Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melaine Dalibert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melaine Dalibert. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 czerwca 2020

Cheetham & Wilkinson! Dunning & Webster! Windisch! López & Bass! Orins! Dalibert! Frey! Jacob & Thorn! A Melting Pot Of A New Creation in Music!


Koniec pandemicznego maja i początek równie dotkliwego czerwca, to z pewnością dobry moment na zbiorówkę recenzji płyt, które w ostatnich tygodniach przeturlały się przez odtwarzacze redakcji.

Jaki dziś klucz wyboru? Absolutna różnorodność, niczym w dziecięcym kalejdoskopie! Zaczniemy w piekle free jazzu, przejdziemy przez czyściec eksperymentów, open jazzu, latynoskiego free improv, solowych ekspozycji pianistycznych, tudzież komponowane … instalacje dźwiękowe, by zakończyć naszą szaloną podróż w niebie post-kameralnego … avant popu!

Wystartujemy w Zjednoczonym Królestwie Najlepszej Muzyki, w gronie samych znajomych, potem czeka nas jednak garść nowych nazwisk - wątki niemieckie, argentyńskie, francuskie, szwajcarskie i kanadyjskie. Pod względem stylistycznym będziemy skakać z kwiatka na kwiatek, zgodnie z zamierzchłą maksymą – dla każdego coś miłego!




Andrew Cheetham & Alan Wilkinson  The Vortex Of Past Time (A New Wave Of Jazz, CD 2020)

Wbrew tytułowi płyty, naszej podróży nie zaczynamy w londyńskim Vortexie, ale w Manchesterze, w miejscu zwanym Queen's Ark Audio. Jest koniec kwietnia 2017 roku, są z nami: Andrew Cheetham – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Alan Wilkinson – saksofon barytonowy, altowy, klarnet basowy i … głos.  Cztery improwizacje, 54 minuty.

Wybuchowy, ognisty koncert paternalistycznego free jazzu składa się w dwóch zasadniczych części i tyluż znacznie krótszych dogrywek. Międzypokoleniowy duet brytyjski, z którym śmiało można konie kraść, jest tu w stanie zadowolić nas w każdym momencie. Pilny (świetnie słucha), dokładny (zawsze zna ilość krawędzi swojego zestawu), niezwykle dynamiczny i bardzo kreatywny dramaturgicznie drummer (doskonale odnajduje momenty, by przyspieszyć narrację) oraz wyśmienity saksofonista, być może najciekawszy barytonista sceny brytyjskiej, świetnie sprawdzający się zarówno w dynamicznych, jak i tych bardziej melodyjnych momentach (imponuje masywnością dźwięku, ale także pewną zwiewnością, lekkością narracji, także wtedy, gdy w dłoniach dzierży klarnet basowy). Innymi słowy – sam miód, nie tylko dla wielbicieli surowego mięsa!

Początek pierwszego seta, to otwarcie pełną gębą – od startu rosnące tempo zdrowego drummingu i zalotny, masywny, ale jakże śpiewny saksofon barytonowy, który rytmicznym parskaniem buduje melodykę free jazzu. Już po dwóch, trzech minutach muzycy idą w tango i nie biorą jeńców. Gdy po siedmiu minutach stopują, po wykreowaniu kilku dronów w rezonansie, bez zbędnej zwłoki budują nową opowieść, równie smakowitą. Obaj świetnie panują nad emocjami i tempem narracji, przez co improwizacji nie brakuje dramaturgicznych niuansów. Równie wyrazisty jest drugi set, w którym Wilkinson sięga po klarnet basowy. Znów wielki instrument w rękach tego muzyka potrafi skakać do samego nieba, śpiewać i miłośnie (tu, także semicko) zawodzić.  Czasami wpada w taniec prawdziwie nieujarzmionego zwierza, pomrukuje jak niedźwiedź, ale muzyk w każdej sekundzie kontroluje jego zachowania. Szczególnie ekspresyjna jest końcówka seta. Duet nabiera dynamiki niesiony niemal post-rockową repetycją. Ogień narracji bucha pełnym blaskiem, flow niczym dzikie kuropatwy w locie wznoszącym.

Tak zwane dogrywki pokazują nieco bardzo wytłumiony pokaz soczystego free jazzu. W trzeciej części Wilkinson stawia na saksofon altowy i ekspresyjne gardłotoki. Cheetham świetnie korzysta z talerzy, preparuje dźwięki, buduje perkusyjne drony. Równie stabilny emocjonalnie jest ostatni fragment koncertu. Powraca klarnet basowy, opowieść toczy się dostojnie, ale entuzjazm improwizatorów nie gaśnie nawet na moment. Na finał oba instrumenty pną się ku górze - mantra błyszczących talerzy i zdrowa histeria klarnetu. Piękny finisz!




Graham Dunning & Colin Webster  Terrain (Raw Tonk, LP 2020)

Chcieliśmy do Londynu? Here it is! Graham Dunning – perkusyjny werbel i obiekty oraz Colin Webster – saksofon altowy i barytonowy. Okoliczności studyjne Sound Savers, lipiec roku 2018, czas trwania – 38 minut bez piętnastu sekund.

Terrain, to dziewięć improwizowanych pomysłów na to, jak z pozornie akustycznych instrumentów wydobywać tajemnicze dźwięki, które w wielu momentach sprawiać będą wrażenie, jakby w drodze do naszych uszu przepuszczane były przez bliżej nieokreślone moce amplifikujące. Metodą wszakże podstawową działań muzyków będzie preparowanie (zniekształcanie) dźwięków za pomocą różnych technik i … przedmiotów. Ponieważ wykonawców mamy w tym wypadku znakomitych, efekt ich pracy nie może nas nie zadowolić, choć w wielu momentach, dla mniej obytych słuchaczy, muzyka zawarta na płycie może stanowić pewnego rodzaju challange.

Opowieść zaczyna rozkołysany werbel, który brzmi bardzo szorstko, mechanicznie, jakby z odrobiną prądu zaplątanego pomiędzy strunami naciągu. Obok saksofon barytonowy, który skwierczy i miarowo prycha. Narracja szyta jest gęstym ściegiem, chwilami dynamiczna, niepozbawiona agresywnych dźwięków. Działania obu artystów świetnie skomunikowane, nie unikające wzajemnych imitacji – tak tu, w pierwszej opowieści, tak i w kolejnych ośmiu. W drugiej odsłonie muzycy serwują nam drony wilgotnego powietrza, przesycone elektroakustyczną poświatą. Colin sięga po saksofon altowy, być może dmie w werbel, zaś Graham zdaje się mieć w zasięgu wzroku smyczek (ale to wiadomość niepotwierdzona). Produkcja dźwięków nadakustycznych trwa w najlepsze. Trzecia część stawia na kolektywny drumming, realizowany zarówno przy udziale werbla, jak i dysz saksofonu. W kolejnej odsłonie posmak post-industrialu - muzycy pracują jak dwie maszyny parowe (Colin dekonstruuje dźwięki, w sposób, jaki znamy z jego solowej płyty Hiss), a w jeszcze kolejnej – ugniatanie tajemniczych przedmiotów na powierzchniach płaskich i prychy, które po czasie osiągają stan masywnych dronów.

Szósta odsłona, i znów mechanika stosowana - wiertarki, świdry i młoty pneumatyczne. Przy okazji saksofon zdaje się po raz pierwszy zahaczać o drobiny dźwięków bardziej typowych dla instrumentu dętego drewnianego. W następnej części chwila odpoczynku – muzycy i ich przedmioty oddychają, szumią, a potem skwierczą i przypominają drummerskie szczoteczki. W ostatnich dwóch improwizacjach powracają akcenty perkusyjne, wspomagane saksofonowymi zaśpiewami. Colin cudownie charczy, Graham drży na granicy hałasu. Najpierw muzycy stawiają na intensywność przekazu, potem delikatnie zdejmują nogę z pedału gazu i popadają w finałową mantrę.




Julius Windisch Quartet  Chaos (Hout Records, CD 2020)

Kilka milowych kroków na wschód i jesteśmy w Berlinie, na studyjnym spotkaniu z kwiatem międzynarodowej, jazzowej młodzieży! Julius Windisch – fortepian, autor wszystkich dziewięciu kompozycji, Sölvi Kolbeinsson – saksofon altowy, Felix Henkelhausen – kontrabas oraz Max Santner - perkusja. Ponieważ ilość traków już znamy, dodajmy jedynie, iż całość trwa niepełne 42 minuty.

Chaos, to dobrze zaprogramowany, bardzo kolektywny, spójny open jazz, którego słucha się bardzo dobrze, który w kilku momentach potrafi naprawdę przykuć uwagę, dobrze przy tym korzystając z doświadczeń gatunkowych. Być może świetny tytuł płyty obiecuje trochę zbyt wiele, ale czas spędzony w Chaosie zdecydowanie należy zaliczyć do czasu nieutraconego. Po stronie ewidentnych atutów nagrania należy postawić, przewijające się niemal przez całą płytę, niezmiernie pokomplikowane, intrygujące metrum. Linia rytmu, kierunek narracji pełen jest niebanalnych zakamarków, dramaturgicznych kantów, czasami tańczy jak pijany we mgle i nie akceptuje jakichkolwiek dróg na skróty. Szczególnie dobrze Quartett realizuje się w bardziej dynamicznych nagraniach, gdy posmak całości, w tym zaśpiew saksofonu altowego, przynosi jakże miłe skojarzenia z estetyką na poły sterowanej improwizacji spod pióra Tima Berne’a.

Wszystkie atuty płyty zdają się konsumować przede wszystkim dwa utwory – pierwszy, tytułowy i ostatni, gdy muzycy tuż przed fajrantem, puszczają wodze fantazji i kreacji, prezentując przynajmniej dwie, trzy swobodne ekspozycje solowe (kontrabas i alt w pierwszym szeregu), wprowadzając wreszcie do kwartetowej opowieści odrobinę konstruktywnego Chaosu. Nawet w utworach bliższych jazzowej balladzie (choćby drugi i szósty), nie przestaje intrygować owe nieparzyste, powykręcane metrum. Ciekawie dzieje się w kompozycji czwartej (wstęp w estetyce tanecznej polirytmii), a także w kompozycji siódmej, gdy muzycy zaczynają nieśmiało preparować dźwięki swoich instrumentów, a perkusjonalia rozbłyskują lekkością i zmysłowością. Chaos zawiera wiele dobrych znaków na przyszłość dla tej grupy muzyków. Póki co, życzymy im więcej performatywnej swobody, mniej programowania własnych zachowań i spoglądania w kierunku zapisów na pięciolinii. Do dzieła!




Chanco a Rayas  Chanco a Rayas (TVL Records, DL 2019)

Porzucamy Europę i lądujemy w argentyńskim Rosario! Luty 2018 roku, miejsce zwane Centro Cultural Parque de España. Jedenaście odcinków swobodnej improwizacji proponują nam: Rocío Giménez López na fortepianie i Luciana Bass na gitarze elektrycznej. Muzyka pozostanie z nami przez niemal 43 minuty.

Już opis pierwszej improwizacji Chanco & Rayas powie nam niemal wszystko o niezwykle intrygującej zawartości całej płyty. Acid guitar z odpowiednią dawką prądu i przestrzennego pogłosu, zdolna do każdego szaleństwa, choć lekka i wyluzowana, obok czysto brzmiące piano sprawdzające glazurę czarnych i białych klawiszy, czasami wyrachowane, ale tylko pozornie uporządkowane. Gitara rozmarzona w post-rocku, piano zatopione w open jazzie, niepozbawione kameralistycznego posmaku. Muzycy świetnie się słyszą, dobrze na siebie reagują, choć stoją na wyimaginowanej scenie w dużym od siebie oddaleniu. Jest rytm, jest dynamika, są spowolnienia i chwile emocjonalnej zadumy. Dobra dramaturgia całości jest sprzymierzeńcem muzyków i dźwięków, jakie wydają. Osią opowieści wydaje się być swoisty dysonans w zakresie brzmienia obu instrumentów, które przybywając z separatywnych galaktyk, znajdują wspólny język w ułamku sekundy.

Szukając najlepszych momentów płyty, znajdujemy je równie szybko! W trzeciej części nieparzyste metrum piana sieje ferment, gitara dla niepoznaki skomle zaś małe nutki w błękitnym ambiencie. W czwartej natrafiamy na minimalizm i filigranowe fonie, które sączą się cienką strużką krwi, z odrobiną jazzu pomiędzy strunami. W piątej części muzycy nie kryją swej fascynacji dla konstruktywnego preparowania dźwięków. W tle sączy się mała elektronika, z cylindra czarnoksiężnika wyłaniają się tajemnicze sample, a gitara znów szuka dobrego kwasu. W siódmej części repetycja zdaje się być pretekstem do niemal tanecznej narracji. Dźwięki pętlą się i tarmoszą wzajemnie bystrym post-jazzem. W kolejnej - mała zabawa w call & responce! W dziewiątej części, najdłuższej – dużo wydarzeń! Deep minimal piano, plamy gitarowej amplifikacji, gołe struny i ćwierćtony, sample i cisza, która grzmi wokół. Gitara pnie się dronem ku górze, piano płodzi małe frazy, skąpane w zachodzącym słońcu. Jeszcze tylko parędziesiąt sekund tanecznego, solowego fortepianu i finałowa ballada, którą Argentynki żegnają się z nami, z mocnym postanowieniem szybkiego powrotu. Bo warto!




Stefan Orins  Summer’s Hope (Circum-Disk, CD 2020)

Czas pogłębić wątek pianistyczny w dzisiejszej zbiorówce i na dłuższą chwilę pozostać w towarzystwie fortepianu solo. Najpierw wątek pełen emocji, potem wątek pozornie z niej wyzuty, choć być może równie wartościowy. Zaczynamy od francuskiego pianisty Stefana Orinsa (świetnie na tych łamach znamy jego brata Petera, perkusistę!). Efekt trzech pracowitych, jeszcze przedpandemicznych dni Stefana Orinsa w domowym zaciszu (marzec roku ubiegłego), to dwanaście kompozycji (szkiców dla improwizacji?), których odsłuch zajmie nam mniej więcej godzinę zegarową, a których tytuł zdaje się być nade wszystko pobożnym życzeniem w czasach współczesnej nam zarazy.

Letnia Nadzieja, to pełna uroku, dramaturgicznego napięcia i chwilami sporego rozmachu, post-jazzowa, czasami post-kameralna, opowieść na jednoosobowy fortepian. Muzyk w jej trakcie definitywnie preferuje eksplorację klawiatury ponad próby preparowania dźwięków w głębinach pudła rezonansowego największego z akustycznym instrumentów. W trakcie godziny nagrania tak wiele czyni z mistrzowską klasą, dramaturgiczną precyzją, niebywale kreatywnie improwizuje, stawia celne pytania i znajduje prawidłowe odpowiedzi, iż bez problemu wybaczamy mu kilka neoklasycznych wycieczek do krainy nudy, które serwuje nam w niektórych momentach drugiej części płyty.

Zlustrujmy zatem niezbywalne atuty tego nagrania. Początek płyty stawia na jazz, dynamiczny, swobodny, z taylorowskim sznytem emocji, niepozbawiony wszakże kameralnej zadumy. Stefan korzysta z całej klawiatury, żadna kombinacja dźwięków nie stanowi dla niego niespodzianki. Sięga od czasu do czasu po preparacje, czyni to wszakże jedynie w momentach uzasadnionych dramaturgicznie (choćby w introdukcji drugiego utworu). Świetnie radzi sobie w dynamicznych momentach, równie skuteczny jest w subtelnych, filigranowych pasażach. W trzeciej części decyduje się na zabawę z ciszą, a dźwięki zaczynają przypominać źdźbła trawy unoszone szelestem porannego wiatru. W czwartej części – dla odmiany – zaprasza nas na post-barokowy taniec po klawiaturze ze stępionym ostrzem, gdy lewa ręka daje muzyce rytm, a prawa tonie w pełnych niepokoju wątpliwościach. W szóstej części deep piano po czarnych klawiszach pobudza do życia białych odpowiedników, zaś w dziewiątej, jakże filigranowej części, jakby na przekór tezie z poprzedniego akapitu, zaczyna się samo dobro – czarny klawisz wybrzmiewa, biały rwie frazy jak ceratę. W kolejnej części oba kolory klawiatury zdają się prowadzić ze sobą dialog godny Dawida i Goliata, a dramaturgia rośnie w ułamku sekundy. Na finał płyty najpierw wzrost emocji i dynamiki, kilka nerwowych, zmysłowych ruchów, a potem bardziej klasycyzujący, bezceremonialny przegląd czystości wszystkich elementów klawiatury.




Melaine Dalibert  Anastassis Philippakopoulos: piano works (Elsewhere, CD 2020)

Jesteśmy we Francji (Saint Maugan, Bretania, lipiec 2019), szeroko nadstawiamy uszu, przed nami bowiem spektakl skomponowanych, drastycznie minimalistycznych utworów fortepianowych. Wykonawcą jest pianista Melaine Dalibert (znamy się!), autorem zaś kompozycji Anastassis Philippakopoulos. Tych ostatnich na płycie jest dwanaście, a całość odsłuchu zajmie nam niespełna 35 minut.

Drobne dźwięki z pojedynczych klawiszy, które rezonują matowo brzmiącym echem. Czasami łączą się w smukłe konstelacje dwóch, trzech, maksymalnie czterech dźwięków. Gdy słuchasz ich uważnie, a nic nie rozprasza twojego pierwotnego postanowienia, zaczynasz oddychać inaczej - wolniej, głębiej, być może z perspektywy tafli morskiej, którą bez trudu odnajdujesz na okładce płyty. Równoprawnym uczestnikiem nagrania jest, co oczywiste, cisza, która wypełnia kilometry przestrzeni pomiędzy dźwiękami lub sekwencjami dźwięków. Ona brzmi, ona gra, ona oddycha, ale nastrój daleki jest od romantycznych schematów. To bezkres ciszy egzystencjalnej, istniejącej razem z dźwiękami, których tworzenie zdaje się być niezwykle kreatywnym mozołem. Repetycja formy, mantra nieskończonej/ niekończącej się opowieści.

Po siedmiu częściach opowieści Piano Piece, muzyk i kompozytor proponują nam pięcioczęściową historię Five Piano Pieces. Narracja zdaje się nabierać tu nieco życia – czarny klawisz konstruuje dialog z wysoko zawieszonym białym klawiszem, a urywany dźwięk wydaje się wyjątkowo hałaśliwy dla odbiorcy zatopionego w letargu pierwszych siedmiu części płyty. Kolejne odcinki proponują nam sekwencję nawet czterech dźwięków, a opowieść zaczyna przypominać subdynamiczny spacer gołymi stopami po porannej rosie, a zatem znamiona podjęcia czynności ruchu zostają tym samym wyczerpane. W utworze finałowym gęsta repetycja dwu-, a nawet trójdźwięków doprowadza nas na skraj finałowej ciszy. Bierzemy głęboki oddech i definitywnie zasypiamy.




Jürg Frey  Echo. Trio. Fragile. Eyot (A New Wave Of Jazz, CD 2020)

Jeśli stan letargu, pewnego rodzaju medytacji, jaki udało nam się osiągnąć podczas odsłuchu poprzedniej płyty, pragniemy utrwalić po wsze czasy, dobrym sposobem będzie blisko 75-minutowa podróż dźwiękowa, która metody twórcze Philippakopoulosa skutecznie udoskonala. Tu autorem zjawiska będzie szwajcarski kompozytor Jürg Frey. Cztery kompozycje/ nagrania/ dźwiękowe instalacje z lat 1997-2014, wykonane przez różnych muzyków w różnych momentach dziejów tego świata (2009-2019).

Dzieło otwarcia Paysage d’échos (2009) wykonuje sam kompozytor, generujący minimalistyczne fonie na trzech instrumentach, którymi są harmonika, melodica i fortepian. Choć dźwięków tu jak na lekarstwo - wszechobecna cisza rządzi i dzieli – to w wielu momentach docierają do nas jednocześnie dźwięki z trzech źródeł, stąd wniosek, iż muzyka nie jest wykonywana w pełni na żywo, a raczej ma formę dźwiękowych instalacji (co zresztą potwierdza opis płyty). Ów minimal & spiritual dead sounds trwa niemal pełne 20 minut, dobrze buduje nastrój, ale pozbawia nas dramaturgicznej puenty, czyniąc całe przedsięwzięcie pewnego rodzaju sztuką dla sztuki. Ta skromna uwaga dotyczy po prawdzie wszystkich kompozycji na omawianej płycie.

Druga kompozycja Streichtrio (1997) wykonywana jest przez trio smyczkowe: Angharad Davies - skrzypce, Johnny Chang – altówka oraz Stefan Thut – violoncelle. Znów koncepcja polega na wydawaniu krótkich dźwięków zatopionych w ocenie ciszy. Trzy strunowce, delikatnie preparowane, splecione w jednolity dron, brzmią doskonale, powodując, iż właśnie ten fragment płyty jest godzien naszej szczególnej uwagi, jednakże przy setnym powtórzeniu sekwencji dźwięków niekoniecznie łechta ono nasze endorfiny. W trzeciej części Equilibre fragile (2014) powraca Jürg Frey, który korzysta z bird pipes, których dźwięki znów docierają do nas przy zastosowaniu formuły instalacji. Efektem ponad 18-minutowa sekwencja ptasich nawoływań w obliczy cokolwiek martwej przyrody, tradycyjnie z ciszą w roli głównej. Na finał krążka Eyot (2004), a podmiotem wykonawczym Antonio Correa na fortepianie. Narrację buduje pojedynczy dźwięk czarnego klawisza, masywny i groźny, skonfrontowany z wysokim, delikatnym dźwiękiem klawisza białego. Mistrzem ceremonii pozostaje wszakże cisza.  




The Giving Shapes  Earth Leaps Up (Elsewhere, CD 2020)

Na finał dzisiejszych stylistycznych wolt, duet wokalno-instrumentalny, który moglibyśmy przewrotnie określić mianem post-chamber avant pop! Robyn Jacob śpiewa i gra na fortepianie, Elisa Thorn śpiewa i gra na harfie. Muzyka w formie piosenek z tekstem (do lektury na okładce płyty). Dziewięć kompozycji, 48 i pół minuty.

Niezaprzeczalnym i kardynalnym atutem albumu z piosenkami są oba wokale. Nie dość, że głosy są powabne, muzycy pięknie toczą najróżniejsze linie melodyczne, to jeszcze doskonale ze sobą współpracują w żmudnym procesie wokalnym. A już zdecydowanie najciekawiej jest wtedy, gdy miast śpiewać, zmysłowo wokalizują i fantastycznie nakładają na siebie warstwy fonii, które wzajemnie generują. Tak dzieje choćby w introdukcji utworu pierwszego, a także w ostatniej piosence na płycie.

Całość opowieści duetu pełna jest dramaturgicznej elegancji (z dala od schematu zwrotka i refren), szyku i pewnego scenariuszowego suspensu. W pewnych momentach recenzent czuł się, jakby słuchał ścieżki dźwiękowej do doskonałego filmu Petera Weira Piknik Pod Wiszącą Skalą!  Ów stylowy songwritting nie stroni od naleciałości etno, czasami sięga po bluesowe figury rytmiczne, a nade wszystko pozostaje błyskotliwie bezceremonialny i nie mający pretensji do reprezentowania jakichkolwiek ram stylistycznych. Z warstwy instrumentalnej bardzo podobać się może brzmienie harfy, która w kilku momentach sprawia wrażenie, jakby byłą akustyczną gitarą. Pełne ciepła, ale i zagadkowości jest piano. Niemal same atuty! Gdyby jeszcze pomiędzy struny i post-egzystencjalne tyrady werbalne wrzucić nieco więcej ognia i emocji, tudzież szczyptę improwizacji, byłby już prawdziwy majstersztyk. Zatem muzyka ku radości wszystkich, a skierowana szczególnie do tych, którzy w percepcji muzyki nazbyt silnie kierują się gatunkowymi uprzedzeniami.



piątek, 14 września 2018

El Pricto! Triplezero! Anticlan! Sly & The Family Drone! Peixe Frito! Wasteland! MIA! Kern! Total Improvisation Troop! Dalibert! The summary for last days of summer - big excitement guaranted!


Kalendarzowa jesień za pasem, szczęśliwie lato jednak nie odpuszcza. Trudno doświadczyć nudy. Także, w muzyce improwizowanej!

Dziś dziesięć płyt do odczytania. Jak zwykle mieszanka prawdziwie piorunująca – od grind rocka i doom metalu, po elektroakustykę i kojące dźwięki wprost z klawiatury fortepianu. A wszystko naznaczone piętnem improwizacji! Także kolejna porcja nowych nazwisk do zapamiętania. Dzień, jak co dzień na Trybunie!

Katalonia w prawdziwie demonicznym wydaniu, niebanalna Holandia, takaż Anglia, kwiecista Portugalia, szczypta Niemiec, Kanady i Francji. Let’s go and crazy!




El Pricto/ Diego Caicedo/ Javier Garrabella/ Vasco Trilla  Demonology (Discordian Records, 2018)

Wenezuelski saksofonista El Pricto, to prawdziwie renesansowa postać. Szef najważniejszego dla muzyki improwizowanej labelu Barcelony, Discordian Records, uwielbia literackie i artystyczne inspiracje dla muzyki, którą tworzy. Najnowsza pozycja w katalogu zwie się Demonology i jest kompozycją będącą pokłosiem … 72 demonów Ars Goetia, zaczerpniętych z siedemnastowiecznego dzieła The Lesser Key Of Salomon The King. Składa się z tyluż fragmentów, trwających od … 1 do 3 sekund. Muzycy układają z tych mikrofraz dłuższe, muzyczne wypowiedzi. Repetycje, permutacje, skróty i rozwinięcia – gęsta, usiana zasiekami, zdyscyplinowana improwizacja, prowadzona wg precyzyjnych wskazówek kompozytora.

Efekt kipi emocjami, a także precyzją i determinacją w zakresie wykonania koncepcji kompozytora. Dostajemy 25 minutową, dynamiczną, poszarpaną, multigatunkową ekspozycję, budowaną w estetyce, będącej krwistą mieszanką grind-core punk, noise rocka i free jazzu. Polecam szczególnej uwadze graficzny zapis tych mikrokompozycji! Zresztą same tytułu mówią już wiele: black metal, thrash metal, death metal, free, solo, slow doom metal, broken rhythm, blast, beat, grind core, hard core, short loops, latin, epic, extended technique, ha-ha-ha, short growl, drum fill i …żagań (pisane z polskimi znakami diakrytycznymi!).

Historia muzyki zwichrowanej w pigułce! Postmodernistyczna moc wielkiej kreacji - strzelisty saksofon altowy El Pricto, ostra, niemal doom metalowa gitara Diego Caicedo, elektryczny bas Javiera Garrabelli i mocna, zmysłowa perkusja Vasco Trilli. Gdybyśmy zechcieli poszukać całkiem współczesnej, muzycznej inspiracji dla Demonology, to trop może być tylko jeden – Naked City Johna Zorna.




Triplezero 000 (Binary Sorrow/ Antinomia Records, 2016)

Pozostajemy w stolicy Katalonii, ciągle jest z nami Vasco Trilla (perkusja, a także tabla). Obok niego Pablo Selnik na fletach (silnie amplifikowanych) i Denys Sans, odpowiedzialny za elektronikę. Muzyków wspomaga głosem Eric Baule. Formacja zwie się Triplezero. Płyta 000 nie jest może najświeższą pozycją edytorską, dotarła do nas jednak dopiero tego lata. Zawiera, bazująca na skomponowanym materiale, improwizowaną muzykę … death/doom metalową, tworzoną dokładnie przy pomocy instrumentarium, wymienionego wyżej. Przedrostka post możemy w odniesieniu do tej muzyki używać bez ograniczeń. Zajrzyjmy głębiej do tego szalonego przedsięwzięcia artystycznego.

Zaczynamy ścianą post-black metalowego hałasu. Atak dźwięków serwowany naprzemiennie z  pasmami niskiej, złej elektroniki, zdobionymi głosem typowym dla trawestowanego gatunku (teksty Selnika, inspirowane literaturą H.P. Lovercrafta, nie dla osób mniej tolerancyjnych obyczajowo i światopoglądowo). Rodzaj plemiennego rytuału inicjacyjnego. Być może także rodzaj gigantycznego żartu stylistycznego. Kolejne siedem utworów, to krótkie, niekiedy lapidarne perełki noise’ elektroniki z demonicznym głosem i doskonałą perkusjonalistyką Vasco. Slow metal drums, zgiełk fletu na dużym prądzie, brzmiący jak armia gitar elektrycznych, ołowiana elektronika, post-techno zasklepione w krypcie grobowca, interludia noise and industrial, robotyka wirtualnych maszyn, także minuta z czystym dźwiękiem … tabli. What ever you want! Kolejny żywy (i syntetyczny) dowód na monstrualny eklektyzm barcelońskiej sceny muzycznej.

Płytę wieńczy 17 minutowa pieśń tytułowa. Epicka w rozmachu, chwilami genialna w doborze artystycznych środków wyrazu. Pulsujący dron, repetycje, brudny, tłusty sound post-techno. Flet pod wysokim napięciem, elektroakustyka spod dłoni i stóp Trilli, bogata, ciągle zmieniająca się narracja. Wreszcie multiplikująca się tabla, która po 13 minucie, wspierana oniryczną elektroniką, prowadzi nas na pola niemal metafizycznego chill-outu. Na sam finał siarczysta post-elektronika w formie śmiercionośnej mantry. Płyta jedyna w swoim rodzaju, nagrana za pierwszym podejściem, bez post-produkcji!




Anticlan  Volcano Hour (Creative Sources, 2018)

Przenosimy się do Holandii. Na studiu nagraniowym 2/3 power improv trio Albatre (Hugo Costa na saksofonie altowym, Philipp Ernsting na perkusji) w towarzystwie gitarzysty Josué Amadora. Swobodna improwizacja pod nie byle jakim szyldem Anticlan i prawdziwie eksplozywnym tytułem. Dodajmy, obok wybuchów wulkanu, czekają nas także powolne strumienie stygnącej lawy.

Sześć niebywale intrygujących opowieści, zbudowanych przez dobry, uważny, gęsty drumming, gitarę z prądem, lontem do silnie avant-rockowego brzmienia i ze szczyptą zdrowej psychodelii pomiędzy strunami, wreszcie saksofon altowy, który świetnie się z nimi komponuje, choć nie ma zwyczaju wychodzenia przed szereg. Dalece swobodna wymiana dźwięków, lekko zaczepiona w estetyce free jazzu, niestroniąca od rockowych emocji, płynąca szerokim strumieniem od ciszy do hałasu i z powrotem.

Drugi i trzeci fragment skrzy się pięknym, wręcz medytacyjnym klimatem. Uroda gitary eksploduje – minimal deep improve! Amador nie waha się wkraczać w post-industrialną estetykę. W czwartym rośnie poziom decybeli, kind of true power trio. Znów gitara wywołuje wytrysk endorfin u recenzenta. Gdy zamilknie, para sax & drums pięknie ucieka we free jazzowy galop. Costa ma tu swoje pięć minut i perfekcyjnie z tego korzysta. W kolejnej piosence powraca quite stream, zdobiony ornamentami pulsujących strun, przedmuchanych dysz i konwulsyjnej pracy werbla i tomów. Sporo rockowej ekspresji, tu zbyt gwałtownie wyciszonej. Finał umila nam aktywny drumming, wokół którego koncentruje się niespokojny alt i szklista gitara. Świetna płyta!




Sly & The Family Drone  Live at Café Oto (Bandcamp?, 2018)

Mokry od potu karnawał chaosu! To nie jest bynajmniej epitet recenzenta, ale konstruktywna samoocena muzyków. Lubimy na tych łamach stylistyczną egzotykę, niepokorność i zdrowy hałas, zatem czym prędzej odkrywamy karty. Formacja Sly and The Family Drone, to na ogół duet: Matt Cargill – głos, efekty, elektronika i Callum Joshua Buckland – perkusja. Parę dni temu pisaliśmy o ich wspólnej płycie z Dead Neanderthals. Tym razem ich osobna, najnowsza produkcja – koncert z londyńskiej mekki free improve, czyli klubu Cafe Oto! Dwa półgodzinne sety.

Drapieżny, gęsty i bezkompromisowy melanż żywej perkusji i elektronicznych, hałaśliwych pasaży w dalece punkowej estetyce. Równie żywiołowa publiczność w klubie, zdecydowanie podnosi temperaturę spektaklu. Rock and noise improvised as well! Gorący temperament muzyków i główny parametr podlegający procesowi improwizacji, czyli natężenie dźwięku. Triumf artystycznej swobody i naprawdę bezczelnego wykraczania poza dostępne gatunki. Ekstremalizm wyniesiony do rangi sztuki. Prawdziwie chocholi taniec till to death. Ciekawy moment pod koniec pierwszego seta – solowe expose perkusji, na tle drona niskich częstotliwości i zapach upalonego electro!

Choć trudno to sobie wyobrazić, drugi set jest jeszcze gorętszy. Elektronika wsparta samplami płonie dalece intensywniej (żadna gitara nie byłaby chyba w stanie generować takiego przekazu fonicznego!). Pedał gazu wciśnięty maksymalnie. Na finał drummer włącza turbodoładowanie, a na scenie pojawia się wiele przypadkowych instrumentów dętych (wedle słów naocznych świadków, przyjaciele grupy podłączyli się pod występ!). Zgiełk i znój. Cierpienie i odkupienie. Doprawdy, efekt jest frapujący!




Peixe Frito  Jazz From Here. 11.02.1918 (Last Pork Records, 2018)

Zdecydowanie zasłużyliśmy na moment oddechu! Doskonałym wyborem będzie zatem portugalski kwintet Peixe Frito (po naszemu – smażona ryba): Paulo Chagas - flet i saksofony, Luís Guerreiro – trąbka, elektronika, tibetan blow, Paulo Duarte – gitara elektryczna, Alvaro Rosso – kontrabas i Pedro Santo – perkusja. Sześć krótszych opowieści na początek, potem trzy dłuższe.

Zaczynamy od Coltrane’a na delikatnym speadzie, z dobrą ekspozycją gitary elektrycznej. Cała zresztą płyta, budowana jest na ciekawym kontraście akustycznych ekspozycji i dźwięków elektronicznych/ elektrycznych (gitary). Dominują spokojne, nieśpieszne improwizacje (poza jednym wyjątkiem). Oniryzm często wykorzystywanej ciszy, stemple nieinwazyjnej psychodelii, intrygujące dźwięki dęte, precyzyjna sekcja rytmiczna. Żmudna, skupiona narracja, przykład skrupulatnego rzeźbienia w skale improwizacji. Z jednej strony szczypta kameralistycznego zadęcia (szczególnie Chagas na flecie!), z drugiej - niebanalny posmak fussion, gdy trąbka łączy się w procesie generowania dźwięków z elektroniką.

Siódmy fragment, Swing From The Zone, bodaj najdłuższy na płycie, jest też fragmentem najbardziej dynamicznym. Rasowy free jazz tryska po ścianach! Quasi semicki taniec, rozbujała, wyzwolona porcja dobrze upalonego fussion jazzu. Chwilami nawet z elementami funky. Na finał tej naprawdę udanej płyty, kolejne dwa utwory w delirycznym, spokojnym, acz naładowanym dobrą psychodelią klimacie. Powabna sonorystyka kontrabasu, zwinna elektronika i wyraziste ekspozycje dęte.




Parlato/ Chagas/ Lenglet/ Gibbs  Wasteland (Setola Di Maiale, 2018)

Paulo Chagas zostaje z nami (flet, obój, zabawki dźwiękowe, … woda), ale tym razem towarzyszyć mu będzie bardziej międzynarodowe towarzystwo: Rosa Parlato – flet, elektronika, głos, Philippe Lenglet – gitara elektryczna, obiekty oraz Steve Gibbs – gitara klasyczna, 8-strunowa, głos. Siedem rozbudowanych, dość swobodnych improwizacji elektroakustycznych.

Wasteland, to kolejny i nie ostatni dziś przykład łączenia dźwięku żywego z syntetycznym, tu z delikatną przewagą tych pierwszych. Flet, obój, dwie dychotomiczne gitary i kilka zwojów kabli. Szczypta egzotyki, nieco kontrowersyjne wokale, zabawy dźwiękowe, ale i poważne dyskusje na temat. Płyta długa (ponad 70 minut), nie w każdym momencie aż tak intrygująca, by nadstawiać ucha (mało kompromisu na etapie selekcji materiału). Także kilka momentów akceptujących zbyt łatwe dźwięki, jak na wymagania recenzenta.

Skoncentrujmy się wszakże na plusach. W drugim utworze niebanalna ekspozycja fletu, na tle … lejącej się wody. W kolejnym, udany pasus klasycyzującej improwizacji z dobrze tłumionymi emocjami (obój w roli głównej). W czwartym intrygujący, nowy dźwięk (hichiriki?) na tle dość pasywnych gitar. Sonorystyka dętych daje punkty dodatkowe do oceny końcowej. W piątym - sekwencja naprawdę udanych interakcji elektroakustycznych. Także dobry dialog gitary akustycznej i sonoryzującego oboju. A w utworze finałowym zdaje się, że wreszcie cały kwartet dramaturgicznie trybi! Akademickie naleciałości idą w odstawkę, rośnie kreacja i pomysły na rozwój narracji. Ciekawy przykład minimalizmu w procesie improwizacji. Szczypta psychodelii na gryfie gitary elektrycznej, kilka dobrych dźwięków z kabli i nieoczywistych zachowań dęciaków.




Ensemble MIA ‎Live 2016 (Creative Sources, 2017)

Portugalska scena muzyki improwizowanej zdaję się specjalizować w dużych składach, zwinnie poruszających się po oceanie swobodnej muzyki bez scenariusza. Ensemble MIA, to kolejny przykład. Rejestracja z Festiwalu Encontro de Musica Improvisada de Atouguia de Baleia, z roku 2016. Aparat wykonawczy jest ogromny – ponad 60 muzyków, podzielonych na sześć improwizujących składów, każdy z innym przewodnikiem/ dyrygentem. Nie będziemy ich wszystkich wymieniać (każdy z uczestników przedsięwzięcia pojawia się na scenie maksymalnie dwukrotnie), zainteresowanych odsyłamy do sieci globalnej. Może jedynie wskażmy personalia kilku bliższych nam muzyków, takich, jak Luiz Rocha, Alvaro Rosso, Sarah Claman, Miguel Mira, Karoline Leblanc, Bruno Parrinha, Jean-Marc Foussat, Mia Zabelka czy po raz kolejny goszczący w tej zbiorówce Paulo Chagas.

Pierwsza historia, dyrygowana zwinnie właśnie przez Zabelkę, toczy się w atmosferze elektroakustycznego rezonansu, z ciekawą ekspozycją instrumentów strunowych, a w dalszej części perkusjonalnych. Druga – pod przewodnictwem Marka Lotza – eksponuje dęciaki na tle elektrycznych gitar, zawiera także niebanalne preparacje piana i moc przeróżnych głosów obojga płci. Trzecia (F. Choiselat) funkcjonuje na zasadzie kontrastu – z jednej strony rytm, melodia i bystry puzon, z drugiej rozwichrzone eksplozje werbalne, wszystko zaś bogato zinstrumentalizowane. Czwarta (N.Taylor) startuje kameralistyką akustycznych gitar, by po pewnym czasie napotkać hałaśliwe symfoniczne interludia. Sam finał tej akurat improwizacji jest wyjątkowo dynamiczny, przynajmniej na tle pozostałych wydarzeń spektaklu. Początek piątej opowieści (S.Corda) także smakuje dobrą kameralistyką, która płynnie przechodzi w rytualny taniec godowy z okrzykami i wrzaskami (może także publiczności). Wreszcie finał (F.Simoes) – triumfalny powrót elektroakustyki, przy wtórze nadpobudliwych dęciaków, zadziornych strunowców i kolejnych rytualnych śpiewów, czynionych w asyście puzonu.

Mnóstwo intrygujących improwizacji nieco traci na wartości z uwagi na jakość samej rejestracji koncertu. Dźwięk jest mało selektywny, niemal monofoniczny, a brzmienie całości pozostawia wiele do życzenia. Bardzo szkoda. 




Kern  Mittendrin (Creative Sources, 2017)

Przystanek Niemcy i studyjna rejestracja tria Kern: Edith Steyer – saksofon altowy i klarnet, Yorgos Dimitriadis – perkusja oraz Matthias Müller – puzon. Dziesięć improwizowanych opowieści, mających na wejściu status composed by.

Przykład wyjątkowo zgrabnej i świetnie wykonanej improwizacji ustrukturyzowanej. Rodzaj free jazzu delikatnie zakotwiczonego. Średnie pokolenie europejskich improwizatorów, kariery w trakcie stabilnego wzrostu. Czegóż chcieć więcej? Tempo, emocje, sonorystyka – genialny puzon (dla Matthiasa to już norma, patrz: poprzednie recenzje na tych łamach), idący za nim krok w krok dobry, wyrazisty, niebanalny saksofon altowy (na dwa krótkie fragmenty zamieniony na klarnet) i precyzyjny, niezachowawczy drumming. Różnorodne, intrygujące, akceptowalne na każdym poziomie percepcji opowieści, niepozbawione także szczypty klasycyzującego zadęcia, charakterystycznego dla wykształconych akademicko muzyków niemieckich. Szczególnie udane zdają się być dłuższe fragmenty, bardzo swobodnie improwizowane. Trzeci odcinek serwuje nam zwinne synkopy, przykład dobrego jazzu bez niskich częstotliwości. Piąty zdaje się być wyjątkowo śpiewny, szczególnie dotyczy to puzonu, który błyskotliwie mutuje brzmienie. W kolejnym, puzon swoim wyjątkowym tembrem sprawia wrażenie, jakby muzyk korzystał ze wsparcia elektronicznego.

Finałowe odcinki Mittendrin konstytuują wysoką jakość całego nagrania. W siódmym muzycy improwizują w estetyce call & response, są czujni i świetnie na siebie reagują. W ósmym utworze, o jakże adekwatnej nazwie Polar, dają przykład pięknego deep sonore. Czujemy prawdziwy chłód arktyczny. Brawo! Tuż po nim kolejna perła sonorystycznego slow motion. Na sam już finał temat grany z kartki, ale wyjątkowo stylowy.




Total Improvisation Troop  Karma Moxie (atrito-afeito, 2018)

Wracamy do poszukującej elektroakustyki. Kanadyjska pianistka Karoline Leblanc i kolejna pozycja w katalogu labelu, przez nią prowadzonego. Septet zwie się dość buńczucznie Total Improvisation Troop, personalnie zaś to: Alexandre St-Onge – bas elektryczny z asystą komputera, Anne-Françoise Jacques – amplifikowane obiekty rotujące, Karoline Leblanc – fortepian i taal, Lawrence Joseph – gitara elektryczna, efekty, Paulo J Ferreira Lopes - talerze, Peter Burton - kontrabas, Vergil Sharkya – syntezator, efekty. Pięć dość zwartych, w formie i czasie, swobodnych improwizacji.

Troje muzyków odpowiada tu głównie za dźwięki akustyczne, czworo zaś za elektroniczne lub elektryczne. Ta wojna sprzymierzonych nie do końca prowadzona jest na równych prawach. Innym słowy, świat syntetycznych dźwięków jest tu w przewadze, nie tylko ilościowej, ale także dramaturgicznej. Przykład skupionej, uważnej narracji, chwilami nieco akademickiej. Kind of contemporary improve. Wiele udanych preludiów ze strony piana, kontrabasu czy perkusjonalii zdaje się gubić trop w trakcie konfrontacji z dość natarczywym i inwazyjnym światem syntetyki. Choćby w drugim utworze, gdy zwinna improwizacja inside piano natrafia na zgrzyty i plamy nieznoszącej sprzeciwu elektroakustyki. Karolina dzielnie trzyma stery improwizacji, jednak orszak obiektów, płaszczyzn i kabli nie odpuszcza choćby na moment. Wszystko brzmi trochę, jak soundtrack do polskich filmów fantastycznych z lat 70. ubiegłego stulecia.

Nieco ciekawsza zdaje się tu być druga część płyty, choćby fragment czwarty, gdy niebanalne piano snuje wartościowe opowieści, a elektroakustyka ogranicza się do kreślenia tła narracji. W części finałowej druga strona medalu proponuje coś na kształt syntetycznej perkusji w dalekim planie. Żywe instrumenty odnajdują wtedy skrawek przestrzeni dla siebie i nie marnują czasu.




Melaine Dalibert ‎ Musique Pour Le Lever Du Jour (Elsewhere Records, 2018) ‎

Na finał dzisiejszej zbiorówki płyta niezwykła. Niemal idealne zwieńczenie karkołomnych opowieści o dziwnych płytach. Komponowana muzyka na fortepian, godna wszelkich kanonów muzyki, którą zwykliśmy określać mianem minimalistyczej. Kompozytor i wykonawca pochodzi z Francji, nazywa się Melaine Dalibert. Jedna godzina i jedna minuta strukturyzowanego chill-outu!

Music for the daybreak. Czyli dźwięki na czas odpoczynku. Muzyk stosując dwa, trzy algorytmy, sekwencje dźwięków, buduje niebywały klimat nagrania. Bez zbędnej intelektualnej głębi, czy rozbudowanego słowa pisanego w zakresie ideologii, tak charakterystycznego dla muzyki współczesnej, pianista proponuje nam podróż jedyną w swoim rodzaju. Długie dźwięki, miękki rezonans, cisza i ukojenie. Pokonywany dystans czasowy buduje jakość. Jedyne, co możemy stwierdzić na temat przebiegu narracji, to fakt, iż zdaje się, że w drugiej połowie nagrania przerwy pomiędzy dźwiękami są nieco dłuższe, jeszcze silniej akcentując minimalistyczny i relaksacyjny charakter całości. Piękna muzyka!