Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hellmut Neidhardt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hellmut Neidhardt. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 maja 2023

The Trilogy Live by Scatterwound!


Duet dark ambientowych gitarzystów – Dirk Serries i Hellmut Neidhardt, artysta ukrywający się pod enigmatycznym szyldem N – świat gatunku, i nie tylko, zna od lat i ceni szczególnie mocno. Panowie pracują od zawsze pod szyldem Scatterwound i cyklicznie raczą nas wspaniałymi, mrocznymi opowieściami, które nie mają początku, ani tym bardziej zakończenia.

Najczęstszym wydawcą duetu jest niemiecka Midira Records, która u progu nowego roku uraczyła nas zbiorem trzech występów Belga i Niemca, zarejestrowanych w trakcie różnych ważnych okolicznościach koncertowych. Dwa z nich są nagraniami pure duetowymi, a w trzecim pojawia się gość z bardzo nietypowym, jak na kanony gatunku, instrumentarium w postaci fortepianu. Zatem powodów, by nad tym umiarkowanie długim (jak na trójpak) albumem pochylić się z należytą pieczołowitością znajdziemy całe mnóstwo.




Platzhirsch 2017

Panowie S i N startują z poziomu ciszy niemal zupełnej. Snują leniwe strugi mrocznego półdźwięku, które z jednej strony przypominają wartki, górski strumień, z drugiej szmer nadlatujących śmigłowców. W tej mozaice fonicznych płynów możemy także usłyszeć delikatny chrobot gitarowych amplifikatorów. Muzycy z każdą pętlą nabierają wiatru w żagle, sycąc narrację zgrzytającym piaskiem i skowytem głuchej, niekończącej się przestrzeni koncertowej lokalizacji. W magmę ambientu utykają także pojedyncze plamy post-gitarowego zgiełku.

W połowie nagrania improwizacja dość niespodziewanie tłumi się do poziomu szumów i delikatnych skwierczeń. Muzycy z mozołem budują zatem nową opowieść. Siłę i moc twórczą zdają się czerpać z pomruku otoczenia i szumiącej ciszy. Lewa flanka nieznacznie trzeszczy, prawa frazuje bardziej czystym dźwiękiem. Po niedługiej chwili obie strony zaczynają charczeć i inicjować marsz w kierunku finałowej ściany dźwięku, która zdaje się być naturalnym punktem docelowym dla każdej improwizowanej porcji dark ambientu. Kończą w krzyku, broczą w trudzie zakończenia. Te ostatnie trwa tu wyjątkowo długo, jest definitywnie urokliwe i precyzyjnie skonstruowane.

 

Roadburn 2018

Tym razem nasi bohaterowie lądują na dużym festiwalu, który lubi soczystego porcje zmutowanego rocka. Zatem od startu pokazują, iż nie znaleźli się tu przez przypadek. Przypominają dwa chroboczące i skwierczące rockowym fuzzem zwierzęta, czające się na brzegu puszczy. Nawet syntetyczne w brzmieniu tło ich pieśni otwarcia dalekie jest od ambientowej smukłości. Z czasem melodia backgroundu przejmuje jednak ster, a rockowe gitary na kilka chwil chowają się w zatęchłych garażach. Improwizacja jest gęsta i intensywna, ale nieco lżejsza od koncertowej introdukcji. Po kilku nawrotach obie gitary chwytają jednak sfuzzowanego bakcyla i idą ku ścianie zagłady.

Po jej pokonaniu muzycy nieznacznie tracą moc, ale budowanie nowego znów zaczynają od rockowego samowyzwalacza. Tym razem ich droga dojścia do celu wiedzie innymi, bardziej krętymi ścieżkami. Najpierw zdają się ginąć w mrocznym echu, potem łapią nowe porcje prądu, tudzież strzępy mocy z gitarowych przetworników i po chwili namysłu kierują się na szczyt. Finałowa faza koncertu przypomina już nalot dywanowy, pełna jest efektownych fajerwerków, ale samo zakończenie wydaje się szybkie, nieco enigmatyczne.



Moving Noises 2019

Koncert otwiera pianistka, która buduje efektowną, niemal demoniczną introdukcję inside piano. Perkusjonalne szelesty i drobne dźwięki z samego dna pudła rezonansowego ścielą się narastającą chmurą delikatnego, gitarowego ambientu. Ten ostatni zdaje się tu płynąć na wyraźne zawołanie pianistki, która pociera struny w pewnej rytmicznej sekwencji. Z czasem gitary przejmują strumień narracji i systematycznie kreują opowieść wedle kanonów ambientowego rytuału. Jeden wątek wydaje się być nad wyraz syntetyczny, drugi bazuje na mantrycznie powtarzanej sekwencji dość dynamicznie rysowanych riffów.

Wraz z upływem czasu fale ambientu stają się coraz potężniejsze, przy czym pierwszy wątek śpiewa, drugi nurza się w mrocznym błocie. Piękny uploading przypomina teraz chmury rozwrzeszczanego post-hałasu, które wzajemnie się przenikają. Po osiągnięciu szczytu strumień gitarowej narracji przechodzi w fazę wygaszania, a na froncie pojawia się nieco zapomniane piano, znów sycące improwizację dźwiękami preparowanymi, tym razem wszakże silnie ustrukturyzowanymi rytmicznie. Z klawiatury i dna fortepianu płyną frazy, które gaszą koncert umierającym beatem.

 

Scatterwound TL (Trilogy Live) (Midira Records, 3CD 2023). CD1: P.H/ Platzhirsch 2017, Dirk Serries – gitara oraz N – gitara, St. Joseph Church (Duisburg/Niemcy). CD2: R.B/ Roadburn 2018, Dirk Serries - gitara oraz N – gitara, 013 (Tilburg/ Holandia). CD3: M.N/ Moving Noises 2019, Dirk Serries – gitara, N – gitara oraz Martina Verhoeven – piano, Christuskirche (Bochum/Niemcy). Trzy improwizacje, łącznie 122 minuty.

 

piątek, 15 marca 2019

Aidan Baker! Awel &‎ Doppellive! Next episodes trusted in ambient!


Czas na kolejne, po ostatnio recenzowanych nagraniach Dirka Serriesa, nowości z niemieckiego wydawnictwa Midira Records. Obie omawiane poniżej płyty premierę mają dokładnie dziś, zatem zasadność wspominania o nich, właśnie w tym momencie karkołomnych dziejów świata ponowoczesnego, nie wymaga dodatkowych wyjaśnień.

Otwieramy zatem wrota dark ambientu, przy okazji na własne potrzeby, odkrywając ważną postać gatunku, kanadyjskiego gitarzystę, rezydującego w Berlinie, Aidana Bakera. Jego dorobek artystyczny jest tak przepastny, jak droga lądowa stąd do Władywostoku. Być może nadejdzie kiedyś moment, by choć rzucić na nią okiem. Póki co, sięgnijmy po dwa nowe duety Bakera.




Aidan Baker &  Karen Willems ‎ Awel (Midira Records, CD 2019)

Najpierw duet z żywą, improwizującą perkusją, zatem z punktu widzenia wielbicieli swobodnej wymiany dźwięków, dalece interesujący. Karen Willems, to perkusistka i perkusjonalistka z Belgii. Nagranie koncertowe z Bochum (Christuskirche), z lutego 2017 roku, podzielone na pięć części – łącznie 38 i pół minuty.

Pomruk gitary, mały, delikatny drumming, skromne obcierki, czysta akustyka na pierwszym planie. Po prawej stronie drży filigranowy dron, główny zaś wątek gitarowy wydaje się być niezwykle miękki, plastyczny. W narrację wplata się mocny akcent stopy na bębnie basowym, który złowieszczo grzmi. Gitara rozbłyska paletami barw, nie unika też, from time to time, bardziej typowego, post-rockowego frazowania. Jej flow jest spokojny, bez inklinacji do eskalacji. Wejście w część drugą odbywa się bardzo płynnie – natężenie mroku na scenie zdaje się narastać, więcej akcentów na talerzach, subtelne drżenie werbla. Gitarowy dron niemal wisi w powietrzu, stoi nad głową perkusistki, która nie stroni od cyrkulacyjnych zagrywek – ambient more sad than dark, mimo wszystko.  Gdy dron szuka posmaku elektroniki, Karen zdaje się zamiatać salę koncertową szczoteczkami perkusyjnymi. Bardzo molekularna ekspozycja. Na starcie trzeciej części perkusja na moment milknie, zaś dron gitarowy lepi z kurzu elektroakustyczną poświatę, płynąc dalej spokojnie i konsekwentnie. Narracja delikatnie buduje swoją strukturę – nowe akcenty z gitary, oniryczne mikro talerze, może nawet miseczki, plamy czynione stopą. Całość dość tajemniczo narasta, poszczególne warstwy układanki jakby wpadały we wzajemny rezonans. Posmak całości zdaje się stawać nieco dubowy, przestrzeń pulsuje i drży. Dodatkowo gitara multiplikuje się, czyniąc cały fragment koncertu wyjątkowo urokliwym.  Początek czwartej opowieści po ewidentnym klejeniu post-produkcyjnym, prowadza delikatny dysonans estetyczny. Gitara (gitary?) pomrukuje, szeleści głuchą ciszą jeszcze bardziej filigranowo, jakby jej dźwięk docierał do nas zza siódmej góry. Drumming toczy się wartkim strumieniem, jakkolwiek odrobinę zbyt konwencjonalnym, jak na dramaturgię chwili – stopa, werbel, tom, talerz. Gitara dodaje nowe akcenty - silny pogłos, dubowa przestrzeń, kind of slow trance. Po chwili słyszymy kolejny, już trzeci strumień gitarowej fonii, serfujący po wysokiej fali i bystrze repetujący. Percussion przypomina lejącą się wodę. Po ułamku sekundy ciszy, finałowa część spektaklu – gitara przypomina, iż składa się także ze strun - frazy niemal klasyczne, ale podlane gęstym sosem ambientu o nieokreślonej barwie. Kołysząca pulsacja, dwa wątki zasadnicze, mały drumming w dalekim tle. Recenzent na koniec odnajduje barwę wybrzmiewania: blue ambient as well!




Aidan Baker & N  ‎Doppellive (Midira Records, 2CD 2019)

W trakcie eksploracji drugiego duetu Bakera, napotykamy na tajemniczą postać N, z którą zetknęliśmy się już przy okazji innych nowości Midiry. Przypominamy zatem, iż ów nieznajomy nazywa się Hellmut Neidhardt, gra na gitarze, tu także wspomagać się będzie bliżej nieokreśloną elektroniką. Na podwójnym dysku muzycy pomieścili dwa koncerty - 150316 Hamburg oraz 230316 Wuppertal (ciąg cyfr oznacza datę zaistnienia zjawiska koncertowego).

Koncert hamburski zaczyna się dość specyficznie. Na pierwszym planie słyszymy gwar rozmów, szelest oddechów, bezmiar wyczekiwania na pierwszy dźwięk. Dwa gitarowe drony nadlatują z oddali, są wyjątkowo spokojne i nienatarczywe, w niczym nie przypominają zapachu napalmu o poranku. Trzeba kilkudziesięciu sekund, by strumień ich dźwięków całkowicie pokrył fonię sali koncertowej. Owe dwa, czyste jak łza, drony budują swoją ekspozycję dalece nieśpiesznie, wręcz leniwie, niczym dwa tygrysy wygrzewające się na słońcu. Recenzent ma ochotę zamknąć oczy, odłożyć pióro i płynąć wraz z nimi. W 10 minucie flow narracji zostaje wzbogacony o nowe, bardzo molowe pasma. Jedno z nich brzmi niczym upalona, delikatnie amplifikowana wiolonczela. Opowieść urokliwie narasta, incydentalnie pokrywając jeden ze strumieni gitarowych, budujący swoją pozycję dramaturgiczną nie bez udziału elektroniki, prószem brudu i szczyptą dekonstrukcji. W 13 minucie pojawiają się nowe mikro drony basowe i zdają się wgryzać w wyższe partie fonii. Doświadczamy czegoś na kształt eskalacji – drony łapią powiew noise’owego powietrza, a całość zaczyna przypominać intensywną burzę piaskową. Harsh dub post-ambient superpositions! W takiej oto sytuacji scenicznej pojawiają się dźwięku typowe dla drżących strun akustycznej gitary, które zaskakująco zwinnie gaszą pożar i tłumią narrację. Piękna, 21 minuta koncertu! W tle być może słyszymy nawet akcenty paraperkusjonalne! Oniryczny ambient, pasemka elektroniki, swąd delikatnie przypalonych kabli. Czas na nowy dron – płynie spokojnie, wręcz chill-outowo, zdobiony małymi plamami urywanych fraz uderzania przedmiotem o przedmiot. Recenzent nie może nie docenić walorów akustycznych tego koncertu! Ów narracyjny slow motion pęcznieje, a w 28 minucie nakłada się na niego brudny, pulsujący, nerwowy dron, który klimatem przypomina bardziej dramatyczne momenty serialu Twin Peaks! Wyjście z tej intrygującej wolty stylistycznej odbywa się czystymi, spokojnymi falami gitarowej ornamentyki. Pogłos na strunach, urokliwa mikrobiologia ambientu! 33 minuta przynosi drobną eskalację – jeden dron jest czysty, drugi silnie zabrudzony, z akcentami basowymi i mikro sprzężeniami. Finał grzmi mocą amplifikatorów.

Osiem dni później, inne miejsce, te same instrumenty, ci sami muzycy – na starcie niemal słodkie, urywane frazy kobieco brzmiącej gitary, która topi się w repetycji. Druga gitara złapała już porcję prądu, ale pędzi na scenę z dynamiką żółwia. Kraina ambientowej łagodności kąsa obficie. Po 8 minucie pierwotna gitara rozpływa się w oleiste pasmo dronowe, dzięki czemu obie gitary płyną już w kierunku dramaturgicznej nieskończoności. Po kolejnych czterech minutach obie porcje fonii matowieją i brudzą swoje brzmienie. Ślady krwi i harshu na obu gryfach. Siarczysty flow wpada nam wprost do oczu. Głucha meta przestrzeń kosmosu. 19 minuta, narracja zaczyna nosić znamiona delikatnego uspokojenia, jakby motyw gitarowy z początkowej fazy koncertu niespodziewanie powracał. Jest wszakże wyjątkowo subtelny, niemal romantyczny i ckliwy. Piękno zaniechania, oniryzm bezwarunkowej niemal akustyki. 26 minuta i hamulec jest zaciągany po raz kolejny – muzycy wydają się poszukiwać nowej ścieżki rozwoju dla swojej opowieści. Więcej mroku, tajemniczości, transcendencji. 30 minuta, to niemal dotknięcie jęzora ciszy. Rodzą się nowe drony, na poły relaksacyjne, ale wyjątkowo urocze w odbiorze. Pojawia się akcent perkusjonalny, ale zatopiony w chmurze czerstwego ambientu. Na sam finał drony delikatnie narastają. Ostatnia prosta jest dalece ekscytująca, epicka, bezwymiarowa.




czwartek, 7 marca 2019

Dirk Serries: In Ambient We Trust!


Ostatnimi czasy belgijski gitarzysta Dirk Serries zdaje się koncentrować na muzyce improwizowanej, na rozwijaniu edytorskiej inicjatywy A New Wave Of Jazz, ale … wiele wskazuje na to, iż wciąż ciągnie wilka do lasu!

Jako Vidna Obmana, a potem Fear Falls Burning, stał się klasykiem muzyki określanej, nie bez przyczyny, mianem dark ambient. Najpierw stosując akcesoria elektroniczne, potem zaś gitarę elektryczną, wyniósł te niekończące się pasma płynnych dźwięków do rangi sztuki wyjątkowej. W ubiegłym roku płytą Epitaph, wydaną u progu 50 urodzin, symbolicznie pożegnał się z tą stylistyką.

Nowy rok zdaje się przeczyć tym artystycznym postanowieniom. Oto bowiem na przestrzeni 7 tygodni ukazują się aż cztery tytuły z istotnym udziałem Serriesa, które śmiało umieszczają nasze receptory słuchu w niebywałej otchłani mrocznych dźwięków, pośród kawalkady dronów, które w takim samym stopni nie mają naznaczonego początku, jak i zdefiniowanego końca.

Pierwsza z omawianych dziś płyt miała swoją premierę pod koniec stycznia, druga w lutym, a dwie kolejne oficjalnie staną się historią gatunku już 15 marca! A na połowę kwietnia zapowiadana jest premiera nowej płyty Fear Falls Burning!





Yodok III  ‎This Earth We Walk Upon (Consouling Sounds, CD 2019)‎

O formacji zwanej Yodok III czytelnicy tej strony wiedzą dokładnie wszystko! This Earth We Walk Upon, to ich siódme wydawnictwo, w tym piąte zarejestrowane na koncercie. Na scenie obiektu zwanego Dokkhuset (Trondheim, Norwegia), spowici w mgłę i mrok, pojawiają się: Tomas Järmyr - perkusja, Dirk Serries - gitara elektryczna oraz Kristoffer Lo – tuba i flugabone (przypomnijmy: silnie amplifikowane). Październik 2016 roku i 63 minuty nieprzerywanego czymkolwiek, niesamowitego strumienia dźwiękowego.

Introdukcja prowadzona jest na talerzach i werblu, nie rodzi się w otchłani rozgrzewających się amplifikatorów, jak to ongiś bywało. Pierwsze dźwięki gitary Dirka, bardzo delikatnym zresztą strumieniem, pojawiają się dopiero po upływie 120 sekund, co zdaje się być skutkiem faktu, iż Tomas na moment zamilkł. Muzyka kroczy do nas wyjątkowo małymi krokami, jak zawsze jednak z samego dna ciszy. Po upływie kolejnej minuty, słyszymy dźwięki tuby, ale być może, to tylko drżenie talerzy drummerskich. Muzycy, choć płyną, zdają się stąpać po wyjątkowo cienkiej powłoce lodowej. W 6 minucie, najprawdopodobniej ze strony gitary, dociera do nas nowe pasmo mikrodronowe. Towarzyszą mu dźwięki, które moglibyśmy uznać za preparację talerza. Krok po kroku, repetycja za repetycją, narracja buduje się z mozołem i potem na czole. Tuba definitywnie rodzi się dopiero w 12 minucie i osadza na prawej flance, gdzie pozostanie do końca spektaklu. Mijają kolejne minuty, a narracja wciąż nie wychodzi ze stadium prenatalnego, jest wyjątkowo cicha i spokojna, pomimo dużej aktywności Tomasa. Poczynania jego partnerów delikatnie przybierają na sile dopiero w 20 minucie – na obu flankach zdają się płynąć swoiste meta melodie, przez moment nawet wspólnym strumieniem. Po trzech kolejnym minutach, na tle rozbrzmiewającej ciszą tuby, dociera do nas coś na kształt drobnego spiętrzenia energii, metalicznego zadzioru na gryfie gitary. Tuż obok nierozpoznane do końca źródło dźwięku pulsuje.

W 25 minucie recenzent już chyba śmiało ogłosić może wyjście ze strefy ciszy – Dirk dodaje nowy strumień fonii, dźwięk tuby także gęstnieje i zdaje się wchodzić w dialog z perkusją. W 30 minucie, po skromnym wytłumieniu, ta ostatnia milknie i rozpoczyna się nowa rozmowa na skrzydłach sceny. Ów moment moglibyśmy określić mianem dark folk, tuba brzmi bowiem nad wyraz akustycznie. Po chwili zostaje sama i śpiewa pieśń odkupienia. Dirk zdaje się stać w miejscu, Tomas jedynie opiera się o talerz. Spod niego wyłaniać zaczyna się szczególny rodzaj rytmu, jakby Szwed zwoływał nieobecnych na sabat. Tuba proponuje nową warstwę narracji, gitara czyni to samo – jakby układali stos, plama na plamie. 40 minuta, to kolejny przejaw rosnącej aktywności Dirka – proponuje wciąż nowe partie fonii. Tomas gra rytm, ale nie nadużywa mięśni rąk, Kristoffer cudownie repetuje. Być może właśnie w tej chwili spektakl osiąga swoją foniczną pełnię. Eksplozja urody, mrocznej witalności, moc nowych pąków i strzelistych łodyg. Marsz po wieczne szczęście w tonacji molowej - dark & sad ambient w rozkwicie! 46 minuta i obie flanki zdają się zwiększać moc na wejściu! Definitywnym kierunkiem narracji staje się kulminacja! Tomas i jego perkusja pokazują masywny, rockowy pazur! Do ściany dźwięku Yodok III dociera około 55 minuty. Elementy składowe tejże są następujące: post-rockowy ambient gitary, doom metal perkusji, wreszcie psychodeliczne post-fusion tuby! Trzy strumienie fonii w pełnym rozbłysku! Stopowanie następuje w połowie 60 minuty koncertu. Jest jednak bardzo nieradykalne, wręcz ślamazarne. Gaszenie płomienia toczy się wedle wskazań rytmicznych demonicznej stopy na bębnie basowym. Tuba ciągnie melodię, gitara zatopiona w ambiencie. Gdy stopa milknie, drony na obu skrzydłach wydają z siebie ostatnie westchnienia.




The Void Of Expansion Governed By Decay (Dunk!Records, LP + CD 2019)‎

Jeśli Serries i Järmyr, w trakcie mrocznych i pełnych niepokojących dźwięków, muzycznych podróży, zagubią gdzieś tubistę Lo, nie tracą rezonu i występują jako duet. Także on ma swoją historię, spisaną srebrnymi literami na tych łamach, a zwie się The Void Of Expansion. Przed nami ich trzecie wydawnictwo, niezwykle efektywne edytorsko, albowiem składa się z winyla i płyty kompaktowej. Dwie strony tego pierwszego i jeden trak tego drugiego, dają nam łącznie 68 i pół minuty muzyki, zarejestrowanej w okolicznościach studyjnych, w dobrze nam znanym miejscu – brukselskim studiu Sunny Side, w maju 2017 roku.

Pierwszy dźwięk gitary dociera do nas z prawdziwych głębin amplifikatora, niemal z drugiej strony membran. Pod spodem zdaje się płynąć inny dron, który przypomina meta drumming i brzmi wysokimi dźwiękami. Bynajmniej jego sprawcą nie jest jednak Tomas. Pierwszy bowiem sygnał życia od perkusisty otrzymujemy dopiero po 120 sekundach (i są to drżące talerze). Jego ruchy zdają się być bardzo plastyczne, a struktura narracji od startu gęsta, ale stosunkowo delikatna. Mniej więcej w 7 minucie flow duetowej ekspozycji osiąga już poziom głośności, który pozwala nam uznać introdukcję za zakończoną (przy okazji, omawiany przed momentem koncert Yodoka, potrzebował na ów proces niemal 30 minut). Ekspozycja gitarzysty jest już niezwykle bogata – płynie dołem, górą i samym środkiem! Po 12 minucie perkusista wpada w pierwszą, rockową kipiel, która jakże udanie kontrapunktuje falę posuwistych dronów partnera.  Te zaś zaczynają ciekawie się rozwarstwiać, dzielić na mniejsze jednostki przesyłowe. Pierwsza opowieść tłumi się po ustaniu działań perkusyjnych, gdy drony zdają się odpływać w niebyt. VOE – rodzaj wariacji na temat Yodoka, muzyka bardziej intensywna, gęstsza, nawet czupurna – notuje bystry recenzent.

Poszarpana, delikatnie sprzęgająca się pętla na gryfie gitary wprowadza nas w drugą opowieść. Jak pozytywka puszczona w ruch, będzie z nami do samego końca. Szuka wewnętrznego rytmu i repetuje.  Płynny, brudny i zadziorny flow, z odrobiną noise na brzegach. Tomas wkracza do akcji po 90 sekundach, i to on zaczyna budować narrację tej części, systematycznie dorzucając do ognia. Dirk wypuszcza pasmo czystego ambientu, która niczym mgła, opada na pierwotną pętlę, a dzieje się to w 6 minucie. Nowy dron wisi, trwa niczym wielogodzinne medytacje AMM, potem pęcznieje i szuka zwady. Wsparcie drummerskie, solidne, choć bez fajerwerków. Ilość składowych narracji rośnie, także po stronie aktywności Tomasa. Kierunek – eskalacja! Szczyt muzycy osiągają po 15 minucie. Monumentalna, epicka narracja, która po paru chwilach bezboleśnie przechodzi w stan wygaszania. Talerze samodzielnie wieńczą proces.

Trzecia opowieść wita nas głuchą ciszą, pustym tembrem amplifikatorów. Pierwszy dźwięk przypomina wysoko zawieszony sygnał alarmowy, które niesie wyłącznie złe wieści. Uprzedźmy przebieg wypadków – zostanie on z nami po kres tej historii. W tle rodzi się wyjątkowo skromny drumming. W 4 minucie dron gitarowy, uprzednio zagubiony w przestrzeni kosmicznej, staje się naszym udziałem. Demonicznie kroczy i rozwarstwia się na mniejsze partie fonii. Tomas intensywnie czyści werbel drummerskimi szczoteczkami. Silent ambient as well! Pierwsza burza zaczyna grzmieć w oddali około 13 minuty. Masywny dron zaczyna niepokojąco falować outside & inside. Narracja buduje się wyjątkowo mozolnie, ale cierpliwość i konsekwencja są udziałem obu muzyków. W 20 minucie flow przypomina ciecz, na kilka chwil przed całkowitym zgęstnieniem. Dirk zdaje się tworzyć trzy, a nawet cztery wątki jednocześnie. Tomas krąży wokół własnej osi i dynamizuje przekaz. Muzyka, step by step, osiągać zaczyna stan wrzenia. Eskalacja wyjątkowej urody, pełna noise’owego chaosu sytuacyjnego i metalowego bębnienia. Stopowanie, choć znów dość nagłe, zdaje się być wyjątkowo stylowe. Ostatnie dźwięki, to chrobot werbla i … sygnałówka, która towarzyszy muzykom od pierwszej sekundy tej opowieści.




Scatterwound  M.N (Midira Records, CD 2019)

Na dwa koncerty przenosimy się do dużego obiektu sakralnego w niemieckim Bochum (Christuskirche). Najpierw na scenie pojawia się dwóch gitarzystów. Pierwszym z nich jest Dirk Serries, drugi zaś ukrywa się pod tajemniczym szyldem N. Dociekliwy Pan Redaktor w mig ustala, iż faktycznie nazywa się on Hellmut Neidhardt i po części pełni tu rolę gospodarza. Muzycy przyjmują imię Scatterwound i wyposażeni w znacznych rozmiarów amplifikatory, tudzież stoły mikserskie, zajmą nam dokładnie 37 minut i 57 sekund, by opowiedzieć swoją historię jednym, gęstym strumieniem mrocznych dźwięków. Rzecz dzieje się w lutym 2017 roku.

Szelest ciszy, drżenie murów, krew amplifikatorów – po 90 sekundach po prawej stronie sceny zaczyna łomotać pierwszy z gitarowych dronów. Ten po lewej czyni podobnie, ale z pewnym opóźnieniem. Ten wcześniejszy zdaje się delikatnie smakować syntetyką, jest szorstki w dotyku i zabrudzony, jakby na lekkim przesterze, ten późniejszy - czysty jak łza dziewicy. Oba zjawiska foniczne płyną szerokim strumieniem, falują niczym połać chłodnego oceanu. Narracja jest nieco monotonna, ale intensywna, gęsta, chwilami ocierająca się o noise, zwłaszcza po prawej stronie. Jej flow narasta, ale zmienność w czasie i przestrzeni przyjmuje mikroskopijne rozmiary.

Dopiero w 19 minucie opowieści recenzent ponownie chwyta za pióro. Gitarzysta posadowiony na prawej flance (najprawdopodobniej ów tajemniczy N) delikatnie zdejmuje nogę z gazu. Gitarzysta na lewej flance (najprawdopodobniej Dirk) niemal niezauważalnie wygasza swój puls. Dwie minuty później tenże ostatni muzyk bierze głębszy oddech i rusza w nową podróż. Brudzi swoje brzmienie, wpuszcza do strumienia fonii opiłki post-harsh-electronics. Prawa strona narracji poddaje się odwrotnemu procesowi – czyści brzmienie i snuje typowy, ambientowy flow. Być może wszakże, cała operacja, to jedynie efekt zmiany parametrów na stole mikserskim. Ciąg dalszy opowieści ponownie nabiera cech dużej stabilności i artystycznie uzasadnionej monotonii. Fluktuacja zdarzeń w obu strumieniach gitarowej mocy jest dalece filigranowa, choć przyznać trzeba, że lewa strona wykazuje się większą aktywnością. Z czasem ów proces pogłębia się, a prawa strona zdaje się stać już w miejscu. W efekcie scenę obezwładnia jeden silny strumień fonii, z elementami hałasu, niczym rozlewająca się, gorąca lawa. Dark & black harsh ambient. Od 35 minuty następuje wygaszanie opowieści. Prawa strona tli się niczym pogorzelisko, lewa bezceremonialnie milczy. Po całkowitym wybrzmieniu i chwili zawahania – moc jakże zasłużonych oklasków z drugiej strony sceny.




Thisquietarmy / Dirk Serries / Tom Malmendier  Hell (Midira Records, CD 2019)

Mija kolejnych osiem miesięcy, jesteśmy ponownie w obiekcie sakralnym w Bochum! Serriesowi towarzyszą tym razem: Eric Quach na gitarze (pod artystycznym szyldem Thisquietarmy) oraz Tom Malmendier na perkusji. Ich wersja Piekła potrwa 41 minut i 11 sekund. Będzie, co chyba oczywiste, nieprzerwanym ciągiem dźwięków.

Od pierwszego śladu fonii – perkusyjny puls, drżenie jednej z gitar, plamy z drugiej. Z jednej strony spokój, z drugiej - mgła przed oczyma i mrowienie w kręgosłupie. Filigranowa narracja, budowana przez dwa systematycznie, ale relaksująco narastające drony gitarowe - jeden jakby nieco mosiężny, drugi skromny, jakby nieśmiały. Jeśli ten pierwszy grzmi szorstkim tembrem, to drugi pętli się na gryfie. Flow obu rośnie sukcesywnie, z blaskiem oniryzmu. Perkusista, zatopiony w kreowaniu swojego świata, pełnego improwizowanego blichtru, prawdziwie wyzwolonego drummingu, zwinnie przedziera się przez fonie dronów, zdaje się dyktować tempo, stymulować dynamikę, pchać ów dark ambientowy strumień dźwięków ku niespodziankom, jakie przynieść może sytuacja sceniczna. Gitara Erica topi się w ciągłych zmianach, szuka nowych wątków i jest niecierpliwa. Gitara Dirka stawia na spokój i konsekwencję w działaniu. Każda z nich na swój separatywny styl, a wspólnym dla nich mianownikiem jest budowanie skały na fundamencie perkusyjnym. W 13 minucie perkusista milknie, pozostawiając obu dronom czas na wybrzmienie i rozpoczęcie nowej części opowieści. W chmurze talerzowego rezonansu, post-elektroniczny spleen zdaje się na moment gasić płomień narracji.

Odbiorca nie zaznaje jednak ciszy, albowiem z prawej strony sceny swe życie rozpoczyna nowa opowieść - spokojna, wolnostojąca, pulsująca, ciemna, ale i relaksująca. Na tym tle perkusista rozpoczyna preparować dźwięki elementów składowych swojego zestawu drummerskiego. Piękna, żywa, tryskająca urodą fonia. W tak zwanym międzyczasie do gry wchodzi druga gitara – buduje coś na kształt repetytywnej post-elektroniki. Tak oto, w tyglu kościelnej meta rzeczywistości, doświadczamy trzech strumieni o ponadgatunkowej różnorodności. W 18 minucie wszystkie te wątki zaczynają się pętlić, współgrać ze sobą, akustycznie interferować. Jakże doskonały moment koncertu! Lewa gitara pełna psychodelii, prawa po uszy zatopiona w ambiencie, po środku eksplozja kreacji ze strony perkusji! W 21 minucie Tom dynamizuje opowieść, jego maszyna drummerska zostaje puszczona w ruch. Rytm, tempo i cuda na obu flankach! Po kolejnych trzech minutach perkusja tłumi się dość mocno i wtapia w bezmiar gitarowych dronów. Pozostanie już w tym stanie do końca koncertu, od czasu do czasu, akcentując wyczyny gitarzystów talerzowymi ornamentami lub salwami werblowych mikro eskalacji.

Królestwo ambientu obejmuje bezwarunkowe panowanie na scenie. Choć doświadczamy być może najspokojniejszego fragmentu koncertu, emocje zdają się buzować na scenie. 21 minuta i na tle pulsujących dronów pojawia się gitarowe frazowanie, kind of guitar dark chill-out, co tworzy fantastyczny dysonans estetyczny. Fale ambientu zalewają umocnienia na brzegach. Wszystko wokół zdaje się poddawać temu zjawisku i rezonować. Flow narracji gęstnieje, pęcznieje, rozrasta się niczym pajęczyna. Każdy dźwięk na scenie zdaje się zlewać do jednego strumienia. Ściana dźwięku staje się udziałem wszystkich uczestników spektaklu. Z Nieba do Piekła! Perkusji udaje się incydentalnie przebijać na powierzchnie gęstej skorupy narracji, wychylać głowę ponad powierzchnię oceanu harsh ambientu. Wyciszenie, pulsacja, ambient, cisza. Sekwencja działań toczy się nad wyraz wartko. Oklaski na koniec zdają się brzmieć niemal metafizyczne.


Linki do recenzji ambientowych prac Dirka Serriesa: