Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcio Mattos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcio Mattos. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 kwietnia 2021

Ivo Perelman London String Project! Strung Out Threads!


O pracowitości brazylijskiego saksofonisty Ivo Perelmana powiedzieliśmy na tych łamach już niemal wszystko. Nagrań przybywa w tempie geometrycznym, ale w przypadku tego artysty, nie wiązalibyśmy owego faktu z typową dla czasów pandemii nadprodukcją dźwięków. Po prostu nowojorski rezydent mieszka w studiu nagraniowym!

Ostatnim czasy Trybuna zachwyca się na ogół dokonaniami Perelmana czynionymi w towarzystwie Nate’a Wooleya, ale równie skrupulatnie śledzi muzyczne przygody jego saksofonu z instrumentami strunowymi. Poza serią nagrań Strings (także z udziałem nowojorskiego trębacza) oraz smakowitym nagraniem z Arcado Strings Trio, Perelman poczynił również kilka strunowych rejestracji w Londynie (dokładnie pod koniec stycznia 2020). O nagranym wówczas duecie z francuskim gitarzystą Pascalem Marzanem (CD Dust Of Light/ Ears Drawing Sounds) pisaliśmy całkiem niedawno.

Dziś proponujemy nagranie z tej samej sesji nagraniowej. Tym razem do duetu saksofonu i gitary podłączają się trzy inne instrumenty strunowe, tworząc ekscytujący personalnie skład, który nazwano London Strings Project. A zatem: Ivo Perelman – saksofon tenorowy, Phil Wachsmann - skrzypce, Benedict Taylor - altówka, Marcio Mattos – wiolonczela oraz Pascal Marzan - dziesięciostrunowa gitara akustyczna. Muzycy przygotowali dla nas dwanaście swobodnych improwizacji, które trwają łącznie prawie 95 minut (uwaga: spis utworów zawiera błędy, proszę się nim zatem nie sugerować, jeśli będziecie poznawać tę muzykę bezpośrednio z nośnika CD). Wydawcą jest włoski label Setola Di Maiale (premiera miała miejsce pod koniec minionego roku).

 


Na początek pierwszego dysku (dodajmy, znacznie krótszego niż drugi) muzycy proponują nam dwie zwarte, dynamiczne i krótkie improwizacje, coś na kształt efektownej rozgrzewki. Płyną do nas kolektywnym strumieniem dźwięków, pełnym kantów, zadziornych fraz, granych nisko lub wysoko, raczej głośno niż cicho, częściej w formie okrzyków niż słów cedzonych przez zęby. Dobre pytania, cięte riposty, zgrzytliwe preparacje, garść melodii i szczypta dąsów. Opowieść jest gęsto usiana dźwiękami, podawana w dobrym tempie, z przytupem i artystyczną bezczelnością.

Kolejne improwizacje mają już bardziej rozbudowaną strukturę, choć nie przekraczają 10 minut. W trzeciej na małych strunach pojawia się więcej melodii, do których szczególnie chętnie lepią się saksofonowe podmuchy. Cello płynie dołem i trzyma kontakt z podłożem, gitara - dla odmiany - śle pozdrowienia wysokim wzgórzem. W dalszej fazie nagrania muzycy po raz pierwszy wyraźnie zwalniają. Dostajemy frazy grane pizzicato, a całość improwizacji przyjmuje formę rozkołysanych przyśpiewek, czynionych wszakże z łobuzerskim zębem. Kolejną część otwiera wysoko podwieszona altówka, której wtórują gitara i skrzypce. Saksofon wchodzi po kilku pętlach i w pełni rozochocony zabiera wszystkich na zmysłowy trip. Muzycy niczym stado gołębi, równie ochoczo wpadają sobie w ramiona, jak i skaczą do gardeł. Nadal wszystko czynią kolektywnie, nabierają tempa, emocji, a na koniec gasną w strugach westchnień i gorzkich żali.

Piątą improwizację kreuje saksofon, który zdaje się rzucać myśl i czekać na reakcje strunowców. Te ślą mu smakowite short-cuts, ale i dłuższe wypowiedzi. Opowieść z pozoru toczy się w nostalgicznym klimacie, ale w obrębie London String Project jedna fraza zdolna jest zradykalizować pracę wszystkich instrumentów, z kolei smukła, pojedyncza riposta smyczka jest w stanie zepchnąć narrację na samo dno. Na finał tej części bryluje gitara, która buduje piękną, filigranową i dość abstrakcyjną opowieść. Ostatni akt pierwszego dysku początkowo znów stawia na zadumane i niemal relaksacyjne frazy. Ciepły saksofon, delikatnie szarpane struny i kolejna niespodzianka brzmieniowa ze strony gitary. Plejada zwinnych akcji i bystrych reakcji, tudzież subtelnych zadziorów, zagęszcza jednak flow – tu bowiem każdy chce być częścią każdej sekundy tego nagrania!

Drugi dysk (trwający 55 minut) zaprasza nas na dłuższe improwizacje, zwłaszcza trzy pierwsze w zestawie. Otwarcie przypada w udziale wiolonczeli i gitarze. Saksofon budzi się po minucie, a małe strunowce po kolejnej. Dęciak pląsa łagodnym tembrem, strings wręcz przeciwnie – zadziorne, rozhuśtane, niesforne. Narracja ma kilka faz, także tę uroczą, powolną z mikropreparacjami. Saksofon zdaje się wychodzić ze skóry, by stawiać strunowcom coraz wyższe wymagania, czasem śpiewa niemal kobiecym głosem. Flow pełen jest subtelności i niuansów, ale także dramaturgicznego napięcia. W kolejnej części saksofon przypomina sobie, iż lubi jazz. Początkowo samotnie, potem z altówką i gitarą buduje opowieść pełną gwizdów i frywolnych salw - prawdziwy ptasi pomiot w zalotach! Po czasie wszystkie instrumenty zaczynają mantrycznie zawodzić. Gitara trzyma swoją stronę, zdaje się być zdolna do wszystkiego. Na finał wszyscy popadają w niemałą histerię.

Trzecia improwizacja sięga po bardziej kameralne akcesoria. Nastrój robi się posępny – cello tyczy szlak, skrzypce i altówka łkają, gitara znów plecie swoje, a sytuację sceniczną stara się porządkować saksofon. Delikatnie przegadana opowieść na koniec kipi jednak dobrymi emocjami. Tuż potem improwizacja, która stawia niemal same stemple jakości – gęsty, czupurny flow, strunowe pulsacje i gitarowe mikroeksplozje. Tym razem saksofon ze zdaniem odrębnym, kąsa ciepłym tembrem. Muzycy zdają się docierać do granic szaleństwa. Saksofon piszczy jak kot, by po kilku sekundach siedzieć cicho, jak mysz pod miotłą. Każdy dodaje tu jakiś nowy pomysł, jakby długość improwizacji była z gumy!

Dwa ostatnie utwory winny nas już kołysać do snu, ale … wszystko po kolei. Najpierw trochę strunowego riffowania i saksofon wspinający się na palce, prężący tors w oczekiwaniu na uwielbienie. Cello znów li.. podłogę, gitara i skrzypce stroszą piórka. Na gryfie altówki tli się kilka akustycznych perełek, do których mizdrzy się roześmiany saksofon! Tańce i swawole, przeciąganie liny i inne sporty walki! Wreszcie finał, budowany od samego dołu – molowe frazy, smutne pomruki, akcenty percussion. Muzycy zdają się balansować na linie, sam saksofon skomle jak ranne zwierzę. Strunowce krokiem pizzicato budują dodatkowy suspens. Małe wichry namiętności gasną jednak snem sprawiedliwych.

 

 

piątek, 5 marca 2021

Magliocchi, Northover and Van Schouwburg in the neverending spiral of free improvisations!


Uważni Czytelnicy Trybuny być może zauważyli, iż jednym ze stałych motywów publikowanych tu tekstów jest poszukiwanie we współczesnej muzyce śladów inspiracji dokonaniami najważniejszej formacji swobodnej improwizacji, jaką była Spontaneous Music Ensemble – muzyczna idea kreowana przez prawie 30 lat przez Johna Stevensa, a na początku tej drogi, także przez m.in. Trevora Wattsa i Paula Rutherforda.

Jeśli którejkolwiek ze współczesnych formacji gatunku możemy przypisać najwięcej artystycznych powinowactw z SME, to jest nią – te słowa też padły już w tym miejscu – brytyjsko-włoski The Runcible Quintet. Faktów uzasadniających ową tezę szukajcie na płytach, jakie ma w dorobku ów ansambl, a jakie zostały – co oczywiste – z gromkim entuzjazmem omówione na tych łamach przez Pana Redaktora.

Czasy wiecznej cholery, jakiej doświadczamy od roku, sprawiają, iż wspólne granie – zwłaszcza dla formacji, której muzycy nie mieszkają na jednej ulicy – zaczyna stanowić problem, nie tylko w wymiarze koncertowym. Tak właśnie stało się z The Runcible Quintet. Przybywający w trakcie pandemii wyłącznie w rodzinnych stronach włoski perkusjonalista Marcello Magliocchi nie może muzykować z pozostałymi członkami grupy, którzy na ogół funkcjonują w obrębie aglomeracji londyńskiej. Zatem nie dziwi nas zupełnie fakt, iż ci ostatni postanowili zagrać koncert jako The Runcible Quartet, a wyimprowizowany utwór nazwali One (For Marcello Magliocchi).

Za moment dowiemy się, jak przebiegła owa improwizacja, a zaraz potem ów skromny koncert stanie się pretekstem do omówienia kilku frapujących płyt muzyków związanych z The Runcible Quintet, a także belgijskiego wokalisty, wydawcy, autora jednego z najciekawszych blogów o muzyce improwizowanej Orynx, Jean-Michela Van Schouwburga, który z muzykami tworzącymi The Runcible grywa regularnie i równie często o nich pisze! Przed nami osiem płyt wydanych w trakcie ostatnich kilkunastu miesięcy i prawdziwa pajęczyna powiązań personalnych!

 


The Runcible Quartet  One (For Marcello Magliocchi) (self-released, DL 2021)

Naszą dzisiejszą marszrutę zaczynamy w Londynie, w klubie Iklectik, gdzie improwizację dedykowaną nieobecnemu Marcello Magliocchiemu grają: John Edwards (kontrabas), Neil Metcalfe (flet), Daniel Thompson (gitara akustyczna) oraz Adrian Northover (saksofon sopranowy). Nagranie z grudnia ubiegłego roku, składa się z jednego, niespełna 27-minutowego traku.

Koncert (być może bez oklasków) otwiera kontrabas, szarpany za struny i traktowany smyczkiem. Obok oddycha saksofon i cała przestrzeń klubowa (tu chyba nieco większa niż zwykle). Pierwsze frazy gitary są czyste i zalotne, to samo można powiedzieć o flecie. Kwartet kreuje całkiem gęstą (ale lekką!), niezwykle swobodną, ekstremalnie kolektywną narrację. Od czasu do czasu zmysł dramaturgiczny smyczka ciągnie opowieść intensywnie ku górze, by za chwilę upuścić ją na samo dno. Raz za razem mamy tu krótkie ekspozycje duetowe – najpierw flet i saksofon, potem gitara i kontrabas, niepozbawione komentarzy akompaniatorów. Kwartet w spokojniejszych frazach pachnie zmysłowym chamber, gdy zaś krótkotrwale stawia na dynamikę, też nie szuka jazzowych grepsów, nawet w sytuacji, gdy flow ciągnie ciepłe pizzicato kontrabasu.

Opisując ten krótki koncert można niemal bez przerwy wskazywać na małe, akustyczne perełki. W 12 minucie natrafiamy na intrygujący moment w estetyce dark chamber, zaraz po nim efektowny peak sopranu na tle basu i gitary, wreszcie flet, który energicznie wpada w ów tygiel zdarzeń i plecie cuda z dźwiękowych drobiazgów. Gdy na moment milknie kontrabas, pozostała trójka zaczyna śpiewać po ptasiemu z dziką radością i swobodą. Po koniec drugiej dziesiątki minut mamy nawet w pełni solowy incydent saksofonu, który oddycha mrocznym echem. Opowieść toczy się już do końca z pewną konwencją – dęciaki śpiewają, a strunowce szukają kantów i bardziej zadziornych fraz. Po małym wzniesieniu, na zakończenie mamy już wielkie rozlewisko wyłącznie pięknych dźwięków, gdzie flet brzmi jak sopran, a sopran brzmi … jak flet. Kontrabas ostatni raz próbuje jeszcze zasiać dramaturgiczny ferment, ale instrumenty dęte zdają się być już zbyt rozmarzone. A na finał … jednak oklaski!

 


Magliocchi/ Bohman/ Northover  Föhn (self-released, DL/CD-r 2020)

Sporo już powiedzieliśmy o Marcello Magliocchim, czas zatem na płytę z jego udziałem. Proponujemy trio bez nazwy własnej, w ramach którego Włoch, poza standardowym zestawem perkusyjnym, będzie używał rozbudowanego akcesorium perkusjonalnego, a także czegoś, co sam nazwał sounding sculptures made by A.Dami. Towarzyszą mu: Adam Bohman – głos i obiekty preparowane (niewykluczone, że okazjonalnie podłączone do prądu) oraz Adrian Northover – saksofony oraz akcesoria wydające dźwięki syntetyczne, tu nazwane theremin i wasp synthesizer. Nagranie studyjne z Londynu (rok nieznany) składa się z piętnastu części, które trwają 48 minut i kilka sekund.

Płyta, to pięć nieco dłuższych improwizacji i dziesięć miniatur, które trwają czasami mniej niż dwie minuty. Mimo tak dużego poszatkowania materiału dźwiękowego, całe nagranie ma swój definitywny ład dramaturgiczny. Pierwsze dwa fragmenty, to typowe utwory otwarcia, które pokazują całe spektrum możliwości muzyków i bogatego arsenału dźwiękowych środków wyrazu. Utwory od trzeciego do ósmego (z małym wyjątkiem) zdominowane są przez incydenty elektroakustyczne, głos i mnóstwo preparowanych dźwięków, niekiedy zupełnie ze świata fake sounds. Począwszy od improwizacji numer dziewięć muzycy zapraszają nas do świata medytujących, akustycznych fraz saksofonu i perkusjonalii, który zdobią elektroakustyczne ornamenty. Nie trzeba być specjalnym znawcą preferencji redakcji, by domyśleć się, że ostatnia część płyty podoba się nam zdecydowanie bardziej niż wcześniejsze, także bardzo udane, próby wielowymiarowej improwizacji na dziesiątki tajemniczych i nie do końca rozpoznawalnych dźwięków.

W pierwszej improwizacji szczególnie podoba nam się saksofon sopranowy, który wije się jak wąż pomiędzy brzmieniem percussion, a elektroakustyką obiektów, przywołując w pamięci minimalistyczne frazy Trevora Wattsa ze wspaniałych czasów SME. W trzeciej improwizacji pojawia się recytujący głos oraz plejada dźwięków elektroakustycznych, których dominacja nie podlega dyskusji. Wiele akcji wszakże cieszy ucho, zwłaszcza skutecznych prób zaistnienia w tym tyglu zdarzeń saksofonu. Dużo dobrego nieoczywistymi pomysłami wnosi Magliocchi, który gongami i rezonującymi talerzami sieje sporo dramaturgicznego fermentu. Piąta improwizacja, wbrew trendowi, jaki zarysowaliśmy wcześniej, stawia na perkusjonalia i ciepły saksofon. Ale to tylko pozór, bo w kolejnej części słyszymy już syntezator i całe morze intrygujących fake sounds. W ósmej odsłonie do głosu dochodzi saksofon, który wystudza elektroakustykę i podprowadza nas pod zasadniczą część płyty. W kolejnych utworach artyści tłumią dynamikę, szukają głębi i pogłosu, medytują, a ich improwizacje stają się coraz dłuższe. Coraz więcej dobrego dostarcza saksofon, który co rusz stawia stemple jakości. W najdłuższej, czternastej części podekscytowany dęciak dostaje się w mroczny, elektroniczny tunel, który zaskakująco udanie podkreśla doskonałą robotę Northovera. Finał stawia na rezonans i spokojniejsze frazy. Brzmią ceremonialne gongi, jest małe expose na bongosach, wreszcie precyzyjne gaszenie płomienia narracji przez wszystkich muzyków. Za ostatnie frazy, ale także za całość - gromkie brawa!

 


The Bellowing Earwigs  The Perpendicular Giraffe Compartment (FMR, CD 2020)

Adrian Northover ciągle jest z nami (saksofon, ale incydentalnie także mbira i melodica), podobnie Adam Bohman (obiekty amplifikowane), a dołączają do nich: powracający w dzisiejszym zestawieniu - Daniel Thompson (gitara akustyczna) oraz anonsowany w preambule tego tekstu - Jean-Michel Van Schouwburg (głos). Na płycie słyszymy studyjną rejestrację z roku 2015, która składa się z siedmiu improwizacji, a trwa niespełna trzy kwadranse.

Zapraszamy na spektakl akustycznego (choć chwilami amplifikowanego), post-industrialnego tygla niemal wyłącznie ekscytujących dźwięków! Szumiąca tuba saksofonu, która szuka tajemniczych, preparowanych fraz, głos, który jęczy, gada, szemra, gdacze i strzela post-operowymi salwami do samego nieba, nieustannie pętląca się gitara, pełna uroku, ale i dramaturgicznych kantów, wreszcie tajemnicze obiekty, które wypełniają każdą wolną przestrzeń narracji - ciasnej, gęsto usianej dźwiękami, ale lekkiej, frywolnej, pozbawionej niskich rejestrów, niemal ulotnej improwizacji. Muzycy chętnie wchodzą tu w interakcje duetowe (Thompson i Northover, co rusz stawiają stemple wyjątkowej jakości, jak choćby w drugiej i czwartej części), czasami wszystkie żywe dźwięki zdają się topić w elektroakustycznej poświacie obiektów (jak w części piątej), innym razem – działając bardziej separatywnie, brną po złote runo, często stymulowani dynamiką i ekspresją wokalisty. Ten ostatni przypomina rannego tygrysa w opuszczonym lunaparku - zdolny jest wydać każdy dźwięk, który sprawi, że partnerzy skoczą w ogień jego temperamentu.

Najdłuższa, czwarta improwizacja niesie ze sobą ocean preparowanych dźwięków, mnóstwo nieodgadnionych fake sounds i głos, który tańczy niczym zagubiony śpiewak operowy na silnych opiatach. Ten ostatni wiedzie tu prym, a gdy na chwilę odpuszcza, urokliwe wgryza się w poszarpane frazy kolegów. Na finał tej smakowitości wszyscy artyści zdają się śpiewać jednym głosem. Jeszcze bardziej urokliwa jest szósta improwizacja. Zaczyna ją burczenie wokalisty i oddechy wyjątkowo suchej tuby. Obok napięte do granic wytrzymałości struny gitary i szemrzące obiekty. Narracja kołysze się na wietrze i co chwilę wybucha akustycznymi fajerwerkami. Gitara lepi się z amplifikacjami obiektów, a wokalista zaczyna gdakać, jak Kaczor Donald, czym stymuluje dynamikę całej ekspozycji. W ostatniej części, nim wszyscy muzycy zlepią się w akustyczny, jakże kolektywny dron, cichy bohater ostatnich trzech kwadransów, Van Schouwburg brzmi jak kolejny, amplifikowany obiekt. What a fake one!

 


 

Gouvea/ Northover/ Mattos  Cajula (FMR, CD 2020)

Kontynuujemy odsłuch muzycznych szaleństw z udziałem Adriana Northovera! Tym razem trio ze znaczącymi muzykami sceny londyńskiej, choć pochodzącymi z dalekiego świata. A zatem, obok Adriana (tu: saksofon altowy i sopranowy) - Marilza Gouvea (głos) i Marcio Mattos (wiolonczela i elektronika). Na płycie Cajula odnajdujemy dwie rejestracje – studyjną z maja 2019 roku (utwory 1-2) oraz koncertową z października tegoż roku (Iklectic, utwory 3-5). Całość swobodnych improwizacji tria potrwa blisko 48 minut.

W części studyjnej narracja budowana jest na ogół przez smyczek wiolonczeli, kobiecy, zalotny, równie lubieżny, jak zabawny głos i dość wysoko zawieszony tembr saksofonu sopranowego. Ważną tu postacią jawi się wokalistka, której frazy efektownie kleją się zarówno do dźwięków strunowca, jak i lekkich podmuchów dęciaka. Marilza chwilami gwiżdże, brzmi niczym bazyliszek, świetnie łączy recytacje z preparowaniem własnego głosu, a w drugiej części wydaje dźwięki przypominające perkusjonalne przeszkadzajki i piszczałki (jeśli, to tylko jej głos, padamy na kolana!). Opowieść tria, to rodzaj rozhuśtanej, bardzo swobodnie improwizowanej kameralistyki, świetnie skomunikowanej, koherentnej i tworzonej nad wyraz kolektywnie. Muzycy zdają się płynąć chwilami dość separatywnymi strumieniami, ale wszystko dobrze tu do siebie pasuje, dramaturgicznie trybi i niesie nam wyłącznie udane wrażenia słuchowe. Doskonale radzą sobie w sytuacjach stabilnych pod względem dynamiki, a gdy uderzają w dzwony ekspresji, efekt jest równie wartościowy.

Część koncertowa, dłuższa, z jedną z ekspozycji, która trwa prawie 21 minut, do wskazanych wyżej zjawisk dokłada elektronikę, która sączy się spod gryfu wiolonczeli lub działa całkowicie od instrumentu niezależnie. Efekty pracy Mattosa są w przeważającej części bardzo udane i może jedynie środkowa część owej najdłuższej improwizacji zdaje się być nieco przeładowana dźwiękami syntetycznymi. Trzecia część płyty, a pierwsza koncertu, wydaje się być nad wyraz zjawiskowa – osnuta onirycznym ambientem, budowanym przez delikatnie amplifikowane cello, kształtuje narrację w formę wzajemnie przenikających się dronów. Równie błyskotliwe jest pierwsze dziesięć minut owej najdłuższej części. Instrument Mattosa brzmi potężnie, niczym kontrabas, a głos i saksofon, delikatnie skąpane w elektronice, płyną drobnymi, zadziornymi i niezwykle urokliwymi frazami, godnymi zarówno historii SME, jak i współczesności The Runcible Quintet! Szczególnie piękny jest moment, gdy głos i dęciak imitują się wzajemnie. Ostatnia improwizacja, to rodzaj zgrabnego i krótkiego encore. Mattos gra pizzicato, Gouvea gwiżdże, a Northover szumi. Mrok tajemnicy, oniryczna aura suspensu i post-elektroniczne mgławice budują flow, który nabiera z czasem dynamiki i udanie podsumowuje tę wyśmienitą płytę.

 


Magliocchi/ Metcalfe/ Wacrenier  Ritual For Expansion (LFDS Records, CD 2020)

Dajemy odpocząć Adrianowi, a na naszą recenzencką scenę zapraszamy ponownie Marcello Magliocchiego (tym razem zagra tylko na perkusji). W jakże zgrabnym trio bez nazwy własnej towarzyszyć mu będzie weteran sceny free improv, który grywał z SME (!), zaś od zawsze jest członkiem The Runcible Quintet – flecista Neil Metcalfe. Skład domyka pianista Paul Wacrenier (także używający mbiry). Nagranie koncertowe z września 2018 roku (Chilly Jazz Congress, Austria) jest nieprzerwanym strumieniem dźwięków, ale dla wygody słuchaczy zostało podzielone na pięć części. Zapraszamy na improwizowany spektakl, wyjątkowo silnie (jak na klimaty dzisiejszej opowieści) osadzony w open jazzowej stylistyce. Całość trwa niespełna 40 minut.

Zgodnie z anonsem otwarcie koncertu stawia na swobodny, jazzowy feeling. Inteligentny, lekki drumming, skory do dramaturgicznych intryg flet i nieskomplikowane dźwięki piana wprost z czarnych i białych klawiszy. Dość szybko muzycy pokazują nam, iż dramaturgiczny zwrot ku estetyce contemporary/ chamber (tu z echem talerzy) może być ich dużym atutem. W tej części nagrania podkreślmy także piękne expo fletu na tle ambientu perkusjonalii. Narracja toczy się bardzo zwinnie, raz za razem przejawia skłonności ku eskalacjom (piano!), ale także bystrze szuka ciszy i przestrzeni na kreatywny rezonans, trochę małych gierek w podgrupach, tudzież minimalistyczne pasaże czarnych klawiszy. Jeśli opowieść chyli się ku jazzowym frazom, to na ogół zasługa pianisty, jeśli brnie w bardziej abstrakcyjne formy, to robota drummera i flecisty, który w tym gronie zdaje się być szczególnie multigatunkowy. Zupełnie przy okazji zwróćmy uwagę, iż trzeci odcinek pięknie gaśnie przy odgłosach … tancerek, stukocie ich butów i oddechach (wedle opisu płyty były one częścią spektaklu).

Wejście w czwartą część koncertu akcentuje nade wszystko Metcalfe. Jego flet rodzi się z post-akustycznej pożogi niczym błysk porannego słońca. Do gry po raz pierwszy wchodzi zmysłowa mbira, która kreuje nieco oniryczny nastrój, a szum perkusyjnych błyskotek dopełnia obrazu całości. W finałową część koncertu znów wchodzimy pod batutą fletu, który delikatnie preparuje dźwięk. Przez niemal trzy minuty prowadzi intrygujący dialog z perkusją. Powrót piana wyprowadza koncert na ostatnią prostą. Rośnie nowy jazz, którego bystra dynamika eskaluje potok dźwięków. Flet po zaczerpnięciu oddechu inteligentnie włącza się w ów tygiel emocji. Swawolne kind of acoustic power trio zwinnie dobiega do kończących spektakl burzliwych oklasków.

 


876 Trio  Boost Off (FMR, CD 2020)

Prezentowane tu cyfrowe trio tworzą: Matthias Boss (skrzypce), Marcello Magliocchi (instrumenty perkusyjne) oraz Jean-Michel Van Schouwburg (głos). W kolekcji nagrań koncertowych, powstałych w latach 2014-2016 (Włochy, Austria), muzyków bazowych wspierają w charakterze gości: Roberto Del Piano (bas elektryczny, wbrew opisowi płyty jedynie w utworze drugim) oraz Jean Demey (kontrabas, w utworze piątym). Płyta składa się z czterech krótkich improwizacji i tej piątej, najdłuższej, która stanowi pełny zapis trwającego blisko trzy kwadranse koncertu (który de facto ma swoje trzy podczęści). Reasumując – zapraszamy na niemal pełną godzinę zegarową bystrej, chwilami niezwykle efektownej, nad wyraz swobodnej improwizacji.

Jak już wspomnieliśmy, pierwsze cztery utwory na płycie, to stosunkowo krótkie improwizacje, być może nawet fragmenty dłużnych ekspozycji dźwiękowych. Pierwsza, to w zasadzie duet chroboczącego gardła wokalisty i przedmiotów tańczących na werblu. W drugiej muzycy stawiają na emocje i dynamikę, chwilami wręcz ocierają się o free jazz. Pojawia się elektryczny bas, który jednak częściej zdobi narrację łagodnymi slajsami niż buduje bazę rytmiczną. Narracja toczy się wartko, a szczególną jakość dają imitacyjne zagrywki głosu i skrzypiec. Kolejny, wyjątkowo krótki epizod, to niemal wyłącznie popis Jean-Michela, który płynie na poły melodyjnym, post-operowym tembrem wprost w ramiona skrzypiec i lśniących perkusjonalii. Z kolei odcinek czwarty stawia na drobiazgi, mikro frazy, skromny rezonans talerzy, strun i oddechu wokalisty. Tak tutaj, jak i we wszystkich poprzednich częściach, mający dużo swobody Van Schouwburg, co rusz sieje dramaturgiczny ferment, a jego możliwości głosowe zdają się nie mieć kresu.

Także i jego uznać możemy za wiodącą postać koncertu poczynionego w kwartecie. Zaczyna go solowym potokiem dźwięków, który moglibyśmy nazwać umownie bardzo efektowną fonicznie odmianą głoski ż przez przypadki. Do dotychczasowej formuły tria dużo dobrego wnosi kontrabas, czasami ciepły i spolegliwy, innym razem siejący grozę i szefujący rozwojem sytuacji scenicznej, prawie wyłącznie traktowany przez muzyka smyczkiem. Opowieść śmiało możemy sytuować w estetyce free chamber. Muzycy świetnie na siebie reagują, ciągle coś zmieniają w swojej grze i w obrazie całej improwizacji. Dobrze tłumią emocje, jeszcze lepiej nimi eksplodują. Snują niekończące się pętle, pełne kreatywności. No i głos wokalisty - ciągle w kontrze, wciąż prowokujący do aktywności, bardzo często wyznaczający kierunek improwizacji. Koncert po części zasadniczej, trwającej ponad 27 minut, ma jeszcze dwie dogrywki. Każdą z nich rozpoczyna Van Schouwburg. Najpierw cudownie sepleni po francusku, gada, opowiada historię, pastwi się nad pojedynczymi głoskami i słowami. W otwarciu ostatniej części koncertu sprawia wrażenie, jakby grał na grzebieniu. Po chwili zdajemy sobie sprawę, że to jednak tylko głos. Brzmi elektroakustycznie – filigranowa, niemal beat-boxowa ekspozycja, dźwięki wydawane samymi wargami. Brawo!

 


Sverdrup Balance  Isla Decepción (FMR, CD 2019) *)

Nie pozostaje nam nic innego, jak kontynuować spotkanie z magicznymi sztuczkami Jean-Michela Van Schouwburga. Tym razem trio z nazwą własną, w którym odnajdujemy kolejnego weterana brytyjskiego free impro, mistrza kabli i syntetycznych incydentów dźwiękowych – Lawrence’a Casserleya, tu pracującego przy pomocy signal processing instrument. Składu tria dopełnia pianistka Yoko Miura (także używająca melodeonu oraz toy piano). Dwa nagrania z tego samego dnia (!), z końca października 2018 roku (Bruksela) – pierwsza i ostatnia improwizacja zarejestrowana w trakcie koncertu, cały zaś środek płyty, to efekt spotkania studyjnego. Łącznie ponad 58 minut.

Delikatne, chwilami minimalistyczne, czasami klasycyzujące piano, elektronika, która zdaje się żyć własnym życiem, ale tak często wchodzi w interakcje z żywymi dźwiękami, iż wielokrotnie mamy wrażenie, że także live processing jest tu jedną z aktywności Anglika, wreszcie głos, doprawdy jedyny w swoim rodzaju – syntetycznie brzmiący beat-box (to już znamy z poprzedniej płyty!), rozmowy z samym sobą, końskie rżenie i kacze gdakanie, przedrzeźnianie instrumentów (ale także własnych fraz), syczenie, bulgotanie, podśpiewywanie i bolesne pojękiwanie – one man, one throat orchestra! Do tego artystyczna bezczelność, zgoda na brawurę, ale i całkowity brak złych pomysłów i decyzji na scenie!

Pierwsza improwizacja budowana jest na zasadzie dychotomii – minimal piano and electronic, maximalism of voice! Świetną robotę teraz, i w trakcie całego nagrania, czyni tu Casserley – wiecznie mąci spokój ekspozycji piana, wgryza się w gęstwinę wokalistyki, komentuje wszystko, niczym satyryk w dobrym teatrze, dba także o dramaturgię całości - prawdziwy cerber dobrego smaku i mistrz ceremoniału improwizacji. Narracja toczy się od ambientowych, onirycznych plam, po salwy ekspresji, kontrapunktowane stemplami post-contemporary piana i meta operowymi grepsami głosu. Druga opowieść pokazuje, iż nawet tak wątłe instrumentarium jest w stanie płynąć na dużej dynamice i nieźle hałasować, po czym bardzo efektownie stopować i plątać się w ciszy. Czwarta część wydaje się dość nerwowa, pełna niepokoju, piąta znów stawia na minimalizm, szósta zaś przyobleka zdecydowanie ciemne barwy. Ósma część, to kolejna perełka od Jean-Michela – muzyk szumi i gwiżdże na tle ambientu post-piana i szelestu szorstkich kabli. Ostatnia część płyty dodaje do obrazu całości kilka stempli elektronicznych usterek, twarde piano i nucący przy goleniu głos. Być może jest odrobinę za długa, ale w końcu, jak tu wszyscy jesteśmy, w czasach pandemii mamy nad wyraz dużo czasu na słuchanie dobrej muzyki!



Spime  Spime 2019: Cosmic and Spontaneous Gestures (LFDS Records, CD 2020)

Na zakończenie naszej szaleńczej podróży po najnowszych dokonaniach Włocha, Anglika i Belga zapraszamy na wielki finał! Kolektyw improwizatorów Spime funkcjonuje pod szyldem francuskiego wydawcy (może i także francuskiego budżetu), a jednoczy w sobie muzyków z Portugalii, Włoch, Danii i właśnie Francji. W gronie muzyków związanych z tą ciekawą inicjatywą odnajdujemy Marcello Magliocchiego (perkusja), a także kilku innych dobrych znajomych. Nagranie zamieszczone na płycie jest kompilacją wspólnych rejestracji trzynastu muzyków, jakie miały miejsce w trakcie trzech dni marca 2019 roku we Francji. Nim opowiemy o dźwiękach, zaprezentujmy personalia pozostałych dwunastu muzyków tworzących Spime: Jean-Michel Couchet i Mia Dyberg (saksofony altowe), Jonathan Aardestrup (kontrabas), Yoram Rosilio (kontrabas, perkusjonalia), Pedro Santo (perkusja), Sandra Giura Longo (flet), Niels Mestre (gitara elektryczna), Paulo Chagas (obój, saksofon sopranowy, flet), François Mellan (sousaphone), Carlo Mascolo (puzon), Jerôme Fouquet i Nicolas Souchal (trąbki). Nagranie składa się z szesnastu części (zarówno kompozycji, jak i improwizacji), trwa 52 minuty z sekundami.

Na krążku odnajdujemy zatem naprawdę dużo krótszych i dłuższych epizodów, ale wszystkie one są idealnie sklejone i możemy odnieść wrażenie, że jesteśmy na koncercie, który zdaje się być nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym. Cosmic and Spontaneous Gestures, to misternie skonstruowana, bardzo przemyślana i dobrze ustrukturyzowana opowieść. Krótkie, aranżowane interludia i dłuższe, improwizowane fragmenty są tu ogólnie obowiązująca zasadą, acz niestosowaną zbyt rygorystycznie. Mamy zatem też kilka krótkich improwizacji, a także długie kompozycje (choćby na zakończenie płyty). Muzycy w poszczególnych utworach nieustannie się rotują - od duetu, po dziesięcioosobowy skład (innymi słowy – nigdy nie grają razem wszyscy muzycy zaangażowani w trzydniową sesję). Płytę zaczyna sześciosekundowa salwa orkiestry, a zaraz po niej … dwudziestosekundowa kompozycja, która jest jedynie tematem podanym unisono. Potem jakże płynnie przechodzimy do improwizowanych i komponowanych części trwających nieco dłużej. Zwróćmy uwagę na najciekawsze fragmenty tego spektaklu.

Trzecia część, to improwizacja w trio ze świetną ekspozycją puzonu. Piąta, to hard-bopowy rytm grany przez kontrabasistę (także kompozytora), wokół którego toczą się małe, dęte igrzyska, pełne udanych, improwizowanych fraz. Dziewiąta, to open jazzowy kwartet z bardzo śpiewnym motywem, granym na oboju. Jednym z najmocniejszych punktów płyty jest dziesiątka – swobodna improwizacja, początkowo silnie sonorystyczna w posmaku, w dalszej części świetnie wyprowadzona na free jazzowe pole, grana przez septet. Jedenasta część, to wyłącznie głosy, którą bawią się w polityczną retorykę. Czternastka, to zmysłowy duet głosu i perkusjonalii Magliocchiego. Wreszcie ostatnie dwa utwory na płycie – kompozycje, które stanowią zaczyn dla efektownych i błyskotliwych improwizacji. Piętnastka, to znów kwartet z obojem, który skutecznie szuka akcentów kameralistycznych. Sam finał wydawnictwa, to popis tentetu – kolejna kompozycja kontrabasisty, który rysuje ścieżkę, po której podążają wyśmienici soliści, wyposażeni na ogół w instrumenty dęte. Kolektywnie i bardzo ekspresyjnie. Brawo!

 

*) całkiem niedawno trio opublikowało kolejną płytę (już w pełni koncertową), zatytułowaną Arcturus. Zapewne niebawem, i o niej skreślimy kilka słów.



piątek, 5 maja 2017

Ian Brighton – Reunion, czyli powrót do świata żywych


Personalia brytyjskiego gitarzysty, przywołanego w tytule dzisiejszej opowieści, być może wielu z nas mówią niewiele. Trudno się jednak temu dziwić, albowiem muzyk - dziś już po 70-ych urodzinach - przez ostatnie ćwierć wieku przebywał w stanie nieuprawiania muzyki. Inny słowy, nie funkcjonował artystycznie w sposób szczególnie zauważalny dla reszty świata.

Aktywny muzycznie mniej więcej od końca lat 60. ubiegłego wieku do końca lat 80., nie pozostawił po sobie zbyt wielu nagrań, ale przynajmniej dwa z nich godne są częstego przypominania i zostaną tu przywołane z imienia i nazwiska. Ponadto Brighton uczestniczył w latach 70. w rejestracji niektórych płyt Spontaneous Music Ensemble/ Orchestra Johna Stevensa, co już samo w sobie – przynajmniej na tych łamach – jest wartością niezbywalną i godną wiecznej chwały.




Mniej więcej trzy lata temu muzyk powrócił do uprawiania muzyki w wymiarze publicznym. Po dwóch dość nieśmiałych próbach, latem ubiegłego roku zorganizowany został koncert w bardzo zacnym gronie brytyjskich free improv mistrzów, który od kilku tygodni dostępny jest fonograficznie po tytułem Reunion – Live From Cafe Oto. Zanim jednak szczegółowo omówimy ten krążek, parę zdań rysu historycznego.


Dwa wybitne czarne krążki, jeden srebrny, a po nich już tylko popiół…

We wrześniu 1973r. Brighton wraz z przyjaciółmi zarejestrował swobodnie improwizowany materiał pod szyldem Balance, który stanowił zarówno nazwę formacji, jak i tytuł płyty (LP Incus, 1073). Obok gitarzysty, w nagraniu uczestniczyli także: Philipp Wachsmann na skrzypach, Frank Perry na perkusjonaliach i Radu Malfati na puzonie, a także drobnej elektronice. W dwóch fragmentach słyszymy również wiolonczelę Colina Wooda, muzyka, który za dwa lata stanie się stałym członkiem Spontaneous Music Ensemble. Muzyka zawarta na dwóch stronach winyla trwa niespełna 40 minut i przynosi bardzo wyważoną, spokojną, molekularną improwizację, opartą na surowym brzmieniu instrumentów strunowych (na okładce płyty muzycy upierają się przy określaniu ich muzyki mianem kompozycji).




Po kilku latach Brighton powraca już w pełni autorskim wydawnictwem Marsch Gas (LP Bead Records, 1977). Trzon ekipy Balance pozostaje niezmienny (Brighton, Wachsmann, Malfati), jednak w nagraniu uczestniczą także Marcio Mattos (kontrabas), Roger Smith (gitara, już wtedy członek SME) i Jim Livesey (saksofon altowy). Siedem eksplozywnych, krwiście improwizowanych odcinków z tytułami, muzycy znów określają mianem kompozycji (w tym zakresie udzielają się prawie wszyscy). Jeśli kiedykolwiek dotrzecie do tego nagrania, z pewnością zrozumiecie, dlaczego muzyczny powrót do świata żywych Iana Brightona osobiście uważam dziś za duże wydarzenie. Doskonała płyta!

Z Wachsmannem, Mattosem i Trevorem Taylorem (perkusjonalia, elektronika; przy okazji szefem wydawnictwa FMR Records), nasz bohater muzykował przez dwie dekady. Ich spotkania zwykli określać mianem String Thing. Jedyny fonograficzny dokument, jaki po tych muzycznych ekscesach pozostał, zwie się Eleven Years of Yesterday (Bead/FMR Records, 1988). W trakcie studyjnej rejestracji, kwartet rozszerzony został o Petera Jacobsena, obsługującego różnorakie instrumenty klawiszowe. Nagranie to kończy w zasadzie muzykowanie w tym składzie.

Tym samym, gdy mija całkiem bezboleśnie dwie i pół dekady, lądujemy już w czasach całkowicie nam współczesnych. W roku 2014 Brighton ogłasza światu, że jednak żyje i publikuje w sieci globalnej skromny materiał solowy, a w roku ubiegłym, po pośrednictwem cd-rowego labela Marka Wastella, publikuje różne nagrania z lat 2013-2015 (w tym także dwie znacznie starsze miniatury), po tytułem Now and Then (Confront, 2016). Pośród kilku fragmentów odnajdujemy tu także krótkie muzyczne spotkanie kwartetu String Thing – 30 Years of Yesterday, które miało miejsce w roku … 1986.


Reunion or even … rebirth!

Nie pozostaje nam już nic innego, jak odnaleźć się czasoprzestrzennie w londyńskim Cafe Oto. Jest 14 sierpnia 2016r. Spotkanie okrzyknięte mianem Reunion, ubarwi czterech historycznych muzyków String Thing, a także dwoje znamienitych gości, ale mistrzem ceremonii będzie niepodzielnie Ian Brighton!

Here and Hear (Ian Brighton solo). Łagodny, acz głęboki sound gitary. Przez moment można pozostać w drobnej konfuzji – jakby instrument był na poły akustyczny, na poły z prądem (rozwiązanie? zdecydowanie gitara elektryczna). Odczuwalny sznyt estetyki mistrza Dereka Baileya. Zwinna, gęsta narracja na lekkim pogłosie. Sześć i pół minuty introdukcji, która nie pozostawia wątpliwości, czy chcemy dalej być częścią tego koncertu.




Why do we leave it so long? (Ian Brighton/ Philipp Wachsmann/ Marcio Mattos/ Trevor Taylor). Trzy strunowce (w tym dwa akustyczne, skrzypce i kontrabas) w opozycji do perkusjonalii, elektroniki, a także niewymienionego na okładce wibrafonu. Spokojna, liryczna (a może jednak … trochę deliryczna) narracja, bez pyskówek, ani akustycznych zadziorów. Gitara smukła jak na solowym wprowadzeniu. Wibrafon oklepuje te dźwięki i zachęca do powolnej eskalacji, która jednak nie chce nadejść. Improwizacja toczy się raczej w estetyce search & reflect, naznaczonej dużą dozą kameralistycznego skupienia. W międzyczasie garść gadanych sampli, które niczego nie wnoszą do spektaklu. Mimo podejmowanych przez poszczególnych muzyków prób dynamizacji tej ciągle dość skromnej wymiany poglądów, muzyka snuje się dalece leniwie. Najczęstszym prowodyrem zmian zdaje się być tu Taylor i jego dość rozbudowane instrumentarium. Skrzypce i gitara, rozstawione na skrzydłach, plotą swoje, a kontrabas pozostaje na ogół w pozie konstruktywnego zaniechania. Wibrafon zmienia front i tym razem sprząta na scenie, przy okazji zamiatając pod dywan kolejne próby eskalowania napięcia akustycznego. Z kajetu recenzenta: trochę brakuje tu emocji, mentalnego rozbrykania, jakiegoś akustycznego zgrzytu. Po 20 minucie muzycy jakby doczytali się powyższych słów, gdyż wspólnie doświadczamy pierwszej, porządnej eskalacji tego koncertu. Niestety już po kilkudziesięciu sekundach, całkiem kolektywnie, zostaje ona sprowadzona do parteru. Znów w poszukiwaniu ciszy i skupienia, muzycy rzeźbią improwizowane hybrydy, za nic sobie mając utyskiwania niżej podpisanego. Klimat robi się odrobinę oniryczny, mgławy (… chociaż coś). Gdy już wszyscy załapują klimat deep listening long awaited sound, wibrafon zgłasza zdanie odrębne i czar pryska… Wyjście z tej dość ciekawej improwizacyjnej matni, nie rzuca jednak na kolana. Trochę na znak protestu, skrzypce wpadają w indywidualne konwulsje, ale nie natrafiają na odzew współpartnerów. Wybrzmienie ponad półgodzinnego setu smakuje sporym niedosytem.

Walthamstow Cheesecutter (Evan Parker/ John Russell). Pierwszy z saksofonem sopranowym (nie zamieni go do końca Reunion), drugi z akustyczną gitarą, bo jakżeby inaczej. Początkowo nieśpieszna, zrównoważona narracja, szybko łapie kolektywnego bakcyla i po nanosekundzie osiąga pierwszy stopień eskalacji dźwiękowej. Duet brnie w swej improwizacji, pozostając jakby w opozycji do wysiłków kwartetu. Tu każdy moment jest pretekstem do ważnego wydarzenia akustycznego. Russell i Parker potrzebują dwóch, trzech minut, by osiągnąć to, co nie udało się poprzednikom przez ponad półgodziny – wzbudzić emocje po obu stronach sceny! Z kajetu recenzenta: brzmienie jest subdoskonałe, mam wrażenie, że Parker gra, przebywając jeszcze w garderobie. Mimo tych akustycznych ambiwalencji, saksofonista udowadnia, że jego kunszt improwizatorski graniczy z geniuszem. Russell rozumie się z nim tyleż telepatycznie, co niemal traumatycznie (mają jedną skórę, mają jedną duszę). Ich finałowa eskalacja tego niebywałego, koncertowego kwadransa graniczyłaby z doskonałością, gdyby nie zastrzeżenia w zakresie jakości dźwięku. Z kajetu recenzenta: być może doproszenie tego duetu do święta Reunion okaże się artystycznym samobójstwem gospodarzy.




What Else Did You Expect ? (Evan Parker/ John Russell/ Ian Brighton/ Philipp Wachsmann/ Marcio Mattos/ Trevor Taylor). Już pierwszy dźwięk sopranu Evana zaprasza cały sekstet do intensywnej pracy. Tym razem Brighton sytuuje swoją gitarę na środku sceny, zwalniając Russellowi miejsce na prawej flance. Narracja nie jest jakaś nadmiernie dynamiczna, ale ileż tu się dzieje?! Każdy z instrumentów zgłasza akces do bycia tym frontowym, są dyskusje w podgrupach i sprośne pyskówki, nie brakuje zgrzytów i wspaniałych dysonansów akustycznych. Z kajetu recenzenta: to nagranie, to wspaniały dowód na to, że kolektywna, wartościowa improwizacja nie może się odbywać bez wybitnych jednostek! Kwartet z drugiej części tego koncertu, tu – postawiony w obliczu rozszalałego duetu – aż iskrzy w podstawach, płonie i krzyczy z radości (może jedynie Taylor patrzy na wszystko z boku i wymownie milczy). Finał kolejnego kwadransa cudownie gęstnieje, pętli się, acz każdy dźwięk jest niebywale selektywny. Nurt improwizacji jest płynny, delikatnie psychodeliczny, w oczekiwaniu na konwulsyjny finał. Akurat w tych okolicznościach wspaniale odnajduje się sam Brighton, akceptując swoją obecność incydentami na gryfie, bezwzględnie godnymi mistrza. Przez moment Taylor sięga po sample, ale w mgnieniu oka zauważa ich zbyteczność. Momentalnie uderza w plastry wibrafonu, dzięki czemu jego osobisty wkład w sukces finału rośnie w postępie geometrycznym. Czego więcej się spodziewaliście? - pyta poeta niesiony burzą oklasków, która oznaczać może już tylko finał wieczoru ponownego zjednoczenia.





piątek, 14 kwietnia 2017

Chris Burn’s Ensemble – krótka historia improwizacji predefiniowanej


Wielokrotnie na tej stronie zastanawialiśmy się nad istotą procesu swobodnej improwizacji. Szczególnie interesujące zagadnienie to kwestia ustaleń przedprodukcyjnych w gronie improwizujących muzyków. Innymi słowy – jakie ustalenia, co do przebiegu procesu improwizacji, zostały ustalone przez muzyków przed wejściem na scenę, czy do studia nagraniowego. Jeśli – oczywiście – w ogóle cokolwiek ustalali.

Wszyscy interesujący się muzyką improwizowaną doskonale znają prawdy objawione Dereka Baileya, a szczególnie tę jedną – prawdziwie kreatywna i interesująca improwizacja rozgrywa się jedynie w sytuacji, gdy muzycy spotykają się ze sobą po raz pierwszy. Każde następne spotkanie trąci już delikatnie rutyną. Czyli tylko głowy puste od skojarzeń i dobrze pobudzona wyobraźnia gwarantują jakość?

Historia gatunku zna wszystkie metody, które skutkują udaną improwizacją. Przypadek muzyki, która została skomponowana w drodze improwizacji znamy świetnie i kochamy od wielu już lat (Evan Parker Six Of One). Na Trybunie nie raz padały słowa zachwytu nad swobodną improwizacją, która wcześniej została…. stosunkowo precyzyjnie zaprojektowana. By nie szukać daleko – kilka genialnych scenariuszy na wolną improwizację stało się udziałem choćby Tony Oxleya (czytaj tutaj), czy Alexa Warda (czytaj tutaj), umieszczając obu Panów na przeciwległych stronach generacyjnych gatunku.

Dziś pochylimy się nad postacią Chrisa Burna, angielskiego pianisty, kompozytora i improwizatora. Nie ma on niestety poczesnego miejsca w historii muzyki improwizowanej, co nie trudno zauważyć. A jest to przeoczenie godne iście piekielnego potępienia.

Burn przez niemal dwadzieścia lat prowadził wyjątkowy Ensemble, który wyniósł brytyjską muzykę improwizowaną do rangi sztuki wysokiej. Podstawowym zaś narzędziem pracy pianisty i muzyków tworzących wieloosobową grupę improwizatorów, było muzykowanie na bazie wcześniej zdefiniowanych struktur i konspektów improwizacji, z ograniczonym wykorzystaniem elementów dyrygentury.

Grupa pozostawiała po sobie raptem pięć wydawnictw, które po latach poszukiwań udało mi się wreszcie skompletować. Dziś omówimy je dość szczegółowo, zwracając szczególną uwagę na predefiniowane aspekty procesu kolektywnej improwizacji.


Bagaż kulturalny

Historia muzykowania pod szyldem Zespołu Chrisa Burna sięga pierwszej połowy lat 80. ubiegłego stulecia. W swej fazie prenatalnej skład grupy był bardzo płynny, liczył nawet do 15 muzyków. Dwie wszakże postaci, jakże istotne dla sceny brytyjskiej, towarzyszyły pianiście od początku funkcjonowania tej muzycznej idei i trwały przy nim przez kolejne dwadzieścia lat. To doskonały saksofonista John Butcher i człowiek odpowiedzialny za elektronikę, syntezatory i inne instrumenty klawiszowe, nieakustyczne - Matthew Hutchinson. Ów wstępny okres wspólnego muzykowania nie został niestety udokumentowany fonograficznie. Jedyne ślady z tego okresu, to … duetowa płyta Burna i Butchera (Fonetiks, LP Bead Records 1984), która stanowi przy okazji debiut fonograficzny obu muzyków oraz pochodzące z jesieni 1988r. nagrania kwartetu Embers, który - obok w/w muzyków - tworzyli także Jim Denley i Marcio Mattos (Live, kaseta Acta, 1989). Należy bezwzględnie podkreślić, iż są to rejestracje, obok których żaden odpowiedzialny wielbiciel muzyki improwizowanej nie powinien przejść obojętnie.




Pierwsze zarejestrowane (a następnie wydane) spotkanie w ramach Ensemble miało miejsce dopiero po kilku latach, konkretnie w londyńskim Gateway Studios w dniach 11 i 12 sierpnia 1990r. Kilka miesięcy później świat poznał płytę Cultural Baggage (Acta, 1990).

W studiu spotykamy ośmiu muzyków, których instrumentarium stanowić będzie trzon grupy w kolejnych latach. A zatem - dwa instrumenty dęte (John Butcher na saksofonie tenorowym i sopranowym, Jim Denley na flecie), cztery strunowe (John Russell na gitarze akustycznej, Marcio Mattos na wiolonczeli, Phil Durrant i Stevie Wishart na skrzypcach; ta druga skorzysta także w jednym fragmencie z klawesynu), fortepian (Chris Burn) oraz syntezator i elektronika (Matthew Hutchinson). Muzycy geograficznie reprezentujący aż trzy kontynenty (flecista z Australii, wiolonczelista z Brazylii), wnoszą do Zespołu bardzo zróżnicowane doświadczenia, tak w zakresie gatunkowym, jak i pod względem praktykowanych technik uprawiania muzyki i improwizowania. Przy okazji nie trudno dostrzec, iż mamy przed sobą formację bez klasycznie rozumianej sekcji rytmicznej (to także będzie jedną z zasad funkcjonowania tego składu).

Muzycy w skupionych okolicznościach studyjnych realizują osiem utworów. Krótsze opowieści zawarte na krążku powstają w drodze swobodnej improwizacji, zaś te dłuższe, w oparciu o wcześniej przygotowane scenariusze, schematy i konspekty. W kompozycji (użyjmy tego słowa!) Funforall (autor: Butcher) oktet podzielony zostaje na dwa kwartety, z których każdy dostaje inne wytyczne, co do rozwoju improwizacji. W aspekcie akustycznym prawdziwa feeria barw kreowana jest przez cztery strunowce, umieszczone w centralnej części przestrzeni dźwiękowej nagrania. Dęciaki skupiają się raczej na stemplowaniu momentów zbiorowego uniesienia, zaś fortepianowi i syntezatorom pozostaje rola wyznaczania subtelnych ornamentów dramaturgicznych. Oto kwiat brytyjskiego (i nie tylko) free improv w prawdziwym rozkwicie! Utwory Influence and Concealment oraz Nutchacht Forage (autor: Burn) stanowią dwie niezależne opowieści, prowadzone w oparciu o tę samą, wcześniej zaproponowaną strukturę. Jedna z nich skoncentrowana jest wokół fletowych incydentów Denleya, druga zaś ogrywa i zdobi wyczyny Mattosa na wiolonczeli. W ciekawej plątaninie mikrodźwięków Fissile Totems (autor: Burn), elementy predeterminacji koncentrują się na wskazaniu tego samego kierunku rozwoju narracji dla różnych podgrup muzyków.

Uroda muzycznych ekspozycji tego nagrania, niedefiniowalna z założenia, kruszy mur obojętności recenzenta i bez cienia wątpliwości sprowadza go do pozycji horyzontalnej. Stanowi przy okazji artystyczny fundament, punkt odniesienia dla kolejnych pokoleń brytyjskich (i nie tylko) wolnych improwizatorów, szczególnie tych korzystających z instrumentów strunowych. Barokowa różnorodność, przepych akustyczny tej porcji dźwięków sprawiają, iż uszy słuchaczy brną przez zakamarki nagrania w nieustającej ekstazie. Szczególnie błyskotliwe zdają się być fragmenty tłumionych emocji, te drobne chwile dramaturgicznego zaniechania, które skupiają uwagę obecnych po obu stronach sceny, a w ostatecznym rezultacie, i tak kończą się ekspresyjnymi komentarzami rozochoconych improwizatorów. Muzycy zdają się być w ciągłym ruchu. Łączą się w niewidzialne duety, czy tria, które na moment przyjmują ster narracji, gdy reszta Zespołu czeka w konsternacji na to, co się za moment wydarzy, dysząc siarczyście… Skupiona, dbająca o detale brzmieniowe, contemporary & extremaly freely improvised music!!!. Piękno tej muzyki jest istotnie pierwotne i od pierwszego dźwięku, bezwzględnie nieśmiertelne. We fragmentach bez scenariusza muzycy wydają się bardziej skorzy do szaleństwa, ale ta sytuacja tylko pozornie daje im artystyczną przewagę. To właśnie skupienie, zaniechanie i dbałość o realizację scenariusza improwizacji daje Cultural Baggage niezbywalną wartość.


Miejsce, 1991

Metoda kolektywnej, częściowo predefiniowanej improwizacji, przećwiczona i wycyzelowana w okolicznościach studyjnych, doskonale sprawdzała się także w warunkach koncertowych, gdzie brak możliwości restartu, czy postprodukcyjnych ingerencji, stanowił dodatkową motywację dla artystów. Przynajmniej tego dowodzi rejestracja koncertu Chris Burn’s Ensemble, jaki odbył się w Londynie, 13 października 1991r. Świat poznał te dźwięki dekadę później, dzięki wydawnictwu The Place 1991 (Emanem Records, 2001).




Personalnie jesteśmy w takim samym towarzystwie, jak rok z okładem wcześniej w Gateway Studios. Warto jedynie zauważyć, iż Denley będzie grał także na flecie basowym, a instrumentarium Burna zostanie rozszerzone o toy piano i perkusjonalia. I uwaga ostatnia, ale jakże istotna - na finałowy fragment koncertu, do oktetu dołączy Evan Parker na saksofonie tenorowym.

Ponownie improwizacja toczona będzie w oparciu o zarysy scenariuszy, konspekty, czy nawet diagramy. Muzycy biorą na warsztat sześć utworów. Jeden z nich będzie swobodną improwizacją, za pozostałymi pięcioma kryją się nazwiska kompozytorów. Za trzy z nich opowiada lider, zaś jeden powstał z inicjatywy Johna Butchera. Brakujący element tej wyliczanki, to pierwsza w historii grupy, kompozycja przygotowana specjalnie dla niej – wyposażona w graficzną notację opowieść Pollock #82 (autor: Keith Rowe!). Skojarzenia z amerykańskim abstrakcjonistą Jacksonem Pollockiem, jak najbardziej zasadne. Muzycy prowadzić będą narrację zgodnie z diagramami powstałymi z inspiracji malarstwem tegoż artysty.

Muzyka Ensemble na koncercie brzmi pełniej i donośniej. Przestrzenny układ akustyczny jest zbliżony do wersji studyjnej – po lewej piano i flet, po środku cztery strunowce (także klawesyn), po prawej saksofon i syntezator.

Zarys scenariuszy kompozytorskich Burna jest następujący: muzycy pozostają w stanie permanentnej zmiany, zarówno pod względem natężenia dźwięku, jak i usytuowania w zespole oraz stosowanych technik artykulacyjnych. Jednocześnie każdy z muzyków ma zachowywać się i brzmieć inaczej niż pozostali. We fragmencie Blocks And Arches Evan Parker ma za zadanie grać jakby w poprzek narracji pozostałych muzyków, filtrować dźwięki płynące z ich instrumentów i dbać o obraz całości. Podobnie odbywa się w utworze The Piano Ate Card. Tu w rolę koordynatora, cerbera (?), wodzireja (?), osi spajającej grę oktetu, wciela się klawesynistka. Przy okazji wnikliwy słuchacz obcuje tu z przykładem przepięknej akustycznie symbiozy klawesynu i saksofonu tenorowego. Finał utworu wieńczy wyjątkowy pasaż wiolonczeli.

Trochę dla odmiany, porcja free improv czyli utwór Hammer Hint, brzmi zaskakująco… strukturalnie! Zatem nauka nie poszła w las! Zdyscyplinowana, na swój sposób harmonijna, wręcz harmoniczna wolna improwizacja.

Southern Samba A Go-Go (autor: Butcher) zdaje się być niebywale rytmiczna. Bezperkusyjny ansambl tworzy gramaturę drummingu z sampli i innych, już akustycznych dźwięków, generowanych przez nieperkusyjne instrumentarium.

Pollock#82 stanowi zaś, zapewne nie przez przypadek, szczególnie ważny fragment koncertu. Każdy z muzyków wyposażony jest w indywidualny, graficzny scenariusz, inspirowany kolejnym bohomazem malarza. Przykład ekscytującej free improvisation wprost z płótna szaleńca!

Koncert jest akustyczną perłą. Trudno w kilku żołnierskich słowach oddać istotę tego niebywałego zjawiska muzycznego. Ekstremalna moc urody tej muzyki nie pozwala trafnie dobierać przymiotników i innych części mowy, które oddałyby choć w drobnym stopniu poziom ekscytacji recenzenta. Bez wątpienia niezaprzeczalny jest fenomen akustyczny tego spektaklu. Muzyka improwizowana grana na żywo brzmi tak pięknie i czysto, jak brzmieć może jedynie … koncert barokowy na instrumentach z epoki.

Z kajetu recenzenta: zdaje się, że najmniej dźwięków dobywa z swego instrumentu sam Burn. Czuwa, dogląda, czasami znaczy teren pojedynczymi akordami fortepianu, czy korzystając z perkusjonalii, daje asumpt rytmiczny do zmiany kierunku narracji.

Dokooptowanie na finał Evana Parkera stawia przysłowiowy stempel geniuszu na The Place 1991. Tenor Parkera wchodzi w kosmiczną symbiozę z sopranem Butchera. Zdaje się, że tembr obu dęciaków wznosi Ensemble na wyżyny, którym być może nie sprosta już jakiekolwiek późniejsze nagranie tego składu, czy tych muzyków w ich indywidualnych poczynaniach artystycznych. Bez wątpienia sam Evan, którego dorobek życia muzycznego przerasta niemal każdego żyjącego dziś muzyka improwizującego, zagrał nieraz na pograniczu absolutu, ale te blisko trzynaście minut, zarejestrowane ponad 25 lat temu w Londynie, stanowi być może jego artystyczne opus magnum. Jest tu równie czujny i wyważony, jak agresywny i bezlitośnie konsekwentny. Jeśli tego wymaga interakcja ze strony któregokolwiek ze współpartnerów, bywa czuły jak lisiczka. Jego tenor brzmi równie ujmująco, jak ujmujące potrafią być wszelkie definicje piękna, jeśli tylko po obu stronach sceny nie brakuje wyobraźni. Prawdziwie gotycki triumf!


Nawigacje

Na kolejne, udokumentowane płytą, spotkanie Chris Burn’s Ensemble czekać będziemy musieli aż sześć lat. W tak zwanym międzyczasie muzycy okazjonalnie muzykowali pod tym szyldem, czego dowodzi choćby audycja dla BBC Radio 3, która wyemitowana została w roku 1993. Obok prezentacji kilku fragmentów muzycznych (skład oktetowy, identyczny, jak na wyżej omówionych płytach), w programie usłyszeć można było ciekawe wypowiedzi Burna na temat procesu tworzenia predefiniowanej improwizacji. Onegdaj zapis tej audycji dostępny był na blogu Inconstant Sol. Polecam bezapelacyjnie.

Wracając do wątku głównego naszej dzisiejszej opowieści – ponownie gościmy w Gateway Studios. Znów dwa dni akustycznych igraszek (17-18 września 1997r.), które realizowane będą tym razem aż przez jedenastu muzyków. Do znanych już nam ośmiu muzyków Ensemble dołączają – Mark Wastell na wiolonczeli, Rhodri Davies na harfie i Axel Dörner na trąbce. Zatem zastęp strunowców rozrasta się aż do sześciu instrumentów, zaś dęciaków do trzech.




Na pulpitach wiecznych improwizatorów ląduje sześć pomysłów na swobodne muzykowanie. Cytując za liner notes - w rękach muzyków znalazły się skeletal kinds of score. Wskazówki, nawigatory/ nawigacje, określające kierunek i zakres improwizacji. Każdemu z muzyków została przypisana indywidualna rola do zagrania, specjalny klucz do nawigowania procesem twórczym, z własną i niepowtarzalną strukturą przebiegu zdarzeń akustycznych. Jakby zupełnie przy okazji, rodzi się także zadanie dla słuchacza, który zechce poświecić odrobinę skupienia i rozczytać tę muzykę – szukaj szczegółów, drobnych śladów ingerencji kreatora w żmudny, kolektywny i separatywny proces uwolnionej improwizacji. Ponieważ opis płyty nie zawiera jakichkolwiek pre-wykonawczych ustaleń, czy zarysów scenariuszy, słuchając kolejnej wspaniałej płyty Ensemble, zdani jesteśmy na indywidualne domysły. Prześledźmy zatem przebieg wydarzeń.

No Stops, Only Commas (autor: Butcher). Improwizacja w bardzo współczesnym, wręcz kameralnym klimacie, pewien rodzaj nowej filharmonii, podawanej bez zgrzytów i akustycznych zadziorów. Scarecrow Analysis (autor: Burn). Opuszczamy krainę czystego dźwięku w towarzystwie wyrafinowanych zgrzytów i tarć, wspomaganych niezobowiązującą elektroakustyką, jak zwykle zwinnie serwowaną przez Hutchinsona. Fortepianowi wtóruje ostry tembr saksofonu, rozbawiony klawesyn i uwikłana w niuanse sonorystyczne trąbka. Bogactwo instrumentalne budzi podziw, a narracja toczy się wedle zacnego schematu search & reflect. Wszystko działa niezwykle precyzyjnie, choć nie brakuje zwarć, pyskówek i sprzężeń w podgrupach. Sowari For Ensemble (autor: Durrant). Elektroakustyka na pograniczu ciszy, odrobinę na wesoło. Szmery, szelesty, stuki i westchnienia z głębi dęciaków. Cropped Rotation (autor: Burn). Harfa w roli głównej, uroczo zdobi swą wyszukaną akustyką, obraz tego wycinka świata improwizacji. Sześć strunowców unosi cały ansambl w orgiastyczne przestworza bez wskazywania drogi powrotnej. Najdłuższa, blisko 14-minutowa perła w koronie formacji. Towards Trumpeting. Niespełna trzyminutowa miniatura free improv. Wojna mikrodźwięków, toczona w pokojowych intencjach. Ohst (autor: Dörner). Sonorystyczna rozróba dęciaków, realizowana na tle ptasich incydentów tych, którzy szarpią za struny. Niedźwiedzie przekomarzania, szczypta elektroakustyki bez prądu. Nothing Lasts For Ever (autor: Russell). Nawigacja całości ewidentnie po stronie gitarzysty, choć akustycznie przestrzeń demolowana jest ponownie przez nadpobudliwe dęciaki. W dynamicznym finale muzycy szybują po nieboskłonie, niczym upalone szerszenie w tańcu godowym. Wspaniałe!


Biel Horyzontalna

Na osi czasu życia formacji Chrisa Burna egzystujemy już pod koniec drugiej dziesiątki lat. Uprawianie często ćwiczonej wolnej improwizacji, w tej konfiguracji personalnej, nie nastręcza już nikomu większych problemów, nawet w sytuacji, gdy muzycy wychodzą na scenę bez wytycznych kompozytorskich.

Martin Davidson (Emanem) wydając The Place, 1991 zaliczył te dźwięki, do kategorii: kompozycje dla improwizatorów (adnotacja na okładce płyty). Edytując nagrania koncertowe zespołu z roku 2001, przypiął już im typową etykietę: free improvisation.




Ad rem – przed nam krążek Horizontals White (Emanem Records, 2002), który łączy w sobie dwa incydenty koncertowe Chris Burn’s Ensemble. Pierwszy miał miejsce w styczniu 2001r., w ramach doskonale znanego na tych łamach cyklu koncertowego Mopomoso (Londyn, Red Rose), drugi zaś - w maju tego samego roku, w trakcie równie rozpoznawalnego wydarzenia artystycznego dumnej Brytanii, festiwalu Freedom Of The City (Londyn, Conway Hall). Edycja zimowa odbyła się w składzie sześcioosobowym – na scenie oczywiście Burn, Butcher, Russell, Hutchinson, także Mark Wastell i Rhodri Davies, czyli sami znajomi w poprzedniej, jedenastoosobowej rejestracji sprzed czterech lat. Na wydarzenie wiosenne Ensemble dotarł już jedynie w składzie pięcioosobowym, zabrakło bowiem Daviesa i jego harfy.

Ponieważ Panowie, wychodząc na scenę, postanowili zdać się na żywioł improwizacyjny, nie mamy jakichkolwiek schematów, diagramów czy konspektów do omówienia na tym etapie analizy materiału muzycznego. Pozostaje nam jedynie… delektować się wspaniałymi dźwiękami. Popatrzmy (posłuchamy!), cóż wydarzyło się na tych koncertach.

Horizontals White. Start zdobią nam hałas i zgiełk, deklamowane w dalece nieśpiesznych tempach, wręcz onirycznym klimacie. Muzycy tulą się do siebie, jak niewykastrowane koty, śliniąc się obficie. Efekt ich działań wbija recenzenta w suchy beton, głową do dołu i tylko milczenie zdaje się oddawać emocje płynące z tego odsłuchu. Być może każdy z muzyków ma zmultiplikowaną sensorykę słuchu i takąż umiejętność błyskawicznego reagowania na wydarzenia akustyczne wokół niego. Non-verbal magic! Density vs Silence! Język polski nie daje już rady … Verticals Blue. Chyba już wiemy, dlaczego prawie dwie dekady temu Burn, konstruując ideę Ensemble, postanowił nie skorzystać z usług perkusisty. Do pary z Hutchinsonem, używając na ogół instrumentów klawiszowych, potrafią fantastycznie zastąpić każde percussion. Tu, w tej części koncertu, dzielnie i wyjątkowo dobitnie wspomaga ich w tym dziele istotnie pobudzony Butcher. Ten fragment gra skupieniem, wyważonym call & response. Jak wspaniale w tygiel stricte akustycznych incydentów, wpisać można dźwięki z kabla – kanon do wiecznego naśladowania (Hutchinson!). Ogień rozpala się w tym fragmencie dopiero na ostatnie 120 sekund! Słuchając tych nagrań, ewidentnie przekonujemy się, dlaczego brytyjska szkoła free improv stanowi creme de la creme muzyki spontanicznej, muzyki improwizowanej w wymiarze światowym. There Were Five In Eight. Na scenie pozostaje jedynie pięć osób (tytuł jakby to podkreślał). Hutchinson z lekkością nimfy wodnej, panuje nad akustycznym instrumentami i skwiercząc mikroszumami, inspiruje ich do dalece swobodnej eskalacji (what a man!). Elektroniczna wstrzemięźliwość godna kilku odznaczeń rangi państwowej. Cząsteczkowa improwizacja zdaje się być tu dominującym środkiem wyrazu. Refleksja recenzenta: czym byłaby ta muzyka bez spuścizny Spontaneous Music Ensemble? Night-Time Nostalgia. Nostalgia w tytule, kipiące emocje na scenie! Separatywne mikrodźwięki, które wchodzą w energetyzujące zwarcia – modelowe call & response! Still Life On May Day. Finał drugiego koncertu podkreśla nieśpieszność narracji i duże skupienie muzyków na detalach akustycznych (odrobinę w opozycji do fragmentów 1-2 na tym dysku). Selektywne brzmienie każdego instrumentu znacząco poszerzą percepcję muzyki Ensemble. Jakby w odpowiedzi na wymądrzanie się recenzenta, dopada nas krwista eskalacja z tenorem Butchera w roli głównej (nawet Hutchinson lubi pohałasować!). W tej dość skromnej jednak galopadzie muzycy szukają się po kątach, świecą latarkami po oczach i niczego nie chcą robić w pojedynkę. Mrocznym kanałami prowadzą wszystkich na ekscytujący finał, który bezwzględnie odnajduje, zwłaszcza słuchaczy, w horyzontalnych pozycjach, wcale jednak nie białych!


Zespół na festiwalu Musica Genera, 2002

Powoli wyczerpują się już metafory i określenia, jakimi recenzent jest w stanie werbalizować muzykę Chrisa Burna i jego wiernych przyjaciół. Przed nami epizod finalny. Jesteśmy zupełnie niespodziewanie w … Szczecinie. Jest wiosna 2002 roku, odbywa się kolejny festiwal muzyki improwizowanej Musica Genera. Na scenie sześcioosobowy Ensemble – Burn, Butcher, Hutchinson, Rhodri Davies i dwóch debiutantów w tym składzie – francuski klarnecista Xavier Charles i grecki wiolonczelista Nikos Veliotis. Panowie zagrają nieco ponad trzy kwadranse. Na płycie zostanie to wydane jako Ensemble At Musica Genera 2002 (Musica Genera, 2003). Uwaga! Wracamy do predefiniowanej improwizacji! Z sześciu odcinków dźwiękowych, trzy będą miały autora i zapewne drobne scenariusze, wystawione przed oblicza muzyków.




Zacząć. W ramach tego swojsko brzmiącego tytułu, muzycy komponują dźwięki, improwizując przy tym dość swobodnie i nader kolektywnie. Perkusyjne piano wzywające do koncentracji, drony dęciaków i strunowców, oniryczna elektroakustyka. Narracja gęsto tkana, trochę czupurna. Qpdbqp (autor: Veliotis). Tytuł być może sugeruje sposób usytuowania instrumentów względem siebie. Znów zgrzytliwy i niepokorny wielogłos sześciu generatorów dźwięku. Multiplikujące się tekstury, szorstka akustyka, plastyczna elektronika. Sporo zbiorowej histerii, mniej indywidualnych, separatywnych strategii przetrwania. Dźwięki tracą źródło swego pochodzenia, a miłośnicy minimalistycznej improwizacji moczą się obficie z podniecenia. Hałas na finał puentuje wszystkie złe myśli. Kontynuować. Jeśli był początek, musi być także rozwinięcie… Zwarty, ukierunkowany dron, budowany na kilku płaszczyznach elektroakustycznych. Innymi słowy – blisko dziewięciominutowa kontynuacja na stojąco, w agresywnym bezruchu, w konwulsyjnym bezdechu (z kajetu recenzenta: ekstatycznie!). Rotacja (autor: Burn). Nieokreślone dźwięki szarpane…(wiolonczela? elektroakustyka?). Tuż obok, dwugłos dęty pięknie wiedzie tę historię po stromym zboczu. Hutchinson intrygująco kontrapunktuje wyczyny żywych kolegów. A może to jednak harfa tak hałasuje? Strach na wróble (autor: Burn). Wybredna wymiana poglądów na początek (mało subtelne call & response), potem już tylko dynamika, ostrość obrazu, stanowczość dźwięków. Kończyć. Cisza po burzy lub przed kolejną eskalacją dźwięków w wysokich rejestrach. Muzycy budują dron, ale wszelkie próby rozpadają się, niczym domki z kart. Cisza zdaję się w tym momencie największym sprzymierzeńcem muzyków. Nieśmiało zwiastuje koniec tego koncertu… Niespodziewanie jednak narracja pętli się, a struktury sklejają - Ensemble wpada w lekki galop. Ostatni akord zwiastowany jest przez strunowy zjazd wprost w ramiona jeszcze ciepłej ciszy. Piękne!


****

Rekomendacje: tekst umieścić w katalogu Historia Muzyki Improwizowanej. Udostępniać, czytać na głos, wycinać, wklejać, kopiować. Wszelkie prawa niezastrzeżone.

And the Music???? Stricktly recommended… for ever!



Ps. W grudniu roku ubiegłego, w ramach wydawnictwa Simona H. Fella (Bruce’s Fingers), wyłącznie w wersji elektronicznej (via bandcamp), udostępniony został 40 minutowy koncert firmowany jedynie nazwą Ensemble, pochodzący z roku 2008. W składzie: Chris Burn (piano), John Butcher (saksofony), Simon H. Fell (kontrabas), Christof Kurzmann (elektronika), Lê Quan Ninh (perkusjonalia).