Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valentin Ceccaldi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valentin Ceccaldi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 września 2025

Darrifourcq, Hermia & Ceccaldi! Unicorn And Flexibility!


To francusko-belgijskie trio bez nazwy własnej intryguje od lat. Próżno szukać dla niego precyzyjnego klucza gatunkowego, tudzież estetycznego. Saksofon z sekcją? Definitywnie fałszywy trop, zwłaszcza z uwagi na udział wiolonczeli, która potrafi tu brzmieć niczym … gitara basowa. Muzycy lubią określać swoją muzykę mianem brutal jazz, co świetnie podkreśla twarda, świetnie udramatyzowana perkusja, która na poprzednich albumach była jeszcze wspomagana elektroniką. Wreszcie melodyjny saksofon, którzy nie stroni od wycieczek free jazzowych, ale najlepiej czuje się chyba w … post-rockowych dronach. Ważne podkreślania jest także to, iż muzycy bazują każdorazowo na własnych kompozycjach, a element improwizacji wcale nie znajduje się w centrum ich estetycznej uwagi.

Z radością przyglądamy się trzeciej produkcji tria, jak zwykle okraszonej dużą dawka humoru.

 


Na dobry początek perkusja i cello stawiają sekwencję masywnych stempli, a zalotna melodia saksofonu dopełnia dzieła. Narracja szybko nabiera efektownej taneczności, bazuje na rockowych powtórzeniach, wpada w rodzaj kompulsywnej medytacji. Saksofon czyni tu mięsistą ekspozycję, niesiony mocą soczystej sekcji rytmu. Drugi utwór zdaje się być połamany rytmicznie, niczym klasyk amerykańskiego hardcore punk sprzed trzech, czy czterech dekad. Saksofon porusza się w tej gęstwinie niczym stado zwinnych lisów. Perkusja wpada w pętlę wiolonczeli, a całość nabiera zaskakującej dynamiki. Kolejne dwie kompozycje introdukuje wiolonczelista, który buduje delikatny rytm, wpada w lewitujący taniec. W pierwszej z sytuacji perkusista dokłada garść preparacji, a potem całe trio na dużym wydechu przypomina pustynne tornado. W kolejnej odsłonie po cello entry opowieść bazuje na groove godnym mistrzów drum’n’bass. Tu opowieść dostaje definitywnie rockowych skrzydeł i improwizacyjnego rozmachu.

Początek piątej opowieści wydaje się nadspodziewanie kameralny. Rezonuje talerz, saksofon cedzi suche drony, a wiolonczela nerwowo oczekuje, by w odpowiednim momencie na pętli post-balladowego rytmu zbudować kolejną intrygującą opowieść. W szóstej historii punktem wyjścia jest wspólna melodia saksofonu i smyczka. Na etapie rozwinięcia po raz kolejny triumfy święci estetyka drum’n’bass. Finał tej ekspozycji jest bardzo dynamiczny i pełen dobrych emocji. Finałowa opowieść nosi znamiona pożegnalnej, ale nie jest bynajmniej słodką wymianą uprzejmości. Smyczek na starcie brzmi niemal post-barokowo, akcje perkusji są delikatne, podobnie jak śpiew saksofonu. W pewnym momencie muzycy formują efektowne crescendo, a potem powracają do dobrze już znanej rockowej ekspresji (nadal ze smyczkiem!) i z melodią na ustach wieńczą ów smakowity album.

 

Darrifourcq/ Hermia/ Ceccaldi Unicorn And Flexibility (Hector, CD/LP 2025). Sylvain Darrifourcq - perkusja, kompozycje, Manuel Hermia - saksofon tenorowy, kompozycje oraz Valentin Ceccaldi - wiolonczela, kompozycje. Czas i miejsce nagrania nieznane. Siedem utworów, 43 minuty.



piątek, 30 maja 2025

The May’ Round-up: Minton & Solberg! BonBon Flame! Léandre & Karałow! Wallace! Bagnasco! Arpyies! Nóbrega! Manna! Trzaska & Daktyle!


Na majową zbiorówkę czas najwyższy! Dziewięć nowych albumów obleczonych czerstwymi metaforami redakcji czeka już na Wasz odczyt, odsłuch, a potem zakupy! Śpieszcie się kupować muzykę improwizowaną, tak szybko odchodzi!

Dziś prawdziwie wrzący tygiel nazwisk, emocji, gatunków i nieoczywistych atrakcji. Zaczynamy w Oslo w bardzo gwiazdorskim zestawie personalnym, potem podwojona Francja, ta druga z akcentem krajowym, Ameryka zmieszana z Argentyną, ale albo z Berlina, albo z Hiszpanii, niebanalny i dość nietypowy, podwójny wątek portugalski, wreszcie krajowe albumy z dużą dawką post-akustycznej elektroniki.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Phil Minton & Ståle Liavik Solberg True (Nice Things Records, CD 2025).

Blow Out, Kafe Hærverk, Oslo, listopad 2023: Phil Minton – głos oraz Ståle Liavik Solberg – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 38 minut.

Głos jedyny w swoim rodzaju, podobnie perkusja i perkusjonalia – oba źródła fonii w strumieniu sugestywnej, świetnie skomunikowanej interakcji. To nagranie koncertowe z dalekiej Norwegii nie mogło nie rozpocząć naszej comiesięcznej zbiorówki. I to z wysokiego c! Definitywnie True!

Filigranowy drumming Solberga i gardłowe modlitwy Mintona otwierają spektakl, w którym nie będzie pustych przebiegów. Brytyjczyk, jak zawsze, ma tu tysiące twarzy - bywa leniwym kociskiem, czupurnym przedstawicielem klanu naczelnych, mówi, śpiewa, gdacze, piszczy, skomle i sepleni. Myje zęby, płucze gardło i mruczy przy goleniu. Na każdą akcję, tudzież ripostę czujnego Norwega, wyczulonego na niuanse, mistrza małych dramatów, ma swoją odpowiedź, tudzież zaczyn nowej fabuły. Razem są w stanie wzniecić ogień w ułamku sekundy, równie wiele czasu potrzebują, by sięgać po pojedyncze farzy, strzępy dźwięków. Ich ekspresja jest tu takim samym narzędziem zbrodni, jak liryzm i głęboko ukryta melodyka, a nawet pokrętna taneczność. W okolicach dziesiątej minuty Minton gwiżdże jak ptak, a towarzyszą mu perkusyjne szczoteczki. Do tego motywu powraca pod koniec improwizacji, mając do dyspozycji talerzowy akompaniament. Po upływie kwadransa gdacze jak kura na grzędzie, świszcze niczym czmiele w locie krzyżowym. W dalszej fazie improwizacji nie brakuje teatralnych inscenizacji, partii kabaretowych, tudzież pijackich dyskusji i ulicznych histerii o zmierzchu. Solberg trzyma dramaturgię w każdym momencie, ma też kilka krótkich epizodów solowych. Finał koncertu jest bardzo ekspresyjny, podrasowany kocią melodią. A potem już tylko standing ovation!



 

BonBon Flamme Calaveras Y Boom Boom Chupitos (BMC Records, CD 2025)

BMC Studio, Budapeszt, luty 2024: Valentin Ceccaldi – wiolonczela, syntezator, Luis Lopes – gitara, syntezator, Fulco Ottervanger – pianino, syntezator, głos oraz Éthienne Ziemniak – perkusja, syntezator. Dziesięć kompozycji, 45 minut.

Pierwsza płyta międzynarodowego kwartetu francuskiego wiolonczelisty była wulkanem emocji, karkołomnych zdarzeń i temperamentnych interakcji. Ta druga nosi wszelkie znamiona debiutu, dodatkowo podlana jest prawdziwie meksykańskim chili. Muzyka do zabawy i tańca na tym albumie zyskuje także pewien ilustracyjny blask, świetnie nadawałaby się bowiem do wypełnienia soundtracku niejednego filmu Jima Jarmuscha, szczególnie umiejscowionego na osi czasu w odległych latach 80. i 90. zabawnego dwudziestego stulecia.

Pierwsza piosenka jest mroczna, ale melodyjna, niemal post-bluesowa, druga i trzecia sięgają po latynoska taneczność i nieprzewidywalność. Całość kąszona jest wokalem wprost z Moulin Rogue, space-rockową, eksplodującą gitarą i odrobiną delikatnej kwasowości. Czwarta historia żywcem wyjęta została z klasycznego filmu noir, zdaje się ilustrować wieczorny spacer złą stroną ulicy. W piątej części cała załoga przesiada się na syntezatory i bawi rytmem. Szósta część, to ragtime’owy klasyk Joplina zagrany po wariacku – noise rock łamany kołem zębatym, slapstickowa melodia do tupania nogą, krok w kierunku oryginału na pianie i finałowy pokaz fajerwerków. W kolejnych utworach tej szalonej płyty mamy jeszcze wystudzoną piosenkę z amerykańskiej prerii, rockową nawałnicę wspartą na brudnym flow syntezatora, a także przykład jak tłuste new romantic zamienia się w post-rockowy walec. Album wieńczy coś na kształt pożegnalnej ballady, której nie brakuje typowej dla BonBon Flamme dramaturgicznej brawury. 



 

Joëlle Léandre & Andrzej Karałow Flint (Fundacja Ensemblage, CD 2025)

Studio S4, Polskie Radio, Warszawa, listopad 2023: Joëlle Léandre – kontrabas oraz Andrzej Karałow – fortepian. Dziewięć improwizacji, 38 minut.

Francuska legenda improwizowanego kontrabasu wydała w Polsce wiele płyt, ale tylko incydentalnie są to nagrania z udziałem krajowych wykonawców. Tym bardziej zatem cieszy płyta z warszawskim pianistą, poczyniona wedle wszelkich reguł swobodnej improwizacji. Muzycy postawili na krótkie formy, kameralną wstrzemięźliwość w zakresie dawkowania ekspresji i siłę czystego, niemal krystalicznego brzmienia. W ich opowieściach nie brakuje niedopowiedzeń, dramaturgicznego zaniechania. To, czego nie zagrali zdaje się tu być równie istotne, jak to, co zagrali.

Léandre frazuje, jak to ma w zwyczaju, częściej techniką arco, a jej akcje pizzicato, to co najwyżej intrygujące interludia. Karałow pracuje zarówno na klawiaturze – tu bywa niekiedy dość ekspresyjny, jak i w pudle rezonansowym - tu raczej oszczędny i wstrzemięźliwy. Pośród dziewięciu na ogół dobrze unerwionych opowieści szczególnie podobać się mogą cztery z nich. Trzecia improwizacja szyta jest szmerami inside piano i pomrukami kontrabasowego smyczka. Minimalistyczna w formie, pięknie rozkwita na etapie rozwinięcia. Czwartą opowieść buduje rytm, jaki Francuzka wystukuje na pudle swego instrumentu. Akcja pianisty pachnie dla odmiany bluesem. Całość zostaje efektownie rozkołysana śpiewnym smyczkiem i siłą klawiatury. Część ósmą, podobnie jak szóstą, śmiało możemy zaliczyć do bardziej dynamicznych fragmentów albumu. Tu emocje kreują głośne frazy z samego dna fortepianu i wyjątkowo twardo brzmiący smyczek. Finałowa ekspozycja budowana z mozołem, początkowo sprawia wrażenia umiarkowanie spokojnej, z czasem nabiera jednak mocy i wynosi artystów, pracujących wszelkimi dostępnymi technikami, na efektowny szczyt.



 

Eli Wallace, Pablo Vazquez & Marcelo von Schultz Siesta (577 Records, CD 2025)

Kühlspot Social Club, Berlin, maj 2024: Eli Wallace: fortepian, obiekty, Pablo Vazquez – kontrabas oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Osiem improwizacji, 45 minut.

Spotkanie amerykańskiego pianisty i argentyńskich kontrabasisty i perkusisty odbyło się w … stolicy Niemiec. Tak, świat to naprawdę mała wioska, zwłaszcza ta improwizowana. Znamy całą trójkę doskonale z niejednego nagrania, zatem i bez słuchania tego albumu wiedzieliśmy, że to musi być naprawdę dobre granie. A po wysłuchaniu? Jesteśmy pewni, to więcej niż dobre granie. Swobodny jazz wymieszany z kreatywną post-kameralistyką, świetnie zinstrumentalizowany i dramaturgicznie spójny. Trio grało w ubiegłym roku w Polsce, niech żałują ci, co nie widzieli (patrz: niżej podpisany).

Muzyczna Siesta w tym wypadku, to osiem improwizacji - niektóre krótkie, ledwie 2-3 minutowe, inne dłuższe 8-9 minutowe. Samo otwarcie trwa nawet krócej niż dwie minuty. Kreśli ją aktywna perkusja, surowo brzmiące klawisze fortepianu i matowy kontrabas, który równie chętnie pracuje jazzowym pizzicato, jak i ponadgatunkowym, dalece intrygującym arco. W kolejnych odsłonach artyści z gracją zawiązują narrację, odważnie sięgają po dźwięki preparowane, a na etapie rozwinięcia nie szczędzą sobie ekspresji i wyrafinowanych interakcji. Ciekawie prezentuje się trzeci epizod, który muzycy zaczynają w trybie leniwego post-bluesa, ale dość szybko osiągają wysoki poziom kreacji szyty rytmem i dobrze dawkowana dynamiką. Świetnie pracuje tu drummer i nie jest to odosobniony przypadek na tym albumie. W utworach piątym i siódmym improwizacja na ogół kołysze się na wietrze dostarczając mnóstwo brzmieniowych subtelności – wysmakowanych preparacji i niebanalnej post-dynamiki. Szósta historia, to pełnokrwisty jazz, znów świetnie posadowiony na drive’ie perkusji. Finałowa ekspozycja łączy dysonujące sfery - nostalgiczny tembr piana z klawiatury oraz plejady szumów i szmerów nasiąkniętych podskórnym rytmem, generowanym przez stronę argentyńską.




Luciano Bagnasco Diaphanous (Plus Timbre, DL 2025)

Okoliczności domowe (?), luty 2025: Luciano Bagnasco – gitara. Sześć utworów, 25 minut.

Artystyczne losy tego osiadłego w Hiszpanii argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco i nie ma w tym fakcie odrobiny przypadku. Muzyk to bowiem niebywale intrygujący, zawsze mający coś ciekawego do zaprezentowania w jakże ogranym idiomie gitary elektrycznej. Nie inaczej jest w przypadku jego nowego, krótkometrażowego albumu solowego.

W krótkim gemie otwarcia Luciano proponuje garść gitarowych sprzężeń, które giną w mroku niedopowiedzenia. W drugiej odsłonie strzępy fonii spływające z tłustego gryfu zaczynają nabierać dubowej poświaty, filtrowane delikatnym delayem. Pokancerowane, jak znaczki pocztowe ze starego klasera, hałaśliwie pulsują, tańczą niczym wróble na rozgrzanym dachu. Trzeci epizod, to czerstwy post-industrial, który w ostatecznym rozrachunku rozpływa się w strudze ciepłej krwi. W kolejnej części muzyk kreuje mikrotonalne farzy, które wpuszcza w pogłos, a potem lepi z nich ogniste pasmo rockowego hałasu, na koniec brzmiące niczym przepalony syntezator. W piątym utworze muzyk serwuje nam wystudzone, technoidalne farzy, które w ułamku sekundy stają się rozbujanymi, czystymi, gitarowymi akordami. Wreszcie ostatni epizod - silnie sfuzzowany gitarowy wyziew nabiera tu z czasem zarówno mocy, jak i podstępnej melodyki. Jakby tłuste robaki wydobywały się z plastra krowiego łajna. Puentą albumu jest sprasowany, matowy ambient, który niczego nie obiecuje.



 

Arpyies Iridescente (Whatever Profound, CD 2025)

O’culto da Ajuda, Chinfrim Estúdios and Miradouro de Santo Amaro, Portugalia, czas nieznany: Ana Gonçalves Albino – gitara elektryczna, elektronika, syntezator, instrumenty perkusyjne, kompozycja, Catarina Custódio Silva – rożek francuski, kalimba oraz Maria do Mar – skrzypce, elektronika, instrumenty perkusyjne. Trzy utwory, 41 minut.

Czas na portugalską przygodę elektroakustyczną, tkaną wyłącznie kobiecymi rękoma, przeto delikatną, pełną dramaturgicznych niuansów i brzmieniowych smaczków generowanych całkiem rozbudowanym instrumentarium. Na album składa się krótkie intro, takież resume i zasadnicza, trwająca ponad dwa kwadranse opowieść główna. Album ekscytuje tylko w niektórych momentach. Postaramy się precyzyjnie je wskazać.

Początek pleciony jest niemal wyłącznie brzmieniami nieakustycznymi, mroczny, pełen głosów i równie tajemniczych … odgłosów. Część główna budowana jest na ogół żywym instrumentarium – słyszymy kalimbę, perkusjonalne zdobienia, pobłysk post-ambientowej gitary, farzy dęte, które brzmią jak trąbka, choć albumowe credits wskazują na rożek francuski, no i przed wszystkim skrzypce, które niosą tu największy ładunek kreacji, skutecznie trzymają ciągle chwiejącą się, dość nielinearną opowieść w ryzach narracyjnych. Zdecydowanie najciekawsze momenty seta, to chwile, gdy z wystudzonej medytacji artystki przechodzą do narracyjnych spiętrzeń, drobnych eskalacji i kontrolowanych, krótkotrwałych wybuchów ekspresji. Półgodzinna jazda ma dwie takie chwile, tuż przed dziesiąta minutą i tuż po minucie dwudziestej. Na tle nieco przegadanej części zasadniczej smakowicie prezentuje się albumowa koda. Skrzypce płyną tu z ciszy, elektronika delikatnie pulsuje, gitara topi się w pogłosie, a wysamplowany (?) głos buduje zanurzone w ambiencie zakończenie.



 

João de Nóbrega Pupo Ao Ser Sereno (Colectivo Casa Amarela, Kaseta 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: João de Nóbrega Pupo – wszystkie dźwięki. Pięć utworów, 44 minuty.

Pozostajemy w Portugalii, tym razem toniemy jednak w odmętach kreatywnego, dobrze sformatowanego ambientu. Opowieść jest zwarta, nieprzegadana (o co bywa trudno w gatunku), podzielona na pięć zgrabnych odcinków, z których ten środkowy trwa prawie dwadzieścia minut, co nie zmienia faktu, iż cały album jest jednym, nieprzerwanym ciągiem dźwięków. Nie pozostaje nam nic innego, jak bezceremonialnie zasłuchać się w tej opowieści.

Album ma spokoje otwarcie zanurzone w mrocznej poświacie, czasami bogacone dźwiękami miasta i delikatnymi skwierczeniami na flankach. Narracja płynie szerokim strumieniem i zdaje się dawać wytchnienie po ciężkim dniu. To jednak pozór, bowiem już po chwili mamy intrygujące interludium, które syci opowieść post-perkusyjnym, elektronicznym stukotem. Ambient wraca w czerstwej, matowej, niemal stojącej w miejscu postaci. Owa mroczna medytacja dostaje dubowej poświaty, co świetnie buduje dramaturgię kolejnych chwil. Raz po raz w grze pojawiają się nowe, niekiedy bardzo żywe fonie (choćby piana), ale giną one w strudze gęstego wątku głównego. Narracja nabiera molowych barw i pewnej post-organowej melodyki. Nie brakuje odgłosów życia, co tylko unerwia i tak już emocjonalną opowieść – słyszymy zarówno przelatujące ptactwo, jak i dźwięk silników odrzutowych, tudzież bijące dzwony i głos, który recytuje. Końcowa partia albumu znów jest bardzo mroczna, dronowa, upstrzona frazami, które moglibyśmy odebrać jako ludzki krzyk.



 

Sokołowski, Stasiewicz & Leszoski Manna (Antenna Non Grata, CD 2025)  

Czas i miejsce akcji nieznane: Kuba Sokołowski - inner piano, obiekty, Paweł Stasiewicz - inner piano, obiekty, głos oraz Paweł Leszoski – programowanie. Cztery utwory, 41 minut.

Jak należy domniemywać, dramat improwizacji zawiązuje się tu we wnętrzach pudeł rezonansowych fortepianów i jest konsumowany/ przeredagowywany procesem programowania. Nagranie, którego bazą są frazy akustyczne zdaje się być poematem syntetycznego, szorstkiego ambientu. Naprawdę niewiele wiemy o istocie dźwięku, a zwłaszcza procesie jego powstawania. Oto przed nami kolejna lekcja.

Otwarcie albumu szyte jest żywym dźwiękiem uderzania, pocierania, ugniatania i rozciągania obiektów i strun. Rytmika upside down, ukryta melodyka cierpiącej materii. Całość nabiera post-industrialnej mocy, zapewne nie bez udziału zjawisk pozakustycznych, pulsuje i w końcu ginie w strudze ambientu. W drugiej odsłonie dronowa ekspozycja zgrzyta niczym piasek między zębami. Rośnie w niej udział fraz syntetycznych, post-akustycznych. Woda zamieci się tu w wino bez udziału sprawczego sił nadprzyrodzonych. Finałowe ukojenie, to tylko pozór. W kolejnej opowieści do kontrataku przystępują zjednoczone siły akustyki. Słyszymy struny, które tańczą w post-rytmie, delektujemy się tajemniczą meldoyka, która łapie równie zagadkowy pogłos. Walka żywego z syntetycznym idzie na całego! Kształt ostatniej historii sugeruje, iż akustyka przeszła do głębokiej defensywy. Modulowany, zgrzytliwy dron, głośny, niemal progresywny step, zaczyna pulsować jak mroczna impreza deep techno. Na finał wraca melodia, brudna, zniekształcona, wyciągnięta chyba wprost z laptopa Fennesza, oczywiście przy blasku zachodzącego słońca. Manna z gorejącego nieba.




Mikołaj Trzaska & Daktyle Transient Riot (Antenna Non Grata, CD 2025)

Laboratory of Culture Adebar, Kołobrzeg, maj 2024: Mikołaj Trzaska – saksofony, Marek Sadowski – perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Maciej Jaciuk – elektronika, bass-box, sidrax, daxophone, loops. Dziewięć utworów, 45 minut.

Na zakończenie majowej zbiorówki pozostaniemy z syntetycznym, tajemniczym akcesorium, które stanie w szranki improwizacji z bardzo realnym saksofonem, perkusją i całą armią przedmiotów i urządzeń, których jedynym celem jest wydawanie zaskakujących dźwięków. Trójka artystów, mnóstwo pomysłów (niektórych nazbyt wcześnie porzucanych) w trakcie temperamentnego koncertu na polskim wybrzeżu. Nie ma nudy!

Nagranie jest nieprzerywanym ciągiem dźwiękowym, co świetnie buduje jego dramaturgię. Elektroakustyczny, post-perkusjonalny początek inwokuje tu swobodną podróż saksofonu barytonowego w zgrabnie zarysowanej przestrzeni kosmicznej, posadowioną na utrzymującej linearność narracji perkusji. Gdy dęciak łapie rytm, elektronika ucieka w didaskalia, a konsensus osiągnięty zostaje w strumieniu urokliwej melodii. W kolejnych fazach koncertu artyści dość często piętrzą narrację, nadają jej dynamikę, sycą intrygującą ekspresją, ale także mnóstwem brzmieniowych smaczków. Sypią pomysłami jak z rogu obfitości. Toną w onirycznym świecie elektroniki, by za moment wspinać się na efektowne, free jazzowe wzgórze. Ukojeniem bywa medytacja, czyniona z tajemniczą, niemal etniczna melodyką, jak w trakcie odcinka szóstego. Zaraz po nim improwizacja nabiera rytmu, adekwatnej dynamiki i wpada w niemal kompulsywny taniec. I znów melodia zdaje się koić to, co zszargały emocje. Finał w fazie początkowej wydaje się leniwą post-balladą melodyjnego saksofonu, łapiącej rytm perkusji i wyważonej, smakowitej elektroniki w tle. Nim koncert dobiegnie końca czeka nas drobne spiętrzenie i stonowana, dobrze skonstruowana, nieco oniryczna finalizacja.

 

 


wtorek, 24 sierpnia 2021

Chamber 4! Dawn to Dusk!


Zapraszamy do portugalskiej Coimbry na koncert będący częścią ubiegłorocznej edycji Festiwalu Jazz ao Centro. Rzecz działa się w październiku, w trakcie drugiej fali pandemii, zatem nie mamy pewności, czy muzykom na scenie towarzyszyła jakakolwiek żywa publiczność. Wydawca nam tej niewiedzy nie koryguje, albowiem nagranie pozbawione zostało w trakcie edycji oklasków, o ile takowe miały miejsce.

Sami artyści zasłużyli w każdym razie na całe morze gromkich oklasków, z pewnością nawet na emocjonalne standing ovation. Tworzą bowiem jedną z najważniejszych formacji współczesnej muzyki improwizowanej, który bazuje na rozwiązaniach bliskich estetyce swobodnej kameralistyki, co sugeruje jej jakże adekwatna nazwa – Chamber 4! Swoim trzecim wydawnictwem płytowym zdają się ów status intensywnie podkreślać.

Przed nami, być może także przed obliczem publiczności zgromadzonej w obiekcie sakralnym Antiga Igreja do Convento S. Francisco, pojawia się czterech doskonale nam znanych muzyków z Francji i Portugalii: Théo Ceccaldi na skrzypcach, Luís Vicente na trąbce, Valentin Ceccaldi na wiolonczeli oraz Marcelo dos Reis na gitarze akustycznej. Trzy swobodne improwizacje w procesie edycji przybrały postać dźwiękową, która trwa łącznie niespełna 41 minut. Krążek w wygodnym formacie CD dostarcza JACC Records, a zwie się on Dawn to Dusk.

 


Pierwsza improwizacja trwa prawie 25 minut, muzycy zdają się zatem mieć mnóstwo czasu na budowanie narracji. Budzą się do życia bardzo leniwymi, delikatnymi, jakże drobnymi, post-balladowymi frazami. Skrzypce i wiolonczela spokojnie łkają, trąbka melodyjnie zawodzi, a gitara powtarza pojedynczy akord budując pierwszą meta dynamikę tego wieczoru. Portugalskie saudade z francuskim posmakiem wydaje się idealnie komponować z naszymi oczekiwaniami, co do początkowej fazy kameralnego koncertu, prowadzonego – póki co! – w bardzo wolnym tempie. Garść pierwszych trębackich preparacji, kilka żwawszych ruchów cello, wszystko wszakże podane z rzewnym, smutnym zaśpiewem, pełnym melancholijnego ukołysania. Z czasem opowieść nabiera intensywności dzięki niebanalnym frazom trąbki, post-rockowemu drylowi gitary i gęstniejącemu chamber Francuzów, z których jeden gra pizzicato, a drugi arco. W efekcie, w okolicach 12 minuty, flow osiąga stan względnego galopu, po czym efektownie traci moc i spływa do koryta smutku po upływie kwadransa. Kolejne fragmenty improwizacji, to zwinny, bardzo minimalistyczny duet skrzypiec i gitary, potem zaś kolektywne poszukiwanie nieco bardziej zadziornych fraz - swoista wymiana poglądów, coś na kształt real-time' call and responce. Dużo piękna, ale i emocji dodają w tym właśnie fragmencie skrzypce. Nim ta rozbudowana opowieść wygaśnie, dostajemy jeszcze krótkie duo trąbki i gitary, niezwłocznie wsparte agresywnymi riffami cello. Finałowa dynamika zmysłowo resumuje opowieść i stylowo ginie w ciszy.

Druga improwizacja, dla odmiany, trwa niespełna sześć minut. Jest zwarta, nerwowa, jakby muzycy czegoś się obawiali, jakby niecierpliwie spoglądali w niebo. Najpierw gitara, potem drżąca wiolonczela, wreszcie bystre short-cuts trąbki i skrzypiec. Muzycy szukają tu dynamiki, ale niespodziewanie gubią jej parametry i zaczynają błąkać się w melancholii iberyjskiego zaniechania. Pięknie śpiewa trąbka, akompaniują jej cello i skrzypce, a gitara frazuje post-klasycznie. Całość dogorywa bardzo subtelnie.

Finałowa improwizacja, blisko dwunastominutowa, rodzi się w jakże kameralnych, znów delikatnie portugalskich klimatach. Melodyjny smutek, przeciągle frazy i … gitarowa dyscyplina chwili. Łagodne dźwięki zdają się podprowadzać narrację pod zmysłowy głos … Teresy Salgueiro! Muzycy nie każą sobie jednak czekać na rozwój madredeusowych skojarzeń. Pierwsze oznaki fermentacji strumienia dźwiękowego docierają do nas ze strony cello, które brudzi swoje brzmienie. W sukurs idą prychające frazy trąbki. Każdy z muzyków dokłada coś od siebie, zarówno w zakresie emocji, jak i kreatywności. Nie brakuje zwinnych, kocich ruchów. Post-Madredeus wystawia swój rockowy pazur i akcja nabiera rumieńców! Dynamika idzie znów od strony gitary, ale także od bojowo nastawionych skrzypiec. Muzycy nie potrzebują dużo czasu, by osiągnąć fazę galopu z fajerwerkami. Gitara frazuje kwaśnym Velvet Underground, co dodatkowo wzmaga emocje na scenie. Narracja zaczyna umierać mniej więcej dwie minuty przed końcem nagrania. Mistrzowska dramaturgia - przeciągnięte frazy, repetytywne riffy gitary i improwizacja gasnąca niemal do poziomu pojedynczych dźwięków. 

 

 

piątek, 12 marca 2021

Mapless Quiet! Dalgoo! Aforismen! Willers! Ceccaldi! More Soma! Unk! Brom! The March Round-up!


Marcowa zbiorówka przed nami, w całej okazałości! Osiem świeżych płyt, choć w większości datowanych jeszcze na rok ubiegły, jak zwykle spory tygiel gatunkowy, garść dobrych znajomych i cała zgraja muzyków związanych ze znanym francuskim wydawcą, o których z pewnością usłyszycie po raz pierwszy.

Zaczynamy wszakże od wybitnych postaci brytyjskiego free improv grających open jazz w ciekawym, norweskim towarzystwie i na tamtejszej ziemi. Potem zapraszamy na spotkanie z pewnym niemieckim kwartetem, który intensywnie pachnie spuścizną po Ornette Colemanie, ale zdaje się mieć także kilka innych wymiarów estetycznych. W dalszej kolejności dwie nowości z holenderskiej stajni Evil Rabbit – pierwsza subtelna i kameralna, druga bardziej multigatunkowa, choć w wymiarze solowym. Zaraz potem skok do Portugalii (ale z muzykiem francuskim) i kolejna solowa płyta, tym razem na wiolonczelę. W ramach kontynuacji wątku francuskiego trio i kwartet złożony z niemal tych samych muzyków, dowodzących prawdziwości maksymy, iż lepsze bywa wrogiem dobrego. Dodajmy, iż od tego momentu będziemy grali już dużo głośniej, a na sam finał tej zbiorówki nawet hałaśliwie, dzięki naszym dobrym znajomych z Moskwy.

 


Butcher/ Weston/ Storesund/ Knedal Anderson  Mapless Quiet (Motvind Records, 2020)

Koncertowe nagranie z norweskiego Bergen, z września 2018 roku, a na scenie: John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy, Veryan Weston – fortepian, także preparowany, Oyvind Storesund – kontrabas oraz Dag Erik Knedal Anderson - perkusja. Panowie improwizują przez niemal 50 minut, często sięgają po post-jazzowe grepsy, ale i w roli miłośników free chamber czują się bardzo dobrze. Całość koncertu dostajemy w jednym traku.

Suche powietrze z tuby saksofonu tenorowego, minimal piano z czarnych klawiszy, smyczek na kontrabasie i szeleszczące perkusjonalia – otwarcie koncertu sięga po kameralistykę, która sprzyja czynnościom inicjacyjnym muzyków, którzy nie grają ze sobą zbyt często. Pierwszy uderza w dzwon Butcher – piszczy, skrzeczy, jakby grał samym ustnikiem. Zaraz potem milknie i wypuszcza w bój swobodne, post-jazzowe trio. W dalszej fazie gry będzie tak czynić często, dzięki czemu dużo dobrego do obrazu całości wnosić będzie Weston - raz za razem umiejętnie kreować opowieść, czy też zapuszczać się w obszar swobodnych preparacji. Cała narracja toczy się na dużej przestrzeni, donikąd nie goni, często dzieli kwartet na duety i tria - zdaje się, że momentów w pełni kwartetowych mamy tutaj w wymiarze minutowym najmniej. Ta niemal stała rotacja składu dobrze wszakże czyni dramaturgii całości.

W ramach owych zabaw w podgrupach warto odnotować kilka niezwykle urokliwych duetów saksofonu (zarówno tenorowego, jak i sopranowego) ze zmysłowym smyczkiem, a także open jazzowe frazy piana, dobrze konweniujące z bystrą perkusją. Pierwszą, niedługą salwę ekspresji w kwartecie dostajemy tuż przed upływem 20 minuty koncertu. Tu równie udane zdaje się być szybkie wytłumienie emocji wprost w klimaty dark chamber. Kolejny peak narracji ma miejsca parę minut później, a w roli głównej występuje sopran. Uspokojenie znów odbywa się pod dyktando piana, z saksofonem, który woli słuchać niż wydawać dźwięki. W okolicach 37 minuty tenże saksofon zaczyna bardzo łagodnie śpiewać. Kwartetowa kołysanka sprawia wrażenie, jakby prowadziła muzyków już do kresu koncertu. Po kolejnych czterech minutach muzycy rzeczywiście pogrążają się w niemal zupełnej ciszy. To jednak nie koniec – raz za razem ślą drobne, separatywne frazy, jakby zakończenie koncertu było dla nich nad wyraz trudnym zadaniem. Milkną ostatecznie pod koniec pięćdziesiątej minuty, skwitowani adekwatnymi oklaskami.

 


Dalgoo  Liberté Égalité Fraternité (Jazzwerkstatt, CD 2020)

Dalgoo, to anonsowany już wcześniej kwartet z Niemiec, w którego składzie odnajdujemy niemal samych dobrych znajomych: Tobiasa Kleina (saksofon altowy, klarnet basowy i kontrabasowy), Meinrada Kneera (kontrabas), Christiana Mariena (perkusja) oraz Lothara Ohlmeiera (saksofon tenorowy i klarnet basowy). Nagranie studyjne ze stycznia 2020 roku (Leussow) trwa prawie 70 minut i składa się z trzynastu utworów – siedmiu kompozycji Kleina, trzech Kneera oraz trzech kolektywnych, swobodnych improwizacji kwartetu, z których każda nosi tytuł stanowiący część jakże efektownego tytułu całej płyty.

Liberté Égalité Fraternité, to płyta długa, bardzo różnorodna stylistycznie, ale wyjątkowo zmyślnie skonstruowana, składająca się w sumie z czterech wątków, które świetnie się uzupełniają, pokazując zarówno duże możliwości kompozytorskie muzyków, jak i nade wszystko ich doskonały warsztat improwizatorski. Zacznijmy może od kompozycji Kleina, które prowadzone są przez saksofony. To prawdziwy ukłon w kierunku estetyki akustycznego kwartetu Ornette'a Colemana. Śpiewne tematy, które wpadają w ogniste, ale trzymane pod kontrolą improwizacje, często skonstruowane wedle jazzowych schematów, ale rozśpiewane, swobodne, pięknie ogrywające temat, zarówno melodycznie, jak i rytmiczne. W tej grupie utworów szczególnie wartościowy jest chyba ten pierwszy – dynamiczny, skrzący się emocjami i powykręcanymi po colemanowsku melodiami. Druga grupa kompozycji Kleina wykorzystuje klarnety, sięga po semickie skale, bywa tanecznie frywolna, ale także zadumana i kierująca swe spojrzenia w kierunku kameralistyki. Tu szczególnie wartościowym wydaje się być utwór numer dwa, pięknie rozpoczęty barokowo brzmiącym smyczkiem. Równie smakowite są utwory jedenasty i dwunasty, gdy muzycy, co rusz czymś nas zaskakują. Nie boją się także eksperymentować z brzmieniami post-chamber (choćby efektowne, znów barokowe solo Kneera w pierwszym z nich). Mnóstwo intrygujących fraz klarnetu kontrabasowego pięknie rozrywa narrację w drugim z przywołanych tu utworów.

Osobny rozdział stanowią kompozycje Kneera. Bardzo zróżnicowane w zakresie nastroju, tempa i użytych środków wyrazu. Pierwsza z nich (trzecia na płycie) wydaje się być nazbyt jazzowa (z użyciem saksofonów), pchana ku górze ciepłym tembrem pizzicato. Dwie pozostałe kompozycje kontrabasisty stawiają na klarnety. Szósty utwór na płycie kreuje semickie gorzkie żale, pełne smyczkowych niuansów, rezonujących talerzy i szumiących klarnetów. W dziewiątym utworze kluczem do sukcesu zdaje się być nieregularny, bystry rytm dyktowany przez kontrabas. Osobnym elementem składowym płyty są trzy swobodne improwizacje, krótkie (każda trwająca około dwóch minut), pokazujące inne oblicze muzyków. Bystre frazy, małe dźwięki, świetne reakcje, a nawet improwizacje metodą call & responce, no i kontrabas Kneera, który w owych miniaturach zdaje się mieć tysiące twarzy. Chętnie poznamy Dalgoo (to już ich czwarta płyta), właśnie w konwencji swobodnej improwizacji, ale realizowanej już na dłuższym dystansie.

 


Baars/ Dumitriu/ Henneman/ Sola  Aforismen = Aforisme = Aforismes (Evil Rabbit Records, CD 2020)

Kontynuujemy eksplorację muzyki wykonywanej w kwartecie. Tym razem jednak istotnie zmieniamy klimat i zanurzamy się po uszy w celebrowanej, chwilami demonstracyjnie powolnej, a w drugiej części płyty wręcz medytacyjnej kameralistyce (definitywnie przeznaczonej do odbioru słuchawkowego!). Przed nami kwartet niemal smyczkowy (jedyny dęciak w tym gronie często wydaje dźwięki, niczym wytrawny strunowiec): Ab Baars - klarnet, shakuhachi, George Dumitriu – altówka, skrzypce, Ig Henneman – skrzypce oraz Pau Sola Masafrets – wiolonczela. Muzycy przygotowali dla nas jedenaście kompozycji (na ogół w formie dobrze zaplanowanych … improwizacji). Nagranie zrealizowane w Amsterdamie, w tamtejszym konserwatorium (czerwiec 2019 roku), trwa 51 minut z sekundami.

Na początek muzycy serwują nam kilka zagadek – czy to dźwięk strun, czy może jednak ktoś dmucha w drobny instrument dęty? To błysk smyczka, czy oddech klarnetu? Mały festiwal fake sounds dobrze wprowadza nas w klimat nagrania. Dźwięki rodzą się z ciszy, pełne są niepokoju, ale i medytacji. Duża swoboda, kilka imitacji, tudzież bystrych reakcji na zaskakujący dźwięk. Improwizacja na zaciągniętym hamulcu ręcznym też potrafi kąsać! Japoński dęciak dodaje całości posmaku folkowego, łamie odwieczne zasady kameralistyki, która zdaje się popadać w kocie lamenty. W drugiej części strings grają skoczne pizzicato, a wyposzczony klarnet może odrobinę porozrabiać. W trzeciej z kolei, pokaz budzących się do życia smyczków – rwane, nerwowe frazy i garść dętych dronów. W czwartej strunowce riffują niczym wygłodzone gitary akustycznego post-rocka. Znów smakuje tu post-folkiem, ale coraz dłuższe frazy zaczynają przypominać rodzące się na zgliszczach filharmonii free chamber, które nie daje się zagonić do jakiejkolwiek zagrody gatunkowej. Piąta część dodaje do tego jeszcze emocje, a nawet zaskakującą dynamikę.

Począwszy od szóstej opowieści kwartet zaczyna konsekwentnie stawiać na dramaturgiczne zaniechanie. Molowe frazy wprost z ciszy i mroku tajemniczych zakątków sceny - coś skrzypi, jakiś przedmiot uderza o inny przedmiot, coś szura i lękliwie wzdycha. Dźwięki eksplodują urodą, bywają niebywale zabrudzone, intrygująco zakrzywione, ale dramaturgia całości nieco siada. Jeden z ostatnich podrygów emocji muzycy serwują nam w części ósmej – rodzaj wzajemnych nawoływań na dużej przestrzeni strunowca i dęciaka, kilka zwinnych akcji, tudzież dobrych pytań i zmyślnych ripost. Trzy finałowe utwory, to jakby konsekwentne wygaszanie płomienia narracji. Klarnet leniwie podśpiewuje, obok pojedyncze szarpnięcia za struny, kilka smyczkowych półgłosów, matowych fraz z tracących życie instrumentów. Opowieść zdaje się cierpieć z każdą mijającą sekundą, rwie się na strzępy i rzęzi niemrawym oddechem. Królestwo death chamber zostaje ustanowione na wieki.

 


Andreas Willers  Haerae (Evil Rabbit Records, CD 2020)

Zostawiamy już kwartety i przechodzimy do podrozdziału improwizacji solowych (tu także zwanych kompozycjami). Aż dziwne, iż z niemieckim gitarzystą Andreasem Willersem, dalece nienajmłodszego już pokolenia, spotykamy się na tych łamach po raz pierwszy. Gra tu on na dwóch jeszcze od niego starszych gitarach akustycznych. Płyta składa się z ośmiu części, trwa prawie 49 minut, a nagrana została w kwietniu ubiegłego roku, zapewne w samotnych okolicznościach pandemicznych.

Już na wstępnie odnotujmy, iż pierwsze dwie improwizacje na płycie są doprawdy doskonale! Muzyk pląsa po strunach niczym prestidigitator, sztukmistrz wyposażony w setki palców, tańczy na nich, rwie je strzępy i raz za razem odnajduje molekuły dźwięków. Struny gitary drżą, trzeszczą, rezonują, a muzyk bawi się nimi jak dziecięcymi perkusjonaliami. Narracja potrafi tu przypominać pijanego Django Reinhardta, by za moment przywołać w głowie skojarzenia z Derekiem Baileyem, który wypił zbyt dużo kwasu z samego rana. Muzyk dewastuje gitarę, preparuje dźwięki, by za moment płynąć post-bluesowym tembrem i czekać na oklaski. Brzmienie instrumentu jest chwilami szorstkie, innym razem melodyjne, a muzyk zdaje się zmieniać gatunkowe konotacje jeszcze szybciej niż wydawać dźwięki. Druga improwizacja zwalnia i zaczyna wykorzystywać akustykę pudła rezonansowego gitary – wszystko zdaje się tu trzeszczeć, pulsować, oddychać swoim życiem, piszczeć i niemal śpiewać. I znów, w tym tyglu pokręconej dramaturgii, muzyk odnajduje źdźbła dźwięku, a na sam koniec brzmi frazami niemal post-jazzowymi.

Kolejne utwory nieco spuszczają z tonu, zwłaszcza te najdłuższe. Muzyk cedzi frazy, szuka bardziej oczywistych, nawet klasycznych grepsów gitarowych. Można odnieść wrażenie, że na jednej płycie chciałby zawrzeć wszystkie swoje inspiracje, a także pokazać kunszt (niepodlegający dyskusji!) w dowolnie zadanej estetyce. Niemniej, na płycie nie brakuje kolejnych perełek. W czwartej części Willers bawi się w minimalistyczne gierki na pograniczu ciszy. Śle kilka fake sounds, czym skutecznie utrzymuje uwagę słuchacza. Potrafi rysować zadziorne frazy znów godne Baileya, by po chwili brzmieć jak mandolinista. W piątej części mruczy i ciekawie preparuje dźwięki, w szóstej jego instrument rezonuje każdym swoim elementem, a w siódmej skrzy się post-barokowymi ornamentami. Na samo zakończenie Andreas produkuje kilka post-bluesowych fraz i ewidentnie puszcza do nas oko. Intrygująca płyta, skrócona o kilka czy kilkanaście minut rzuciłaby nas na kolana bez cienia wątpliwości.

 


Valentin Ceccaldi  Ossos (Cipsela, CD 2020)

Jeśli przy omawianiu poprzedniej płyty recenzent był łaskaw skonstatować, iż pierwsze dwa utwory na krążku są doprawdy doskonałe, to w przypadku solowej płyty wiolonczelisty Valentina Ceccaldiego może już śmiało ogłosić, iż taka opinia dotyczy całego nagrania! Zauważmy, nagrania znacznie krótszego (a jednak!), trwającego 34 minuty z sekundami, a składającego się z trzech dość precyzyjnie zaplanowanych improwizacji (dwóch piętnastominutowych i krótkie encore). Dodajmy, iż muzyka powstała w portugalskiej Coimbrze, w maju 2017 roku.

Dźwięki otwarcia wydają się być skutkiem rezonowania każdej części instrumentu Valentina – drżą struny, trzeszczy pudło rezonansowe, coś piszczy i igra z ciszą. Efekt całości wzmaga duża przestrzeń i niewidzialne podmuchy powietrza. Oto post-barok w ciemnej pieczarze - smyczek, który szuka kantów i ostrych krawędzi, raz staje się perkusyjną pałeczką, innym razem generuje drony dark chamber, które balansują od czerstwego, bezdźwięcznego mroku po granice hałasu. Dobrze zaplanowana improwizacja, co rusz podsuwa nam nowe wątki, godne nie tylko niewieścich westchnień zachwytu. Najpierw mała gra w półdźwięki i nasłuchiwanie pogłosu, potem garść brudnych fraz, które zdają się na siebie nakładać. Muzyk pozwala wybrzmiewać dźwiękom aż po granicę ciszy, ale nie kończy nagrania. Sieje niepokój, zadaje pytania, ale nie oczekuje odpowiedzi. Jego smyczek pnie się ku niebu, by po chwili spadać z hukiem na ziemię.

Druga improwizacja pozostawia ciszę w roli biernego obserwatora. Zgrzyty na gryfie, bystre riffy i nerwowe podrygi rozgrzanych do czerwoności strun, które krzyczą z rozpaczy. Free chamber na kwasie, w tej samej sekundzie ostre i łagodne, ze smarowaniem i po suchości. Oto smyczek, który wierci dziurę w głowie, potem śpiewa jak skowronek, by w końcu bić jak dzwon z opuszczonego kościoła. Gdy emocje delikatnie opadają, narracja wchodzi w fazę wielominutowej repetycji, kreowanej dość delikatnym pizzicato. Rodzaj medytacji, która raz za razem przerywana jest incydentami na gryfie wiolonczeli. Finał tej części zdaje się być kreślony pawim piórem, niemal unosi się w powietrzu. Zaraz potem niespełna czterominutowe encore – smyczek piszczy i szoruje struny, cedzi śpiewne frazy przez szczerbate uzębienie, pracuje niczym uszkodzona piszczałka. Opowieść nabiera pewnej meta taneczności, szuka okazji do eskalacji, ale próżny to trud – niedługo potem niechętnie przygasa.

 


More Soma  Hondendodendans (Circum-Disk, CD 2021)

Zdecydowanie zmieniamy klimat, porzucamy kameralistyczne dywagacje, stawiamy na dynamikę i ekspresję, na rytm i gorące emocje! W tym niecnym czynie pomogą nam muzycy nagrywający dla francuskiego labelu Circum-Disk. Na początek trio w składzie: Mathieu Millet (amplifikowany kontrabas, który brzmi jak … gitara basowa), Frederic L’Homme – perkusja i JB Rubin – saksofon altowy i barytonowy. Płyta nagrana w Lille, latem 2019 roku, składa się z czterech utworów (śmiało możemy je nazwać kompozycjami lub mocno ustrukturyzowanymi improwizacjami) i trwa 41 minut z sekundami.

Płyta o długim tytule, będącym zbitkiem trzech słów, to doprawdy urocza, bezpretensjonalna, żywa zabawa z rytmem, para-rockową repetycją i prawdziwie improwizowanymi emocjami. Muzycy proponują nam podróż po zakamarkach jazz-rocka, od pierwszej chwili przywołują też w pamięci estetykę m-base, wykreowaną ponad trzy dekady temu przez amerykańskiego saksofonistę Steve’a Colemana. Rytm stanowi tu epicentrum każdego zdarzenia muzycznego, wokół którego wszystkie instrumenty tańczą jak ćmy wokół latarni. Ogrywają jego strukturę, improwizują wedle ścieżek, jakie wskazuje. Saksofon altowy w nieparzystych częściach, a barytonowy w parzystych, kreślą pętle i zygzaki, snują smugi efektownych dźwięków, które niesione są przez bas i pozostającą w nieustannym ruchu perkusję, raz wysokim wzgórzem, innym razem tajemniczą doliną.  Tej dynamicznej, nawet w spokojniejszych momentach, opowieści towarzyszy pewna ulotna melodyjność. Co ciekawe, nie kreuje jej saksofon, ale raczej bas.

Każda opowieść na płycie ma w sobie zaszyty nerw rytmu. Muzycy w procesie improwizacji kreują czasami całkiem separatywne strumienie dźwięków, ale nawet przez moment nie zapominają o kierunku podróży. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy basista sięga po smyczek (choćby pod koniec drugiego utworu). W tym tyglu emocji najłagodniejszy zdaje się być początek trzeciej części, gdy wyraźną linię melodyczną rysuje spokojny bas. Saksofon i perkusja zaczynają tańczyć wedle tych wskazówek, a całe trio nabiera dynamiki w naprawdę imponujący sposób. Początek ostatniej części pachnie cool-jazzem, słychać perkusyjne szczoteczki i repetytywny śpiew barytonu. Muzycy rysują kolejną, zwinną pętlę i pozostają w niej aż do końca płyty, nie przestając stylowo improwizować.

 


Unk  Now (Circum-Disk, CD 2021)

Millet i Rubin pozostają z nami, a do kwartetu doproszeni zostają: Charles Duyrtschaever na perkusji oraz Christophe Maerten na gitarze elektrycznej. Tym razem muzycy bazować będą zdecydowanie na materiale skomponowanym (autorstwa Milleta). Siedem utworów z tytułami trwa blisko godzinę zegarową.

Muzyka kwartetu bezwzględnie posiada wiele atrybutów, jakie przypisaliśmy kilka chwil temu triu. Znów bazą dla wszelkich poczynań muzyków zdaje się być rytm, dynamiczna, rockowa repetycja i stylowe improwizacje. Jednak w rekontrze należy zauważyć, iż ubogacona wersja More Soma zdaje się mieć nieco stępiony pazur kreatywności i niższą skłonność do improwizacji. Muzyka bywa tu zaaranżowana po najdrobniejsze szczegóły, a gitara nade wszystko myśli o rockowej ekspresji i efektownych ekspozycjach, godnych nawet dużych scen festiwalowych. Oczywiście znów należy podkreślić, iż tej muzyki słucha się naprawdę bardzo dobrze, można pośpiewywać, potupać nogą, wybijać dobrze skonstruowany rytm każdą częścią ciała. Na pewno propozycja Unk nadaje się na długą podróżą samochodem, ale do jej odsłuchu być może wystarczy nam dostęp do jakiegoś znanego serwisu streamingowego, a nie koniecznie ładnie wydany dysk kompaktowy.

Kompozycja otwarcia podkreśla cechy, jakimi obdarzyliśmy tę muzykę w poprzednim akapicie. W drugim utworze ciekawie pulsuje gitara, pracująca na dużej dynamice, efektownie sięgająca po zdobycze m-base, a gdy narracja zwalnia, dobrze wpisująca się w kanon jazz-rocka godny nowojorskiego downtown music sprzed 25 lat (pamiętacie choćby Lost Tribe?). Począwszy od czwartej części muzycy jeszcze mocniej akcentują swoje rockowe powinowactwa. Bystrze pracuje kontrabas, który oczywiście brzmi jak gitara basowa, a perkusja ocieka potem i jest świetnym cerberem ładu w zakresie dynamiki. Kilkukrotnie tu, i w kolejnych częściach, udanie zazębiają się symultaniczne, solowe ekspozycje saksofonu i gitary. Ta ostatnia, co pewien czas sięga po grepsy rockowej psychodelii, a na sam finał kleci nam spokojną balladę.

 


Brom  Dance with an Idiot (Trost Records, LP 2020)

Na zakończenie dzisiejszej zbiorówki zawitamy do Moskwy. Nasz ulubiony kwartet tej części świata zagra dla nas osiem punk-jazzowych petard, tu w składzie bazowym, a zatem: Dmitry Lapshin – gitara basowa, Anton Ponomarev – saksofon altowy, Felix Mikensky – elektronika oraz Yaroslav Kurilo – perkusja. Dwie strony winyla trwają łącznie trochę ponad trzy kwadranse.

Czyż nie jest tak, że najbardziej lubimy te piosenki, które dobrze znamy? Brom na swojej dziewiątej płycie niczym nas nie zaskakuje, ale jednocześnie sprawia, iż każda sekunda spędzona z ich muzyką jest czasem definitywnie dobrze wykorzystanym. Niesamowita mieszanka punkowej dynamiki, noise’ rockowych, basowych przełomów, post-jazzowych improwizacji, a tu także, dobrze wkomponowanej w ten tygiel dzikich emocji elektroniki, która brzmi równie analogowo, jak i współcześnie, niemal turntable’owo!

Płytę otwiera silnie sfuzzowany bas, który już na wejściu buduje małą ścianę dźwięku. Po pewnym czasie z tej chmury wydobywa się wrzask saksofonu i beat perkusji, które w kilka chwila są w stanie równie efektownie hałasować. Druga część zdaje się być budowana nad wyraz delikatnie, jak na kanony Bromu - melodia rysowana szczupłym brzmieniem basu. Tuż potem wybrany zostaje kierunek – połamany rock w tempie marsza z bystrymi, syntetycznymi improwizacjami. Trzeci odcinek, to niemal klasyk – speedpunkowa sekcja śmierci, drony elektroniki i post-jazzowy skowyt altu. Z kolei część czwarta, to nieco inne rozdanie. Utwór toczy się pod dyktando elektroniki, która pokazuje wszystkie swoje oblicza. Bas jak zwykle kreśli zygzaki, a finał opowieści wlecze się wyjątkowo powoli z posmakiem zdrowej psychodelii. Piąty numer, najdłuższy, to jakby przegląd estetycznych zainteresowań kwartetu. Muzycy toną w ciągłej zmianie - jak hieny krążą nad zgliszczami muzycznych gatunków, które stawiają na emocje i nie zdejmują bez potrzeby nogi z gazu. Biorą z tego, co im się podoba i techniką upside down podają jako swoje specjały. Tempo karabinu maszynowego powraca w części szóstej, w a siódmej Brom efektownie funkuje! Bas tańczy i swawoli, obok funkowe riffy generuje … gitara (?), a reszta załogi tylko dorzuca do ognia, wijąc się serpentynami z dołu do góry i z powrotem. Wreszcie finał – szybka palcówki na basie i spowolnione oddechy saksofonu i perkusji. Kilka powtórzeń, dwie sekundy zawahania i ostateczny skok w przepaść! Highway to the end and noise for ever!

 


wtorek, 22 września 2020

Darrifourcq, Hermia, Ceccaldi and … Kaiju Eat(s) Cheeseburgers!


Zapraszamy na krytycznie interesującą przygodę muzyczną związaną z jedzeniem … cheeseburgerów! Nim jednak przeniesiemy się do belgijskiego studia nagraniowego, by posłuchać, co ma nam do zagrania dwóch Francuzów i jeden Belg, potrzebna jest drobna introdukcja. Mała opowieść o tym, jak wytrwany szperacz i poszukiwacz ciekawych dźwięków po raz kolejny znalazł coś wartościowego w oceanie muzyki produkowanej przez improwizatorów - na całym świecie, w każdej sekundzie naszej pokrętnej reality.

Trzy lata temu w odtwarzaczu redakcji pojawiło się nagranie Lignes de Crêtes (Clean Feed, CD 2017), firmowane przez francuskiego klarnecistę Jean-Brice’a Godeta, którego w żmudnym dziele kolektywnej, wyważonej improwizacji wspomagali – świetne nam znany kontrabasista Pascal Niggenkemper i …. zupełnie nierozpoznawalny dla nas wówczas drummer Sylvain Darrifourcq. Płyta definitywnie nas zachwyciła (po prawdzie nikt nie wie, dlaczego jej recenzja ostatecznie nie trafiła na łamy Trybuny), była bowiem świetnym dowodem rzeczowym w nieustającej dyskusji wewnątrzredakcyjnej na temat jakości artystycznego współistnienia dźwięków żywych i syntetycznych w muzyce improwizowanej. Dowodziła niezbicie, iż owo współistnienie potrafi przybierać fantastyczną postać. Niewątpliwie kluczową w tym dziele była rola perkusisty, który choć nie korzystał w zasadzie z elektroniki, pięknie korelował się z brzmieniami, które generował kontrabasista przy użyciu kilku kabli i paru tajemniczych obiektów. Rzeczony perkusista korzystał także z cytry (zither), której rezonujące brzmienie kapitalnie łączyło się z żywym klarnetem i wspomaganym elektronicznie kontrabasem.

Wasz recenzent po następnych dwóch latach trafił na kolejną płytę z udziałem Darrifourcqa (dodajmy, iż muzyk w tzw. międzyczasie przewinął się przez orkiestrę Eve Risser!). Tym razem było to nagranie God At The Casino (Babel, CD 2015), w trakcie którego Sylvain spotkał Valentina Ceccaldiego na wiolonczeli (yeah!) i kolejną wówczas dla redakcji tajemniczą postać – saksofonistę Manuela Hermię. Scenariusz znów się powtórzył. Doskonała płyta (choć bardzo odległa estetycznie od improwizacji u boku Godeta), szczere zachwyty m.in. nad umiejętnym wplątywaniem wątków syntetycznych w brzmienia żywych, rozimprowizowanych instrumentów i … brak recenzji (oj, brakuje czasu i miejsca na opisywanie starych płyt, czyż to nie jedno z największych przekleństw recenzenta muzyki improwizowanej?). Uff… do brzegu! Dokładnie w ostatni piątek swoją premierę miała nowa płyta tria, o którym przed momentem wspomnieliśmy!

 


Panie i Panowie!

Sylvain Darrifourcq na perkusji, instrumentach perkusyjnych i cytrze, Valentin Ceccaldi na wiolonczeli i Manuel Hermia na saksofonie tenorowym! Krążek zwie się Kaiju Eats Cheeseburgers, a na nośniku CD dostarcza go label Hector/ Full Rhizome. Pięć kompozycji (a jakże!), 42 minuty i jedna sekunda.

Podobnie, jak w przypadku pierwszej płyty, trio produkuje swoją improwizowaną muzykę na bazie kompozycji przygotowanych przez każdego z muzyków. To na ogół zapisy struktury utworów, tudzież przebiegów improwizacji, ale czasami niezwykle precyzyjne. Istotą bowiem muzyki tria jest chwilami niezwykle rockowa gra wiolonczelisty i perkusisty, w którą wplata się permanentnie improwizujący saksofonista. Kompozycje każdego z muzyków - już po poznaniu dwóch płyt grupy - są z miejsca rozpoznawalne. Utwory Ceccaldiego bazują na ostrych riffach wiolonczeli, która na ogół prowadzi narrację i nie stroni od rockowych, by nie rzecz hc-punkowych schematów prowadzenia rytmu i kształtowania dynamiki. Utwory Darrifourcqa koncentrują się na obudowywaniu perkusyjnej narracji tysiącami wspaniałych dźwięków i innych struktur para rytmicznych (muzyk potrafi generować na cytrze niebywałe frazy, które rezonują, wpadają w mantryczne repetycje, potrafią chwilami brzmieć niemal syntetycznie, zwłaszcza w korelacji z masywnym, na poły rockowym drummingiem). Wreszcie utwory Hermii – spokojne, medytacyjne, nastawione na moc swobodnych improwizacji, kapitalnie uzupełniają temperamentne i gotujące się z emocji utwory kolegów. A najbardziej niebywałym zjawiskiem tego akurat tria jest jego brzmienie – muzycy, którzy grają wyłącznie na akustycznych instrumentach (na nowej płycie Sylvain nie sięga po elektronikę), potrafią brzmieć, jak prawdziwy rockowy band, zaprawiony odrobinę subtelniejszą meta elektroniką. Ale dość tych przemówień, Panie Recenzencie, zajrzyjmy wreszcie do środka! Here it is!

Kaiju Eats Cheeseburgers. Słowo się rzekło – masywny riff wytryskuje spod smyczka wiolonczeli i wzywa pozostałych na rykowisko! Perkusja idzie w ślad za nim, lepi się do gryfu i stawia rockowe stemple mocy. Saksofon oddycha na boku i śle garść zalotnych fraz. Od startu emocje, pot i … niemal diabelska precyzja. Połamane frazy sekcji rytmu i duchowa swoboda dęciaka. Cello brzmi jak gitara basowa, praca perkusji przypomina mały nalot dywanowy. Pierwsze wytłumienie przychodzi już w połowie czwartej minuty. Wiolonczela repetuje, saksofon preparuje, a perkusjonalne błyskotki budują zmysłowe slow motion. W połowie siódmej minuty nowy riff z gryfu strunowca - perkusja uczepiona u boku, saksofon zaczynający śpiewać. Wszystko pachnie dobrym fussion, po czym nabiera free jazzowego ognia i perfekcyjnie gaśnie.

Ma-rie Antoi-nette. Na wejściu suche drony szeleszczących strun, w tle płynny saksofon. Spokojna opowieść, która już na tym etapie ma swój wewnętrzny rytm. Pierwsze dźwięki talerzy pojawiają się dopiero po upływie trzech minut, ale w ułamku sekundy wkładają rockowy drive w szprychy leniącej się narracji. Jeszcze przed upływem piątej minuty flow, budowany riffem wiolonczeli, wchodzi w stadium kompulsywnego, rockowego powtórzenia, które kipi emocjami i zdrowym pomyślunkiem dramaturgicznym. Muzycy osiągają stan zwinnego galopu – saksofon gra jazz, sekcja grzmi dobrym post-rockiem. Na sam koniec płoną już ogniem, dewastowani połamanym rytmem cello i perkusji.

Disruption. Uff… zaczynamy niemal w ciszy. Talerze? Miski? Szarpanie za struny? Drony z werbla? To smyczek, czy może oddech z dna tuby saksofonu? Coś pulsuje, czy to cytra? Tajemnica zdaje się tu gonić tajemnicę. Repetytywna, nieistniejąca post-elektronika buduje zmysłową opowieść, która stawia wyłącznie znaki zapytania. Na scenie trzy, chwilami cztery instrumenty akustyczne, a słuchacz wydaje się być kompletnie zagubiony, nie jest bowiem w stanie wskazać źródła większości dźwięków. Drony, migotania, szmery i szelesty. Sylvain włącza tryb deep slow drumming, który porządkuje opowieść i nadaje kierunek jej marszu. Trio osiąga ostatni dźwięk z miną niewiniątka.

Bye Bye Charbon. Agresywny riff z wiolonczeli gwałtownie wytrąca nas z letargu poprzedniej, niemal trzynastominutowej kompozycji. Jego hc-punkowe przełomy do pary z perkusją obudzą nawet umarłego! Saksofon stroni od emocji, repetuje i czeka na przebieg zdarzeń. Niesiony rockową ekspresją kolegów Hermia włącza jednak przerzutkę free jazzową. Wszystkie instrumenty wchodzą na poziom zdrowego, niczym nieskrępowanego hałasu. Emocje sięgają zenitu. Drobne, repetujące pizzicato wiolonczeli w ramach dramaturgicznej niespodzianki, kilka hc-punkowych przełomów i płynnie docieramy do ostatniej części….

Collapse in Sportswear. … która rodzi się w tajemniczej poświacie post-drummingu. Cytra proponuje pulsacje, ktoś bije w struny tuż przy samej podłodze. Small percussion buduje dronową poświatę. Cały flow zaczyna ociekać elektroakustyką, drży, dudni i grzmi, a my wciąż nie znamy źródła zasilania w prąd zmienny. Sylvain, co rusz podrzuca nam jakiś perłowy dźwięk, zaskakuje, rozsyła niezaadresowane pocztówki. Zupełnie nie dostrzegamy, iż saksofon w zasadzie milczy, bądź parska plamami ciszy. Wiolonczela oddycha, czeka na ostatni dźwięk. Mistrzem ceremonii pozostaje perkusista i jego tajemnicze przedmioty.

 

 

środa, 11 grudnia 2019

Points! Marcelo dos Reis, Valentin Ceccaldi, Marco Franco and Luís Vicente!


Exclamation Mark, zupełnie jak Wykrzyknik! Dzwonki, talerze, struny wiolonczeli szarpane łokciem, struny gitary dotykane najmniejszym palcem lewej ręki, wreszcie trąbka, która syczy ze zniecierpliwienia – bogata fauna i flora płynnej, na poły dynamicznej opowieści, budowanej kolektywnie, ognistej ekspozycji post-chamber, która nabiera tempa i intensywności niemal bez udziału muzyków. Pierwszy stopping tuż przed upływem czwartej minuty – małe solo drummerskie, półambientowa gitara i rezonans wiolonczeli, miłosne stękanie trąbki. Tańcząca narracja, upalona zmysłowym barokiem, zdobiona każdym dźwiękiem strun. Po 8 minucie te ostatnie płyną szerokim strumieniem, a trąbka śpiewa doniosłym głosem, mając u stóp cichą, ale galopującą perkusję. Po kolejnych trzech minutach flow kwartetu można już kroić nożem. Gęsty, zmysłowy, pełen niebanalnych świecidełek, z preparującą trąbką, niczym wisienką na torcie. Krzyki, wrzaski i … wykrzykniki – bystry tygiel emocji, który gaśnie na barkach ciężkich strun wiolonczeli.




Question Mark, jakby Znak Zapytania? Małe, rwane frazy, seria pytań i odpowiedzi, akcje i jej reakcje. Czysta, dźwięczna gitara i okrężny drumming, pojedyncze struny cello i cicha tuba trąbki. A gdzieś na samym dnie tej bystrej opowieści rodzi się już podskórny, nerwowy drive! Kwartet pięknie nabiera mocy, głównie dzięki rozszalałej wiolonczeli. Ekspresja, buzujący ogień, niemal w klimatach połamanego rytmicznie post- flamenco! W 7 minucie drobne spowolnienie, garść mocnych, ale pojedynczych fraz, a w roli tłumiącej narrację wciąż bardzo aktywna wiolonczela. Gitara pogłębia aurę spokoju, trąbka cmoka niezobowiązująco. W tle rezonują talerze. Ciągłe stawianie pytań i otrzymywanie błyskotliwych odpowiedzi ma miejsce nawet tu, na granicy ciszy.

Punctuation, a zatem Interpunkcja. Perkusyjna introdukcja, cello traktowane wyjątkowo nisko podwieszonym smyczkiem wysyła drona zwiadowczego. Gitara także wyposażona zostaje w smyczek, a trąbka syczy gardłem muzyka. Jakże tajemniczy moment opowieści, która w mgnieniu oka nabiera dynamiki i obrasta tłuszczem emocji. Całość zdaje się pachnieć post-industrialnym powietrzem. Finał osiągany zaś zostaje piskiem wyjątkowo śliskich strun gitary.

Endpoint, bezwględnie Kropka. Gitara łyka garść niewidzialnego prądu, trzeszczy akustycznymi przesterami. Wiolonczela ostrzy struny! What a battle! Trąbka bąbelkuje dopiero pod koniec drugiej minuty. Mimochodem gasi ogień na strunach, a towarzyszy jej amok błyszczących perkusjonalii. Po chwili gitara wyje już smyczkiem, a cello repetuje. Oto jak rodzi się kolejne roztańczone chamber, któremu z każdym przedrostkiem i przyrostkiem byłoby do twarzy. Nie brakuje preparacji na każdym niemal źródle dźwięku. Struny wszakże rządzą i bez zbędnej zwłoki decydują się na mały stopping! Jakże efektowny! Szukanie nowych fonii, jakby w oczekiwaniu na wybór drogi, którą kwartet podążał będzie ku ostatniemu dźwiękowi koncertu. Znów rozbłyskuje prawdziwie upalony barok. Wszystko zdaje się tu śpiewać, choć radość ta ma wyjątkowy molowy posmak. Wiolonczela znów wpada w repetycję, gitarą ją naśladuje, a w tle skomle mały drumming. Trąbka rozrzedza gęste powietrze. Piękna, post-barokowa improwizacja dobiega swych dni. Kropka.


Points: Luís Vicente – trąbka, Valentin Ceccaldi – wiolonczela, Marco Franco – perkusja, instrumenty perkusyjne, Marcelo dos Reis – gitara, gitara preparowana.  Nagrane na koncercie, 19 maja 2017 roku, Casa das Artes da Fundação Bissaya Barreto, Coimbra. Wydawca: Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2019.

Uwaga! Autor recenzji jest współwydawcą tej płyty.



wtorek, 25 czerwca 2019

Desprez & Rasmussen! Lopes & Guillotine! Nuno! Azul! Stapp & Morris! Torn! KaMaSz! Strętwa! The Real Guitar City as june summary!


Krajowy czerwiec tym razem w aurze tropikalnych upałów, tudzież braków w zakresie wody pitnej i … tradycyjny ból głowy redakcji z nadmiaru bardzo dobrej improwizowanej muzyki! Czas na czerwcową zbiorówkę recenzji płyt świeżych i bardzo świeżych!

Dziś w roli głównej gitara we wszelkich jej wymiarach. Będzie głośno, będzie też spokojnie, raczej mniej rocka, więcej swobody i zdrowego pomyślunku. Zaczynamy od zeszłotygodniowej premiery płytowej, potem jeszcze siedem innych, niemal tak samo pachnących, wydawnictw (ledwie jedna datowana na roku ubiegły). Najpierw miting francusko-duński, potem blok płyt z Portugalii, a następnie po dwa wątki amerykańskie i polskie.




Julien Desprez/ Mette Rasmussen  The Hatch (Dark Tree, CD/LP 2019) ‎

Na początek naszej dzisiejszej opowieści niezwykle świeży duet – Desprez (gitara elektryczna) i Rasmussen (saksofon altowy) – postaci bardzo już medialnych, jak na reguły europejskiej muzyki improwizowanej i prawdziwie energetyczna porcja dźwięków, której nadali zgrabny tytuł Właz. Przy okazji odnotujmy powrót do działalności edytorskiej francuskiego Dark Tree Records (Happy to see you again, Bertrand!). Siedem bardzo swobodnych historii o istocie dźwięku, których odsłuch zajmie nam dokładnie trzy kwadranse bez dwóch sekund (koncert z września 2016 roku - Music Unit, Montreuil, Francja).

Roztańczony, free jazzowy alt i gitara z dużym prądem, która z lisią zręcznością pląsa wokół i zwinnie improwizuje – oto aktorzy, z którymi skaczemy w ogień żarliwego free improv, granego z dużą klasą, wyczuciem formy, budowanego w atmosferze bardzo dobrej komunikacji wewnętrznej. Sowity duet, mocny przekaz, brak dramaturgicznych wątpliwości – już po minucie muzycy bez trudu wchodzą w pierwsze mikroeskalacje, kreują dźwięk, który ma brzmienie, siłę wewnętrzną i nieodparty urok osobisty. Po kolejnej minucie pierwsze garście hałasu i rytm, który podaje Julien. Mette tańczy wokół niego, zalotnie spogląda w stronę gitarzysty i zdaje się być po brzegi ust naładowana emocjami. Po chwili przerwy już niemal gada do niego przez ustnik, a alt, niczym taśma przesyłowa, ubarwia narrację dętym … notokiem. Gitarzysta nie pozostawia tego bez reakcji – tryska różnorodną fonią, aż iskrzy na scenie. Liczy ołowiane struny, kreuje nowe plamy hałasu, wchodzi w krótkotrwałe imitacje, a na finał buduje zmysłowy dron. Trzecia historia zdaje się być sucha na wiór – alt mimowolnie prycha, gitara grzmi i mruczy. Kierunek działania – preparacje. Dość szybko narracja osiąga niemal industrialną gęstość. Od ciszy po hałas, pasmo jedynie słusznych decyzji dramaturgicznych. W 6 minucie symfonia wysokich dronów, potem odrobina zalotnych spojrzeń – szorstka, męska zabawa obojga płci.

Czwartą opowieść buduje czysty, ekspresyjny alt. Gitara podaje rytm i brzmi niczym czereda groźnych basów. Oto początek ballady dla złych. Z każdą sekundą sieć dźwięków gęstnieje, nabiera brudu i smoły w brzmieniu. Alt ciągnie ku górze coraz intensywniej, niemal spirytualnie. Na gryfie kawalkada wydarzeń, mrok fonii, która rozbłyska ogieniem. Corowy numer płyty kończy się krzykiem, poprzedzonym paradą hałasu i eksplozją temperamentów obu muzyków. Chwila odpoczynku tuż potem – dialog krótkich fraz, gitara niczym maszyna wysokoprężna (tu nie ma dźwięku, którego nie można by zagrać), alt raczej dba o niuanse brzmieniowe, ale w ramach kropki nad „i” daje do wiwatu! Szósta historia znów stawia pióro recenzenta do pionu – dynamiczny potok suchych westchnień wprost z rozgrzanych dysz altu zostaje świetnie komentowany przez filigranowe, metaliczne dźwięki z gryfu. Mette ciągnie flow pod sklepienie niebieskie, potem Julien łamie go zmyślnym meta rytmem. Tańce, swawole i obopólne drony na wytłumieniu. Wreszcie sam finał tej ekscytującej podróży – parada szumów z tuby i milczącego amplifikatora. Efektowne intro, z którego wyłania się post-industrialna kawalkada coraz bardziej wilgotnych fonii. Po krótkim stoppingu, zabawa w sonorystykę użytkową, tuż nad gęstym strumieniem modulowanego basu. Last minute – szorstki tembr altu ginie w siarczystym dronie, budowanym przez zakrzywione fale radiowe, wprost z umęczonej gitary, odciętej od zasilania.




Guillotine  Guillotine  (Clean Feed, CD 2019)

Przed nami melanż portugalsko-francusko-norweski, wydany, co widać powyżej, w kraju tej pierwszej nacjonalizacji. Pod jakże ostrym tytułem własnym spotykamy trzech muzyków: Luís Lopes – gitara elektryczna, Valentin Ceccaldi – wiolonczela (uwaga! podłączona pod prąd wielkiej mocy!) oraz Andreas Wildhagen – perkusja. Nagranie z czerwca ubiegłego roku, Golden Poney Studios w Lizbonie. Cztery improwizacje, 42 minuty i 4 sekundy.

Choć spodziewamy się po Gilotynie sporej dawki zdrowego hałasu (co w istocie rzeczy stanie się naszym udziałem), pierwsze trzy minuty upływają nam w potoku ambientowej niemal ciszy, budowanej na talerzach zestawu perkusyjnego. Gitara i cello na finał tej zaskakującej rozbiegówki uderzają w dzwon narracji niezwykle silnie i pieśń otwarcia toczyć się może właściwym torem. Pierwsze wrażenia są nie dość, że rockowe, to wręcz kraut-rockowe. Wiolonczela brzmiąca niczym metalowa basówka, rozchełstana gitara, skora do wszelkich figli, masywna perkusja. Na przeciwległych flankach oba strunowce toczą małą wojnę, kto głośniej. W 9 minucie, to gitara milknie jako pierwsza. Po dwóch minutach powraca, a siła rażenia tego powered power trio zdaje się być jeszcze większa. Wybrzmiewanie też z nutą zaskoczenia – najpierw harsh-ambient, potem klimat z Woodstock, tego właściwego, sprzed 50 lat. Druga część nie może nie zacząć się łagodnie. Cello prycha pizzicato, leniwe talerze komentują. Znów muzycy potrzebują niemal trzech minut, by wejść na wyższy poziom obrotów. Pierwsza w taniec idzie - oczywiście - wiolonczela! Kardynalny rytm ze smyka nie pozostawia wątpliwości. Gitara kłębi się i swawoli, perkusja trzyma sztamę z cello. Piękna, zdrowa, rockowa kipiel w strumieniu swobodnej improwizacji! Emocje i ponadgatunkowa przepychanka trwa parę chwil, a pojednanie smakuje wyrafinowanym noise!

Trzecia historia rodzi się z ciszy i szumu wystudzonych amplifikatorów. Obcierki i polerki, czekanie na sygnał do wzmożenia aktywności. Proces zdaje się być cokolwiek przewlekły. Gitara szuka inspiracji na południu Iberia, talerze tyczą szlak donikąd. Rodzaj meta ballady, granej the day after. Bogata ekspozycja cello na tle leniwego szczoteczkowania. Sygnał do ataku zostaje dany dopiero w 8 minucie. I znów leje się rockowa krew – rytm ze smyka, psycho-guitar, drive drumming i finał w hałasie. Czas na zmyślnego rozchodniaczka, mniej niż pięć minut, które rozpoczyna cello frazując na jazzowo. Narracja toczy się na delikatnie złamanym rytmem, z drobną synkopą. Dobre momenty perkusisty, śpiewająca gitara i czas na gaszenie płomienia, swobodnie rozbujanego na ostatniej prostej Orgasmic Dance.




Jorge Nuno/ Rômulo Alexis/ Victor Vieira-Branco/ Rafael Cab  Connection (Creative Sources/ Big Papa Records, CD 2019)

Kontynuujemy wątek portugalski. Gitarzystę Jorge Nuno poznaliśmy niedawno przy okazji jego ogniście rockowych, psychodelicznych improwizacji. Dziś zapraszamy na spotkanie z całkiem wyswobodzoną improwizacją. Przenosimy się do brazylijskiego Sao Paulo, gdzie muzyk bardzo skutecznie poszukiwał interesujących Koneksji artystycznych. W ramach kwartetu towarzyszyli mu w tym zacnym dziele: Rômulo Alexis – trąbka i elektronika, Victor Vieira-Branco – wibrafon oraz Rafael Cab – perkusja. Nagrania studyjne (data nieznana), pięć utworów, 42 minuty i 9 sekund.

W ramach introdukcji wytłumiona gitara i rezonujący wibrafon prowadzą niebanalny dialog. Po minucie brudna trąbka, wsparta perkusyjnymi zgrzytami, burzy ład i sieje dobry ferment. Rodzaj fussion grane bez pięciolinii, z ambicjami w zakresie dalece swobodnej improwizacji. Oryginalna, post-psychodeliczna gitara w towarzystwie dalece kompetentnych instrumentalistów. Bez pośpiechu, na dużym luzie, no i trąbka, która już na starcie brzmi niczym upalony klarnet basowy (muzyk będzie siał podobny dysonans poznawczy niemal przez całą płytę). Drugi numer skaluje dynamikę, a muzycy ochoczo ruszają na podbój świata. Aktywny drumming, szybki wibrafon, riffująca gitara, która zaczyna już poszukiwać dubowej przestrzeni. Na finał tej trzyminutówki ostra kipiel na gryfie. Trzeci numer zaczyna trębacz. Jego instrument brzmi tym razem, jak baby toy, gumowa kaczka. Ponownie bystry perkusista i swawolny gitarzysta budują dobry flow. Wokół moc tajemniczych, post-akustycznych dźwięków. Nuno zdaje się stać nieco z boku, raczej stymuluje młodszych kolegów do improwizacyjnych bojów. Na finał tej części gra jazzowe duo z wibrafonem.

Część czwartą, choćby z racji długości trwania, uznać można za kluczową Koneksję. Na wejściu trąbka brzmi jak trąbka! Dwa słowa ze strony wibrafonu i przyczajona gitara, która grzeje piec. Po niemal trzech minutach Nuno daje sygnał do gęstego galopu. Garść psychodelii, trąbka, która już zdążyła zamienić się w saksofon sopranowy, wreszcie czupurna meta sekcja wibrafonu i perkusji. Free rock like fired fussion! W okolicach 7 minuty małe wytłumienie i bardzo udane poszukiwanie nowej formy. Szczypta ambientu z gitary i bukiet bardzo swobodnych improwizacji pozostałych instrumentów. W 10 minucie na gryfie strzeliste wichry wojny – prawdziwy popis Nuno, który stanowi introdukcję to kolejnego galopu. Na finał odcinka improwizacyjne rozlewisko wyłącznie udanych dźwięków. Ktoś podśpiewuje, ktoś bawi się przetwornikami gitarowymi. Brawo! Wreszcie pieśń zamknięcia, również rozbudowana czasoprzestrzennie. Trąbka, gitara na dużym pogłosie, oddech wszechświata. Dla przeciwwagi aktywny drumming i zmysłowe tło wibrafonu, który brzmi niczym marimba. Zmiana goni zmianę. Ogień i woda, krzyk i dub. Po 6 minucie plamy psychodelii, a finałowe wytracanie mocy pod światłym przewodnictwem, doskonałego na całej płycie, trębacza! Ostatnie dźwięki należą do gitary, swobodnie płynącej na nostalgicznym pogłosie.




Carlos Bica & Azul  ‎Azul In Ljubljana (Clean Feed, 2018)

Po trzech porcjach sporych emocji, definitywnie zasłużyliśmy na kilka chwil jazzowego relaksu. Przed nam trio Azul, któremu szefuje od dawien dawna portugalski kontrabasista Carlos Bica. W dziele budowania dobrych melodii i zwinnych, niezobowiązujących improwizacji, wspomagają go - niemiecki gitarzysta Frank Möbus i amerykański drummer Jim Black (onegdaj ikona improwizowanej perkusji). Koncert ze słoweńskiej Ljubljany z roku 2015, dziesięć kompozycji (!), 54 i pół minuty.

Piłkę do gry wprowadza ciepło brzmiący gitarzysta, który nie jedno piwo wypił w towarzystwie Billa Frisella. Wtóruje mu kontrabas, prowadzony bardzo silną ręką i dość prosty, para rockowy drumming. Muzycy z godnym podkreślenia ładem i spokojem, grają coś na kształt bluesa, któremu nigdzie się nie śpieszy. All that jazz z gitarą, która w fazie improwizacji potrafi pokazać lwi pazur. Drugi utwór brzmi niemal pop-rockowo, można podśpiewywać i tupać nogą, ale dramaturgii wydarzeniu znów dodaje iskrzącą na zakrętach gitara. Trzecią historię można skwitować określeniem dobry jazz użytkowy. Na czwartą, najdłuższą, zdecydowanie warto jednak nadstawić ucha – bas zwinnie repetuje temat, gitara płynie szczeliną transu, z posmakiem zadumy i kiściami saudade pomiędzy strunami. Prosta, wyjątkowo urokliwa i niezwykle melodyjna ekspozycja. W piątej piosence warto podkreślić pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu. Po chwili wstępu trio idzie w półgalop, zwinnie kreowany przez mocny flow basu i delikatnie psychodelizującą gitarę. W improwizacjach muzycy osiągają nawet stan pełnego galopu. W kolejnym utworze jest dokładnie odwrotnie - temat budzi nas do życia, improwizacje zaś usypiają.

O ile siódmą kompozycję znów możemy zapisać po stronie nudy, o tyle sam finał płyty, jego trzy ostatnie akordy, to bez wątpienia perły w tej nieco ciernistej koronie. Ósma kompozycja, to dwuminutowa galopada, niemal speedowa gitara, full drumming i kontrabas, który ma jeszcze czas, by parę razy ciekawie zapętlić narrację. W kolejnej pieśni intrygująca jest linia melodyczna kontrabasu, a gitara, która znów przypomina Frisella, na ostatniej prostej delikatnie eksploduje. Wreszcie sam finał – znów bardzo dynamicznie, z progresywnym drummingiem i doskonałą linią melodyczną gitary, która lekko zmutowała swoje brzmienie. Ekspresyjne, rockowe solo dla podkreślenia ładunku emocji, jakie niesie zakończenie płyty.




Ben Stapp/ Joe Morris Feat. Stephen Haynes  ‎Mind Creature Sound Dasein (Fundacja Słuchaj! ‎CD, 2019)

Duży krok przez Wielką Wodę i jesteśmy w studyjnej części słynnego amerykańskiego Klubu Firehouse 12. Młody adept sztuki improwizacji (poniekąd uzurpujący sobie prawo do tytułowania go twórcą muzyki zawartej na płycie), tubista Ben Stapp (także euphonium i inne przedmioty akustyczne), jego starszy kolega, co ważne dla przebiegu dzisiejszej opowieści - gitarzysta, Joe Morris i wspierający obu Panów w czterech utworach, kornecista Stephen Haynes. W listopadzie 2017 roku muzycy zarejestrowali 11 fragmentów, których odsłuch zajmie nam 63 minuty i 6 sekund.

Tuba bywa zaskakującym akustycznie zwierzem instrumentalnym, tu zamiennie stosowna z jej odrobinę tylko mniej masywnym wydaniem, czyli euphonium, zatem moc wrażeń fonicznych będzie z nami od pierwszej do ostatniej minuty płyty. Zaczynamy bawolim porykiwaniem na skraju puszczy i szczyptą wciągania nosem dość chłodnego jeszcze powietrza. Na przeciwległej flance (tu, lewej), spokojna gitara o delikatnie zabrudzonym brzmieniu. Dęty dron i klasycyzująca gitara – pieśń otwarcia za nami. Drugi utwór trzyma klimat wstępu, pachnie nawet lekko wygłodniałym jazzem. Swobodna wymiana poglądów i myśli. Trzecia część zaprasza nas w głąb gęstego lasu – szczypta sonore z tuby, która po chwili brzmi jak saksofon, obok Morris, który liczy struny na gryfie i rysuje meta pętle. Duża zmienność akcji, technik artykulacji i sposobów prowadzenia dialogu. Kreatywność Stappa na krzywej wznoszącej – pod koniec odcinka sprawia wrażenie, jakby grał przynajmniej na trzech instrumentach.

W czwartym odcinku do gry wchodzi kornet (uczyni to jeszcze trzykrotnie i dodajmy od razu – każdorazowo podnosząc jakość improwizacji, który choć jest – wedle słów wydawcy – zaplanowana, to jednak w praktyce sprawia wrażenie dalece swobodnej). Pierwsza piosenka w trio jest dość dynamiczna – tuba stawia na innowacje, gitara na tradycję, kornet zaś ochoczo podśpiewuje. W kolejnym – więcej spokoju, artystycznego lenistwa i niebanalnego niechlujstwa. Stapp dmie w euphonium, Haynes całuje zimne powietrze, Morris ślizga się po strunach i szuka psychodelii. W szóstym epizodzie powracamy do formuły duetu – strumienie niskich pasm dźwięków, trochę zabawy i dużo luzu. W siódmym znów do gry wchodzi kornet – ze strony wszystkich muzyków więcej agresji, wysokich, zadziornych fonii, odrobina preparacji. Na flankach ciężka praca, po środku (kornet!) dzikie igraszki. Morris zdobi opowieść wąskim pasem transu.

Kolejne trzy opowieści, to znów duet. Ósmy razi spokojem ducha i stylowością narracji, dziewiąty wprowadza nowy akcent – Morris sięga po smyczek i brzmi jak stylowe, barokowe skrzypce. Gdy ten ostatni wpada w taniec, jego partner zdaje się rozdzierać szaty i zmysłowo prosić o łyk wody. Moc ekspresji jest udziałem obu artystów. W dziesiątym euphonium złorzeczy, gitara (jak bałałajka) śle wyłącznie pozytywny przekaz. Wreszcie rozbudowany finał tej chwilami doskonałej płyty – kilkanaście minut emocji, na powrót w trio! Garść filigranowych ekspozycji - gitara atakuje z zaskoczenia, kornet czyści wentyle, dęciak snuje epicką opowieść bez tytułu. Zdaje się, iż mistrz Bill Dixon stoi na kurtyną i bije gromkie brawa. W 6 minucie gitara nabiera siarczystości, dęciak popada w trans, a kornet snuje piękne, dixonowskie zakończenie. Liczenie strun gitary w ramach dźwięków ostatnich.  




David Torn/ Tim Berne/ Ches Smith  Sun Of Goldfinger (ECM Records, CD 2019)

Kontynuujemy wątek amerykański. Jeden z naszych historycznie ulubionych saksofonistów, Tim Berne, w towarzystwie swoich niemalże stałych partnerów, z których gitarzysta - David Torn (także elektronika i live-looping) - zdaje się tu być postacią najważniejszą. Formułę tria uzupełnia perkusista Ches Smith (także elektronika i tanbou). Panowie grają w trio dwa dość swobodnie improwizowane utwory (choć zapewne nie bez scenariusza), które na płycie przedzielone zostały inną, rozbudowaną kompozycją Torna. W tej części wzięli także udział: Craig Taborn na fortepianie (również elektronika), dwóch gitarzystów – Mike Baggetta i Ryan Ferreira oraz smyczkowy Scorchio Quartet. Nagrania pochodzą z lat 2015 i 2018 – łączny czas, to 69 minut bez trzech sekund.

Bogata w dźwięki i rozwiązania dramaturgiczne narracja toczy się na triowych utworach na wielu płaszczyznach, kreowana przez bardzo zmienne parametry aranżacyjne. Gitara obrośnięta elektroniką, syntetyczno-akustyczny drumming z niebanalnymi elementami percussion, wreszcie saksofon altowy, jedyny w swoim rodzaju, natychmiast rozpoznawalny, choć w warstwie dźwiękowej niczym niezaskakujący dla obeznanych w temacie. Jeśli pamiętamy flirty Berne’a z elektroniką w ramach takiej choćby formacji, jak Science Friction, nic na tej płycie nie powinno być dla nas nadmiernie obce. Muzyka toczy się bardzo plastycznie, decyzje podejmowane są kolektywnie, a cała trójka czuje się doskonale w formule improwizacji. Tu, począwszy od 5 minuty, flow opowieści gęstnieje z sekundy na sekundę, głównie z inicjatywy alcisty. Każdy z muzyków, sukcesywnie, dokłada do tej wspólnej historii własne, ciekawe wątki. Po 13 minucie masywność dźwięków każe nazwać całość niemalże free jazzowym industrialem. Warta podkreślenia jest także harsh-rockowa ekspozycja Torna (17-18 minuta).
  
Introdukcja drugiej części, tej skomponowanej, jest czyniona z niezwykłym, niemal filharmonicznym rozmachem. Instrumenty smyczkowe grają temat, reszta komentuje i sieje stylistyczny ferment. Z narracją zasadniczą mamy do czynienia po upływie 5 minuty. Jeśli trio grało na bogato, to w rozbudowanej formule mamy już prawdziwie barokowy przepych, a całej opowieści (ponad 22 minuty), z pewnością dobrze zrobiłyby nożyce cenzorskie. Szczęśliwie w drugiej części utworu, trio zasadnicze przejmuje stery i ucho bardziej wymagającego odbiorcy ma się czym nacieszyć. Świetne zmiany daje Berne, ciekawie i wysoko eksponuje się gitara, a Smith sięga po etniczny instrument perkusyjny tanbou i dolewa oliwy do ognia. Warto też skupić uwagę nad onirycznymi, półambientowymi przebieżkami gitary (16-18 minuta), a także docenić, iż każdorazowe użycie elektroniki (uwaga dotyczy całej płyty) znamionuje rozwaga i artystyczna wyrazistość.

Na finał płyty (znów ponad 20 minut) powraca formuła tria. Znacząca część tej opowieści toczy się leniwie, nieco ślamazarnie, ale niepozbawiona jest momentów godnych uwagi. Alt zaczyna brudnym brzemieniem, nie brakuje ambientu i dobrze stosowanego pogłosu. Oczywiście wciąż pomysł goni tu pomysł, czasami warto by było powściągnąć kreację, ale nagrania słucha się bardzo dobrze. Muzycy zagęszczają flow dopiero po 11 minucie. Po kolejnych kilku minutach delikatnie stopują i rozpoczynają budować nową opowieść, która sukcesywnie gęstnieje aż do osiągnięcia stanu ciekłego ołowiu, dodatkowo podszyta połamanym rytmem syntetyki. Na finał scenę opanowuje ogień emocji, a dźwięki pachną dobrym noise. Gaszenie płomienia spoczywa na barkach altu – Berne, jak zawsze, jesteś tu mistrzem!




KaMaSz - Kądziela/ Mazurkiewicz/ Szmańda  Eight rocks from grandma's box (Multikulti Project, CD 2019)

Finiszujemy w ramach dzisiejszej zbiorówki świeżynek, czas zatem na akcenty krajowe! Marek Kądziela – gitara i elektronika, Jacek Mazurkiewicz – kontrabas i elektronika oraz Krzysztof Szmańda – perkusja i instrumenty perkusyjne, czyli trio KaMaSz i Osiem skał odnalezionych w skrzynce babci (dodajmy, po czteroletnim leżakowaniu). Muzycy donoszą, iż all music composed by, my zaś niezwłocznie uzupełniamy – in fully improvised way. Odsłuch całości zajmie nam 42 minuty i 14 sekund.

Pierwsza skała składa się z iskierek gitary, mocnego tembru kontrabasu i talerzowych zdobień, dozowanych z dużą swobodą i sporą dawką powietrza. Flow trzyma w rękach kontrabas, gitara udanie szuka psychodelii, a całość stanowi zaczyn do fussion jazzowej przebieżki. Narracja budowana ze smakiem, bardzo kolektywnie. Druga skała, a także – uprzedźmy przebieg wypadków – siódma skała odwołuje się do jazzowego idiomu, pachnie swingiem i śmiało nadaje się do tańca i tupania nogą. To dźwięki, które słyszeliśmy już na wielu płytach, mniej lub bardziej utytułowanych kolegów naszych muzyków. Zatem z radością przechodzimy do omówienia tych mniej przewidywalnych odcinków kamaszowych fonii. Trzecia skała zdaje się ginąć w elektroakustyce gitary i kontrabasu. Smakuje analogiem, mgławym ambientem, dobrym pomysłem gitarzysty, nie do końca podchwyconym przez partnerów.

Prawdziwe dobro na tej płycie zaczyna się od skały czwartej - gitarowe plamy zanurzone w elektronice, pojedyncze grzmoty basu, zwinne perkusjonalia.  Kądziela cudownie rozpływa się w psychodelii, a sekcja rytmiczna, niczym klasycy brytyjskiego drum’n’bass, zabiera nas w podróż bez wytyczonego punktu docelowego. Piąta skała daje wytchnienie, budowane ambientem, biciem półrytmu i kontrabasem, traktowanym smyczkiem. Mantra snuje się wokół pokrętnych myśli i dobrych intencji. Mazurkiewicz zdaje się grać na upalonym syntezatorze, co stanowi niebanalny podkład pod rockowe pasmo Kądzieli. Szósta skała wynurza się z ciszy - rezonujące misy, talerze i inne tajemnicze przedmioty. Szmańda ma swoje pięć minut i nie zmarnuje choćby sekundy.

Siódma skała została już skomentowana, czas zatem na finał płyty, który niespodziewanie jest dynamicznym, psycho-rockowym rozchodniaczkiem. Kontrabas proponuje nawet funkowe pochody, na które świetnie reaguje zadziorna i skora do rozróby gitara. Ognisty finał bardzo dobrej płyty, która wyższy status osiągnęłaby niechybnie po kasacji drugiej i siódmej skały. Wybrzmiewanie ciepłą elektroniką i suchą elektryką też zapisujemy po stronie kamaszowych aktywów.




Strętwa Dno (Plaża Zachodnia, Kaseta 2019)

Jeśli na dwóch ostatnio omówionych płytach elektronika była dodatkiem, to na tej płycie będzie ona już sercem i mózgiem narracji, nie bez wszakże kreatywnego udziału gitary, która jest przecież dzisiejszym bohaterem głównym. Strętwa sięga Dna (bynajmniej nie w wymiarze artystycznym!) w składzie: Maciej Maciągowski - syntezator modularny, Paweł Doskocz - preparowana gitara oraz Patryk Daszkiewicz - samplery i czarne myśli (!). Nagrano podczas improwizowanych sesji pewnych ciepłych dni w 2017 roku, w poznańskim Dragonie. Cztery odcinki, 28 minut z sekundami.

Pieśń otwarcia buduje robotyka gitary z prądem, tworzącej dron w towarzystwie masywnej syntetyki. O ile gitara zdaje się śpiewać, o tyle syntetyka trwa, niczym niezniszczalne od ponad 50 lat dźwięki formacji AMM. Myśli i sample, niezależnie od odcienia chwili, siedzą zaś w samym środku opowieści i dygoczą nieśpiesznie. Modular not full string trio w czerstwej powłoce Dna – gęstwiny, zarośla, ślimaki. Drugi odcinek toczy się pod dyktando małej, drobnej, meta melodycznej gitary. Subtelna narracja, okraszana perkusjonalną syntetyką w fazie skromnych preparacji. Jakby dwie dekady temu laptopowy Christian Fennesz miksowany był przez post-technoidalnego Jana Jelinka. Wieczne pętle, choć grane chyba na żywo, sprośna uroda repetycji, zgrzyty post-elektroniki. Pod koniec nagrania modularna ekspozycja delikatnie spycha gitarę na boczny tor, ale tylko delikatnie.

Syntetyka w trakcie trzeciej historii trzyma się mocno. Puste echo trwania dźwięków. Gitara rodzi się z samego wnętrza metafizycznego już Dna. Rysowanie strun za progiem, oniryzm narracji lepiącej się w kwaśny dron. Tuż obok wysokie pasma syntetyki – leksykalnie kategoria noise in progress! Wreszcie czwarta opowieść – u jej progu grzmoty syntetyki, mruczenie gitary traktowanej perkusjonalnie. Z kolejnej płaszczyzny Dna jakby rodziło się nowe pasmo post-gitarowego drona. Pokrętny beat post-post-techno w ramach komentarza. Na ostatniej prostej już tylko syntetyka, z bijącym sercem na zgliszczach żywych dźwięków.