Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barbara Dang. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barbara Dang. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 czerwca 2025

The Circum-Disc’ fresh outfit: Manoeuvres Sentimentales! Barbara Dang & Muzzix!


Francuski label Circum-Disc, prowadzony przez Petera Orinsa, dostarcza regularnie smakowite albumy z muzyką improwizowaną i … nie tylko improwizowaną. Dziś przed nami dwa wysokogatunkowe wydawnictwa, które ujrzały światło dziennie tej wiosny.

Najpierw trio Sentymentalnych Manewrów, które śmiało usytuować możemy w post-jazzie i jeszcze zasiać intrygującą konotację estetyczną z … nowojorskim Downtown z lat 90. ubiegłego stulecia. W naszej pamięci odnajdujemy Zorna w wersji spokojniejszej i plejadę gitarzystów z tamtych ziem i czasów. Drugi album, to kompozycje Michaela Pisaro, definitywnie współczesne, minimalistyczne, wystudiowane, realizowane przez większy skład związany z północno-francuskim środowiskiem/ kolektywem Muzzix, a dowodzony przez Barbarę Dang. W jego szeregach odnajdujemy doskonale znane nam postacie francuskiej muzyki kreatywnej. Dodajmy, co nas szczególnie raduje, że w nagraniu obu kompaktowych krążków brał udział Peter Orins.




Manoeuvres Sentimentales Delightfully Deceitful

Mitterie in Lomme, Francja, marzec 2024: Laurent Rigaut – instrumenty dęte drewniane, Andrea Bazzicalupo – gitara oraz Peter Orins – perkusja. Siedem utworów, 51 minut.

Siedem opowieści ma tu zwartą, dobrze unerwioną budowę - pięć z nich trwa po kilka minut, jedna jest miniaturą, inna zaś trwa kilkanaście minut. Muzycy od samego początku świetnie na siebie reagują, niezależnie czy biją pianę i hałasują (po czynią rzadko), czy nurzają się w ciszy i chmurze post-dźwięków (co czynią ze szczególną radością). Narracje tria często przybierają postać dialogu pomiędzy dwoma instrumentami z czułym, niekiedy dysonującym akompaniamentem tego trzeciego. Efekt dramaturgicznego zaskoczenia jest tu zatem stałym elementem gry. W pierwszej odsłonie ciepły, acz zadziorny saksofon interferuje z matowo brzmiącą gitarą, a subtelny, filigranowy drumming spina ów dyskurs w linearną opowieść. W drugiej części nie brakuje dźwięków preparowanych, szczególnie na werblu i strunach gitary, tuż za jej progiem. W trzeciej mamy kanon free jazzowego sax & drums świetnie kontrastowany gitarowym ambientem, który z czasem przepoczwarza się w post-rockowe monstrum.

Czwarta, najdłuższa opowieść w fazie początkowej zdaje się być nerwową medytacją w mgle niedopowiedzenia. Wraz z upływem minut sugerowany przez Orinsa rytm nabiera barw i natrafia na zgrzytającą gitarę osadzoną w sporym pogłosie. Po okazjonalnie dynamicznej części piątej, w szóstej, najkrótszej historii dęciak i perkusja podrygują plejadami drobnych fraz, z kolei gitara zgrzyta zębami. Ostatnia improwizacja ma dość rozbudowaną fabułę. Otwiera ją free jazzowy dęciak, który napotyka na ścianę talerzowego rezonansu i post-sharpowską gitarę żywcem wyjętą z sugerowanych na wstępie, nowojorskich konotacji. Po czasie opowieść zdaje się zawisać nad przepaścią, szczęśliwie uderzenia perkusyjnej stopy utrzymują tę wyjątkowo atrakcyjną brzmieniowo improwizację przy życiu.




Barbara Dang & Muzzix Michael Pisaro-Liu Tombstones II

Ronchin, Francja, październik 2024: Barbara Dang - dyrekcja artystyczna, fortepian, głos, instrument klawiszowy, Yoann Bellefont – kontrabas, Ivann Cruz – gitara, głos, Raphaël Godeau – gitara, głos, Peter Orins – instrumenty perkusyjne, instrument klawiszowy, głos, Maryline Pruvost – głos, flet, obiekty oraz Christian Pruvost – trąbka, głos. Dziesięć kompozycji Michaela Pisaro-Liu z lat 2006-2010, 52 minuty.

Septet artystów, partytura kompozytora, duża dyscyplina wykonawcza, skupienie, dbanie o szczegóły, narracyjna powolność i precyzja każdego dźwięku. Być może wielbiciele free impro chcieliby doszukać się w tej opowieści w dziesięciu aktach większych emocji, choćby drobnej przestrzeni na granie w poprzek zapisów pięciolinii, ale to nie ta bajka – tu radości z odsłuchu trzeba szukać w innych wymiarach tego spektakularnego przedsięwzięcia dźwiękowego.

Utwory trwają tu od trzech do sześciu minut, z wyjątkiem epizodu siódmego, który zawłaszcza ponad trzynaście minut. Pierwsze trzy opowieści, to jakby kolejne fazy wtajemniczenia. Najpierw strzępy dźwięków cedzone przez zęby, ginące w ciszy, nastawione na minimalistyczny rytuał powtórzenia. Potem frazy stają się dłuższe, ilość instrumentów zaangażowanych w akcję rośnie, a cisza nie jest już elementem niezbędnym dla budowania dramaturgii. W końcu te coraz rozleglejsze w czasie pociągnięcia pędzlem zaczynają wchodzić w interakcje. Cały czas towarzyszą nam ludzkie głosy – to niekiedy śpiew, innym razem wypowiadane słowo, zdanie, także szept, a nawet tajemnicze mruczenie. W procesie wokalnym uczestniczą niemal wszyscy artyści. Całość nie przestaje być jednak martwym marszem na wpół żywych przedstawicieli ginącego gatunku.

W kolejnych częściach opowieść nabiera tajemniczej, ambientowej lekkości. Pojawiają się dźwięki delikatnie preparowane - coś rezonuje, coś szumi lub filigranowo zgrzyta. Na tak zwanym drugim planie, from time to time, pojawiają się frazy, którym moglibyśmy nieśmiało przypisać miano rytmicznych lub post-rytmicznych. W kluczowej siódmej opowieści do zestawu artystycznych środków wyrazu dołączają dźwięki, które przypominają field recordings. Słyszymy odgłosy miasta, szum wiatru i całkiem pokaźną porcję fonii, których źródła nie jesteśmy w stanie w jakikolwiek sposób określić. Sama instrumentacja wydaje się dość bogata, ale utwór grzęźnie w pogorzelisku zaniechania, minimalizmu i narracyjnego chłodu. Ostatnie trzy utwory dodają do bogatej palety brzmień nowe elementy, ale słuchacz może odnieść wrażenie, że septet od początku do końca gra tu jedną frazę głosu wspartego żywymi instrumentami i jedynie ją modyfikuje. Finałowa opowieść grana jest na wydechu, to konanie, umieranie, odchodzenie w cień zakończenia.

 

 

 

 

piątek, 26 maja 2023

The May’ Round-up: Selva! Lai! Made of Bones! Brick Quartet! Nästesjö & Sandell! Orins! Aphar & Cruz! Yamada! Lingua del Sì!


Majowa zbiorówka recenzji gotowa! Zgodnie z wielowiekową tradycją ekstremalnie multigatunkowa, pełna krwistej improwizacji, doposażona w kilka nowych, intrygujących nazwisk do zapamiętania, goszcząca też całą masę naszych dobrych znajomych! Dziewięć ważnych powodów, by poczytać i posłuchać!

Dziś w zestawie duży pakiet nowości iberyjskich, ponadto akcent kanadyjsko-nowozelandzki, trochę Francji, Szwecji i Szwajcarii. Tym razem bez wątków krajowych, ale pewnego lokalnego muzyka doszukamy się w jednej z iberyjskich propozycji!

Słowo się rzekło, zaczynamy w Lizbonie ponadgatunkową porcją ekspresji, potem post-jazzowa Barcelona, znów Lizbona, tym razem równie psychodeliczna, jak fussion-jazzowa, wreszcie free jazz z Kanady. Po tej porcji dość dynamicznych wydarzeń zapraszamy na swobodnie improwizowany duet ze Szwecji, dwie dalece nietypowe propozycje z Francji (choć niemal same znane nazwiska!), kwantowy eksperyment z Barcelony, wreszcie garść swobodnej improwizacji na instrumentach dawnych, tu z krajowym wydawcą!

So welcome to hell and heaven of free impro!



 

The Selva  Camar​ã​o​-​Girafa (Clean Feed, CD 2023)

Namouche Studios, Lizbona, grudzień 2021: Ricardo Jacinto – wiolonczela, elektronika, harmonium (w jednym utworze), Gonçalo Almeida – kontrabas, elektronika oraz Nuno Morão – perkusja, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 39 minut.

Portugalskie trio znamy i cenimy od lat, również za to, iż swoją ponadgatunkową propozycję estetyczną ubiera w zgrabne szaty powabnych, melodyjnych, niekiedy wręcz piosenkowych ekspozycji. Nowa płyta nic tu nie zmienia, może jedynie poszerza i tak już pokaźny zasób stylistycznych inspiracji. Od zwiewnej kameralistyki, przez rockowe emocje, aż po post-akustyczne electro. A wszystko przy użyciu wiolonczeli, kontrabsu i perkusji, oczywiście z istotną podpórką elektroniczną.

Pierwsza piosenka łączy urok post-barokowego śpiewu wiolonczeli z mrokiem kontrabasowych dronów. Wyjątkowo powolne otwarcie nabiera tu tempa dzięki świetnej pracy perkusisty. W drugiej opowieści rytmicznie szarpane struny wprowadzają flow w otchłań prawdziwie rockowych emocji, sfuzzowanego brzmienia i skocznej jak oberek dynamiki. W kolejnej części toniemy w post-gitarowych sprzężeniach, syconych dubowym oddechem niekończącej się przestrzeni dźwięku. Czwarta opowieść, to niemal rockowa piosenka (choć bez tekstu). Rytmiczny flow perkusji, stylowy drive kontrabsu i wiolonczela, która pięknie frazuje niemal czystym tembrem. I jak tu nie pójść w kompulsywne tango? W piątej odsłonie muzycy budują niezwykle filigranową narrację, która szybko odnajduje zasadną dynamikę. Owo post-akustyczne drum’n’bass zaczyna nabierać z czasem niemal elektrycznej gęstości. W tle zaś snuje się urokliwy, mroczny ambient. Ostatnią ekspozycję otwiera post-barokowe cello. Gorące westchnienia nabierają tu mocy, niemal tanecznego kroku, łapią dynamikę i kończą efektowny album w strugach rockowej ekspresji. Ot, i cała Selva!



 

Clara Lai  Corpos (Phonogram Unit, CD 2023)

Rosazul Studios, Barcelona, kwiecień 2022: Clara Lai – fortepian, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Oriol Roca – perkusja. Sześć utworów, 39 minut.

Corpos, to prawdziwie iberyjska perła – Katalończycy w portugalskich barwach! Trio z fortepianem w roli inicjatora, ogniska zamysłów kompozytorskich - wszystko tworzone jednak w klimacie dalece kolektywnej improwizacji. Do tego klasa każdego z muzyków! Świetny album post-jazzu, który doskonale czuje się także w obszarze dźwięków preparowanych i wszelkich dostępnych technik rozszerzonej artykulacji. Osobne brawa dla kontrabasisty, choć na tych łamach, to fakt oczywisty!

Początek nagrania definitywnie jazzowy, z kontrabasem i perkusją w roli introduktorów i bystrym pianem płynącym wprost z gorącej klawiatury. Już druga odsłona wpycha nas w przestrzeń dźwięków preparowanych – smyczkowy dron kontrabsu, wytłumione deep drums i smutne, minimalistyczne piano w kameralnym suspensie. W kolejnej części pianistka sięga po frazy grany inside, a w utworze czwartym buduje rozległą, choć filigranową, post-klasyczną ekspozycję, wyposażoną w ciekawą, nieco zwichrowaną rytmikę. Kontrabas i perkusja wchodzą do gry po kilku minutach z bujny pakietem dźwięków i ekspozycjami solowymi. Piąta improwizacja zdaje się być kluczową pod każdym względem. Inside piano, zmysłowy smyczek i talerze w rezonansie. Muzycy pokonują długą drogę z głębokiej krypty na deszczową powierzchnię racząc nas cudowną paletą powykrzywianych dźwięków. Popisowa rola przypada tu kontrabasiście, który post-barokowym tembrem buduje mroczny, tłusty flow. W roli wisienki na torcie minimalistyczne frazy pianistki. Finałowa opowieść wydaje się nad wyraz delikatna, pełna rezonujących fraz, rodzaj leniwej post-ballady z fortepianem w roli głównej.



 

Made of Bones  Handgun (Phonogram Unit, CD 2023)

Profound Whatever Studio, Pesinho, październik 2022: Duarte Fonseca - perkusja, João Clemente - gitara, Nuno Santos Dias – waldorf oraz Ricardo Sousa - kontrabas. Dziesięć utworów, 40 minut.

Portugalski kwartet złożony z muzyków o całkiem świeżych dla nas personaliach, to intrygująca zabawa w fussion-jazz z udanymi plamami rocka i post-ambientu, smakowicie wiedziona brzmieniem kwaśnego instrumentu klawiszowego zwanego waldorf. Nagranie, składające się z jednej, trwającej cztery dziesiątki minut improwizacji, podzielonej na dziesięć odcinków, pełne jest dramaturgicznych subtelności, a prowadzone w dalece nieśpiesznym, definitywnie portugalskim tempie.

Otwarcie albumu trwa ledwie trzy minuty, a szyte jest ostrym, kolektywnym ściegiem z odpowiednią dawką emocji. Potem artyści zwalniają i zaczynają snuć kwaśną, podszytą dubowym echem opowieść. Okazjonalnie łapią dynamikę, wpadają w zmyślny rytm, sycą improwizację zrównoważoną porcją hałasu. Świetnie czują się w leniwych, choć nerwowych sekwencjach short-cuts (choćby w części czwartej), udanie kreują bardziej melodyjne, jazzowe wątki (m-base’owa gitara w części piątej). W szóstej opowieści najpierw bawią się w małą radiotelegrafię, potem szyją meta balladową narrację, która płynie dość melodyjnym strumieniem. Ciekawie dzieje się części siódmej, która zaczyna się mroku, a klejona jest z drobnych fraz, także sampli. Z czasem opowieść łapie jazz-rockowy drive i zdaje się być jednym z najlepszych momentów płyty. Ostatnie trzy odcinki powracają do leniwego tempa, kreują narrację nadymając dźwięki, a nie szukając dynamiki. Gitara frazuje tu na jazzowo, klawisze płyną strugą ambientu. W końcowej narracji gitarze bliżej jest do estetyki rocka, a waldorfowi do post-psychodelii. Album kończy efektowne spiętrzenie, niepozbawione znamion hałasu.



 

Brick Quartet with Yves Charuest  Passing the Buck (Small Scale Music, DL 2023)

Feu La Passe, Montréal, wrzesień 2015: Jeff Henderson – saksofon altowy, Vicky Mettler – gitara elektryczna, Jacob Desjardins – perkusja, instrumenty perkusyjne, Raphaël Foisy - bas elektryczny, cigar-box-noise-maker & screaming rubber chicken oraz Yves Charuest – saksofon altowy. Trzy utwory, 45 minut.

Ponadkontynentalny, kanadyjsko-nowozelandzki kwartet w towarzystwie znamienitego kanadyjskiego saksofonisty, to kolejna w dzisiejszym zestawie propozycja okołojazzowa. Tym razem wszakże pełna ekspresji, free jazzowych, dętych kawalkad, oparta na sile elektrycznej gitary i takiegoż basu, zatem skora do post-rockowych, tudzież psychodelicznych wycieczek. Koncert ma już osiem lat, ale wiele wskazuje na to, że warto było na niego czekać.

Pierwsze dwie części koncertu są jednym strumieniem dźwiękowym, zatem być może setem głównym spektaklu. Początek jest nieco chaotyczny, rodzaj gry rozpoznawczej. Dość szybko muzycy formują się w szyk free jazzowy, rozhuśtani lekkim wiatrem, ale podążający we wspólnie obranym kierunku. Dwa alty w nieustannej dyskusji, bystra, niekiedy post-rockowa gitara i kompulsywny bas, który tworzy wyśmienitą bazę dla improwizowanych popisów. Jakość brzmienia całego kwintetu nie jest tu perfekcyjna, ale sprzyja free jazzowym emocjom. Pierwsze istotne wytłumienie jest okazją do zmiany numeru traku. Początek drugiej części snuje się na poły hałaśliwymi dronami, nie brakuje w nim ciekawych, preparowanych fraz na gryfach obu gitar. Saksofony krzyczą i dość szybko kierują band ku ekspresyjnemu wzniesieniu. Narracja łyka dużo jazzu, a kończy się niemal brotzmannowską zadumą i melancholią. Finałowa część koncertu wydaje się na tle poprzednich dość filigranowa, przynajmniej w swej fazie początkowej. Leniwe flażolety, saksofonowe oddechy i funkowe grepsy basu, całość zaś doposażona ciekawymi preparacjami perkusisty. Z czasem improwizacja wpada w bystry półgalop, po czym gaśnie nie bez perturbacji związanych z ekspresyjnym zachowaniem gitarzysty.




Johannes N​ä​stesj​ö​/ Sten Sandell  Duo 230204 (Bandcamp’ self-release, DL 2023)

KoncerKirken, Szwecja(?), luty 2023: Johannes Nästesjö – kontrabas oraz Sten Sandell – fortepian i głos. Jedna improwizacja, 31 i pół minuty.

Studyjnym nagraniem tych dwóch wspaniałych szwedzkich improwizatorów zachwycaliśmy się nie dalej, jak kilka tygodni temu. Teraz powracają do nas z nagraniem koncertowym, popełnionym minionej zimy, zapewne w ramach promocji albumu Duo akt I-VIII. Ledwie kwadranse z sekundami, a jaki ładunek emocji i jakości!

Duet nie dość, że jest krótki, to jeszcze wiele jego początkowych minut, to solowa ekspozycja pianisty. Czego tu nie ma? Post-klasyczne intro z klawiatury, leniwe, ale niepozbawione ekspresyjnych zdobień, efektowny półgalop, akcenty inside piano, moc czarnych klawiszy, kilka dźwięków głosowych i na finał części solowej pełnokrwista galopada. Kontrabas budzi się do życia rozśpiewanym, post-barokowym smyczkiem, który wchodzi w filigranowe interakcje z pianem, niczym luźna rozmowa przy porannej kawie. Gdy kontrabas przechodzi w tryb pizzicato, opowieść nabiera post-jazzowego charakteru, zdobiona post-klasycznymi akcjami pianisty. Gdy wraca do arco, improwizacja nabiera cech kameralnej wspaniałości. Narracją rządzi wszakże dyktat ciągłej zmiany i każdy z muzyków czuje się w tej sytuacji bardzo komfortowo, doskonale panując nad indywidualną, jak i duetową dramaturgią. Za zmiany tempa zdaje się tu odpowiadać pianista, za zmiany w gęstości szyku improwizacji – kontrabasista. Pod koniec koncertu flow najpierw wpada w półgalop, potem grzęźnie w mgle dark chamber. Na ostatniej prostej emocje znów idą ku górze, dzięki mocy fortepianowych klawiszy zaczepionych o smugę kameralnego smyczka. Po burzy oklasków artyści serwują nam jeszcze skromny encore, doposażony w sporą dawkę free jazzu.




Peter Orins  Dead Dead Gang (Circum-Disc, CD 2023).

La malterie, Lille, wrzesień 2022: Maryline Pruvost – głos, Indian harmonium, Barbara Dang – fortepian, Gordon Pym – elektronika, obiekty amplifikowane oraz Peter Orins – perkusja i kompozycja (inspirowana tekstem Alana Moore’a Jerusalem). Cztery utwory, 44 minuty.

Kwietniowe nowości francuskiego Circum-Disc zaskakują! Najpierw kwartet dowodzony przez naszego ulubionego muzyka z Francji, który skomponował improwizowaną opowieść, dla której inspirację stanowiła literatura. Dodatkowo do kwartetowego instrumentarium wybrał zestaw dalece nietypowych narzędzi. Z jednej strony Orins określa Dead Dead Gang (świetna nazwa!) mianem wyjątkowo alternatywnej wersji muzyki … pop, z drugiej, w praktyce realizacji, urokliwie grzęźnie w elektroakustycznych, silnie predefiniowanych improwizacjach. Efekt w swej fazie początkowej zdaje się nas zachwycać, jednak dalszej części nagrania brakuje bardziej rozbudowanej dramaturgii i emocji typowych dla swobodnej improwizacji.

Aurę filigranowej, pełnej brzmieniowych subtelności opowieści otwarcia kreują tu typowe dla Orinsa perkusjonalne preparacje (klasa!), plamy inside piano, kobiecy, filigranowy śpiew i męskie szepty, także szczypta harmonium i elektroakustyczne tło. Narracja toczy się nad wyraz leniwie, ale ma swój rytm, a także pewną dramaturgiczną powtarzalność. Ta ostatnia cecha staje się fundamentem kolejnych części albumu, do tego miana kandydować może także niemal konceptualny minimalizm w kreowaniu akcji scenicznej. Osią drugiej części wydaje się harmonium, ale flow nie jest linearny, tworzą go incydentalne skupiska dźwięków. Całość przypomina wystudzony, martwy marsz w nieznanym kierunku. Płyta nabiera nieco wigoru w części trzeciej, ale nie dzieje się tak od razu. Początek utworu wspiera radiowy głos z offu, z kolei zakończenie udanie zdobi pewna ulotna, ale dość mroczna aura, także frazy inside piano i recytacje. Finałowa ekspozycja powraca do formuły minimalistycznej. Orins sugeruje drobny rytm, dobrze pracuje elektroakustyczny background, a wokalistka serwuje nam … wulgaryzmy w języku Szekspira. Rodzaj pokrętnej piosenki w proteście.



 

Léon Aphar & Ivann Cruz  Aphar's Cave (Circum-Disc, CD 2023)

La Renaissance, Lille, październik 2021: Léon Aphar – gitara i głos, kompozycje (z wyjątkiem trzech) oraz Ivann Cruz – gitara i głos. Osiemnaście utworów, 60 minut.

Druga z francuskich nowości zaskakuje jeszcze bardziej! Oto duet gitar akustycznych i zestaw ponadgatunkowych … piosenek. Słucha się tego z niekłamaną przyjemnością (zwłaszcza dynamicznych protest-songów!), z drugiej wszakże strony album jest dość długi i dla impro-fanów może wydawać się w fazie końcowej mniej intrygujący. Ale kunszt instrumentalny i wokalny obu artystów i ich erudycja muzyczna - na kosmicznym poziomie!

Aphar i Cruz dość solidarnie dzielą się tu obowiązkami, każdy z nich ma przestrzeń na gitarowe ewolucje (na ogół prowadzone różniącymi się od siebie strumieniami narracji), każdy swoje do powiedzenia i zaśpiewania. W tej drugiej sferze muzycy często wchodzą w dialog, czasami nawet na siebie krzyczą. Z osiemnastu zaprezentowanych na albumie piosenek doprawdy każda jest inna. Mamy tu rewolucyjne pieśni żalu i udręki, post-folkowe narracje pełne blasku i emocji, bluesowe ballady i piosenki z … niemieckim tekstem. Nie brakuje brudnych, wręcz psychodelicznych brzmień, ani cytatów z klasyki rocka, folku, czy bluesa. Także powykręcanych narracji w stylu pijanej amerikany, tudzież bluzg w stylistyce szantowej. I co najważniejsze, obaj artyści świetnie się bawią racząc nas tym niesamowitym zbiorem … prostych piosenek.




Reiko Yamada  Interpreting Quantum Randomness (Phonos, LP/DL 2023)

Phonos, Barcelona, październik 2021: Reiko Yamada – syntezator analogowy, media mieszane, notacje graficzne (utwory 1-3,6), Ángel Faraldo – maszyna perkusyjna, obiekty, media mieszane (4,6), Barbara Held - flet (2,3), Andrés Lewin-Richter – media mieszane (5), Artur Majewski – kornet i elektronika (1,3), Ilona Schneider - głos (2,3) oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne (3,5). Sześć utworów wedle koncepcji Reiko Yamady i Macieja Lewensteina, 42 minuty.

Precyzyjnie skonstruowana improwizacja w procesie interpretacji kwantowej losowości? Why not! Ciekawych naukowego backgroundu odsyłamy na bandcamp wydawcy albumu, a tu – jak zwykle – skupiamy się na dźwiękach. Sześć elektroakustycznych opowieści, zrealizowanych siłami barcelońskimi (główna kreatorka jest w tej chwili rezydentką tego pięknego miasta), przy drobnym wsparciu krajowym, to intrygująca przygoda dla tych, którzy otwarci są na analogową elektronikę i akustyczne cuda doskonałych improwizatorów. Całość smakować winna szczególnie osobom o dużej wyobraźni, śmiało stanowić bowiem może soundtrack do psychodelicznego horroru. Utwory omawiamy wg opisu płyty, choć w realu nagrania obu stron przezroczystego winyla są zamienione (czyżby efekt kwantowej losowości?).

Pierwszy utwór na płycie budują elektroniczne pulsacje, niektóre dość filigranowe, inne dalece basowe. Na ich tle ściele się kornetowa chmura dźwięków wspartych elektroniką. Z czasem narracja gęstnieje i nabiera niemal post-industrialnego posmaku. Drugi utwór jest w pełni akustyczny i zdaje się być swobodną, delikatną improwizacją na flet i głos damski. Najciekawiej dzieje się w trzeciej odsłonie albumu, gdy do wspomnianego duetu dołącza kornet, perkusjonalia i lekka, syntetyczna powłoka syntezatorowych brzmień. Bystra, czuła na niuanse brzmieniowe i dramaturgiczne, dobrze zaplanowana improwizacja. Druga strona winyla robi zdecydowany krok w mroczne, nieznane przestrzenie fizyki kwantowej. Najpierw dostajemy się w wir bilardowej akcji maszyny perkusyjnej, z czasem wzbogaconej dość subtelnym ambientem. W kolejnej części toniemy w basowych pulsacjach i onirycznych plamach post-ambientu. Narracja nabiera tu mroku i grozy niemal z każdą sekundą. Wreszcie finałowa opowieść, budowana zgrzytającą, usterkową elektroniką, która także z czasem nosić zaczyna znamiona nerwowego dark ambientu.



 

Lingua del Sì  Forbidden Color (Antena Non Grata, CD 2023)

Carovana091, Locarno, maj 2022: Sandra Weiss – bassoon, Rodolphe Loubatière – werbel, Anna-Kaisa Meklin - viola da gamba, Violeta Motta – flety przestawne i hybrydowe. Siedem utworów, 44 minuty.

Albumy dzisiejszej zbiorówki nie przestają nas zaskakiwać choćby na moment. Na finał muzyka swobodnie improwizowana, pełna naszych ulubionych technik rozszerzonych, wykonywana na instrumentach dawnych. Wcale nie subtelna, nie zawsze wyciszona, dalece głęboka i akustycznie dotkliwa. Innymi słowy – sam miód!

Szum pustej przestrzeni, tajemnicze kroki, puste oddechy, pierwsze strunowe boleści i incydentalne podmuchy hałasu z nieznanego źródła - aura otwarcia zadaje pytania i nie daje prostych odpowiedzi. Mechanika metalowych przedmiotów, czerstwej ciszy i kreatywnego minimalizmu. Muzyka dawna dewastowana urokami współczesności. Druga opowieść budowana jest dłuższymi frazami, które pracują z echem, kolejnym instrumentem tej szalonej zabawy z dźwiękiem. Tu kropkę nad „i” stawia masywny bassoon. W trzeciej odsłonie, pośród szumu nieistniejącego morza i pomruku martwych obiektów, odbywa się prawdziwa ceremonia skupienia. Ciężka praca przynosi tu efekt w postaci gęstego post-baroku, która łapie ochłapy ekspresji. Na czele czwartej opowieści viola da gamba, która cierpi katusze. Reszta instrumentów formuje się tu w dron współczujących. W piątej części cała ta szalona orkiestra bierze głęboki oddech, ale jeszcze nie kona. W szóstej z kolei przybiera formę krzyku, który zdaje się płynąć znikąd donikąd. Długie pociągnięcia pędzlem i rytuał gorzkich żali. Końcowa improwizacja stawia na śpiew – viola, bassoon i flet toną w mrukliwej melodii pożegnalnej.

 

 

piątek, 23 kwietnia 2021

Peter Orins and the other tall and fresh stories from Circum-Disc!


Pandemiczna nadprodukcja muzyki nie omija także francuskiego labelu Circum-Disc, którego dokonania śledzimy na tych łamach na bieżąco. Na dwa wiosenne miesiące (kwiecień i maj) wydawca proponuje nam aż pięć nowych płyt. Na dwóch z nich odnajdujemy naszego ulubionego francuskiego muzyka-improwizatora, perkusistę Petera Orinsa, zatem nasza chęć, by bez zbędnej zwłoki zanurzyć się w nowych, na ogół francuskich dźwiękach zdaje się nie mieć granic. Ale nie tylko francuskich, bowiem w dalszej części naszej dzisiejszej opowieści zapraszamy na spotkanie z pewnym triem z Czech i Słowacji!

Po kolei zatem – najpierw nowa, solowa płyta Orinsa, która jak zawsze jest dużym wydarzeniem na europejskiej scenie muzyki kreatywnej, potem zaś kwintet, który łączy w sobie dwa składy trzyosobowe rzeczonego perkusisty (trio ad hoc stworzone z Paniami Abdou i Dang oraz męski working band TOC, tu zupełnie pozbawiony atrybutów elektrycznych). Tuż po kwintecie intrygująca, elektroakustyczna płyta solowa na rozbudowany zestaw instrumentalny, rzeczone trio połączonych sił naszych południowych sąsiadów, a na koniec garść dobrego jazz-rocka, ponownie w wydaniu francuskojęzycznym. Dodajmy, iż wszystkie wymienione płyty ukazują się w wersji CD, a jedna z nich także na winylu (co wydarzy się dwa miesiące później).

 


Peter Orins  VRTN & VBRTN

Swoje nowe dzieło Peter Orins (perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika) prezentuje w dwóch odsłonach, które trwają 50 minut z sekundami, a które są, jak to zwykle bywa w przypadku tego muzyka, precyzyjnie skomponowanymi … improwizacjami. Pierwsza część nagrana została w kwietniu, a druga w grudniu 2020 roku (w okolicznościach studyjnych francuskiego Lille).

Ceremonia solowej ekspozycji perkusisty zaczyna się pojedynczymi uderzeniami w talerze, które efektownie wybrzmiewają. W tle coś zaczyna mechanicznie pracować, jakby mały silnik elektryczny, a na dalszym planie pojawiają się mgławice deep drummingu. Z kolei na pierwszym planie słyszymy czyste odgłosy werbla. Orins zdaje się mnożyć byty tej narracji. Wszystko czyni w dużym skupieniu, nawet leniwie, dba o niuanse, ale i szuka elektroakustycznych punktów zaczepienia w obłokach echa, które wypełniają zakątki sceny. Opowieść narasta, nabiera meta dynamiki, zdaje się być bogatsza z sekundy na sekundę, ale wciąż pozostaje filigranową pajęczyną zdarzeń fonicznych. Z czasem małe źdźbła syntetyki zaczynają mnożyć się jedno po drugim, a na werblu pojawiają się akcenty akustycznej preparacji. Owa misterna plecionka zaczyna także uwypuklać dźwięki, które możemy potraktować jako efekt live processingu, ale tego nie jesteśmy do końca pewni. Mnożą się także wątki czysto perkusyjne, których możemy się doliczyć pięciu, czy nawet sześciu. Narracja ma swoją dramaturgię, a zmiany następują niezwykle często. Oto faza akustycznego drummingu, inkrustowanego elektroniką, tudzież posmakiem syntetycznej dekonstrukcji żywych dźwięków. Pod koniec ponad 30-minutowego seta muzyk serwuje nam elektroakustycznego drona, który pulsuje, a akustyczne mikro zdarzenia zdają się dodawać mu urody.

Druga opowieść toczy się w innym wymiarze czasoprzestrzeni. Orins zaprasza nas do pieczary dark ambientu. Buduje go znów bardzo skrupulatnie i nieśpiesznie, tym razem wyłącznie z akustycznych dźwięków, z echa przedmiotów, które drżą i rezonują (po prawdzie używa jedynie trzech floor tomów, trzy talerzy i tyluż drewnianych pałeczek). Kreuje nastrój niepokoju i tajemniczości, godny nowego soundtracku do wiekopomnego Twin Peaks! Dwa strumienie drummingu płyną nieco separatywnie, drżą talerzy, a wokół nich zaczyna nadbudowywać się poświata elektroakustyki, której źródła nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Magia rytuału, szelest ceremonii dźwięków, w których można się całkowicie zatopić. W dalszej części opowieści muzyk jedynie przesuwa akcenty i dobrze zarządza intensywnością przekazu dźwiękowego. Słyszymy żywe perkusje na flankach, a po środku strugę soczystego ambientu, ale już po chwili elementy składowe narracji zamieniają się pozycjami. Są także momenty, gdy wszystkie dźwięki broczą po kolana w gęstym ambiencie. Falująca, ale stabilna emocjonalnie opowieść zostaje fantastycznie ugaszona do pojedynczych uderzeń w werbel. Echo wieczności jest już z nami, a satysfakcja z odbioru pięknej płyty zdaje się nie mieć granic.

 


Adoct  Ouvre-Glace

Pozostajemy w Lille (to samo studio), znów na osi czasu sytuujemy się w grudniu 2020 roku. Adoct, to skrót złożony z pierwszych liter nazwisk muzyków tworzących kwintet: Sakina Abdou - saksofon, recorder, Barbara Dang - fortepian, Peter Orins – perkusja, Ivann Cruz – gitara akustyczna oraz Jeremie Ternoy – fortepian. Muzycy przygotowali dla nas prawdziwą epopeję swobodnej improwizacji – sześć utworów, 76 minut muzyki!

Improwizacja otwarcia jest najdłuższa (ponad 20-minutowa) i po prawdzie konsumuje wszelkie atrybuty jakości, jakie może dostarczyć nam zadekretowany tu zestaw instrumentalny, a także personalny (świetni muzycy, choć niektórzy w nowych, akustycznych rolach!). Opowieść budowana jest we wstępnej fazie z drobnych, urywanych fraz, które wchodzą w relacje za pomocą bystrych pytań i jeszcze bardziej kąśliwych odpowiedzi. Leniwa, nieco minimalistyczna narracja intrygująco porządkowana jest z jednej strony preparowanymi dźwiękami strun (lewe piano), z drugiej zmysłowym ruchem palca po klawiaturze (prawe piano), dodatkowo ubogacana akcentami perkusjonalnymi, niepozbawionymi rezonansu – oto smukła historia, która kojarzyć się może z napięciem dramaturgicznym godnymi legendy gatunku, brytyjskiego AMM. Naczelnym magiem kreacji zdaje się być tu nade wszystko Orins, który nie dość, że dobrze dba o niuanse, to jeszcze sprawia, iż działania wszystkich muzyków koncentrują się wokół budowania meta rytmu, wspólnego mianownika wszelkich akcji dźwiękowych.

Kolejne dwie opowieści na tle pierwszej i trzech następnych są dalece enigmatyczne, przynajmniej w wymiarze minutowym. Najpierw dostajemy się na front pewnej konfrontacji brzmieniowej – z jednej strony rezonujące przedmioty i preparacje, z drugiej nieco więcej klasycznego, post-jazzowego frazowania, tym razem nieskoncentrowanego na poszukiwaniu rytmicznego zjednoczenia.  Tuż potem dostajemy się w obszar gatunkowego rozdroża – plastry kameralistyki, swobodne, jazzowe westchnienia, wszystko dobrze skorelowane, ale jakby pozbawiona ognia. Przez moment w roli wiodącej pojawia minimalistyczna gitara i zalotny tembr saksofonu.

Czwarta część powraca do dramaturgicznego suspensu i unika bardziej oczywistych rozwiązań, choć z drugiej strony, w kilku momentach wydaje się być nieco przegadana. Wciąż dużo intrygujących dźwięków dostarcza frakcja kobieca, nadal świetną robotę czyni Orins, może jedynie frakcja męska po prawej stronie perkusisty, w niektórych momentach nie do końca wie, jak powinna zachować się w pełnej niuansów grze na małe pola. Dobrze robi tej części opowieści pojawianie się smyczka, który wyprowadza improwizację na pola równie efektowne, jak utwór otwarcia. Piąta część zdaje się jeszcze silniej zagłębiać w obszar dark acoustic chamber - z jednej strony kreatywny minimalizm, z drugiej ponowny krok w kierunku rytmizacji narracji. Finał płyty, najdłuższy po utworze otwarcia, w pełni rekompensuje nam ambiwalencje, z jakimi zetknęliśmy się w kilku momentach tej nieco za długiej płyty. Zaczyna ją mały jazz z perkusyjnymi szczoteczkami, który udanie tłumi się w mroczne klimaty kameralne, ze świetnymi preparacjami lewej strony narracji, ale także niezłą intrygą na klawiszach i gitarze po drugiej stronie. Po pewnym czasie z mroku zaniechania wyłania się fortepianowy duet, w obu przypadkach realizowany na klawiaturze. Świetnie wgryza się w to Orins i takież to błyskotliwe trio bez trudu odnajduje rytmiczną płaszczyznę porozumienia. Po kilku pętlach plaster jakości dokłada też gitara. Końcowa przebieżka zdaje się być zwinną wariacją na temat Different Trains Steve’a Reicha.

 


Murmur Metal  Maelstroem

Powracamy do formuły solowej improwizacji, podobnie jak w przypadku Orinsa, dobrze zaplanowanej, a także dodatkowo ukształtowanej na etapie post-produkcji. Przed nami David Bausseron, który uprawiać będzie tzw. akcje dźwiękowe, improwizować na przeróżnych obiektach metalowych, grać na gitarze elektrycznej, używać elektroniki, wreszcie realizować finalną post-produkcję. Ów one man show składa się z trzech epizodów, które trwają łącznie niespełna 44 minuty.

Groźnie brzmiąca nazwa podmiotu wykonawczego i jeszcze bardziej tajemniczy tytuł płyty mogą nam sugerować spotkanie z ostrą muzyką rockową. Ale nic bardziej mylnego! Album składa się z dwóch wątków, przy czym ten pierwszy, to kilkunastominutowa część zasadnicza i dogrywka (nagranie z roku 2013), ten drugi, to jedna, 25-minutowa odsłona (nagranie z roku 2018). Ta pierwsza toczy się dość leniwie, choć chwilami nabiera pewnej dynamiki. Na wejściu mamy wrażenie, że ktoś uformował nagrania terenowe w post-rytmiczny strumień dźwiękowy i zapuścił bystrą pętlę. Wraz z rozwojem narracji przybywa dźwięków post-perkusyjnych, które przyozdabiane są mikro zdarzeniami, na ogół akustycznymi. Wszystkie one zdają się lepić w finalne frazy za pomocą niemal niesłyszalnej ingerencji elektroniki. Pod koniec opowieść formuje się w drony i smakuje jeszcze lepiej. Krótka dogrywka kontynuuje wątki części głównej. Na poły akustyczne strumienie szarego ambientu, które wciąż przypominają dźwięki hałaśliwej ulicy dużego miasta, przefiltrowane przez wyobraźnię improwizatora.

Druga opowieść budowana jest bardziej skrupulatnie, z dużą pieczołowitością. Słyszymy frazy godne dużego instrumentu dętego, całe plejady rezonujących, mrocznych dźwięków i żywe tło, które co chwilę zaskakuje nas nowymi, trudnymi do zdefiniowania dźwiękami. Akustyka robi tu swoje, ale z czasem zaczyna przyoblekać się w szaty dekonstruującej ją syntetyki. Akcja nie jest nadmiernie dynamiczna, znów raczej leniwa, ale nade wszystko mało słoneczna. W połowie utworu pojawia się płynny, basowy strumień ambientu, któremu bez czynienia błędu możemy przypisać miano dźwięku w pełni syntetycznego. Wokół nowego wątku rodzą się małe, niemal molekularne frazy, przypominjące owady, które lepią się do światła. Opowieść zaczyna tu żyć własnym życiem - jedne elementy się rodzą, inne umierają, a dla artysty najważniejsze zdaje się być utrzymanie dark ambientowego klimatu. Na ostatniej prostej dron basowy kłębi się w samym środku sceny, a na flankach grasują małe drobinki preparowanej akustyki.




Banausoi  Imagines

Czas na czecho-słowacki ansambl i dalece podgatunkową podróż po bezdrożach bystrej, chwilami silnie elektroakustycznej improwizacji, czynionej wszakże z nerwem, a incydentalnie z prawdziwie rockowym temperamentem. Aktorzy tego spektaklu są następujący: Petr Vrba – trąbka, klarnet i elektronika, Václav Šafka – perkusja, instrument perkusyjne i obiekty oraz Ondrej Zajac – gitara i głos. Czesi i Słowacy proponują nam sześć dobrze zaplanowanych improwizacji, nagranych u siebie (data nieznana), które trwają łącznie niepełne trzy kwadranse.

Muzycy bez zbędnych wstępów przystępują do dzieła! Gitara śle frazę, trąbka ambientowy dron, a perkusja zaczyn narracji. Dwa pierwsze składniki tego koktajlu lepią się w elektroniczny loop, który niesiony jest na żywym i od początku aktywnym drummingiem. Akcja dość szybko nabiera gęstości i tempa – gitara kipi electro rockiem z posmakiem afrykańskiej polirytmii, a trąbka krzyczy wniebogłosy same dobre frazy! Po pewnym czasie muzycy zwinnie zdejmują nogę z gazu i uroczo kłębią się oparach post-fussion-jazzu. W kolejnej opowieści pojawia się nerwowy klarnet. Gra czystymi frazami, a dla przeciwwagi gitarowe pick-upy demolują nam uszy ostrymi dźwiękami. Obrazu całości dopełnia intensywnie improwizujący, ale wciąż energetyczny perkusista. W trzeciej improwizacji muzycy zdecydowanie zwalniają tempo – elektroniczne pętle, rezonujące talerze, wreszcie dęte drony, które łapią pogłos, jak niezamaskowane twarze covida. Opowieść nie szuka dynamiki, raczej zagłębia się w otchłani zdrowej, czerstwej psychodelii.

Kolejna część budowana jest przez gitarowe rzężenia, zgrzytliwą elektronikę i żywe, choć mroczne perkusjonalia. Muzycy kreują suspens z niebywałą łatwością, jakby nie robili nic innego przez całe życie, tylko straszyli niegrzeczne dzieci, które nie chcą spać. W piątej części znów niepokój sieją opary dark ambientu i dekonstruowane, dęte frazy. Dopiero po kilku przebiegach rozpoznajemy, iż jest z nami ponownie klarnet, ale i on topi się w poświacie ambientu. Żywa perkusja ciągnie tu dwie strugi post-elektroniki i kreuje klimat przypominający wielominutowe improwizacje formacji Yodok III. Na starcie szóstej improwizacji słyszymy lejącą się wodę i gitarę, która wydaje się być nad wyraz żywa, nieskażona syntetyką. W tle rezonują talerze, ale opowieść łapie prąd jak tonący brzytwę – electro pogłos i kompulsywne elektrowstrząsy perkusji budują nową opowieść. Znów towarzyszy nam klarnet skąpany w podrasowanym elektronicznie dronie. Niespodzianka goni tu niespodziankę do ostatniego dźwięku.

 



Le Bruit Des Dofs  La Combinatronique

Circum Disc lubi, od czasu do czasu, zapuszczać się w obszary improwizującego rocka, jazz-rocka, czy też innych, pokrewnych gatunków. Całkiem niedawno pisaliśmy na tych łamach o formacjach More Soma i Unk. Perkusistą tej drugiej grupy był Charles Duytschaever. Spotykamy go także na płycie tria Le Bruit Des Dofs. Towarzyszą mu: Jean-Louis Morais na gitarze elektrycznej, przy okazji autor całego repertuaru płyty oraz Olivier Verhaege na basie elektrycznym. Muzycy proponują nam dziewięć kompozycji (nagrania studyjne z roku 2017), których odsłuch zajmie nam pełną godzinę zegarową.

La Combinatronique, to dla fana muzyki improwizowanej, z wielu względów, oczywiście jedynie przeuroczy soundtrack do jazdy samochodem, do śpiewania i nucenia, tudzież rytmicznego uderzania dłonią o kant kierownicy. Ale, i w takiej materii można być mistrzem, albo tylko wyrobnikiem. Panowie z Le Bruit Des Dofs radzą sobie w tej dziedzinie doskonale, dodatkowo sprawiają wrażenie, iż z niejednego pieca chleb jedli, a post-jazzowe, czy nawet swingowe frazy są dla nich rzeczą absolutnie naturalną. Doskonale sytuują się w roli improwizatorów, choć basista czyni to zdecydowanie zbyt rzadko. Gitarzysta odnajduje się także w klimatach ambientowych. Cóż można jeszcze dodać, poza wskazaniem najbardziej udanych fragmentów płyty? Gdyby tak więcej swobody, mniej skomponowanych fraz i rockowych oczywistości, byłoby naprawdę smakowicie nie tylko we wskazanych niżej momentach.

Piosenka otwarcia zdaje się być rockowym evergreenem, który zdobi nade wszystko gitara, w dalszej części snująca zmysłowe, post-psychodeliczne frazy. Przypaść do gustu może też trzecia kompozycja. Zaczyna ją post-bluesowe intro gitary. Sekcja z czasem nabiera tempa i dynamiki, ale gitara niespodziewanie hamuje i rozpoczyna fantastyczną podróż w głąb siebie. Snuje ambientową poświatę, a potem tonie w rockowej psychodelii. Z kolei piąta część nie eskaluje tempa, zaprasza nas bowiem na pierwsze basowe improwizacje, skontrowane na preparowaniu dźwięków elektrycznego gryfu basówki. Na finał wszystko smakuje zaś dobrym post-jazzem. Wreszcie na wyróżnienie zasługuje ostatnia, najdłuższa kompozycja, ponad 11-minutowa. Delikatny początek dość szybko przepoczwarza się w swingujący kuplet, który zaprasza do tańca. Dynamikę budują perkusyjne szczoteczki, a bas i gitara frazują jazzem, aż miło. Jest tu czas na perkusyjne solo i całe mnóstwo rożnych ekspozycji - swoista podróż po wielu podgatunkach rocka z jazzem i improwizacją zaszytymi w nerwie narracji.



wtorek, 25 lutego 2020

GGRiL! Abdou, Dang & Orins! A New Music in French!


Zjednoczone siły muzyki improwizowanej, obleczone w szaty edytorskie Circum-Disc (francuskie Lille) i Tour de Bras (kanadyjski Quebec), nie ustają w dostarczaniu nam niemal wyłącznie smakowitych kąsków. Dziś dwie zimowe premiery, pierwsza z nich jest z nami od dwóch tygodni, druga swoje oficjalne narodziny będzie miała w najbliższą niedzielę.

Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée (GGRiL), to formacja, którą dobrze znamy na tych łamach. Ich poprzednia płyta Façons była bowiem jednym z 50 powodów, dla których warto było zapamiętać rok 2019! Nowemu wydawnictwu 15-osobowej Orkiestry towarzyszy dziś skromne, ale niemniej frapujące trio, z udziałem jednego z kolejnych faworytów redakcji, francuskiego drummera, Petera Orinsa.

Nim pochylimy się nad nowymi dźwiękami z francuskojęzycznego świata swobodnej improwizacji, dwie fantastyczne daty do zapamiętania: 21 maja - GGRiL, a 24 maja - Peter Orins z kwartem KAZE, zagrają w poznańskim Dragonie, w ramach zaczynającej się już w najbliższy czwartek edycji wiosennej Spontaneous Live Series – Live In Dragon 2020!




GGRiL  Plays Ingrid Laubrock (Circum-Disc/ Tour De Bras, CD 2020)

Wielka Regionalna Grupa Wolnej Improwizacji na swoim piątym wydawnictwie improwizuje tym razem bez udziału znamienitych gości, natomiast bierze na warsztat muzykę niemiecko-amerykańskiej saksofonistki Ingrid Laubrock. W jakiej dokładnie formie myśl kompozytorska dostała się w zwoje mózgowe swobodnych improwizatorów nie wiemy. Efekt wszakże nie budzi naszych jakichkolwiek zastrzeżeń, co więcej, każe bezwzględnie przyjąć pozycję adekwatną dla znacznego poziomu zachwytu.  

Przenosimy się do miejsca zamieszkania orkiestry, kanadyjskiego Rimouski, jest listopad 2018 roku. GGRiL realizuje pięć utworów, na płytę Plays Ingrid Laubrock trafiają ostatecznie trzy. Poznajmy wszystkich muzyków, uczestniczących w rejestracji: Isabelle Clermont (harfa), Catherine S. Massicotte (skrzypce), Rémy Bélanger de Beauport (wiolonczela), Alexis Ganier-Michel (wiolonczela), Alexandre Robichaud (trąbka), Gabriel Rochette-Bériau (puzon), Mathieu Gosselin (saksofon barytonowy), Robin Servant (akordeon diatoniczny), Robert Bastien (gitara elektryczna), Olivier D’Amours (gitara elektryczna), Pascal Landry (gitara klasyczna), Éric Normand (bas elektryczny), Jonathan Huard (instrumenty perkusyjne), Antoine Létourneau-Berger (instrumenty perkusyjne) oraz Luke Dawson (kontrabas). Całość odsłuchu zajmie nam 31 minut i 32 sekundy. Prześledźmy je wszystkie.

Silent Light. Masywne smyczki na gryfach rozbudowanej sekcji strunowej, szum suchego powietrza, szmery i płyny fizjologiczne, pojedyncze dźwięki z wielu źródeł, kontrapunktowane przez pasaż instrumentów dętych, podany niemalże unisono. Tuż po nim rozbudowana wymiana uprzejmości – struny tańczą i delikatnie zadzierają nosa. Kolejne unisono dętych kończy się na graniczy krzyku. Po nim, tym razem to dęciaki wymieniają poglądy na temat świata współczesnego. Gęste i wyraziste porcje akustycznych perełek. Narracja nabiera rozmachu, warstwa kładzie się na warstwie, całość budowana jest jednak bardzo skrupulatnie, z dbałością o niuanse. Flow zmysłowo gaśnie w połowie piątej minuty. Nowe otwarcie daje nam solowe expo gitary klasycznej. Reszta załogi powraca, daje do wiwatu i znów zostawia nas w towarzystwie gitarzysty. Kolejny masywny kontrapunkt jest udziałem instrumentów dętych i gitar elektrycznych. Robi się naprawdę głośno! Na wybrzmieniu swoje trzy gorsze dokłada melodyjny akordeon, komentuje go nie pierwsza dziś salwa ekspresyjnych dźwięków (za każdym razem trafiająca w punkt, co budzi pytania recenzenta o ośrodek dowodzenia tą jakże kolektywną improwizacją – opis płyty szczędzi nam szczegółów). Początek minuty jedenastej wprowadza nas w fazę improwizacji call & responce, czynionej na dużą skalę, niewykluczone, iż z udziałem wszystkich muzyków. Komentarz płynie wprost z sekcji strunowej, która buduje masywny dron (brawo kontrabas, brawo drżąca basówka, brawo baryton!), który radykalnie zmienia bieg improwizacji. Wszystkie dźwięki zdają się lepić w jeden strumień fonii, prawdziwy acoustic dark ambient! Mała galopada na strunach, delikatna i frywolna, sięga po ostatni dźwięk tej części.

Stark Dark. Trzęsienie ziemi! Ściana gitarowego zgiełku! Hałas post-industrialnych preparacji przy wykorzystaniu instrumentów dętych - szum i syczenie akustycznych tub. Pod koniec trzeciej minuty swój odcinek rozpoczynają delikatne strunowce, które płyną z mikro rytmem na spoconych gryfach. Mała, ale dosadna ekspozycja kameralna – urywane, lekkie frazy harfy, kontrapunkty ze strony wiolonczeli i skrzypiec. U progu ósmej minuty swoje expo rozpoczyna gitara z prądem, która może liczyć na wsparcie smyczków. Na finał tej części niebanalny dialog gitary klasycznej i elektrycznej, posadowionych na przeciwległych flankach. Zdanie odrębne zgłasza burczący w niebogłosy kontrabas.

Palindromes. Z odległych galaktyk dociera do nas armia talerzy, których rezonans pączkuje w tempie geometrycznym, aż po granicę zdroworozsądkowego noise! Cisza tuż potem wydaje się najlepszym pociągnięciem dramaturgicznym. Materia zaczyna drżeć, a cała wataha strunowców, wyposażonych w ostre smyczki, zaczyna budować dół narracji. Pojedyncze dźwięki w komentarzu, szmery niepokoju i szuranie butami po wysuszonym piasku. Narracja buduje się z wyjątkowym mozołem. Kind of post-chamber with suspense narasta i pęcznieje. Do strumienia opowieści podłączają się systematycznie wszystkie instrumenty. Kierunek jest tylko jeden – epicki finał kolektywnej erupcji mocy! Brawo!




Sakina Abdou/ Barbara Dang/ Peter Orins  Lescence/ Gmatique  (Circum-Disc/ Tour De Bras, CD 2020)

Przenosimy się do francuskiego Lille, by w późnowiosenny, upalny wieczór posłuchać eksperymentującego z dźwiękiem (choć może nie tylko) tria w składzie: Sakina Abdou – saksofon i recorder (zapewne chodzi o dźwięki spreparowane wcześniej), Barbara Dang – fortepian oraz Peter Orins – perkusja i masa innych przedmiotów, wydających tajemnicze dźwięki. Dwie Panie i jeden Pan zajmą naszą uwagę przez 34 minuty i 38 sekund (dwa odcinki, zgodnie z tytułem płyty). Nie będzie lekko, ale dla odpowiednio skupionych i wytrwałych słuchaczy nagroda może być sowita.

Lescence. Drżąca akustyka przestrzeni, post-elektroniczne złe prądy, które snują się po podłodze (z rekordera?) - narracja, od startu tworzona z mocą niemal piekielnego skupienia, zwinne łącząca perkusjonalne ornamenty i inne żywe dźwięki z magmą dogorywającej syntetyki. Plastry fonii rodzą się z popiołów, tworzą nowe warstwy, budzą się do życia z czerstwym lenistwem. Słychać suchy werbel, a raczej to, co wynika fonicznie z wcierania przedmiotów w jego glazurę, mikro drony z wąskiej tuby saksofonu, wreszcie garść pianistycznych preparacji (na czysty dźwięk klawiszy musimy poczekać niemalże do drugiej części!). Oniryczna paleta dźwięków, która z majestatyczną powolnością zbliża się do granicy ciszy. Rezonujące pudło piana, pozrywane struny, chrobot dysz, małe perkusjonalia – ekscytujący pokaz fake sounds! Po 10 minucie spektaklu muzycy proponują nam nieco więcej żywych dźwięków, co więcej, niemal bez omyłki możemy wskazać źródła większości z nich. Po kolejnych kilku minutach sieć fonii zaczyna zdecydowanie gęstnieć, choć cała opowieść oddalona jest o tysiące kilometrów od dynamicznej galopady. Świetnie zmiany daje Orins i całkowicie mu posłuszna armia drżąco-rezonujących przedmiotów. Słychać nagie struny piana, a nawet dźwięk klawisza (a jednak!), skraplające się powietrze w pozamykanych dyszach, a w tle rosnący meta drumming.

Gmatique. Narracja zdaje się być od pierwszej sekundy bardziej dźwięczna, cokolwiek to znaczy w zadanych okolicznościach elektroakustycznych. Barwne perkusjonalia, stopa, która bije w bęben basowy mocą prądu zmiennego. Rezonans repetytywny, semantyka chwili, ćwierć fonie z tuby. W zakamarkach jaźni muzyków kryje się pół rytm, który stara się zaistnieć dramaturgicznie. Narracja nabiera życia, zrzuca z siebie martwą powłokę zaniechania. Po 7 minucie piano snuje wielowątkową opowieść, rezonuje same ze sobą, mając zaszyty w czarnych klawiszach zmyślny kontrapunkt. Z tuby saksofonu wydobywają się mikro zgrzyty, ziarenka piasku w leniwych szprychach, obok garść ciemnych, zmysłowych preparacji z zestawu perkusyjnego, który zdaje się pęcznieć z minuty na minutę. Basowa pulsacja z samego jego dna buduje dramatyzm tego odcinka improwizacji. Narracja kolektywnie krąży w kierunku dźwięków mniej fałszywychmeta rytm, aktywniejsza tuba saksofonu, czarne kontrapunkty piana. Po 12 minucie niektóre dźwięki możemy już określić mianem hałaśliwych. Miarowy oddech dysz, urywane frazy piana i zmysł dramaturgiczny Orinsa wieńczą dzieło udanym zejściem do poziomu ciszy.