Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kasper T. Toeplitz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kasper T. Toeplitz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 marca 2026

Zeitkratzer! A short story from heaven to hell and back again!


Ubiegłotygodniowa prezentacja najnowszego albumu Reinholda Friedla wywołała w gronie redakcyjnym coś na kształt recenzenckich wyrzutów sumienia. Oto bowiem jedna z najważniejszych postaci europejskiej muzyki kreatywnej ostatniego ćwierćwiecza bywa na tych łamach traktowana nie tyle po macoszemu, co sukcesywnie pomijana.

Trybuna Muzyki Spontanicznej, jak powszechnie wiadomo, to głos improwizującego ludu miast i wsi, stąd zainteresowanie, tudzież czas poświęcany sztuce, dla której improwizacja jest jedynie jedną z wielu metod pracy nie zawsze są należyte. Wiele wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości sytuacja ta nie ulegnie zmianie, ale … z ogromną przyjemnością zapraszamy dziś na krótki przegląd dokonań formacji Zeitkratzer (często pisanej z małej litery). Reinhold Friedl jest jej szefem, naczelnym kompozytorem, czasami dyrygentem, także pianistą, muzykiem improwizującym, artystą szukającym w pudle rezonansowym wielkiego instrumentu strunowego drugiego, jakże piekielnego dna.

 


Zeitkratzer tworzy na ogół stała grupa artystów, z których większość świetnie znamy ze sceny muzyki improwizowanej i szeroko pojętego wykonawstwa muzyki współczesnej, z saksofonistą i klarnecistą Frankiem Gratkowskim oraz perkusjonalistą Maurice’em de Martinem na czele. W zestawie podstawowych narzędzi pracy muzyków odnajdujemy zazwyczaj dwa-trzy instrumenty dęte, trzy-cztery strunowe, perkusjonalia i preparowany fortepian lidera.

W repertuarze zespołu jesteśmy w stanie odnaleźć każdy gatunek – rock, jazz, noise, muzykę ludową, elektronikę, także tę taneczną (np. Kraftwerk), piosenki avant-popowe, a nawet serbskie pieśni bojowe. Oczywiście nie brakuje palety wybitnych kompozytorów muzyki współczesnej, częściej wszakże tych, których moglibyśmy zaliczyć do grona pionierów minimalizmu. Stale jest tu obecny Iannis Xenakis, który zdaje się być z perspektywy lat artystycznym guru dla Friedla i Zeitkratzer. Albumy formacji często wypełniają kompozycje samego Friedla, a także incydentalnie Franka Gratkowskiego. Poniżej listujemy nagrania, które z perspektywy piszącego te słowa wydają się definitywnie najciekawsze, a które winny także przypaść do gustu miłośnikom muzyki improwizowanej, zatem stałemu elektoratowi Trybuny.

  


Zacznijmy wszakże od tego, co najświeższe na półce z napisem Zeitkratzer. Ich najnowsze dokonanie, to cykl pięciu … winylowych pięciocalówek zatytułowanych Abkratzen, które dostarcza jeden z najważniejszych dla dorobku Friedla i zespołu wydawców, czyli krajowy Bocian Records. Każda z płyt zawiera po dwa dwuminutowe utwory, które są fragmentami ścieżki dźwiękowej do bliżej nam nieznanego, chyba fabularnego filmu Horses Are The Survivors of the Heroes. Dwie pierwsze płyty są dostępne na bandcampie wydawcy, trzecia jest już wyprodukowana, a dwie kolejne czekają na ów fakt edytorski. Natomiast ostatni pełnowymiarowy album grupy wypełnia kompozycja Gillesa Sivilotto Handmade, zaprezentowana zarówno w wersji elektronicznej (dwukrotnie), jak i akustycznej, a także w interpretacji wokalnej Isabelle Duthoit.

  


Na dobry początek naszego krótkiego overview wrzućmy do odtwarzacza (w tym wypadku kompaktowego) album zatytułowany Kore. Tradycyjnie dla Friedla i formacji materiał kompozytorski stanowi jedynie drogowskaz, rodzaj prawdopodobnego scenariusza zdarzeń, do jakich może dojść w trakcie procesu twórczego, a nie twarda, niepodlegająca dyskusji notyfikacja kompozytora. Tantiemy autorskie zbiera tu pianista, a kompozycja stanowi rozwinięcie pomysłu, jaki przeświecał autorowi dekadę wcześniej i zarejestrowany został na albumie Xenakis [a]live! Materiał inspirowany eksperymentalnymi nagraniami z taśmami greckiego kompozytora (szczególnie Persepolis), tu zaprezentowany w czterech kilkunastominutowych odsłonach, stanowić ma swoisty hommage Friedla dla Xenakisa. Aparat wykonawczy jest dziewięcioosobowy, a każdy z akustycznych instrumentów poddany zostaje procesowi amplifikacji. Efektem jest gęsto ustrukturyzowany dron wzmocnionej akustyki, który przypomina wielkie zgrzytanie zębami, chętnie sadowi się w pobliżu estetyki noise i post-industrial, a zarejestrowany został w okolicznościach koncertowych. Wspaniałe nagranie!

  


Równie intensywny i bliski estetycznie Kore jest album zatytułowany Duft. Muzycy biorą tu warsztat Handmade Gillesa Sivilotto (jak się okazuje, nie po raz ostatni) oraz kompozycję Franka Gratkowskiego Estuaria. Szczególnie intryguje pierwszy utwór, który jest pochodem preparowanych dźwięków strunowych i dętych, a sprawia wrażenie swobodnej improwizacji dziewięcioosobowego ansamblu, systematycznie wiercącego wielką dziurę w naszych receptorach słuchu. Utwór podpisany przez Gratkowskiego jest spokojniejszy, stanowi strugę płynnej, nieco medytującej akustyki. Kolejny pomnikowy album w dorobku formacji, wydany na trwającym niespełna dwa kwadranse czarnym krążku przez Bociana!

  


Jeśli szukamy nagrań najsilniej nawiązujących do estetyki noise, zawierających porcje kompulsywnego, jakże pięknego hałasu, sięgnąć winniśmy po kolejny krótki winyl wydany przez Bociana (tu w tajemniczej kooperacji z Musica Genera!). Album Saturation zawiera na pierwszej stronie kompozycję Monochromy Zbigniewa Karkowskiego, co stanowi wystarczającą rekomendację gatunkową, a na stronie drugiej friedlowski Xenakis Alive I. Mroczne, siarczyście brudne, surowe brzmienie wzmaga tu użycie analogowego samplera, który uzupełnia tradycyjne, akustyczne brzmienie pozostałych instrumentów, które wykuły w skale to niesamowite nagranie.

  


Jeśli Zeitkratzer gra kompozycję Kaspera T. Toeplitza, to wiemy, że estetyka noise znów zagości w naszych uszach! Podwójny, kompaktowy album Agitation/ Stagnation zawiera nagranie koncertowe z krakowskiego Festiwalu Sacrum Profanum, ale w formie dalece niestandardowej. Pierwsza płyta zawiera 37-minutowy zapis koncertu, druga zaś jego elektroniczne odbicie (wedle opisu electronic score), trwa zatem dokładnie tyle samo, co żywe nagranie. Albumowe credits sugeruje, by obu płyt … słuchać jednocześnie. Formacja rozrasta się tu do tentetu, w składzie którego odnajdujemy samego kompozytora wcielającego się w rolę dyrygenta (po społu z Friedlem), a także mącącego akustyczną florę formacji porcją intrygującej elektroniki. Dodajmy, iż album dostarcza oczywiście Bocian!

  


Czas na wielki gabaryt! Najpierw sięgnijmy po kompozycję Friedla zatytułowaną Krafft, która została wykonana siłą podwójnego zespołu. Z jednej strony dziewięcioosobowy Zeitkratzer, z drugiej francuska załoga Ensemble 2e2m, także złożona z dziewięciu artystów. Nad wykonaniem dzieła czuwa dyrygent Pierre Roullier. Instrumentarium obu formacji jest akustyczne, do tego niemal bliźniacze – trzy dęte, cztery strunowe, perkusjonalia i fortepian. Kompozycja Friedla ma definitywnie monumentalny charakter, zdaje się być rytmicznym oddechem wielkiego stwora. Frazy osiemnastu instrumentów, grane na ogół unisono, tworzą tu gęstą strugę dźwięków, która balansuje pomiędzy filharmonicznym spazmem, a post-kameralnym samouspokojeniem. Całość trwa niewiele ponad dwa kwadranse, jest rejestracją koncertową z Paryża, dostępną w formacie CD. Dodajmy, iż w trakcie komponowania Krafft pianista wykorzystał specjalnie oprogramowanie stymulujące losową sekwencję zjawisk fonicznych.

  


Grand Orchestra, to już czyste, artystyczne szaleństwo! Na scenie berlińskiego Domu Kultury Światowej, pewnego letniego wieczoru 2011 roku, zebrano prawie sześćdziesięciu muzyków, pośród których znaleźli się członkowie Zeitkratzer, szerokie grono ich gości, a także przedstawiciele formacji The Berline Pipe Company oraz Tenor Drum. Niewykluczone, iż na scenie znaleźli się także muzycy nieprofesjonalni. Kompozycja Friedla zwie się Grand Orchestra for mixed orchestra and bagpipes, a pomieszczono ją na kompaktowym dysku w dwóch niezatytułowanych częściach. Nagranie jest prawdziwie ekstatyczne, realizowane zazwyczaj na pełnym wydechu, gęste jak wulkaniczna lawa i tylko w ścisłe określonych interwałach czasowych mniej intensywne. Całość zdaje się być kolejną inkarnacją The Great Learning Corneliusa Cardew, może też przywoływać w pamięci nagrania Spontaneous Music Orchestra, zwłaszcza te, w trakcie których do procesu wykonania utworu włączano muzyków amatorów, a także publiczność zgromadzoną na koncercie. W momentach szczególnych eksplozji wątek prenatalnego free jazzu i Globe Unity Orchestra też może okazać się ciekawym skojarzeniem.

  


Po takim wulkanie dźwięków i emocji zasłużyliśmy na dłuższe chwile odpoczynku. W tym niecnym dziele pomocne okazać się mogą albumy wydane w ramach serii Old School. Friedl zaaranżował cztery takie wydarzenia, a każde z nich zawiera kompozycje innego mistrza/ klasyka/ legendy minimalizmu i muzycznego eksperymentu - odpowiednio Jamesa Tenneya, Johna Cage’a, Alvina Luciera i Karlheinza Stockhausena. W tym zestawie szczególnie urokliwa wydaje się kolekcja trzech kompozycji Tenneya (w winylowej reedycji - dwóch). To opowieść momentami niebywale medytacyjna, uformowana w wielominutowe drony, których estetyka śmiało nawiązuje do akustycznych kompozycji Eliane Radigue. W podobnym klimacie, choć nieco bardziej tajemniczym, onirycznym odnajdujemy pierwszy fragment albumu z kompozycjami Johna Cage’a. Z kolei w kolekcji utworów Alvina Luciera, w zasobach instrumentalnych Zeitkratzera odnajdujemy obok tradycyjnych, akustycznych instrumentów tzw. obiekty.

  


Po kompozycje Karlheinza Stockhausena Friedl i Zeitkratzer sięgają także na albumie Stockhausen: Aus Den Sieben Tagen, gdzie gościnnie swoje wokalne możliwości prezentuje Keiji Haino. Japoński artysta, którego znamy ze świeżego duetu z Friedlem, o którym pisaliśmy w ubiegłym tygodniu, w tym nagraniu wydaje się nadspodziewanie spokojny, mniej demoniczny, raczej w nastroju do nieco wytłumionej, dronowej kontemplacji. Album składa się z pięciu utworów, z których szczególnie miło rozbujany wydaje się ten najdłuższy, wieńczący album. Po stronie wykonawczej warto zaczynać, iż na liście plac znalazł się muzyk odpowiedzialny za brzmienie - w tym wypadku jego wkład w ostateczny kształt nagrania określono mianem acoustic noise.

  


Naszą opowieść o wybranych albumach Zeitkratzer kończymy przywołaniem płyty wydanej w Polsce pod koniec pierwszej dekady obecnego wieku, a zatytułowanej zeitkratzer play PRES Polish Radio Experimental Studio. Na pierwszym krążku podwójnego wydawnictwa zamieszczone zostały klasyczne utwory polskich kompozytów, którzy niemal siedem dekad temu współtworzyli Polish Radio Experimental Studio – m.in. Eugeniusza Rudnika, Krzysztofa Knittela, czy Bogdana Mazurka. Elektroniczne utwory, które na zawsze zmieniły obraz eksperymentalnej muzyki współczesnej na drugiej płycie zestawu wykonywane są przez muzyków Zeitkratzera, oczywiście w pełni akustycznym instrumentarium. Dla wielu przygoda z Friedlem i jego formacją właśnie wtedy zaczęła się na dobre. Zawsze warto wracać do tego nagrania, a może od niego rozpocząć swoją własną przygodę z tą muzyką.

 

Po szczegóły dyskograficzne prezentowanych albumów odsyłamy na bandcampową stronę Zeitkratzer, a także Bocian Records. Wszakże by mieć pełny ogląd zjawiska warto zajrzeć na niezastąpioną stronę discogs.com, bo chyba tylko tam znajdziemy wykaz całego dorobku artystycznego formacji.

 

piątek, 6 lutego 2026

Éliane Radigue! Asymptote Versatile and other acoustic stories!


Ta muzyka, to medytacja nad stanem niestabilności, to metafizyka chaosu i niepewności.

Tymi słowami, zawartymi w albumowym credits, Gascia Ouzounian zachęca nas do sięgnięcia po podwójne wydawnictwo Naldjorlak, które konsumuje dwa wykonania kompozycji Éliane Radigue na wiolonczelę solo. Podmiotem wykonawczym jest tu Charles Curtis, a oba koncerty (paryski i kalifornijski) dzieli czternaście lat.

Kompozycje, wykonania i krążące wokół tych tajemniczych słów podobne im określenia rzadko pojawiają się na blogu poświęconym muzyce improwizowanej. Sama francuska kompozytorka gości wszakże na Trybunie nie po raz pierwszy. Nie dalej jak kilka tygodni temu album Asymptote Versatile (1963-64) został autorytarnie uznany za jeden z 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. Radigue jest tu rzecz jasna kompozytorką, a wykonawcą dwunastoosobowy ansambl dęto-strunowy pod artystyczną opieką świetne nam znanego walijskiego harfisty Rhodri Daviesa. Temu albumowi poświecimy kilka zdań w dalszej części naszej dzisiejszej contemporary story.

 


Éliane Radigue kilkanaście dni temu ukończyła … 94 lata (Happy Birthday!), od mniej więcej ćwierćwiecza jest niekwestionowaną królową awangardowej kompozycji współczesnej (jakkolwiek idiotycznie nie brzmi ów epitet), a jej dzieła zdają się wypełniać portfolia artystów i orkiestr całego świata, oczywiście tych, które w muzyce szukają odpowiedniego poziomu kreacji i czegoś więcej niż prostych melodii i równie zbytecznych tonacji. Nie będziemy dziś pisać biografii tej niezwykłej artystki – odsyłamy do sieci globalnej, coraz bardziej nowoczesnych generatorów AI, a także do krajowego czasopiśmiennictwa, które na okoliczność twórczości Francuzki zdołało popełnić kilka intrygujących tekstów.

Sama Radigue komponowanie dla innych artystów, szczególnie na instrumenty akustyczne, rozpoczęła dopiero w nowym milenium, po latach samowykonawstwa przy użyciu instrumentarium elektroakustycznego, głównie eksperymentowania z taśmami magnetycznymi i feedbackiem. Obszar twórczości akustycznej Éliane interesuje nas szczególnie i bez cienia wątpliwości godny jest uwagi także miłośników swobodnej improwizacji. Jej kompozycje nie są notyfikowane graficznie, to na ogół zbiór instrukcji, które kompozytorka przekazuje wykonawcom na etapie prób i długich rozmów na temat potencjału danego instrumentu i kreatywności samego muzyka. Efektem tego wszystkiego są niekończące się dronowe ekspozycje o walorach zdecydowanie medytacyjnych, śmiało wpisujące się w pojęcie deep listening, czyli tzw. głębokiego słuchania. To z całą pewnością strumienie fonii dedykowane do skupionego odsłuchu słuchawkowego. Tym wspanialej realizują się one w cichych, stonowanych, niekiedy mrocznych ekspozycjach na instrumenty akustyczne.

  


Takim właśnie nagraniem jest anonsowany wyżej album Asymptote Versatile (1963-64). Sześć instrumentów strunowych i tyleż dętych w rękach i ustach artystów, których znamy zarówno ze współczesnej sceny free impro, jak i wielokrotnego wykonawstwa kompozycji Radigue. Prezentowany na albumie utwór nie był zapewne pisany w kontekście instrumentarium akustycznego, zdaje się być przeto jeszcze bardziej intrygujący.

Koncert zarejestrowano na festiwalu muzyki współczesnej w brytyjskim Huddersfield ponad dwa lata temu. Wypełnia go jeden, ponad czterdziestominutowy minutowy strumień dźwiękowy, który niczym epistoła typowa dla legendarnego AMM nie ma początku, ani końca. Muzyka faluje jak wystudzony ocean, płynie dętymi wdechami i długimi strunowymi wydechami. Jest na swój sposób powtarzalna, stroni wszakże od minimalizmu, ma posmak medytacji, ale czynionej mocą wielkiej orkiestry. Narracja miewa chwile postoju i tonie wtedy w ciszy, ale to ledwie krótkie inteludia, które wynoszą opowieść na kolejne szczeble dramaturgicznego wtajemniczenia. W toku wielominutowej opowieści strumienie dęte i strunowe nakładają się na siebie, przenikają wzajemnie, interferują, niekiedy groźnie pomrukują. Szczególnie ciekawie robi się w sytuacjach, gdy dzieło kreacji biorą na swoje barki niskie dęciaki – klarnet basowy i basowy puzon. Dla tych ostatnich przeciwwagą są skrzypcowe uniesienia - wszystko wszakże pozostaje w stanie brzmieniowej i dramaturgicznej równowagi. Stabilny, dobrze kontrolowany finał poprzedza passus melodii, któremu mogliśmy śmiało nadać miano post-barokowej. Ostatnia prosta przypomina wielki wydech, choć czyniony w trwodze zaniechania. Ta piękna podróż, jak niemal każda z muzyką Radigue, mogłaby się nigdy nie kończyć.

Éliane Radigue Asymptote Versatile (1963-64) (Amgen, CD 2025). Xavier Charles – klarnet, Angharad Davies – skrzypce, Rhodri Davies – harfa, Julia Eckhardt – altówka, Bertrand Gauguet – saksofon altowy, Susan Geaney – flet basowy, Dominic Lash – kontrabas, Thierry Madiot – puzon basowy, Aonghus McEvoy – gitara, Hannah Miller – rożek francuski, Ailbhe Nic Oireachtaigh – altówka, Carol Robinson – klarnet basowy. Kompozycja Éliane Radigue, nagrane w trakcie Huddersfield Contemporary Music Festival, listopad 2023. Jeden utwór, 44 minuty.

 

*****

 

Jeśli pragniemy zanurzyć się w strumieniu jak najbardziej współczesnych kompozycji Radigue, tych po części medytacyjnych, minimalistycznych, budowanych z mozołem i wyjątkowo cierpliwie przez wąskie, zaufane grono wykonawców, winniśmy sięgnąć po cztery albumy zatytułowane Occam Ocean, a wydane w latach 2017-2021 przez francuski label Shiiin (niestety nieposiadający strony bandcampowej).

 


Album Occam Ocean 1 (pomieszczony na dwóch dyskach kompaktowych) zawiera pięć kompozycji w wykonaniu trojga artystów, którzy m.in. współtworzyli album omówiony kilka chwil wcześniej – Carol Robinson na instrumentach dętych, Julie Eckhardt na altówce i Rhodri Daviesa na harfie. Wydawnictwo zawiera trzy solowe wykonania, kobiecy duet i finałową ekspozycję współtworzoną przez całą trójkę. Szczególnie pięknie brzmi ostatni utwór zatytułowany Occam Delta II, bazujący na pulsujących, preparowanych frazach harfy, altówki i klarnetu basowego – dwadzieścia pięć minut nerwowej medytacji, której nie powstydziłby się żaden festiwal muzyki … swobodnie improwizowanej.

Kolejne dwie pozycje cyklu Occam Ocean śmiało rywalizować mogą o miano tych najpiękniejszych, najdobitniej obrazujących akustyczny wymiar muzyki Radigue. Wydawnictwo Occam Ocean 2 zawiera jedną, prawie godzinną kompozycję w wykonaniu francuskiej orkiestry ONCEIM, którą znamy także z dokonań na polu muzyki improwizowanej. Na czele 30-osobowej formacji stoi pianista Frederic Blondy, który tu wciela się jedynie w rolę dyrygenta. Kilka wykonań rzeczonej kompozycji na orkiestrę można obejrzeć na najpopularniejszym portalu z obrazkami. Okazuje się, iż zadanie Blondy’ego sprowadza się jedynie do obserwowania muzyków i dawania incydentalnie drobnych sugestii, co do poziomu natężenia dźwięku. Muzyka znów jest tu wielkim oceanem, delikatnie szarpanych przez strumienie instrumentów strunowych, dętych i perkusyjnych. Szczególnie efektownie brzmi, gdy prym wiodą te ostatnie.

Occam Ocean 3, to trzy kompozycje oddane we władanie wyłącznie instrumentom strunowym i trójce artystek – Deborze Walker (violincello), Julii Eckhardt (altówka) i Silvii Tarozzi (skrzypce). Album otwiera duet violincello i skrzypiec, potem słuchamy solowej ekspozycji violincello, a nagranie wieńczy kompozycja na wszystkie trzy instrumenty. Utwór inaugurujący ten wyjątkowy album w pierwszej fazie opiera się na zlęknionym, na poły melodyjnym śpiewie obu strunowców, czynionym na prawdziwie egzystencjalnym wdechu. W dalszej fazie nagrania opowieść gęstnieje, by ostatecznie osiągnąć stan oleistej zawiesiny. Jeszcze efektowniej brzmi violincello w utworze drugim, który płynie z samego dna ciszy, pełen boleści i trwogi, nabierając z czasem intrygującej, niemal post-barokowej postaci. Finał grany w trio wystawia nas na doznania, z których trudno otrząsnąć się przez kilka kolejnych godzin.

Nieco innych wrażeń dostarcza nam Occam Ocean 4, gdyż bazuje na brzmieniach instrumentów dętych i głosu, a udział jedynego instrumentu strunowego ma charakter bardziej okazjonalny. Ponownie to rejestracja trzech kompozycji Radigue w wykonaniu trójki artystów – saksofonisty altowego Bertranda Gaugueta, wokalisty i altowiolinisty Yannicka Guedona (tu viola da gamba) oraz Carol Robinson, która frazuje na dętym instrumentarium. Ta opowieść wydaje się mniej płynna, bardziej obudowana frazami zatrzymanymi w kadrze i pulsująca niczym dawne, elektroakustyczne instrumentacje Radigue. Środkowy fragment albumu to ekspozycja wokalna (barytonowa), która sieje niepokój i wydaje się bardzo daleka od medytacyjnego charakteru większości akustycznych kompozycji Éliane. Sama w sobie intrygująco dopełnia paletę estetyczną Occam Ocean, ale z perspektywy trybunowego podsłuchiwacza wydaje się mniej interesująca.

 


Parę akapitów temu ustaliliśmy, iż celem dzisiejszej epistoły nie jest kreślenie biografii kompozytorki, zatem zatrzymajmy naszą uwagę jeszcze na trzech albumach z bogatego portfolio kompozycji na instrumenty akustyczne (lub prawie akustyczne).

Szczególną atencją warto otoczyć kompozycję Occam Delta XV, przygotowaną dla kanadyjskiego kwartetu smyczkowego Quatuor Bozzini (Clemens Merkel, Alissa Cheung, Stéphanie Bozzini, Isabelle Bozzini). Klasycznie zestawiony skład instrumentalny (podwójne skrzypce, altówka i wiolonczela) prezentuje na płycie dwa wykonania tej samej kompozycji. To niebywale emocjonalna, żarliwie smutna, urokliwie piękna strunowa opowieść/ medytacja, która w pierwszej wersji zdaje się być pełna życia, w drugiej niepodziewanie gaśnie i ewidentnie obumiera, choć zapewne oba wykonania powstały w oparciu o ten sam scenariusz zdarzeń wypracowany przez kompozytorkę i czwórkę muzyków, która także … gościła na naszej liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025 (w tym przypadku z kompozycjami Jürga Freya).

 


Do grona najznamienitszych kompozycji akustycznych Radigue z pewnością zaliczyć możemy album bez tytułu zawierający dwa utwory: Occam - Hepta I w wykonaniu Ensemble Dedalus i Occam XX w wykonaniu Ryoko Akamy. Szczególnie ten pierwszy wyzwala w niżej podpisanym prawdziwe eksplozje endorfin. Septet w składzie Deborah Walker (violincello), Didier Aschour (gitara), Pierre-Stephane Meuge (saksofon), Thierry Madiot (puzon), Christian Pruvost (trąbka), Cyprien Busolini (altówka) oraz Silvia Tarozzi (skrzypce) zaczyna swój występ w głębokiej ciszy i tam też go kończy, a w tak zwanym międzyczasie faluje/ pulsuje/ medytuje na delikatnie wzburzonym oceanie paletą równie soczystych, jak i niepokojących dźwięków dętych i strunowych, niejako konsumując wszelką jakość jaką dostarczają akustyczne kompozycje naszej dzisiejszej bohaterki. Album uzupełnia druga kompozycja, która wykonywana jest przez Ryoko Akamę na syntezatorze i może doskonale przenieść słuchacza do świata syntetycznych kompozycji Francuzki.

  


Na definitywne zakończenie dzisiejszej opowieści jeszcze jedna rekomendacja. Kompozycja Elemental II na gitarę basową i kłębowisko kabli w wykonaniu Kaspera T. Toeplitza. Nagranie rodzi się w gęstej chmurze elektronicznych szumów i drobnych zgrzytów, w dalszej fazie intrygująco ucieka w mroczny, post-gitarowy ambient. Znów skupienie, niepowtarzalne brzmienie i niekończąca się medytacja - balansowanie na linie, głębokie oddychanie i takież słuchanie. Najlepiej w dobrych słuchawkach.

 

Po szczegóły dyskograficzne albumów prezentowanych w drugiej części tego tekstu zapraszam na podstronę discogs.com dedykowaną Eliane Radigue.

 

 

 

wtorek, 21 stycznia 2025

Kasper T. Toeplitz & Ensemble Phoenix Basel! Rupture & Dissipation!


Na scenie pojawia się dziesięciu żywych instrumentalistów i dwóch procesorów. Nad ich głowami rozpościera się syntetyczny dron, lepiony z białego szumu, który niechybnie niesie ze sobą potencjał krwistego hałasu. Głuchą przestrzeń koncertową wypełnia aura soundtracku do psychodelicznego horroru. Pulsują plamy basu, rodzą się pasma dźwięków czegoś definitywnie post-akustycznego.



 

Po upływie pięciu minut w strumieniu narracji pojawiają się dęte i post-perkusjonalne frazy, które separują się od mglistej, syntetycznej powłoki szmerów i basowej pulsacji, funkcjonującej na pograniczu hałasu. Orkiestra systematycznie nabiera masy, intensywności, staje się post-akustycznym krzykiem, wyziewem lovecraftowskiej grozy. W tym tyglu zła coś nabiera tajemniczej melodyki, źródłem której mogą być instrumenty dęte. W okolicach dziesiątej minuty muzycy nieznacznie tłumią intensywność swojego przekazu dźwiękowego. Basowa pulsacja bije jak dzwon, ale wokół niej panoszy się mroczne zaniechanie. Wyraźnie słychać lamenty fletu i klarnetu, które wyłaniają się ze strumienia szumiącej, onirycznej elektroniki, zdobionej incydentalnymi skwierczeniami. Opowieść zdecydowanie gaśnie, stacza się na dno pojedynczymi, akustycznymi frazami.

Druga część spektaklu sprawia wrażenie kontynuacji. Jej początek, to pozorne spowolnienie, które daje życie nowemu wątkowi. Pozostająca w formie dronu opowieść zdaje się teraz żyć z delikatną przewagą fraz akustycznych. Dęciaki wzdychają, struny szeleszczą, elektroakustyka z nie do końca rozpoznawalnych źródeł panoszy się w dalekim tle. Narracja pęcznieje z każdą sekundą, ale sprawia wrażenie kontrolowanego, niemal wystudiowanego krzyku. Między piątą, a ósmą minutą osiąga stadium eskalacji, szytej mocą syntetyki, bogaconej śmiertelnie ranną akustyką. Nagły zgrzyt, jakby usterka na łączach satelitarnych, wywołuje intrygujący dysonans, po czym narracja wraca na tor gęstej, pęczniejącej trwogi. Flow wciąż krzyczy, ale delikatnie rozwarstwia się, rozlewa coraz szerszym korytem. Po niedługiej chwili bliski jest laptopowego noise, jakby cała, kilkunastoosobowa załoga zdołała pomieścić się w drobnym urządzeniu elektronicznym. W kłębie gęstniejącego hałasu dzieją się teraz prawdziwe wojny światów, a przyczajony za kotarą Merzbow uśmiecha się od ucha do ucha. Wybicie trzynastej minuty staje się tu sygnałem do powolnej śmierci. Nie brakuje jednak zakrętów, ślepych uliczek i hamowania z piskiem opon. Nad sceną kołują ustrzelone myśliwce, ulotna rzeczywistość pulsuje basem, wokół krążą strzępy dętych i strunowych post-melodii. Na ostatniej prostej jakiś żywy dźwięk wyłania się ponad strugę elektronicznego hałasu - być może to bas, być może jedynie echo głuchej, intensywnej ciszy.

 

Kasper T. Toeplitz & Ensemble Phoenix Basel Rupture & Dissipation (Bocian Records, CD 2024). Kasper T.Toeplitz – kompozycja, dyrygentura, e-bass, live electronics, Christoph Bosch – flet, Toshiko Sakakibara - klarnet, Jens Bracher – trąbka, Remo Schnyder – tubax, Samuel Wettstein – fortepian, Sebastian Hofmann – perkusja, Maurizio Grandinetti – gitara elektryczna, Aleksander Gabrys – kontrabas, Thomas Peter – live electronics oraz gościnnie: Marc Unternahrer – tuba, Daniel Buess – perkusja. Nagranie koncertowe, Sokołowsko, Festiwal Sanatorium Dźwięku, 2016 oraz nagrania dodatkowe, Elaine, czas nieznany. Dwa utwory, łącznie 33 i pół minuty.




 

wtorek, 12 grudnia 2023

Reinhold Friedl & Kasper T. Toeplitz to the End of the Land!


Dziś zapraszamy na podróż niezwykłą. Pod każdym niemal względem – artystycznym, dramaturgicznym, a także poznawczym. Przed nami bowiem dwójka artystów, których trudno pomieścić w jakichkolwiek ramach gatunkowych i stylistycznych, którzy nade wszystko zwą się kompozytorami muzyki współczesnej, ale jednocześnie dla nas, miłośników muzyki improwizowanej, zdolni są dostarczać dokładnie takie dźwięki, jakie zdaje się, że kochamy najbardziej.

Dwie, mniej więcej godzinne podróże w bezkres mrocznych, na ogół preparowanych fraz, pełne zagadkowych zdarzeń i fonicznych niespodzianek, poza faktem, iż winny zaspokajać wszelkie potrzeby miłośnika muzyki kreatywnej, stanowią nade wszystko przykład niemal genialnej zdolności artystów do panowania nad dramaturgią. Tak się bowiem składa, iż ich wielominutowa, niekończąca się epopeja dźwiękowa choćby na moment nie sprawia, byśmy tracili koncentrację. Jesteśmy z muzykami od pierwszej do ostatniej sekundy, a końcową ciszę możemy jedynie skwitować na poły sarkastycznym – być może w tym roku nie słuchałem jeszcze bardziej intrygującej płyty!

Z jednej strony preparowany i niepreparowany (raczej dewastowany) fortepian Reinholda Friedla, który bywa wielką orkiestrą symfoniczną, maszyną zła, tudzież instrumentem w stadium sustained funeral march, ale i perłą w koronie delikatności i subtelności, z drugiej strony bas elektryczny Kaspera T. Toeplitza, który nade wszystko stanowi generator niekończących się dźwięków elektroakustycznych, instrument, który zapewne współpracuje też z elektroniką, ale tego akurat albumowy opis nam nie potwierdza.

Kto zaś nie wie, kim dla współczesnej muzyki są rzeczony Niemiec i Francuz o polskich korzeniach, niech sięgnie do dostępnej wiedzy wirtualnej. Nam szkoda czasu na informacje socjotechniczne. Mamy bowiem przed sobą dwugodzinną podróż, która śmiało zasługuje na miano the way of no return! Welcome to the source of the sound!

 


la fin des terres_Z

Wejście w świat Reinholda i Kaspera introdukuje nerwowe, mroczne inside piano, wokół którego snuje się gęsta struga elektroakustycznych, po części niezidentyfikowanych fonii, barwionych krwią post-industrialu. Wszystko zdaje się znamionować tu ceremoniał śmierci, tej czynionej już w trybie dokonanym, która prowadzi w głąb czegoś, co tylko zgrabne pióro H.P. Lovecrafta byłoby w stanie zwerbalizować. W uszach dudnią nam echa klasyków improwizowanych neverending story, z brytyjskim AMM na czele, ale pomysł Niemca i Francuza zdaje się sięgać jeszcze głębiej do korzeni dźwiękowej nieskończoności.

Pierwsze minuty nagrania uformowane są w elektroakustyczny dron, zdobiony akustycznymi incydentami piana. Niektóre z nich są wszakże dalekie od subtelności, stanowią kawalkady i eksplozje mocy czarnych klawiszy. Po upływie 10 minuty opowieść jakby bardziej zagłębiała się w czeluść dark ambientowej nonreality, a artyści stosowali bardziej minimalistyczne metody pracy. Narracja nie przestaje jednak pulsować blaskiem mrocznej strony klawiatury piana i coraz niższych, post-basowych pasaży. W okolicach 25 minuty artyści definitywnie schodzą na poziom dramaturgicznych i brzmieniowych detali. Otwierają teraz bodaj najpiękniejszą fazę pierwszego albumu. Zdaje się, że wszystko, co ręce i umysł muzyków są w stanie wprawić w ruch drgający, zaczyna teraz śpiewać. Rytualny, żałobny, oniryczny ceremoniał śmierci klinicznej.

Demony powracają na starcie trzeciego kwadransa tej psychodramy. Znów armia czarnych klawiszy piana doposażona strugami gęstego post-harshu ledwie żywego basu zaczyna zawłaszczać czasoprzestrzeń nagrania. Ów moment zdaje się być wyjątkowo cielesny, znów silnie post-industrialny, zdobiony ledwie słyszalnymi oddechami martwego post-romantyzmu pianisty. Finalizacja pierwszej części trwa tu niemal dziesięć minut i zdaje się być wyjątkowo nerwowa. Ekspozycje dronowe schodzą teraz na dalszy plan, a scenę opanowuje bas, którego stemple zaczynają wyznaczać meta rytm czarnego marszu w proteście na okoliczność zakończenia. Sfuzzowany instrument bodaj pierwszy raz tego wieczoru brzmi nad wyraz swojsko. Toczy się jak pijany rockman, od lewej do prawej strony sceny, skomle i kąsa.

 

la fin des terres_Ω

Druga historia wyłania się z mroku elektroakustycznej nierzeczywistości. Początkowo wszystko brzmi dość syntetycznie. Czarne i białe klawisze w podejrzanej symbiozie, rozdygotany bas w strudze elektronicznego szumu, dużo hałaśliwej chropowatości. Z czasem można odnieść wrażenie, że czarna akustyka przejmuje tu dowodzenie, ale w strefie demokracji, to wszak iluzja. Następują cykliczne burze z piorunami, a krótkotrwale przejaśnienia tylko podkreślają trwogę chwili. Spektrum działania piana już dawno przekroczyło rozmiary studia nagraniowego, basowe sprzężenia z kolei ryją kolejną bruzdę w podłodze.

Po upływie kwadransa mamy wrażenie, że tygiel drżenia delikatnie się wystudza. Pojawia się dźwięk, który może być efektem użycia przez basistę smyczka. Na strunach fortepianu mości się sporo akcentów percussion. Po kolejnych kilku minutach nasze receptory słuchu chłoną niemal czyste frazy – pojedynczych strun basu i wyjątkowo filigranowych klawiszy. Ale nowe pasmo post-industrialu nadciąga niczym górska lawina. Pianistyczne dewastacje i basowe sprzężenia budują równocześnie suspens i grozę. Ale nawet hałas miewa chwile słabości i opowieść w momencie wybicia drugiego kwadransa topi się już w szeleszczącym post-ambiencie. Artyści płyną teraz spokojnie w namacalnej bliskości ciszy.

Z czasem wszystko znów nabiera mocy, przy okazji sycąc opowieść kolejną porcją śpiewnego drżenia. Rozkołysany, szorstki ambient chwili. Z tego tajemniczego letargu muzycy wychodzą dopiero po 40 minucie. Preparują, szyją krótkie, nerwowe frazy, ściągają nad głowy nowe chmury post-industrialu. Pianista zdaje się teraz stać na straży ładu i porządku, z kolei basista wciela się w rolę złego policjanta i kontratakuje kolejnymi groźnymi dźwiękami. Opowieść ma kilka krótkich, ale jakże intrygujących faz – najpierw pracuje na echu amplifikatora i szumie gołych stron, potem przypomina armię uszkodzonych silniczków elektrycznych, wreszcie zaczyna cała drżeć i formować się w kleistą strugę najrozmaitszych fonii. Coś mozolnie wspina się na szczyt, coś innego jęczy, a nawet śpiewa. Jakby dobitniej zaczynał teraz bić zegar odmierzający czas trwania spektaklu. Po 53 minucie muzycy zdają się wchodzić w mrok pożegnania, ale to jedynie pozór. Nim zgasną ostatecznie, czeka nas jeszcze intrygująca, basowa eksplozja, pośmiertny rechot wielkiej maszyny. Zatrwożony pianista sięga po delikatne frazy i szczęśliwie przeprowadza ową wielką, skomponowaną improwizację do fazy definitywnego końca, pełnego jęczącego rezonansu, drobnych pisków i kilku spektakularnych agonii.  

 

Reinhold Friedl & Kasper T. Toeplitz La fin des terres (zeitkratzer productions, 2CD 2023). Reinhold Friedl — fortepian oraz Kasper T. Toeplitz — bas elektryczny. Nagrane w Art Zoyds Studios, Valenciennes, Francja, październik 2022. Dwa utwory, 119 minut.