Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojtek Kurek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojtek Kurek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 września 2024

The September’ Round-up: Dooom Orchestra! SANTA! SYNC! García & Reviriego! Michalowski & Smith! Ekotonika! Doskocz & Kurek! Lencastre! Leblanc & Ferreira! Yamauchi & Kahn!


Wrześniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt z muzyką improwizowaną przed nami! Dziesięć świeżynek, moc różnorodnych wrażeń, dźwięki z niemal całego świata!

Pośród tytułów wykonawczych sporo świetnie znanych nam postaci, ale też niemałe grono nowych nazwisk do bezwzględnego zapamiętania. Gatunkowy misz-masz jak zwykle na ekstremalnie wysokim poziomie – rozbudowany skład uprawiający predefiniowaną improwizację, dużo tej ostatniej w wersji jak najbardziej swobodnej, trochę jazzu, zarówno free, jak i kameralnego, a także z etykietą fussion, elektroniczne eksperymenty, zmysłowy dark ambient, post-rockowa polirytmia, czy lewitująca elektroakustyka. What ever you want!

Nasza podróż rozpocznie się we Włoszech, potem odwiedzimy Szwajcarię, Hiszpanię, Stany Zjednoczone, Polskę, Portugalię, Kanadę, a także daleką Japonię. Welcome to improvised heaven & hell!



 

Dooom Orchestra Our Sea Lies Within (Aut Records, CD 2024)

Onara Swamp Hall, Tombolo, Włochy, lipiec 2023: Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, Nina Baietta – głos, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Francesco Salmaso – saksofon tenorowy, Agnese Amico – skrzypce, Francesca Baldo – skrzypce, Enrico Milani – wiolonczela, Sirio Nagro – gitara elektryczna, obiekty, Andrea Zerbetto – fortepian, Riccardo Matetich - tabla, obiekty, instrumenty perksyjne, Marco Valerio – bas elektryczny, Andrea Davì – perkusja. Osiem utworów, 45 minut.

Tą włoską orkiestrą o jakże intrygującej nazwie dowodzi perkusista Francesco Cigana, który na tych łamach nie jest postacią anonimową. Dwunastoosobowy skład kleci tu dla nas osiem opowieści, które sycą się zarówno estetyką post-jazzu, jak i swobodnej, ale niekiedy przesłodzonej i nazbyt wystudiowanej kameralistyki. W trakcie trzech kwadransów dzieje się dużo dobrego, ale wraz z upływem czasu ekspresja, jaka towarzyszyła artystom na starcie, zdaje się rozpływać w mocno kontrolowanej narracji.

Start, co się zowie! Saksofonista i wokalistka, z okrzykami na ustach, płyną post-jazzowym tembrem niesieni strugą bogatej instrumentacji, kreowanej zapewne pełnym dooom składem. Druga opowieść jest nerwowa, szyta prądem gitary i strunową akustyką skrzypiec. Wokalistka dodaje tu trochę czystego, bardziej kameralnego śpiewu. W następnych dwóch częściach poznajemy kolejne elementy tej gry – niemal molekularne otwarcie, rytmiczne piano, garść basowych dźwięków z prądem, jazzowe frazy dęte i nieco oniryczne wokalizy. Piąta część niepokojąco zbliża się do estetyki pop, z kolei szósta sieje sporo rockowego zamętu (wreszcie słyszymy tu perkusję!), ale ginie w kameralnej melodyce. W części siódmej napotykamy na rytmiczną, bardziej dynamiczną opowieść, zrodzoną wszakże w klimacie definitywnie kameralnym. Finał dostarcza nerwową kołysankę, zreasumowaną dialogiem wokalistki i saksofonisty, którzy ów album tak pięknie otwierali kilkadziesiąt minut wcześniej.



 

SANTA III (Santa Recordz, DL 2024)

Czas i miejsce nagrania nieokreślone: Andrea Cherchi – syntezator, sample, miksowanie, Giacomo Salis – instrumenty perkusyjne, obiekty oraz Antonio Pinna - perkusja, metallophone. Trzy utwory, 16 minut. 

Perkusjonalista Giacomo Salis, to kolejny włoski improwizator często goszczący na naszych łamach. Tym razem spotykamy go w trio, które od pewnego czasu wydaje w formie bezfizycznej kilkunastominutowe ep-ki, które przenoszą perkusjonalne i drummingowe ekspozycje do świata fussion – tak elektronicznego, jak i po części post-jazzowego. Tu pochylamy się nad trzecim epizodem serii.

Pierwszą opowieść tworzą migotliwe, rwane frazy elektroniki, syntetycznie brzmiąca warstwa basowa i frazy perkusji, których akcje z czasem łapią niemal polirytmiczny drive. W drugiej części pojawia się więcej perkusjonalnych fraz, kreowanych głównie na talerzach i plamy syntetycznego ambientu. Beat perkusji jest tu dość nerwowy i udanie kołysze narracją, nadając jej ponownie posmaku polirytmii, a także taneczności i melodyjności. Finałowa ekspozycja tonie w mrocznym ambiencie, barwiona frazami o brzmieniu wibrafonowym, formując się ostatecznie w kształtną balladę.



 

SYNC Catacryptico (Aut Records, CD 2024)

Spazio Panelle, Locarno, lato 2022: Sebastian Strinning - saksofon tenorowy i klarnet basowy, Natalie Peters - głos, Yara Li Mennel - skrzypce, głos oraz Jacek Chmiel – cytra, elektronika. Cztery improwizacje, 47 minut.

Międzynarodowy kwartet w znoju świetnie brzmiącej, nad wyraz swobodnej kameralistyki, buduje swoje narracje na ogół środkami akustycznymi, a incydentalne plamy elektroniki tylko dodają im urody. Muzycy frazują na ogół dość minimalistycznie, ale w momentach, gdy ów minimalizm gubią, ich kreatywność sprawia, że emocje płyną naprawdę szerokim strumieniem. Poza Chmielem członkowie SYNC, to dla tych łamów nowe nazwiska, zatem skrzętnie je zapisujemy i czekamy na tzw. ciąg dalszy.

Pierwsza i czwarta improwizacja, to formy rozbudowane, dwie środkowe są nieco bardziej zwarte w formie. Sucho brzmiący saksofon, delikatnie drgające strun skrzypiec, głos, który najpierw cmoka, potem melodyjnie zawodzi niczym kolejny dęciak, wreszcie minimalistyczne frazy cytry i incydentalne plamy elektroniki – to w ujęciu dźwiękowym aktorzy fazy otwarcia. Emocje są nam tu należycie dawkowane (buzują, gdy do gry wkracza klarnet basowy), w środku tli się ponadgatunkowa różnorodność i niemałe pokłady ciszy, a sam finał zdaje się być żałobną mantrą. Druga część, to plejady drobnych, niekiedy nerwowych fraz, preparacje i okrzyki. Z kolei trzecia odsłona syci się programowym minimalizmem, blisko posadowiona jest ciszy, pracuje elektronika, śpiewają metaliczne przedmioty. Z jednej strony plamy post-jazzu, z drugiej oniryczny ambient. Finał płyty jest anonsowanym wcześniej wybuchem kreatywności i pomysłowości, chwilami aż nazbyt bogatym w wydarzenia. Początek jest leniwy, dronowy, środek rozgadany, wsparty elektroniką, finał wielogatunkowy, nie bez akcentów zdecydowanie dynamicznych. Ostatnie cztery minuty, to nowy wątek, swoisty encore, zainicjowany przez elektronikę, a skomentowany onirycznym głosem saksofonu i wokalem z tekstem.




Miguel A. García/ Àlex Reviriego Heralds de l'hivern (Hera Corp., Kaseta 2024)

Czas i miejsce nagrania nieokreślone: Miguel A. García – elektronika, dźwiękowe manipulacje, miksowanie oraz Àlex Reviriego - no input mixer, elektronika (feedback), urządzenia różne, syntezator. Cztery utwory, 38 minut.

W ramach wątku północno-iberyjskiego proponujemy spotkanie starych dobrych znajomych. Kooperacja baskijsko-katalońska tym razem odbywa się wyłącznie w sferze elektroniki, tu wyjątkowo oryginalnej i naznaczonej piętnem niebanalnego konceptu. Większość dźwięków, jakie generuje Reviriego są bowiem efektem działania feedbacku, w czym pomaga także mikser, który zdaje się być fonicznym perpetuum mobile, albowiem daje coś od siebie, choć sam nie ma nic na wejściu. Prace Garcii bazują na bardziej konwencjonalnym oprzyrządowaniu elektronicznym.

Pierwszy utwór budują syntetyczne drony i plejady elektroakustycznych short-cuts – usterki i skwierczenia. Całość wydaje się dość mroczna, osadzona na dużej przestrzeni, która łapie także ochłapy dźwięków akustycznych. W kolejnej części muzycy rozbudowują arsenał artystycznych środków wyrazu – narracja nabiera gęstości, syntetyczności, brudnego, pokancerowanego brzmienia. W rezultacie licznych akcji dramaturgicznych opowieść staje się chropowatym dark ambientem. Trzecia odsłona trwa tu prawie trzynaście minut i zdaje się być kluczowym momentem albumu. Rodzi się w poświacie mrocznych szelestów, które formują się w wyjątkowo czarny ambient. Opowieść nabiera rozmachu, gdy na mrocznym tle pojawiać się zaczynają post-akustyczne frazy, będące zapewne efektem owego cudownego feedbacku. Sam finał przynosi melodyjne ukojenie. Ostatnia część jest równie bardzo bogata w wydarzenia. Od fraz rezonujących, rozbłysków elektro-akustycznej delikatności, poprzez drony i post-melodie, aż po kosmiczne brzmienia i na poły akustyczne zgrzytanie zębami. Flow nie przestaje być jednak wystudzony, czyżbyśmy mogli użyć tu określenia electronic chamber? W końcowej fazie opowieść narasta jak wielka orkiestra symfoniczna, po czym popada w długotrwały falling down.



 

Piotr Michalowski/ Damon Smith How to Ripen in Ice (Balance Point Acoustic, CD 2024)

Ziggy's Ypsilanti, USA, czas nieokreślony: Piotr Michalowski - klarnet basowy i kontraltowy, saksofon sopranowy i sopranino, flet japoński Shinobbue oraz Damon Smith - kontrabas. Siedem improwizacji, 46 minut.

Swobodna improwizacja, która intrygująco balansuje pomiędzy post-jazzem, a free chamber, zbudowana arsenałem brzmień dętych i kontrabasem, który zdolny jest do każdej ponadgatunkowej akcji, to treść polsko-amerykańskiego albumu, nad którym się pochylamy.

Artyści zaczynają z wysokiego C! Kompulsywne pizzicato & arco w jednym strumieniu kontrabasowego flow i dęte wyziewy realizowane na sporym pogłosie. Kameralna opowieść zakorzeniona w swobodnym jazzie zdaje się tu być równie błyskotliwa w pobliżu ciszy, jak i na drobnym, free jazzowym wzniesieniu. Na koniec zostaje okraszona dronem i śpiewem saksofonu. Drugą część muzycy kreują na nisko ugiętych kolanach. Klarnet i post-jazzowe pizzicato nie stronią od kameralnych dygresji, potem opowieścią kołysze nostalgiczny smyczek. Trzecia część skłania się ku swobodzie jazzu, a realizowana jest saksofonem sopranowym i kontrabasem, który studzi emocje szarpaniem za struny, a definitywnie je pobudza smyczkowym tańcem. W części czwartej pojawia się flet, a potem klarnet, w piątek powraca lekki saksofon, ale ma wyjątkowe ostre pazury. Oba fragmenty płyną jazzową strugą, ta druga, choć rodzi się kameralnie, śmiało zasługuje na miano ognistej. Szósta opowięśc jest ekspozycją solową kontrabasisty (piękny smyczek w bardzo niskich rejestrach!), która na sam koniec zostaje delikatnie skomentowana przez saksofonistę. Ostatnia narracja udanie reasumuje wyczyny artystów. Skrzy się jazzem sopranu i kontrabasowym wszędobylstwem, początkowo sprawia wrażenie pożegnalnej ballady, z czasem staje się kolejną żwawą, ognistą akcją.




Ekotonika To Get Lost (Antenna Non Grata, CD 2024)

Łódź, Kraków, 2023: Mat Barski – gitara elektryczna, sampler oraz Marcin Karton Karczewski – syntezator, kontrabas, stomp boxes. Pięć utworów, 30 minut.

Na tych łamach definitywnie lubimy dark ambient! Zwłaszcza, gdy lepiony jest z wielu nieoczywistych, niejednorodnych strumieni nie tylko mrocznych dźwięków. Krajowa Ekotonika nam to gwarantuje, budując zwartą, dość krótką opowieść zarówno foniami żywymi, jak i syntetycznymi. Piękny, depresyjny tytuł albumu podkreśla ładunek emocji, jaki niesie całe nagranie.

Pierwszą opowieść otwiera mroczna pulsacja gitary, basowy background i strunowe zdobienia. Dolina narracji trzeszczy, góra wznosi się ku zachmurzonemu niebu. Finałowy ambient zdaje się rozbłyskiwać w chmurze industrialnego pyłu. W kolejnych odcinkach muzycy dodają nowe elementy sprawiając, iż ich dark ambient mieni się nadzwyczaj obfitą paletą kolorów. Słyszymy brzmienia przypominające sakralne organy, wszędzie panoszą się gitarowe chroboty i akustyczne zgrzyty z nieznanego źródła, a w części trzeciej niepodziewanie dajemy się ponieść pewnej wewnętrznej, nerwowej dynamice. Czwarta opowieść trwa dziesięć minut i jest przeto najatrakcyjniejsza pod względem dramaturgicznym. Na czele rozhuśtanego orszaku maszeruje gitara, w tle pulsuje basowa, mroczna otchłań, a dalece zaskakujący finał puentuje dźwięk nadlatujących Ptaków Hitchcocka. Z kolei końcowa ekspozycja nie szczędzi nam dźwięków preparowanych, połamanych fraz post-perkusyjnych i plejady drobnych, elektroakustycznych usterek.



 

Doskocz/ Kurek Wrrr (Antenna Non Grata, CD 2024)

Beskid Mały, luty 2023: Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Wojtek Kurek – perkusja. Dziesięć utworów, 33 minuty.

Doskocz i Kurek grają razem od lat, ale takiej petardy dźwięków wcześniej nam nie dowozili. Dziesięć krótkich wiadomości wprost z ponadgatunkowego piekła. To improwizowany post-rock zaplątany w gęstą, psychodeliczną polirytmię, to muzyka, która rządzi nami od pierwszej do ostatniej sekundy, no i na koniec, oczywiście, nie bierze jeńców.

Przesterowany wyziew gitary i dynamiczny drumming po ostrych krawędziach lepią tu start, który sieje popłoch, przypomina wykrwawiający się drum’n’bass. Druga odsłona zabiera nas w bezmiar afrykańskiej polirytmii, czyniąc niemal etniczne rytuały, okraszone poszukiwaniem hard-rockowych korzeni gitary. Zaraz potem muzycy z drobiazgów, strzępów fonii klecą połamaną strukturę, która pęcznieje jak ciasto na dobrą pizzę. W czwartej części opętani rytmem niszczyciele czystości gatunkowej doładowują nas hałasem, by wszystko spuentować dudniącym 2stepem. W piątej części króluje zdewastowany rock, który wpada w rytualny taniec, z kolei w szóstej wracamy do afrykańskiej polirytmii. W dwóch kolejnych short-trackach dominuje rozdygotana z emocji gitara. Jej pick-upy stają w płomieniach, ale wsparte rytmem zabierają nas na psychotrip po bezdrożach kompletnie pijanej Luizjany. Zaraz potem pojawia się kojąca post-melodyka, która mości się rytmicznie na grzęzawisku umierającego robactwa. Dziewiąty numer, to już jazda bez trzymanki. Let’s go to India, krzyczą artyści, a ich drum’n’bassowy flow zdaje się być sycony brzmieniem zdezelowanej drumli. Taniec nie ma tu końca, a wokół panoszy się swąd przypalonego curry. Albumowa puenta toczy się już spokojnym strumieniem umiarkowanie hałaśliwego rocka, który puszcza do nas oko, bo wie, że i tak rządzi wszechświatem. Gęsty, instynktowny finał, bez zbędnego dźwięku.  



João Lencastre Free Celebration (Robalo, CD 2024)

Louva-a-Deus Studio, marzec 2024: Ricardo Toscano - saksofon altowy, Pedro Branco - gitara, João Bernardo - instrumenty klawiszowe, syntezator, Nelson Cascais - bas, João Pereira – perkusja oraz João Lencastre – perkusja. Dwanaście kompozycji, 50 minut.

Czas na jazz! Kompozycje Ornette Colemana, Theloniousa Monka, Herbie Nicolsa i dwie improwizacje własne sekstetu – wszystko zgrabnie zaaranżowane, dynamicznie wykonane, bez słodyczy jazzowych ballad, z zaszytym nerwem free. Szefem bandu jest świetnie nam znany portugalski perkusista, który – co nie jest częste - do składu zaprosil także drugiego perkusistę. Muzyka zwinna, swobodna, do tańca, i do różańca, ze znakiem synkopowanej jakości.

Utwory pierwszy i dziesiąty, to improwizacje. Ta pierwsza syci się prawdziwie kameralnym urokiem, ta druga nie szczędzi nam preparacji i małych melodii. Cała reszta należy już do trzech legend jazzu! Muzyka swinguje, jest ekspresyjna, a po szybkiej ekspozycji tematu następuje rozbudowana faza kolektywnych improwizacji, niemal każdorazowo nasączona jakością instrumentalną i kreatywnością. Szczególnie efektownie wypadają songi Colemana, pełne zrywnej melodyki i fantastycznie połamanej rytmiki, świetnie podkreślanej podwójnym zestawem perkusyjnym. No i nieśmiertelna Kathelyn Gray! W utworach Monka i Nicolsa słyszymy więcej jazzowego ładu, a także intrygujące akcje pięknie brzmiących organów Hammonda. Muzykom starcza też czasu, by jazzowe evergreeny nasączać dużą dawką całkiem swobodnych improwizacji, jak choćby w introdukcji utworu siódmego, monkowskiego Shuffle Boil. Z kolei w ósmej odsłonie i colemanowskim Toy Dance zwracają uwagę smakowite preparacje gitarzysty. Jedenasta część, to colemanowski Forerunner, który staje się okazją do popisów dla perkusistów, zarówno solowych, jak i w duecie.  Wieńczy go efektowna galopada, definitywnie ostro przyprawiona.




Karoline Leblanc & Paulo J Ferreira Lopes Edged Once Fractured (atrito-afeito, CD 2024)

Montreal, 2019-2023: Karoline Leblanc - harpsichord, fortepian, pipe organ, instrumenty różne oraz Paulo J Ferreira Lopes – gongi, dzwony, talerze, instrumenty różne. Jeden utwór, 33 minuty.

Kanadyjską pianistkę Leblanc gościliśmy na Trybunie wielokrotnie, ale w czasach pandemii jej aktywność artystyczna nieco przyhamowała. Teraz powraca w ekspozycji duetowej ze swoim stałym partnerem (nie tylko muzycznym), portugalskim perkusistą Ferreirą Lopesem. Muzycy proponują nam kolaż improwizacji, jakie nagrali głównie w okresie rzeczonej pandemii w Kanadzie. Muzyka mieni się tu wszelkimi kolorami tęczy, albowiem artyści generują dźwięki nie tylko na swoich podstawowych instrumentach (pełne dane powyżej).

Jednotrakowa Improwizacja składa się z trzech części, które łączą drobne, niemal niedostrzegalne w ujęciu dramaturgicznym pauzy. Początek budują frazy inside piano i nerwowe, perksyjne talerze. W strumieniu narracji raz za razem pojawiają się foniczne niespodzianki, dźwięki preparowane z samego dna pudla rezonansowego, czy też drżące akcje na glazurze werbla. Pierwsza część albumu ma kilka faz, zgrabnie sklejonych zwinnymi palcami miksującego - akcje perkusjonalne z obu stronach, passus brzmienia organowego, czy wreszcie moment dalece kreatywnego minimalizmu. Pierwszy definitywny restart improwizacji ma miejsce w okolicach 10 minuty i dość szybko wprowadza nas w stadium soczystego post-industrialu, który komentują fonie przypominające watahę owadów w locie wnoszącym, a także garść dętych podmuchów. Kolejna porcja ciszy ma miejsce w okolicach 25 minuty. Finałowy wątek lepi się z drobnych fraz strunowych i blaszanych. Niektóre z nich są mroczne, zamglone, inne dość hałaśliwe i rezonujące. Ostatnia prosta, to zawieszony w czasie i przestrzeni minimal.



 

Katsura Yamauchi & Jason Kahn Time Between (Ftarri Label, CD 2024)

At Hall, Oita (pierwsze dwa utwory), IAF Shop, Hakata (dwa kolejne), październik 2023: Katsura Yamauchi – saksofon oraz Jason Kahn – elektronika. Cztery utwory, 57 minut.

Jasona Kahna gościliśmy ostatnio z koreańskim nagraniem wokalnym, ale świetnie wiemy, że domeną jego artystycznego życia jest elektronika. Powracamy teraz do niej i zapraszamy na spotkanie z japońskim saksofonistą Katsurą Yamauchim. Album zawiera rejestracje z dwóch koncertów. Muzyka toczy się tu na ogół leniwie, bazuje na dętych dźwiękach preparowanych i nieinwazyjnych porcjach wytrawnej elektroniki. Warto się wybrać w tę prawie godzinną podróż.

Każdy z koncertów składa się z części głównej i znacznie krótszej dogrywki. Minimalistyczny początek dobrze wróży tu całości. Dominuje wyrafinowana elektroakustyka - szmery z tuby i plamy stojącej syntetyki, a potem wystudiowane preparacje, pojękiwania, zgrzyty i strumienie harshowych szumów. Jeszcze ciekawiej jest w chmurze rozkołysanego rezonansu, a potem w trakcie słuchowiska wprost z radiowych fal definitywnie długich częstotliwości. Dogrywka przypomina post-industrialną lewitację, doposażoną w martwą, dętą melodykę. Drugi koncert rodzi się w jeszcze bardziej minimalistycznym środowisku. Pomiędzy muzykami panoszy się dużo zabłąkanej ciszy. W dalszej fazie nagrania Jason i Katsura budzą się jednak do życia i efektownie interferują, a pod koniec lewitują i repetują. Dogrywka drugiego koncertu jest chyba najgłośniejszym fragmentem albumu. Oszczędny początek jest tu dalece zwodniczy. Kahn zdecydowanie dokłada do ognia, Yamauchi powtarza ulubione melodie. 

 

 

piątek, 9 sierpnia 2024

Warsaw Improvisers Orchestra worked Three Days!


Ostatnia dekada na krajowej scenie muzyki kreatywnej przyniosła prawdziwy wysyp improwizujących orkiestr, które zgodnie z szykanami tradycji przyjmowały nazwę miasta swojej rezydencji. Wszystko zaczęło się w Warszawie i Krakowie, potem był Poznań, Wrocław, Gdynia, Toruń i pewnie gdzieś jeszcze, gdzie oko Trybuny nie sięga, albo pamięć Pana Redaktora zawodzi.

Los tych przewspaniałych inicjatyw jest dalece różny. Niektóre działają niemal regularnie od chwili swojego powstania (Warszawa), inne bardziej incydentalnie (Kraków, Toruń, Gdynia), jeszcze inne trzeba już chyba zapisać do historii zjawiska (Poznań). Wszystkie one wszakże mają jedną wspólną cechę. Polska kultura, kultura miast, których nazwy mieszczą się godnie się w tytule każdej z orkiestr nie były skłonne wydać choćby złotówki na wsparcie ich działalności (jeśli o czymś nie wiemy, chętnie zamieścimy sprostowanie). Jedynie determinacja samych artystów i związanych z nimi amatorów-zapaleńców powoduje, iż kilka z tych orkiestr śmiało można jeszcze okadzić określeniem aktywna artystycznie.

Dziesięciolecie minęło w mgnieniu oka, a rzeczone Orkiestry mają w dorobku ledwie cztery krążki na fizycznych nośnikach*). Dekada poprzednia dała nam debiut Warszawy i Krakowa, obecna debiut Torunia oraz – dokładnie kilka tygodni temu - drugą pozycję w dyskografii Warsaw Improvisers Orchestra **). Zacne, trzypłytowe dzieło studyjne, to wspaniała okoliczność. Zauważmy wszakże, że nagrania czekały na edycję całe siedem lat, a zostały ostatecznie wydane przez … samych muzyków. London Improvisers Orchestra nigdy nie miała lekko, ale jej życie zdaje się być, w kontekście przykładu polskiego, definitywnie usłane różami.

Dość wszakże utyskiwań, z radością sięgamy po Trzy dni – album z każdego punktu widzenia wyśmienity. Tę ryzykowną tezę będziemy za moment uzasadniali konkretnymi przykładami dźwiękowymi. Zapraszamy na prawdziwą ucztę kolektywnie kreowanej muzyki improwizowanej!




W nagraniu albumu uczestniczyło 37 artystów, członków WIO oraz 9-osobowy chór. Na trzech płytach (każdy dokumentuje jeden dzień sesji nagraniowej) zamieszczono dwadzieścia jeden improwizacji. Nic nie wiemy o stopniu ich ewentualnej predefinicji, nie znamy też muzyków odpowiedzialnych za wykonanie danego epizodu. Niewątpliwie część utworów grana jest rozbudowanym składem, część powstała w tzw. podgrupach. Pośród nagrań dominują krótkie formy - większość trwa po kilka minut, ledwie jeden sięga jedenastu, z kolei finałowa ekspozycja, to prawie dwadzieścia minut. Po szczegóły instrumentacji zapraszamy do albumowego credits. Dodajmy jedynie, iż ta gigantyczna armia improwizatorów pracowała pod czujnym okiem dyrygenta i ojca założyciela WIO, czyli Raya Dickaty’ego, angielskiego saksofonisty, osiadłego w Warszawie wiele lat temu.

 

Dzień pierwszy, 50:25

Mistrzami ceremonii otwarcia są kontrabasiści! Budują nerwowe drony odbywając urokliwą podróż od mrocznego post-baroku ku rozedrganej współczesności. Chwile potem, już w drugiej odsłonie dnia pierwszego, pojawia się delikatna, dalece kameralna melodia kreowana przez wiolonczelę i flet. Pozorny ład frontu dyskredytuje rozemocjonowany, coraz gęstszy background orkiestry. Opowieść nabiera rumieńców, gdy do gry wkracza kontrabas z post-jazzowym pizzicato. Na etapie rozwinięcia pojawiają się wielowątkowe strumienie wokalne, które rozbudowują spektrum improwizacji, wspierając się na podobnie frazującej czeredzie instrumentów dętych.

Kolejne dwie opowieści bazują na brzmieniu gitar elektrycznych. Początkowo mglisty, potem dalece spokojny, gitarowy summit w estetyce jazzowego fussion ciekawie bogacony jest szmerem instrumentów perkusyjnych. W czwartej części szyk rytmiczny formuje się tu wokół kontrabasowego groove, wspartego na masywnych perkusjach. Gitary swobodnie uciekają tu w bezmiar post-rockowego frazowania. Flow barwią tajemnicze dźwięki wprost z ludzkich gardeł, a potem silna, definitywnie free jazzowa frakcja dętych.

Piąta odsłona tłumi emocje, a swe życie rozpoczyna w mrocznej ciszy. Nad wyraz pieczołowicie budowana ekspozycja lepi się z rezonujących talerzy, rozedrganych strun, szerokiego wachlarza głosowych incydentów – szmerów, szeptów, kocich lamentów, wreszcie trębackich preparacji. Całość szyta wewnętrznym nerwem rozlewa się coraz szerszym korytem. W szóstej części powracamy do estetyki czwartego utworu – gitarowy zgiełk rocka, basowo-perkusyjny groove, wreszcie deszcz saksofonowych, free jazzowych wyziewów. Pierwszy dzień ciężkiej pracy uroczą klamrą spinają kontrabasy, które powracają w końcowej opowieści. Do koszyczka wspaniałości dorzuca też wiolonczela. Frazy grane naprzemiennie arco i pizzicato płyną od głębokiej krypty po rozgwieżdżone niebo. Wszystko zdaje się tu śpiewać, ale też zgrzytać zębami. W fazie finałowej strunowe melodie szybują naprawdę wysoko – można odnieść wrażenie, że pod ich strumień podłączają się żywe glosy.

 

Dzień drugi, 44:59

Pierwsze dwa epizody drugiego dnia kreowane są rozbudowanym instrumentarium. Początek, to drobna zabawa w dźwięki o nieznanym do końca źródle pochodzenia. Pracuje syntezator, to on jest sprawcą tego małego festiwalu fake sounds! Mroczna, ale odrobinę oniryczna aura jest tu także efektem działań na akcesoriach perkusjonalnych oraz efektownie rozbudowujących się fraz preparowanych prosto z gardeł wokalistów i wokalistek. Narracja systematycznie pęcznieje mocą frakcji dętych, gitar i kolejnego głosu, który tym razem zdaje się nucić jakąś linearną opowieść. Dodatkowej porcji wrażeń dodaje bas, dzięki czemu finał nagrania skrzy się niemal rockową intensywnością. Kolejna opowieść od startu szyta jest na bazie gęsto pracującej sekcji rytmu i dętych, dość melodyjnych zaśpiewów. Intrygująco kształtują się frazy preparowane, które sączą się tuż obok aktywnie pracującej perkusji. Opowieść faluje niczym wzburzony ocean.

Kolejne pięć utworów jest umiarkowanie krótkich i wydaje się być performowane mniejszymi składami. Najpierw perkusjonalny ceremoniał, bogacony szumem z dętych tub i modlitwą kobiecych głosów. Po czasie flow barwią także blaszane preparacje oraz kobiecy, rozśpiewany głos. Epizod czwarty sprawia wrażenie kontynuacji. Znów blaszane oddechy płyną do pary z wokalem. Wszystko szyte jest melodią smutku, wspierane akcjami perkusjonalnymi na dalszym planie. Piąta odsłona jest bodaj najkrótszym odcinkiem trzypłytowego zestawu – basowy groove, saksofonowe okrzyki i całkiem dynamiczna, na poły taneczna narracja. W szóstej części emocje zastygają pod urokiem strwożonych strun i głosów, a także dętych westchnień. Wszystko lepi się tu w nerwowe post-chamber, które nabiera z czasem niemal folkowej śpiewności. W odsłonie siódmej powracamy do basowego groove i dętych ekspresji. Pod ów strumień dynamiki podłącza się także głos i pozostaje w estetyce tych, którzy ów trip zainicjowali. Finał siódemki uroczo grzęźnie w mroku niedopowiedzenia.

W ostatnich dwóch utworach dnia drugiego, do armii wokalistek i wokalistów orkiestry dołącza dziewięcioosobowy chór. Pierwsza część definitywnie wspaniałego dyptyku budowana jest niemal wyłącznie głosami. Najpierw kobiece, post-gregoriańskie chorały, potem szept i recytacja, wreszcie kontrapunktujący głos męski. W międzyczasie w tle narasta wokalny dron chóru, który płynie gęstą, ale bardzo jednorodną strugą. Pasma głosowe układają się warstwa na warstwie. Całość pachnie muzyką dawną przeniesioną wbrew woli twórców w czasy nieszczęśliwie współczesne. Pod koniec tej szalonej ekspozycji mamy wrażenie, że wokalne akcje wspierane są dźwiękami instrumentów strunowych. Ostatnia improwizacja na starcie kontynuuje wątek poprzedniczki. Ale potem dzieją się już tylko rzeczy niesamowite! W gęste, wokalne strumienie wkleja się niespodziewanie perkusja, a zaraz po niej dęciaki, które najpierw płyną wraz z chóralnym wielogłosem, a potem przejmują flow i czynią post-kameralne spustoszenie. Akcja jednak staje w miejscu! Po chwili pulsującej ciszy powraca na poły recytujący głos, a flow zaczynają kreować gitary, wybudzona sekcja rytmu i kolejne smugi dętych fonii. Finał także zaskakuje – ulepiony z saksofonów i wielogłosu skrzep nabiera niemal freejazzowej mocy!

 

Dzień trzeci, 40:18

Dzień ostatni orkiestrowych zmagań przynosi cztery zwarte w czasie i przestrzeni improwizacje oraz wielki finał, który wypełnia niemal połowę kompaktowego krążka. Pierwsze z opowiadań lepi się z błyskotliwych strunowych fraz, post-barokowego brudu i mglistych perkusjonalii na dalekim tle. Z czasem flow formuje się w intrygujące, na poły dynamiczne zwarcia w estetyce drum’n’bass. Druga opowieść ucieka w mroczny taniec budowany basem, blaszakami i kolejną porcją kobiecego wokalu, tym razem w formie rytmicznego scatu. Tuż potem powraca basowy groove, dołącza zwinny drumming i rozśpiewane głosy, które cudownie lepią się ze strugą saksofonowych oddechów. Czwartą odsłonę po raz wtóry otwiera perkusja, ale w roli głównej występują kobiece głosy (który to już raz!), śpiewające operowym tembrem. Melodia smutna, niemal żałobna, zostaje efektownie skontrapunktowana dęciakami, których wspomaga kontrabas w trybie pizzicato. Opowieść rozkwita wprost w objęcia post-jazzu.

Finałową ekspozycję inicjuje kontrabas trzymający tryb poprzedniego utworu i rozochocone perkusje. Na tej bazie swoje free jazzowe rozmowy rozpoczynają instrumenty dęte. Niesione korpulentną dynamiką sekcji napotykają na zgraję wokalistek (czy ktoś tu przypadkiem nie kradnie komuś show?). Tym ostatnim definitywnie jest po drodze z tą szaloną załogą. Opowieść nabiera mocy i adekwatnej taneczności, także dzięki kolektywnym pokrzykiwaniom. Tuż przed upływem dziesiątej minuty narracja efektownie gaśnie, wprost w ciszę porannego lasu i rodzących się leniwe gitarowych fraz. Melodie ze strun, gardeł i dętych tub inicjują nowy, niemal folk-rockowy wątek. Otrzeźwiająca kołysanka w rytmie gitar i bassoona mogłaby tu trwać w nieskończoność, gdyby nie inicjatywa kontrabasu, który w mgnieniu oka podrywa orkiestrę do finałowego lotu. Kompulsywny, rockowy drive niesie wszystkich ku wiecznej i jakże głośnej szczęśliwości. Ekspresja tryska ze wszystkich źródeł, zgodnie z tytułem tej opowieści – psychodelic groove machine!

 

Warsaw Improvisers Orchestra Trzy Dni (Bandcamp’ self-released, 3CD 2024). Nagrane w Studio S4/6, Warszawa, 26-28 marca 2017. Dwadzieścia jeden utworów, łącznie 136 minut.

Warsaw Improvisers Orchestra: Ray Dickaty – dyrygent, Albert Stenson – kornet, Antoni Beksiak – elektronika, głos, Antonina Nowacka – głos, Bartosz Tkacz – saksofon tenorowy, flet, Daria Wolicka – flet, Dominik Dodos Mokrzewski – perkusja, Gosia Zagajewska – głos, Hania Piosik – głos, Jacek Mazurkiewicz – kontrabas, fx, Jakub Buchner – gitara elektryczna, Jan Małkowski – saksofon altowy, Jędrzej Łagodziński – saksofon tenorowy, John Cornell – wiolonczela, Kamil Szuszkiewicz – trąbka, Ksawery Wójciński – kontrabas, Łukasz Kacperczyk – syntezator analogowy, Maciej Rodakowski – saksofon tenorowy, Maciej Szwarc – gitara elektryczna, Marcin Gokieli – głos, Michał Fetler – saksofon barytonowy, Michał Kasperek – perkusja, Mikołaj Poncyljusz – gitara elektryczna, Nastazja Babska – saksofon tenorowy, Natan Kryszk – saksofon barytonowy, Olgierd Dokalski – trąbka, Paweł Szpura – perkusja, Piotr Dąbrowski – instrumenty perkusyjne, Piotr Mełech – klarnety, Rafał Dedyński – perkusja, Sabah Al Ani – saksofon altowy, Stanisław Welbel – saksofon altowy, Teo Olter – perkusja, Vitali Appow – bassoon, Wojtek Kurek – perkusja, elektronika, Wojtek Traczyk – kontrabas, Wojtek Więckowski – gitara elektryczna.

The Sound in Space Choir: Bea Rutkowska, Yu Koyanagi, Gosia Wrzosek, Peter Podworski, Basia Herman, Magda Derrien, Krzysztof Magura, Ali Eshqi, Weronika Los.

 

*) Gdynia Improvisers Orchestra wydała album dostępny jedynie w digitalu

**) Warsaw Improvisers Orchestra ma kilka innych wydawnictw, ale tylko w digitalu – m.in. wspaniały występ na Festiwalu Ad Libitum 2016 z gościnnym udziałem Phila Mintona



niedziela, 3 grudnia 2023

Petr Vrba, Paweł Doskocz i Wojtek Kurek na zakończenie tegorocznych koncertów Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Ostatnie w tym roku spotkanie z muzyką improwizowaną w ramach cyklu „Spontaneous Live Series”, to kolejna - po listopadowym wydarzeniu z udziałem muzyków z Lipska i Poznania - okazja na obcowanie z niewyczerpalnymi źródłami świeżości i artystycznej młodości. Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club zapraszają na koncert, który łączy to, co najlepsze w czeskiej i polskiej muzycznej spontaniczności, tej lubiącej zaskakiwać i wtłaczać widzów w strefę wspaniałego dyskomfortu fonicznego.



Dokładnie w piątek 8 grudnia w Poznaniu czekają na nas - najbardziej rozpoznawalny czeski improwizator i eksperymentator, trębacz Petr Vrba oraz gitarzysta Paweł Doskocz i perkusista Wojtek Kurek, którzy zaznaczyli już swoją obecność na scenie, nie tylko krajowej, wieloma znamienitymi faktami. Ten pierwszy bywa samotnym podróżnikiem po oceanie europejskiej sceny eksperymentalnej, równie ekspresyjny zdaje się być także w bardziej rozpoznawalnych konstelacjach, takich jak choćby free jazzowa „Malá Pardubická” z Mikołajem Trzaską, Markiem Tokarem i Balazsem Pándim. Ci drudzy są jak Trevor Watts i John Stevens pół wieku temu – jednym muzycznym ciałem, zdolnym zaskoczyć widzów intrygującą, ponadgatunkową układanką i swobodnie improwizować zarówno w oparach post-rocka, jak i post-jazzu.

Grudniowe spotkanie w Dragonie, to trąbka uwikłana w niebanalną elektronikę, kreatywna i nieunikająca preparacji gitara elektryczna, wreszcie perkusja z niepowtarzalnym, matowym brzmieniem. Vrba, Doskocz i Kurek gwarantują ciekawą sytuację już „na wejściu”. Mamy nieodparte wrażenie, iż zdolni są zaspokoić najbardziej nawet wyszukane potrzeby większości widzów także „na wyjściu”.

W drugi grudniowy piątek nie może nas zabraknąć w poznańskim Dragonie!

 

Spontaneous Live Series Vol. 54

8 grudnia 2023, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godz. 20.00

Petr Vrba – trąbka, elektronika,

Paweł Doskocz – gitara elektryczna,

Wojtek Kurek – perkusja.

Bilety on-line: https://www.kupbilecik.pl/imprezy/113102/Pozna%C5%84/Spontaneous+Live+Series/?fbclid=IwAR2uPYT_b1450Spo8uyFACTjgFkRmhcUKJensh521jgiyUOhVjhSyhmdTaQ

 

*****

Petr Vrba

Jego niestrudzone poszukiwania, nieidiomatyczna improwizacja przy użyciu trąbki, klarnetu, syntezatora, elektroniki własnego montażu, głośników wibracyjnych itp., uczyniło go jednym z najaktywniejszych muzyków eksperymentalnych w Pradze. Jest założycielem (wraz z Georgem Cremaschi) Praskiej Orkiestry Improwizacyjnej i zespołów takich, jak Poisonous Frequequenes (Didi Kern i Tomislav Federsel), junk & the beast (Veronika Mayer), The MoND (Ken Ganfield i Pasi Mäkelä), NOIZ (Thomas Lehn i Tiziana Bertoncini), IQ+1 i inne. Petr regularnie współpracuje także z tancerzami i filmowcami (muzyka na żywo do filmów eksperymentalnych lub niemych, muzyka ilustracyjna do filmów animowanych itp.).

Jego dyskografia liczy ponad 40 albumów i obejmuje – wskazując tylko te najbardziej spektakularne - debiutancki, podwójny winyl Prague Improvisation Orchestra, Schallschatten (z Birgit Ulher), Malá Pardubická vol. 1-4 (Mikołaj Trzaska, Mark Tokar i Balazs Pándi), Resonators (George Cremaschi i Irene Kepl), czy też tegoroczny, podwójny winyl „Hotel Spoj​á​r” kwartetu Škvíry & Spoje (Michal Matejka, Jozef Krupa, Dalibor Kocian).

Petr grywał z muzykami takimi, jak Tony Buck, Xavier Charles, Angélica Castelló, Michel Doneda, Axel Dörner, Isabelle Duthoit, Kai Fagaschinski, Susanna Gartmayer, Franz Hautzinger, Agnes Hvizdalek, Mazen Kerbaj, Christof Kurzmann, Joke Lanz, ErikM, Magda Mayas, Ava Mendoza, Seijiro Murayama, Peter Orins, Maja Osojnik, Ryu Hankil, Matija Schellander, Burkhard Stangl, Michael Zerang i wielu innych.


*****

Duet Doskocz / Kurek, to fryta, preparacja, melodia, trans i piosenki - wszystko, wyjątkowo bez elektroniki. Energia gitary i perkusji osadzona w krótkich, skondensowanych formach. Brudne tematy, które dają się zanucić, żywiołowa perkusja, która nadaje wszystkiemu rozchwianego pulsu.

Album duetu: https://czaszka.bandcamp.com/album/npm

Paweł Doskocz – gitara, często preparowana. Używając preparacji szuka nowych możliwości brzmieniowych instrumentu. Skupia się na graniu muzyki improwizowanej, a inspiracje czerpie z wielu źródeł. Współtworzył Bachorze, Strętwę oraz Sumpf. Dotychczas miał okazję grywać z wieloma muzykami z kraju i zagranicy oraz zagrać na festiwalach poświęconych muzyce eksperymentalnej czy improwizowanej.

Grywał na: Ad Libitum, Nowy Wiek Awangardy Festival, Art of Improvisation Creative Festival, Jazz Ring, Musica Privata, Katowice JazzArt Festival, FRIV Festival, Avant Art Festival oraz Spontaneous Music Festival.

Współpracował m. in. z takimi artystami, jak Emilio Gordoa, Matthias Müller, Jasper Stadhouders, Paweł Szpura, Hubert Zemler, Wojtek Kurek, Vasco Trilla, Yedo Gibson, Onno Govaert, Seppe Gebruers, Andrew Lisle, Vasco Furtado, Colin Webster, Dirk Serries, Benedict Taylor, Diego Caicedo oraz El Pricto.

Współorganizator „Spontaneous Music Festival” w Poznaniu.

https://paweldoskocz.bandcamp.com


Wojtek Kurek – perkusista, improwizator, miłośnik muzyki elektroakustycznej i preparacji. Krowy, żuki, koty, rośliny. Czasem czuje się krową, czasem myśli jak kot, niezależnie potrafi rozróżnić charaktery u myszy polnych. Fascynacja owadami. W muzyce interesuje go trampolina do innych. Grywa także na małym zestawie perkusyjnym preparowanym przez patch w środowisku max/msp, który został przygotowany na seminarium i koncert w krakowskiej akademii muzycznej (2023). Patch inspirowany jest taśmą. Cyfrowe tape loop'y przekształcają dźwięk perkusji przyspieszając go lub spowalniając (ultimate retro style), wędruje on później przez szereg filtrów (np. formanty) i kolejne poziomy loop'ów i buforów. Wydał ponad 30 albumów, które ukazały się w Polsce, USA, Niemczech, Austrii, Włoszech, Portugalii i Szkocji. Jest nieoficjalnym rekordzistą świata w kategorii 'trasa solo mieszkańca polski' – 23 koncerty w 25 dni (2020).

www.wojtekkurek.com

 

 

czwartek, 8 czerwca 2023

Spontaniczny czerwiec w poznańskim Dragonie


(informacja prasowa)

 

Wiosenna edycja cyklu koncertowego Trybuny Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club wchodzi w decydującą fazę. Czerwiec przynosi wielbicielom muzyki improwizowanej aż trzy koncerty, zwiastuje niebywałe emocje, zapowiadając jednocześnie duży rozstrzał stylistyczny. Najpierw free jazz, potem swobodnie improwizowana kameralistyka z głosem operowym, wreszcie pakiet efektownych, elektroakustycznych igraszek z dźwiękiem, po części zapewne predefiniowanych. Organizatorzy zapraszają na koncerty odpowiednio 11, 16 i 21 czerwca.



 

Czterdziesta szósta edycja spontanicznego cyklu, to prawdziwa perła w koronie koncertowych wydarzeń muzyki improwizowanej bieżącego roku. Na poznański Stary Rynek (koncert odbędzie się w siostrzanym klubie Dragona, SARP Social Club) zawita bowiem doskonale znamy saksofonista amerykański Ken Vandermark i jego równie rozpoznawalny na scenie free jazzowej norweski perkusista Paal Nilssen-Love. Rzecz wydarzy się już w najbliższą niedzielę.

Jeśli mielibyśmy szukać najbardziej wartościowego duetu saksofon-perkusja we współczesnej historii free jazzu, zwłaszcza tej w nowym millenium, bez ryzyka popełnienia najmniejszego błędu wskazać winniśmy na duet Vandermarka i Nilssena-Love. Amerykanin i Norweg grają razem od roku 2002 i zdają się być w swym duetowym dziele zniszczenia wyjątkowo konsekwentni. Każdy z nich sam jest już historią gatunku, ale to, co tworzą wspólnie, być może stanowi jej najważniejszą część. Muzycy wydali jak do tej pory jedenaście albumów. Choć obaj pracowali w wielu uznanych przez krytykę grupach - od Peter Brötzmann’ Chicago Tentet, Lean Left (z Terrie Hesselsem i Andy Moorem z The Ex) po Double Tandem (z holenderskim saksofonistą, Abem Baarsem) - od kilkunastu lat wciąż wracają do swojego duetu, ponieważ pozostaje on kluczowy dla ich twórczości.

 

Spontaneous Live Series Vol. 46

Ken Vandermark - saksofon tenorowy i klarnet

Paal Nilssen-Love - perkusja i instrumenty perkusyjne

11 czerwca 2023, SARP Social Club, Stary Rynek, Poznań, godzina 19.00

Bilety: https://tiny.pl/chnxn



 

Po eksplozji free jazzu, Spontaneous Live Series kontynuuje spotkania z kameralną muzyką improwizowaną, zainicjowane w czwartą sobotę maja. Jak dowodzi ów koncert, i ta dziedzina dźwiękowego szaleństwa potrafi być gorąca i definitywnie zaskakująca.

W piątek 16 czerwca organizatorzy zapraszają na koncert kwartetu KAMM, który swą obecną aktywnością inauguruje muzykowanie w tym składzie. Wspaniale łączy on iberyjski temperament portugalskiego kontrabasisty Gonçalo Almeidy i katalońskiej pianistki Jordiny Milli z niemiecką precyzją i wirtuozerią wykonawczą wokalistki Almut Kühne i perkusisty Wielanda Möllera. Na koncercie czeka nas zapewne ocean niespodzianek i intrygujących splotów dramaturgicznych. Biogramy artystów i ich artystyczne doświadczenia (w odniesieniu do niemieckiej części kwartetu, nie tylko na polu muzycznym, ale także teatralnym i tanecznym) wskazują, iż z tego ponadgatunkowego tygla musi powstać coś niebywale nowatorskiego i nieprzewidywalnego.

 

Spontaneous Live Series Vol. 47

Almut Kühne - głos

Jordina Millà - fortepian

Gonçalo Almeida - kontrabas

Wieland Möller – perkusja

16 czerwca 2023, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Poznań, godzina 20.00

Bilety: https://tiny.pl/cqsqq

 



Czterdziesta ósma edycja spontanicznego cyklu, jaka będzie miała miejsce we środę 21 czerwca, to kolejna odsłona opowieści pod tytułem „Improwizacja nie jedno ma imię”. Z punktu widzenia rozbudowanego i tajemniczego instrumentarium, zapowiada się wieczór definitywnie elektroakustyczny, eksplorujący coś, co być może znajduje się pomiędzy idiomem kompozycji, a idiomem improwizacji.

Do Dragona wracają – uczestniczka ostatniej edycji Spontaneous Music Festival, francuska artystka Laure Boer i wielokrotny festiwalowy wojownik, Wojtek Kurek. Pomiędzy nimi, a może na początku lub na końcu tej konstelacji, zaprezentuje się także Michał Krajczok. Czekają nas trzy solowe sety wielokolorowych, dźwiękowych układanek.

Twórczość Laure Boer jest inspirowana muzyką noise i tradycyjnym folkiem. Jej występy to hipnotyczne improwizacje wokół tradycyjnych instrumentów, elektroakustycznych i DIY-elektronicznych obiektów, a czasem także głosu, śpiewającego lub recytującego w jej ojczystym języku francuskim. Z kolei GAŁGAŁ to solowy projekt berlińskiego muzyka i projektanta dźwięku Michała Krajczoka. Jego twórczość opiera się zarówno na kompozycji, jak i improwizacji z osobliwym podejściem do syntezy modularnej. Wojtek Kurek zagra na małym zestawie perkusyjnym preparowanym przez „patch” w środowisku max/msp. Cyfrowe i taśmowe loop'y przekształcają tu dźwięk perkusji przyspieszając go lub spowalniając - wędruje on później przez szereg filtrów, a także kolejne poziomy loop'ów i buforów. Będzie się działo!

 

Spontaneous Live Series Vol. 48

Laure Boer – instrumenty różne i tajemnicze urządzania

Michał Krajczok – jak wyżej

Wojtek Kurek – jak wyżej, także perkusja.

21 czerwca 2023, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godzina 20.00.

Bilety będą dostępne wkrótce.



wtorek, 3 stycznia 2023

Spontaneous Live Series 009-011: sweet memories from 5th Spontaneous Music Festival 2021!


Pośród jedenastu setów Spontanicznego Festiwalu roku 2021 cztery wydały się szczególnie intrygujące już w momencie obcowania z nimi na żywo. Po żmudnym procesie decyzyjnym, poprzedzonym bezkrwawymi konsultacjami społecznymi, zostały one ostatecznie wybrane i skierowane do produkcji. W trakcie ostatniej edycji spędu miłośników wolnej improwizacji trzy albumy z owymi czterema setami miały swoją światową premierę. Dziś zaglądamy do środka każdej z szarych kopert z niemal bliźniaczymi napisami i sprawdzamy, jakie dźwięki zostały wygrawerowane na czarnych od smoły dyskach kompaktowych.



 

Spontaneous Live Series 009: Guilherme Rodrigues's Spontaneous Ensemble and Trio

Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Marcelo Dos Reis – gitara elektryczna (utwór 1), gitara akustyczna (2, 3), Anna Jędrzejewska - elektronika (1), fortepian (2, 3), Wojtek Kurek - perkusja (1), Witold Oleszak - fortepian (1), Paweł Doskocz – gitara elektryczna (1), Michał Giżycki – klarnet basowy (1) oraz Ostap Mańko - skrzypce (1). Trzy improwizacje, 58:39.

Na początek oktet! Wiolonczela wybija inicjacyjny rytm, elektronika wysyła wilgotne fale, struny skrzypiec i tuba klarnetu oddychają, coś rezonuje, a drobiny prądu elektrycznego snują się po gryfach gitar – plejada drobnych, rwanych fraz zaczyna formować się w strumień powolnej narracji bez zbędnej zwłoki. Pierwsze preparowane dźwięki śle piano, skrzypce mimowolnie śpiewają, a coraz więcej akcji może liczyć na bystre reakcje. Jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki narracja nadyma się zimnym powietrzem, co zdaje się zwiastować pierwszą burzę tego wieczoru. Kulminacja jest jednak pozorna, muzycy czuwają bowiem kolektywnie nad poziomem emocji. Strumień żywych dźwięków skrzy się coraz większą liczbą preparowanych fraz, podczas gdy elektronika buduje echo, stoi w miejscu i szeleści. Każdy z instrumentów zdaje się teraz szukać dla siebie właściwego pasma transmisji dźwięku. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty improwizacja przypomina małe crescendo, którego końcową fazę zdobi pierwsza bardziej aktywna akcja perkusisty. Flow pnie się jednak dalej ku górze – cello śpiewa pod smyczkiem, gitary atakują ogniem rozproszonym i dopiero zdecydowania reakcja piana sprawia, że narracja wchodzi w długo oczekiwaną fazę wytłumienia. Kameralny klimat łapania oddechu dość niespodziewanie nabiera tu filigranowego rytmu. Strunowce repetują, gitary sieją mały zamęt, a drummer tyczy dalszy szlak podróży. Jeszcze tylko kilka mocniejszych uderzeń w klawiaturę i narracja długo przed upływem dwudziestej minuty wpada w kompulsywny free jazz. Dziki taniec trwa tu kilka minut, a tym, który gasi ów urokliwy pożar jest aktywny dramaturgicznie pianista. Faza uspokojenia koncertuje się teraz na frazach preparowanych i ekspozycjach dronowych. Z jednej strony krótkie, rwane półdźwięki, z drugiej oddech backgroundu, który wydaje się lepki od potu. Po niedługim czasie narracja znów zdaje się nabierać powietrza w płuca. Strunowe riffy i klarnetowe podmuchy piętrzą się dłuższą chwilę, po czym, jakby bez walki poddają się dominacji gitary, która sprytnie gasi emocje. Improwizacja zdecydowanie wchodzi teraz w fazę przedfinałowych pulsacji i dramaturgicznych rozterek. Mniej lub bardziej skondensowane porcje dźwięków, z gitarami na czele pochodu, dość szybko znajdują końcową ciszę.

A teraz trio! Otwarcie spoczywa na barkach wiolonczeli, która sprytnie nawiązuje do klimatu poprzedniego seta. Tymczasem gitara stoi w blokach startowych, a piano stawia na minimalizm. Wzajemne szukanie się artystów na scenie nie trwa jednak zbyt długo. Kameralna nieśpieszność dodaje uroku, ale nie odbiera szansy na budowanie czegoś bardziej interaktywnego. Nim to jednak nastąpi, muzycy proponują garść preparowanych, łamanych kołem zębatym dźwięków, pełnych rezonansu i strunowych westchnień, które definitywnie zdobią opowieść, a może i cały dysk. Sygnał do budowania bardziej zwartej narracji daje tu pianistka, która powtarza kilka fraz. Potem buduje flow na klawiaturze, pod który podłączają się rozśpiewane cello i gitara, która szuka rytmu. Wszyscy idą teraz na szczyt, który osiągają w okolicach dziesiątej minuty. Przez moment każdy instrument wydaje się tu być zbrojnym ramieniem perkusji. Uspokojenie realizuje się w chmurze mglistych i szeleszczących dźwięków, usytuowanych w bezpośredniej bliskości ciszy. Nowy wątek improwizacji klecony jest z drobnych interakcji, które w mgnieniu oka formują się w całkiem efektowną kulminację. Dynamika, świetne reakcje, klimat gitarowego post-flamenco – ogień ekspresji króluje na scenie do końca siedemnastej minuty, po czym gaśnie wprost w ramiona post-klasycznych, pięknych fraz ze strony każdego instrumentu. Nim improwizacja dokona swojego żywota, wiolonczelista zejdzie jeszcze nisko na kolanach, a pianistka odnajdzie na klawiaturze kilka jakże adekwatnych sekwencji. Dogrywka tria trwa niecałe pięć minut budując piękne, melodyjne emocje jakby mimochodem. Wiolonczela śpiewa, a piano preparuje lub pracuje na klawiaturze, wszystko czyniąc w duchu kompulsywnego minimalizmu. Z kolei gitara dba o dramaturgię, kąsa rockowym nerwem i koncertuje się na warstwie rytmicznej tej jakże piosenkowej improwizacji. Ów nieco zaskakujący finał zdaje się urokliwie reasumować wyczyny muzyków w trakcie całego albumu.



 

Spontaneous Live Series 010: Matthias Müller, Witold Oleszak, Peter Orins, Paulina Owczarek

Paulina Owczarek – saksofon altowy, Matthias Müller – puzon, Witold Oleszak – fortepian oraz Peter Orins – perkusja, instrumenty perkusyjne. Dwie improwizacje, 40:50.

Najpierw set zasadniczy! Mała, leniwa gra rozpoznawcza – dęte szumy, półśpiewy, gołe struny piana i szemrzące przedmioty na werblu – nie trwa tu zbyt długo. Muzycy czują zew, znają się w podgrupach, choć w kwartecie tracą właśnie dziewictwo. Już po czterech minutach dęte stwory zaczynają kręcić skromne pętle post-jazzu, a perkusja i piano rozbudowują się na backgroundzie. Kompatybilna i kolektywna improwizacja ma tu swoje drobne incydenty indywidualne – raz puzon idzie na wzgórze, innym razem alt rozdmuchuje duszne powietrze sali koncertowej, z kolei piano błyszczy matowymi strunami, a perkusjonalne akcesoria rezonują. Każda minuta zdaje się tu przemycać magiczne drobiazgi, chwile akustycznych uniesień. Całość nabiera pewnej meta dynamiki po przekroczeniu dziesiątej minuty. Kreacja dramaturgii idzie tu ze strony piana i perkusji, z kolei dęte stawiają stemple czułości i emocjonalnych onomatopei. Narracja nieco tanecznym krokiem wspina się na wzgórze, na które dociera w okolicach 17 minuty. Bierze wtedy głęboki oddech dzięki ciężkiej pracy rezonującego talerza. Nowy wątek inicjuje puzon, a w dziele kreacji wspierają go szczoteczki perkusji i garść matowych, tajemniczych fraz z głębi fortepianowego oceanu. Gra toczy się teraz na mikro frazy – ledwie muskane młoteczki, głaskane dysze, nano-perkusjonalia, szumy i puste westchnienia. Bliskie spotkanie z ciszą inicjuje pianista, reszta stąpa na palcach, pełna strachu przed wydaniem dźwięku. Improwizacja zaczyna wykluwać się z mroku w okolicach 25 minuty. Subtelna dynamika idzie od strony perkusji. Każdy instrument zdaje się tu mieć własne tempo, ale cztery strumienie fonii kleją się do siebie perfekcyjnie. Pierwszy do lotu wzbija się tu puzon. Alt śpiewa, piano stawia na dynamikę, a perkusja na intensywność. Brama ekspresyjnego free jazzu została właśnie otwarta! Tymczasem improwizacja zaskakująco przybiera postać dętego duetu. Perkusista po chwili wraca na samych talerzach, z kolei pianista drży głębią pudła rezonansowego. Opowieść nie szuka już jednak emocji, powoli układa się do snu. Umiera na samej klawiaturze, tulona szumiącą tubą altu i drżeniem werbla.

A teraz encore! Taniec short-cuts, niczym Jezioro Łabędzie po kilku głębszych! Wszystko zaziębia się w mgnieniu oka – subtelności mikro preparacji, ciepło klawiatury, garść emocji na werblu i w tubach. Artyści w pośpiechu szukają kantów i zadziornych fraz, gęstnieją jak na zawołanie. Kręcą finałową pętlę, sycąc ją ognistymi płomieniami. Melodie, powtórzenia, rytm i nieskończone połacie emocji. Free jazzowa kipiel zakończenia zostaje ugaszona jednym spojrzeniem.



 

Spontaneous Live Series 011: Superimpose with Witold Oleszak and Marcelo dos Reis

Matthias Müller – puzon, Christian Marien – perkusja, instrumenty perkusyjne, Witold Oleszak - fortepian (od 21:12) oraz Marcelo dos Reis – gitara elektryczna (od 21:12). Dwie improwizacje, 40:11.

Set główny, w połowie którego duet staje się kwartetem! Pierwsze minuty koncertu, to prawdziwa mantra minimalizmu. Najpierw samotna stopa na bębnie basowym – bije jednostajny, powolny rytm, wypełniony kilogramami ciszy. Pierwsze oddechy puzonu następują po upływie półtorej minuty. Wtedy to perkusja dokłada kilka dodatkowych mikro fraz. Narracja z czasem nabiera powietrza, a może je tylko wypuszcza puzonowymi wentylami. Wieje umiarkowany wiatr, delikatnie kropi deszcz. Po upływie 5 minuty puzonista rozpoczyna bardziej zwartą, po części dronową ekspozycję. Podobnie rzecz ma się z perkusistą, który poleruje glazurę werbla … kostką styropianu. Po kolejnych trzech minutach artyści na moment stają w zupełnej ciszy, po czym rozpoczynają budować nowy wątek. Długie wydechy, skromny drumming, kłębowisko kurzu, tupot mew o pusty pokład. Opowieść nabiera jednak pewnej wewnętrznej dynamiki, przypomina teraz parowóz, który sapie na podjeździe. Po kolejnych kilku minutach flow znów szuka ciszy i przechodzi w fazę obustronnych preparacji - hydraulika, wulkanizacja, chmury rezonującej blachy i metalu. Narracja z oporami pnie się jednak ku górze – w tubie puzonu zagnieździł się jakiś ptak, na werblu piszczą tajemnicze przedmioty. Nim muzycy osiągną szczyt, wydadzą jeszcze z siebie kilka kompulsywnych okrzyków, które przypominają syrenę alarmową, po czym wejdą w tryb pełnowymiarowej narracji. W okolicach 20 minuty przestępują do fazy dramaturgicznego spowolnienia, która z pewnością jest już próbą przygotowania się dwójki muzyków na wizytę gości na scenie. Gitarzysta i pianista wchodzą w suchą magmę narracji i wydają kilka nieśmiałych dźwięków. Gitara dudni, śle garść flażoletów, piano liczy struny, a gospodarze spektaklu głęboko oddychają i szeleszczą. Po wybiciu 25 minuty cała czwórka bierze się do roboty! Pianista szarpie za struny, ale nie zapomina o klawiaturze, gitarzysta preparuje, ale łaknie też bazy dla rozwoju bardziej linearnej opowieści, puzonista wypatruje melodii i wydaje się być na delikatnym rozdrożu, z kolei perkusista preparuje i w ślad za gitarzystą szuka podwalin pod bardziej rytmiczną opowieść. Gdy puzon w końcu decyduje się na bardziej energiczny ruch, improwizacja od razu dostaje wiatru w żagle. Muzycy dynamizują swoje działania, ale nie idą na szczyt. Każdy dokłada teraz od siebie ziarenko złota, a całość efektownie wpada w polirytmię. Śpiewy, westchnienia, meta dynamiczne sploty zdarzeń sięgają narracyjnego punktu przegięcia, po czym wyjątkowo efektownie gasną w ciszy.

No i encore! Na początek plejada drobnych, klawiszowych fraz, które płyną dość matowym strumieniem. Gitarzysta szoruje struny, perkusista kłębi się w sobie, a puzonista po chwili zawahania zanosi się śmiechem i podrywa kolegów do lotu. Opowieść gęstnieje w ułamku sekundy, rysując połamane, kanciaste bohomazy ekspresji. Potem formuje się w taneczny szyk i jeszcze przed upływem szóstej minuty, bystrym cięciem skalpela, wpada wprost w burzę oklasków.

 

Wszystkie dźwięki zostały zarejestrowane w dniach 1-3 października 2021, w trakcie piątej edycji Spontaneous Music Festival, Dragon Social Club, Poznań, Polska. Wszystkie płyty dostępne są w formacie CD, Spontaneous Music Tribune, 2022.



czwartek, 13 października 2022

Jesienne premiery płytowe Spontaneous Live Series!


(informacja prasowa)


Szósty Spontaneous Music Festival zakończył się w poznańskim Dragonie w minioną sobotę. W jego trakcie, zgodnie już z kilkuletnią tradycją, miała miejsce światowa premiera nowych albumów w ramach cyklu „Spontaneous Live Series”. Ta seria wydawnicza z muzyką improwizowaną dokumentuje koncerty, jakie odbyły się w trakcie kolejnych edycjach wspomnianego festiwalu. Skoro zakończyliśmy właśnie edycję anno domini 2022, to na płytach cyklu swą premierę miały nagrania z roku poprzedniego, zatem powstałe w trakcie „Are You Spontaneous? 5. Spontaneous Music Festival 2021”.

Na trzech wolumenach - 009, 010 i 011 - znalazły się cztery sety ubiegłorocznego festiwalu. Czy najlepsze, najciekawsze, to już subiektywna ocena publiczności. W opinii wszakże wydawcy i współtwórcy Festiwalu, na płytach słyszymy właśnie to, co na deskach Dragona było najbardziej frapujące, godne uwagi i upamiętnienia na trwałym nośniku.

Co dokładnie działo się na trakcie owych czterech setów, które miały miejsce od 1 do 3 października 2021 roku i utrwaliły się na najnowszych płytach „Spontaneous Live Series”, przypomnimy sobie sięgając po festiwalową relację sprzed roku, zamieszczoną zarówno na łamach Jazzarium.pl, jak i Trybuny Muzyki Spontanicznej.  



 

Spontaneous Live Series 009

Dziewiąty album serii zawiera dwa festiwalowe sety. W pierwszej kolejności, to ponad półgodzinny występ Spontaneous Ensemble w składzie: Guilherme Rodrigues (wiolonczela), Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna), Anna Jędrzejewska (elektronika), Wojtek Kurek (perkusja), Witold Oleszak (fortepian), Paweł Doskocz (gitara elektryczna), Michał Giżycki (klarnet basowy) oraz Ostap Mańko (skrzypce). Na krążku znajdujemy także set tria, uformowanego przez muzyków współtworzących wyżej wspomniany oktet: Guilherme Rodriguesa (wiolonczela), Marcelo Dos Reisa (gitara akustyczna) oraz Annę Jędrzejewską (fortepian).

„Muzycy nie korzystali (…) z jakichkolwiek notacji, powiedzieli do siebie ledwie kilka słów przed występem. Sam Guilherme w zasadzie wskazał tylko na jeden ważny aspekt luźno zaplanowanej improwizacji – wszyscy mamy się intensywnie słuchać! Efekt był wszakże wspaniały. Ośmioro muzyków grało wedle wewnętrznego porządku, nigdzie niezapisanego - dźwięki płynęły gęstym strumieniem prosto z ich zwojów mózgowych, splecionych niebywale intensywną, artystyczną empatią. Improwizacja początkowo stawiała na kameralne frazy, na pewien minimalizm, ale wielokrotnie w trakcie 35-minutowego seta uciekała w efektowne, gorące, niemal ogniste erupcje emocji. (…) Trio zaprowadziło nas do krainy zmysłowej free chamber music (…). Mistrzowska dramaturgia, fantastyczne, akustyczne brzmienia, no i ten błysk narracyjnej perfekcji, szczególnie ze strony pianistki.”



 

Spontaneous Live Series 010

„Festiwalowa sobota zaczęła się od trzęsienia ziemi, a potem było jeszcze goręcej. Wedle spontanicznych reguł tej imprezy – najpierw składy „ad hoc”, a zatem złożone z muzyków, którzy grali ze sobą po raz pierwszy. Na początek taki oto kwartet - Paulina Owczarek na saksofonie altowym, Peter Orins na perkusji, Matthias Müller na puzonie i Witold Oleszak na fortepianie. Muzycy ci znają się dobrze, grali ze sobą w kilku układach duetowych, ale nigdy w takim kwartecie. Koncert wyniósł publiczność do samego nieba swoją swobodną, kosmicznie rozhulaną improwizacją. Co najbardziej intrygujące, szczególnie zazębiające się akcje biegły wprost od dwójki muzyków, którzy spotkali się na scenie z pewnością po raz pierwszy – od perkusisty i pianisty.”

 


Spontaneous Live Series 011

„Finał piątego spontanicznego festu zaczął się tuż przed godziną 22-ą czasu środkowoeuropejskiego. Na scenie świętujący swoje 15-lecie duet Superimpose - Matthias Müller (puzon) oraz Christian Marien (perkusja). Bijąca stopa bębna basowego, pierwsze pomruki buchającego zimnym powietrzem puzonu. Narracja budowana niczym piramida kart, wymagająca ogromnej precyzji, ale nienarażona na katastrofę. Po 20-25 minutach, w trakcie trwającej nieprzerwanie improwizacji, niemal niespostrzeżenie do duetu dołączyli - Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna) oraz Witold Oleszak (perkusja). Dwaj ostatni weszli do świata Superimpose, jakby byli jego częścią całe piętnaście lat, a może i dłużej. Przynieśli dodatkową porcję własnych dźwięków, o niemal metafizycznej kruchości, ale definitywnie nieśmiertelnych. Wspaniały koncert, gigantyczne zwieńczenie trzech dni ciężkiej pracy, po obu stronach sceny.”

 

Wydawcą cyklu „Spontaneous Live Series” jest Trybuna Muzyki Spontanicznej. Wszystkie albumy ukazują się w formie tłoczonych w regularny sposób CD.

Wszystkie krążki są dostępne. Zapytaj wydawcę, nawet na tej stronie!



 

wtorek, 5 października 2021

5. Spontaneous Music Festival! The report from the improvised history!


Tegoroczna edycja poznańskiego święta muzyki improwizowanej odbywała się po hasłem jakże retorycznego pytania Are You Spontaneous?. W klubowej scenerii Dragon Social Club, w trakcie pierwszych trzech dni tegorocznego października, pytanie takie zadawali sobie wszyscy – muzycy, organizatorzy, po części zapewne także publiczność. Być może w odniesieniu do tej ostatniej grupy warto zadane w tytule imprezy hasło ponawiać przy każdej nadarzającej się okazji. Po prawdzie, poznański Dragon zapełnił się widownią po brzegi swoich przestrzennych możliwości jedynie w trakcie sobotniego koncertu.

Na owo pytanie z pewnością celująco odpowiedzieli wszyscy muzycy, jacy wystąpili na Festiwalu. Tym razem było ich szesnaścioro, do Poznania dojechali wszyscy i swą piękną sztuką udowodnili, iż muzyka improwizowana zdaje się być wartością niezbywalną i jak zawsze niebywale piękną. Tegoroczna edycja w przeważającej części była dalece kameralna, nie stroniła wszakże od eksperymentów, zaskakiwała na każdym kroku i wydaje się, że nie pozostawiała nikogo obojętnym na oddziaływanie szalonych niekiedy dźwięków generowanych na scenie Dragona.

Niżej podpisany z oczywistych względów nie będzie wypowiadał się o stronie organizacyjnej tego przedsięwzięcia, jakkolwiek nie sposób nie zaznaczyć, iż impreza, która po raz kolejny nie dostąpiła zaszczytu otrzymania wsparcia finansowego od włodarzy miasta, tudzież instytucji przeznaczonych statutowo do wspierania inicjatyw kulturalnych, znów się odbyła i sam ów fakt zdaje się być wartością samą w sobie.

 


Trzy dni pełne spontanicznej muzyki, jedenaście koncertów, goście z Portugalii, Niemiec, Francji i Polski, to niebywała sekwencja zdarzeń. Postarajmy się w kilku harcerskich słowach opowiedzieć, co działo się na deskach Dragona od 1 do 3 października 2021 roku.

Festiwal otworzył solowym występem na gitarze elektrycznej Marcelo Dos Reis. Jego set miał mocne, dynamiczne otwarcie, takież zakończenie i cały imponujący środek, danie główne, w trakcie którego muzyk preparował instrument, szukał nowych, intrygujących fraz i dźwięków. Zdaje się, że wszystko, co sobie Portugalczyk zaplanował, zostało perfekcyjnie zrealizowane. Równie precyzyjny i równie emocjonalny był kolejny koncert. Copy of pianodrum, czyli Anna Jędrzejewska na fortepianie i Wojtek Kurek na perkusji. Muzycy stawiali na spokojne, chwilami kontemplacyjne interakcje, z rzadka wpadali w kompulsywną ekspresję, a każda wykreowana przez nich sytuacja sceniczna, improwizowane zderzenie dźwięków miało swoją dramaturgiczną przyczynę i efektowny skutek.

Finał pierwszego dnia festiwalu konsumował personalnie wszystkich muzyków, którzy dotarli tego dnia do Poznania. Wspominana wyżej trójka muzyków, już po pierwszym występie oraz pięciu kolejnych artystów – Witold Oleszak na fortepianie (tym razem Jędrzejewska operowała akcesoriami elektronicznymi), Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej, Michał Giżycki na klarnecie basowym, Ostap Mańko na skrzypcach oraz Guilherme Rodrigues na wiolonczeli. To właśnie portugalski muzyk był tu w pewnym stopniu kluczową postacią, albowiem wspomniany oktet, to po części reinkarnacja jego berlińskiego składu Red List Ensemble. Muzycy nie korzystali wszakże z jakichkolwiek notacji, powiedzieli do siebie ledwie kilka słów przed występem. Sam Guilherme w zasadzie wskazał tylko na jeden ważny aspekt luźno zaplanowanej improwizacji – wszyscy mamy się intensywnie słuchać! Efekt był wszakże wspaniały. Ośmioro muzyków grało wedle wewnętrznego porządku, nigdzie niezapisanego - dźwięki płynęły gęstym strumieniem prosto z ich zwojów mózgowych, splecionych niebywale intensywną, artystyczną empatią. Improwizacja początkowo stawiała na kameralne frazy, na pewien minimalizm, ale wielokrotnie w trakcie 35-minutowego seta uciekała w efektowne, gorące, niemal ogniste erupcje emocji.



Festiwalowa sobota zaczęła się od trzęsienia ziemi, a potem było jeszcze goręcej. Wedle spontanicznych reguł tej imprezy – najpierw składy „ad hoc”, a zatem złożone z muzyków, którzy grali ze sobą po raz pierwszy. Na początek taki oto kwartet - Paulina Owczarek na saksofonie altowym, Peter Orins na perkusji, Matthias Müller na puzonie i Witold Oleszak na fortepianie. Muzycy ci znają się dobrze, grali ze sobą w kilku układach duetowych, ale nigdy w takim kwartecie. Koncert wyniósł publiczność do samego nieba swoją swobodną, kosmicznie rozhulaną improwizacją. Co najbardziej intrygujące, szczególnie zazębiające się akcje biegły wprost od dwójki muzyków, którzy spotkali się na scenie z pewnością po raz pierwszy – od perkusisty i pianisty. Kolejny kwartet „ad hoc” stworzyli – Małgorzata Zagajewska (głos), Guilherme Rodrigues, Paweł Doskocz (tym razem gitara akustyczna) oraz Christian Marien (perkusja). Ten set rozbijał się czasami na duetowe ekspozycje, z jednej strony uciekał w niemal folk rockową estetykę, z drugiej świetnie topił się kameralistyce wiolonczeli i minimalistycznej perkusji.

Kolejny koncert, to francuskie trio TOC – w ramach dużej rekontry! Stały, wieloletni skład, głośna, eklektyczna, psycho-rockowa propozycja. Jeremy Ternoy (piano Fendera, także basowe, elektronika), Ivann Cruz (gitara elektryczna) i Peter Orins (perkusja) dali nam niesamowitego kopniaka prosto w cztery litery! Z pewnością jeden z najgłośniejszych, ale też - być może - jeden z najlepszych koncertów w historii spontanicznego festiwalu. Duch rozimprowizowanego The Doors unosił się nad sceną, a muzycy grali frazy godne wszystkich szalonych idoli naszej młodości, przesycone jakże adekwatną kwasowością brzmienia.

Dzień drugi spontanicznego festiwalu wieńczyła kolejna orkiestra, złożona z muzyków zaproszonych do Poznania. Tym razem miała ona jednak głównego kreatora, człowieka, który ów spektakl zaplanował w najdrobniejszych szczegółach – Witolda Oleszaka. Jego „Graphic Music For Chamber Orchestra”, to notacje graficzne dla każdego z muzyków, zegar, który odmierza czas i pięć utworów, z których każdy trwał dokładnie tyle, ile zaplanował kompozytor. Na scenie zasiedli, od lewej patrząc – Marcelo Dos Reis (gitara akustyczna), Ostap Mańko (skrzypce), Anna Jędrzejewska (fortepian), Guilherme Rodrigues (wiolonczela), Wojtek Kurek i Christian Marien (instrumenty perkusyjne), Matthias Müller (puzon) oraz Paulina Owczarek (saksofon altowy). Pierwszy utwór trwał 8 minut, a muzycy mieli dokładnie tę samą notację graficzną przed sobą. W kolejnym zaś... każdy miał inną. Muzycy z każdą sekundą poznawali się wzajemnie (ale nie mieli reagować na siebie), realizowali zadania siedzącego przed nimi kompozytora, który incydentalnie przekazywał im gestami swoje uwagi, cierpliwie czekali na finałowy utwór, dokładnie 16-minutowy, który zdawał się stwarzać im nieco większą swobodę wykonawczą. Efekt był piorunujący, choć my z drugiej strony sceny, nie do końca wiedzieliśmy, ile w tym było zamysłu kompozytora, ile samodzielnych kreacji improwizatorów.



Festiwalowa niedziela oferowała aż trzy składy „ad hoc”, wszystkie w formule trzyosobowej, każdy inny od pozostałych na tyle istotnie, na ile pozwala … sztuka swobodnej improwizacji.  Najpierw dronowa zabawa w elektroakustykę – Paweł Doskocz (gitara elektryczna), Matthias Müller (puzon) oraz nowy gość festiwalowy – Emilio Gordoa (perkusyjny werbel, rozbudowane akcesoria elektroniczne, ale i przedmioty niemal domowego użytku). Muzycy budowali napięcie bardzo skrupulatnie, ale w sposób na tyle zdyscyplinowany, iż nie musieli sięgać po atrybuty noise, by istotnie przykuć naszą uwagę. Dużo większe znaczenie miała dla nich z pewnością narracyjna konsekwencja. Kolejne trio zaprowadziło nas do krainy zmysłowej free chamber music – Anna Jędrzejewska (fortepian), Marcelo Dos Reis (gitara akustyczna) oraz Guilherme Rodrigues (wiolonczela). Mistrzowska dramaturgia, fantastyczne, akustyczne brzmienia, no i ten błysk narracyjnej perfekcji, szczególnie ze strony pianistki. Wreszcie trzecie trio - Małgorzata Zagajewska (głos), Paulina Owczarek (saksofon altowy) oraz Emilio Gordoa (tym razem wibrafon, elektronika, obiekty). Kolejny spektakularny set festiwalu, budowany ludzkim krzykiem, dętym wrzaskiem i wibrafonowymi preparacjami, ale także subtelnymi frazami, konstruowanymi na pograniczu ciszy. Ekspresja artystów zaczynała swe życie tuż nad podłogą, po czym rozbijała sufit kilku kolejnych kondygnacji Dragona.

Finał piątego spontanicznego festu zaczął się tuż przed godziną 22-ą czasu środkowoeuropejskiego. Na scenie świętujący swoje 15-lecie duet Superimpose - Matthias Müller (puzon) oraz Christian Marien (perkusja). Bijąca stopa bębna basowego, pierwsze pomruki buchającego zimnym powietrzem puzonu. Narracja budowana niczym piramida kart, wymagająca ogromnej precyzji, ale nienarażona na katastrofę. Po 20-25 minutach, w trakcie trwającej nieprzerwanie improwizacji, niemal niespostrzeżenie do duetu dołączyli - Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna) oraz Witold Oleszak (fortepian). Dwaj ostatni weszli do świata Superimpose, jakby byli jego częścią całe piętnaście lat, a może i dłużej. Przynieśli dodatkową porcję własnych dźwięków, o niemal metafizycznej kruchości, ale definitywnie nieśmiertelnych. Wspaniały koncert, gigantyczne zwieńczenie trzech dni ciężkiej pracy, po obu stronach sceny. Do zobaczenia za rok!

 

Zdjęcia własne Pana Redaktora, bez praw autorskich