sami dobrzy znajomi z ofertą swobodnego post-jazzu i mnóstwem ponadgatunkowych naleciałości, z kolei na winylach garść niespodzianek, zarówno personalnych, jak i brzmieniowych – to jakby rodzaj estetycznej awangardy w stosunku do wątku podstawowego wydawnictwa. 

So, welcome to Free London!



 

Alex Ward/ Dominic Lash/ Mark Sanders Hazard Calls (CD, 2024)

Alex Ward – klarnet, Dominic Lash – kontrabas oraz Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne. Lake Street Community Centre, Oxford, kwiecień 2024. Pięć improwizacji, 62 minuty.

Tych artystów słyszeliśmy w tysiącu swobodnie (i nie tylko) improwizowanych konfiguracjach. Ward i Lash grają ze sobą niemal od kołyski, a cała trójka jest znakiem jakości tak wielu sesji nagraniowych i koncertów, iż nie sposób zreasumować tego w kilku słowach. Ich spotkanie z Oxfordu nosi wszakże sporo znamion wyjątkowości. W takim zestawieniu personalnym nie grywali często (jeśli w ogóle), dodatkowo Ward sięga tu jedynie po klarnet, a swą temperamentną gitarę elektryczną pozostawia na backstage’u. Między innym dzięki temu ich soczysta, jakże wytrawna improwizacja zyskuje silnie kameralny sznyt, często zatapia się w czupurnej liryce i chętnie porusza po oceanie wystudzonych emocji. W tej sytuacji scenicznej wszelkie spiętrzenia i drobne wybuchy ekspresji mienią się jeszcze piękniejszymi barwami.

Muzycy podzieli opowieść na pięć odcinków. Cztery pierwsze są kilkunastominutowe, ten ostatni nieco krótszy. Początek jest definitywnie kameralny, a tworzą go nerwowy klarnet oraz zawieszona w czasie i przestrzeni post-jazzowa sekcja rytmu. Narracja jest precyzyjna, nieśpieszna, choć demon free jazzu zdaje się być przyczajony w każdym jej zaułku. Balansuje na krawędzi ekspresji, lepi się z lamentów smyczka, skomleń klarnetu, drżących talerzy i czujnego, punktowego drummingu. Otwarcie drugiej historii tonie w rezonansie, którego porcje dokłada po kolei każdy z muzyków. Leniwa, wystudiowana post-ballada, poruszająca się wężowym krokiem, z czasem przekształca się w koherentny półgalop. Trzeci epizod introdukowany jest jeszcze precyzyjniej. Szum ciszy, szmer talerzy, roztargnione stemple basu w poszukiwaniu dramaturgicznego punktu zaczepienia. Improwizacja najpierw pęcznieje mocą pizzicato, dociera na drobny szczyt, po czym zwalnia niesiona nostalgią arco wprost w mrok wyrafinowanych preparacji. Puenta improwizacja jest na powrót dynamiczna, definitywnie efektowna.

Kolejna opowieść jest nerwowa od pierwszych sekund. Coś trzeszczy na werblu, klarnet prycha z irytacji, bas drży jak osika. Całość przypomina taniec na rozgrzanym dachu. Falująca ekspresja zostaje tu skutecznie stonowana post-barokowym interludium smyczka. W oparach ciszy o nasze emocje dba pogrążony w dronowej ekspozycji klarnet. Ostatnia historia jest najbardziej dynamiczną częścią albumu. Otwiera ją klarnecista pogrążony w oszczędnym rytmie. Podobnie zachowują się drummer i kontrabasista, a wszyscy przypominają roztańczone pasikoniki na wilgotnej, porannej łące. Tempo rośnie, a o wzrost ekspresji dbają nisko osadzony smyczek, klarnet uciekający ku niebu i ruchliwe, perkusyjne szczoteczki. Ów kompulsywny wyziew energii towarzyszy nam do ostatniego dźwięku.



 

Darin Gray/ Pak Yan Lau/ Steve Noble/ Alan Wilkinson The Worm Turns (CD, 2024)

Darin Gray – bas bezprogowy, preparacje, elektronika, Pak Yan Lau – fortepian preparowany, syntezator, toy piano, gong rods, elektronika, Steve Noble – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Alan Wilkinson – klarnet, klarnet basowy, saksofon altowy, głos. Cafe Oto, Londyn, maj 2023. Cztery improwizacje, 40 minut.

Oto sytuacja dość typowa dla SR - koncert muzyków, którzy wcześniej nie improwizowali w zadanej konfiguracji personalnej (z zastrzeżeniem „najprawdopodobniej”) zarejestrowany w londyńskim Cafe Oto. Niebanalny zestaw instrumentalny (niespodzianki możliwe w każdej sekundzie występu), ponadpokoleniowy zestaw artystów i wielokolorowy melanż stylistyk, estetyk i sytuacji dramaturgicznych. Kwartet rozpoczyna definitywnie w kłębach soczystego free jazzu i tamże koncert swój kończy, ale w tak zwany międzyczasie (część druga i trzecia) dzieją się rzeczy doprawdy niezwykłe, śmiało konstytuujące jakość całego przedsięwzięcia.

Rzeczone, free jazzowe otwarcie ewoluuje od agresywnych, ciętych short-cuts po ocean rozległych i ekspresyjnych wydechów. Bas daje na poły syntetyczny background, piano cielesność melodii, klarnet basowy chwile grozy, a perkusja precyzję narracyjną. Opowieść niesie się na ogół efektownymi wzniesieniami, ale nie unika kameralnych dolin. Wilkinson dokłada glos, a każdy z pozostałych garść brzmieniowych niuansów. Początek drugiej części obiecuje wiele i nie zawodzi. Perkusja inicjuje, inside piano zachęca do kooperacji, szeleszczą struny, elektronika snuje się po podłodze, a dęte pomruki dopełniają obrazu onirycznej trwogi sytuacyjnej. Po fazie wznoszenia i opadania improwizacja nabiera rumieńców, niesiona ekspresją klarnetu i porcją fraz preparowanych z każdego ośrodka dźwiękowego. Z czasem wszystko przepoczwarza się w strugę polirytmicznej narracji, niesionej niemal gamelanowym tembrem.

Start trzeciej opowieści trzyma się zadanej estetyki, choć tworzą ją filigranowe akcje inside piano i instrumentów perkusyjnych. Narracja formuje się w drony, w smudze których rozpoznać możemy jedynie brzmienie klarnetu basowego, reszta jest bowiem plejadą fonicznych zagadek. Opowieść balansuje teraz na krawędzi post-jazzu i abstrakcyjnej kameralistyki, okazjonalnie bywa bardzo ekspresyjna. Subtelna elektronika świetnie podkreśla wyśmienite akcje klarnecisty i multimedialnej w tej chwili pianistki. W fazie finałowej tej części koncertu towarzyszą nam dęte rozśpiewanie, smyczek na gryfie basu, szeleszczące inside & outside piano i perkusyjne, tudzież perkusjonalne stemple jakości. Zgodnie z anonsem na ostatnie sześć minut albumu muzycy powracają do estetyki free jazzu, tu lepionej z melodyjnych fraz saksofonu altowego i drżących z emocji basu, piana z klawiatury i perkusyjnej dynamiki. Improwizacja przez kilka chwil wydaje się dość przewidywalna, ale rozdygotany, emocjonalny finał wiele rekompensuje.



 

Rachel Musson/ John Edwards/ N.O. Moore/ Steve Noble Fulcrum (CD, 2024)

Rachel Musson – saksofon tenorowy, John Edwards – kontrabas, N.O. Moore – gitara elektryczna oraz Steve Noble – perkusja. Iklectik Arts Lab, Londyn, grudzień 2023. Dwie improwizacje, 58 minut.

Kolejny kwartet w zestawie shrike’owych nowości dostarcza już samo free jazzowe mięcho! Nie grozi nam wszakże odium przewidywalności, albowiem na scenie (bez oklasków) odnajdujemy czworo na tyle kreatywnych artystów, iż cokolwiek by nie zakiełkowało w ich szalonych głowach, efekt foniczny stawia nas do pionu i każe bez ustanku popadać w zadowolenie.

Umiarkowanie ekspresyjny początek tylko rozbudza oczekiwania. Bas i perkusja tyczą twardy szlak, dęciak swobodnie pokrzykuje, a gitara kłębi się w oparach amplifikacji. Podróż od wystudzonego post-jazzu do korpulentnego free nie trwa tu długo, a jedynym interwałem jest moment kameralnego oddechu w okolicach ósmej minuty. Opowieść pulsuje emocjami, raz za razem podsycanymi akcjami pizzicato & arco kontrabasisty. Dość szybko osiąga szczyt i przenosi ciężar odpowiedzialności na mantrujący smyczek. Tu narracja, wbrew pozorom, staje się jeszcze gorętsza! Zdaje się, że w tym kwartecie każdy może być ogniskiem zapalnym. Wyraźne uspokojenie ma miejsce dopiero po dwudziestej minucie. Muzycy pochylają się wtedy nad pojedynczymi frazami, a opowieść zyskuje tajemniczy, post-bluesowy posmak. Pojawiają się akcenty preparowane, szczególnie ze strony perkusisty i gitarzysty, dosyłających zgrzyty i ambientowe plamy. Finał pierwszego seta, który trwa dłużej niż dwa kwadranse, znów pełen jest kreatywnych akcji z każdej strony, odrobinę wszakże pozbawiony mocy, jaka dewastowała opowieść kilka chwil wcześniej.

Drugi set jest o kilka minut krótszy, w każdym wymiarze nieco inny od pierwszego. Inicjacja prowadzona kolektywnie skupia się na ciszy, szeleszczących przedmiotach, drobnych piskach i obcierkach. Nie brakuje brudu i fraz na poły dronowych. Narracja rozwija się tym razem bardzo powoli, ale konsekwentnie, głównie dzięki pieczołowitości drummera. Moc tym razem idzie nade wszystko od strony gitarzysty, który definitywnie wybudza się z letargu, w jakim przebywał przez dużą część pierwszej odsłony albumu. Muzyk wrzuca rockowy bieg i zaczyna taniec szaleństwa. Niesie kwartet na wzgórze, syci opowieść soczystą solówką godną stadionów świata. Po chwili kameralnego zawahania improwizacja płynie najpierw gęstą strugą power trio, a po powrocie saksofonu pełnowymiarowym power quartet! Następnie scena zostaje oddana na wyłączność saksofonistce. Gdy koledzy wracają, wraca też moc i prawdziwie free jazzowy ogień. W fazie finalizacji najpierw następuje jeszcze większe zagęszczenie, ale bez udziału perkusji, potem – na końcowe trzy minuty - improwizacja przyjmuje postać pożegnalnej post-ballady, której swobodny rytm wystukuje perkusista.



 

Bruce Russell & Thierry Monnier via Fermata Ark Good Friday Plowshares Missile Silo Witness (LP, 2024)

Bruce Russell – gitara, amplifikacje, elektronika, field recordings, rozmowy, tape machine, Thierry Monnier – gitara, amplifikacje, elektronika, Fermata Ark – post-produkcja, aranżacja, syntezatory, elektronika oraz Mark Wastell - tam tam (utwór 2), Dirty Electronics - elektronika (2). Lyttelton, Nowa Zelandia, luty 2020. Dane dotyczące miejsca i czasu post-produkcji nieznane. Cztery utwory, 45 minut.

Album o bodaj najdłuższym tytule w historii labelu zdaje się być także nagraniem najbardziej odległym od typowej dla SR estetyki. Dwie gorące, skąpane w ogniu artyleryjskiego ostrzału gitary elektryczne, słowo mówione, sporo elektroniki na wejściu, ale i etapie post-produkcji, międzynarodowe towarzystwo i jeszcze dalekie Antypody w ramach miejsca realizacji dźwięków bazowych. Dobry Piątek… bez wątpienia zasługuje na miano wydawnictwa szczególnego.

Z dziką i niebezpieczną aurą albumu zaznajamia nas głos z offu i syczenie amplifikatorów. Gitarowy zgiełk, który po chwili opanowuje szerokie spektrum nagrania płynie gęstym wzniesieniem i mulistą doliną, dodatkowo rozsiewany elektroniką realizowaną na żywo i zapewne tą post-produkcyjną. Od awangardy ciężkiego rocka, po abstrakcję swobodnej improwizacji. Sporo dzieje się także na backgroundzie, gdzie królują brzmienia elektroniczne, field recordings, głosy i samplowane komentarze. Incydentalnie pojawiają się akcenty rytmu, ambientowe rozwarstwienia, tudzież psychodeliczne, złowrogie pasma post-dźwięków. Tutaj the sky is not a limit! Przez moment uciekamy w chmurę ptasich igraszek, mówi do nas głos z tekstem, po czym wracamy do hałaśliwego pogorzeliska rocka. Zakończenie pierwszej strony winyla śmiało mogłoby stanowić soundtrack do głośnego w czasach zimnej wojny obrazu The Day After.

Drugą stronę krążka inicjuje gitarowa pętla, dość wysoko osadzona, zaciskająca się na szyi bezbronnej ofiary. W czwartym utworze, drugim na tej stronie, gitary zdają się frazować nieco lżejszym, odrobinę mniej brudnym tembrem. Z jednej strony zgliszcza prog-rocka, z drugiej kolejne stadium gitarowej fermentacji. Syntetycznie rozwarstwiająca się narracja przypomina teraz stłumiony krzyk, a nastrój monotonnej, ale narastającej grozy potęgują zniekształcenia i usterki. Zdaje się, że P.H.Lovecraft czułby się w takim środowisku, niczym ryba w wodzie. Samo zakończenie albumu jest tyleż ambientem, co hukiem kołującego myśliwca. Jeszcze tylko głos z offu dokłada ostatni komentarz.



 

Albert Newton (Charles Hayward/ John Edwards/ Pat Thomas) If Only Silence Was Round (LP, 2024)

Charles Hayward – perkusja, John Edwards – kontrabas oraz Pat Thomas – elektronika. Lewisham Arthouse, lipiec 2023. Sześć improwizacji, 47 minut.

Nawiązując od preambuły dzisiejszego omówienia - co może być awangardą w stosunku do swobodnej, atonalnej i upiornie nielinearnej improwizacji? Może połamane rytmicznie post-electro, może rozhuśtany fussion-funk, a może gęsta, niefiltrowana magma post-industrialu? Tajemniczy Albert Newton w trzech osobach – perkusisty, kontrabasisty i elektronicznego pianisty – podsyła nam pewien trop!

Start jest gęsty, grany masywnym kontrabasem, tu jak zwykle zawieszonym pomiędzy zwiewnym pizzicato, a turbulentnym arco, połamanym rytmem perkusji i elektroniką, która strzyka moczem jak złośliwy kocur, albo cedzi zwarte strumienie fonii, niczym post-romantyczny syntezator. Pod powierzchnią tej strugi korpulentnych dźwięków czai się coś bezczelnie funkowego, a nawet punkowego. Słuchać to doskonale w momentach, gdy narracja łapie rytm, gdy przyspiesza i wyswobadza się z uścisku gęstych, tłustych zapętleń. Bywa, że elektronika ucieka w wyższe pasma, tudzież atakuje pełnym spektrum hałasu. Akustyczna sekcja post-rytmu łapie wtedy definitywnie rockowy, tudzież post-rockowy flow. Na starcie trzeciej odsłony tempo na kilka chwil opada, a opowieść, która z pewnością nosi znamiona improwizacji, nasiąka mulistym, zgrzebnym post-industrialem. Z kolei zakończenie pierwszej strony winyla, czyli utworu czwartego, stawia na upiorną klimatyczność, przypomina soundtrack do niemego filmu o podboju kosmosu.

Druga strona, to dwie opowieści. Początek jest spokojny, by nie rzec minimalistyczny. Muzycy dość szybka łapią jednak rytm i uciekają w dalece taneczną ekspozycję. Potem dostają się w obszar spiętrzeń, turbulencji i silnego wiatru. Ale gdy ponownie wpadną w sidła rytmu, nie odpuszczą do samego końca. Opowieść nabiera jeszcze bardziej funkowego odczynu i syci się szczyptą psychodelii niesioną post-melodyjnym flow syntezatora. Po upływie kwadransa, już w trakcie drugiej części tej strony, narracja spowalnia, z trudem łapie oddech, ciężko dygocze. Do końca albumu króluje już leniwa melodia pchana filuternym post-rytmem.




piątek, 18 października 2024

Colin Webster Large Ensemble in Second Edition!


Londyński saksofonista Colin Webster śmiało wkroczył w roku ubiegłym w piątą dziesiątkę życia i niejako przy okazji, w przededniu tej zacnej rocznicy, powołał do artystycznego bytu swój pierwszy Duży Skład. Otoczył się w nim grupą muzycznych przyjaciół, do tego bodaj najczęstszych współpracowników i postanowił koncertować tylko raz w roku, jesienią w londyńskim Dalston, w niepowtarzalnej z wielu względów Cafe Oto.

Koncepcja Large Ensemble by Colin Webster jest niebywale prosta. Świetnie znający się muzycy wychodzą na scenę i improwizują. Oktet bazuje na brzmieniu aż czterech instrumentów dętych, które wspiera soczysta, rozbudowana o elektronikę sekcja rytmu, zatem każdy wie, czego możemy spodziewać się po takiej załodze – soczystego free jazzu!

Przed nami epizod drugi, nagrany dokładnie rok temu. W ujęciu personalnym drobna zmiana na kontrabasie, poza tym jak zawsze cudownie! Welcome!



 

Pierwszy set, trwający podobnie jak drugi dwa kwadranse z drobnym okładem, otwarty zostaje kolektywnym spazmem trzech saksofonów, trąbki, elektroniki, gitary, kontrabasu (ze smyczkiem) i perkusji. Oktet płynie szeroką ławą, jest masywny w brzmieniu, ale nie eskaluje tempa. Instrumenty dęte oddychają tu niekiedy bardzo jednolitym strumieniem – jedni pracują na wdechu, inni na wydechu, chętnie wchodzą w bilateralne dyskusje, nieustannie na siebie pokrzykują. Gitara z kolei na każdym kroku szuka okazji do hałasowania i silnie krwawi na przemian z kontrabasem. Oba instrumenty niesione są strumieniem masywnego drummingu. Opowieść incydentalnie gubi tu tempo, ale to raczej chwile na zaczerpnięcie oddechu. Oto Machine Gun Anno Domini 2024 w pełnej krasie!

Nim upłynie kwadrans koncertu, Large Ensemble płonie już w ogniu kolektywnego rozdygotania. Po drobnym spowolnieniu wszystko zastyga jednak jak wulkaniczna lawa, tląca się niewygaszoną gitarą. Perkusista odpoczywa dając asumpt do gry na małe pola i feerii drobnych, brzmieniowych subtelności. Jego zmysł dramaturgiczny sprawia wszakże, że LE jeszcze w tej dziesiątce minut zaczyna ponownie eksplodować ziejąc ogniem na prawo i lewo. Wszyscy śpiewają po aylerowsku i zdają się nieść wyłącznie dobrą nowinę. Po kolejnych kilku minutach narracja formuje się w mięsiste drony inkrustowane elektronicznymi usterkami, a potem w strumień szemrzącej górskiej rzeki, skażonej radioaktywnie. Ostatnia faza pierwszego seta, to przestrzeń, w której dęciaki mogą pokazać swoją urodę w pełnym wymiarze. Na końcowej prostej improwizacja przebiera na sile, mimo, iż pozbawiona jest dynamiki perkusji.

W trakcie drugiego seta muzycy wydają się bardziej zdystansowani wobec dyktatu ekspresji, bardziej wyczuleni na niuanse dramaturgiczne, silniej nastawieni na akcje w podgrupach. Otwarcie tej części spektaklu spoczywa na barkach saksofonu i gitary, delikatnie skrobanych po piętach przez smyczkowe uderzenia po gryfie kontrabasu. Kolejne instrumenty podłączają się do gry z dużą troską o obraz całości, a sama akcja toczy się w dość spokojnym tempie, dając przestrzeń na dęte zdobienia. Sytuacja sceniczna jest tylko pozornie pod kontrolą artystów, albowiem wystarczy ledwie drobna iskra, by oktet, już po pięciu minutach, stanął w ogniu kolektywnej, free jazzowej jatki. Nie trwa ona jednak zbyt długo, albowiem zgodnie z tym, co powyżej, ta część koncertu stawia na interakcje. Najpierw, to faza stosunkowo ekspresyjnej huśtawki, potem zmysłowy duet trąbki i perkusji, faza dronowa pełna post-melodyjnych wydechów, wreszcie adekwatna do sytuacji na scenie wzmożona aktywność perkusisty, która skutkuje definitywnym wzrostem temperatury w tak już dusznej Cafe Oto.

Dalszą fazę seta zdobi efektowna ekspozycja trąbki na rozgrzanej sekcji rytmu. Potem narracja osiąga stan wrzenia, by w dalszej kolejności stylowo zastygnąć w chmurze dętych podmuchów, obleczonych elektronicznymi inkrustacjami. Znana już z tego koncertu rozkołysana narracja w aylerowskiej estetyce, tu na przednówki finalizacji, zdaje się wyjątkowo piękna, także długotrwała. Podejście pod ostatnią prostą jest jednak pełne ognistych wyziewów, przypomina kontrolowaną, free jazzową eksplozję. Wraz z wybiciem trzydziestej minuty muzycy zaczynają zwijać opowieść. Czynią to wszakże w tak urokliwy sposób, iż wyjątkowo trudno jest żegnać się z ich obecnością na scenie. Krótkie i długie frazy, sycząca elektronika i piękna faza dronowego konania na gasnącym wydechu. Brawo!

 

Colin Webster Large Ensemble Second Edition (Raw Tonk, CD 2024). Colin Webster – saksofon altowy, Rachel Musson – saksofon tenorowy, Cath Roberts – saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe - trąbka/ flugelhorn, Graham Dunning – elektronika, Dirk Serries – gitara, Caius Williams – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, październik 2023. Dwie improwizacje, 64 i pół minuty.



wtorek, 4 lipca 2023

Colin Webster Large Ensemble and First Meeting!


Stali Czytelnicy tych łamów wiedzą o brytyjskim saksofoniście Colinie Websterze dokładnie wszystko. Znają jego wszystkie płyty, bywali na jego licznych koncertach w Polsce, z uwagą śledzą jego wciąż rozwijającą się karierę free jazzowego improwizatora. Wiedzą także, iż muzyk w tym roku obchodzi okrągłe urodziny, zaś jego label Raw Tonk Records ma się równie wyśmienicie.

Z radością zatem odnotujmy fakt, iż Webster podjął się zadania skrzyknięcia dużego składu, który tytularnie opatrzył swoimi danymi personalnymi. Muzyk nie stworzył jednak na tę okoliczność kompozycji, ani nawet zrębów predefiniowanej improwizacji. Po prostu puścił ośmioosobowy skład w żywioł free jazzu i oczywiście wygrał w cuglach, zbierając wyłącznie złote laury!

Saksofonista zaprosił do Large Ensemble siedmioro muzyków, bez wątpienia swoich muzycznych przyjaciół. Poza kompanami z Kodian Trio, jest John Edwards, mistrz syntetyki Graham Dunning, a także trzyosobowy dęty zaciąg kobiecy, który wraz z liderem tworzy intrygującą ścianę saksofonów – altowego, tenorowego i barytonowego, wspartego małym blaszakiem. Na miejsce koncertu wybrali londyńskie Cafe Oto, bo gdzieżby indziej, a swoją debiutancką płytę, będącą rejestracją tego koncertu nazwali Pierwsze Spotkanie. Bo tak też było w istocie – Large Ensemble Collina Webstera, to wszak klasyczny skład ad hoc!



 

Set pierwszy trwa tu dwa kwadranse z sekundami. Rozpoczyna go strumień dźwięków realizowany kolektywnie, skoncentrowany na drobnych, zaczepnych frazach, ale już z zarysowaną dalszą dramaturgią koncertu. Instrumenty dęte paradują środkiem sceny, pozostając w nieustannej rozmowie, gitara i bas czynią swoje na prawej flance, perkusja zaś zdaje się zawłaszczać większy obszar przestrzeni fonicznej. W tle sączy się stale obecna, ale dalece nieinwazyjna, lekko szemrząca elektronika. Pierwsze spowolnienie nadchodzi dość szybko, a koncertuje się na bystrym, odrobinę rozkołysanym dialogu trąbki i gitary. Następująca niedługo potem krótka wymiana dętych zdań staje się zaczynem nowego wątku, wzrostu dynamiki i eskalacji emocji. Kilka pętli i znów małe spowolnienie, znów oparte na dialogu trąbki i gitary. Wokół nich snuje się drobny circle drumming, pojawia się także kontrabasowy smyczek. Tym razem narracja odbudowuje się dość leniwym krokiem, pęcznieje w poprzek, nie gna zaś do przodu. Nabiera siły, woli walki i determinacji. Gdy osiągnie stan wrzenia, śmiało zdaje się przypominać dziki ryk godny brotzmannowskiego Machine Gun! W okolicach 20 minuty flow stylowo wchodzi w mgłę szmerów, szumów i dźwięków preparowanych, głównie dętych. Znów pracuje smyczek, obok smęci elektronika, a gitara buduje małą chmurę ambientu. Podczas gdy dęte na powrót zaczynają wewnątrzpartyjną dyskusję, perkusja zaczyna budować podwaliny pod bardziej dynamiczną ekspozycję. Finał seta przychodzi szybko, jakby wbrew woli części załogi.

Drugi set trwa dwa kwadranse i sześć minut. Tym razem introdukcja przypada w udziale duetowi saksofonu i perkusji. W tle pracuje elektronika, a po chwili budzą się do życia inne instrumenty – trąbka, kolejne saksofony, wreszcie gitara z kontrabasem. Wszyscy biorą teraz głęboki oddech i przypuszczają atak całą szerokością sceny. Ale nie budują ściany dźwięku, wręcz odwrotnie – część dęciaków wydaje z siebie zaskakujące pomruki. Po krótkim wzniesieniu, już w stu procentach kolektywnym, łagodnie gasną wprost w objęcia nostalgicznego smyczka. Definitywnie uspokajają jednak emocje dopiero po upływie kwadransa. Bawią się w kameralistykę - trąbka pracuje ze smyczkiem, pozostałe dęciaki komentują ten związek. Powrót gitary oznacza wzrost emocji, tu niemalże post-rockowych. Swoje dokłada też perkusja. Cały Ensemble zaczyna teraz pięknie zawodzić smutną melodią, jakby odgrywał memoriał dla Brötzmanna. Nowy wątek inicjuje kontrabasowe pizzicato. Dwa, trzy ukradkowe spojrzenia i cały oktet idzie w tango z uśmiechem na ustach. Z czasem płyną coraz szerszym korytem, dużą ilością melodii, ale i gitary łagodzącej obyczaje. Niedługo potem dotykają ciszy, a trąbka wydaje przeciągłe westchnienia. Krótka faza oniryzmu, post-ciszy i miłosnych pląsów dość szybko skłania muzyków do budowania finałowego rozdania. Dęte pichcą ostrą potrawę, pokrzykują na siebie, sekcja rytmu kleci bazę dla dynamicznej ekspozycji. Nie śpi elektronika! Sam finał jest oczywiście kolejnym szczytem ekspresji, ale w trakcie tych prawie siedemdziesięciu minut Ensemble potrafił już grać głośniej. Emocje najpierw buzują, potem stygną, a sama improwizacja gaśnie na repecie kontrabasu.

 

Colin Webster Large Ensemble First Meeting (Raw Tonk Records, CD 2023). Colin Webster – saksofon altowy, Rachel Musson – saksofon tenorowy, Cath Roberts – saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe - trąbka, flugelhorn, Graham Dunning – elektronika, Dirk Serries – gitara elektryczna, John Edwards – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, sierpień 2022 roku. Dwie improwizacje, 66:55.



piątek, 30 czerwca 2023

The Shrike Records’ new outfit: TRIM & TRWST


Londyński Shrike Records wystartował organizacyjnie ledwie dwa lata temu, a już ma w dorobku dwanaście albumów z muzyką improwizowaną. Co do zasady są to ekspozycje z udziałem lokalnych muzyków (na ogół … legend gatunku), zarejestrowane w … legendarnych klubach Londynu (choć od tej zasady są drobne wyjątki).

Nagrania Shrike śledzimy oczywiście z zapartym tchem i z radością donosimy o kolejnych wydawnictwach. Dziś czas na dwa albumy, które światło dzienne ujrzały minionej wiosny. Intrygujący personalnie kwartet z dość świeżą datą rejestracji i duet sprzed dziewięciu lat (nagranie było już dostępne w sieci). Obie płyty z dużą rekomendacją redakcji, choć po prawdzie, ta starsza z odrobinę większą! Welcome!




TRIM

Kwartet złożony ze świetnie znanych artystów, zarówno tych dość jeszcze młodego pokolenia, jak i prawdziwych weteranów, przynosi nam sporo niespodzianek, głównie w zakresie użytego instrumentarium. Kontrabasista Dominic Lash sięga tu bowiem po gitarę elektryczną, a Phil Durrant, najczęściej kojarzony ze skrzypcami, często wspomaganymi elektroniką, bierze na warsztat syntezator modularny. Saksofonistka Rachel Musson i perkusista Steve Noble dla odmiany nie zaskakują i grają na swoich tradycyjnych instrumentach. Album zawiera nagranie koncertowe, na które składa się set główny podzielony dla wygody odsłuchu na trzy części i efektowny encore. Improwizacja prowadzona w dalece kolektywnym stylu często zasadza się tu na wzajemnych interakcjach instrumentów z prądem, ale i te akustyczne mają swoje do udowodnienia, co czynią nad wyraz skutecznie.

Początek koncertu nosi znamiona tzw. improwizacyjnej rozgrzewki, ale artyści prowadzą ją w dość żwawym tempie, o co dba szczególnie drummer. Intro czynione jest tu we trójkę, albowiem saksofonistka dołącza dopiero po upływie dwóch minut. Narracja nabiera cech free jazzowego bujania z jazz-rockowymi zdobieniami. Płynie linearnie (brawo Noble!), choć cechuje ją duża zmienność akcji. W sytuacji incydentalnego zwolnienia tempa swoje trzy błyskotliwe grosze dokłada saksofonistka. Drugą część seta głównego otwiera syntezator, który formuje chmurę elektroniki mając u boku gitarowe i werblowe subtelności. Saksofon znów pojawia się w grze po chwili wytchnienia. Narracja pełna tu jest rezonujących, a także dronowych ekspozycji. Pęcznieje wszerz, toczy się bowiem w dość leniwym tempie, bogacona perkusjonalnymi preparacjami.

Artyści bez zbędnej zwłoki przystępują teraz do najdłuższego odcinka seta. Kontynuują wątki zapoczątkowane w poprzedniej części, nadając im więcej jazzowego feelingu. Syntezator sieje trochę fermentu, saksofon ciągnie kwartet ku free jazzowi, z kolei gitara i perkusja wydają się być pogrążone w nostalgicznym suspensie. Improwizacja nabiera wigoru dzięki gitarze, która frazuje niczym bas i dynamicznemu drummingowi po talerzach. O emocje dba także syntezator. Opowieść wspina się na efektowne, ale dość krótkotrwałe wzniesienie, po czym zanurza się w elektroakustycznej, onirycznej aurze spowolnienia. Całość zaczyna smakować hippisowskim post-fussion. Kolejne emocje znów  płyną z mocy gitary, która odnajduje rockowe pokłady energii. Podobnie rzecz się ma z saksofonem. Narracja znów podlega ciągłym zmianom, przez moment nabiera tanecznego charakteru, przez kilka chwil jest też solową ekspozycją saksofonu. Końcowa faza seta głównego kipi kreatywnością perkusisty, a zgaszona zostaje spokojnym śpiewem saksofonu.

Koncertowy bis początkowo stacjonuje w chmurze dźwięków preparowanych, delikatnych, niekiedy wręcz minimalistycznych. Po kilku pętlach saksofon i jazzowo nastawiona gitara budują wątek, który najpierw zdaje się nosić znamiona pożegnalnej ballady, potem przybiera nieco bardziej ekspresyjne szaty. Syntezator mąci spokój, a gitara efektownie sprzęga. Nerwowy, emocjonujący finał dobrze reasumuje cały koncert.




TRWST

Duet Steve’a Beresforda, legendy sceny free jazzowej i dobrze już utytułowanej skrzypaczki Angharad Davies także stawia na niespodzianki. Znów krążą one wokół użytego przez artystów instrumentarium. Albumowe credits w ogóle nie zabiera w tej kwestii głosu. Jakie instrumenty uczestniczą w grze, możemy jedynie domyślać się bazując na odsłuchu i ewentualnie posiłkować zdjęciami z sesji nagraniowej, jaka miała miejsce w Walii, w małym obiekcie sakralnym. Płyta trwa prawie godzinę zegarową, przynosi całe mnóstwo wyjątkowych dźwięków, bystrych interakcji i zadziornych dyskusji małego strunowca Davies z tajemniczym i rozbudowanym instrumentarium Beresforda. Ten drugi, jak to miewa w zwyczaju, przeładowany jest pomysłami, ale też, znając jego wiele niepianistycznych albumów, nie sposób nie stwierdzić, iż swój artystyczny temperament tym razem trzyma mocno w ryzach. Innym słowy, mimo kilku przegadanych chwil, album śmiało uznać możemy za wyśmienity!

Już pierwsza opowieść stawia poprzeczkę oczekiwań bardzo wysoko. Beresford na wejściu kreuje setki pytań – brzmi niczym masywny, preparujący … perkusista! Davies na stronie wypuszcza drobne, także preparowane frazy i gubi je w pogłosie otoczenia. Akcje dynamiczne, jak i akcje na zaciągniętym ręcznym – dialog Pięknej i Bestii kończy swój żywot w urokliwej chmurze ambientu. Druga ekspozycja jest partią solową na organach, które brzmią matowo, szorstko, jakby filtrowane gęsta kotarą. Trzecia improwizacja znów wynosi nas na szczyty akustycznych wspaniałości. Davies zaczyna w pozycji bezdźwięcznej, potem buduje drony, z kolei Beresford gniecie przedmioty i wydaje tajemnicze, post-akustyczne odgłosy. Narracja balansuje tu między ciszą, a potencjalnym hałasem. Być może w użyciu jest balon, ugniatany na strunach piana. Skrzypce kontrapunktują niemal perkusyjnie. W czwartej odsłonie powraca brzmienie organów, którym bliżej do akustyki akordeonu. Całość pachnie post-klasycyzmem na sterydach. Przez moment wszelkie dźwięki zdają się wzajemnie imitować.

Piąta improwizacja, to kolejna gra w preparowane frazy i wyjątkowo zmyślne interakcje. Trochę mechaniki tarcia, trochę kocich pisków, pojawiają się dźwięki przypominające inside piano, a nawet frazy grane nieśmiało na klawiaturze. Szósta opowieść minimalistycznymi metodami buduje coś na kształt meta ambientu. Małe zgrzytanie zębami, rezonujące dźwięki i kolejna porcja tajemniczych fonii, to elementy naruszające linearny ład opowieści. Swoje dodaje też elektronika, brzmiąca dość analogowo, skrzypce z kolei wyjątkowo urokliwie preparują. W fazie końcowej utworu zdaje się, że Beresford ma w rękach dziecięce zabawki. Finałowa improwizacja ocieka zmysłowym post-barokiem, efektownie tłumiąc emocje. Skrzypce pięknie frazują w estetyce muzyki dawnej, a organy sycą opowieść kolejną porcją melodyki.

 

Dominic Lash, Rachel Musson, Phil Durrant & Steve Noble TRIM (CD 2023). Dominic Lash – gitara elektryczna, Rachel Musson – saksofon tenorowy, Phil Durrant – syntezator modularny oraz Steve Noble – perkusja, talerze, perkusjonalia. Koncert zarejestrowany w Cafe Oto, Londyn, styczeń 2022 roku. Cztery improwizacje, 47:45.

Steve Beresford & Angharad Davies TRWST (CD 2023). Angharad Davies – prawdopodobnie skrzypce oraz Steve Beresford – prawdopodobnie upright piano, organy, obiekty, elektronika. Nagrane w miejscu zwanym Lle Ceif Capel y Graig Artspace, Ffwrnais/ Furnace, Ceredigion, październik 2014 roku. Siedem improwizacji, 54:44.



 

środa, 11 sierpnia 2021

Alexander Hawkins and his Togetherness Music! *)


Artyści obchodzący w czasach pandemii okrągłe urodziny zdają się mieć podwójnie trudne życie. Raz pandemia, dwa – brak okazji, by zacne urodziny uczcić jakimś spektakularnym koncertem, trasą koncertową, czy nagraniem studyjnym.

Kataloński saksofonista Albert Cirera planował w roku ubiegłym zagrać 40 solowych koncertów, by uczcić swoje 40 urodziny. Polski pianista Witold Oleszak z okazji 50 urodzin planował wyjątkowy koncert z udziałem Johna Edwardsa i Marka Sandersa. Takie przykłady możnaby mnożyć w nieskończoność.

Brytyjski pianista Alexander Hawkins, rówieśnik Cirery, miał odrobinę więcej szczęścia. Latem ubiegłego roku (30 lipca, Challow Park Studios, Oxfordshire), w momencie mniejszej intensywności zarazy, zdołał zebrać w studiu nagraniowym aż szesnastu muzyków, którzy w błyskotliwy sposób wykonali jego sześć kompozycji. Przedsięwzięcie efektowne, dodatkowo ciekawie wpisujące się w proces zacieśniania relacji pomiędzy muzykami improwizującymi, a tym, którzy żyją i czerpią radość z wykonywania muzyki klasycznej, pod dyktatem precyzyjnych zapisów notyfikacyjnych. W roli tych drugich Riot Ensemble pod kierunkiem dyrygenta Aarona Holloway-Nahuma, w roli zaś artystów z naszej strony mocy, same niemal perły brytyjskiej swobodnej improwizacji, z magiem naczelnym, Evanem Parkerem. Pełną listę uczestników nagrania, które Hawkins zatytułował jakże adekwatnie Wspólna Muzyka, znajdziecie w innym miejscu tego tekstu. Dysk dostarcza zacny Intakt Records (2021), a rzeczonych sześć kompozycji pianisty trwa 52 minuty.

 


Indistinguishable From Magic. Ceremonia otwarcia spektaklu nie mogła nie zostać oddana w ręce Evana Parkera. Jego saksofon sopranowy zmysłowo śpiewa meta melodię, którą muzyk wspiera swoim nieprzerywanym, długim oddechem. Z czasem tembr instrumentu zdaje się być pogłaśniany echem delikatnej elektroniki. Orkiestra mocą swoich płuc i strun wchodzi do gry w połowie czwartej minuty i molowym sustained piece okrywa sopran, niczym płaszcz czarnoksiężnika. Ów nerwowy dysonans pogłębia się z czasem, gdy strumień orkiestry zaczyna przekształcać się w pojedyncze ogniska zapalne. Mroczna filharmonia opanowuje scenę, a Parker milknie.

Sea No Shore. Tu w rolę introduktora wciela się perkusista, który także pracuje z elektronicznym pogłosem, a do pomocy dostaje ciepło brzmiącą trąbkę. Pozostali muzycy wchodzą w tę post-jazzową magmę stopniowo – najpierw strunowce budują klimat, potem dęciaki smażą lekko przesłodzone ciasto wprost z partytury. Szczęśliwie prowodyrzy całego zajścia do końca dbają o nasze emocje.

Ensemble Equals Together. Ta opowieść zostaje oddana w ręce mrocznych i niepokojących strings. Orkiestrowy kontrapunkt, taplający się w niemal post-romantycznych klimatach i grany unisono, znów studzi entuzjazm recenzenta, ale powracający sopran Parkera wiele tu rekompensuje. Melodie i tonowana ekspresja zdają się ginąć z każdą minutą, dzięki czemu finał utworu skrzy się bystrą, żywiołową tyradą całego niemal składu.

Leaving the Classroom of a Beloved Teacher. W tej kompozycji Hawkins stawia na jazz i swoje dynamiczne piano. Do pomocy bierze kontrabas, który swinguje i czuć od niego wczorajszym bluesem. Podsekcja strunowa dodaje klimatu, a sopran Parkera – jakości. I znów, w drugiej części utworu, kompozytor pozwala muzykom na dużo improwizatorskiej swobody i nie krępuje ich temperamentu zapisami na pięciolinii.

Ecstatic Boababs. Przedostatnia opowieść tonie w post-barokowej poświacie instrumentów strunowych. Łagodna piosenka, pełna wszakże niepokoju, smutku, niemal egzystencjalnej trwogi. Swoje dokłada elektroniczna mgławica drobnych fonii. Całość gaśnie wyjątkowo zmysłowo.

Optimism of the Will. Prowodyrem intryg narracyjnych finałowej kompozycji jest kontrabas, a może nawet dwa kontrabasy. Oklejone perkusjonalną pajęczyną żywych i syntetycznych brzmień zapraszają kolejne instrumenty do zabawy – pojawiają się trąbka i piano, a sytuacja sceniczna nabiera open jazzowego charakteru. Raz za razem podłączają się kolejni artyści, a cała orkiestra rozkwita niczym bukiet świeżych kwiatów. W roli dbającego o tempo - bystry perkusista! Swoje udane chwile ma trąbka, a zaraz potem saksofon sopranowy. W poprzek tych improwizacji płyną frazy grane unisono, ale dajemy im rozgrzeszenie. Na samo zakończenie zostają już tylko Hawkins i Parker, bezwzględnie najważniejsi aktorzy tego delikatnie przeładowanego pomysłami spektaklu.

 

Togetherness Music. For Sixteen Musicians. Feat. Evan Parker & Riot Ensemble. Hannah Marshall i Louise McMonagle – wiolonczele, Marianne Schofield i Neil Charles – kontrabasy, Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne, Matthew Wright – elektronika, Evan Parker – saksofon sopranowy, James Arben – flet, klarnet basowy, Rachel Musson – flet, saksofon tenorowy, Percy Pursglove – trąbka, Benedict Taylor i Stephen Upshaw – altówki, Mandhira De Saram i Marie Schreer – skrzypce oraz Aaron Holloway-Nahum – dyrygentura i Alexander Hawkins – fortepian, kompozycje.


*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została opublikowana, dość dawno temu

  

piątek, 5 października 2018

Parker! Russell! Coombes! Turner! Beresford! Wilkinson! Weston! Nicols! Noble! Ward! And many strong aspirants to fame! Channel by Discovery Festival 2017!


Zjednoczone Królestwo swobodnej improwizacji! 16 września 2017 roku, Ye Olde Rose & Crown, Walthamstow, Londyn. Sobotnie popołudnie z ciepła herbatką, być może także z odrobiną czegoś wzmacniającego nadwątlone siły wielbicieli całkowicie wyzwolonej improwizacji.

Discovery Festival trwał ponad sześć godzin zegarowych, nagranie zaś dokumentujące to wydarzenie nazwano Channel. Wyłącznie w formie elektronicznej dostarcza label Johna Russella i Paula G. Smytha – Weekertoft (2018).

Teatime for Dreamers! Czyż nie za to kochamy wyspiarką muzykę? Werbalny komentarz do każdego z koncertów festiwalu przed Wami!




Zaczynamy od jedenastoosobowej orkiestry prawdziwych aspirantów i jednego mistrza gatunku - Mopomoso Workshop Group (Sebastian Sterkowicz – klarnet basowy, Sam Enthoven - elektronika, John Eyles – saksofon altowy, Emmanuelle Waeckerle - głos, Martin Clarke – saksofon altowy, Deborah Chin – saksofon sopranowy, Alan Newcombe – saksofon tenorowy, Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn, Phil Durrant - mandolina, Chris Hill - klarnet, Alec Kronacker – gitara elektryczna). Ponad półgodzinna, zgrabna, bardzo swobodna improwizacja. Nie znamy ośrodka decyzyjnego, być może zatem rzecz działa się całkowicie kolektywnie. Bardziej niż udane użycie elektroniki, nieinwazyjnej, pięknie komentującej żywe incydenty dźwiękowe. Intrygująca gitara, wyrazista, o głębokim brzmieniu. Aktywna, skupiona i rozbudowana sekcja dęta, niestroniąca od eskalacji. Po 20 minucie, jakby więcej syntetyki w tembrze orkiestry, w dobrej komitywie z dęciakami, a na finał udany dialog klarnetu basowego i głosu kobiecego.

A teraz trio o dynamicznej nazwie Crush! (Mark Browne- saksofon, Ian McGowan – trąbka, Sonic Pleasure – obiekty). Błyskotliwy, niespełna 20 minutowy set. Dobrze ułożone proporcje instrumentalne (żywe w przewadze!). Narracja równocześnie intensywna i subtelna. Zdaje się, iż nie brakuje tu adekwatnego live processing. Słyszymy dźwięk fletu, syntetykę perkusyjną, a nawet brzmienia gitary. Saksofonista potrafi dąć w sopran niczym Trevor Watts w duetowej edycji Spontaneous Music Ensemble. Całość jawi się jako elektroakustyczna perełka. Brawo!

Czas na kolejny bardziej rozbudowany ansambl, znów rojący się od zdolnych aspirantów. W ramach South Leicestershire Improvisers Ensemble na scenie pojawiają się: Lee Boyd Allatson - drum set, Virginia Anderson - klarnety, Bruce Coates, - saksofony, Christopher Hobbs - fortepian, małe instrumenty, Trevor Lines - bas, Rick Nance - flugelhorn, Nilufar Habibian – qanun oraz David Hackbridge-Johnson – skrzypce i pozostają z nami na prawie 24 minuty. Początkowo dominacja dźwięków strunowych (nawet dość nieoczywistych), rodzaj zwinnej kameralistyki, która szybko znajduje powód do eskalowania napięcia. Parę chwil dobrego call & responce, trochę dętych ekspozycji w klimatach contemporary, także kilka galopów wyzwolonego improve. Znów muzykom należy się słowo pochwały za dobrą organizację przestrzeni fonicznej (na liście płac nikt nie przyznaje się do dyrygentury).

Teraz na scenie melduje się free jazzowy duet Stefan Keune (saksofon altowy) i Steve Noble (instrumenty perkusyjne). Syna Albionu znamy doskonale, nie wymaga on rekomendacji. Mniej popularny zdaje się być niemiecki saksofonista, ale i on z niejednego pieca chleb jadł. No i to właśnie Keune w trakcie 17 minutowego seta udowadnia, iż pierwszy rząd europejskiego free winien być jego stałym miejscem. Zaczynają na ostro, ale już po paru minutach saksofonista schodzi niżej i zaczyna szukać ciekawszych dźwięków, głęboko zaglądając w tubę swego instrumentu. Noble czyta pismo nosem i aplikuje do gry na pełnych prawach. Bardziej niż błyskotliwe!

Chwila pianistycznego ukojenia, to z dramaturgicznego punktu widzenia, świetny pomysł. Paul G. Smyth w wersji solo (niemal 20 minut)! Zaczyna od preparacji, nisko pochylony na pudłem rezonansowym. Sporo subtelności, które podkreślają dźwięki otoczenia (słychać miasto w tle!). Minimal piano in deep space! Ciekawe, suche brzmienie. Pasus bardziej dynamiczny zdaje się być mniej intrygujący, ale finał seta rekompensuje wszelkie ambiwalencje – bardzo efektowny, niemal demoniczny, z dubową poświatą

Zdaje się, że festiwalowa rozbiegówka już dawno za nami. Oto kwartet o jakże niebanalnej nazwie Lullula (Jim Dvorak - trąbka, Kay Grant - głos, Armorel Weston - głos, Marcio Mattos - kontrabas). Dwa fragmenty, łącznie 20 minut z sekundami. Efektowna, bogata instrumentacja – dwa głosy kobiece, trębacz, który nuci pod nosem i kontrabas ze smyczkiem. Panie zdają się raz za razem szczytować, Panowie dzielnie akompaniują on full improve. Gdy szukają ukojenia, intrygująco gaworzą w klimat Julie Tippett i Spontaneous Music Ensemble. W dogrywce bez chwili zawahania idą w dobrą sonorystykę.

I znów nazwa formacji przyciąga uwagę jeszcze przed pierwszym dźwiękiem - Compulsive Quintet (Rick Jensen – saksofon, klarnet, Luisa Tucciariello – głos, flet, efekty, Michele Paccagnella - gitara, Sebastian Sterkowicz – klarnet basowy, Jordan Muscatello – kontrabas). Dwa odcinki, ponad 22 minuty. Na starcie jazzowe frazy saksofonu, okraszone głosem kobiecym. Reszta czeka, a potem wszyscy razem robią duży skok w wolną improwizację. Nawet hałasują, gitara zwinnie psychodelizuje. Rwana, zmienna narracja, przyzwolenie na każdy dźwięk, przeto całość trochę nierówna. Ognisty finał pierwszego odcinka, więcej spokoju w drugim.

Kobiecy duet na skrzypce i fortepian? Why not!? Alison Blunt na tych pierwszych, Yoko Miura - na drugim. Ponad 20 minut rozwichrzonej kameralistyki. Piano odrobinę akademickie, często operujące mikrofazami i zatopione w konstruktywnym free improve skrzypce, z lekko zabrudzonym brzmieniem. Zdecydowanie więcej dzieje się po 7 minucie, gdy Panie postawiają gorąco podyskutować na argumenty foniczne. Pod koniec piękne, repetujące frazy skrzypiec, przypominające błysk Billiany Voutchkovej.

Zdecydowanie dobry to moment na coś prawdziwie bombowego! I tak dzieje się w istocie, na scenie bowiem melduje się skandynawskie trio Bomb (Ola Paulson – saksofon altowy, Anders Lindsjö – gitara basowa, Anders Uddeskog - perkusja). Niespełna 16 minutowa petarda free! Wytrawny saksofon, jurna, zagotowana od startu sekcja (doskonały bas elektryczny!), pełna swoboda kreacji – czego chcieć więcej? Jakże świeże i odkrywcze nagranie na tle osiągnięć gwardii uznanych i nadmiernie honorowanych kolegów z tej części kontynentu. Od eksplozji do konstruktywnego skupienia, zwinnej, małej gry. Świetna komunikacja, doskonały warsztat. Finał ocieka wysokogatunkową spermą! Brawo!

Po takiej wolcie, dobrze byłoby, gdyby jacyś inni artyści sprowadzili nas na ziemię nieco mniej ekscytującą narracją. Mówisz, masz! Enzo Rocco na gitarze, Veryan Weston na fortepianie. Set niemal 25 minutowy. Jazzowa, gęsta, trochę przegadana ekspozycja. Panowie nie żałują energii, tryskają temperamentem, ale po paru minutach koncert zaczyna trochę nużyć. Być może, tak intensywna gra obu muzyków dowodzi w tym wypadku problemów w zakresie wzajemnej komunikacji. Cóż, tak bywa.

Popołudniowa herbatka  w Ye Olde Rose & Crown zaczyna nabierać mocy. Festiwal wkracza w drugą fazę. Na scenie za moment zaroi się od postaci pomnikowych gatunku. Bądźcie czujni!

Trio Blurb zdaje się, że dobrze wpisuje się w powyższy anons. Maggie Nicols użyczy nam głosu, John Russell gitary, a Mia Zabelka skrzypiec i głosu. Dwa odcinki, każdy równo 9 minut i 39 sekund! Piękny, klasyczny dla free improve głos, jedyna w swoim rodzaju, akustyczna gitara ze splątanymi strunami, swarne, lekko psychodelizujące skrzypce, które chowane w klatce, wciąż uciekają na wolność! Błyskotliwa komunikacja, piękne zadziory akustyczne, z pewnością jeden ze szczytowych momentów tego popołudnia. Maggie niczym przekupka na rynku z warzywami, John precyzyjny i zupełnie wyzbyty zahamowań artystycznych i Mia, czasami filigranowa, także używająca głosu! Doskonałe!

Kolejny koncert znów konfrontuje kobiecy głos z instrumentem akustycznym. Viv Corringham w parze z Alex Wardem na klarnecie. Niespełna 14 minut. Na starcie kogucie bulgotanie z obu stron sceny. Tak w gardle, jak w tubie klarnetu. Niezła imitacja! Kobiecy głos nieco histeryczny, przeładowany energią, klarnet w dokładnej opozycji. Dużo emocji, sporo hałasu, stabilna komunikacja. Przed większość czasu recenzent wolałby pójść na solowy koncert Warda (pięknie gra!), ale ognisty finał pozostawia go w obliczu duetu i nie czyni rozczarowanym.

Czas na trio, znów damsko-męskie: Lee Boyd Allatson - drum set, Alan Wilkinson – saksofon altowy, Hannah Marshall – wiolonczela. 22 minuty i tyleż sekund ciekawej, free jazzowej opowieści z wiolonczelą, która nie dość, że jest delikatnie amplifikowana, to od startu wychodzi przed szereg i ustala zasady współpracy. Nie mamy zastrzeżeń! Saksofon Wilkinsona (sięga też po baryton) dość przewidywalny, niepozbawiony wszakże ekspresji i dobrego tonu, Allatson dopóki nie zacznie wydawać dźwięków głosowych, nie budzący wątpliwości. Króluje wszakże Marshall, która zabiera Panów na ognisty finał, który zdecydowanie podnosi jakość całej ekspozycji. 

Festiwal drobnymi krokami wchodzi na ostatnią prostą. Wejście jest iście piorunujące: Nigel Coombes na skrzypcach i Roger Turner na perkusji! Dwie improwizacje, łącznie prawie 24 minuty. Chciałoby się rzec – Spontaneous Music Ensemble Revisited! Spotkanie jedynych w swoim rodzaju improwizujących skrzypiec (ach, ten karkołomny, folkowy zaśpiew!) i drummera, która zjadł zęby na wybitnej free improve. Wirtuozeria, mistrzowska mała gra, maestria filigranowości. Classic of molecular improve! Czy wiecie dlaczego Turner nigdy nie zagrał w SME? Bo tam było miejsce tylko dla jednego perkusisty. Bez cienia wątpliwości – najważniejsze wydarzenie tamtej soboty!

Ciąg dalszy artystycznej kulminacji Discovery Festival! Evan Parker – saksofon tenorowy, John Russell - gitara, John Edwards – kontrabas. Ponad 23 minuty. Każde nagranie takiego tria warte jest wszystkich pieniędzy świata! Wolna improwizacja, model klasyczny. Bez zaskoczeń, tylko ekstaza! Być może, przy tej okazji, warto pochylić się nad jakością pracy Edwardsa w tej konfiguracji personalnej. Dynamika, ekspresja, kompatybilność w każdym wymiarze. Tu, nawet bardziej dynamicznie niż zazwyczaj. Takie trio, to dowód rzeczowy na tezę, iż telepatia nie jest pojęciem teoretycznym!

Po artystycznej eksplozji, ponownie czas na duet fortepian-skrzypce. Tym razem jednak męsko -damska odsłona: odpowiednio Steve Beresford i Satoko Fukuda. Kwadrans z okładem bezbolesnej improwizacji na piano z klawisza i klasycyzujące skrzypce. Steve, jak zwykle cytuje cały świat muzyki, jest rubaszny, zabawny, ale bardzo precyzyjny. Narracja jest rwana, ale wielowątkowa, bogata w naprawę udane momenty. Po stronie Japonki genialna wręcz technika gry. W ramach chwili relaksu ten pierwszy robi wariacje na temat ragtime’u, ta druga gra melodię dla powtórnie zakochanych. Dobry finał w galopie.

Oto i koniec dnia mamy już w zasięgu ręki. W ramach pierwszego podprowadzenia Dave Tucker Group (Dave Tucker – kontrabas, Claude Deppa – trąbka, Rachel Musson - saksofon, Mark Sanders – perkusja). Prawie 20 minut modelowej niemalże free jazzowej ekspozycji. Niebanalny flow, strumień dobrze uporządkowanej improwizacji. Bardzo śpiewana trąbka, doskonały saksofon (bez zaskoczeń!), sekcja, która okazjonalnie nawet swinguje. W połowie seta solo lidera, potem start nowej narracji. Finał wszakże bez nadmiernej ekscytacji.

W ramach drugiego podprowadzenia strunowe trio Barrel (Alison Blunt - skrzypce, Ivor Kallin - altówka, Hannah Marshall – wiolonczela). Set 16 i pół minutowy. Narracja pełna przeciągania liny, zwarć i całusów, toczona na pięknym, zabrudzonym brzmieniu przez każdego z muzyków. Co rusz, któryś z nich wychodzi przed szereg i stawia stempel mistrzowski. Prawdziwa perła string free improve. Zjazdy i podjazdy, sonorystycznie i melodycznie. W połowie seta incydenty z gardła, pokrzykiwania, jęki i drobne ekstazy. Potem chwila hałasu i rozbudowany, epicki finał.

Czas powoli gasić światła. Na ostatni set festiwalowy wychodzą szefowie Weekertoft, by zwinną improwizacją zakończyć to wielobarwne i naprawę udane popołudnie (wieczór). Paul G. Smyth, - fortepian, John Russell – gitara. Skromny, 9-minutowy rodzaj encore. Mała gra, preparacje, flażolety. Beauty in silence! Na ostatniej prostej muzycy trochę jednak rozrabiają! Finał godny całej imprezy! Brawa dla wszystkich!


Channel kupicie za skromne trzydzieści funciaków pod tym dokładnie adresem!



środa, 31 stycznia 2018

Russell! Butcher! Parker! Edwards! Beresford! What’s going on in the united kingdom of free improvisation! Category: seniors of the family!*)


Porzućmy na moment lansowanie młodych, gniewnych muzyków, kosztem tych starszych, wystudzonych artystycznie, co czynimy niemal codziennie na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej. Brytyjskie królestwo wolnej improwizacji nadal dostarcza bowiem doskonałej muzyki także w kategorii weteranów, tudzież seniorów rodu!

Nadstawmy ucho i sprawdźmy, co też zadziało się w ostatnich tygodniach ubiegłego roku, po drugiej stronie Kanału La Manche, w najbardziej nas interesującej kategorii muzycznej - wolnej i artystycznie wyuzdanej improwizacji, realizowanej wszakże przez znanych i lubianych. Cztery płyty, kilka wielkich nazwisk, sporo ciekawych dźwięków. Dwa koncerty z londyńskiego Iklectik, jeden z Vortex, a także spotkanie w … Starym Kinie. Here It Is!




Stray  Into Darkness (Iluso Records, CD 2017)

W roli weteranów sceny: John Butcher (saksofon tenorowy i sopranowy) i John Russell (gitara… elektryczna!), w roli aspirantów: Dominic Lash (kontrabas, uwaga! opis płyty mówi contrabass, nie zaś double bass; kto dostrzega różnicę, niech pierwszy rzuci kamieniem) i Ståle Liavik Solberg (perkusja i instrumenty perkusyjne). Panowie przyjmują nazwę własną Stray (Przybłęda). Koncert, będący nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, trwa 51 minut, a podzielony został na trzy części. Jesteśmy w Iklectik, sam koniec roku 2015.

Start koncertu odbywa się w takiej oto scenerii - głęboki tembr kontrabasu, balansująca na krawędzi prądu gitara, walcowaty, sonorystyczny tenor i detale perkusjonalne. Russell mając w dłoni taką siłę, nie pozostaje bezczynny. Bez uprzedzenia zaczyna swój post-psychodeliczny taniec na strunach. Jego elektryczna gitara staje się od razu elementem szczególnym koncertu, czynnikiem charakterologicznym, który determinował będzie wiele jego elementów składowych. Permanentnie pozostaje w centrum uwagi, stanowiąc zarówno spoiwo improwizacji kwartetu, jak i czynnik ją dezintegrujący. Zupełnie przy okazji, dostrzegamy świetną robotę Lasha, który co rusz stawia do pionu długopis recenzenta. Jego kontrabas, nie dość, że brzmi błyskotliwie, to jeszcze, raz za razem, wchodzi w interakcje z perkusją, komentując także wyczyny płomiennej gitary i delikatnie - przynajmniej na początku -skonfudowanego saksofonu. Ten ostatni, trochę w ramach votum separatum, popada na sopranie w lot czmiela i bardzo wysokim rejestrem akcentuje obecność na scenie. Prawdziwe foniczne tremolo! Brawo! Ze strony Russella - spiętrzenia narracji, fale przypływu i odpływu. Wielki kocioł z prądem na gryfie! Hałas, to skutek jego działań, ale także reakcji partnerów, którzy nie schodzą mu z drogi. W 11 minucie sekcja rytmiczna gra wręcz rockowo, nawet doom metalowo. Wyciszenie tuż potem, z jednej strony uspokaja emocje po obu stronach sceny, z drugiej … zwiastuje początek drugiego traku płyty. Znów słowa pochwały dla Lasha, za spokój, opanowanie i dramaturgiczny nerw, który wtłacza do improwizacji. Russell i jego gitara, bez zaskoczenia, ponownie szukają zwady. Gdy muzyk kłębi się na gryfie i plącze w zeznaniach, jest smakowity. Gdy włącza dopalacz, nie jest już równie ujmujący i gubi przy okazji wszelkie subtelności narracji. 3 minuta tego odcinka, to – na zasadzie kontrastu - piękne pasaże na sopranie, szczególnie udane w momencie, gdy gitara stoi na zaciągniętym ręcznym. Sekcja, tuż obok, gra zmyślne łamańce, nie brnąc w proste rozwiązania. Duet starszych Panów dotkliwie zdobi ten fragment koncertu konwulsyjną pogadanką. Gdy gitarzysta zdoła hamować swój rockowy temperament, jakość improwizacji skacze, jak słupek rtęci termometru w pustynnym upale. Nawet, gdy scenę spowija posmak noise’u. Ciekawe, że duże łyki psychodelii, jakie serwuje partnerom Russell, wcale nie szkodzą Butcherowi. W 9-10 minucie gra on zmysłowe, kwaśne pętle, bystre pasaże, a wszystko na tle delikatnie eskalującej się gitary, pozostającej na suchym fuzzie. Wytłumienie za moment, też przesączone jest rozedrganą percepcją. Russell, wszakże, nieustannie kipi energią, prądem, meta rockowym temperamentem, o który niewielu z nas podejrzewałoby go. Nawet teraz, gdy improwizacja prawie stoi w miejscu i czeka pokracznie przed zaciągniętym semaforem. Butcher wchodzi do tego tygla emocji bez chwili zawahania, a potem wychodzi bez szwanku (na dowód ekstaza w wąskiej tubie sopranu). 20 minuta, to kolejna, hałaśliwa wolta, a w roli odpowiedzialnych, każdy z muzyków. Choć cała para idzie z zagotowanej gitary! I znów uspokojenie narracji zmienia nam numer traku na krążku. Tenor u progu tego odcinka jest podejrzanie ciepły w tonie, ale ma także trochę niecnych zamiarów. Gitara plumka na boku i łapie oddech. Kontrabas rezonuje i kipi kinetyką pudła. Ten moment koncertu, to świetny przykład na dobrą kooperację w kwartecie, wysoki poziom komunikacji i nadprodukcję wzajemnej empatii. Gitara oczywiście rozrabia, tu akurat mając sprzymierzeńca w drummerze, który do tej pory raczej komentował, niż stawiał pytania. Emocje znowu osiągają stan wrzenia na gitarowych przetwornikach. Acid free improve? – pyta zbałamucony recenzent. Tuż obok, cuda w tubie saksofonu, który imituje gitarzystę i jest wyjątkowo precyzyjny, w tym co robi. Wiele fragmentów koncertu dyktuje Russell, w wielu momentach pozostali muzycy czekają na jego ekspozycje. Ta foniczna przewaga nie zawsze bywa atutem nagrania, z drugiej jednak strony, stanowi spore zaskoczenie dla odbiorcy, któremu wydawało się, że wie, czego może się spodziewać po takim składzie personalnym. W 11 minucie trzeciego interwału, sopran bierze narrację w usta i rwie nam włosy z głowy swoją najlepszą, tego wieczoru, jednooddechową ekspozycją. Partnerzy także idą ku eskalacji i tryskają artystyczną spermą po ścianach. W finale recenzent nie może nie docenić świetnej roboty Butchera. Być może nigdy dotąd nie miał w pobliżu swojej tuby tyle prądu! Wybrzmiewanie nagrania w tej części jego instrumentu pachnie wręcz industrialnie! Cóż za emocje!




Evan Parker/ John Edwards/ John Russell ‎Walthamstow Moon ('61 Revisited) (ByrdOut, LP 2017) ‎

Zasłużyliśmy na chwilę akustycznego wytchnienia. Udajemy się do Starego Kina w miejscowości Walthamstow. Listopad 2016, a na podeście, tuż przed głuchym ekranem, ponownie spotykamy Johna Russella, który tym razem dzierży w dłoniach gitarę akustyczną. Wspomagać go będzie para odwiecznych przyjaciół, czyli Evan Parker na saksofonie tenorowym i sopranowym oraz John Edwards na kontrabasie. Limitowany winyl przynosi nam 36 minut muzyki, podanej w sześciu częściach.

One. Drobna, delikatna, stosunkowo molekularna ekspozycja, przesycona dobrą synergią, skuteczną komunikacją i oczywistą, w przypadku tych muzyków, empatią. Płynna, wartka, niezgrzytliwa narracja. Nadpobudliwy na ogół Edwards, gra swoje, siedząc cicho, niczym mysz pod miotłą. Pięknie smyczy starszyźnie w tle. Two. Parker sięga po sopran, Russell śle mikro pozdrowienia wprost z gryfu gitary, Edwards zaś wpada w barokowy nastrój. Choć pozbawiona sonorystyki, najlepsze wrażenie sprawia niebanalna gitara. Jej improwizacja jest szczegółowa, skupiona na detalach, czysta i nienapastliwa. Prawdziwe Stare Kino. Three. Tenor, smyk i flażolety – rozpoznawalne schematy, świetne interakcje, wszakże bez jakichkolwiek zaskoczeń. Satysfakcja słuchacza jednakże  100%-owa. Starsi Panowie plotą swoje odwieczne mantry i są bezdyskusyjnie szczęśliwi. Four. Muzycy wchodzą w ten fragment od strony ciszy, w skupieniu, dźwięk za dźwięk. Tenor na wdechu, struny kontrabasu w drżeniu, gitara gładka, jak woda w górskim strumieniu. Zdecydowanie najspokojniejszy odcinek spektaklu. Złośliwy recenzent mógłby nawet skonstatować, iż muzycy w tym momencie delikatnie przynudzają.  Five. Poprzedni utwór zaczynał się w ciszy, ten wyłania się z gęstej mgły. Sopran powraca, na strunach obu pozostałych instrumentów trochę nerwowo. Subtelna eskalacja (doskonały Parker!). Narracja ciągle jest lekko wycofana. Jakby muzycy nie chcieli, w okolicznościach kinowych, zbytnio się napocić. Ciekawa mandolina na gryfie gitary. Edwards sprawia wrażenie faceta, który przyjął pigułki na spowolnienie pracy serca (czyżby noc po ciężkim dniu?). Molekularne cudeńka bez nadmiaru emocji. Six. Na finał rozkołysany tenor, smyk na kontrabasie, tu w głębokim tle i gitara zawieszona na pojedynczej strunie. Popołudniowa herbatka zdecydowanie bez porcji rumu. Wybrzmienie bez ekscytacji.




John Edwards/ Olie Brice  At Iklectik (Confront, CD 2017) ‎

Wracamy do londyńskiego Iklectik. Luty 2017, na scenie John Edwards i Olie Brice – oczywiście dwa kontrabasy. Jednoaktówka, 24 minuty zaledwie.

Dwa odpowiednio wyważone kontrabasy, nasmarowane smyki i struny gotowe na każde wyzwanie. Od czasu do czasu, w początkowej części koncertu, tryskają mikro eskalacjami, czujnym rozszarpywaniem strun. Techniki gry eksplodują, jak z rogu obfitości. Raz jeden, raz drugi, ty w taki sposób, a ja w inny. Zdrowa rywalizacja, która sprawia, że każdy z muzyków od startu do mety koncertu będzie pozostawał w stanie permanentnej zmiany. Recenzent nie wie jeszcze dokładnie who is who na scenie (oba strunowce brzmią bardzo podobnie), ale uczony doświadczeniem, podejrzewa, iż dźwięki z prawej strony sceny, to skutek aktywności Edwardsa. Już w 5 minucie intensywność gry obu muzyków osiąga pierwszy szczyt. W 10 minucie proponują nam dynamiczne zjazdy i podjazdy na gryfach, okraszone pikantnym sonore. W 12 minucie dopada nas szczypta konwulsyjnych wyścigów, ale też zabawy i zdrowego poczucia humoru. W 16 minucie ekscesy perkusyjne, a zaraz potem nostalgia upalonej ballady. Trzy minuty później dużo sonorystyki, ale czynionej trochę w estetyce muzyki dawnej (smakowite, barokowe pasaże!). 22 minuta, odrobina zapasów, siłowania się na rękę, na szczęście bez wskazania zwycięzcy. Ostatnia minuta, to galop, także stopping, no i garść sonorystyki. What ever you want!




Mike Caratti / Rachel Musson / Steve Beresford ‎ Hesitantly Pleasant (Iluso Records, CD 2017)

Ostatni spektakl dzisiejszej opowieści odbędzie się w londyńskim Vortexie (styczeń 2017). W roli seniora rodu – Steve Beresford na fortepianie i elektronice, w roli zuchwałych aspirantów – Rachel Musson na saksofonie i Mike Caratti na perkusji (jeśli pamięć nie zawodzi recenzenta, to gość z Kanady). Siedem odcinków z tytułami, niespełna trzy kwadranse muzyki.

One. Bogate perkusjonalia, wysoko osadzony saksofon, zmyślne, intensywne preparacje piana - gęsta, dość dynamiczna ekspozycja startowa, pełna brutalnego piękna, tak charakterystycznego dla free improve. Caratti, tryskający energią, tańczy na werblach, jak młokos i bawi się grą. Muzyk z drobnymi pokładami adhd, zaszytymi w sposobie postępowania. Beresford wplata w piano kilka fonicznych faktów wprost z komputera, co czyni z gracją i sporym umiarem, wbrew gorącemu temperamentowi, który zwykliśmy mu przypisywać. Muzycy po paru minutach udanie wchodzą w spokojniejsze obszary, niezbyt bogate w sonorystykę, ale pełne dobrze opowiedzianych historii. Two. Dynamit free jazzu eksploduje niezwykle efektownie. Muzycy drążą skałę, są konsekwentni w działaniu. Mnóstwo ciekawych, niebanalnych rozwiązań dźwiękowych, także impulsywnych zwarć w półdystansie. Krótszy epizod, ale znaczący dla jakości całej płyty. Three. Spokojne intro piana, wprost z klawiatury. Perkusjonalia w charakterze ornamentu, delikatnie gwałcone ubrudzonym soundem saksofonu. Słodycz umyka, narracja się plącze, jak kłębek wełny w łapach kocura i step by step gęstnieje. Instrumenty lepią się do siebie, dyskutują, by za moment melancholijnie zrestartować. Four. Jakby powykręcany rytmicznie ragtime tryska z klawiatury Beresforda. Wytłumiony po chwili, buduje nową balladę, która pęcznieje i może już straszyć dzieci po nocach. Subtelny galop, niczym puenta. Five. Rodzaj ciągu dalszego poprzedniego epizodu, ale z bardziej wyeksponowanym saksofonem, który pnie się ku górze i rysuje błyskotliwie bohomazy na mokrym nieboskłonie. Drummer nie pcha się na front, robi, co mu dusza podpowiada, świetnie komentuje i czeka na przebieg wydarzeń. Six. Improwizacje na płycie są poukładane, nie za długie, nie za krótkie - dodatkowy punkt za kompozycję całości! – notuje pilnie recenzent. Tu, rozgrzana Rachel płynie niezwykle zwinnie na szybkim sopranie, co cieszy szczególnie. Zwłaszcza, że od dawna nie słyszeliśmy incydentów sonorystycznych, a to może finalnie spłycić entuzjazm piszącego te słowa. Seven. Jakby na życzenie, garść pianistycznych preparacji, szum i wrzask w tubie saksofonu i rezonujące talerze w towarzystwie dzwoneczkowej symfonii. Powrót do początku, dotkliwe ciosy, wymiana zdań kończonych wykrzyknikami. Sporo udanych, wzajemnych imitacji. Rachel znów kreśli dobrą opowieść, jakby puentując swój bardziej niż udany występ (wspierają ją wodotryski preparacji Steve’a!). Ostatnie trzy minuty, to czas wybrzmiewania, pulsacji saksofonu i perkusjonalii w stanie spoczynku.

  

*) ang. Co dzieje się w zjednoczonym królestwie wolnej improwizacji. Kategoria: seniorzy rodu.