Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Dikeman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Dikeman. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 listopada 2025

The Portuguese taste makes the world go round: Amado! Vicente! dos Reis! Almeida! Costa! Lencastre! Svayam! Ontstopper Kollektief!


Listopadowa zbiorówka recenzji zdominowana została tym razem przez artystów portugalskich. Przed nami osiem świeżych (lub prawie świeżych) albumów z wielobarwną muzyką improwizowaną, w których kluczową rolę ogrywają przedstawiciele zachodniej części Półwyspu Iberyjskiego.

Nie zabraknie w zestawie legend gatunku z całego świata, a także naszych przyjaciół z Katalonii. Kilka nagrań zarejestrowano poza Portugalią, a wydawcą jednej z płyt jest austriacka oficyna. Ale, tak czy inaczej, listopadowym zestawem świeżynek rządzą Portugalczycy. Podkreślmy także, iż na Trybunie debiutuje nowy portugalski label Tutmonda, prowadzony przez perkusistę (de facto multiinstrumentalistę) João Svayama, który onegdaj używał także nazwiska Sousa.

So, Welcome to heaven and hell of Portuguese improvised music!

 


Rodrigo Amado, Alexander von Schlippenbach, Ingebrigt Håker Flaten & Gerry Hemingway Further Beyond (Trost Records, CD 2025)

Bimhuis, Amsterdam, kwiecień 2023: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Alexander Von Schlippenbach – fortepian, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Gerry Hemingway – perkusja, głos. Trzy utwory, 52 minuty.

Naszą portugalską przygodę zaczynamy od kwartetu The Bridge powołanego do życia przez Rodrigo Amado kilka lat temu. Jego pierwsza płyta została nagrana w Warszawie, ta obecna, pół roku później w Amsterdamie. Stylistyczny anturaż formacji złożonej z czterech wybitnych instrumentalistów oznacza tu zarówno krwisty, emocjonalny free jazz, jak i definitywnie swingujące spacery po obrzeżach szeroko rozumianego idiomu gatunku.

Koncert składa się z dwóch wielominutowych improwizacji i kilkuminutowego encore. Kolektywne, swingujące otwarcie jest tu pretekstem do free jazzowego spiętrzenia, a potem rozwinięcia odrobinę mniej kompulsywnego, często sprowadzającego się do efektownej, niekiedy post-bluesowej ekspozycji tria bez instrumentu dętego. Tym, który ani na moment nie schodzi ze sceny jest tu bowiem starszy o pokolenie od pozostałych legendarny pianista. Druga improwizacja trwa prawie dwa kwadranse. Inicjuje ją i finalizuje balladowy duet piana i saksofonu. W tak zwanym międzyczasie mocne zmiany daje jak zawsze doskonały w formule mięsistego free jazzu tenorzysta, dużo dokłada równie dynamiczny pianista, nieco mniej, skoncentrowani na akompaniamencie kontrabasista i perkusista. Ta ostatnia dwójka najsilniej odciska swoje piętno w spokojniejszym interludium, gdy ten pierwszy sięga po smyczek, a drugi kleci drobną wokalizę. Koncertowy bis ponownie przypomina, jak silnie muzyka The Bridge osadzona jest w swingującej tradycji – od melodyjnego, łagodnego otwarcia, przez drobne spiętrzenie, po duetowe zakończenie znów od Alexa i Rodrigo.

 


Luís Vicente, John Dikeman, William Parker & Hamid Drake No Kings! (JACC Records, CD 2025)

Bimhuis, Amsterdam, lipiec 2022: Luís Vicente – trąbka, bamboo flute, bells, John Dikeman – saksofon tenorowy, William Parker – kontrabas, gimbri, gralla, wooden flutes oraz Hamid Drake – perkusja, instrumenty perkusyjne, głos. Jeden utwór, 68 minut.

To kolejna ze spektakularnych grup, jakie zawiązano na scenie free jazz/ free impro w ostatnich latach. Vicente w towarzystwie trzech Amerykanów pojawia się po raz drugi w wymiarze fonograficznym i proponuje koncert ze słynnego klubu Bimhuis, który wypalony został na kompaktowym dysku w jednym traku, choć de facto składa się z seta zasadniczego i prawie dziesięciominutowego encore. Na froncie dętym nagranie skrzy się mocą free jazu, pachnie melodyjnym Aylerem i nade wszystko bazuje na świetnej kooperacji trębacza i saksofonisty. Mniej entuzjazmu budzi gra amerykańskich legend gatunku, które zdają się powtarzać klisze, jakie znamy z wielu ich płyt.

Kameralny początek koncertu podany jest zmysłowym unisono, ale na etapie rozwinięcia nagranie zdominowane jest przez zrównoważony emocjonalnie, soczysty free jazz, z Dikemanem, który daje kwartetowi najwięcej ognia. Na szczególną uwagę zasługują dwa fragmenty - ten w okolicach 25 minuty i finałowy, tuż po 50 minucie. Druga część koncertu, to także wielominutowe eskapady z posmakiem ethno, w trakcie których Vicente i Parker sięgają po mniej typowe instrumenty. Opowieść dzieli się wtedy na tria i duety, ale nawet słynny bęben obręczowy Drake’a nie podnosi temperatury nagrania. Wyraźnie brakuje emocji, podobnie jak w trakcie bisu, który w przeważającej części jest balladą graną przez kontrabasistę i trębacza.

 


Luís Vicente Live in Coimbra (Combustão Lenta Records)

Museu Nacional Machado de Castro, Coimbra, październik 2020: Luís Vicente – trąbka. Pięć utworów, 35 minut.

Na dużo więcej ciepłych słów zasługuje lizboński trębacz z powodu nowej (też drugiej) płyty solowej. Pozostawiony samotnie w dużej przestrzeni koncertowej z naturalnym pogłosem, wyposażony jedynie w trąbkę i niepodważalną umiejętność budowania dramaturgii. Ta ostatnia przywara trzyma nas przy tym spektaklu bez chwili wytchnienia.

Trąbka Luisa oddycha, wypuszcza suche powietrze, drży i bulgocze, czasami śpiewa smutno zawodząc tęsknym tembrem saudade. Innym razem skowycze i prycha, albo nabiera zaskakująco etnicznego brzmienia, przypominając … góralskie piszczałki. W trzeciej części flow trębacza płynie szerokim strumieniem akustycznego ambientu, jakby pogłos stawał się tu drugim, jakże naturalnymi instrumentem. Klimat robi się na moment odrobinę oniryczny, ale po chwili jest już bardziej zabawnie, bo Vicente intonuje hymn ku chwale. Nim koncert wejdzie w fazę finałową muzyk kreuje jeszcze chmurę efektownych szumów. Ostatnia pieśń ma definitywnie pożegnalny, rzewny charakter, ale też drży pełną skalą pojedynczej frazy.

 


Luís Vicente & Vasco Trilla Ghost Strata (Cipsela Records, CD 2025)

Underpool Studio, Esplugues de LLobregat, Barcelona, maj 2023: Luis Vicente – trąbka, and Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 41 minut.

To bodaj trzecie spotkanie tych muzyków w duetowym formacie udokumentowane na płycie. I znów znacząco inne od poprzednich. Szczególnie ze strony Trilli, który swój estetyczny idiom no drumming percussion wynosi tu na kolejny poziom artystycznego wtajemniczenia. Buduje nie tylko wielowymiarowe, dronowe ekspozycje, ale zasila je bliżej nieokreślonymi, elektroakustycznymi plamami dźwiękowymi, które brzmią niczym analogowy amplifikator. Swoje, szczególnie w zakresie technik rozszerzonych, dokłada tu pozostający w wyśmienitej formie trębacz. Nie da się ukryć, że Ghost Strata, to album wyśmienity.

Już na starcie Trilla włącza ów generator fonicznych zaskoczeń, budując tłustą flautę, na której mości się wysoko zawieszona trąbka Vicente. Ten pierwszy jest dominatorem, ten drugi pozostaje w stylowej defensywie pięknych preparacji. Druga odsłona jest spokojniejsza, odrobinę oniryczna, z paletą rezonujących fraz, podsycona wszakże pewną rytmiką, za którą odpowiada każdy z muzyków. W trzeciej części trębackie wentyle hałasują, a na werblu do akcji wkracza armia wibrujących przedmiotów niekoniecznie muzycznego pochodzenia. Vasco jest tu wielką orkiestrą, Luis samozwańczym wichrzycielem. Czwarta improwizacja to kolejne nowe elementy i nikt już nie wie, kto teraz odpowiada za dany dźwięk. Dronowa ekspozycja nabiera post-industrialnego posmaku, ale jednocześnie wydaje się etniczna, frywolna, niesiona wysokim brzmieniem czegoś na kształt piszczałki. Finałowa opowieść, to akustyczny dark ambient, który przekształca się w kompulsywny dygot. Znów narracja jest bardzo głośna i jednocześnie ulotna, jakże daleka od tradycyjnego świata dźwięków.

 


Marcelo dos Reis & Gonçalo Almeida Sideralis (Cipsela Records, CD 2025)

Semente Atelier, Coimbra, marzec 2025: Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Marcelo dos Reis - nylon string guitar. Cztery utwory, 44 minuty.

Kilka tygodni temu słuchaliśmy tych artystów improwizujących w trio do evergreenów Monka. Płyta nam się podobała, ale zatęskniliśmy do ich spotkania w formule swobodnie improwizowanej. No to mamy! Kontrabas i gitara akustyczna, cztery rozbudowane improwizacje (dwie pierwsze kilkunastominutowe) i moc jedynie udanych wrażeń.

Spokojnie szarpane struny, delikatne echo, drżące rozkołysanie z dźwiękami subtelnie preparowanymi, to atrybuty otwarcia. To rodzaj kameralnej medytacji, która tylko okazjonalnie nabiera mięsistości. Pierwsza improwizacja zwieńczona zostaje jakże udaną próbą wzajemnej imitacji. Druga historia, to pajęczyna subtelnych interakcji, szytych drobnymi frazami. Muzycy znów dobrze dawkują tempo i emocje. Szczególnie udanie w momencie, gdy Almeida sięga po nisko zawieszony smyczek, a dos Reis szybciej przebiera palcami po nylonowych strunach. W trzeciej improwizacji muzycy zdają się pozostawać na dnie pudeł rezonansowych swoich instrumentów. Flow bogacony jest dużą ilością akcentów perkusjonalnych, ale chyba odrobinę zbyt wystudzony. Tę ambiwalencję z gracją rekompensuje ostatnia opowieść szyta niemal klasycznymi metodami. Gitara przypomina nam, że jest niejako stworzona do estetyki flamenco, a kontrabasowy smyczek sytuuje się całkiem blisko sztuki post-barokowej.

 


Hugo Costa, Clara Lai, Alex Reviriego & Vasco Trilla Yellow Belle (Self-released, CD 2025)

Underpool Studio, Esplugues de LLobregat, Barcelona, grudzień 2024: Hugo Costa – saksofon altowy, Clara Lai – fortepian, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 42 minuty.

Czas na iberyjską supergrupę! Portugalczyk z Rotterdamu i troje zacnych obywateli katalońskich tworzy tu mieszankę definitywnie wybuchową. Nagranie nie epatuje jednak typową dla free jazzu czerstwością, nie eksponuje emocji, nad którymi nie sposób zapanować. Wręcz przeciwnie, improwizacje kwartetu koncentrują się raczej na kameralnych interakcjach, a muzycy świetnie czują się z nosem przy instrumencie, doskonale balansują między czystymi, wyrazistymi frazami, a tymi jakże głęboko i pięknie preparowanymi.

Pierwsza improwizacja jest umiarkowanie dynamiczna i bazuje na open jazzowych rozwiązaniach. W podobnym klimacie utrzymana jest także czwarta opowieść. Ale już pod koniec pierwszej, a także w trakcie drugiej, wielominutowej narracji muzycy nabierają chamber taste i cedzą nam raz za razem piękne, preparowane dźwięki - zarówno inside piano, jak i te smyczkowe, a tym bardziej perkusjonalne. Sam saksofonista zdaje się tu stać na straży bardziej jazzowego porządku. W trzeciej części albumu dominują subtelne drony, w piątej z kolei muzycy z drobnych, rwanych fraz tworzą intrygującą, zwinną i zaskakująco dynamiczną opowieść. Finałowa improwizacja zbudowana jest na pewnym dysonansie. Gdy pianistka i drummer grają czystymi frazami, w tubie altu i na gryfie kontrabasu dzieją się preparowane wspaniałości. Na końcowej prostej kontrabasowe pizzicato, podsycane melodią altu, doprowadza nagranie do szczęśliwego zakończenia.

 


João Svayam, José Lencastre & Francisco Morato Inner Mountains (Tutmonda, DL 2024)

Czas i miejsce nagrania nieznane: João Svayam - perkusja, djembe, romanina tilinca, José Lencastre – saksofon tenorowy i altowy oraz Francisco Morato – bas elektryczny. Osiem utworów, 42 minuty.

João Svayam jest stałym drummerem tria Uivo Zebra, które znamy z krajowych bocianich płyt, lubującym się w improwizacjach nasączonych post-jazzowym fussion i nutą soczystej psychodelii. Nie inaczej jest w przypadku tego tria. Tu wątek jazzowy saksofonisty jest smakowicie skorelowany z oryginalnie frazującym basistą elektrycznym i wielowymiarowym perkusistą wspomaganym szczyptą tajemniczych, nie do końca akustycznych dźwięków. A całość brzmi intrygująco matowo, jakby nagrania powstały we wczesnych latach 70. ubiegłego stulecia.

Pierwszy utwór ma ujmująco żwawe tempo, a bazuje na szorstkiej linii melodycznej saksofonu i silnie z nim pożenionego basu. Szczególnie udane jest zakończenie, gdy na mantrycznym rytmie rysuje się obła plama mrocznego ambientu. Drugi utwór także ma dobrze zarysowaną bazę rytmiczną, opartą na silnie sfuzzowanym basie. Zewsząd sączy się soczysta psychodelia, dopełniona tajemniczą, nieakustyczną pożogą. W kolejnej części obok ambientowego intro pojawia się głos z tekstem. Tu basista jest raczej gościem, ale to chyba on odpowiada za syntetycznie brzmiącą kodę. Czwartą opowieść zdobi introdukcja saksofonu, piątą flety i rytualne percussion, z kolei szóstą klasycznie frazujące duo sax & drums. W siódmej części na moment zaglądamy do Afryki, by zwieńczyć album duetową ekspozycją basu pełnego brzmieniowych drobiazgów i stłumionego, ale melodyjnego saksofonu.

 


Ontstopper Kollektief Unblocking (Tutmonda, DL 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Adam Jasieniuk – saksofon altowy, Arian Sandrayi – skrzypce, Daan Vanreybrouck – banjo, Finn Goegebeur – gitara elektryczna, piano, Francisco Morato – kompozycja, dyrygentura, Ilona Vertriest – głos, José Brandão – piano, klarnet, kompozycja, dyrygentura, Leander Vertriest - piano, snare drum, saksofon sopranowy i altowy, Loïs Pluymers – saksofon altowy, Simon Cuypers – saksofon tenorowy oraz Vadim Bakker - didgeridoo, instrumenty perkusyjne. Osiem utworów, 70 minut.

Na koniec portugalskiej zbiorówki pozostawiamy prawdziwą perełkę. Album powstał w istotnej kooperacji z artystami z Belgii, ale w wymiarze sprawczym jest nade wszystko dziełem dwóch Portugalczyków, którzy dzierżą miano kompozytorów i dyrygentów orkiestry złożonej w sumie z jedenastu muzyków. W warstwie instrumentalnej okazjonalnie mamy tu aż sześć dęciaków, niekiedy potrójne piano, kilka strunowców, rozbudowane perkusjonalia (ale nie perkusje) i kobiecy głos. Emocji doświadczamy tu mnóstwo, jakości także, a rozstrzał stylistyczny i gatunkowy bywa imponujący. Osiem utworów ma bardzo zróżnicowaną długość trwania – od niespełna trzyminutowego epizodu do kilkunastominutowych, epickich narracji. Bardzo rekomendujemy!

Otwarcie śmiało możemy uznać za całkiem ogniste, incydentalnie free jazzowe. W drugiej części narracja bazuje na połamanym rytmie, który pachnie na kilometr Braxtonem i jego wspaniała koncepcją Ghost Trance Music. W następnych trzech odsłonach dużo do powiedzenia mają pianiści. Bywają klasycznie usposobieni, bywają też natarczywi na free jazzowy sposób, ale w każdym przypadku inspirują resztę orkiestry do wzmożonych aktywności. W tej części albumu nie brakuje melodii, ale także mroku i klimatu godnego ścieżki dźwiękowej do Rosemary’s Baby. Szósta i siódma odsłona, to anonsowane epickie dramaty. Pierwszy z nich ma nerwowe, nieco histeryczne otwarcie, a potem przeobraża się w kolejny wieczorek taneczny pod auspicjami Braxtona. Nie brakuje kolektywnego gwizdania i teatralnych didaskalii. Z kolei siódma historia kreuje wielowymiarowy rytm, który generuje chyba każdy z muzyków, niezależnie od tego, jaki instrument dzierży w dłoniach, czy ustach. Wreszcie finałowa opowieść, która rozpoczyna swe życie w tumanie kurzu i szmeru, a kończy w aurze onirycznej flauty umierających melodii. Dodajmy, iż w trakcie dwóch ostatnich części tego intrygującego albumu dużo do powiedzenia ma mrocznie frazujące didgeridoo.



piątek, 14 marca 2025

The Relative Pitch’ 2025: Temple of Muses! Nada Sagrada! Old Adam on Turtle Island! The Life and Behavior! Morpeth Contemporary! FATHM!


Nowojorski The Relative Pitch Records w permanentnym natarciu! Pierwsze dwa miesiące roku przynoszą dziewięć albumów, z których sześć za moment poddanych zostanie naszej recenzenckiej wiwisekcji. Dla tych, którym wciąż mało ważna wiadomość - cztery nowości marcowe weszły już w stadium pre-orderu.

Bez zbędnej zwłoki sięgamy po dwa europejskie kwartety, transatlantycki duet, amerykański septet i duet, wreszcie nagranie solowe, podpisane przez obywatelkę tamtej strony Atlantyku. So, welcome!



 

Stian Larsen, Colin Webster, Ruth Goller & Andrew Lisle Temple of Muses

Snorkel Studios, Londyn, kwiecień 2022: Stian Larsen – gitara elektryczna, Colin Webster – saksofon altowy, Ruth Goller – bas elektryczny oraz Andrew Lisle – perkusja. Sześć utworów, 48 minut.

Webster i Lisle tworzą wyśmienity duet od lat, w trio z Larsenem mają w dorobku przynajmniej dwa albumy, wszakże ekspozycja w kwartecie z bliżej nam nieznanym basistą, to bezapelacyjna nowość. Jeśli pierwsza trójka wnosi tu rockowy i freejazzowy temperament, który znamy z wielu ich poprzednich produkcji, to rzeczony basista targa raczej subtelności post-jazzowego fussion, definitywny posmak świeżości i intrygującej niepowtarzalności.

Niespełna trzyminutowa, free jazzowa rozbiegówka doskonale wprowadza nas w temat. W kolejnej opowieści, już bardziej rozbudowanej, kwartet sięga nie tylko po atrybuty jazzowe, ale także rockowe i psychodeliczne, za co odpowiedzialni są nade wszystko gitarzysta i basista. Kluczowy dla dramaturgii całego albumu jest trzeci, ponad 20-minutowy utwór, który pokazuje kwartet we wszystkich kolorach tęczy. Balladowe otwarcie, dynamiczne rozwinięcie z kolejną porcją rockowych eksplozji, faza zagęszczonej, jazz-rockowej magmy i błyskotliwa, transowa finalizacja. Czwarta i piąta odsłona, to pokaz swobodnej, ponadgatunkowej, świetnie skomunikowanej zabawy. Najpierw trochę ćwiczeń rozluźniających, potem zwinna, na poły dynamiczna galopada pod jurysdykcją drummera. Album zamyka prawie dziesięciominutowa improwizacja, który sieje ferment mnóstwem dźwięków preparowanych, rezonujących fraz i dronowych ekspozycji. Pod koniec efektownie pęcznieje i zostaje spuentowana mięsistym free jazzem.




Brandon Lopez Nada Sagrada

Roulette Intermedium, Vision Festival 2023: Brandon Lopez – kontrabas, Zeena Parkins – harfa elektryczna, Mat Maneri – altówka, Cecilia Lopez – elektronika, DoYeon Kim – gayageum, Gerald Cleaver – perkusja oraz Tom Rainey – perkusja. Jeden utwór, 39 minut.

Septet Brandona Lopeza to definitywnie rzecz godna naszej uwagi. Dobrze zaplanowana improwizacja uformowana w jedną strugę dźwięków, budowanych intrygującym zestawem instrumentalnym, bystrze udramatyzowanych, soczyście brzmiących. Być może w środkowej fazie opowieść jest nieco przeładowana pomysłami, nazbyt bogata w wydarzenia, ale przynajmniej w jej trakcie nie grozi nam choćby sekunda nudy.

Początek albumu, to drżąca, strunowa, efektownie rozhuśtana porcja kameralistyki. Muzycy szukają pretekstu do wybuchu, ale spowijający ich mrok skutecznie studzi buzujący temperament. Opowieść faluje – zdaje się przez moment, że nabiera rumieńców akcjami podwójnego zestawu perkusyjnego, ale po niedługiej chwili grzęźnie w strumieniu strunowych lamentów. Raz jesteśmy pod ścianą hałasu, innym razem … płaczu. W fazach pośrednich opowieść nabiera post-jazzowych barw fussion. W drugiej części utworu muzycy łapią wiatr w żagle mocą elektrycznej harfy i post-elektronicznego backgroundu, po czym gasną w onirycznej aurze wystudiowanych subtelności. Serwują nam jeszcze kilka dynamicznych akcji niesionych niskimi frazami kontrabasu i harfy, a następnie przechodzą do fazy schyłkowej spektaklu, która przypomina chorobę dwubiegunową. Retoryka chwili sprowadza się do dylematu, czy jeszcze pohałasować, czy jednak zamilknąć.



 

John Dikeman, Sun-Mi Hong, Aaron Lumley & Marta Warelis Old Adam on Turtle Island

Splendor, Amsterdam, listopad 2022: John Dikeman – saksofon tenorowy, Marta Warelis – fortepian, Aaron Lumley – kontrabas oraz Sun-Mi Hong – perkusja. Dwa utwory, 51 minut.

Po kwartecie kierowanym przez Johna Dikemana zwykliśmy oczekiwać temperamentnego free jazzu, pełnego ognistych improwizacji i emocji płynących z wielostronnej wymiany argumentów. Tu sytuacja jest nieco odmienna. Mamy warstwę ideologiczną sugerującą refleksję nad losem współczesności i całe mnóstwo jazzowej, wręcz swingującej melodyki. Jeśli nie słyszeliście jeszcze Dikemana w wersji lirycznej, macie ku temu niepowtarzalną okazję. Dodatkowo John dobrał sobie wspaniałych partnerów, którzy świetnie wczuwają się w jego niebanalny nastrój chwili.

Kameralne otwarcie zagrane jest kolektywnie, a wyposażone w ciepły tembr saksofonu tenorowego, kontrabasowy smyczek, stonowane piano wprost z klawiatury i stylową, pozostającą nieco w tle perkusję. Opowieść pachnie rasowym free jazzem, ale momenty, gdy emocje sięgają stanu wrzenia należą do rzadkości i stanowią raczej interludium, nie zaś treść główną nagrania. Dominuje melodia, niekiedy swingujący drive i stonowane ekspozycje solowe, realizowane w oparciu o żwawy akompaniament. Pierwsze nagranie szczególnie podobać może się w fazie środkowej, gdy po efektownym szczycie artyści zanurzają się w mrocznych preparacjach, a potem wychodzą na prostą w estetyce post-bluesowej ballady. Druga odsłona albumu jest zbudowana jeszcze skrupulatniej. Kilkuminutowe otwarcie basu i szeleszczących talerzy, wyważona ekspozycja piana i saksofon, który intonuje pierwszą melodię dopiero po ósmej minucie. Narracja swinguje, pachnie czarnym jazzem lat 30. ubiegłego stulecia i nie przestaje zaskakiwać. Ferment kreacji płynie tu nade wszystko od pianistki, która pracuje także w formule inside piano. W dalszej części nagrania tonizujący emocje tenorzysta wchodzi w bystre interakcje z kontrabasowym smyczkiem, a po chwili ciszy przechodzi do melodyjnej, smutnej, niemal elegijnej finalizacji, niepozbawionej post-barokowych zdobień.




Fred Frith & Shelley Burgon The Life and Behavior

Guerrilla Recording, Oakland, maj 2002 oraz marzec 2005: Shelley Burgon – harfa oraz Fred Frith – gitara akustyczna. Dwanaście utworów, 45 minut.

Jedno z dwóch spotkań akustycznej gitary i harfy w dzisiejszym zestawie relatywnych nowości. Tu legenda muzyki kreatywnej, Fred Frith i Shelley Burgon, amerykańska artystka, której dorobku nie wygooglaliśmy przed rozpoczęciem pisania tej recenzji. Album konsumuje dwie sesji nagraniowe sprzed dwóch dekad – całość nie ekscytuje w każdej sekundzie swego trwania, ale przynajmniej kilka z dwunastu improwizacji (szczególnie tych bardziej rozbudowanych i pochodzących z młodszej sesji) wartych jest naszej wzmożonej atencji.

Otwarcie albumu śmiało zasługuje na miano wystudzonej world music. Potem robi się znacznie ciekawiej, muzycy wchodzą bowiem w stadium bardziej zawansowanych improwizacji i wzajemnych interakcji. Ich opowieści bywają wyczulone na niuanse i efektownie minimalistyczne, nie stronią wszakże od rytmu i bogacenia narracji dźwiękami, które niekoniecznie są efektem pracy na strunach. To, co najlepsze na płycie dzieje się w utworach najdłuższych, szczególnie piątym, bardziej medytacyjnym oraz dziewiątym i jedenastym. W tych dwóch ostatnich akcje z obu stron zdają się być intrygująco nerwowe, dramaturgicznie poszarpane, do tego świetnie skomunikowane i nasączone mnóstwem brudnych, preparowanych fraz. W jedenastym epizodzie, bezwzględnie zasługującym na miano najciekawszego, gitara zaczyna bardzo nisko i pięknie kontrapunktuje wysoko osadzoną harfę. Opowieść skrzy się od zwarć i pyskówek, nabiera dynamiki, buzuje niemal rockowymi emocjami.



 

Jacqueline Kerrod & Joe Morris Morpeth Contemporary 2024

Morpeth Contemporary, Hopewell, Nowy Jork, maj 2024: Jacqueline Kerrod – harfa oraz Joe Morris – gitara akustyczna. Trzy utwory, 51 minut.

Kolejne strunowe spotkanie i znów podobna sytuacja – świetnie rozpoznawalny gitarzysta i amerykańska harfistka, z którą stykamy się po raz pierwszy. Tu opowieść składa się z trzech rozbudowanych improwizacji (z których pierwsza stanowi połowę albumu) i miewa momenty definitywnie przegadane, tudzież przesłodzone post-klasyczną ornamentyką. Te ciekawsze fragmenty, to sytuacje, w których Morris przejmuje inicjatywę, wyciąga Kerrod ze strefy melodyjnego komfortu i zaciąga w mroczne, niebezpieczne rewiry swobodnej improwizacji.

Od post-klasycznych subtelności, poprzez leniwe medytacje, po intrygujące zwarcia i dramaturgiczne spięcia, to schemat dramaturgiczny gemu otwarcia. Prawie trzydziestominutowa improwizacja szyje nam tu kilka scenariuszy i niektóre z ich śmiało uznać możemy za więcej niż udane, szczególne te, które dzieją się po upływie kwadransa. Co ciekawe, to harfistka wnosi tu odrobinę kreatywnego fermentu. Druga opowieść rozpoczyna się aurze szmerów i rezonujących fonii, także przechodzi przez fazę medytacji, w ramach zaś reasumpcji wzbogacona zostaje o warstwę rytmiczną i garść intrygujących interakcji. Ostatnia improwizacja świetnie ilustruje sytuację, o której pisaliśmy w poprzednim akapicie. Po kilkuminutowym stadium relaksacji gitarzysta przejmuje dowodzenie i sprawia, iż zakończenie albumu nie szczędzi nam ekspresji, brudnych, kanciastych fraz i adekwatnych wypieków na twarzy.


 

Laura Cocks FATHM

Czas i miejsce akcji nieznane: Laura Cocks – flet. Dziewięć utworów, 38 minut.

Na zakończenie relatywnych nowości specjalność zakładu, czyli album solowy. Kolejna bliżej nam nieznana amerykańska artystka i dziewięć bystrze sformatowanych improwizacji na flet solo. Od ciszy po hałas, od delikatności po agresję, od czystej frazy po wielokrotnie zdeformowane strzępy dźwięków.

Najpierw Laura oddycha całą masą fletowego korpusu, potem przyspiesza, ale jednocześnie ociepla tembr swojej wypowiedzi. Gdy jest taka potrzeba, fletowy strumień bogaci własnym głosem. Mruczy jak Beduin, by po chwili generować zniekształcone frazy, które w niczym nie przypominają brzmienia drobnego instrumentu dętego. Znęca się nad nim, topi w mulistej mazi, rozrywa i depcze. Nagle zaczyna medytować i pełnymi garściami łapie melodie. Śpiewa mroczne kołysanki dla niegrzecznych dzieci. Prycha i rzęzi jak gruźlik, by po niedługiej chwili zbudować multiopowieść, jakby miała w rękach i ustach co najmniej kilka instrumentów. W ósmym epizodzie skrupulatnie buduje flow z pisków i zgrzytów, a potem całą tę strugę brudu rozkłada na czynniki pierwsze. Przez ostatnie dziewięćdziesiąt sekund albumu snuje prostą, dynamiczną opowieść, świetnie kontrolując emocje.

 

 

 

piątek, 16 czerwca 2023

The June’ Round-up: Küchen & Agnel! Dikeman! Erades & Saavedra! Hidden Forces! Hocus! Carvalho & Sanchez! Sierra Madre! Skull Mask! Salis & Sanna!


Czerwcowa zbiorówka świeżych płyt z muzyką improwizowaną (jakże szeroko tu rozumianą) przed nami! Ponownie jedziemy po bandzie! Prawdziwy koktajl Mołotowa – gatunki, style, skrajne emocje, języki całego świata i jeden wspólny mianownik – świetna muzyka!   

Zaczynamy kameralnie po szwedzku i francusku! Potem brytyjska torpeda free jazzu! W dalszej kolejności duży blok albumów iberyjskich i latynoamerykańskich – free jazz, rock, noise, free chamber i post-electro! A na finał psychodeliczna lira korbowa i dzwony sardyńskie! Kilka nazwisk z topu, cała rzesza naszych dobrych znajomych i tradycyjnie garść nowych person do zapamiętania!

So welcome to hell & heaven of improvisation!



 

Martin Küchen & Sophie Agnel  Detour Tunnels of Light (Thanatosis, CD 2023)

Borlunda Church, Eslöv, luty 2022: Martin Küchen: sopranino, instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Sophie Agnel – fortepian, obiekty. Cztery improwizacje, 35 minut.

Jak przystało na dobrą zbiorówkę, zaczynamy z wysokiego C! Szwedzki mistrz saksofonu w najlepszej z jego artystycznych edycji (preparowane werblem sopranino) i jedna z bardziej niedocenianych swobodnie improwizujących pianistek naszej części świata zapraszają na spektakl wyjątkowo subtelnych, minimalistycznych, osadzonych blisko ciszy, swobodnych improwizacji, które kochają tzw. techniki rozszerzone, ale nie stronią od zwyczajnej, jakże niepowtarzalnej urody pojedynczego dźwięku.

Ledwie słyszalne ćwierćfrazy z głębokiej klawiatury fortepianu i nanodźwięki z tuby sopranino, w tle szmer perkusjonalii – auta otwarcia mówi nam wiele o tym, co przyniesie album. Strwożony śpiew umierających ptaków. Drobne preparacje, wymiany zdań podrzędnie złożonych – misterna plecionka urokliwych dźwięków w otoczeniu szumiącej ciszy. Druga opowieść zdaje się być jeszcze delikatniejsza. Subtelności inside piano, perkusjonalne zdobienia i saksofon, który odzywa się po długim milczeniu, jak kot, który zdołał przespać cały dzień. Narracja pachnie melodią, przypomina post-klasyczną balladę udręczonych wędrowców. W trzeciej części każdy dźwięk czeka na reakcje interlokutora. Piano rezonuje, saksofon ocieka brudnym, ale ciepłym brzmieniem. Wewnętrzny spokój, narracyjne lenistwo w otoczeniu dźwiękowych perełek z samego dna piana i tuby. Czwarta improwizacja zaskakuje. Pełna jest nerwowego życia, ukradkowych spojrzeń – preparowane frazy, drony, metalowe przedmioty na werblu i zapewne ślad elektroniki. Całość nabiera pewnego cierpiętniczego rytmu, ale niespodziewanie stygnie. Sam finał tej pięknej płyty zdaje się być wyjątkowo smutną piosenką.



 

John Dikeman, Pat Thomas, John Edwards, Steve Noble  Volume 2 (577 Records, CD 2023)

Cafe Oto, Londyn, luty 2019: John Dikeman – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Dwie improwizacje, 43 minuty.

Holenderski Amerykanin i trójka dumnych Synów free jazzowego Albionu w drugiej odsłonie koncertowej petardy, której część pierwsza została na tych łamach skrzętnie odnotowana. Chciałoby się rzec, wzorcowy free jazz w równie wzorcowym kwartecie, ale to nie do końca dobry trop. Pierwszy set przynosi bowiem sporo intrygującego, niemal tanecznego rytmu, drugi zaś (dużo krótszy) całe mnóstwo ponadgatunkowych wycieczek stylistycznych. Czterech mistrzów na scenie Cafe Oto – winniśmy być zatem gotowi na każdą niespodziankę!

Sygnał do free jazzowego ataku daje tu masywne piano, stemplujące szyk otwarcia niemal wyłącznie czarnymi klawiszami. Pozostali wchodzą do gry z pewną nieśmiałością, tańczą wokół własnej osi, ale już po chwili free jazzowy ekspres rusza z kopyta. Pierwsze spowolnienie osadzone jest oczywiście na kontrabasowym smyczku, ale doposażone niemal post-ragtime’owym pasażem piana. Narracja wydaje się tu bardzo figlarna, na pewno niebywale melodyjna i odrobinę swingująca. Dzieli się na podgrupy, daje nam także efektowne solo perkusji. Powrót do formuły kwartowej zdobią cuda na gryfie kontrabsu. Opowieść zyskuje także efektowną rytmikę dzięki niemal rockowemu drive’owi perkusji. Brawurowa narracja jeszcze raz tu hamuje i na moment staje się jazzowym triem bez saksofonu. W drugiej części koncertu, która zdaje się być rozbudowanym encore, muzycy stawiają na skupione preparacje. Dużo tu smyczka, piana w wersji inside, krótkich fraz i posuwistych dronów. Szczególnie urokliwy jest sam finał – mroczny, powolny, budowany z dużym udziałem czarnych klawiszy. Zmysłowe, post-jazzowe chamber. 



 

Luis Erades & Avelino Saavedra  La inmunda vida de San Gulik (Discordian Records, DL 2023)

Önilewaland, Valencia, maj 2022: Luis Erades – saksofon altowy oraz Avelino Saavedra - perkusja, obiekty, megafon. Sześć improwizacji, 28 minut.

Kolejna porcja free jazzowego mięsa płynie do nas z iberyjskiej Walencji. Duet saksofon-perkusja, to wariant, który w gatunku bywa kwintesencją jakości. Tu dodatkowo podszyty kreatywnością obu artystów w zakresie niebanalnych technik rozszerzonych, użycia tzw. obiektów na rozgrzanym werblu oraz … megafonu. Jak to zwykle w Discordian bywa - krótko i bardzo na temat!

Na początek trzęsienie ziemi – pisk altu i punkowa synkopa perkusyjnej nawałnicy. Jak kochać, to królewny, jak kraść to miliony! W drugiej części pojawiają się preparowane dźwięki i foniczne onomatopeje z tajemniczych przedmiotów krążących wokół werbla. Rwane, ale dość ekspresyjne tempo. W kolejnej odsłonie muzycy szukają dna, pięknie rezonują, po czym budują zwarty, masywny, dalece post-industrialny klimat. W czwartej improwizacji powiew luzu i swobody we free jazzowym tańcu. Progresywna perkusja, rozśpiewany alt. Artyści szybują tu wyjątkowo efektownie. W piątej części wracamy do grobu – instrumenty cierpią katusze, muzycy wiercą się na swoich miejscach i rozdrapują stygmaty na ciele. Mrocznie, chwilami intrygująco blisko ciszy, z dziwnym, elektroakustycznym posmakiem. No i finałowa eksplozja! Free noise jazz w tempie karabinu maszynowego. A może tej scenie bliżej do pojedynku rewolwerowców w gorącym słońcu pustyni? Ale emocje! Szybkość, strach i satysfakcja.



 

Raúl Cantizano & Hidden Forces Trio  Raúl Cantizano & Hidden Forces Trio (Sentencia Records, LP/DL 2023).

La Mina, Happy Place i studio domowe, Andaluzja, 2021-22: Raúl Cantizano – gitary, Tavo Domínguez – klarnet basowy, Marco Serrato – bas, Borja Díaz – perkusja oraz goście: Mike Watt, Howie Reeve, Xavier Castroviejo – wokale w pojedynczych utworach, Ricardo Jiménez – gitara w dwóch utworach, Colin Webster – saksofon tenorowy w jednym utworze. Piętnaście części, 39 minut.

Po sporej dawce mięsistego free jazzu czas na równie emocjonalną dawkę free … rocka! Tu w wykonaniu andaluzyjskim, do tego z udziałem intrygujących gości. Z jednej strony inspiracja Captainem Beefheartem, z drugiej amerykańskim hc punk w najlepszym, połamanym rytmicznie wydaniu spod znaku Minutemen/ Firehose. I tu największa sensacja albumu – w drugim utworze śpiewa basista i wokalista Mike Watt, filar obu wskazanych przed momentem bandów. Piętnaście opowieści na temat, dużo rockowej ekspresji, sporo improwizacji na instrumentach dętych i zagadkowa gitara lidera całego przedsięwzięcia, silnie osadzona w rockowej tradycji, ale tajemnicza i zaskakująca swą ponadgatunkowością.

Intro basówki, rockowy, niemal noise’owy drive sekcji, rozkrzyczany klarnet i gitara frazująca z dużą swobodą, z dalece funkowym zacięciem – ta płyta nie mogła zacząć się lepiej! W drugiej opowieści głos Watta nadaje całości sznytu historycznego, na trwale wpisując w narrację tradycję Minutemena. W części czwartej znów podoba nam się klarnet basowy, dzięki czemu flow nabiera post-jazzowego charakteru. Na albumie nie brakuje także spokojniejszych momentów, niemal balladowych, okraszonych ciepłym klarnetem, głosami kolejnych wokalistów, a także na poły zrelaksowaną gitarą. Na albumie dominują jednak wyraziste stemple hc punk, grane na dużej swobodzie, jednakże z dyscypliną godną gatunku bazowego. W trzynastym utworze spore zaskoczenie – pojawia się tenor Colina Webstera, któremu towarzyszy kontrabas i gitara, która szuka akcji w estetyce post-flamenco. Z kolei w ostatniej części do klarnetu i kontrabasu podłącza się piano. Gdy do gry wejdzie perkusja, całość nabiera dynamiki i zdecydowanie free jazzowych rumieńców.



 

Hocus  Noise Complaint (Bandcamp’ self-released, DL 2023)

Czas i miejsce nieznane: João Almeida – trąbka, elektronika. Pięć utworów, 18 minut.

Portugalski trębacz jakże młodego pokolenia gości na naszych łamach często. Dał się już poznać jako wytrwany improwizator, tudzież kreatywny element kilku free jazzowych układanek, wreszcie udanie zagościł na jednej płycie pewnej krajowej, iberyjskiej serii. Muzyk z Lizbony ma także ogromne zacięcie do eksperymentowania z brzmieniem, sięgania po elektroniczne narzędzia tortur. Innym słowy, lubi hałas, czego daje dobitny przykład na najnowszym solowym mini-albumie.

Nagranie trwa niespełna 20 minut, ale dla wielu może być przeżyciem definitywnie śmiertelnym. Almeida prezentuje tu pięć miniatur, z których każda jest elektroniczną pętlą zbudowaną z przetworzonego syntetycznie krzyku blaszaka. Pierwszy loop przypomina uderzenia biczem wodnym, drugi zdaje się być odgłosem wilgotnego powietrza, które z kosmiczną prędkością opada na parapet. Trzeci, to pracujący na wysokich obrotach świder, który bezskutecznie wierci dziurę w grubym kawałku metalu. Czwarta odsłona przypomina zmutowane, post-atomowe bębnienie, z kolei lapsus finałowy daje namiastkę życia – rozśpiewana syrena alarmowa, która wpada w śmiertelny taniec. Hałaśliwa Skarga, to wyzwanie dla naprawdę zaprawionych noise’ pogromców!



 

Mariana Carvalho & Paula Sanchez  Rasgo (Neue Numeral, DL 2023)

Bazylea, Szwajcaria, wrzesień 2019: Paula Sanchez – wiolonczela oraz Mariana Carvalho – fortepian. Osiem improwizacji, 28 minut.

Skupiona, czuła na niuanse brzmieniowe, swobodnie improwizowana podróż pełna preparowanych, niekiedy bolesnych dźwięków wiolonczeli i fortepianu, który dostarcza równie urokliwe frazy z dna pudła rezonansowego, jak i delikatnej, ale często czarnej klawiatury. Panie prowadzą narracje w skończonej liczbie przypadków dalece minimalistycznymi metodami, by w szóstej odsłonie dać upust emocjom i stworzyć albumowy crème de la crème.

Pierwsze dźwięki wydają się być skutkiem dociskania strun na gryfie wiolonczeli i pojedynczych uderzeń w fortepianowe struny. W drugiej części artystki celebrują otwieranie głębokiej krypty. Budują opowieść niemal separatywnymi dźwiękami, zadając sobie pytania i uzyskując odpowiedzi. W dwóch kolejnych improwizacjach słyszymy ruch, przesuwanie przedmiotów i poszukiwanie dźwiękowych drobin wystudzonym smyczkiem. Prace ręczne wewnątrz piana i delikatne półśpiewy strunowca. Mechanika tarcia, cierpienie materii. Raz kameralny suspens, innym razem brud i znój procesu twórczego. W piątej części usłyszeć można znamiona działań bardziej dynamicznych, ale metody pracy artystek nie ulegają zasadniczym zmianom. W nerwowej aurze spokoju docieramy do szóstej improwizacji. Smyczek porusza się w martwym trybie, ale odnajduje strzępy dźwięków, piano podrzuca matowe frazy z mroczniejszej części klawiatury. Emocje wszakże rosną, Panie zagęszczają ścieg i sycą improwizację wyjątkowo urokliwymi spiętrzeniami. W końcowych dwóch improwizacjach duch kreatywnego minimalizmu powraca. Znów mikro frazy inside piano i post-melodyjne zgrzyty na gryfie cello. W części finałowej pojawia się rytm wybijany przez klawisze i bogacony skrzeczącymi post-dźwiękami ugniatanych strun wiolonczeli. Coś przypomina tu także ludzki głos. Narracja szyta wedle metody call & responce osiąga piękny finał w boleści i utrudzeniu.



 

Sierra Madre  Sierra Madre (Neue Numeral, DL 2023)

Studia domowe muzyków, Montevideo, Urugwaj, 2021: Guzmán Calzada oraz Sofía Scheps – wszystkie dźwięki. Dziewięć utworów, 38 minut.

Pozostajemy pośród artystów z Ameryki Południowej i sięgamy po album kreatywnego … post-electro. Frazy improwizowane w stadium szczątkowym, ale za to wiele pasji, dramaturgicznej maestrii i naprawdę udanych dźwięków. Początek albumu zdaje się mylić tropy, sięga po formę piosenki, bystrze łączy melodyjne, akustyczne frazy z odrobiną elektronicznego fermentu. W drugiej części nagrania robi się wszakże coraz ciekawej, a konotacje z post-rytmiczną, niemiecką elektroniką końca ubiegłego wieku, a nawet minimalistycznym krautrockiem wydają się być coraz bardziej zasadne.

Do niemałego pakietu atrybutów jakości albumu z Urugwaju dodać winniśmy jeszcze umiejętność budowania delikatnych, niemal filigranowych opowieści, pełnych narracyjnych subtelności i dźwięków lekkich, jak puch. Pierwsze trzy utwory dostarczają piosenkowych, bogaconych kobiecym głosem narracji, które zgrabnie łączą wątki akustyczne i elektroniczne, na ogół perkusjonalne zdobienia. Począwszy od części czwartej narracja z minuty na minutę staje się najpierw post-piosenkowa, potem już definitywnie buja w obłokach subtelnego post-electro. Otwarcie części piątej budują rytmicznie uformowane szumy i analogowe szmery, które przenoszą nasze skojarzenia ku muzyce wskazanej w poprzednim akapicie. Narracja skrzy się urokliwą analogowością, zaczyna ukrywać dotychczasową melodykę w wielowarstwowej, post-rytmicznej strukturze. Finałowa meta ballada snuje się owiniętą wokół leniwego beatu i blasku zachodzącej za horyzont, delikatnie frazującej gitary.




Skull Mask  Iká (Skull Mask, kaseta/DL 2023)

Café Oto, Londyn (pierwsza część), Supernormal Festival (druga część), sierpień 2022: Miguel Pérez – gitara oraz Gosha Hniu – lira korbowa. Dwie improwizacje, 41 minut.

Kolejna ponadgatunkowa opowieść, tu w pełni improwizowana, powstała w Londynie i okolicach, ale stworzona została przez artystów świata (związanych choćby z formacją Staraya Derevnya). Łączy gitarę elektryczną z lirą korbową, a od pierwszej do ostatniej sekundy przesiąknięta jest post-psychodelicznymi emocjami i dostarcza mnóstwo przyjemności z odsłuchu, będących między innymi skutkiem fantastycznego budowania dramaturgii. Dwa oddzielne sety, dwie okoliczności koncertowe, dwie strony kasety. Nic, tylko się zasłuchać!

Pierwszy koncert zaczyna się w mgle delikatnego pogłosu. Gitara frazuje leniwie, lira wydaje się rozmarzona, trochę śpiewa, trochę buduje ambientowy background. Narracja dość szybko nabiera tu gęstości i intensywności, ale nie toczy się wedle linearnego scenariusza. Muzycy dozują nam poziom obu charakterystyk. Improwizacja nasiąka też od pewnego momentu dalekowschodnim, zdrowym, jakże kwaśnym zapachem. Każdy z muzyków często zmienia tu sposoby artykulacji, skala pomysłów zdaje się nie mieć granic. Zakończenie jest wyjątkowo delikatne, rozpływa się w psychodelicznym ambiencie. Brzmienie drugiego koncertu jest bardziej zwarte, mniej selektywne, pachnie za to upalonym rockiem. Lira dość szybko zaczyna tu krzyczeć niesiona siłą pogłosu, gitara z miejsca smaży post-bluesowe pętle. Gęsta, oleista ciecz znów nie leje się w pełni linearnym strumieniem, a dramaturgiczne skoki w bok tylko bogacą przekaz całości. Z czasem improwizacja brzmi niczym hinduska raga odpalona na londyńskim bruku. Transowy finał nie stroni od odrobiny hałasu, jakby lira dostała się w pole działania amplifikatora.




Giacomo Salis & Paolo Sanna  Acoustic Studies For Sardinian Bells (Falt Records, Kaseta/DL 2023)

Czas i miejsce (Sardynia?) nieznane: Giacomo Salis oraz Paolo Sanna – sardyńskie dzwony. Cztery improwizacje, 25 minut.

Dokonania włoskiego duetu perkusjonalistów śledzimy w zasadzie na bieżąco. Muzycy specjalizują się w preparowaniu dźwięków przeróżnych akcesoriów perkusyjnych, często korzystają też ze wsparcia minimalistycznie traktowanej elektroniki. Na nowym albumie definitywnie nas jednak zaskoczyli użytym w improwizacji instrumentarium. Tym razem są to bowiem sardyńskie dzwony. Ich brzmienie jest delikatne i niezbyt głośne, taka też jest czteroczęściowa opowieść Włochów.

W pierwszej improwizacji sardyńskie dzwony zostały chyba wystawione na silny, śródziemnomorski wiatr. Każdy dźwięk jest tu rozkołysany, co jest efektem wprawiania w ruch dzwonów, być może także umieszczania w nich samych dodatkowych przedmiotów. W drugiej części artyści zdają się pracować bliżej obiektów ich zainteresowania. Jakby wchodzili w pierwszą fazę preparowania dźwięków. Ich narracja zdaje się mieć rytm, który przypomina wahadło, frazy są systematycznie powtarzane, a wokół nich tli się filigranowa chmura rezonansu. W trzeciej, najkrótszej części muzycy pracują już w oparach ciszy. Drobne uderzenia, delikatne dotknięcia. W finałowej, najdłuższej improwizacji dramaturgia jest zdecydowanie bardziej rozbudowana. Najpierw mamy rezonans na dwa głosy, potem skupioną symfonię chrobotania i tarcia. Owa misterna mantra na koniec podkreślona zostaje podwójnym, prawdziwie perkusyjnym beatem.



 

piątek, 10 marca 2023

Luís Vicente 4tet at the House In The Valley!


Portugalski trębacz Luis Vicente i amerykański (choć z Holandii) saksofonista John Dikeman muzykują razem od kołyski. Ich szczególnie ulubioną formacją jest kwartet, w których ich dęte, jakże swobodne szaleństwo improwizacji wspiera kontrabas i perkusja. Grywali już z sekcją portugalską (Antunes, Ferrandini), holenderską (De Joode, Govaert), a także amerykańską (Parker, Drake). Na swojej najnowszej płycie postawili na wariant mieszany – amerykański kontrabas i holenderska perkusja. Nowy kwartet zwie się 4et i ma w nazwie własnej nazwisko Portugalczyka, albowiem zgodnie z przyjętymi założeniami, bazą dla improwizacji tego akurat kwartetu są kompozycje trębacza. Od razu dodajmy, kompozycje mocno osadzone w aylerowskim free jazzie, ale inspirowane nową osobą w życiu artysty, córką Luisą.

Renomowany Clean Feed dostarcza długie, koncertowe nagranie ze świetnie nam znanego obiektu sakralnego w Caldas da Raihna, pełne emocji najwyższych lotów, pięknie konsumujących przyjmujące melodie, wytrawne improwizacje i kosmiczny kunszt każdego z muzyków. W roli basowego wodzireja debiutujący w tym gronie Luke Stewart, za perkusją stary znajomy z wielu składów Luisa – przed momentem wspomniany Onno Govaert.




Pierwszy temat - podany na głębokim wydechu trąbki i saksofonu – wydaje się być niebywale rozśpiewany. Kontrabas od razu szyje delikatny groove, dobrze nasączony parkerowską melodyką, a perkusja, jak to u Govaerta, płynie całą szerokością sceny. Narracja dzieli się teraz na dwa następujące po sobie tria. Najpierw improwizuje trębacz, potem saksofonista, a pomiędzy tymi wydarzeniami następuje drobne, adekwatne do przyjętej stylistyki, ogrywanie tematu. Muzycy pracują bardzo swobodnie, świetnie się ze sobą komunikują, przygotowani są na każde rozwiązanie, a melodyjna, trwała baza rytmiczna daje instrumentom dętym pole do niczym nieograniczonego działania i skoków w dowolną przestrzeń improwizacji. Kolejny powrót do kwartetu najpierw oznacza tu drobny szczyt, a potem – w okolicach 12 minuty – solową ekspozycję perkusji. Tym razem ogrywanie melodii przewodniej odbywa się na sporym spowolnieniu i przesycone jest prawdziwie lizbońską saudade. Leniwa struga improwizacji, choć nie brakuje w niej gęstych, tłustych, a nawet głośnych fraz, idealnie podprowadza nas pod epizod … drum’n’bass! Ostatni powrót do melodii tematu oznacza tu zmysłową kodę, która kończy 24-minutowy set.

Druga część koncertu trwa ponad 40 minut i zdaje się być prawdziwą epopeją free jazzowej improwizacji. Na starcie dęty dwugłos, który intonuje śmiech małej Luisy (zgodnie z tytułem utworu!). Muzycy jednym ciałem podają emocjonalne frazy, stojąc przy tym na palcach i patrząc głęboko w chmury. Potem podczepiają się pod groove basu, ale nie eskalują ani tempa, ani emocji. Płyną swobodnie, zanurzeni w sennych marzeniach. Narracja znów dzieli się na tria. Te z trąbką wydaje się być wyjątkowo minimalistyczne, urokliwie rozkołysane, te z saksofonem pełne ognia i namiętności. Pomiędzy nimi jest też miejsce na zmyślne solo kontrabasu. Po dwóch triach artyści znów wracają do tematu, szybko go ogrywają, wspinają się na drobny szczyt i hamują. Po 15 minucie trąbka i saksofon wznoszą swe melodyjne modły ku niebieskiemu sklepieniu, a na gryfie kontrabasu - po raz pierwszy - pojawia się smyczek i zostanie tam na cały kwadrans. Narracja wchodzi teraz w fazę definitywnie kameralną, muzycy sięgają po nowe dźwięki i na każdym kroku zaskakują. Strzygą uszy długimi frazami, rzewnie śpiewają, niekiedy pozwalają perkusji na całkowite zamilknięcie. Nie brakuje także tu trzyosobowych epizodów z sekcją. Szczególnie pięknie dzieje się wtedy, gdy trąbka popiskuje, smyczek syci flow klimatami ancient dance, a perkusja stawia talerzowe stemple narracyjnego rytuału. Powrót do kwartetu w tym wypadku oznacza eskalację wcześniej zasygnalizowanych lamentów (czemu sprzyja rozgrzany do czerwoności smyczek). Muzycy jedną pętlę narracji grają teraz dynamicznie, kolejną niebywale powoli. Z tej dramaturgicznej przeplatanki ostatecznie wyłania się duet smyczka i perkusyjnych talerzy. Dęciaki wracają, ale narracja wciąż leje się bardzo kameralnym strumieniem, choć nabiera dynamiki. Po upływie drugiego kwadransa powraca basowy groove i opowieść wpada w urokliwą histerię. Emocje pną się ku górze, artyści szukają kolejnych ognisk zapalanych. Mniej więcej sześć minut przed końcem zostaje dany sygnał do mimowolnej finalizacji. Powrót do tematu, garście didaskalii, kilka znaków zapytania i drobny epizod drum’n’bass. Saksofon powraca melodyjnie repetując, sekcja rytmu płynie w swoim tempie, a trąbka milczy. I tak będzie już do ostatniej sekundy tego wspaniałego koncertu.

 

Luís Vicente 4tet House In The Valley (Clean Feed Records, CD 2023). Luís Vicente – trąbka i kompozycje, John Dikeman – saksofon tenorowy, Luke Stewart – kontrabas oraz Onno Govaert – perkusja. Nagranie koncertowe, Igreja do Espírito Santo, Caldas da Rainha, Portugalia, lipiec 2021. Dwa utwory, 67:15.



wtorek, 15 marca 2022

Peachfuzz! Volume1! Hypersurface! Gilgamanians! Sentencia Quartet & Trio! Wiśniewski! Dubois! The March Round-up!


Marcowa zbiorówka recenzji najświeższych na świecie płyt z muzyką improwizowaną gotowa! Tym razem osiem pocisków dalekiego zasięgu, wystrzelonych z kilku punktów szalonej war & covid reality!

Naszą podróż zaczynamy w Portugalii, od pewnego brzoskwiniowego tria, które zmyślnie miesza gatunki, ale nade wszystko ceni sobie jazzowy drive. Zaraz potem cykl opowieści około amerykańskich – freejazzowy meeting z Londynu, swobodnie improwizujące, nowalijkowe trio z Brooklynu i … radiowo-perkusyjny duet z Chicago. Szybki powrót do Europy zapewnią nam dwie nowe płyty z Andaluzji, jakkolwiek z nieodzownym wątkiem brytyjskim, kilka duetów całkowicie polskich z wiodącą rolą pewnego pianisty oraz krótka wizyta we Francji na okoliczność dalece jazzowego epizodu w kwartecie.

 


Peachfuzz  Peachinguinha (Silent Water, CD 2022)

Na dobry początek portugalskie Fonte Santa, Alandroal w marcu roku 2021 i trio o nazwie własnej w składzie: João Almeida – trąbka, Norberto Lobo – gitara elektryczna oraz João Lopes Pereira – perkusja. Cztery improwizacje trwają 33 minuty i kilkanaście sekund.

Rytuał otwarcia albumu spoczywa tu na barkach perkusisty, który kreśli dynamiczny, synkopowany rytm. Po kilku chwilach, pod tenże rytm podłącza się szorstko brzmiąca, jazzowa trąbka i meta rockowa gitara, początkowo przypominająca masywny bas, a po niedługiej chwili zdobiąca opowieść akcentami post-psychodelicznymi. Narracja budowana jest kolektywnie, a warstwę improwizowaną budują posadowione na skrzydłach gitara i blaszak. Posmak post-fussion leje się z gitary, ale nie wydaje się szczególnie natarczywy. Długa, kilkunastominutowa historia ma fazy spowolnienia i incydenty solowe, zawsze wszakże utrzymywane przy życiu dynamiczną perkusją. Gitara i trąbka nie skapią nam drobnych preparacji, a na finałowej prostej intrygująco lenią się, mimo, iż tryb pracy perkusji pozostaje niezmienny.

Żadna z trzech kolejnych opowieści nie przekracza już 10 minut. Tę drugą znów otwiera drummer, początkowo bijąc rytm jedynie na talerzach. Dużo dobrego płynie ze strony gitarzysty – pick-upowe modulacje, krautrockowa dynamika i dużo chęci, by poswawolić. Trąbka pojawia się tu dopiero po czterech minutach i zdaje się zmyślnie ogrywać nieistniejący temat utworu. Dodajmy, iż na każdym zakręcie tego epizodu czuć zdrową psychodelią. Trzecia część, to skromna ballada, budowana kolektywnie szumami i ochłapami melodii. Perkusja pracuje wyłącznie na szczoteczkach, a wystudzona narracja syci improwizację sporą dawką słodyczy wprost z tuby trąbki. Ostatnia improwizacja wiele obiecuje na starcie - trębackie preparacje, post-ambientowe jęki gitary i zmysłowe perkusjonalia. Narracja zdaje się rozkwitać, ale nie zostaje zasilona drive’em, którego moglibyśmy oczekiwać, pomni bardziej dynamicznych akcji w dwóch pierwszych improwizacjach. Po ostatnim dźwięku pozostajemy zatem z pewną dozą niedosytu.

 


John Dikeman/ Pat Thomas/ John Edwards/ Steve Noble  Volume 1 (577 Records, CD 2022)

W pełni zeuropeizowany Amerykanin i trójka pomnikowych postaci brytyjskiej sceny free jazzowej, to kolejna propozycja w dzisiejszej zbiorówce. Londyńskie Cafe Oto, luty 2019 roku i następujący muzycy: John Dikeman – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Dwie improwizacje, pierwsza krótka, druga dalece rozbudowana, trwają łącznie 40 i pół minuty.

Koncert w wersji płytowej zdaje się być dość nietypowo sformatowany. Najpierw bowiem dostajemy bardzo energetyczną część, trwającą ledwie 8 i pół minuty, która pokazuje kwartet w pełnym ogniu, zapewne także w najlepszej formie, jakby grana był nas bis, a nie na początku spektaklu. Część druga trwa zaś ponad pół godziny i sprawia wrażenie seta zasadniczego, dobrze skonstruowanego, mającego swoje wzniesienia i udanie usytuowane w ciągu dramaturgicznym incydenty solowe, a także efektowne zakończenie.

Słowo się rzekło, improwizacja od pierwszego dźwięku gotuje się od emocji i doskonałych ekspozycji każdego z muzyków. Modelowa dla swobodnie kreowanego free jazzu narracja szyta jest gęstym ściegiem, a każda fraza liczyć może tu na ciętą ripostę. Saksofon Dikemana pięknie spogląda w kierunku Evan Parkera, a brytyjska sekcja rytmu i dynamiki dopowiada swoje na pełnym wydechu. Początek drugiej części studzi emocje wyrafinowanymi preparacjami. Owa post-kameralna przystawka kończy się w momencie, gdy do gry włącza się melodyjny, ciepło frazujący tenor. Dynamika rodzi się tu na perkusyjnych talerzach, i zdaje się, że każdemu uczestnikowi tego spektaklu jest z nią po drodze. Muzycy brną przed siebie w bystrym półgalopie, dość regularnie biorąc oddech dla wyeksponowania ciekawszych fraz. Pierwsza solowa ekspozycja, to dzieło pianisty, po której kwartetowy szlak nasączony zostaje odrobiną swingu! Kolejna część solowa należy do kontrabasisty i jest (oczywiście!) popisem Edwardsa. Pizzi and arco in big motion! Tu powrót do pełnego składu okraszony zostaje zwinną grą na małe pola, realizowaną w umiarkowanym tempie. Dynamika ponownie rośnie, głównie dzięki furii perkusisty i mocy kontrabasisty, który zdaje się stanowić tu podstawowe prawa. Pozostali muzycy także kreślą piękne figury geometryczne, a moment ów (20-25 minuta) śmiało uznać możemy za jakościowy szczyt całego koncertu! Tuż po nim dostajemy krótkie, bardzo melodyjne solo saksofonu i prawdziwie aylerowską eksplozję całego kwartetu, która sprawia, iż zakończenie koncertu płonie ogniem rasowego free jazzu. Podkreślmy także wyjątkowo zwinne ugaszenie tego pożaru - z jednej strony repetycją piana, z drugiej studzącym emocje smyczkiem.

 


Hypersurface  Hypersurface (Self-released, CD 2022)

Bez zbędnej zwłoki lądujemy w południowym Brooklynie (Surplus Warehouse), by posłuchać efektów improwizacji trzech muzyków, którzy debiutują na łamach Trybuny. Są to: Drew Wesely – gitara i obiekty, Lester St. Louis – wiolonczela oraz Carlo Costa – perkusjonalia. Debiutanckie dzieło tria o nazwie własnej powstało latem 2019 roku, składa się z pięciu części i trwa 43 minuty z sekundami.

Pierwsze trzy improwizacje trwają po kilka minut i zdają się być udanym wprowadzeniem do części głównej albumu, czwartej, prawie 20-minutowej opowieści. Muzycy budują swoje narracje z dużą pieczołowitością, dbając o niuanse brzmieniowe i wchodząc w sprytne interakcje. Improwizacje gitary mają tu wiele twarzy, często kreują ją pick-upowe preparacje, a także duża skłonność do niebanalnych pomysłów dramaturgicznych. Ciekawie pracuje też wiolonczela, która w wielu momentach buduje delikatne, ale zabrudzone drony, tworzące intrygujący suspens. Z kolei perkusista stawia na zdobienia i frazy preparowane, jedynie od czasu do czasu sięgając po zagrywki bardziej drummingowe. Pierwszą opowieść tworzą też źdźbła hałasu, plamy rezonansu i pokrętna, incydentalna dynamika. W drugiej części intensywność przekazu rośnie, a wiele fraz nabiera post-industrialnego posmaku. Muzycy dobrze też na siebie reagują, zadając pytania i otrzymując bystre odpowiedzi. Z kolei w następnym epizodzie improwizacja przybiera chwilami postać elektroakustycznego ambientu, który nawarstwia się do poziomu zgrzytliwego hałasu, a potem rozpływa szerokim korytem post-psychodelii.

Kluczowa, czwarta opowieść zaczyna się delikatnie frazującą gitarą, smolistym brzmieniem cello i perkusyjnymi zaczepkami. Narracja dość długo szuka ścieżki rozwoju, bywa, że po rockowemu zagęszcza się, tudzież rozwidla post-jazzowymi grepsami. W połowie improwizacji opowieść topi się w rezonansie, a potem przechodzi do fazy coraz intensywniejszych, mechanicznych wręcz preparacji. Jakość narracji rośnie w imponującym tempie - kanciaste frazy, zadziorne reakcje i rosnąca chmura rezonansu. Najlepszy moment nagrania, to owa żmudna, ale konsekwentna wspinaczka na dramaturgiczny szczyt. Album kończy niespełna trzyminutowa dogrywka. Wiolonczela rysuje tu smukłą bazę rytmiczną, perkusjonalia udanie ją wspierają, a post-jazzowe pętle gitary sprytnie wiodą improwizację do szczęśliwego zakończenia.

 


The Gilgamanians  Escape from Dark Matter (Pink Palace, CD 2022)

Czas na duet dość niezwykły: z jednej strony świetnie nam znany chicagowski perkusista o korzeniach asyryjskich, Michael Zerang (preparowane instrumenty perkusyjne), z drugiej - Don Meckley, który obsługuje urządzenie zwane Grundig Satellit International 650 Radio, innymi słowy – w czasie rzeczywistym nagrania ściąga fale radiowe nie tyle z całej Ziemi, co z całego kosmosu! Wszystkie dźwięki zarejestrowano w Experimental Sound Studio, w Chicago (czas akcji nieznany). Całość tego zaskakującego albumu ułożono w pięć części (za każdą z nich kryje się jakaś tajemnicza opowieść; opisy dostępne na bandcampie), które trwają około 36 minut.

Opowieść Michaela i Dona, mimo, iż pozornie składa się z dość prostych elementów, brzmi niczym konglomerat elektroakustycznych, post-elektronicznych i permanentnie preparowanych dźwięków. Bywa ona momentami mało przyswajalna fonicznie, hałaśliwa i czerstwa niczym ubiegłoroczny chleb, z drugiej jednak strony, intrygująca, tajemnicza i przykuwająca uwagę niemal od pierwszej do ostatniej minuty. To rodzaj post-akustycznego challange’u dla wprawionych w walce z utarczywą fonią!

Od początku nagrania towarzyszy nam echo głuchej przestrzeni, którą w uproszczeniu moglibyśmy nazwać kosmosem. Szumią radiowe fale (tego akurat jesteśmy pewni), a na werblu rodzą się mocno zniekształcone fonie, które początkowo brzmią wręcz syntetycznie, po czasie wszakże da się je śmiało zakwalifikować jako dźwięki akustyczne. W drugiej odsłonie ów melanż kosmicznych fonii zdaje się nabierać bardziej rytmicznych kształtów, a towarzyszą mu całe plejady tartych, obcieranych i bezlitośnie szarpanych dźwięków. Potencjometr hałasu w efekcie tej sekwencji zdarzeń przyjmuje rosnące wartości. W kolejnej części rośnie natomiast udział żywych, w pełni perkusjonalnych fraz, a radio sound zaczyna jednostajnie pulsować, niczym zmutowany metronom. Czwarta część przynosi kolejne foniczne zaskoczenia. Mamy wrażenie, że słyszymy syntezator modularny, a dźwięki radia i perkusjonalii zaczynają brzmieć niemal identycznie, równie tajemniczo i złowieszczo. Całość na zakończenie uroczo tapla się w ambiencie o nieznanym składzie. Piąta część kontynuuje grę w niespodzianki - znów sporo tu syntetycznych fraz, no i kolejna śmiertelna porcja preparacji na werblu. Jego rozgrzana do czerwoności glazura piszczy niczym zarzynane kocięta. Ostatnia prosta tego fonicznego capstrzyku kąsa zaskakującą dynamiką.

 


Ricardo Tejero/ Colin Webster/ Marco Serrato/ Borja Díaz  Matadero (Sentencia Records, DL 2021)

Zapowiadany na wstępie set nowości z andaluzyjskiego labelu zaczynamy od koncertu, jaki miał miejsce późną wiosną roku 2016 na … północy Półwyspu Iberyjskiego, w Kraju Basków (Matadero de Azkoitia, Guipuzkoa). Na scenie nasi świetni znajomi: Ricardo Tejero i Colin Webster – saksofony altowe, Marco Serrato – gitara basowa (credits wspomina o bajo, to po hiszpańsku dół) oraz Borja Diaz – perkusja. Muzycy grają ponad 36-minutową improwizację, która na potrzeby albumu została podzielona na dwie części.

Od pierwszego dźwięku mamy wrażenie, że znaleźliśmy się w samych sercu garażowego, punkowego koncertu grupy, która świetnie panuje nad swoim warsztatem, doskonale improwizuje, ale też wiele z ich efektownych pasaży możemy się jedynie domyślać. Brzmienie całości w formie monofonicznego strumienia hałasu nie pozwala bowiem na pełną percepcję nagrania, zwłaszcza w momentach, gdy kwartet mocą free jazzowej konwulsji wręcz unosi się nad ziemią. Najpierw dostajemy gęste wprowadzenie drum’n’bass, podczas którego basówka od razu zawłaszcza sobie przestrzeń i zaczyna rządzić po swojemu! Dwa bystre saksofony altowe nie oddają jednak pola bez walki. Ruszają do boju ze śpiewem na ustach i krzykiem w rozgrzanych serduchach! Swąd trupiego odoru zdaje się unosić nad klubową podłogą, rockowe przełomy basu budują dodatkowe napięcie, a krwiste saksofony idą w tango bez cienia zawahania.

Po pierwszej dziesiątce minut muzycy nieznacznie zdejmują nogę z gazu i otwierają fazę koncertu, która stawia na drobiazgi, a nawet brzmieniowe niuanse, mimo ograniczeń wynikających z fatalnej akustyki. Post-colemanowskie alty pozostają w fazie roztańczenia, bas buduje zaś indywidualną ekspozycję – pracuje przesterami, plamami dźwięków, efektownymi figurami stylistycznymi. Narracja dzieli się na duety, tria, snuje ambientowe plamy, posuwiste drony, strugi zmysłowych preparacji (z każdej strony!) i czyni wszystko to, co może podpowiedzieć wyobraźnia artystów, którzy szykują się do kolejnego skoku w ognistą czeluść improwizacji hard-free-punk-jazzy! Koncert zdaje się mieć swoją najlepszą fazę, prowadzoną w stabilnym tempie, szczególnie eksponującą popisy obu saksofonistów. W drugiej części albumu, będącej dramaturgicznym ciągiem dalszym, muzycy wciąż dzielą się na podgrupy (oba alty mają tu kilka sekund tylko dla siebie), ale narracja stoi na rozdrożu. Improwizacja jest gęsta, poszatkowana, nerwowa. Owo kłębowisko myśli i emocji pcha muzyków w niemal dubowe przestrzenie, co jest bez wątpienia zasługą świetnie frazującego basisty. Alciści pieją do księżyca, a nam pozostaje jedynie pytać, który z nich robi to piękniej. Ostatnia prosta tego ognistego spektaklu wiedzie pod górę, ale pełna jest fajerwerków.

 


Sputnik Trio  Time Hunt (Sentencia Records, CD 2022)

Druga andaluzyjska nowość powstała już zdecydowanie w rodzimych landach, w Sevilli (La Mina Estudios, luty 2020r.), a dźwiękami wypełniają ją niemal ci sami muzycy: Ricardo Tejero – saksofon altowy, Marco Serrato – tym razem kontrabas oraz Borja Díaz – perkusja. Na bodaj już piątym albumie tria o nazwie własnej znajdujemy pięć … kompozycji (!), których odsłuch zajmuje 35 minut i kilkanaście sekund.

O muzykach, którzy tworzą sputnikowe trio pisaliśmy na tych łamach niejednokrotnie. Każdy z nich ma dalece awangardowe, freejazzowe portfolio, ale w kontekście najnowszej płyty podjęta została kolektywna decyzja, iż grany będzie jazz! Muzyka, która swinguje, syci się zgrabnymi, melodyjnymi tematami i tylko incydentalnie zahacza o ekspresję godną free and fire music. Efekt owej decyzji zdaje się być całkiem interesujący, jakkolwiek fani bardziej gorących i skrzących się emocjami improwizacji mogą poczuć się delikatnie zawiedzeni. Ale dla tych ostatnich mamy album omówiony powyżej.

Pierwsza kompozycja ma zgrabną formułę dramaturgiczną, albowiem zaczyna ją i kończy dynamiczny drumming niemal na samych talerzach. To melodyjny, odrobinę post-aylerowski temat wzniecający kolektywną opowieść pozbawioną akcentów solowych, z altem, który kroczy drogą miewającą ciekawie wzniesienia. W drugim utworze odnotowujemy piękne intro zabrudzonym, kontrabasowym smyczkiem i narrację, która bystrze tupie nogą i podśpiewuje pod nosem, incydentalnie przybierając nieco smutniejsze oblicze. W trzeciej opowieści sekcja rytmu swinguje aż miło, a całość tonie w mrocznych, zadymionych katakumbach czarnego, nowojorskiego jazzu. Na jej zakończenie muzycy efektownie gubią trop zdobiąc narrację większą dawką swobodnych improwizacji i brzmieniowego brudu. Czwarta część kontynuuje zbiór melodyjnych, żwawych tematów, ale sam flow zdaje się być nerwowy, poszarpany, skory do niekonwencjonalnych rozwiązań. Ciągnie go masywny kontrabas, a w roli gawędziarza znów dobrze sprawdza się rozśpiewany saksofon. Płytę kończy spokojna, prowadzona w umiarkowanym tempie, niekiedy wręcz cool-jazzowa narracja, która udanie eksponuje walory saksofonisty. Ten parska, szczeka jak pies, ale nie traci przy tym intrygującej melodyki.

 


Ignacy Wiśniewski/ Mikołaj Trzaska/ Olo Walicki/ Michał Bryndal/ Marcin Januszkiewicz  Duos (Hevhetia, CD 2021)

Sięgamy po nagranie z krajowego podwórka. Jazzowy pianista i kompozytor Ignacy Jan Wiśniewski zaprosił na swoją pierwszą w pełni improwizowaną płytę kilku kolegów i stworzył z nimi bystry zestaw duetów, które chwilami stawały się … składami trzyosobowymi.  A goście są następujący: Mikołaj Trzaska – saksofon, Marcin Januszkiewicz – głos, Olo Walicki – kontrabas oraz Michał Bryndal - perkusja. Nagrania powstały w roku 2020, w studiu gdańskiej Akademii Muzycznej. Dziesięć improwizacji trwa tu 58 i pół minuty.

Zaczynamy balladowym, post-jazzowym duetem piana i kontrabasu, do których dość szybko podłącza się mruczący głos, snujący zmysłowe wokalizy w estetyce Uli Dudziak. Pod koniec trzeciej minuty płynnie wchodzimy w duet piana i perkusji. Czupurna, minimalistyczna opowieść z czasem nabiera taneczności. Druga część w całości należy do saksofonu i piana. Rzewny, post-semicki flow Trzaski napotyka na różne reakcje pianisty. Ten drugi raz kąsa post-klasycyzmem, innym razem sięga po filigranowe frazy inside piano. Z kolei część trzecia, budowana przez wokal i piano syci cały album niebanalną porcją emocji. Znów post-dudziakowe wokalizy i cała armia czarnych klawiszy, kreująca ciekawy suspens. Czwarta opowieść składa się aż z trzech podczęści. Najpierw to duet piana z saksofonem, do którego doklejony zostaje duet piana z perkusją, a na koniec pojawia się trzeci duet i …. znów kilka ciepłych słów należy się wokaliście, który jednocześnie śmieje się i płacze.

Piąta improwizacja, to miniatura piana i kontrabasu. Kolejna, to ten sam duet, ale wiedziony dalece bardziej stromym zboczem. Po kilku pętlach udanie przepoczwarza się on w trio z dodatkowym saksofonem, a potem w duet z wokalistą. Siódemka, to znów miniatura basu i piana, tu wystudzona do formuły ballady. Z kolei część ósma, to sytuacja na tym albumie wyjątkowa – zaczyna saksofon i perkusja! Piano dobiega z komentarzem w połowie drugiej minuty, ale narracja gaśnie dość niespodziewanie. W przedostatniej improwizacji wracamy do piana i głosu – garść ciekawych preparacji i fraz inside piano. O tak, ten duet zdecydowanie stawiamy na czele całego zestawu! Na zakończenie czeka nas rozbudowane intro pianisty, pod które podłącza się perkusista. Ten drugi szklistym rezonansem z talerza kończy prawie godziną, improwizowaną opowieść. Zachęcamy do ciągu dalszego!

 


Eric Dubois Quartet Self-titled (Circum-Disc, CD 2022)

Na finał dzisiejszego zbioru opowieści, często osadzonych w jazzowych i post-jazzowych sytuacjach, dodatkowa porcja tegoż jazzu, tu w wydaniu main-streamowym, a nawet chill-outowym! Francuska muzyka jazzu środka zrealizowana została przez kwartet pod wodzą gitarzysty i kompozytora Érica Duboisa. Towarzyszą mu: Benoit Baud na saksofonach, Mathieu Millet na kontrabasie oraz Éric Navet na perkusji i wibrafonie. Nagrania zarejestrowano w okolicznościach studyjnych w marcu 2021 roku, zapewne we Francji. Odsłuch dziewięciu kompozycji lidera zajmie nam trzy kwadranse i parędziesiąt sekund.

Skoro jazz środka, to i jego konstrukcja dramaturgiczna w każdym przypadku zdaje się być wyjątkowo typowa. Zgrabnie podany temat, na ogół przez gitarę i saksofon, którego w kilku nieco przesłodzonych momentach zastępuje wibrafon, potem maksymalnie dwie ekspozycje solowe (najczęściej z udziałem gitary i saksofonu), wreszcie zwarta, na ogół nieprzegadana koda, która reasumuje nagranie. Recenzentowi przywykłemu do okoliczności bardziej ognistych i mniej przewidywalnych zachowań narracyjnych, trudno silić się tu na komplementy, ale na kilka fragmentów płyty warto zwrócić uwagę.

Drugi utwór otwiera kontrabas i wibrafon, ale temat podany jest przez saksofon i gitarę. Fazę improwizacji zdobi niemal rockowa ekspozycja gitary i bystre solo kontrabasu, a narracja w sytuacji bardziej dynamicznej ciekawie nawiązuje do jazzu nowojorskiego downtown z lat 90. ubiegłego stulecia, choćby formacji Lost Tribe. Podobne skojarzenia rodzą się w trakcie piątej części. Gitara otwiera tu w estetyce fussion jazzowej, temat podany jest kolektywnie, a utwór wieńczy solowa, nieco wystudzona ekspozycja lidera. Z kolej utwór siódmy, która stawia na dynamikę, rozpoczyna perkusja i kontrabas. Rockowa gitara daje tu sygnał do bardziej ekspresyjnych kreacji, a saksofonista serwuje najlepsze solo na całym albumie, które incydentalnie kipi freejazzowymi emocjami. Tenże saksofon udanie prezentuje się także na zakończenie części ósmej.