Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucas Niggli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucas Niggli. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 listopada 2023

Barry Guy Blue Shroud Band and all this this here!


Współczesna twórczość Barry’ego Guya, jednego z najwybitniejszych kontrabasistów, kompozytorów i band leaderów muzyki improwizowanej i free jazzu silnie związana jest z Polską, szczególnie Krakowem, a także Warszawą. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat muzyk koncertował tu ze swoimi flagowymi orkiestrami – London Jazz Composers Orchestra i New Orchestra (w obu przypadkach dwukrotnie), grywał także niezliczone koncerty w mniejszych składach, a swoje siedemdziesiąte urodziny świętował na warszawskim festiwalu Ad Libitum.

Także najbardziej nam współczesny duży skład Guya – The Shroud Band, nierozerwalnie związany jest z Polską. Ma w swym dorobku trzy krakowskie, wielodniowe rezydencje (2014, 2016 i 2021), a także koncert na warszawskim Ad Libitum uwieczniony na albumie wydanym przez szwajcarski Intakt Records. Dodajmy jeszcze, iż dwie pierwsze rezydencje zostały udokumentowane wielopłytowymi boxami wydanymi przez krakowskie Not Two Records *).

Ostatnia z rezydencji BSB była pod wieloma względami szczególna. Orkiestra wracała do świata żywych po kilku latach nieaktywności, do tego w czasach covidu i nieco zmodyfikowanym składzie. I jeszcze jedna szczególna okoliczność – Guy przygotował materiał kompozytorski inspirowany twórczością swojego absolutnie ulubionego poety i egzystencjalisty Samuela Becketta. Orkiestra muzykowała w Krakowie kilka dni. Jak zawsze koncert finałowy poprzedzany był występami tzw. małych składów. Póki co, nie wiemy, czy dokumentacja tej rezydencji znajdzie swą płytową postać, wiemy wszakże, iż po próbach i finałowym koncercie krakowskim orkiestra przyniosła się do portugalskiego Matosinhos, miejscowości leżącej na peryferiach Porto. Tam pod okiem wybitnego realizatora dźwięku – Katalończyka Ferrana Conagli, zarejestrowano nagranie beckettowskiej kompozycji, którą tak pilnie trenowano w Krakowie. Dziś zapis sesji nagraniowej z Porto trafia do nas na kompaktowym dysku. Oczywiście wydawcą jest polski label! Tym razem, to Fundacja Słuchaj! Przyjrzyjmy się bliżej dźwiękom, jakie powstały na zachodnim skraju Starego Kontynentu kilkanaście miesięcy temu.



 

Album all this this here składa się z siedmiu kompozycji, które jak zwykle w przypadku The Shroud Band łączą piękno muzyki klasycznej i post-barokowej z ekspresją muzyki improwizowanej i free jazzowej. Poza precyzyjną dramaturgią, dużą wagę przywiązuje się w nim do słowa mówionego/ recytowanego. To element charakterystyczny dla tego akurat projektu Barry’ego Guya. Z tego ostatniego punktu widzenia najistotniejszymi częściami nagrania są jego otwarcie i zakończenie. Łącznie trwają niemal tyle minut, ile pozostała część płyty. Pomiędzy nimi dzieje się wszakże bardzo wiele – odnajdujemy tu dwa odcinki uformowane w kształt prawdziwie free jazzowej orkiestry, a także wyjątkową część czwartą, której centralną część stanowi rozbudowana, na poły improwizowana ekspozycja skrzypaczki Mayi Homburger. Dodajmy jeszcze, iż na bandcampie, w wersji cyfrowej, można wejść w posiadanie całego nagrania niepociętego na siedem odcinków, jak to ma miejsce w przypadku nośnika fizycznego.

Kompozycja otwarcia trwa ponad 20 minut i zawiera w sobie wszystkie elementy składowe, które stanowią o wyjątkowości BSB. Introdukcja jest dość żwawa, choć lepi się z drobnych, delikatnych fraz instrumentalnych i śpiewu wokalistki na przemian z recytowanym tekstem. Kameralna, nieco teatralna sytuacja szybko nabiera tu masy właściwej, a post-klasyczna melodyka bywa udanie kontrapunktowana krótkimi improwizacjami gitary, trąbki i saksofonów. Gęsta faktura kontrabasowej narracji przenosi nasze zainteresowanie ku post-jazzowi, z kolei skrzypce wraz z altówką i fortepian szyją nam bardziej abstrakcyjne rozwiązania dramaturgiczne. Oczywiście nie brakuje także epizodów granych całą orkiestrą, a najbadziej udanym fragmentem wydaje się być moment, gdy siła całego składu niesie wysokim wzniesieniem wyjątkowo efektową ekspozycję trębacza. Zmiana goni tu zmianę - nie brakuje pięknych, post-barokowych inkrustacji, a także dętych, wytłumionych preparacji.

Druga opowieść grana jest z niemal epickim rozmachem, zapewne pełnym zestawem instrumentalnym, bez wątpienia zaś z dalece klasyczną precyzją. W roli instrumentów siejących dodatkowy ferment dostrzegamy strings, w roli tych bardziej rozśpiewanych sekcję saksofonów, wspartych trąbką i tubą. W tyglu zdarzeń świetnie odnajduje się wokalistka, a także finalizujący opowieść pianista, który buduje grozę pasażami czarnych klawiszy.

Opowieść trzecia i szósta, to dwie części konsumowane ekspresją free jazzowej orkiestry. Początek płynie typowym jazzowym walkingiem, ale grupa rozochoconych saksofonów szybko wtłacza nas w ramy narracyjne godne free jazzu. Z jednej strony dużo improwizowanego rozmachu, z drugiej intrygująco mroczne zakończenie części pierwszej. W drugiej odsłonie free jazzowej orkiestry dzieje się jeszcze więcej. Narracja zyskuje na śpiewności i taneczności, a zmysłowe eksplozje grane cała falangą instrumentów fenomenalnie gasną tu najpierw do duetu, a potem kwartetu saksofonów.

Część czwarta ma dwóch bohaterów lirycznych. Z jednej strony klasycznie brzmiący gitarzysta Ben Dwyer, z drugiej anonsowana już skrzypaczka Maya Homburger. Narracja bazuje teraz, co oczywiste, na brzmieniu instrumentów strunowych. Jej początek płynie melodyką post-klasyki i baroku, a rola instrumentarium bardziej jazzowego sprowadza się jedynie do delikatnych kontrapunktów, tudzież dramaturgicznych komentarzy. Centralną część utworu stanowi ekspozycja skrzypiec, które w wielu momentach wspiera równie emocjonalna altówka. Na finał utworu budzi się cała orkiestra, która najpierw syci narrację incydentami indywidualnymi, potem zaś kontratakuje szerszą ławą instrumentów.

Piąty utwór zdaje się być na całym albumie najspokojniejszy. Introdukcja przypada tu w udziale perkusjonalistom. Słyszymy też delikatne piano i gitarę do pary z kontrabasem. Zmysłowy głos wokalistki pełni tu rolę wisienki na torcie. Balladowy ton całości podkreśla ciepło brzmiąca trąbka.

W ostatni utwór albumu wchodzimy jeszcze mocą free jazzowej orkiestry, która zagotowała nam krew w szóstym opowiadaniu. Narracja urokliwie gaśnie teraz do drobnych, strunowych fraz i głosu wokalistki. Tekst zdaje się tu być kluczowym elementem dramaturgii. Obok minimalistyczne piano, talerze, spokojnie oddychające dęciaki - wszystko kreuje tu post-barokowy ton pełny gorzkich żali. Wokół nie ma jednak ciszy. Post-jazzowe flesze raz za razem rozbudzają emocje. Z jednej strony post-barok, z drugiej ekspresja swobodnych improwizacji. Czarne klawisze piana, nerwowy głos recytatorki i strunowe zdobienia. Swoje dokłada nadspodziewanie delikatna tuba. Zakończenie albumu tkane jest z drobiazgów i formuje się w efektowne crescendo. Tak, wszystko jest tutaj, dokładnie w tym miejscu.

 

Barry Guy Blue Shroud Band all this this here (Fundacja Słuchaj!, CD 2023). Barry Guy – kontrabas, kompozycje, dyrygentura, Savina Yannatou – głos, Agusti Fernandez – fortepian, Maya Homburger – skrzypce, Fanny Paccoud – altówka, Ben Dwyer – gitara, Percy Pursglove – trąbka, Torben Snekkestad – saksofon sopranowy i tenorowy, Michael Niesemann – saksofon altowy, obój, oboe d’amore, Per Texas Johansson – saksofon tenorowy i klarnet, Julius Gabriel – saksofon barytonowy i sopranowy, Marc Unternährer – tuba, Lucas Niggli – instrumenty perkusyjne oraz Ramon Lopez – instrumenty perkusyjne. Nagrane w warunkach studyjnych: Associao Orquestra Jazz de Matosinhos, Porto, prawdopodobnie w roku 2021. Siedem kompozycji, 72:40.

 

*) podobnie jak druga z wizyt London Jazz Composers Orchestra (2020) i obie – New Orchestra (2010 i 2012). Na wielopłytowym boxie dostępna jest także dokumentacja krakowskiej wizyty dużego składu Barry’ego Guya z roku 2018. Ta orkiestra nie doczekała się jak dotąd nazwy własnej.


Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, całe tygodnie i wieki temu.

 

poniedziałek, 14 października 2019

Elektro Ad Libitum! The Report From The Place Of The Incident!


Czternasta edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej Ad Libitum przebiegła pod znakiem Elektro! Program zbudowany został wokół dwóch niebywałych, w ujęciu historycznym i artystycznym, formacji muzyki elektroakustycznej – Musica Elettronica Viva oraz Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera, zawierał w sobie także ważki wątek rezydencji mistrza elektroniki analogowej, Thomasa Lehna. Scena Centrum Sztuki Współczesnej Zamku Ujazdowskiego w Warszawie przez trzy dni festiwalowe tonęła w kablach, laptopach i urządzeniach do elektronicznego przetwarzania dźwięków generowanych przez instrumenty akustyczne. Wrażeń było mnóstwo, doznań artystycznych także, rzućmy zatem okiem na krótkie podsumowanie sześciu koncertów czynionych z pewnością ad libitum.




Festiwal rozpoczął się dźwiękami jak najbardziej akustycznymi, wprost z klawiatury fortepianu, za którym zasiadła Joanna Duda. Snuła intrygujące, minimalistyczne i zwinnie repetujące dźwięki, które grubymi kablami trafiały do oprzyrządowania elektronicznego Krzysztofa Knittela i Marka Chołoniewskiego (zgodnie z opisem – uprawiających live electronics). Połączenie młodości i doświadczenia, żywej fonii i elektronicznych dekonstrukcji było bez wątpienia zjawiskiem ciekawym, ale pod dwóch kwadransach, dość mało rozwojowym. W mojej ocenie zabrakło czegoś na kształt punktu zwrotnego, choćby nowego pomysłu pianistki w kontekście dramaturgii koncertu, który zdawał się ginąć w przestrzeni bardzo swobodnej elektroniki.

Drugi spektakl dnia pierwszego, to efekt dwudniowych warsztatów Thomasa Lehna i grupy polskich muzyków, swoistej próby połączenia wody z ogniem – doświadczonych muzyków związanych z estetyką free jazz/ free impro z muzykami młodymi, reprezentującymi współczesną, akademicką elektroakustykę. Co ciekawe, w samym koncercie nie wziął udziału Thomas Lehn, który efektom wspólnej, warsztatowej pracy przyglądał się z pozycji widza. Na scenie zaś pojawili się: Teoniki Rożynek - elektronika, skrzypce, Żaneta Rydzewska - klarnet, elektronika, Aleksandra Kaca - fortepian, elektronika, Wojciech Jachna – trąbka, Tomasz Gadecki - saksofon tenorowy i barytonowy, elektronika, Marcin Bożek - gitara basowa oraz Michał Gos – perkusja. Koncert w wielu momentach był naprawdę intrygujący. Siedmioosobowy ansambl bez dyrygenta radził się pod względem dramaturgicznym całkiem dobrze, pilnie trzymał się kontrolowanej ekspresji, bardzo ważnej dla dźwiękowych przebiegów elektroakustycznych. Na scenie czuło się chwilami, iż grają dwa podzespoły, ale fakt ten nie czynił wiele złego obrazowi całości. Z mojego puntu widzenia wszakże, najciekawszy fragment koncertu miał miejsce w momencie, gdy za wszystkie dźwięki generowane na scenie odpowiadała męska część zespołu festiwalowego.





Po dniu otwarcia, w trakcie którego, na scenie CSW, dominowały konstelacje personalne bazujące na intuicji i uroku pierwszego muzycznego spotkania, przed nami już wyłącznie stali współpracownicy, improwizujące working bands, jakkolwiek pokracznie by to nie zabrzmiało w przypadku muzyki, o której dziś mówimy. Na początek piątkowego wieczoru Tiziana Bertoncini na skrzypcach i Thomas Lehn na syntezatorze analogowym.  Świetna komunikacja, grad udanych dźwięków, zwłaszcza wtedy, gdy syntezator analogowy rozmawiał ze skrzypcami, a nie bombardował je ciosami spod gardy. Po prawdzie jeden z dwóch najbardziej dynamicznych koncertów wszechwładnej na scenie festiwalowej elektroakustyki.

Musica Electtronica Viva, to nazwa, która intryguje, ekscytuje, czasami też obyczajowo prowokuje światową scenę muzyczną już od wielu dekad. Frederic Rzewski na fortepianie i Alvin Curran na różnorakich instrumentach akustycznych (także fortepianie) i elektronicznych - obecni na sali ciałem i duchem oraz Richard Teitelbaum (moog, syntezatory analogowe) obecny tylko duchem, w drugiej zaś części koncertu, także zwizualizowany i połączony dźwiękiem live linią przesyłową Warszawa – USA (muzyk ze względu na zły stan zdrowia nie mógł wsiąść do samolotu). Mimo tych drobnych (?) niedogodności usłyszeliśmy bodaj najbardziej ekscytujący koncert tej edycji Ad Libitum. Precyzja każdego dźwięku, humor, rodzaj artystycznej groteski… Minimalistyczny, filozofujący Rzewski, nadaktywny, tryskający pomysłami Curran, wreszcie dobiegający zza światów, oniryczny Teitelbaum. W pierwszym komentarzu społecznościowym napisałem: „Wielu muzyków pretenduje do miana artystów uprawiających elektroakustykę, MEV po prostu ją grają!”.




Dzień trzeci, dzień ostatni. Na początek duet Lucas Niggli (perkusja) oraz Andreas Schaerer (głos, elektronika). To właśnie ów drugi bardziej dynamiczny koncert festiwalu – niezwykle kompetentny drummer i wokalista, który od pierwszego dźwięku, prezentował ogromne możliwości głosowe. Być może trochę szkoda, iż równie dla niego ważnym instrumentem była rozbudowana, analogowa elektronika, która w wielu momentach dominowała na koncercie. Dynamika rosła, dość często muzycy wchodzi w klimaty wręcz rockowej ekspresji i beat boxingowej estetyki. Znacznie ciekawiej było, gdy tonowali emocje i szukali spokojniejszych rozwiązań dramaturgicznych, zapuszczając się nawet w etniczne, niemal dalekowschodnie zaśpiewy, wzbogacane rozbudowanymi perkusjonaliami. Publiczność wszakże kupili w pięć minut właśnie ową dynamiką i scenicznym temperamentem. Bisy zdawały się nie mieć końca.

Evan Parker Electro-Acoustic Ensemble! Ta nazwa powoduje szybsze bicie mojego serca od kilkunastu już lat. Oto koncert, niczym spełnienie marzeń! Zacznijmy od danych personalnych: Evan Parker, saksofon sopranowy, Matt Wright, laptop, turntables, Paul Lytton, perkusjonalia, Richard Barrett, live proccesing, Paul Obermayer, live proccesing, Percy Pursglove, trąbka, Peter van Bergen, klarnety, Mark Nauseef, perkusjonalia, Sten Sandell, fortepian oraz Adam Linson, kontrabas, elektronika. Ta niebywała, elektroakustyczna podróż trwała ponad godzinę. Po niemal 50-minutowym secie zasadniczym, muzycy zagrali jeszcze spokojny, wyważony bis. Otóż i właśnie, jeśli miałbym do potoku zachwytu nad całym koncertem, absolutnie szczerego i niebudzącego wątpliwości, dodać łyżkę dziegciu…. Muzyka elektroakustyczna w swej najpiękniejszej formie, która zresztą jest udziałem tego ansamblu na każdej z jego licznych płyt, bazuje na wstrzemięźliwości i pewnego rodzaju minimalizmie. Ideą tego zespołu jest żywe procesowanie dźwięków akustycznych rozbudowanym instrumentarium elektronicznym. Tu, w trakcie tego i tak wspaniałego koncertu, było kilka momentów, w trakcie których część muzyków wydawała z siebie… po prostu za dużo dźwięków w jednostce czasu, czasami także dźwięków zbyt głośnych. Moja uwaga dotyczy przede wszystkim Nauseefa i Pursglove’a. Intuicyjna, niezauważalna quasi dyrygentura Parkera nie była w stanie tych momentów dramaturgicznie okiełznać. Ale i tak, wieczór ten przejdzie do historii Ad Libitum, jako jeden z tych najważniejszych.



Zdjęcia telefonem własnym, bez praw autorskich.

czwartek, 3 stycznia 2019

Charlotte Hug! Big and Small Miracles to Listen!


Redakcyjna lista najlepszych płyt roku upubliczniona została dokładnie w ostatni poniedziałek. Cztery z czterdziestu czterech pozycji tam zawartych nie doczekały się jak dotąd recenzji. Czas zacząć dynamicznie nadrabiać zaległości.

Zaczniemy od szwajcarskiej altowiolinistki Charlotte Hug. W trakcie minionego Ad Libitum Festival udowodniła, iż jest nie tylko świetną improwizatorką, ale równie doskonałą dyrygentką, choreografką i plastyczką. Prawdziwa kobieta renesansu!

Dziś zaglądamy do dwóch jej płyt, upublicznionych światu przez Fundację Słuchaj! ostatniej jesieni. Najpierw dwa projekty orkiestrowe na jednym krążku, potem soczysty duet free improv. Dodajmy, iż pierwsze z wydawnictw trafiło na listę 44 najwybitniejszych płyt roku 2018 w jakże subiektywnej ocenie Pana Redaktora.




Son-Icon Music. Orchestra And Choral Works by Charlotte Hug

Naszą przygodę z muzyką wielkogabarytową Charlotte Hug zaczynamy w roku 2011. Na scenie w szwajcarskiej Lucernie, złożona z młodych muzyków orkiestra Lucerne Festival Academy, wykonuje kompozycję Nachtplasmen For Orchestra and Video-score with Son-Icons (w dużej części, wykonuje ją w drodze improwizacji). Trzy części, ta pierwsza dodatkowo także podzielona na trzy fragmenty, 36 minut z sekundami. Pierwsza i ostatnia część jest dyrygowana przez Charlotte, w tej zaś środkowej, muzycy improwizują wedle wskazówek, jak daje im zapis video sound drawings przygotowane przez Szwajcarkę.

Part I. Elektroakustyczny szmer filharmonii. Nie znamy dokładnego instrumentarium, zatem smak szeleszczącej amplifikacji może być tu jedynie… akustycznym złudzeniem. Narracja delikatnie narasta długimi frazami (sustained!), symfoniczny wielogłos w pełnej skali, urocze dźwiękowe bazgroły. W 4 minucie opowieść rozrywa się, za zgodą wszystkich, na pojedyncze niemal głosy. Chór małych strunowców płynie naprawdę wysokim wzgórzem. Kompozycja, malarstwo, improwizacja – w takim oto szyku bojowym. Tuż potem orkiestra wpada w chaos błyskotliwego kolektywizmu. Kompozycja, która zakłada wielką swobodę daną podmiotom wykonawczym. Świetny plan, inteligentna dyrygentura i mistrzowskie wykonanie! – recenzent bazgrze pierwsze podsumowanie. Piękna orkiestracja, moc małych dźwięków silnej filharmonii. Taniec, teatr, zwinne repetycje. Urocza ekspozycja Strings & Tuba! Potem ostry pasaż kontrabasu, pisk pozostałych strun i solowa partia trąbki. Part II. Kolektywna improwizacja pod obraz! Podskoki, półrytmy, swawole watahy skrzypiec, altówek, cokolwiek tam mają w rękach. Grzmoty czeredy dęciaków w ramach komentarza. Złe wichry, dobre podmuchy, jakże istotnie znacząca amplituda emocji. Part III. Znów brzęcząca filharmonia, w oczekiwaniu na coś nieoczywistego. Płynne narastanie, pląsy strunowców, obok dęciaki, które szykują się do lotu. Prawdziwie diabelska kołomyja! Silne głosy wprost z gardeł, które brzmią jak instrumenty dęte, podczas gdy te drugie krzyczą niczym istoty ludzkie. Wybuchają i tłumią emocje niemal w tym samym momencie. Filharmonia w fazie ognistej improwizacji! Jakże gęsty finał, który karze prosić o więcej. Ciszę osiągamy przy cykadach serii dzwonków.

Na osi czasu pojawia się rok 2013. Tym razem jesteśmy w Monachium. Na scenie the via-nova choir Munich, w trakcie imprezy nazwanej Klangspuren Schwaz - Festival for New Music. Kompozycja Inn Cammino for choir and Son-Icons o konstrukcji dramaturgicznej bliźniaczo podobnej do pierwszej na płycie. Trzy części, pierwsza i ostatnia realizowana po batutą Hug, środkowa - wedle wskazań i inspiracji wizualnych. Całość potrwa 16 i pół minuty.

Część pierwsza startuje w pół słowa, w ćwierć dźwięku. Wraz z muzykami zanurzamy uszy w pasażach fonii …zaskakująco podobnych do dziś już słyszanych. Zamiast jednak rozbudowanego zestawu instrumentów, tylko ludzkie głosy (dziewięć, może więcej). Ach te głosy, jakie skale, jakie możliwości, żywe instrumenty chyba tak nie potrafią! Śpiewy, melorecytacje, wszystkie dostępne techniki wydawania dźwięków otworem gębowym, także szelest, rechot i grzmoty. Muzyka toczy się wedle … notacji interaktywnej (patrz: liner notes), zatem nic nie dzieje się tu bez aktywnej roli każdego z wokalistów. No i wizualna stymulacja, jakże uroczy efekt! Sanatorium Pod klepsydrą, Szpital Przemienienia! A potem już tylko część druga, czyli opowieść o tym, jak ptasia orkiestra straszy niegrzeczne dzieci. Błyskotliwa improwizacja wprost spod obrazów Son-Icons. Wreszcie trzecia odsłona kompozycji Inn Cammino, czyli Panie na lewo, Panowie na prawo, a środkiem … także Panie. Chóry anielskie wymieszane z diabelskimi, bez możliwości rozdzielenia strefy wpływów. Pełen pluralizm fonii. Od szeptu do krzyku, od dołu do góry, wszystko wszakże skąpane w akustycznym niebie.




Fulguratio by Charlotte Hug & Lucas Niggli

Warszawski Festiwal Ad Libitum, edycja roku 2016, na scenie Centrum Sztuki Współczesnej - Charlotte Hug – altówka i głos oraz Lucas Niggli – perkusja, instrumenty perkusyjne. Zagrają pięć swobodnych improwizacji z tytułami (ich pierwsze spotkanie sceniczne w duecie), łącznie 41 minut i 50 sekund.

Obliqua fulmina. Rozedrgane talerze, palce i smyczek ślizgające się po gryfie, introdukcja pełna wewnętrznej ciszy. Intrygujący, brudny tembr altówki, skrupulatny, gęsty, choć lekki drumming. Już na początku koncertu Charlotte lubi pohałasować, ma bardzo dynamiczny flow, Lucas jest tuż obok, a moc pierwszego spotkania promienieje z ich twarzy. Nagły stopping i równie błyskotliwy restart. Po chwili głos z ust altowiolinistki gada tym samym językiem, jak strunowy instrument. Także skromne, jazzowe solo perkusji, dobitnie skomentowane szorstkim skokiem po strunach. Paleta artystycznych środków wyrazu Szwajcarki, zarówno w głosie, jak i na gryfie, buduje jakość tego spektaklu. Rumbrum Spiritus. Od pierwszego dźwięku Hug czyni już same cuda. Sonore na gryfie, sonore głęboko w gardle. Lucas trzyma się jazzowego idiomu, dobrze jednak czuje temperaturę koncertu i bystro akcentuje popisy koleżanki. Dużo emocji i potu, wszystko czynione w świetnej komunikacji. Na finał fragmentu niemal galop na gryfie, bez sentymentów dla kogokolwiek. Lacunosus. Małe wichrowe wzgórze, smyk i percussion zdają się tańczyć w powietrzu. Głos i polerka po mokrych strunach. Lucas też przypomina sobie o walorach niekonwencjonalnego wydawania dźwięków. Po dynamizacji kolejne cuda na gryfie i rockowy flow na werblu, z punkowym brudem i barokowym bogactwem repetycji. Finałowa erupcja wyłącznie dobrych emocji. Virga. Szmery, posuwiste ruchy, high viola vs. doom drums. 3-minutowa perła pełna skupienia, a tuż po niej mała burza z piorunami. Perlucidus. Cicha noc, emocje schowane po kieszeniach, smell like ancient! Piękny moment! Kocie odgłosy, pojękiwania altówki, symfonia szczoteczek na werblu. Groźna cisza przed … kolejną burzą. W 5 minucie przepowiednia zaczyna się spełniać. Eskalacja buduje się step by step, znów moc fajerwerków ze strony Charlotte. Chocholi taniec, ekspresja na wizji (kto był, ten pamięta!), ekspresja na fonii. Drumming Lucasa nie zrywa nam włosów z głowy, ale daje radę nieść stąpającą już po chmurach, wyzwoloną i jakże błyskotliwą altowiolinistkę. Na ostatniej prostej głos dominuje na dźwiękiem z gryfu. Tu każdy wariant wygrywa!




poniedziałek, 24 października 2016

Mózg Ad Libitum – improwizowana trzydniówka warszawska


Trybuna Muzyki Spontanicznej, gnana nieustannymi porywami szaleństwa, uciekła w kolejną muzyczną delegację! Tym razem celem jej podróżniczej pasji okazała się nasza rubaszna Stolica i aż dwie artystyczne okoliczności.

Pierwszą – drugie z cyklu spotkanie Super Sam +1, organizowane przez Mózg Powszechny, czyli warszawski oddział bydgoskiej korporacji artystycznej Mózg. Drugą – jedenasta edycja wyjątkowego festiwalu muzyki improwizowanej Ad Libitum, tym razem jedynie dwudniowa, ale za to piorunująca intensywnością muzycznych doznań.

Bez zbędnych ceregieli przenosimy się do enklawy warszawskiego Teatru Powszechnego, gdzie od jakiegoś już czasu rezyduje klub Mózg. Jest czwartek wieczór, jesteśmy gotowi na wszystko. Cykl spotkań improwizatorskich nazywa się Super Sam +1, a jego idea jest prosta jak konstrukcja cepa. Najpierw dwa występy solowe, potem duet. Z jednej strony uznany gość zagraniczny, z drugiej postać krajowa, bywa, że także uznana i ceniona. Tu, dziś, artystyczna konfrontacja Evana Parkera i Jerzego Mazzolla.  





Jerzy ubrany na żółto, z klarnetem basowym postawionym na skromnym postumencie. Gra zwinne palcówki. Niczym dostojny karabinier, chlaszcze manetki instrumentu z intensywnością znamionującą wysoki poziom autodeterminacji. Szuka brzmienia, okoliczności do sonorystycznej igraszki z samym sobą. Zamiast ustnika, wkłada gołą rurę do ..ust i zadziwia. Niczym romantyczny beduin wygrywa rytm i wije się jak wąż. Rozgadany muzycznie na wszystkie strony świata, na sam koniec, na małym klarnecie śpiewa pieśń żałobną i czeka, co wydarzy się dalej. Evan wyważony, precyzyjny i skupiony na swoim oddechu okrężnym. Nie idzie na całość, czeka na uspokojenie się wentylatora. Momenty popadania w genialną w jego wykonaniu, ekstatyczną przestrzeń sopranowego misterium, przeplata spokojnymi pasażami, cytując Monka, Dolphy’ego i Lacy’ego. Mniej jadowity niż onegdaj, ale może dzięki temu jeszcze piękniejszy w barwie i klimacie. A potem duetowy finał – Jerzy naprzemienne z klarnetem i klarnetem basowym, Evan wyłącznie na sopranie. Ich zgrabna, symultaniczna opowieść nie trwa długo. Grają jednym głosem, niemal jednym oddechem, jakby ich spotkanie – bezwzględnie pierwsze – wcale pierwszym nie było, jakby się znali od kołyski, dwa zwinne kocury z tej samej matki. Pięknie, wymownie, cieliście. Na bis urocza perełka – wyważona, nienatarczywa, delikatna, acz dosadna. Uciekamy w czarną noc wypełnieni chmielem i artystycznym spełnieniem.




Dzień drugi i trzeci mojej trzydniówki spędzam już w Centrum Sztuki Współczesnej Zamku Ujazdowskiego. Dwa wieczory, siedem koncertów i taka mnogość wrażeń, że jeszcze dziś, w kilkadziesiąt godzin po wybrzmieniu ostatniego występu, nie wiem, który z nich zagotował mi potylicę w stopniu najwyższym. Innymi słowy - doszczętnie zrył mi beret.



Może AMM? Niewątpliwie dla szaleńca zakochanego w idei tej muzyki, koncert Eddie Prevosta i Johna Tilbury’ego musiał być wydarzeń ekscytującym. I był, bez słowa zawahania. Fortepian, wielki bęben, takiż talerz, zawieszony na obszernym stojaku, smyczek i kilka instrumentów, wspomagających fizycznie wyobraźnię artysty. Niewymownie piękne jest TRWANIE tej muzyki. Artystyczny minimalizm wyniesiony do rangi ekscytującego wydarzenia. Ta muzyka płynie niczym okręt bezzałogowy po bezkresnych wodach niekończącego się oceanu. Brak zwrotów dramaturgicznych jedynie eskaluje genialność tej muzycznej narracji. Tilbury pieści każdy dźwięk, dobywa go czasami z wnętrza fortepianu, jest precyzyjny i konweniuje z wybrykami akustycznymi Prevosta w sposób ponadnormalny. Że zacytuję program festiwalu i słowa muzyków – my nie produkujemy nowych dźwięków, my tylko sprawdzamy, jak te, już istniejące, mogą ze sobą rezonować. Prevost traktuje każdy przedmiot smyczkiem, te jelitowe dłuto jest podstawowym narzędziem jego kreacji. Perkusjonalia w jego rękach stają się wielkim, brzmiącym na tysiąc sposobów, instrumentem strunowym. Dźwięki przypominające o podstawowych funkcjach perkusyjnych prędzej dotrą do nas od strony pianisty. Godzinne misterium, sześćdziesiąt minut rytuału ISTNIENIA dźwięku. Jedność, szczelność, transparentność, anarchistyczna wręcz bezkompromisowość przekazu. Gdy muzyka milknie, muzycy jakby zdziwieni tym faktem, lekko oszołomieni, wystawieni na ścianę oklasków, wstają spokojnie z miejsc (razem wszak mają już 154 lata…) i próbują łapać kontakt z realną rzeczywistością. Przed chwilą przebywali w artystycznym niebycie, magicznej chwili tworzenia. Po stronie z krzesełkami niektórym ten stan także się udzielił.




Może Phil Minton i Warsaw Improvisers Orchestra? Tu dramaturgia, zwroty akcji i kolektywny wrzący tygiel pomysłów był naszym permanentnym udziałem od pierwszej do ostatniej minuty koncertu. Na scenie kilkunastoosobowy kwiat polskiej młodzieży improwizującej, pod światłym przewodnictwem polskiego Brytyjczyka Raya Dickaty’ego i najważniejszy męski głos europejskiego free improvisation – Phil Minton. Zapachniało londyńskim Freedom Of The City na kilka kwadransów. A wydarzenia przebiegały mniej więcej tak: na początek w rolę organizatora przestrzeni dźwiękowej wcielił się Minton. Rwaną, ekspresyjną narracją zmieniał kierunki improwizacji i udział w niej poszczególnych muzyków, jakby chciał rozgrzać ich zmysły i wzniecić poziom kosmicznej wręcz koncentracji. Zamierzony efekt osiągnął prawie natychmiastowo. Szczególnie doceniał w tym procesie liczną sekcję wokalną WIO. Na wykonanie kolejnego fragmentu koncertu muzycy... porzucili swoje instrumenty i stanęli w rzędzie. A Minton, mając do dyspozycji kilkanaście młodych i silnych gardeł, zbudował z tego wokalne misterium. Muzycy podzieleni na mniejsze grupy (kryterium podziału stanowiła technika wokalna), co rusz skakali sobie do gardeł i zapełniali przestrzeń dźwiękową lawiną mikrokrzyków, sapnięć, westchnień i chrząknięć, nie brakowało także prób wydawania odgłosów na bardziej konwencjonalny sposób (śpiew!?!). Ten drapieżny chór uciekinierów z zakładu dla pozytywnie obłąkanych do czerwoności rozgrzał atmosferę po obu stronach sceny. Gdy muzycy wrócili do instrumentów, Minton przesiadł się na stanowisko z mikrofonem, a ster przejął Ray Dickaty. Płynnie, dyrygując całym ciałem, przeprowadził muzyków przez dalszą część koncertu. Muzycy złączeni pępowiną z eskalującym wielodźwięk dyrygentem, w watasze, głodni, nienasyceni, pełnokrwiści improwizatorzy w wolnym tańcu, tak pięknym, że aż bolało w trzewiach, udanie zwieńczyli dzień koncertowy festiwalu.




Może Charlotte Hug i Lucas Niggli? Tuż przed epopeją WIO, sceną zawładnął szwajcarski duet. Altowiolinistka, wokalistka vs. perkusista i perkusjonalista z rozbudowanym arsenałem zabawek do wydawania dźwięków bitych i szarpanych. Być może postać Charlotte nie jest centralną na europejskiej scenie free improv, ale znajdźcie w ostatnich latach jakąkolwiek płytę Emanem Records ze skrzypcami, na której nie grałaby właśnie Hug. Lucasa też lubimy i cenimy, a na tym festiwalu grał choćby rok temu w bandzie Barry’ego Guya. Trzy kwadranse ich konwulsyjnego występu potwierdziły w pełni to, czego mogliśmy się spodziewać. Ów brak zaskoczenia nie stanowi wszakże jakiegokolwiek zarzutu – wręcz przeciwnie, duetowe, szwajcarskie popisy trzymały klasę tej edycji AL. Ekspresja obu muzyków, dynamika ich improwizacji, świetna komunikacja nie pozwalały umknąć naszej widzowskiej koncentracji choćby na ułamek sekundy. Ostre pazury i lśniące muskuły. Temperament Charlotte co chwilę wzniecał pożary, a Lucas nawet nie próbował ich gasić i sam jeszcze dorzucał do ognia. Niektóre fragmenty byłoby wręcz genialne, gdyby Niggli używał od czasu do czasu zmysłu zaniechania. Muzycy w wyjątkowo uroczy sposób potrafili kończyć każdy fragment improwizacji, co przy poziomie emocji tego występu, nie było zadaniem prostym. Nadprodukcja kokieterii Charlotte i widowiskowości Lucasa (innym słowy, bywało, że altowiolinistkę nieco zagłuszał), być może stanowić mogłaby powód do lekkich dąsów recenzenta, ale chemia całości (wynikająca także z fantastycznego brzmienia instrumentów) spowodowała, iż stawiam koncert szwajcarskiego duetu na piedestale nie niższym niż dwa wcześniej omówione występy.




Może Joëlle Leandre i Bogdan Mizerski? Na scenie dwa potężne kontrabasy, a my czuliśmy się na tym występie, niczym polne koniki na lekko zroszonej łące. Francuska mistrzyni improwizacji we wczesno wieczornej pogawędce z polskim improwizatorem, z którym do tej pory nie miałem okazji się zetknąć (jeśli powinienem, to chętnie posypię głowę popiołem!). Muzycy operowali głównie smykiem, świetnie się ze sobą komunikowali (choć jak mówią dobrze poinformowani, grali ze sobą po raz pierwszy) i delikatnie unosili się nad powierzchnią sceny. Ten niespodziewany efekt osiągali dzięki miękkiej i stosunkowo spokojnej narracji, a także dzięki silnie empatycznej, wzajemnej relacji (słuchali się jak dwa koty na kradzieży!). Energia i humor. Konwulsyjna, piękna drapieżność brzmienia. Rubaszne czapki na głowach i kpiny z francuskości w werbalnych igraszkach Leandre. Ten krótki (w każdym razie minął momentalnie) duet kontrabasowy wyniósł wszakże nasze emocje na nieistniejące drugie piętro budynku Laboratorium.




Może Saadet Turkoz i Zlatko Kaucić? To być może była największa zagadka tego festiwalu. Kaucić ma oczywiście swoją niezaprzeczalną renomę i przynajmniej dwie świetne płyty w katalogu rodzimego Not Two, ale już osoba tureckiej (bardzo wschodnio tureckiej) wokalistki, to karta w tej części improwizowanego świata raczej nie odkryta. Tym większa była zatem nasza oczywista radość słuchania tego koncertu od pierwszej do ostatniej minuty. Eksplozja wyobraźni, talentu i odczuwania kontekstu dramaturgicznego improwizacji stała się udziałem każdego z muzyków. Zlatko improwizował każdym przedmiotem, jaki napotkał na swojej drodze (był drukowany program festiwalu, była woda przelewana z butelki do miski i chlapanie nią po zestawie perkusyjnym). Saadet, choć używała tylko głosu (nie potrzebowała sekwensera!) w ten wielodźwięk perkusjonalny wpisywała się niezmiernie bogatym arsenałem wokalnych środków wyrazu. Choć skala jej głosu nie stanowiła jakiegoś wyjątkowego atutu, to pomysł, wspomniana artystyczna wyobraźnia, wreszcie istotnie teatralne i ekspresyjne zachowanie na scenie, sprawiały, iż dla Kaucicia była tego dnia partnerem wręcz idealnym. A przy okazji trudno było od niej oderwać wzrok.




Z pewnością jednak w stan upojenia artystycznego nie wprowadziły mnie pozostałe dwa koncerty festiwalu. Mógłbym oczywiście popaść w wielosłów i szczegółowo uzasadnić mój, oczywisty w tym wypadku, brak entuzjazmu, ale myślę, że szkoda zarówno czasu mojego, jak i Waszego, na ten proceder. Zatem tylko jedno, dwa słowa o każdym z nich. Występ wokalno-perkusyjny Elmy i Bartłomieja Olesia dobrze podsumowuje rzeczownik pretensjonalność, zaś występ (w tymże samym zestawie instrumentalnym) Jorgosa Skoliasa (ojca) i Antonisa Skoliasa (syna), dwa inne, skromne rzeczowniki – megalomania i nepotyzm.

Za rok rzecz jasna melduję się tu ponownie, z otwartą głową na wiele kolejnych sonicznych szaleństw. Przy okazji - pomysł ze smacznym domowym winem i nieoczywistym ciastem równie udany, jak cała impreza.


A wcześniej, jeszcze tej jesieni, jeśli historia teraźniejszości pozwoli, w warszawskim Mózgu solowe duety z udziałem m.in. Sylvie Courvoisier, Barry’ego Guya i Toshinori Kondo. Wielkie wydarzenia przed nami!


piątek, 10 czerwca 2016

Barry Guy – Grupa Błękitnego Całunu w formule rozwichrzonej


Barry Guy, wyśmienity brytyjski kontrabasista, kompozytor i improwizator, niewątpliwie zamieszkał już w Polsce na stałe. Przynajmniej w wymiarze artystycznym.

Od roku 2010 gości z różnymi swoimi aktywnościami muzycznymi w kraju nad Wisłą niemal nieprzerwanie. O dwóch pobytach z New Orchestra (2010, 2012) pisałem już na tych łamach, piejąc z zachwytu nad ich dokumentacją fonograficzną (Mad Dogs, Mad Dogs On The Loose). Rok 2013 przyniósł wizytę London Jazz Composers Orchestra, a rok kolejny także tria Aurora (oba na warszawskim Ad Libitum).




W tymże samym, 2014 roku, miało miejsce kolejne spektakularne wydarzenie. Na kilkudniową rezydencję do Krakowa trafił 14-osobowy Blue Shroud Band, powołany specjalnie na okoliczność realizacji kompozycji Barry’ego The Blue Shroud, inspirowanej Guernicą Pablo Picasso, a także drastycznymi wydarzeniami historycznymi, jakie unieśmiertelnia ten wybitny obraz. Na czterodniowy pobyt w Krakowie złożyły się występy Małych Formacji, stworzonych z muzyków BSB, a także finałowe wykonanie kompozycji zasadniczej (a zatem idea bliźniacza do spotkań z New Orchestra kilka lat wcześnie). Dziś trafia do nas czteropak, który dokumentuje trzydniowe wzmagania Small Formations – Tensegrity (Not Two Records, 2016).

Nie minął rok, a na kolejnej edycji Festiwalu Ad Libitum, ponownie pojawiła się rzeczona Grupa i wykonała kompozycję, tym razem nie tylko dla radości publiczności zgromadzonej na koncercie, ale także na potrzeby fonograficzne. A te ostatnie dokonały się za pośrednictwem szwajcarskiej wytwórni Intakt Records – The Blue Shroud (2016).




Dodajmy, że w/w pobyty Guya w Polsce to nie jedyne jego wizyty. Niech przykładem będzie udany duet z Kenem Vandermarkiem na Krakowskiej Jesieni Jazzowej w 2014 roku.

Osobiście nie uczestniczyłem w czterodniowej rezydencji Blue Shroud Band w roku 2014, szczęśliwie jednak miałem właśnie okazję odsłuchać wspomniany czteropak i za chwilę podzielę się z Wami wrażeniami. Zupełnie odwrotnie ma się rzecz z pobytem BSB w Warszawie, w roku ubiegłym. Byłem, widziałem, słyszałem, natomiast nie posiadam jeszcze płyty wydanej przez Intakt.

Zapewne wszyscy interesujący się muzyką improwizowaną wiedzą, że komponowanie i improwizowanie w idiomie jazzowym, czy na polu free improvisation, to nie jedyne zainteresowania Barry’ego Guya. Niebywale aktywny muzycznie, blisko już 70 letni Brytyjczyk, od lat gra także muzykę barokową, wraz ze swoją żoną, wspaniałą skrzypaczką Mayą Homburger. Guy przy okazji wyznał kiedyś, że ta sfera jego życia artystycznego stanowi przy okazji główne źródło jego dochodów, przez co pozwala także realizować inne pasje. Jak się bowiem domyślamy, zabawa w improwizowanie nie rokuje specjalnych szans na godziwe życie w aspekcie materialnym.




Barry Guy egzystuje zatem muzycznie na dwóch jakże odległych od siebie światach. Od pewnego już czasu stara się jednak … łączyć te z pozoru niestykające się ze sobą pola. Stąd choćby zaproszenie Mayi Homburger do New Orchestra (począwszy od pierwszego spotkania w Krakowie), czy też integrowanie muzyki improwizowanej z barokowymi incydentami, czynione nawet na krążkach z repertuarem Jana Sebastiana Bacha. Sama kompozycja The Blue Shroud jest w mojej ocenie kolejną próbą tego rodzaju działań artystycznych. Już uważna lektura składu BSB potwierdza tę tezę. Grupa łączy w sobie bowiem muzyków obu sfer życia muzycznego. Ze świata muzyki klasycznej mamy tu – poza oczywiście Mayą Homburger – także wiolinistkę Fanny Paccoud, czy gitarzystę Benjamina Dwyera. Są muzycy funkcjonujący nie tylko w świecie muzyki improwizowanej, tacy jak Michael Nieseman (alt sax i obój), Julius Gabriel (saksofony), Torben Snekkestad (sax, trąbka), czy Per ‘Texas’ Johansson (tenor sax, klarnet). Nie brakuje wreszcie jazzowych, czy free jazzowych wyjadaczy – Petera Evansa (trąbka), Lucasa Niggli i Ramona Lopeza (perkusja), Agusti Fernandeza (piano), czy Michela Godarda (tuba). Skład uzupełnia śpiewaczka Savina Yannatou, doświadczona na wielu polach współczesnej muzyki (zarówno pięknie śpiewa, jak i zadziornie improwizuje w stylu kilku brytyjskich free improwizatorek). W ramach BSB powstał zatem niebywały tygiel muzycznych osobowości, który pod śmiałym przewodnictwem Guya uroczyście eksploduje na czterech dyskach, dokumentujących trzy dni zabawy w Małe Formacje – od 18 do 20 listopada 2014r. w Alchemii. Od razu zaznaczmy, iż muzyka na wydawnictwie Not Two nie jest prezentowana chronologicznie, a zatem Guy, nie dość, że zaaranżował te koncerty w ujęciu personalnym, to także skomponował ich ostateczny układ na płytach.




Tensegrity zawiera łącznie 26 utworów, z czego dwa są skomponowane, reszta zaś w pełni improwizowana. Fragmenty z nutkami to kompozycja Guya Rondo For Nine Birds i  … sonata J.S. Bacha. W obu słyszymy cudownie brzmiące barokowe skrzypce Homburger. W pierwszym wspomaga ją sekcja Guy-Niggli, w drugim występuje solo.

Dysk pierwszy zaczyna ostrą preparacją piana Fernandez, a po chwili dołącza do niego Evans. Prawdziwe trzęsienie ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Bardzo smakowicie improwizuje na gitarze, klasyczny z wykształcenia i doświadczenia, Dwyer. Równie zadziorna, jak pięknie brzmiąca, jest jego koleżanka z filharmonii, wiolinistka Paccoud. Szaleją saksofoniści (uwaga na Gabriela - ale petarda!), pięknie frazuje na trąbkach z drewnianymi ustnikami Snekkestad (w czym pomaga mu Evans, już na tradycyjnej ich odmianie). Yannatou improwizuje w wysokich rejestrach, mając świetną bazę w … niskich akordach basu Guya, co czyni ich ponad 20 minutowy występ jedną z absolutnych perełek trzech wieczorów w Alchemii. Rewelacyjnie poczyna sobie trio z tubą i wiolą (Godard i Paccoud), wsparte bębnieniem Niggliego. Niebywale głośno robi się w Alchemii, gdy duet Evans-Fernandez zderza się ze ścianą dwóch zestawów perkusyjnych.  Bardzo odkrywcze w wymiarze sonorystycznym jest spotkanie chropowatej improwizacji Yannatou z tubą Godarda. Nie pozwala oderwać uszu od głośnika kolejny duet Guya, tym razem z altem i obojem Niesemanna. A na koniec najpierw popisy w septecie, mające swój początek w duecie dwóch Panów G. (Godard i Guy), kreujące ujmujący zestaw dźwięków zdominowanych brzmieniem smyczkowym (choć grają głównie dęciaki – ale jak pięknie!). Potem chwila oddechu na duet perkusyjny, by na wielki finał usłyszeć trio Aurora (Fernadez-Guy-Lopez), dogrzewane szaleństwami głosowym Yannatou i trąbką Evansa. Uff, czyste szaleństwo! A nie jest to bynajmniej pełna lista wrażeń z odsłuchu czterech dysków – to tylko te najdobitniejsze.




Tensegrity to prawie 5 godzin niesamowitej uczty dla naszych uszu. Nowy wymiar muzyki trzeciego nurtu? Zły trop. To prawdziwa eksplozja wolnej improwizacji, ozdobiona perłami barokowego chowu. Wspaniała płyta! Rolę gigantów swobodnej improwizacji przyjmują tu nie tylko zaprawieni w bojach jazzmani, ale także – i nie mniej dobitnie – muzycy specjalizujący się w muzyce klasycznej. Niebywała historia – jak inspirujące dla tych ostatnich może być takie spotkanie, oczywiście pod niebywałą kuratelą wyjątkowej postaci, lidera i głównego kreatora BSB, Barry’ego Guya. Dodajmy, że czteropak Not Two jest bardzo zgrabnie wydany, a zamieszczona na nim muzyka cudownie brzmi w wymiarze akustycznym, co w przypadku Barry’ego Guya jest akurat normą.




Szczegóły personalne wszystkich mini koncertów prześledzicie na dołączonych do tekstu fotografiach. A po ich lekturze migiem do sklepów – takiej pozycji nie możecie nie posiadać!
Pisząc ponad trzy lat temu na potrzeby Jazzarium.pl o pierwszym wydawnictwie New Orchestra - Small Formations Mad Dogs, skonstatowałem, iż ... oto już w marcu ogłaszam bezczelnie wybór płyty roku. Teraz mogę śmiało powtórzyć ten zabieg: 10 czerwca – płyta roku 2016 właśnie się ukazała!

Koncert kompozycji głównej The Blue Shroud – poczyniony, jak już wcześniej wspominałem, jedenaście miesięcy później - to już oczywiście inny wymiar muzycznej doskonałości. Półtorej godziny precyzyjnie zaaranżowanej muzyki, ale zagranej z dużą swobodą, w nieprzerwanym ciągu dźwięków, wbiły mnie w fotel Studia im. Witolda Lutosławskiego z siłą niespotykaną w tej szerokości geograficznej. Polecam krążek Intaktu, mimo, iż jeszcze go nie posiadam, bo wciąż pamiętam ów październikowy koncert. Wrażenia trwałe i niezbywalne!