Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Franz Hautzinger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Franz Hautzinger. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2025

Circum-Disc & Tour de Bras walk in line: Torche! Tom Jacques & Eunsil Noh!


Francuskie wydawnictwo Circum-Disc często kooperuje z Tour De Bras - pokrewną inicjatywą z kanadyjskiego Quebecu. Datowane na rok 2025 albumy, które za moment odczytamy/ odsłuchamy także zostały wyprodukowane wspólnie przez Petera Orinsa i Érica Normanda.

Na obu krążkach znajdujemy moc wyśmienitej muzyki improwizowanej (to norma w tym wypadku), zaś na liście płac w przeważającej części francuskojęzycznych Kanadyjczyków, ale również Koreankę, Francuza i Austriaka. Najpierw pochylimy się nad kwintetem, który śmiało zasługuje na miano impro-supergrupy, potem nad tajemniczym duetem kanadyjsko-koreańskim.



 

Torche! 8 notions de detente (CD 2025)

La Coop Paradis, Rimouski, Quebec, kwiecień 2023: Xavier Charles – klarnet, Michel F Côté – instrumenty perkusyjne, sample, syntezator, Franz Hautzinger – amplifikowana trąbka, Philippe Lauzier – klarnet basowy, saksofon altowy oraz Éric Normand – bas elektryczny, obiekty, głośniki. Osiem improwizacji, 40 minut.

Dwie znamienite postaci europejskiej, eksperymentalnej muzyki improwizowanej, mistrzowie technik rozszerzonych i innych szaleństw, jakie dokonywać można z instrumentami dętymi oraz trójka nie mniej zacnych reprezentantów francuskojęzycznej Kanady – skład personalny kwintetu Torche! obiecuje wiele i nie sprawia zawodu.

Zgodnie z tytułem na płycie odnajdujemy osiem zgrabnie uformowanych improwizacji, których celem jest relaksacja (dosłownie tłumacząc z obcego na nasze). Nie wiemy, co muzycy ustalili przed wejściem na scenę, ale z pewności byli zgodni co do tego, iż ekspersja ich wypowiedzi pozostanie pod pełną kontrolą, a idea redukcjonizmu (choć nie minimalizmu) stanie się konstytucją całego nagrania. Być może nic nie musieli ustalać, by etykieta abstrakcyjnej kameralistyki przylgnęła do nich w sposób całkowicie naturalny.

Dęte pomruki, szmer przedmiotów przesuwanych po werblu, drżące struny basu, oniryczne plamy syntezatora i delikatna aura szemrzącej elektroakustyki, to elementy składowe improwizacji otwarcia. Narracja jest skupiona, odrobinę ociężała, toczy się w tempie marsza pogrzebowego. W dętych tubach roi się od pokancerowanych fraz, po ich dnie snują się zdeformowane melodie, napędzane wystudzonym half-drummingiem. W drugiej odsłonie emocje jeszcze bardziej stygną, gdy oniryczna, ambientowa flauta podpływa pod krótkie, dęte wydechy i bardziej rozbudowane w czasie i przestrzeni strugi syntetyki. Opowieść nabiera tu pewnej leniwej płynności, a potem nawet intensywności, dzięki pulsującym frazom niektórych instrumentów. W kolejnych częściach albumu pojawia się także zjawisko rytmu, nienachalnego, czasami schowanego za kotarą preparowanych, cedzonych przez zęby fraz. Poza instrumentami perkusyjnymi ową rytmiczność generują także powtarzane frazy, które w niektórych momentach stają się udziałem większości muzyków. W tej magmie zastygającej lawy wszystko zazębia się, jak w starym zegarze ściennym z kukułką. W czwartej części z rytuału zaniechania muzycy lepią upiorną kołysankę, która z czasem nabiera intrygującej masy i uformowana w crescendo stanowi rodzaj dramaturgicznego wzniesienia. Po osiągnięciu punktu przegięcia, całość spazmatycznie kona w rezonującej ciszy.

W piątej opowieści króluje konstruktywny minimalizm. Oszczędność środków nie przeszkadza muzykom wpaść w koleiny rytmu. Ten zdaje się być odrobinę pokraczny, stymulowany dętymi igraszkami w podgrupach. W kolejnej odsłonie artyści zadają krótkie pytania i udzielają rozbudowanych odpowiedzi. Deformowane kreatywnością call and response buduje ciekawą dramaturgię, wspieraną rytmicznym uderzaniem i basowymi post-melodiami. Po czasie całość przepoczwarza się w strugę szorstkiego ambientu. Przedostatnia historia rodzi się w dętych tubach, które cedzą melodyjne pół drony, mając w tle szmery i basowe smugi. Aurę całości uzupełniają trębackie i klarnetowe westchnienia. Finałowa improwizacja toczy się wedle marszowego kroku wyznaczanego zredukowanymi frazami perkusji, przypomina kroczącą stonogę. Nie brakuje w niej klarnetowych mikro melodii i trębackich przedechów. Miast nostalgicznego pożegnania muzycy fundują nam zaskakujące spiętrzenie, które na tle całego, leniwego albumu zdaje się być prawdziwym wybuchem ekspresji.




Tom Jacques & Eunsil Noh Oh! Pebbles (CD 2025)

Studio nagraniowe, Korea Płd., czas nieznany: Eunsil Noh – harmonium, głos oraz Tom Jacques – obiekty. Trzy utwory, 41 minut.

Oto album szczególny. Tworzony prostym środkami – akustycznymi obiektami, harmonium i głosem, ale nasycony tajemniczą, dalekowschodnią aurą permanentnej medytacji. Z jednej strony filigranowy, delikatny, wręcz minimalistyczny, z drugiej pełen dźwiękowych zdarzeń, które budują zaskakującą dramaturgię.

Na płycie odnajdujemy trzy starannie skonstruowane narracje, które rodzą się niemal w ciszy, tamże kończą swój żywot, ale na etapie rozwinięcia dostarczają moc wielokolorowych wrażeń. Początek pierwszej z nich tworzą pojedyncze, akustyczne frazy, niczym teatralna gra cieni, podczas której wskazanie źródła danego dźwięku wydaje się z góry skazane na porażkę. Wprawione w ruch, drgające obiekty są tu w stanie kreować linearną opowieść, która nabiera niespodziewanego rytmu. Na tak przygotowany grunt trafia mrucząca wokaliza, a w ostateczności medytujące harmonium. Dramaturgię drugiej części tworzą przedmioty, które zaczynają rytmicznie chrobotać. Głos i harmonium wchodzą do leniwej akcji po niedługiej chwili. Instrument stoi w miejscu i stawia słup fonii, głos zdaje się medytować z większą intensywnością niż poprzednio, a jakieś nieznany obiekt prowadzi dodatkową, separatywną akcję. Każdy z elementów tej układanki pracuje w swoim tempie, dzięki czemu całość zyskuje blask, jakiego nie spodziewalibyśmy się biorąc pod uwagę atrybuty każdego z nich z osobna. Poziom intensywności osiągnięty po kilku minutach także wydaje się zaskakujący. Całość brzmi jak wielka orkiestra. Trzecia historia dostarcza więcej mroku, a także dźwięki, których do tej pory nie słyszeliśmy – piszczące i skomlące półśpiewy. Wokalna mantra powraca i w dogasającym strumieniu szumów buduje pieśń pożegnania.



 

wtorek, 17 września 2024

Frédéric Blondy in two Relative Pitch’ drones!


Francuski pianista Frédéric Blondy nie często bywa gościem mediów skoncentrowanych na muzyce improwizowanej. To artysta na tyle wszechstronny, zorientowany ponadgatunkowo, iż poszukiwanie go w jakiejkolwiek szufladzie stylistycznej wydaje się być z góry skazane na niepowodzenie.

Szczęśliwie nowojorski The Relative Pitch Records letnim czasem dostarczył nam aż dwa nowe albumy z udziałem rzeczonego artysty, dla których improwizacja jest główną metodą pracy. Jeden z nich, to Onceim - orkiestra nowych kreacji, eksperymentów i improwizacji, której Blondy jest szefem (dyrektorem artystycznym), drugi album, to ekspozycja pracującego wspólnie od lat kwintetu Hubbub, którego jedną piąta potencjału stanowi osobowość artystyczna pianisty.

Co niezmiernie intrygujące, obie formacje mają pod względem estetycznym wiele ze sobą wspólnego. Prowadzą żmudne, skupione, równie post-kameralne, jako i post-eksperymentalne improwizacje, które tylko od czasu do czas popadają w spazm nadekspresji. Rozbudowana, ponad 30-osobowa orkiestra potrafi być niebywale subtelna, z kolei kwintet w stadium rozbłysku bywa efektowny, niczym wielka orkiestra symfoniczna. Oba albumy łączy jeszcze jedna cecha – są doprawdy wyśmienite i już teraz - z niemal stuprocentową pewnością - trafiają na naszą coroczną listę best-off.



 

Onceim

Trzynaście instrumentów strunowych (w tym dwie gitary), trzynaście instrumentów dętych, fortepian, akordeon, trzy zestawy perkusyjne i dwa wyposażone w elektronikę, wreszcie osoba dyrektora artystycznego, który jedynie czuwa na całością wykonu, albowiem nic nie wskazuje, by pełnił rolę instrumentalisty lub dyrygenta. Oto Onceim w pełnej krasie, którego moc rażenia wydaje się przeogromna. Album zawiera trzy utwory – ten pierwszy trwa prawie pięćdziesiąt minut, dwa kolejne to już krótsze formy. Nagrania pochodzą z lat 2018-2020, czyli swoje odczekały, by ujawnić światu swe niewątpliwe powaby.

Otwarcie lepi się z fonii, którym nie sposób w każdym przypadku nadać miano instrumentalnych – plejada szmerów i szumów, pojedyncze szarpnięcia za struny, delikatnie drżące smyczki, akcenty percussions i zatrwożone, dęte wyziewy jeszcze nieuformowane w drony. Wielka machina w uśpieniu, dyszy i leniwie dygocze. Gdy flow zaczyna niewinnie narastać, zdaje się od razu eksplodować wielowarstwową urodą i zmysłową linearnością. Pięknie zgrzyta, pojękuje, ale i kąsa mikro melodiami. Nim wybije kwadrans opowieść zaczyna piąć się ku górze niesiona rytmicznymi dźwiękami gongu. Całość nabiera pewnej ptasiej ulotności, przypomina mewy w locie wnoszącym i tupot gęsich stóp, ale i grzmoty nadchodzącej letniej burzy, piąta pora roku Vivaldiego po przedawkowaniu. Po upływie dziesięciu minut orkiestra zaczyna szukać ciszy. Proces skutkuje jednak plejadą nerwowych, także elektroakustycznych incydentów i po ledwie kilku minutach opowieść formuje się w efektowne crescendo. Ale i tu w końcu artystów dopada mrok ciszy. Wzdychają, nucą strzępy melodii, kołyszą się na wietrze. Dobijają do końca w stanie niemal ceremonialnego rozmodlenia.

Druga część tego niezwykłego albumu nie trwa nawet dziesięciu minut. Dociera do nas z gęstej mgły, obleczona poranną rosą, nasycona dramaturgicznym zawahaniem. Tworzą ją oniryczne pasaże dętych, skrzypienia i szelest talerzy. Ta kołysanka ma jednak prawdziwie złowieszczy background. Buduje linearną narrację korzystając z minimalistycznych fraz kontrabasów. Dość szybko wchodzi w stan finalizacji, który zdaje się być trudnym, górskim podejściem realizowanym w trakcie szybko nadchodzącego zmierzchu. Trzecia improwizacja, choć powstała w tej samej lokalizacji, co pierwsza, brzmi inaczej, bardziej przestrzennie, operuje jeszcze szerszym spektrum dźwięku, choć jako całość wydaje się dość matowa. Instrumenty dęte preparują, perkusje pracują tuż przy podłodze, strunowce gaworzą z elektroakustyką i zgrzytają zębami. Kilkuminutowy proces narastania sprawia, iż Onceim przez moment sprawia wrażenie wielkiej, freejazzowej maszyny śmierci. Po czasie krzyki, lamenty, demoniczne westchnienia szyją niemal monumentalną, dronową ekspozycję. Po upływie dziesiątej minuty narracja zaczyna przygasać. Pozostaje jednak kłębowiskiem nerwowych akcji i równie kompulsywnych interakcji. Dopiero ostatnia prosta niesie iskierkę nadziei, post-melodyjnego uspokojenia.



 

Hubbub

Na spotkaniu kwintetowym odnajdujemy trójkę muzyków, którzy uczestniczyli w ekscesach orkiestrowych. To samo miejsce, zbliżony punkt na osi czasu. Piano, dwa saksofony, gitara i perkusja w dwóch rozbudowanych improwizacjach – ta pierwsza trwa prawie czterdzieści minut, ta druga prawie dwadzieścia.

Rezonujące, saksofonowe drony, talerze eksponowane skromnym drummingiem, drobne incydenty wprost z klawiatury piana i gryfu gitary tworzą kameralne otwarcie, pełne echa utraconych melodii i mantry niedopowiedzenia. Dość sprawnie uformowany, linearny flow zdaje się tu być czteroramiennym dronem, upstrzonym minimalistycznym, perkusyjnym stepem. Dużo dobrego w tle czyni gitara – rezonuje, pulsuje basowo. Gdy kwintet narasta na pełnym wydechu, mamy wrażenie, że znów znaleźliśmy się na koncercie Onceim. Ale tu, w małej grupie improwizatorów, zamiana w źdźbło ciszy następuje w ułamku sekundy. Narracja w dalszej fazie utworu jest nade wszystko dronowym up & down. Gitara stawia na minimalizm, ale jakże twórczy, kontrapunkty piana i perkusji stymulują emocje, dęte westchnienia koją nerwy. W połowie opowieści pojawia się śladowy rytm wprost z gitary, a flow zdaje się być bardziej intensywny. Po kilku minutach energia zdaje się jednak opuszczać muzyków. Improwizacja wchodzi w stadium onirycznej lewitacji. Nim ostatecznie skona, nabiera jeszcze krwi i efektownie pęcznieje mocą ludzkich mięśni. Na gryfie gitary pojawia się smyczek, drżą czarne klawisze piana, dęte nadymają się, a perkusja stawia nerwowe stemple.

Drugą opowieść otwiera dęty dron płynący z samego dna. Szeroko, ze szczebiotem dysz i rezonującymi tubami. W tle sączy się szum gitarowej amplifikacji i rezonują talerze. Narracja pęcznieje dzięki kolektywnym preparacjom, wydaje się być bardziej intensywna niż w pierwszej odsłonie albumu. Zgiełkliwa, prawdziwie diabelska kołysanka szuka hałasu i niemal go odnajduje. Improwizacja wchodzi teraz w fazę dramaturgicznego zawahania. Są ślady rytmu perkusji, ale nie podjęte przez resztą załogi. Drony nabierają trwogi, ale stają się dość minimalistyczne. Dygocząca, ale powolna narracja chłostana bywa perkusyjnymi blastami, które brzmią niczym grom z jasnego nieba. Po upływie kwadransa opowieść pnie się jednak ku górze. Ów kompulsywny dygot podkreślają smyczek i drżące tuby. Tracenie mocy obydwa się w bardzo nerwowej aurze. Wszystko przypomina tu agonię wielkiego zwierza w ciemnym lesie.

 

Onceim Laminaire (CD, 2024). Onceim (Orchestre de Nouvelles Créations, Expérimentations et Improvisations Musicales): Frédéric Blondy – dyrektor artystyczny, Patricia Bosshard, Prune Bécheau – skrzypce, Cyprien Busolini, Elodie Gaudet, Julia Robert – altówki, Félicie Bazelaire, Anaïs Moreau, Deborah Walker – wiolonczele, Sébastien Beliah, Benjamin Duboc, Frédéric Marty – kontrabasy, Giani Caserotto, Jean-Sébastien Mariage – gitary, Xavier Charles, Jean Dousteyssier, Jean-Brice Godet, Joris Rühl – klarnety, Pierre-Antoine Badaroux, Bertrand Denzler, Benjamin Dousteyssier, Stéphane Rives – saksofony, Louis Laurain, Franz Hautzinger – trąbki, Alexis Persigan – puzon, Jean Daufresne, Vianney Desplantes – saxhorns, Alvise Sinivia – fortepian, Pierre Cussac – akordeon, Rémi Durupt, Antonin Gerbal, Julien Loutelier – perkusje, instrumenty perkusyjne, Arnaud Rivière, Diemo Schwarz – elektronika. Nagrane w Eglise Saint-Merry, Paryż, październik 2020 (utwór 1), La Muse en Circuit, Alfortville, styczeń 2020 (2) oraz Eglise Saint-Merry, Paryż, kwiecień 2018 (3). Łącznie 75 minut.

Hubbub abb abb abb (CD, 2024). Frédéric Blondy – fortepian, Bertrand Denzler – saksofon tenorowy, Jean-Luc Guionnet – saksofon altowy, Jean-Sébastien Mariage – gitara elektryczna, Edward Perraud – percussion – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Eglise Saint-Merry, Paryż, sierpień 2019. Dwie improwizacje, 57 minut.



piątek, 26 kwietnia 2024

The Relative Pitch’ winter outfit: Cello Trio! Duthoit & Hautzinger! Space! FC Orchestra! Sikora & Alcorn!


Nowojorski The Relative Pitch Records permanentnie dba o to, by nie było nudy w naszych muzycznych odtwarzaczach. Pierwsze tygodnie nowego roku przyniosły pięć premier, wszystkie udostępnione zostały w poręcznym formacie dysku kompaktowego - niektóre z nich na okładkach mają jeszcze wygrawerowane daty 2023, z kolei oznaczenia bandcampowe każą zaliczyć wszystkie płyty już do roku 2024.

Najważniejsza wszakże jest muzyka, a tej dobrej lub bardzo dobrej w katalogu amerykańskiego labelu nigdy nie brakowało. W zestawie otrzymujemy koncert na trzy rozszalałe, improwizujące wiolonczele, francusko-austriacką parę (nie tylko na scenie), która kocha tzw. techniki rozszerzone, szwedzkie trio dalece swobodnego post-jazzu, wreszcie dwie produkcje typowo amerykańskie, nie tylko z uwagi na narodowość ich twórców, ale także dość … przewidywalny splot wydarzeń artystycznych.

Welcome!!!



 

Tomeka Reid, Isidora Edwards & Elisabeth Coudoux Reid/Edwards/Coudoux

Wiesbaden, DARA String Festival, sierpień 2021: Tomeka Reid, Isidora Edwards oraz Elisabeth Coudoux – wiolonczele. Cztery improwizacje, 62 minuty.

Trzy wiolonczele w dłoniach trzech temperamentnych wiolonczelistek z trzech różnych kontynentów i ponad godziny koncert będący nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, doposażony w niepowtarzalne brzmienie gibkich strunowców i gęste zwoje improwizacyjnych interakcji. Czegóż chcieć więcej!

Dla wygody słuchaczy spektakl podzielony został na cztery odcinki, z których ten pierwszy trwa prawie dwa kwadranse. Jego początek jest dalece minimalistyczny, klejony z drobnych fraz, preparacji, szmerów i oddechów zanurzonych w mroku oczekiwania na to, co za moment może się wydarzyć. Wiolonczelistki pracują w dużym skupieniu, skoncentrowane na brzmieniu, ukrytej melodyce i budowaniu zwinnej dramaturgii. Okazjonalnie frazują w podgrupach, raz za razem uwalniając pokłady ekspresji, ale zdaje się, że mają pod pełną kontrolą przebieg całej improwizacji. Jej intensywność faluje niczym wzburzone morze. Artystki frazują na ogół arco, ale zdążają im się interludia kreowane w trybie pizzicato. Drugi odcinek koncertu najpierw skupia się na drobnych, preparowanych dźwiękach, potem eksploduje z siłą dotychczas niespotykaną. Po osiągnięciu szczytu opowieść opada w objęcia melodii i postępującego mroku. Trzecia część niesie ze sobą duży ładunek energii wewnętrznej, ale płynie w umiarkowanie spokojnym tempie, nasycona molową nutą, ale i na poły taneczną rytmiką. Przez krótką chwilę artystki rozmawiają ze sobą metodą call & responce, a ten epizod finalizują dalece emocjonalnym dociskaniem strun. Ostatnia odsłona zaczyna się na poziomie ciszy, lepi się z drobnych fraz, nie bez gorzkiej melodyki. Po pewnym czasie w gęstwinie mrocznych zakamarków budzą się bardziej zadziorne frazy, wzmagane uderzaniami smyczków po strunach. Finał koncertu mieni się mnóstwem wydarzeń. Zdaje się, że wiolonczelistki mają tu pomysł na kolejną godzinę koncertu.



 

Isabelle Duthoit & Franz Hautzinger Dans le Morvan

GMEA Central National de Creation Musicale d’Albi-Turn, luty 2021: Isabelle Duthoit – klarnet, głos oraz Franz Hautzinger – trąbka ćwierćtonowa. Jedenaście improwizacji, 64 minuty.

Morvan, to nazwa francuskiej miejscowości, w której pomieszkują Isabelle i Franz. Ona dysponuje głosem o nieskończonych możliwościach, jest w stanie wydać z siebie każdy dźwięk, równie skuteczna jest w wykorzystywaniu atrybutów sonorystycznych klarnetu, on, mistrz trąbki ćwierćtonowej, od lat jest synonimem najwyższej jakości w obszarze dźwięków trębackich wydawanych tzw. technikami rozszerzonymi. W życiu prywatnym są parą, na scenie muzyki improwizowanej nie występują wszakże równie często. Dziś ślą nam album wyjątkowy w obszarze brzmienia, pełen niespodzianek, dramaturgicznych wolt i … obrazów, jakie powstają w naszej wyobraźni. Być może odrobinę za długi, zwłaszcza w kontekście przyswajalności fonicznej niektórych ich popisów. Ale album definitywnie udany, permanentnie intrygujący, nawet przy wielokrotnym odsłuchu.

Ów niebywały festiwal fake sounds, gdy źródła wielu dźwięków możemy jedynie domniemywać, zaczyna się na poziomie mikro fraz i zdaje się być próbą udowodnienia, iż głos ludzki i dźwięk trąbki mogą być do siebie podobne, jak dwie krople wody. W drugiej odsłonie mamy fale ambientu, które płyną z gardła i trębackich wentyli. W trzeciej sytuacja dramaturgiczna ulega dalszemu zagęszczeniu, bo do świata fonii dołącza klarnet. Artyści chwilami sprawiają tu wrażenie, jakby egzystowali w fazie snu głębokiego i wydawali dźwięki, których istnienia nie są do koca świadomi. Wybudzają się w części piątej, gdy krzyczą, wrzeszczą i rozdzierają szaty. W szóstej spuszczają powietrze z opon, w siódmej wydają dźwięki definitywnie gastryczne (trąbka także!) oraz plejadę fonii wprost z ogrodu zoologicznego, w końcu w ósmej, dronowymi ekspozycjami starają się ściągnąć nad Morvan burzę z piorunami. Dziewiąta improwizacja trwa tu kwadrans i przynosi kolejne karkołomne akcje z obu stron. Najpierw cisza i definicja nano-dźwięku, potem kocie mruczenia i drobne plamy ekspresji oddzielone wydatnymi pauzami, wreszcie rytm oddechu i trębackich westchnień skończonych w stadium … galopu. W przedostatniej opowieści muzycy zdają się deformować każdy dźwięk, który są w stanie wydać swoim bogatym instrumentarium. Dźwięki z samego dna gardła, post-akustyczne jęki trąbki, kocie piski i metalowe rzężenia. Isabelle jest tu wygłodniałą kocicą, Franz nienasyconym niedźwiedziem na żerowisku. Emocje sięgają zenitu. Finał, to akcenty perkusyjne, energetyczne przepięcia mocy i przemożna chęć, by z tą parą szaleńców pozostać na dłużej. A jednak!



 

Space Embrace the Space

Atlantis Studio, Sztokholm, styczeń 2023: Lisa Ullén – fortepian, Elsa Bergman – kontrabas oraz Anna Lund – perkusja. Osiem improwizacji, 45 minut.

Szwedzki, swobodnie improwizowany jazz, na klasycznie zinstrumentalizowane trio, które lubi emocje free, chętnie sięga po mrok i moc czarnych klawiszy, które buduje narrację z gracją, nie siląc się na dramaturgicznie ekstrawagancje. Wszystko wydaje się tu być stworzone po to, by sprawiać czystą radość z odsłuchu. Nagranie nie odkrywa niczego szczególnego, niczego, czegośmy onegdaj nie słuchali, ale mimo to buduje napięcie i nie nudzi choćby przez moment.

Otwarcie albumu płynie wprost z czarnej strony fortepianowej klawiatury i błyszczących, perkusyjnych talerzy. Artystki potrzebują tu ledwie kilka sekund, by zewrzeć szeregi i dziarsko ruszyć we free jazzowy galop. Podobnie czynią w trzeciej improwizacji, którą bogacą dodatkowe akcje łamiące rytm i stawiające narrację w poprzek zastanym konwencjom. Piano nabiera tu posmaku post-romantycznego, perkusja zaś serwuje bystre solo. Tymczasem druga i czwarta opowieść zdają się nade wszystko koić emocje i przybierać postać zgrabnych post-ballad. Ta druga sięga także po dźwięki inside piano, choć kończy się w tempie dalece nieballadowym. Piąta improwizacja trwa tu kilkanaście minut i rości sobie pretensje do bycia tą najważniejszą. Artystki dawkują nam intensywność, potrafią frazować bardzo filigranowo, ale wszystkie swoje akcje prowadza w dalece interesującej dynamice, dzięki czemu długa improwizacja mija w mgnieniu oka. Szczególnie podobać się może środkowa, mroczna, spowolniona faza nagrania. Ostatnie trzy utwory trzymają się konwencji dynamicznej, przeplatanej balladowymi westchnieniami. Znów dużo tu mrocznych, niepowiedzianych fraz oraz nisko osadzonych, dynamicznych akcji, tętniących groove basu i piana. W finałowej części spora rola przypada kontrabasowemu smyczkowi, który niesie emocje osadzając się na zgrabnych rytmie.  Swoje dokłada aparycja inside piano.



 

Fully Celebrated Orchestra Sob Story

Czas i miejsce akcji nieznane: Jim Hobbs – saksofon altowy, kompozycje, Taylor Ho Bynum – trąbka, Ian Ayers – gitara, Luther Gray – perkusja oraz Timo Shanko – bas. Dziesięć utworów, 41 minut.

Tu szefem przedsięwzięcia jest alcista, muzyk bynajmniej nie anonimowy, a jego ważnym kolaborantem świetny trębacz, kojarzony na ogół z częstym partnerowaniem Anthony’emu Braxtonowi. Album przynosi dziesięć zgrabnych tematów, często do tańczenia i śpiewania, na ogół ciekawie rozwijanych na etapie improwizacji, szczególnie tych kolektywnych. Jako całość Sob Story jest jednak upiornie przewidywalna i odrobinę zbyt eklektyczna. Choć miejsce akcji nie jest na okładce wskazane, muzyka pachnie na kilometr Nowym Jorkiem, jest nasączona downtownowym sznytem, godnym lat 90. ubiegłego stulecia.

Pierwszy temat prowadzony jest w marszowym, żwawym tempie, zdaje się być post-romantyczny w barwie i nowojorski w ciekawym łamaniu zadanej na wstępie rytmiki. Śmiało moglibyśmy nazwać go Aylerem w stanie uśpionej kreatywności. Kolejne ekspozycje stawiają na taneczność i prostotę przekazu, a dominują w niej improwizacje prowadzone raczej w formule solowej. W czwartej części intensywnie swingujemy do niezbyt wyszukanej melodyki, ale podoba się może ekspresja gitarzysty. Po smutnej balladzie, w części szóstej dostajemy się w wir kameralistyki z soczystym smyczkiem na gryfie basu. Na etapie kolektywnych improwizacji dzieje się tu dużo dobrego. Siódma opowieść, to zabawna samba, trochę funky i dużo gęstego groove. W ósmej interesujące jest saksofonowe solo, ale sama ekspozycja swinguje bez ikry. Dwie ostatnie opowieści, to niemal piosenkowe ballady, kind of smooth Ayler, a oczekiwania recenzenta, że puenta albumu uratuje ogólny wizerunek nagrania okazują się płonne.



 

Catherine Sikora & Susan Alcorn Filament

Zurcher Gallery, maj 2022: Susan Alcorn - pedal steel guitra oraz Catherine Sikora – saksofon tenorowy. Trzy improwizacje, 64 minuty.

Album dwóch uznanych amerykańskich artystek wydaje się być przykładem typowego dla pewnych obszarów muzyki improwizowanej braku umiaru. Panie budują tu wiele ciekawych akcji, dbają o dramaturgię, ale formuła ich swobodnych improwizacji, zakres brzmieniowych możliwości, być może także ograniczone zasoby kreatywności, sprawiają, iż album po dwóch kwadransach mógłby się spokojnie skończyć. Trwa niestety ponad cztery takie interwały.

Nagranie koncertowe jest tu nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym. Początek sporo obiecuje - łączy post-jazzowy, dobrze kontrolowany flow saksofonu z ambientowymi plamami gitary. Drobne spiętrzenia free jazzowe dobrze robią dramaturgii, podobnie jak niezbyt częste dyskusje prowadzone drobnymi, urywanymi frazami. Gdy Alcorn ucieka w typowe dla swego instrumentu slajsy, melodykę w estetyce post-americana, zasoby środków Sikory, by sytuacji nadać stempel większej jakości nie są zbyt rozległe. Niestety im dalej w las, tym więcej w artystkach zadumy, balladowej powolności, a mniej ciekawych interakcji. Pod tym względem bardziej interesująca wydaje się być sama końcówka koncertu, odrobinę oniryczna, psycho-bluesowa, z intrygującymi saksofonowymi spiętrzeniami.

 

 


piątek, 12 sierpnia 2022

Éric Normand & Tour de Bras: Unbelievably Late! Grace! Attrape-mouches! Rose Drummond!


Wizyta kanadyjskiej orkiestry Le GGRIL była z pewnością jednym z najważniejszych wydarzeń tegorocznej, improwizowanej wiosny, przynajmniej z perspektywy redakcji. Wciąż żyjemy tym wspaniałym koncertem i coraz chętniej zaglądamy do … katalogu rodzimej wytwórni orkiestry, czyli Tour de Bras. Oczywiście czyniliśmy to już wcześniej, ale od pewnego majowego czwartku robimy to z jeszcze większym entuzjazmem.

Dziś zapraszamy na spotkanie z czterema tegorocznymi nowościami labelu, z których dwie mają swoją premierę dopiero we wrześniu, a dwie pozostałe są już z nami od dłuższego czasu. Na albumach znajdujemy nade wszystko szefa labelu i orkiestry, basistę Érica Normanda, ale także Jeana Derome’a, muzyka, którego nagrania śledzimy od lat i po prawdzie dekadę lub dwie temu był on jedynym dobrze rozpoznawalnym muzykiem z Québecu w naszej części świata. Na nowych płytach dostrzegamy także dane personalne innych członków Le GGRIL, zatem radość z odsłuchu towarzyszy nam nieprzerwanie. Dodajmy, iż jak do tej pory tylko jeden album jest dostępny w formacie CD, ale niewykluczone, iż pozostałe także doczekają się fizycznych nośników. Wszystkie są w każdym razie osiągalne na bandcampowej stronie wydawnictwa.

So, welcome to Free Québec!

 


Éric Normand & Franz Hautzinger  Unbelievably Late

Różne lokalizacje, okazjonalne spotkania (?) w latach 2020-2021; Franz Hautzinger – amplifikowana trąbka oraz Éric Normand – bas elektryczny i inne urządzenia (oryginalny opis francuski: motors). Sześć improwizacji, 38 minut z sekundami.

Kanadyjski basista i szwajcarski trębacz spotkali się w swoim artystycznym życiu niejednokrotnie, ale w formule duetu zdają się czynić to po raz pierwszy, innymi słowy – niewyobrażalnie późno. Album zlepiony jest z wielu fragmentów, charakteryzuje się pewną covidową enigmatycznością (po prawdzie nie wiemy, czy muzycy nagrywali te dźwięki niezalenie od siebie, czy jednak face to face). Efekt w każdym razie cieszy ucho, skrzy się mnóstwem bystrych, preparowanych fraz, nie stroni od pick-up’owych, tudzież post-industrialnych dekonstrukcji. Improwizacja nieoczywista, tajemnicza, incydentalnie odrobinę challangowa, ale tylko dla mniej wprawionych słuchaczy.

Na starcie słyszymy pasmo basowego ambientu i szorstkie westchnienia trąbki na delikatnym pogłosie. Basista podrzuca nam mnóstwo ciekawostek, trębacz stawia raczej na sprawdzone patenty. W kolejnej narracji muzycy nie zmieniają metod pracy, ale intrygująco zbliżają się do okolic ciszy. Mamy garść mikro sprzężeń, leniwe drony trąbki. Owa niedynamiczna wymiana poglądów z czasem nabiera pewnej meta intensywności, szumi niczym zeschłe powietrze znad oceanu. Pojawia się nawet enigmatyczna linia melodyczna, smutna, jakby żałobna. W trzeciej opowieści muzycy podsyłają nam jeszcze więcej preparowanych subtelności – szumią, zgrzytają zębami, szeleszczą, z trudem łapią oddech. Przez moment mamy wrażenie, że przesypują piasek w klepsydrze. Być może na gryfie basu pojawia się smyczek. Trębacz buduje z małych elementów, ale zdaje się być bardziej ekspansywny od partnera. Ciągnie akcję ku górze, podczas gdy basista stawia na repetycje, a potem akcenty post-perkusyjne.

W czwartej improwizacji, mimo natłoku tajemniczych i nie do końca rozpoznawalnych fraz, słyszymy wreszcie typowy dźwięk strun basowych. Trąbka tymczasem szumi i czeka na przebieg zdarzeń. Opowieść nabiera delikatnych, post-industrialnych barw – bas dudni, blaszak rysuje filigranowe bohomazy. Kolejna historia ma tempo pogrzebowe, mimo, iż bas sugeruje drobną linię melodyczną. Trąbka śpiewa półgębkiem, szumi i pachnie wczorajszym jazzem. Całość przypomina znudzony poranek na francuskiej rivierze. Z kolei narracja końcowa zdaje się być repryzą pierwszej improwizacji. Pasaże ambientu, prychania i skwierczenia trębackich wentyli. Prąd basu miesza się tu z wiatrem trąbki, w oczekiwaniu na ciszę zakończenia.

 


Lori Freedman & Guylaine Cosseron  Grace

Okoliczności koncertowe, czasy pandemiczne, francuski Le Havre; Lori Freedman – klarnety oraz Guylaine Cosseron – głos. Osiem improwizacji, 40 i pół minuty.

Doprawdy niesamowity jest ów koncert, wedle słów wydawcy poczyniony dla publiczności … trzyosobowej. Temperamentni artyści, pełni brawury, świetnie ze sobą skomunikowani tkają narrację zarówno z drobiazgów, jak i grubo ciosanych kamieni. Ich improwizacja często jest imitacyjna, zawsze niebywale spójna, jakby płynęła wyłącznie z jednego ośrodka dowodzenia. Ekspresyjny głos kobiecy i równie szalony klarnet. Wstyd byłoby ten album przegapić!

No, a ten głos! Rzęzi, jęczy, burczy, prycha i syczy, zdaje się być równie wulgarny, jak czuły, na pewno zawadiacki i z szelmowskim uśmiechem od ucha do ucha! Preparowane frazy klarnetu pasują do niego niemal idealnie. Narracja pozornie głośna, ale za moment cicha, zadziorna, ale jakby cierpiętnicza. Na finał pieśni otwarcia brzmi niczym dwa upalone klarnety w locie opadającym. Zaraz potem oddechy wykrztuśne i kocie mruczenie. Zalotny klarnet wpada w taniec węża i oplata ofiarę. W trzeciej części wokalistka odmienia zet z kropką przez francuskie przypadki. Preparowane ćwierć dźwięki klarnetu komentują, a ekspresja całości lewituje. Złowrogie, poranne modlitwy i klarnetowe śpiewy wieczorową porą. I jeszcze ptasie imitacje, poprzedzone krzykami, gwizdami i prychaniami. Usta i klarnetowy ustnik, its the name of the game!

Piąta narracja, to plejada odgłosów fizjologicznych! Bezczelny beat box toczy tu boje z subtelnymi preparacjami. Szósta improwizacja stawia na drobiazgi i wydaje się być budowana niezwykle cierpliwie, jak na kanony tego albumu. Krótkie i długie frazy, leśne nawoływania i zwierzęce imitacje. W części siódmej same literówki. Wokalistka wspina się na szczyt swoich niebotycznych możliwości – rzęzi jak gruźliczka, wibruje niczym stado wysterydowanych mew. Klarnet zanosi się śmiechem, droczy jak sroczka. Imitacje, podskoki, konfabulacje – wszystko zdaje się tu być pokomplikowane niczym polskie znaki diakrytyczne. Gramatyka wszakże zwycięża, muzyka także! W tubie klarnetu wrze, a struny głosowe kreują miłosne alianse. Na zakończenie zgrzyty i chrobotanie. Gardło i tuba klarnetu preparują frazę za frazą. Wysokie, kocie loty, chwila separatywnych fraz i finałowy powrót do jednego strumienia emocji. Big moment!

 


Dionée  Attrape-mouches

Miejsce powstania nagrania nieznane, wiemy jedynie kiedy - od maja do października 2021 roku; Clarisse Bériault – obój, bas akustyczny i elektronika, Robin Servant – akordeon i elektronika oraz Éric Normand – bas elektryczny i elektronika. Siedem improwizacji, około 40 minut.

Na nagraniu zatytułowanym Lep na muchy napotykamy na samo serce orkiestry Le GGRiL – obój, akordeon i mięsisty bas z niemałym prądem. Artyści proponują nam tu gęste, jakże swobodne, elektroakustyczne improwizacje, którym czasami naprawdę blisko do najlepszych wzorców gatunku (choćby wtedy, gdy frazowanie oboju zbliża się do estetyki sopranu Trevor Wattsa!), bywa jednak i tak, że narracja ucieka w plątaninę kabli i zwoje syntetyki. Wszakże i tu wszystko kończy się bardzo szczęśliwie!

Gra wstępna zgodnie z regułami swobodnej improwizacji – krótkie frazy, drobne preparacje, minimalistyczny bas i zadumany akordeon. Od początku także stałe porcje fake sounds, które nie są jedynie efektem działania rozbudowanej elektroniki, jaka towarzyszy każdemu z artystów. W tle nieprzerwana plejada zniekształceń płynących z używania gitarowych przetworników. Pierwsza, rwana i jakże szarpana narracja uroczo kieruje nasze skojarzenia nawet ku epokowemu SME. Druga opowieść, budowana bardziej cierpliwie, jest mroczna i wycofana, niepozbawiona czystszych dźwięków. Improwizacja momentami prowadzona jest tu w trybie call & responce! Bas rzęzi, permanentnie fermentuje, reszta zaś załogi kwili niczym drobne ptaszęta. Trzecią opowieść kreuje dysonans. Elektroakustyczne sprzężenia i akustyczne śmieciowisko. Jakbyśmy słyszeli smyczek, jakbyśmy tonęli w obłokach gęstego szumu. Z jednej strony żywe struny basu, z drugiej mała, elektroniczna plądrofonia.

Czwarta opowieść dostarcza kolejnych niezapomnianych wrażeń. Z jednej strony dość oniryczna aura, z drugiej sporo hałaśliwych fraz, pomimo aktywnej postawy dość delikatnego oboju. Muzycy stawiają tu na dłuższe, bardziej wystudiowane narracje. W kolejnej historii część instrumentów piszczy, część szuka swej perkusjonalnej powłoki. Improwizacja powraca do rwanych, zdekonstruowanych struktur. Świetne chwile zapewnia nam obój, choć towarzysząca mu chmura elektroniki nie jest do nas przyjaźnie nastawiona. W szóstej opowieści znów dłuższe, chwilami wręcz ambientowe frazy. Trochę tajemniczych dźwięków i obój, który karze na siebie długo czekać. Bas nieustannie mąci flow, a niegłupia elektronika zaczyna się eskalować. Na drobny szczyt wspina się także akordeon. Końcowa improwizacja, to subtelne drobny i dogasające promyczki narracji. Słyszymy dźwięki kontrabasu, ale może nam się tylko wydaje, albowiem pomruk elektronarzędzi czyni krecią robotę.

 


Jean Derome  Rose Drummond

Coopérative de solidarité Paradis de Rimouski, Quebec, 22-26 czerwca 2021 roku: Jean Derome – głos, saksofon altowy, obiekty, przestarzała trąbka basowa, syntezator, automatyczna sekretarka, kompozycje, Joane Hétu – saksofon altowy, głos i obiekty, Alexandre Robichaud – trąbka, głos i obiekty, Robin Servant – akordeon, głos i obiekty, Tom Jacques – wibrafon, instrumenty perkusyjne i głos, Robert Bastien – gitara elektryczna, obiekty i głos, Éric Normand – bas elektryczny, tenorowe banjo i głos oraz Michel F Côté – perkusja, głos i efekty. Piętnaście utworów, blisko godzina zegarowa muzyki.

Na albumie stanowiącym żywy hołd dla wielkiej kanadyjskiej artystki Rose Drummond znajdujemy kolekcję gotowych i absurdalnych piosenek, które powstały w trakcie całej muzycznej kariery Jeana Derome'a. W składzie zaś oktetu kolejnych muzyków naszej ulubionej orkiestry zza wielkiej wody. Płyta jest naprawdę piosenkowa, rubaszna, trochę slapstickowa, z pewnością mogłaby stanowić soundtrack do francuskiego, nieco surrealistycznego kina, jakie znamy choćby z drugiej połowy lat 90. ubiegłego stulecia. Wszakże opowieść nie pozbawiona jest elementów, które na tych łamach szczególnie kochamy, czyli improwizacji i plejad dziwnych, zniekształconych dźwięków.

Pierwsza odsłona albumu, to leniwe frazy gitary, kabaretowy tekst recytowany po angielsku, któremu towarzyszy śpiew … po francusku i całe mnóstwo rubasznych dźwięków. Utwór dostaje operetkowy rytm na dwa i możemy śmiało ruszyć do tańca. Kolejny zdaje się być repryzą początku, tworzoną wyłącznie przy użyciu zabawek dźwiękowych. Trzecia piosenka także ma rytm, jest bogato instrumentalizowana, pachnie pokrętnym szaleństwem godnym Johna Zorna i szczyptą surrealizmu. Świetnie nabiera tempa i stymuluje emocje. Czwarta część, to walczyk budowany akordeonem i słownymi wyliczankami, zaś piąty to zabawy fonetyczne samymi głosami. W kolejnych utworach prym wiodą saksofony, wibrafon i akordeon – wszystko zaś zdobione jest tu wokalnymi popisami, niczym z konkursów piosenki autorskiej.

W ósmej części znów prym wokalu, a tło dętych jedynie w roli ornamentu. Kolejna część zdaje się być dobrze ułożoną piosenką z drive’em godnym nowojorskich the B-52’s sprzed czterdziestu lat. Ostra zabawa! W kolejnych częściach dużo akcentów percussion, pijana gitara i śpiewy przy rozlanym piwie. Nowe zabawki w akcji i dużo kabaretu na dalszym planie. Ostatnie trzy piosenki do tego tygla emocji i nadprodukcji pomysłów dramaturgicznych dodają jeszcze dużo dynamiki, mocy gitar i niemal wodewilowego rozmachu. Znów czujemy się jak w operetce, gdzie piękne kobiety tańczą widowiskowego kankana. Dla poszukujących silniejszych wrażeń kilka udanych wypadów wokalnych i saksofonowe improwizacje!  



 

wtorek, 10 maja 2022

Benjamin Duboc’ Ensemble Icosikaihenagone! The Musical and Choreographic Fiction!


Dwudziestoosobowy zespół o nazwie własnej nieprzetłumaczalnej na jakikolwiek język świata, dyrygent i kompozytor w jednej osobie, troje aktorów i duża scena teatralna. A na niej tom drugi opowieści pod tytułem Fikcja muzyczna i choreograficzna - Kreacja na Wielką Orkiestrę i Korpus Aktorski.

Francuski kontrabasista Benjamin Duboc, to muzyk wyjątkowy, o czym świadczą jego rozliczne dokonania na niwie swobodnej improwizacji, free jazzu, a także, jak się właśnie okazuje, na polu kreatywnej, po części improwizowanej muzyki współczesnej. Muzyk, który w ostatnich latach niezbyt często ujawniał światu swoje nowe dokonania, powraca z płytą niezwykłą i wartą tysiąckrotnego eksplorowania. A dla tych, którzy nie znają lub nie pamiętają muzycznych aktywności 51-letniego artysty, szczególnie sprzed mniej więcej dekady (wtedy był bodaj najaktywniejszy na scenie free impro), na zakończenie dzisiejszej opowieści krótki zestaw linków do tekstów opisujących czerstwymi metaforami Pana Redaktora muzyczne dokonania Duboca.

A teraz, bez zbędnej zwłoki, przenosimy się na deski Teatru Miejskiego we francuskim Montreuil!

 


Bez trudu odnajdujemy się na widowni. Słyszymy szmer rozmów, odgłosy otoczenia, nerwową ciszę oczekiwania. Zaczynają głosy kobiece – najpierw jeden, potem drugi recytują tekst, a w tle pierwsze oddechy wydają instrumenty dęte. Po upływie trzeciej minuty rusza muzyka – orkiestra wypuszcza z siebie ledwie jeden duży strzęp dźwięku i słucha, jak długofalowo potrafi on wybrzmiewać, rozpływać się w przestrzeni obiektu teatralnego. Pojawia się kontrabasowy dron, któremu towarzyszą dęte ornamenty. Orkiestra buduje suspens na wdechu, pełna niepokoju, wręcz trwogi. Jeszcze tylko kilka bardziej intensywnych uderzeń w klawiaturę fortepianu i pierwszy akt spektaklu tonie w gęstej ciszy. Tym razem słyszymy odgłosy przyrody, zatopione w instrumentalnym bezruchu, dającym odpowiednią przestrzeń dla budowania nowego wątku. Ósma minuta, to moment, w którym rozbudowane instrumentarium zaczyna prowadzić ze sobą leniwe small talks. Po kolejnych dwóch minutach uderzenie w wielki kocioł zdaje się oznajmiać otwarcie kolejnego rytuału dźwiękowego. Szmery, nieme gesty, oddechy, minimalistyczne piano, akordeon, szeleszczące struny, błyszczące talerze – wszystko to buduje akustyczny przednówek niemal dark ambientowej ekspozycji. Tymczasem krótką, bardzo oszczędną w słowa opowieść proponuje nam piano. Kilka silniejszych uderzeń w czarne klawisze zdaje się tu wybudzać z snu całą orkiestrę, która zaczyna lepić kolektywnie dźwiękowe crescendo. W okolicach 14 minuty owa żmudna droga na szczyt przybiera dalece uroczą i jakże intensywną postać. Obfity strumień dźwięków rozlewa się tu bardzo szerokim korytem i jeszcze nabiera mocy, w połowie 18 minuty przypominając niemalże krzyk dzikiego zwierzęcia!

Opowieść opada teraz na samo dno i przeobraża się w suche, męsko-damskie dialogi. To postrzępione fragmenty rozmów z muzykami, tu lepione w strumień niemal surrealistycznej narracji. Po kilkudziesięciu sekundach spektakl płynnie wchodzi w nowe stadium. Muzycy serwują nam kilka wątków jednocześnie. Małe frazy strunowe, wokal, jazzująca trąbka, pomruki klarnetu basowego, garść dźwięków preparowanych z kilku źródeł – wszystko to tworzy plejadę zmysłowych incydentów fonicznych, które choć separatystycznie generowane, tworzą zwartą, nerwową strukturę. Narracja stabilizuje się serią powtórzeń i przechodzi do kolejnego etapu. W 25 minucie tym, który proponuje nowy kierunek jest kontrabasowy smyczek, ryjący głęboką bruzdę w ziemi. Na jego lepkiej powierzchni osiadają dęte, krótkie frazy i wokalne inkrustacje. Emocje znów rosną, a swoje trzy grosze dokładają tu, rozstawione na przeciwległych flankach, perkusjonalia, które niespodziewanie wygaszają basowy dron. Duetowa ekspozycja nie szczędzi nam dźwięków preparowanych. Tuż po niej dostajemy strzępi fonii ze strony elektroniki, być może także gitarowych przetworników, które przypominają fale radiowe, raz za razem wyłapujące tajemnicze dźwięki z kosmosu. I to właśnie ten moment otwiera zaskakujący melanż krótkich, ciętych fraz, które wydają się być dźwiękami granymi przez orkiestrę, ale także matowymi samplami wyszukanymi w przestrzeni radiowej - wątek jazzowego, kontrabasowego drive’u, śpiewanej piosenki, kameralnego smyczka do pary z fortepianem, jazzowej orkiestry dętej, wreszcie ciekawie wyeksponowanej trąbki i głosów recytujących półsłowa. Tanecznym krokiem skaczemy po radiowej skali, mieszamy wątki i systematycznie tracimy kontakt z rzeczywistością.

Na początku 34 minuty wrzask ludzkiego głosu (brzmiący jak tuba!) przenosi nas w inny wymiar spektaklu. Jakbyśmy umęczeni daleką podrożą wrócili na teatralną scenę. A tu orkiestra żyje i gra nam dynamiczny jazz na wiele głosów! W tle moszczą się post-elektroniczne zgrzyty, które tłamszą opowieść i odbierają jej życie tuż nad podłogą. Nowa plejada dźwięków tym razem płynie wprost z wielkiej tuby i watahy nerwowych strunowców. Wszystko lepi się tu w mgławy, leniwy dron, głównie basowy. Orkiestra znów zaczyna budować crescendo! Do gry wchodzi rozhuśtany saksofon i perkusjonalia, a potem inne narzędzia drewniane, blaszane i strunowe. Narracja wydaje się być w tym momencie wyjątkowa swobodna, wypuszczona z ryzów dyrygenckiej dyscypliny. Przez moment flow prowadzą samotne perkusjonalia. Tuż przed upływem 40 minuty opowieść znów startuje z samego dna ciszy. Bas mruczy, dęte oddychają, głosy szepczą i szemrają, klawisze piana złowrogo stukają po wystudzonych młoteczkach. Nagle na scenie pojawia się rozochocona gitara, która buduje meta psychodeliczną narrację, sieje spustoszenie prądem zmiennym i wzbudza odgłosy całej orkiestry. Tak, to definitywnie ostatnia już prosta tej niebywałej historii. Tutti Grande! Finał, falujący niczym wzburzony ocean, grany jest na dużym wydechu! Urywa się nagle, za pociągnięciem producenckiego skalpela, wprost w ciszę … oczekiwania, dokładnie taką samą, jaką znamy z pierwszych sekund tego nagrania. Piękny nawias dramaturgiczny po kilkudziesięciu sekundach ostatecznie topi nas w bezwzględnej ciszy.

 

Ensemble Icosikaihenagone Volumes II - Fiction Musicale et Chorégraphique - Création pour Grand Orchestre et Corps Actants (Dark Tree Records, CD 2022). Benjamin Duboc (kompozytor i dyrygent), Émilie Aridon-Kociołek (fortepian i głos), Sébastien Beliah (kontrabas i głos), Claire Bergerault (wokal i akordeon), Christiane Bopp (puzon i głos), Patricia Bosshard (skrzypce), Cyprien Busolini (altówka), Jean-Luc Cappozzo (trąbka i głos), Guylaine Cosseron (wokal), Jean Daufresne (tuba), Amélie Grould (instrumenty perkusyjne), Franz Hautzinger (trąbka), Sylvain Kassap (klarnet i klawisze), Dorian Marcel (kontrabas), Jean-Sébastien Mariage (gitara elektryczna), Gaël Mevel (wiolonczela i głos), Mathias Naon (skrzypce), Alexis Persigan (puzon i głos), Jean-Luc Petit (klarnet kontrabasowy i sopranino), Diemo Schwarz (elektronika i głos), Thierry Waziniak (perkusja) oraz aktorzy na scenie: Valérie Blanchon, Valérie Fontaine i Giuseppe Molino. Ponadto w nagraniu wykorzystano teksty autorstwa Benoîta Spinga i Benjamina Duboca oraz fragmenty wywiadów z muzykami. Nagrano w Théâtre Municipal Berthelot - Jean Guerrin, Montreuil, Francja, w dniach 25-30 października 2021 roku. Jeden trak: 44 minuty i 52 sekundy.

 

Linki przydatne w eksploracji innych dokonań Benjamina Duboca:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/06/benjamin-duboc-powiesc-wielowatkowa-z.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/05/risser-duboc-perraud-all-about-eve-and.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/03/desprez-duboc-loutelier-sonecznik-z.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/07/daunik-lazro-francuski-acznik.html

 


czwartek, 16 września 2021

Skerebotte Fatta! Kyaness! Crunch! DWBH! Duo Libertaire! I/O! Il Sogno! The September Summary as good, as always!


Dobrej muzyki improwizowanej nigdy za dużo! Tak przynajmniej zdają się myśleć artyści i ich szaleni wydawcy (czasami, to te same osoby!). Nowe dźwięki płyną do nas wyjątkowo szerokim korytem, zatem nie pozostaje nam nic innego, jak zaprezentować comiesięczną zbiorówkę świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt!

Dziś słodka siódemeczka! Gatunkowy melting pot - garść free jazzu, dużo swobodnej improwizacji, szczypta zmyślnych reinterpretacji Monka, odrobina elektroniki, która dobrze wspiera akustyczne frazy, wreszcie duża porcja zmysłowej post-psychodelii. W gronie artystów zarówno nasi dobrzy znajomi, jak i czereda muzyków, którzy na łamach Trybuny debiutują.

Zaczynamy po polsku, bo definitywnie warto! Potem szwedzka Grecja, brytyjski konkret, dużo Francji, Portugalia, a na koniec międzynarodowe trio z Danii z ważnym akcentem polskim!

Zapraszamy na odczyt, potem odsłuch, a finalnie na zakupy! Kupujcie płyty z muzyką improwizowaną, traktujcie to, jak bardzo ważny obowiązek!

 


Skerebotte Fatta  Appaz (For Tune Records, CD 2021)

Zaczynamy od dobrze nam znanego duetu, który tworzą saksofonista Jan Małkowski oraz perkusista Dominik Mokrzewski. Muzycy swoją nową płytę nagrali pod koniec listopada 2020 w warszawskim studiu WerMik. Zamieścili na niej sześć swobodnych, free jazzowych ... kompozycji własnych, których tytuły to nazwiska ich ognistych idoli, pisane wspak. Całość trwa 39 minut z sekundami.

Duet warszawskich muzyków zdaje się być bardzo konsekwentny na swojej drodze artystycznej. Muzycy nie wywarzają bram, nie rozciągają … rozszerzonych technik wydobywania dźwięków ponad miarę zdrowego rozsądku. Grają swoją, duchową, niemal spirytualną odmianę free jazzu, która czerpie garściami z historii gatunku, ale też nadają jej własny, jakże indywidualny sznyt. Być może, to zasługa niebywałej cierpliwości w budowaniu ekspresyjnych narracji, dużej melodyjności i rytualnego, prostego, ale jakże uroczego bębnienia. Na tej swobodnej, niemal lekkiej, ale jakże ognistej płycie (fire music, to bardzo dobry trop!) muzyków stać chyba na wszystko. Także na to, by free jazzowa ekspresja nie była tu celem samym w sobie, a jedynie środkiem do osiągniecia bardziej złożonych zamierzeń dramaturgicznych.

Płytę otwiera bystra ballada, inspirowana Brötzmannem, początkowa dalece wystudzona, pod koniec kipiąca emocjami, masywnym rytmem i niebanalną melodyką. Druga historia, to pieśń dla RayD (Dickaty’ego), budowana wysoko zawieszonym saksofonem i niemal rytualnym drummingiem. Z kolei Ayler stawia na śpiewność i taneczność. Emocje buduje zmyślnie wybijany rytm i melodyjny brud rodzący się w tubie dęciaka. Kolejna inspiracja to … Zappa. Minimalistyczna, bardzo spirytualna narracja nabiera mocy nie bez udziału krótkiej, solowej ekspozycji perkusji. Muzycy skaczą tu w ogień po długich przygotowaniach i jakże uroczą płoną! Następny jest Braxton, który w wersji warszawiaków wydaje się być zaskakująco prostą narracją. Saksofon leni się przez cały utwór, perkusja dla kontrastu idzie w półgalop. Szósty Lloyd rodzi się w ciszy, a pełnego blasku nadają mu rozbrykane perkusjonalia. Saksofon po fazie kolejnego lenistwa rozpala tu ogień jakże krwistego zakończenia. Finał płyty, to popis perkusisty, który buduje filigranowy, jakże nerwowy flow godny tytułowego Benninka. Saksofon pozostający nieco w tle, na sam koniec wypuszcza całe połacie melodyjnych, tanecznych fraz wprost z sopranowej, małej tuby.

 


Oda Dyrnes & Zoe Efstathiou  Kyaness (Alkekung Records, LP 2021)

Po ognistych, męskich frazach czas na kobiece, jakże zmysłowe improwizacje, których dostarczają - grecka pianistka Zoe Efstathiou i norweska wiolonczelistka Oda Dyrnes. Nie znamy daty, ani dokładnego miejsca (prawdopodobnie Szwecja) rejestracji sześciu swobodnych improwizacji, pełnych pięknych, niemal wyłącznie preparowanych dźwięków. Wiemy natomiast, iż płyta Kyaness trwa niespełna 32 minuty.

Od początku spektaklu dłonie obu kobiet spoczywają na strunach, które drżą i produkują dźwięki, tworzące strumień gesty, kanciasty, odrobinę jednak leniwy, doposażony plejadą kobiecych, dalece niemęskich subtelności. Artystki szorują struny, układają na nich dziwne, nieznane przedmioty, lubią klimat dobrze wentylowanego zakładu szlifierskiego. Pięknie dbają o niuanse, ale wcale nie stronią od zachowań noszących znamiona dynamicznych. Ich konsekwencja i determinacja sprawiają, że permanentnie molestowane struny zaczynają śpiewać, jęczeć, głęboko oddychać i w bojaźni budować zmysłową improwizację. Choćby w trzeciej części, gdy mała zabawa w dobrze skorelowane ze sobą short-cuts przeistacza się w działania niemal mechaniczne - masywne szarpnięcia i subtelne uderzenia, testy rozciągliwości strun, a pośród nich nieco przypadkowy dźwięk fortepianowego klawisza.

Piąta improwizacja wydaje się w tym niedługim zestawie muzycznych historii kluczowa, trwa bowiem ponad dziesięć minut i składa się z trzech części, wydzielonych sekundowymi porcjami ciszy. Najpierw garść półdźwięków z piana, bardzo filigranowych, wzbogacona matowym brzmieniem szarpanych strun cello. Kolejny wątek budowany jest przez jakże kameralny suspens – cello stęka, a piano drży nie tylko preparowanymi dźwiękami. Wreszcie trzeci wątek - dwie bystre przebieżki po strunach piana i wiolonczeli, ale prowadzone w różnych tempach. Pierwszy z instrumentów pięknie tu śpiewa czystym rezonansem. Ostatnia improwizacja, niezbyt długa, rodzaj płytowego resume – skromne zabawy z echem i rezonującymi strunami, które aż gwiżdżą z zadowolenia. Zupełnie tak samo, jak recenzent!

 


Hutch Demouilpied/ Matt Hutchinson/ Sue Lynch Crunch (Empty Birdcage Records, DL 2021)

Teraz na 27 minut przeniesiemy się do londyńskiego Vortexu, by odczytać nagranie swobodnie improwizującego tria w składzie: Hutch Demouilpied – trąbka i flety, Matt Hutchinson – fortepian oraz Sue Lynch – saksofon tenorowy i klarnet. Trzy części zarejestrowane zostały w czerwcu 2019 roku, w ramach świetnie nam znanej imprezy Mopomoso (album dedykowany jest pamięci Johna Russella).

Muzycy wchodzą w swobodną improwizację z marszu, bez specjalnych przygotowań mentalnych – abstrakcyjne piano wprost z klawiatury, saksofonowe przedechy i trąbka, która brzmi niczym lamentujący głos kobiecy. Wszystko w tej improwizacji dobrze się zazębia - narracja bystrze skacze od zmysłowego chamber po ekspresję free jazzu. Dynamikę dostarcza tu na ogół pianista, ekspresję saksofonistka, a trębacz robi swoje, stojąc na stronie i zawadiacko zaczepiając przechodniów. W momentach, gdy opowieść staje się bardziej kameralna, dostajemy także drobną porcję preparowanych dźwięków. Finał pierwszej improwizacji jest dynamiczny, nie bez fajerwerków.

Na początku drugiej opowieści pojawia się flet i klarnet. Najpierw sekwencja drobnych preparacji, syczących fraz i gołe struny piana. Szczególnie dobrze dzieje się na osi flet-klarnet. Narracja pnie się na swój szczyt, po czym leniwie przygasa dając okazję dysponentom dętych instrumentów na powrót do saksofonu i trąbki. Tym razem droga nie wiedzie na szczyt, ale broczy w meandrach rzewnych pieśni post-żałobnych. Muzycy nabierają jednak mocy, czasami nawet wzajemnie na siebie pokrzykują. Mimo rosnącej ekspresji nie gubią jednak głęboko zaszytej w sercach melancholii i pewnego rodzaju dramaturgicznej zadumy. Wraz z upływem czasu improwizacja staje się coraz bardziej nerwowa, a dźwięki coraz krótsze, bardziej urywane. Pod koniec trąbka znów mówi ludzkim głosem i zabiera trio na ostatnie wzniesienie. Finał koncertu, to kilkuminutowe encore grane klawiszami piana, trąbką i saksofonem. Takie zmyślne post-jazzy-chamber, rodzaj artystycznego podsumowania, nie bez klasycyzujących fraz fortepianu. Narracja znów wybiera się na wzniesienie, ale droga doń wydaje się dość wyboista.

 


DWBH  Don’t Worry Be Happy (Intrication, CD 2021)

Pod wyżej wskazaną nazwą własną odnajdujemy świetnie nam znanego trębaczka austriackiego Franza Hautzingera, jego życiową partnerkę, francuską wokalistkę i klarnecistkę Isabelle Duthoit oraz dwóch francuskich muzyków, których spotykamy po raz pierwszy, ale … dziś nie ostatni - Pascala Brecheta na gitarze elektrycznej oraz Thierry’ego Waziniaka na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Dodajmy, iż dwaj ostatni są tu także wydawcami, w ramach nowego labelu z muzyką improwizowaną. Zamieszczona na albumie dalece swobodna improwizacja podzielona została na siedem części z tytułami i trwa łącznie 62 minuty (miejsce i czas akcji nieznane).

Płyta o jakże wesołym tytule zaczyna się z wysokiego C, wbija w fotel i naprawdę dużo obiecuje w zakresie tak zwanego ciągu dalszego! Od pierwszego dźwięku kolektywna, zwarta, gęsta narracja – trębackie preparacje, drobiazgi na gitarowych przetwornikach, bystry, lekko zawieszony drumming i głos, przypominający świergot upalonego wróbla, który po czasie zdaje się zlewać z klarnetowymi frazami, także dbającymi o poziom brzmieniowej dyfuzji. Muzycy kreują dynamikę ekspozycji, a także stymulują nasze emocje w stopniu ponadnormatywnym. Ekspresja sięga chwilami freejazzowego wzniesienia, a głos, który zdaje się mieć tu sto twarzy, w każdej chwili zdolny jest zaskoczyć i dodatkowo ubarwić tę krwistą improwizację.

Kwartet bystrych improwizatorów niestety nie jest w stanie utrzymać tak wysokiego poziomu intensywności do końca płyty. Każda z kolejnych sześciu improwizacji pełna jest intrygujących, chwilami naprawdę udanych dźwięków, ale też każda z nich wydaje się być delikatnie przegadana i po prostu zbyt długa. Dobrze nam znana teoria, iż swobodna improwizacja winna trwać nie więcej niż 40 minut, i tu znajduje swój jakże praktyczny wymiar. Niemniej warto podkreślić, iż bardzo nam się podoba to, co wyczynia Duthoit ze swym głosem (choćby część trzecia) i zadziornym klarnetem (część czwarta), walory Hautzingera są nam powszechnie znane, z kolei Waziniak dobrze dba o dramaturgię, często trzyma narrację w trybie suspended, nigdy nie proponuje nazbyt wielu dźwięków. Wreszcie Brechet, gitarzysta silnie siedzący w jazzie i fussion, być może w kilku momentach mógłby bardziej poskramiać swoją kreatywność. Reasumując – gdyby płyta zakończyła się tuż po czwartej, prawie 16-minutowej improwizacji, chwilami skrzącej się pikantnym, elektroakustycznym posmakiem, nikt by nam tym nie stracił.

 


Duo Libertaire  Hint Of Monk (Intrication, CD 2021)

Dwóch Francuzów z poprzednio omawianej płyty zostaje z nami. Thierry Waziniak (perkusja, instrumenty perkusyjne) oraz Pascal Brechet (gitara) zapraszają tym razem na bardzo swobodne … reinterpretacje utworów Theloniusa Monka. Jedenaście części, 45 minut z sekundami, miejsce i czas nagrania ponownie nieznane.

Frywolna, jazzowa gitara, która zna doskonale historię gatunku i równie swobodna perkusja, podobnie jak na poprzedniej płycie, dobrze dbająca o dramaturgię spektaklu, często bazująca na intrygującym suspensie. Muzycy płyną strumieniem monkowskich melodii, udanie je cytując lub sugerując dalece luźne z nimi skojarzenia. Bystrze łapią dynamikę i przewrotną melodykę tak charakterystyczną dla kompozycji amerykańskiego pianisty. Budują opowieść, która mogłaby być świetnym soundtrackiem do filmów noire lub starej, francuskiej Nowej Fali. Ich interpretacje Monka zdają się być pokrętnie abstrakcyjne, jak i definitywnie proste niemal w tej samej frazie. Kreują narrację, którą z całą pewnością zaliczyć winniśmy do jazzowego chill-outu, niepozbawioną jednak nerwu improwizacji, wszak to ona jest głównym narzędziem pracy obu Francuzów.

W trzecim utworze proponują swoją autorską impresję, która wydaje się być kolejnym monkowskim evergreenem. Ciekawie brzmią w piątej odsłonie, gdy talerze zaczynają rezonować, a gitara śpiewa swobodnymi flażoletami. W interpretacji jednej z najlepszych melodii Monka Trinkle Tinkle artyści stosują przewrotne metrum i świadomie uciekają od oryginalnej konstrukcji rytmicznej. W końcowych piosenkach gitarzysta koncentruje się na eksponowaniu tematu (czego na ogół nie czynił w pierwszej części płyty), perkusista zaś swawoli na całego. Ot, taki taniec wyzwolonych bikiniarzy!

 


I/O: Carlos Santos & Ulrich Mitzlaff  Studies on Colour Field Modulation (Creative Sources, CD 2021)

Czas na obiecaną Portugalię! Studio w podlizbońskim Algés - Orquestra de Câmara Portuguesa (OCP), wrzesień ubiegłego roku, a w nim dwóch muzyków: Carlos Santos – elektronika i obiekty oraz Ulrich Mitzlaff – violonczello (połączenie skrzypiec i wiolonczeli) i obiekty. Panowie improwizują w dwóch częściach, a całość trwa niewiele ponad 35 minut.

Swoją jakże błyskotliwą przygodę elektroakustyczną muzycy rozpoczynają w mgławicy szumów i szmerów. Opowieść z jednej strony pachnie niemal field recordingiem, z drugiej zaś jest zapewne efektem działań elektroniki i być może live processingu. Po niedługiej chwili domyślamy się, iż część dźwięków dociera do nas wprost z gryfu strunowca. Pojawiają się akcenty percussion i dźwięki smyczka, który ociera się o struny. Tworząca tło elektroniczna poświata zdaje się brzmieć w tym momencie nad wyraz akustycznie. Miztlaff raz za razem wrzuca do strumienia narracji nowe elementy, a praca Santosa sprawia, iż słyszymy dwa, a nawet trzy wątki narracji generowane przez instrument strunowy, pozostające na różnym etapie elektroakustycznego rozwoju. Z czasem rośnie też ilość drobnych, pure elektronicznych dźwięków. Artyści bardzo udanie zarządzają tu dramaturgią. Ich opowieść wspina się na drobne wzniesienia, czasami pogrąża się w melancholijnych dolinach, ale nigdy nie nudzi. Opowieść budują zarówno drobne, szarpane frazy pizzicato, jak i długie, barwne drony multiplikowanego arco, brzmiące niczym chłodny ambient. Na koniec mamy jeszcze samplowane ludzkie glosy i post-barokowe frazy strunowca, płynące w onirycznej aurze elektroniki.

Druga improwizacja w swej początkowej fazie wydaje się być nad wyraz filigranowa. Kreują ją smyczek, który delikatnie pociera o struny i być może także o pudło rezonansowe oraz niemal imitacyjne dźwięki elektroniki. Całość przypomina spacer po zamglonym lesie, tuż przed świtem. Po pewnym czasie frazom strunowca udaje się wydostać na powierzchnię elektronicznej narracji. Uroczo piłowane struny zaczynają swoją pieśń pożegnalną. Oto mroczna post-elektronika dobywana wprost z pajęczastego strunowca, który zdaje się mieć nieskończoną ilość macek. Na finał rzeczona elektronika lepi się w intrygujący dron, a violoncello kreśli smugi cienia.

 


Il Sogno  Graduation (Gotta Let It Out and Auand Records, CD/2LP 2021)

Na standardowej płycie kompaktowej, wedle osiągnięć współczesnej techniki, mieści się mniej więcej 79 minut i 57 sekund muzyki. Trio Il Sogno zdaje się, że pomieściło na swojej nowej płycie niemal dokładnie tyle dźwięków. W każdym razie mamy na niej piętnaście impro kompozycji utrzymanych w duchu łagodnej psychodelii i całkiem bystrego fussion jazzu. Poznajmy muzyków: Emanuele Maniscalco – wurlitzer, syntezator, Tomo Jacobson – kontrabas oraz Oliver Laumann – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z października 2019 roku, zarejestrowane we włoskiej Brescii i jej Teatrze Wielkim.

Graduation jest po prawdzie nagraniem niebywale długim, ale wiele wskazuje na to, iż przyjęta przez muzyków koncepcja stylistyczna broni się tu od pierwszego dźwięku do owej osiemdziesiątej minuty. W każdym razie pomyślunku i kreatywności nikomu nie brakowało w trakcie tej żmudnej, chwilami wyczerpującej podróży. Już początek kreśli nam ramy wydarzenia – kontrabasowy smyczek, który po introdukcji zamienia się w żywe, srebrzyste pizzicato, cały arsenał środków pianisty, który niemal od startu rysuje tu linię melodyczną, często kreując dwa, a nawet trzy wątki narracyjne, wreszcie perkusja, która robi to, co do niej należy, czyli dba o właściwy kierunek podróży. Muzycy pośród tysiąca pomysłów i melodii, jakie przewijają się przez całe nagranie, raz za razem wrzucają do tygla narracji pałkę dynamitu, siejąc niepokój, szyjąc improwizacje dalece nerwowym ściegiem. Śmiało uciekają wtedy w psychodelię, tudzież frazy pełne tajemniczości, stawiające dramaturgiczne znaki zapytania. Tak dzieje się choćby w utworze drugim i zwłaszcza piątym, który jest długą, ponad dziesięciominutową, poszarpaną i jakże stylową, niemal stuprocentową improwizacją. Dużo kreatywnej nerwowości odnajdujemy także w utworze czternastym.

Il Sogno lubi też zaskakiwać niemal biesiadną melodyką, nie boi się struktur rytmicznych idealnie nadających się do tańca i śpiewania. W takiej estetyce pozostaje trzecia piosenka, a zwłaszcza niemal wodewilowe zakończenie, lekkie jak puch pod spódnicą korpulentnej baletnicy. Wszakże chlebem powszednim tej edycji tria jest fussion jazz. W tej stylistyce utrzymana jest większość kompozycji, w tych ramach świetnie pracują wszelkie klawiatury, jakich używa pianista, a sekcja kontrabasu i bystrej perkusji płynie strumieniem pełnym wyłącznie udanych fraz. Tu za przykłady mogą posłużyć kompozycje numer cztery, sześć, siedem, czy dziewięć. Podoba nam się także kompozycja dziesiąta, która smakuje dark ambientem. Z kolei jedenastka świetnie zmieściłaby się na soundtracku do serialu wszechczasów, czyli lynchowego Twin Peaks.

 


środa, 16 marca 2016

Mazen Kerbaj – Al Maslakh! Zdecydowanie na wschód od Edenu


Słuchanie muzyki z bliskiego wschodu bywa niebezpieczne, gdyż rodzi w mojej pokręconej głowie ogromną chęć, by w kilku zgrabnych słowach wyrazić kilka indywidualnych geopoglądów, być może dając reszcie „lepszego” świata szansę na zrozumienie tego, co się dzieje w tamtej części naszej zacnej planety. Innymi słowy – z koleżanką Małżonką przy dobrym portugalskim winie, czasami mimochodem konstatuję, iż świat „nowoczesny” zbiera dziś owoce swoich czynów i w bezmiarze nieuleczalnej głupoty pozostaje mu jedynie czekać aż historia dokona stosownego rozliczenia.

Przezornie jednak w dalszej części opowieści nie będę już tego wątku rozwijał i skupię się przed wszystkim na muzyce, bo o nią tu przecież wyłącznie chodzi. Unikać trudnego tematu będzie mi o tyle łatwo, iż chcę zaprezentować trzy bez wątpienia doskonałe rejestracje free improvisation. Wszystkie powstałe w Bejrucie (stolica Libanu, dla mniej wtajemniczonych), dla których wspólnym mianownikiem i po części mocą sprawczą jest libański trębacz, malarz i twórca… komiksów Mazen Kerbaj.




Całkiem niedawno i dość zresztą przypadkowo w moim odtwarzaczu lubieżnych formatów empetrzy wylądowała pewna kwartetowa perełka. Na wirtualnym dysku muzyka wykonywana wyłącznie przez instrumenty blaszane, traktowane akustycznie. Wytrawnych preparatorów trąbki wprost z Europy Zachodniej w osobach Axela Dörnera i  Franza Hautzingera, przedstawiać na forum muzyki improwizowanej chyba nie muszę. Tubistę Carla Ludwiga Hübscha też winniście onegdaj namierzyć radarami Waszej muzycznej pazerności (na Trybunie zdążył zadebiutować w opowieści o wytwórni Another Timbre). Czwartym do brydża w tej układance jest rzeczony Mazen Kerbaj, a całość zwie się niebanalnie Ariha Brass Quartet (dygresja geopolityczna: Ariha, to duże miasto w Syrii). Zarejestrowanych w studiu w Bejrucie pięć fragmentów swobodnych improwizacji wydano tamże, w limitowanym nakładzie 500 egzemplarzy, w ramach lokalnego labelu Al Maslakh (jakież efektowne logo, nieprawdaż?, a jego nazwa w języku nam ojczystym, to… Rzeźnia). Na półkach nieistniejących sklepów z dobrą muzyką szukajcie tego pod tytułem Ariha Brass Quartet, z nazwiskami czterech muzyków na niebieskiej okładce (2015). ‎
Całość trwa trzy kwadranse i przynosi naszym uszom prawdziwą dętą ucztę. Próżno wyróżniać kogokolwiek i jakikolwiek fragment tej muzycznej utarczki. Piękna, wysublimowana kooperatywa czterech wyśmienitych improwizatorów. Jeśli macie jakiekolwiek wyobrażenie o tym, jak winien brzmieć kwartet instrumentów dętych blaszanych, to od razu o nim zapomnijcie. Tu bowiem dzieją się w wymiarze akustycznym rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom (ale oczywiście tylko tym ze świata „nowoczesnego”). Tuba i ćwierćtonowa trąbka Franza swymi walorami sonorystycznymi sprawiają, iż muzyczne dyskusje odbywają się głównie w niskich częstotliwościach. Nie ma specjalnych zabaw w podgrupach, zbędnego pochylania się na błahymi kwestiami. Iskrzy się i błyska, choć cechą charakterystyczną rejestracji jest wielodźwięk szumów generowanych przez trzy trąbki, który artystycznie dewastowany jest konstruktywnymi „przepięciami” tuby. Mamy chwilami wrażenie, że niespodziewanie, dumając nad pogmatwaną geopolityką bliskiego wchodu, znaleźliśmy się w otoczeniu sfory niedźwiedzi, które postanowiły podywagować nad procesem przedłużenia gatunku.




Po tak udanej przygodzie z muzyką z Bejrutu, nie pozostało mi nic innego, jak… szukać dalej. Opatrzność, w moim przypadku raczej diabelska, pozwoliła pewnego zimowego dnia na kolejny bardzo konkretny odsłuch swobodnych improwizacji, ucieleśnionych dzięki rzeźnickiej wytwórni. Znów kwartet, znów Mazen Kerbaj, tym razem w towarzystwie małżeństwa/ rodzeństwa(?) Sehnaoui - Christine z saksofonem, Sharif z gitarą; oboje z krwi libańskiej, choć ona w dowodzie ma wpisaną paryską rezydencję (separacja?). Kwartet uzupełnia perkusjonalista z Norwegii Ingar Zach, którego znacie zapewne z niejednej free improv produkcji. Oczywiście wylistowane instrumentarium to jedynie pretekst do opowiadania o dźwiękach, jakie usłyszymy na płycie, albowiem mamy wrażenie, że wszystko, co znalazło się w zasięgu ręki muzyków w studiu nagraniowym, posłużyło do generowania dźwięków.
Znów Bejrut, znów limitowana edycja, znów doskonała muzyka -  Rouba3i5  (Al Maslakh, 2005). Dwa fragmenty trwające niespełna 40 minut. Słuchamy z otwartymi ustami. Kerbaj – prawie jak francuz w angielskim kaszkiecie jakieś sto lat temu - stara się tu wyznaczać delikatnie trajektorie lotów, wszakże Państwo Sehnaoui, niczym stary perski tyran, nie dają się zagonić w kozi róg. Bogu ducha winny Zach, przybysz z dalekiej północy - co to nie wie, w czym tkwi zasadniczy problem konfliktów tego rejonu - w pocie czoła kreśli sinusoidy i ciągnie muzyków ku ziemi obiecanej, znacząc teren zmyślnymi, absolutnie nieswingującymi synkopami. W drugiej części epopei, po kolejnym nalocie wojsk sprzymierzonych, przystępujemy do odbudowy fragmentu dzielnicy w strefie zero, albowiem muzycy generują konglomerat dźwięków, które poza omawianą rejestracją, możemy usłyszeć jedynie na budowie, w trakcie niskobudżetowych robót ziemnych, realizowanych przez brygady z bratnich krajów socjalistycznych.




A na sam koniec drobna, duetowa zabawa na dwie trąbki i tyleż otwartych na świat, empatycznych głów. Krążek odnaleziony na półce, na piętrze domowego zacisza, z radością ląduje w odtwarzaczu. Abu Tarek  (Creative Sources, 2004) autorstwa Franza Hautzingera i  Mazena Kerbaja.‎ Wydawca co prawda portugalski, ale nagranie, jakże by inaczej, prosto z gorącego Bejrutu. Na wirtualnej scenie naszego domowego koncertu, z dala od końca świata żywych, połowa kwartetu, którym zachwyciliśmy się kilka akapitów wyżej. Wyważony, stonowany (znów „ćwierćtonówka” w rękach Franza) dialog dwóch wędrowców. Kerbaj zdaje się poszukiwać melodii, usłyszanej poprzedniej nocy, gdy stał na czatach, pilnując transportu dziewic z zaprzyjaźnionej republiki kilku tyranów, zaś Hautzinger – jakże by inaczej - antagonizuje problem, tryskając dźwiękami o niskich parametrach w twarze kolejnych turystów, którzy nie potrafią pojąć jak to się dzieje. Uspakajający nasze poszarpane rzeczywistością realną nerwy, dysk z blisko 50 minutowym bagażem muzyki, który chłoniemy czekając na kolejny konflikt na bliskim wschodzie.




Wracając na zakończenie do labelu Al Maslakh, zauważmy, iż jej nakładem ukazał się onegdaj świetny duet Michael Zerang/ Peter Brotzmann Live In Beirut (recenzji szukajcie na Trybunie!), a także fantastyczne duety tego pierwszego – chwilami w estetyce dalece zaawansowanych igraszek ze współczesną elektroniką  - m.in. z muzykami, których poznaliśmy omawiając wcześniej trzy znakomite improwizacje libańskie – Mazenem Kerbajem, Christine i Sarifem Sehnaoui (Cedarhead).