Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albert Cirera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albert Cirera. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 czerwca 2026

Albert Cirera & Wade Matthews know How The Rabbit Got Away!


Świetnie pamiętamy, iż kataloński saksofonista Albert Cirera szczególnie dobrze realizuje się w improwizowanych duetach. Jego seria „Chronicles” z poprzedniej dekady do dziś stanowi jedno z najbardziej wartościowych ujawnień free impro, jakie poznaliśmy w epoce post-millenialnej.

Z tym większą radością sięgamy po duet Alberta z elektroakustycznym mistykiem Wade’em Matthewsem. Sześć równie krwistych, jak ulotnych opowieści o metafizycznej kooperacji preparowanych saksofonowych tub i wielogatunkowych plam syntetyki przyprawionej porcją realnej akustyki.

  


Odcięty od dopływu powietrza saksofon sopranowy, osnuty post-ambientową kotarą, wije się po mulistym podłożu niczym wygłodniałe boa. Artyści trzymają nerwy na wodzy, nie eskalują poziomu dźwięku, mają szacunek dla ciszy i swoistego rodzaju kontemplacji. Frazy jednocześnie dygoczą i lewitują, nie przestają wszakże wchodzić w wyłącznie udane interakcje. Dęciak ciężko oddycha, elektroakustyka wydaje się bardziej żwawa, ma tysiące twarzy, ale nie przestaje być filigranowa. Pierwszą, trwającą prawie kwadrans opowieść wieńczy szum oceanu.

Kolejne historie trwają po siedem, osiem minut. Każda ma wyrafinowaną introdukcję, wielowątkowe rozwinięcie i zwinną finalizację, niepozbawioną figur retorycznych. Drugą improwizację otwierają mroczne, syntetyczne plamy, trzecią hydraulika saksofonowej tuby, kolejne zaś połączone siły intrygującej elektroniki i mechaniki maltretowanego instrumentu dętego. W części drugiej szczególnie urokliwa wydaje się faza imitowanego post-percussion, z kolei trzecia przypomina spacer po pogorzelisku. Czwarta opowieść, to zainscenizowana wizyta na oddziale intensywnej terapii, w trakcie migotania przedsionków. W piątej pojawia się dużo akcentów otaczającej przyrody - coś grzmi, woda leje się strumieniami, a taniec sopranu splata się tu z dźwiękami środowiskowej tajemniczości. Finałowa opowieść to rodzaj kołysanki z trupimi czaszkami w roli głównej. Wszystko zgrzyta zębami, w tubie saksofonu bulgoczą nieznane przedmioty, a niektóre frazy przypominają brzmienie wibrafonu. Na niespodziankę możemy tu liczyć do ostatniego dźwięku.

 

Albert Cirera & Wade Matthews How The Rabbit Got Away (Scatter Archive, DL 2026). Albert Cirera – saksofon sopranowy, tenorowy, preparacje oraz Wade Matthews - digital synthesis, field recordings. Nagrane w UnderPool Studio, Barcelona, listopad 2025. Sześć improwizacji, 50 minut.



 

piątek, 5 grudnia 2025

The Barcelona’ fresh four: Jiuweihu! Mammalian Interactive Digressions! Orangina! Smells Funny!


Muzyka improwizowana z Barcelony zawsze posiada stempel wysokiej jakości. Stali Czytelnicy tych łamów wiedzą o tym doskonale przynajmniej od dekady, bo tyle lat stuknie Trybunie już w kolejnym miesiącu.

Zatem bez zbędnej introdukcji przystępujemy do szczegółowej analizy czterech nowości wydawniczych ze stolicy Katalonii. Nie zabraknie okrętu flagowego, czyli Discordian Records, będą też nagrania muzyków świetnie nam znanych, tu akurat edytujących pod innymi sztandarami.

Jak to często bywa w przypadku muzyki z tamtej części świata, czeka nas spory rozstrzał stylistyczny. Zaczniemy kameralnie, ale bardzo dronowo, na dwa niezbyt konwencjonalne smyczki, potem czeka na nas czerstwa, gęsta i hałaśliwa narracja na saksofon, syntezator modularny i rzężącą wysokim prądem gitarę, zaraz po niej pokaźna porcja soczystego jazzu z kompozycjami, a na zakończenie coś na poły skomponowanego, na poły improwizowanego - znane utwory przełożone na pięć dęciaków, perkusję i osnowę elektroniki. Będzie się działo!

 


Vasco Trilla & Àlex Reviriego Jiuweihu (Bandcamp’ self-released, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Vasco Trilla – werbel i talerze oraz Àlex Reviriego – kontrabas. Trzy utwory, 44 minuty.

Tych Panów znamy z miliona płyt, to prawdziwe ikony sceny Barcelony. Być może nie wszyscy pamiętają, iż czasami muzykują także w duecie. To ich drugie ujawnienie, znów nastawione na niezmierzone w czasie i przestrzeni techniki rozszerzone, ponownie bazujące na pewnym koncepcie, innymi słowy improwizacji definitywnie predefiniowanej. Każdy z artystów operuje tu smyczkiem, choć nominalnie jeden pracuje na skromnym zestawie percussion, drugi dzierży w dłoniach wielki kontrabas.

Opowieść na starcie przypomina delikatny powiew porannej bryzy. Powierzchnie płaskie targane smyczkami piszczą, nucąc zapomniane melodie. To medytacja ukonstytuowana cierpliwością i konsekwencją. Ma swoje niemal post-industrialne spiętrzenie, ma krótki moment, gdy kontrabasista minimalistycznie frazuje techniką pizzicato. Rozkołysana opowieść przypomina zagubiony okręt, które niesie w nieznane coraz silniejszy wiatr. W drugiej odsłonie instrumenty silniej rezonują - jeden strumień fonii ryje bruzdy w ziemi, drugi wznosi się ku niebu. Z czasem z mulistego dna wyłania się pokancerowana melodyka i płynie z tajemniczym posmakiem post-baroku. Na starcie trzeciej części smyczek kontrabasu wyje wprost z głębokiej krypty, z kolei talerze rezonują na jeszcze większej wysokości. Dźwięki zdają się teraz kołysać nad wielką przepaścią. Znów ratunkiem wydaje się pokrętna melodia, który nie przypomina jednak śpiewu, to wciąż wielkie cierpienie, ostatecznie skwitowane minimalistycznymi frazami kontrabasisty.

 


Luis Erades/ Andrea Bazzicalupo/ El Pricto Mammalian Interactive Digressions (Discordian Records, DL 2025)

The Golden Apple Studios, Barcelona, październik 2024: Luis Erades – saksofon altowy, Andrea Bazzicalupo – gitara elektryczna oraz El Pricto – syntezator modularny. Trzy improwizacje, 53 minuty.

W przeciwieństwie do duetu powyżej, medytacja, to ostatni epitet, jakim moglibyśmy podsumować nagranie tego tria. Słuchaczy dbających o stan swoich narządów słuchu uspokajamy jednak, iż anonsowana w preambule tekstu intensywna, niekiedy noise’owa improwizacja miewa tu intrygujące chwile ukojenia, wystudzenia, potrafi osiągnąć stadium zaskakującej filigranowości.

W trakcie pierwszej odsłony muzycy stawiają nas pod ścianą i mierzą z broni gładkolufowej – pozatykana tuba saksofonu groźnie rzęzi, gitara zgrzyta zębami i zionie ogniem, a syntezator wbija szpile nie tylko w kręgosłup. Soczyste plastry hałasu poprzedzielane są tu ochłapami ciszy, delikatnie nasączonymi post-psychodelicznymi dywagacjami. Druga improwizacja trwa ponad dwadzieścia minut i zdaje się mieć więcej niż tysiąc twarzy. Subtelna elektronika i post-akustyczne strumienie ambientu otwierają pieczarę, z której wyłania się post-industrialne monstrum. Na etapie rozwinięcia muzycy okazują się jednak intrygująco roztargnieni, skorzy do akcji minimalistycznych, niekiedy brzmią wręcz onirycznie, a ich oddechy pełne są szumiącej elektroniki. Do konsekwentnej walki ze złem powracają w drugiej połowie utworu, a najgroźniejszym zwierzem tego stada okazuje się ostatecznie saksofonista. Trzecia improwizacja zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem jest jeszcze ciekawiej. Mała wojna światów uformowana zostaje w elektroniczny i elektryczny free jazz. Zaraz potem następuje faza dronowa i kilka dźwięków z gitary, które przypominają ... gitarę. Jeszcze tylko faza lewitacji i rozkołysania, a po niej wielki finał z fajerwerkami z dna piekła aż do kopuły topornego nieba. Cisza po wybrzmieniu ostatniego dźwięku wydaje się dość groźna.

 


Albert Cirera & Tres Tambors Orangina (Underpool Records, CD 2025)

Underpool Studio, Barcelona, czerwiec 2025 (?): Albert Cirera – saksofon tenorowy, sopranowy, kompozycje, Marco Mezquida – fortepian, Rhodes, Marko Lohikari – kontrabas oraz Oscar Domènech – perkusja. Dwanaście kompozycja, 54 minuty.

Losy tego artysty śledzimy od kołyski. Znamy wszystkie jego brudne, kompulsywne, free impro eskapady na preparowanym saksofonie tenorowym i sopranowym. Ale pamiętamy także, iż to muzyk zakochany w jazzie, a jego flagowy okręt na tym oceanie zwie się Tres Tambors. Przed nami jego trzecie ujawnienie. Zgrabne, melodyjne, ale ciekawie zmetryzowane tematy, tysiące narracyjnych zdobień i kilka soczystych improwizacji, na ogół w wymiarze kolektywnym. Dla fanów wysokogatunkowego jazzu lektura obowiązkowa!

Po krótkim, dynamicznym otwarciu kwartet zaprasza do krainy jazzowej post-ballady, tkanej na czystym brzmieniu saksofonu sopranowego, równie wyrazistym piano i sekcji rytmu, która szyje łamane metra i sieje intrygę niezależnie od poziomu łagodności zadanego tematu. W piątej odsłonie króluje free jazz (nawet w formule sax & drums), ale puenta jest wystudzona, bardzo kameralna. W siódmej części słyszymy piano Fendera i rozhuśtany saksofon frazujący w dobrym tempie. W kolejnym piękny, improwizowany rozgardiasz, który zostaje skontrapunktowany melodyjnym tematem, ale na koniec utworu tryumfalnie powraca. Z kolei w dziewiątej odsłonie tańczymy w rytmie samby! Po drodze do szczęśliwego finału mamy kilka akcentów kameralnych ze smyczkiem, a także nieśmiałe próby akcji inside piano. Samo zakończenie jest bardzo dynamiczne, bazujące na basowym groove, usiane wyłącznie udanymi interakcjami.

 


Fail Again Ensemble Smells Funny (Discordian Records, DL 2025)

Whole Tone Studio, Barcelona, czerwiec 2025: Mireia Tejero – saksofon altowy, Sergi Rovira – saksofon tenorowy, Lluís Vallès – saksofon barytonowy, Pol Padrós – trąbka, Vicent Pérez – puzon, Jordi Pallarès – perkusja oraz David García – soundpainting. Dziewięć utworów, 32 minuty.

Na koniec krótkiego przeglądu katalońskich nowości dość nietypowy ansambl pod jakże becketowską nazwą. Pięć instrumentów dętych, perkusja, smuga elektroniki, a w repertuarze jazzowe kompozycje, w tym nieśmiertelna Lonely Woman Colemana, klasyk Pink Floyd i utwór Franka Zappy. Muzycy improwizują na etapie zwanym preludium, a potem bawią się samym tematem. Brakuje tu może odrobiny szaleństwa i narracyjnej fantazji, ale sama idea wydaje się godna kontynuacji.

Floydowskie otwarcie obiecuje tu naprawdę wiele – to zmyślnie sprofilowany, dęty wielogłos z dużą dawką nerwowości, podrasowany perkusją, zmiennym tempem i tą szczyptą brawury, jakiej czasami brakuje w dalszej części albumu. Artyści balansują na pograniczu wielu stylistyk, z których jazz, czy nawet free jazz jest tylko jedną z tysięcy możliwości. Nagranie ma swoją artystyczną kulminację na etapie klasyka Colemana. Preludium pełne jest gwałtowności, ciekawych, dętych interakcji, z kolei sama ekspozycja tematu, to niemal pogrzebowa ballada, którą niespodziewanie podrywa do lotu galopująca perkusja. W kolejnym utworze muzycy stepują w punkowym rytmie, a na końcu dzielnie rozprawiają się z tematem Zappy. Wstęp, to dęte dyskusje, najpierw rwanymi frazami, potem głębszymi wydechami. Prezentacja tematu przypomina podlewany dużą ilością szampana 2-stepowy wodewil z masą rzewnych melodii.




piątek, 7 listopada 2025

Discordian Records’ fresh outfit: Live At Penhasco! Rituals Of Modern Decadence! The Advantages Of Extremism!


Dawno nie zaglądaliśmy na bandcampową stronę słynnego barcelońskiego Discordian Records! Definitywnie warto było ponownie wkroczyć do tego uroczego, jakże diabelskiego świata!

Rok bieżący przyniósł dotychczas sześć premier labelu kierowanego przez El Pricto. O jednej pisaliśmy u progu roku, teraz pochylimy się nad trzema, a te dwie ostatnie zostawiamy na jeszcze lepszą okazję.

Przed nami trzy tria z udziałem saksofonów, w tym aż dwukrotnie z naszym ulubionym katalońskim dmuchaczem Albertem Cirerą. Każdorazowo czeka nas porcja soczystej, swobodnej improwizacji, na ogół gęstej od wydarzeń fonicznych, nasączonej dużą ilością prądu i innych tajemniczych elektryczności.

So, welcome to Discordian Home!

 


Dissection Room Live At Penhasco (Discordian Records, DL 2025)

Penhasco, Portugalia, wrzesień 2024: Albert Cirera – saksofon sopranowy i tenorowy, obiekty, Abdul Moimême – gitara elektryczna, obiekty oraz Álvaro Rosso – kontrabas. Jedna improwizacja, 35 minut.

Trio Dissection Room debiutowało fonograficznie kilka lat temu w zacnym portugalskim Creative Sources. Teraz powraca w edycji koncertowej, zarejestrowanej także w tamtejszej części Iberian Peninsula. Jednotrakowy występ przynosi dużo intrygujących, zmiennych w czasie wydarzeń. To kolejna, jakże udana konfrontacja preparowanego saksofonu, gitary elektrycznej o niepowtarzalnym brzmieniu i kontrabasu, który lubi bazować na smyczkowej, nisko osadzonej dramaturgii.

Muzycy na wstępie koncertu formują wspólny, wielowarstwowy dron szorstko brzmiącego saksofonu, gitary, która zdaje się konsumować także zgiełk miasta i wystudzonego smyczka na gryfie kontrabasu. Ta inicjacja przypomina bóle porodowe – bywają gwałtowne, natarczywe, rwane, szarpane, ale też ulotne, migotliwe, rzewne, aż śpiewne. Gitara chętnie sięga po atrybuty post-industral, saksofon broczy w gęstym mule, z kolei kontrabas staje w pozycji chamber. Po upływie kwadransa owe strumienie muzycznej lawy zlewają się w jedno gęste koryto, ale już po kilku minutach opowieść staje się niemal solowym performansem smyczka, któremu towarzyszy jedynie echo poprzedniej eskalacji. Narracja zmienia się teraz z minuty na minutę. Bywa, że przypomina post-jazzowe rozhuśtanie, bywa porcją kameralnych dywagacji z szelestem drobnych preparacji. Po dwudziestej piątej minucie nabiera mrocznych barw, które doposażone są pożegnalnymi melodiami dętymi, ale także dużą nerwowością instrumentów strunowych. Ostatnia prosta niespodziewanie sięga po insygnia free jazzu.

 


Trashed Middle Aged Junksters Rituals Of Modern Decadence (Discordian Records, DL 2025)

Underpool, Barcelona, wrzesień 2024: Albert Cirera – saksofon sopranowy i tenorowy, El Pricto – syntezator modularny oraz Alexis Perepelycia – perkusja, elektroakustyka. Pięć improwizacji, 45 minut.

Przenosimy się do pięknej Barcelony. Tym razem Cirera, znów krwiożerczo preparujący swoje saksofony, spotyka diskordianskiego mistrza El Pricto na syntezatorze modularnym i argentyńskiego drummera o pięknie brzmiącym nazwisku Perepelycia. Nagranie jest gęste niczym guma arabska, nie ma w nim chwili przestoju, trzyma nas w ryzach dramaturgii niczym wąż boa swoją kolejną ofiarę.

Na starcie atakuje nas szorstki, mroczny ambient, drżący, niekiedy migotliwy strumień fonii okraszony jękami z zapchanej tuby saksofonu. Całość przypomina kompulsywny dygot kurzu i brudu. Opowieść ma jednak dynamikę dzięki świetnym, kontrapunktowym akcjom perkusji. Druga część przypomina nerwową balladę szytą drobnymi, rwanymi frazami. Tuba krzyczy, talerze rezonuje, a modularny wydaje się filigranowy, lekki, jakby post-syntetyczny. Kolejne dwie odsłony płyty pokazują dwa oblicza tego tria. Pierwsze jest dynamiczne, ostre, kanciaste, drugie równie nerwowe, skonfudowane, ale lejące się przez ręce niczym pijana nastolatka. Muzycy charczą tu jak stado gruźlików i nie są w stanie zrobić dwóch kroków po kolei. Ostatnia improwizacja trwa prawie siedemnaście minut i to ewidentnie crème de la crème tego szalonego albumu facetów w średnim wieku. Od brudnego, oblepionego czarną mazią free jazzu, przez post-industrialne, mroczne interludia, po końcową flautę saksofonu i modularnego, utrzymywaną przy życiu aktywnym post-drummingiem.

 


Luis Erades/ Yeonathan Shachar/ Juan Pablo Egúsquiza The Advantages Of Extremism (Discordian Records, DL 2025)

Underpool, Barcelona, październik 2024: Luis Erades – saksofon altowy, tenorowy i barytonowy, Yeonathan Shachar – gitara elektryczna oraz Juan Pablo Egúsquiza – kontrabas. Siedem improwizacji, 49 minut.

Pozostajemy w tym samym studiu nagraniowym Barcelony. Skład instrumentalny zbliżony jest do pierwszej z dziś omawianych rejestracji. Estetyka bardzo różnorodna, od kąśliwych strzępów free jazzu, przez szorstki, ale melodyjny post-chamber, po intrygujące eksperymenty, nie bez plam gitarowej psychodelii. Album jest odrobinę nierówny, ale być może dzięki temu jego najlepsze fragmenty definitywnie pozostaną w naszej pamięci.

Pierwsze dwie rozbudowane improwizacje pokazują wyjątkowo szerokie spektrum możliwości brzmieniowych i dramaturgicznych tego tria. Gdy artyści stawiają na moc i determinację, efekt bywa smakowity, gdy szukają oddechu i post-jazzowych grepsów narracja przysiada jak kura na grzędzie. Zdaje się, że ciekawiej bywa tu w najkrótszych, kilkuminutowych epizodach, odpowiednio trzecim i czwartym. Najpierw to dreptający w miejscu, gęsty dron, upstrzony śladami gitarowej psychodelii, potem rodzaj free jazzowej, szorstkiej ballady, która rozbłyska jak piorun na ciemnym niebie. Zaraz po niej trio osiąga lewitujące tempo, a flow zdobi kameralny smutek, szczypta melodii i nie jedyny na tym albumie pokaz wyrafinowanych, saksofonowych preparacji. Album definitywnie największą jakość uzyskuje w finałowej improwizacji. Saksofon charczy teraz jak młot pneumatyczny, a smyczek kontrabasu i gitara frazują wyjątkowo nisko zrywając wielkie płaty mięsa z podłogi. Całość pulsuje złem, lepi się w masywny dron z tajemniczą, elektroakustyczną poświatą.

 

 

 

wtorek, 4 marca 2025

Duot in Haiku!


Haiku to miniatura poetycka, której początki sięgają daleko w przeszłość i raczej umykają naszej klasyfikującej dociekliwości. Nie będzie też żadną przesadą stwierdzenie, iż haiku są jedną z najdrobniejszych form poetyckich w całej literaturze światowej. *)

Kataloński Duot ubarwia świat muzyki improwizowanej od prawie dwóch dekad. Każde jego dotychczasowe ujawienie artystyczne zostało na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej podsumowane, mimo, iż ta ostatnia jest o dekadę młodsza. Niedalekie od prawdy jest także stwierdzenie, że wszystkie inne nagrania perkusisty Ramona Pratsa i saksofonisty Alberta Cirery znalazły tu swoje werbalne odzwierciedlenie. Aby się o tym przekonać wystarczy sięgnąć po posty otagowane imieniem i nazwiskiem perkusisty (23 przypadki) lub saksofonisty (51 przypadków). Zatem w gronie definitywnie najbliższych przyjaciół zapraszamy na odsłuch/ odczyt najnowszego dziecięcia Duot, które zwie się Haiku, a które w zgrabnych 35 minutach jednej opowieści mieści kilka innych, mniejszych form.



 

Licznik odtwarzacza ustawiony na 0:00 inicjuje dron saksofonu, którego pierwsze, postrzępione frazy dochodzą z zakleszczonej tuby. Perkusja zaczyna swoje życie na talerzach, gdy licznik wskazuje 1:10. Nerwowa rozbiegówka pełna jest bolesnych dźwięków, przypomina rozszarpywanie ledwie zabliźnionych ran. W momencie 3:15 pojawiają się pierwsze, skrupulatnie powtarzane melodie, które nabierają intensywności, niesione free jazzowym drummingiem. Jazzowy step jest kontynuowany dynamiką Pratsa, szczególnie po chwili oznaczonej jako 5:15. Pierwsze wystudzenie syci się powietrzem uwalnianym z tuby i szmerem perkusjonalii, a jego start przypada na moment 8:30. Stan dobrze zaprogramowanej medytacji trwa tu aż do 11:15, po czym przechodzi w stadium rezonujących melodii. Wszystko nabiera pogłosu, niemalże śpiewa, osiągając szczyt lokalnego piękna w okolicach 15:15, a szemrzące zakończenie w chwili 16:45.

Tymczasem saksofon i cały perkusjonalny arsenał drżą i szeleszczą, a po wybiciu 17:30 przechodzą w stadium bardziej intensywne. Strzępy fonii wchodzą teraz w zwarcia, kompulsywne zgrzytają, a całość nabiera zaskakująco imitacyjnego charakteru. Narracyjnym komentarzem okazuje się swingujący post-jazz, gdy wyłania się z toku narracji w momencie 20:55. Muzycy łapią wiatr w żagle i z radością oddają się intensywnym podskokom. Kocie ruchy Ramona i taneczny ścieg Alberta szyją urokliwą opowieść, która po 25:30 wpada w rezonująca melodykę znaną już z wielu momentów tego filigranowego Haiku. Albert dzierży teraz w dłoniach sopran, a jego oddech wpada w tryb cyrkulacyjny. Ramon delikatnie ociąga się z interakcją, ale gdy już uderza w dzwon, akcja nabiera krótkotrwałej intensywności. W chwili oznaczonej jako 28:45 całość, budowana posuwistymi pociągnięciami pędzlem, ucieka w gęstniejący mrok. Muzycy celebrują teraz niemal każdą frazę, a w chwili 31:55 zdają się inicjować nowy, być może końcowy wątek. Small drumming wynosi ku górze drobne odgłosy z tuby i nadaje im delikatną, rozhuśtaną rytmikę. Ostatnie kilka chwil życia Haiku nabiera niemal post-industrialnej mocy. Tuba rży jak klacz, z kolei perkusja zwalnia aż do osiągnięcia stanu nieważkości. Licznik zeruje się tuż po momencie oznaczonym jako 34:56.

 

Duot: Ramon Prats & Albert Cirera Haiku (Self-released, CD 2025). Ramon Prats – perkusja oraz Albert Cirera – saksofony. Nagrane w Teatre de Ca l’Eril, Guissona, Katalonia, marzec 2024. Jeden utwór, 35 minut.

*) za: https://gazeta.us.edu.pl/node/242241



wtorek, 17 grudnia 2024

Discordian Records strikes again: Ingel Rild! Cirera, Caicedo, Garrabella & Ponsa!


Kataloński Discordian Records dostarczył w tym roku osiem smakowitych albumów, z których przynajmniej trzy wylądują na naszym rocznym podsumowaniu i staną się jednymi z 50 powodów, dla których ów szalony okres w dziejach wszechświata warto będzie zapamiętać. Jeśli przypomnimy sobie kilka innych wyśmienitych płyt wydanych tego roku w Barcelonie i okolicach, a opublikowanych w innych wydawnictwach, teza o wyjątkowości muzyki improwizowanej, jaka powstaje na tamtych ziemiach, tradycyjnie nie będzie podlegać dyskusji.

Dziś sięgamy po dwie ostatnie nowości DR. A na nich same znajome nazwiska, równie znajome instrumentarium, tudzież brzmieniowe koincydencje, a jednak – oba albumy definitywnie polecamy Waszej wnikliwej analizie słuchowej – znów dacie się zaskoczyć! Nie może być inaczej, wszak Barcelona makes the world go round!



 

Ingel Rild Extreme Entity Workout (DL, 2024)

Don Malfon – preparowany saksofon barytonowy i altowy oraz El Pricto – syntezator modularny. The Golden Apple, Barcelona, maj 2023. Dziesięć utworów, 38 minut.

Malfon i Pricto nagrali razem mnóstwo płyt, ale jako duet debiutują. Na studyjne spotkanie w Złotym Jabłku przygotowali trzy koncepcje improwizacji (obleczone w zwarte tekstury), każdej z nich nadając tytuł. Wątek pierwszy, pełen pięknych, noise’owych rzygowin, ma tu aż pięć odsłon, dwa kolejne wątki, silniej skoncentrowane na brzmieniu, rezonansie i budowaniu mrocznego klimatu, odpowiednio trzy i dwie odsłony. Zmyślnie uformowane opowieści trwają od trzech do sześciu minut i, jak to bywa w przypadku wybitnych artystów, nie zawierają jednego zbędnego dźwięku. A nazwa duetu, to anagram Dillingera (po dodatkowy background ideologiczny, oczywiście w pełni diskordiański, zapraszamy do bandcampowego credits).

Rzeczony pierwszy wątek, to kolejne na albumie utwory nieparzyste (z wyjątkiem dziewiątki, za który wskakuje dziesiątka). Są najbardziej zwartymi, dosadnymi emocjonalnie epizodami. Syntezator zgrzyta zębami, kąsa niczym żmija, rozsiewa zło z miną aniołka, z kolei zatubowany saksofon drży, rzęzi, smaga biczem niczym cyrkowy wodzirej. Szorstkie, ostre, ale często imitacyjne frazy są solą tych mikro eksplozji. Baryton potrafi tu szybować, flow syntezatora bywa gęsty niczym napalm o poranku. Zdaje się, że każda fraza, to kolejna wariacja pracy młota pneumatycznego lub świdra górniczego. Jednak wiele z tych opowieści wydaje się całkiem zwiewnych, a poziom hałasu nie zawsze bywa ekstremalny. Wątek drugi moglibyśmy śmiało określić mianem post-industrialnych impresji. Dużo w nich rezonansu, pisku nieszczelnego układu wentylacyjnego, rozsianych po szerokim spektrum narracji akustycznych i syntetycznych plam. Pytania o potencjalne źródło danego dźwięku towarzyszą nam tutaj nieustannie. Wątek trzeci, to narracje, którym najbliżej do gęstego, siarczystego dark ambientu. Leniwe dźwięki lepione z mułu i gliny, długie pociągnięcia pędzlem, czasami zastygle plamy. W każdej z opowieści wątku drugiego i trzeciego, wraz z rozwojem sytuacji dramaturgicznej, muzycy zagęszczają opowieść i czasami tylko krok dzieli ich od poziomu hałasu, jaki dostarczają utwory wątku pierwszego. Album reasumuje piąty wyziew elektroakustycznego krzyku – blasty zmutowanego saksofonu i post-perkusjonalny dygot syntezatora skutecznie rozstawiają nas po kątach. Tak, to nagranie może z nami zostać na dłużej.



 

Albert Cirera/Diego Caicedo/Javi Garrabella/Enric Ponsa Nocturna Discordia #269 (DL, 2024)

Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny oraz Enric Ponsa – perkusja. Soda Acústic, Barcelona, listopad 2021. Trzy improwizacje, 42 minuty.

Mięsisty, permanentnie preparowany saksofon i prawdziwie elektryczne, gitarowo-perkusyjne uzupełnienie do kwartetu, to narzędzia pracy muzyków, który trzy lata temu zwarli szyki w ramach tradycyjnego, cotygodniowego improwizowania w Soda Acústic. Dwie pierwsze opowieści trwają po mniej więcej dziesięć minut. Ta trzecia, jak nietrudno policzyć ponad dwudziestominutowa, to esencja koncertu – wielobarwna, emocjonalna, wypełniona po brzegi naszymi ulubionymi, typowo barcelońskimi fake sounds.

Pierwsza improwizacja ma dwie fazy. Początkowo przypomina trzeszczący post-jazz, szyty preparowaną tubą saksofonu tenorowego, zgrzytającą gitarą i sekcja rytmu, która połyka kilometry w rozważnym marszu. Wokół muzyków systematycznie narasta chmura podprogowej psychodelii. Mniej więcej w połowie utworu kwartet schodzi do podziemia. Syntetyczny szum z basówki, rezonująca tuba, gitarowe plamy i punktowy post-drumming budują klimat mrocznego niedopowiedzenia. Druga improwizacja ma podobną strukturę, lepi się z preparowanych fraz dęciaka i gitary, przenoszonych do kolejnych etapów narracyjnego wtajemniczenia twardo brzmiącymi akcjami basu i perkusji. Faza wytłumienia syci się tu nade wszystko gitarowym pogłosem, a próba powrotu do wzmożonej ekspresji zostaje tym razem zwieńczona powodzeniem.

Trzecia, kluczowa dla dramaturgii dzieła narracja pleciona jest w fazie startu z drobnych, na ogół zniekształcanych fraz. Mroczna aura sprzyja rozbudzaniu kreatywności, a każdy z muzyków dokłada adekwatne trzy grosze. Improwizacja mieni się plejadą dźwięków, których źródła pochodzenia nie jesteśmy w stanie wskazać, a idea fałszywych fonii świeci tryumfy. Po ósmej minucie opowieść na pewien czas staje się duetem saksofonu i perkusji, a nowe szaty przyobleka po kilku kolejnych minutach, tym razem za sprawą post-metalowo brzmiącej gitary. Na etapie rozbłysku narracja zyskuje nowe barwy dzięki saksofonowi sopranowemu, a łamany rytm basu i perkusji intrygująco zapętla i tak już gęstą sieć dźwiękowych interakcji. Zwieńczenie koncertu jest stylowe, skrupulatnie budowane wstecznym odliczaniem aż po ostatnią frazę.




 

piątek, 9 lutego 2024

Albert Cirera & Florian Stoffner like to Mow!


Kataloński saksofonista i szwajcarski gitarzysta mają ze sobą wiele wspólnego. Często razem grywają, posiadają w dorobku już drugą, wspólną płytę, byli niejednokrotnie gośćmi pewnych spontanicznych incydentów koncertowych w zachodniej Polsce. No i kwestia fundamentalna – obaj to doprawdy fenomenalni improwizatorzy, prawdziwi emancypatorzy swoich instrumentów i technik, dla których określenie rozszerzone nie znaczy już nic. Oni zdają się być o kilometry świetlne przed resztą świata.

Tym razem artystów spotykamy w … jazzowym klubie w rodzinnym dla gitarzysty Zurychu. Grają bystry koncert, którego czas trwania nie jest nam do końca znany. Na albumie (póki co, tylko cyfrowym) decydują się zamieścić ledwie dwa niepełne kwadranse niezwykłych, jakże w tym wypadku intensywnych dźwięków. Skupmy się zatem nad każdą sekundą tego koncertu.




Pierwsza improwizacja trwa kilkanaście minut i wypełnia niemal połowę zawartości albumu. Rodzi się w chmurze wyjątkowo gęstej akustyki. Saksofon jęczy post-dźwiękiem, ale słyszymy też jak pracują wszystkie jego elementy składowe. Klastery trzeszczą z wysiłku, dysze obijają się jedna o drugą. Struny gitary zdają się pozostawać w pętli nieskończoności, której nie ma kto związać końca z końcem. Metabolika złowrogich powtórzeń i modlitw do nieistniejącego boga. Muzycy generują drobne, ale mięsiste porcje fonii, które pozostają w stanie permanentnego zwarcia, jak bokserzy, którzy zupełnie opadli już z sił, ale będą stać na straży tego dysharmonijnego ładu do końca. Swojego lub tego drugiego. Bywa, że ta mosiężna, piskliwa i gęsta ropa narracji balansuje na linie, chybocze się na zbyt silnym wietrze. Muzycy, jak spirale zegara nakręcają się wzajemnie i syczą, jak samokąsające się węże. Gitara wpada w chmurę rezonansu, tuba saksofonu wydaje się być zapchana trocinami. Improwizacja formuje się w drony. Raz wydaje się, że dźwięki są lekkie, oniryczne, niemal śpiewające, innym razem ciężkie, ołowiane, z betonu i stali. A każdy oddech muzyków może być tym ostatnim.

Druga opowieść nie trwa nawet trzech minut, sprawia wrażenie ekstraktu z czegoś wielkiego, masywnego, nieskończonego. Buzuje post-industrialnym smrodem, mechaniką przeciąganych lin i dewastowanych trafostacji. Dysze i struny lepią się do siebie, generując melodyjne plwociny, a ich akustyka zdaje się być sycona jakimś nieistniejącym prądem. Trzecia część, ponad siedmiominutowa, daje szczyptę nadziei na bardziej zrównoważony oddech. Tuba saksofonu wydaje się być wypełniona dość wilgotnym powietrzem. Gitara rzeźbi niebo mikroflażoletami. Echo post-melodyjnego śpiewu, dron szeleszczących boleści. W tej gęstej chmurze stygnącej lawy saksofonista szuka jazzowych fraz, ale swój szaleńczy pomysł szybko porzuca. Gitarzysta przez dłuższą chwilę pozostaje w martwym tańcu. Wszystko wydaje się teraz drżeć z wysiłku nic nierobienia. Wokół muzyków pojawia się intrygująca post-cisza, pełna mrocznych wyziewów. Tymczasem gitara zastyga w ambiencie. Ostatnia partytura improwizacji, prawie czterominutowa, to najpierw prężenie muskułów, potem syk wypuszczanego powietrza. Najpierw kompulsywny marsz ciało w ciało na niechybną śmierć dźwięku. Potem drobne okrzyki, czerstwe westchnienia, sekcja zwłok. Życie po życiu wielkiej improwizacji.  

 

Albert Cirera & Florian Stoffner Mow (Sirulita Records, DL 2024). Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Florian Stoffner – gitara. Nagrane w Misterioso Jazz Club, Zurych, Szwajcaria. Cztery improwizacje, 27 minut.



piątek, 26 stycznia 2024

Cirera & Prats! Duot with Strings!


Kataloński Duot, muzyczne dziecię saksofonisty Alberta Cirery i perkusisty Ramona Pratsa, żyje pełnią artystycznego życia już kilkanaście lat. W dorobku kilka wyśmienitych albumów, niezapomniany koncert na jednym z lokalnych, spontanicznych festiwali i tysiące wspólnych koncertów, także w wersjach poszerzonych (choćby z Andy Moorem).

Dokładnie dwa lata temu, w świetnie nam znanym obiekcie sakralnym w portugalskim Caldas Da Rainha, Katalończycy zagrali wspólny koncert z lizbońskim kwartetem smyczkowym ZARM (w składzie po części urugwajsko-niemieckim). Koncert okazał się być wspaniałym, zatem nic dziwnego, że trafia do nas obecnie w wersji płytowej. A że wydawcą jest polski label, to równie mało zaskakujące. Zatem z dygoczącym sercem i radością przemożną zaglądamy do środka strunowego albumu Duot!




Początek koncertu jest równie kameralny, jak mroczny. Strunowe drony, szmery z tuby saksofonu i deep drums płyną gęstą, leniwą struga aż do momentu, gdy pisk sopranu nie wskaże drogi do pierwszej eskalacji. Posmak free jazzu zostaje jednak efektownie stłumiony nad wyraz kolektywnym pociągnięciem za spust. Druga historia powstaje pod dyktando perkusji, której flow urokliwie kontrapunktowany jest przez kwartet smyczkowy. Sam dęciak wchodzi do gry dopiero po trzech minutach, niejako bocznymi drzwiami. Tymczasem improwizacja sięga ciszy i przez moment daje się nieść kontrabasowym preparacjom. Kilka urokliwie koślawych fraz dokłada też saksofon, po czym narracja, niesiona głównie ekspresją strings, sięga po post-barokową kodę. W trzeciej części preparacyjna aktywność sekstetu nadal daje się we znaki. Narracja dość szybko łapie bakcyla free jazzu i płynie swobodnym strumieniem, w którym najdelikatniejszym elementem okazuje się niepodziewanie saksofon sopranowy. Nie sposób nie odnotować w tej fazie koncertu niebywałych emocji po stronie perkusisty.

Czwarta improwizacja syci się rezonującymi dźwiękami, generowanymi nie tylko przez perkusyjne talerze. Post-kameralna zagrywka dostaje tu skrzydeł dzięki aktywności perkusji (a jakże!), z kolei gaśnie za sprawą saksofonowego dronu. Piąta opowieść trwa najdłużej i niesie ze sobą moc fonicznych i dramaturgicznych atrakcji. Zaczynają strunowce, potem wchodzą nisko posadowione drums, wreszcie niesione emocjami, rozśpiewane skrzypce. Tymczasem saksofonista skupia się na brudnych, gęstych wydechach. Free jazzowe życie znów daje improwizacji drummer. Narracja przygasa na moment za sprawą smutnych melodii strunowych, ale po chwili znów eksploduje. I jeszcze schodzi w mroczną strefę free chamber. Czegóż można chcieć więcej? Nerwowa końcówka płynie wieloma strumieniami – strunowymi dronami, śpiewającymi talerzami i cyrkulacyjnym sopranem. Cóż za emocje! Z kolei koncertowa koda lepi się drżących, wystudiowanych fraz, ale także nabiera wigoru w chwili, gdy perkusista włącza tryb dynamiczny. Finał skrzy się od kolejnych emocji i natrafia na absolutnie zasłużone oklaski.

 

Duot & ZARM Ensemble Duot with Strings (Fundacja, Słuchaj!, CD 2023). Duot: Albert Cirera – saksofony oraz Ramon Prats – perkusja oraz ZARM Ensemble: Carlos “Zingaro” – skrzypce, David Alves – skrzypce, Ulrich Mitzlaff – wiolonczela oraz Alvaro Rosso – kontrabas. Nagrane w Igreja do Espírito Santo, Caldas Da Rainha, grudzień 2021. Sześć improwizacji, 41 minut.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl, ale ... wiele wskazuje na to, iż nie została jeszcze opublikowana 



niedziela, 31 grudnia 2023

50 Reasons to Remember the Year 2023! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2023!


Albums are presented in alphabetic order! Please notice that picture below doesn’t feature all honoured recordings!

Albumy prezentowane są w kolejności alfabetycznej! Proszę zauważyć, iż zdjęcie poniżej nie przedstawia wszystkich wyróżnionych nagrań! 

 


Adam Go​ł​ę​biewski & Witold Oleszak Unisex

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/05/adam-goebiewski-witold-oleszak-in-unisex.html

Alex Ward Item 4 Furthered

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/02/alex-ward-item-4-furthered.html

AMM Last Calls

(not reviewed yet)

Barry Guy Blue Shroud Band all this this here

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/11/barry-guy-blue-shroud-band-and-all-this.html

Colin Webster and Andrew Lisle Live at 2nd Spontaneous Music Festival, 2018, Spontaneous Live Series D04

(not reviewed yet)

Colin Webster Large Ensemble First Meeting

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/07/colin-webster-large-ensemble-and-first.html

Colin Webster & Daniel Thompson However, Forward!

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/12/raw-tonk-vol-67-68-colin-webster-in-two.html

Don Malfon & Agustí Fernández Breath

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/11/sirulita-records-new-bodies-fernandez.html

Duot & ZARM Ensemble (Cirera/Prats/Zingaro/Alves/Mitzlaff/Rosso) Duot with Strings

(not reviewed yet)

Ericson/ Klapper/ Fite How Could This Not Be Justice?

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/11/ericson-klapper-fite-ask-how-could-this.html

Evan Parker NYC 1978

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/10/the-relative-pitch-records-fresh-outfit.html

Evan Parker & Barry Guy So It Goes​.​.​.

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/12/so-it-goes-like-classical-evan-parker.html

Felice Furioso/ Jorge Nuno/ Felipe Zenicola Sameer

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/04/the-phonogram-unit-sameer-linae-spos.html

Florian Stoffner/ John Butcher/ Chris Corsano Braids

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/11/florian-stoffner-john-butcher-chris.html

Giovanni di Domenico, Gonçalo Almeida, Balázs Pándi & Giotis Damianidis Pray For Your Prey

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/08/pray-for-your-prey-by-di-domenico.html

Gonçalo Almeida Ciclos

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/06/goncalo-almeida-and-his-ciclos.html

Gonçalo Almeida, Diego Caicedo and Witold Oleszak Live at Improvised Three-Days, 2019, Spontaneous Live Series D03

(not reviewed yet)

Guilherme Rodrigues, Ernesto Rodrigues, Nuno Torres, Michał Giżycki & Witold Oleszak Live at SLS

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/11/torf-records-fresh-outfit-rrtgc-en.html

Guilherme Rodrigues/ Jorge Nuno/ Hernâni Faustino/ Felice Furioso Lusco-fusco

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/07/rodrigues-nuno-faustino-furioso-lusco.html

Gush 30

(not reviewed yet)

Ivann Cruz & Peter Orins Des pieds et des mains

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/03/a-new-circum-disc-outfit-kaze-and-peter.html

Isysxae Living Systems Decay - Live in Poland

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/12/barcelona-makes-world-go-around-isysxae.html

John Butcher/ Dominic Lash/ Emil Karlsen Here and How

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/08/butcher-lash-karlsen-definitely-here.html

John Butcher/ Marjolaine Charbin/ Ute Kanngiesser/ Eddie Prevost The Art Of Noticing

(not reviewed yet)

John Butcher/ Thomas Lehn/ John Tilbury Lights

(not reviewed yet)

John Edwards, Andrew Lisle, Dirk Serries & Colin Webster Out Of Nowhere

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/02/john-edwards-andrew-lisle-dirk-serries.html

King Übü Örchestrü Roi

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/05/king-ubu-orchestru-roi.html

Kodian Plus Disengage

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/03/kodian-plus-disengage.html

Low Vertigo Live at Improvised-Three Days, 2019, Spontaneous Live Series D01

(not reviewed yet)

Mark Sanders, Chris Mapp & Andrew Woodhead CollapseUncollapse: Time In Images

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/08/mark-sanders-collapseuncollapse-time-in.html

Mein Freund der Baum: Mahall/ Stoffner/ Lovens Live At 2nd Spontaneous Music Festival, 2018, Spontaneous Live Series D02

(not reviewed yet)

Motusneu Ospedale

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/12/motusneu-ospedale.html

Müller/ Doskocz/ Gordoa Aural Accidentals

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/05/muller-doskocz-gordoa-in-aural.html

Phicus Live at 6th Spontaneous Music Festival, Spontaneous Live Series 013

(not reviewed yet)

Phicus Ni

(not reviewed yet)

Polwechsel Embrace

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/11/polwechsel-in-jubilee-embrace.html

Reinhold Friedl & Kasper T. Toeplitz La fin des terres

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/12/reinhold-friedl-kasper-t-toeplitz-to.html

Rupp, Kneer & Fischerlehner Puna

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/12/puna-der-zweite-streich-two-shots-from.html

Scatterwound TL (Trilogy Live)

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/05/the-trilogy-live-by-scatterwound.html

Sjöström/ Hirt/ Wachsmann/ Lytton Especially For You

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/09/sjostrom-hirt-wachsmann-and-lytton.html

Škvíry & Spoje Hotel Spojár

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/09/circum-disc-new-outfit-skviry-spoje.html

Speicher/ Zoepf/ Keune/ Morgan The Law Of William Boney Saxophone Quartet 1993-2007

(not reviewed yet)

Timothée Quost with Àlex Reviriego, Zofia Ilnicka, Ben Whitehill and Laure Boer Live at 6th Spontaneous Music Festival, Spontaneous Live Series 012

(not reviewed yet)

Tom Jackson, Neil Metcalfe, Benedict Taylor & Daniel Thompson Hunt At The Brook with Neil Metcalfe

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/11/a-new-wave-of-jazz-fresh-outfit-hunt-at.html

Tony Buck Environmental Studies

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/12/tony-buck-environmental-studies.html

Trapeze Level Crossing

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/09/circum-disc-new-outfit-skviry-spoje.html

Trinity Live at Rock Palace

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/07/trinity-live-at-rock-palace.html

Various Artists Live at Plus-Etage. Volume 1

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/08/a-new-wave-of-jazz-plusetage-triple.html

Vasco Trilla & Ra Kalam Bob Moses Singing Icons

Vasco Trilla A Constellation of Anomaly

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/07/vasco-trilla-duos-with-mars-williams.html



 

wtorek, 1 sierpnia 2023

Cirera, Brice & Field as The Acrylic Rib! As far as November!


Katalońskiego saksofonistę Alberta Cirerę, brytyjskiego kontrabasistę Olie Brice’a i szwajcarskiego perkusistę Nicholasa Fielda spotykamy w okolicznościach koncertowych szwajcarskiej Genewy. Panowie fundują nam pełnowymiarowy, free jazzowy spektakl, który zarejestrowany został w trakcie dwóch dni, zatem stanowi wyciąg z dwóch wydarzeń koncertowych.

Dla Cirery i Fielda to już trzecie spotkanie na kompaktowym dysku. W swym portfolio mają albumy koncertowe w trio z Rafałem Mazurem z krakowskiej Alchemii oraz w duecie z poznańskiego Dragona. Pierwszą wydało krajowe Not Two, drugą brytyjskie FMR Records. Na potrzeby spotkania z Bruce’em trio przyjęła nazwę własną, zatem jego długowieczność zdaje się być całkiem możliwa. To bardzo dobra wiadomość!



 

Pierwsza improwizacja trwa tu pełne dwa kwadranse, a muzycy zaczynają ją bez zbędnych ceregieli. Jazzowy drive idzie tu z rozśpiewanego saksofonu sopranowego, masywnego kontrabasu i wszędobylskiej perkusji. W stadium free jazzu artyści znajdują się w mgnieniu oka. Cirera skrzeczy, Brice atakuje ogniem krzyżowym, a Field wpada w okazjonalne furie. Pierwsze spowolnienie następuje już po pięciu minutach. Zdaje się, że muzycy pracują teraz jeszcze precyzyjniej. Kontrabas prezentuje małą ekspozycję solową, a powrót saksofonu oznacza dużo melodii i post-balladowe tempo. Tymczasem energia koncertu zaczyna niepostrzeżenie rosnąć, w czym zasługa kompulsywnego saksofonu sopranowego. W trakcie eskalacji do gry wchodzi jeszcze smyczek, powodując, iż ów moment pierwszego seta śmiało możemy uznać za jego najlepszy moment. Narracja z gracją kameleona raz za razem zmienia teraz swoje oblicze. Drobne incydenty solowe są tu okazją do wzięcia oddechu i pretekstem do kolejnej dynamicznej marszruty. W międzyczasie Cirera sięga po tenor, w jego tubie upycha przedmioty i charcząc jak gruźlik rzuca partnerom kolejne wyzwanie. Tuż przed końcem improwizacja wpada w szpony swobodnego chamber, które syci się mnogością dźwięków preparowanych ze strony każdego z artystów. Samo zakończenie jest jednak znów dość żwawe, głównie za sprawą kontrabasowego pizzicato.

Druga opowieść trwa kilka minut krócej, ale mimo to wydaje się jeszcze ciekawsza. Zaczyna się bardzo kameralnie - rozśpiewanym smyczkiem, kocim zawodzeniem sopranu i pałeczkami, które liczą krawędzie zestawu perkusyjnego. I tu improwizacja ma wiele twarzy. Najpierw jest dość dynamicznym duetem sax & drums, potem, po wejściu kontrabasowego smyczka, nabiera rumieńców i stwarza przestrzeń dla popisowych ekspozycji Cirery. W kolejnej odsłonie najpierw mamy solo perkusji, potem wyjątkowo głęboki bas i trzeszczącą tubą tenoru. Instrumenty rezonują, pokrzykują, proszą o łyk chłodnej wody. W połowie seta narracja zwalnia i przekształca się w swobodne dialogi szyte krótkimi, urywanymi frazami – dętymi preparacjami, perkusyjnymi szczoteczkami i smyczkiem. Z kolei przejście kontrabasisty w tryb pizzicato buduje nowy wątek koncertu. Narracja nabiera swingowych emocji, efektownie kołysze się na silnym wietrze. Przez moment Cirera milknie, Brice ma krótkie solo, po czym trio w komplecie wieńczy spektakl piękną, dronową ekspozycją.

 

The Acrylic Rib: Albert Cirera, Olie Brice, Nicolas Field As far as November (Fundacja Słuchaj!, CD 2023). Albert Cirera – saksofon sopranowy i tenorowy, Olie Brice – kontrabas oraz Nicolas Field – perkusja i instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, AMR Genewa, listopad 2021. Dwie improwizacje, 56 minut.

 

*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



piątek, 3 lutego 2023

The February’ Round-up: Dead Neanderthals! Hard Edges! Cirera! G. Almeida! Schubert, Uchihashi & Kugel! Union Division! Kshettra!


Nowy miesiąc, nowe płyty, nowa zbiorówka świeżych recenzji! Oto, na co wszyscy – po obu stronach komputerowego ekranu – czekamy z drżeniem łydek! Dziś siedem recenzji bardzo nowych płyt, w tym jednej datowanej już na szalony rok 2023!

Jak zawsze w takiej sytuacji oferujemy nieskończony tygiel gatunków i emocji, gdzie jedynie sky is the limit! Na początek trzęsienie ziemi, czyli sylwestrowa ep-ka naszych ulubionych holenderskich noise’ konceptualistów, a potem jest jeszcze lepiej – blaszane trio ze Zjednoczonego Królestwa Wolnej Improwizacji, kataloński, solowy set na saksofon sopranowy, ale udokumentowany fonicznie w Kopenhadze, kompozycje (!) na kontrabas, i nie tylko, wprost z Rotterdamu, międzynarodowe trio fussion jazzowe rejestrujące dźwięki w Berlinie, duży skład ze wspominanego już dziś Zjednoczonego Królestwa, tu w dawce niemal dwugodzinnej, a na sam finał prog-post-rockowe, wieloosobowe granie z Moskwy.

Czegokolwiek byś teraz nie potrzebował, właśnie to dostajesz! Welcome to hell of improvised music! But not only improvised!



 

Dead Neanderthals  Click (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

White Noise Studio, Nijmegen, Holandia, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator oraz René Aquarius – perkusja i wokal. Jeden utwór, 25 minut.

Pewne w życiu są tylko śmierć, podatki i … sylwestrowa ep-ka pewnego duetu z Holandii, każdorazowo udostępniana światu wedle handlowej procedury name your price. Ów wspaniały, cykliczny prezent dźwiękowy uzupełniany bywa także warstwą werbalną. Przytoczmy ją dziś w całości: Wszystko zaczęło się od ostrego „kliknięcia”. Wykonywanie jednego prozaicznego zadania po drugim, cykl po cyklu. Aż nagle przestało. Czy naprawdę sprawiało mi to przyjemność?

Nowa narracja Martwych Neandertalczyków ma cztery elementy składowe. Na początek syntezator, który kreuje dwa z nich – pierwszy, siarczyście brzmiący zdaje się stać w miejscu, ten drugi pulsuje, ma w sobie źdźbło melodii i dużo mroku. Po upływie dwóch minut pod strugę syntetyki podłącza się perkusista z instrumentem głęboko i szeroko posadowionym w osi nagrania i brzmiącym bardzo matowo. Zaczyna on wybijać jednostajny, nieco marszowy rytm i będzie tak czynił aż do połowy dwudziestej trzeciej minuty. Artysta melorecytuje także zwartą linijkę tekstu (trudnego do rozczytania), którą będzie powtarzał z każdym beatem perkusji, także do momentu wskazanego w poprzednim zdaniu. Muzycy pracują tu jak maszyny, ale ponieważ są jednak ludźmi, bywa, iż ów powtarzany miliony razy w trakcie utworu schemat narracyjny sprawiać będzie incydentalnie wrażenie, jakby stawał się bardziej intensywny lub metalicznie zagęszczony. Rytualny taniec post-mortem przechodzi w stan finalizacji dokładnie w momencie, gdy drumming umyka do strefy niebytu. Na scenie pozostają jedynie dwa pierwotnie ustanowione wątki syntezatorowe. Ten pulsujący zaczyna przypominać brzmienie dzwona, ale bardzo matowe, ten drugi nie traci swojej przesterowanej mocy aż do samego końca, choć w fazie definitywnej śmierci sprawia wrażenie, jakby płynął nieco szerszym korytem.



 

Hard Edges  The Texture Of Perception (Raw Tonk Records, CD 2022)

Wade Room, Norwich, październik 2021: Chris Dowding – trąbka, trąbka piccolo, flugelhorn, Dave Amis – puzon oraz Ben Higham - tuba, trąbka, flugelhorn. Sześć improwizacji, 39 minut.

Twarde Krawędzie i ich Tekstura Percepcji, definitywnie kameralne spotkanie trzech instrumentów blaszanych, pozostających w rękach i ustach muzyków, którzy zapewne debiutują na naszych łamach, to wydarzenia dalece interesujące, ciekawie wpisujące się w nurt nieco uporządkowanej, post-akademickiej … swobodnej improwizacji. 

Pierwsza z sześciu albumowych opowieści budowana jest krótkimi frazami – nieco zalotnymi, bezsprzecznie szukającymi intrygi, kameralnymi, ale jakby doposażonymi w delikatny drive free jazzu. Tuba pracuje tu na środku sceny, lżejsze dęciaki sadowią się zaś na przeciwległych flankach – trąbkę słyszymy najczęściej po lewej stronie, puzon na ogół po prawej. Instrumenty śpiewają, mruczą, a pod koniec pracują dłuższymi oddechami. Druga część zdaje się być jeszcze bardziej kameralna, ale zdecydowanie bardziej rytmiczna, co jest zasługą głównie tuby. Trąbka utrzymuje umiarkowanie durową tonację, z kolei puzon zawodzi i lamentuje. W kolejnej odsłonie dzieje się już naprawdę dużo ciekawego. Drobne preparacje, piski, szumy i westchnienia. Bezdźwięczna symfonia blaszanej boleści najpierw zaskakuje nas brzmieniem, a potem, gdy nabierze już odrobinę fonii w usta, swoją niemal wirtuozerską filigranowością. Czwarta narracja powraca do tanecznego, meta rytmicznego szyku. Każdy z blaszanych frazuje tu swoją metodą, ale całość lepi się w zwartą, zmysłową improwizację. W części piątej muzycy stawiają na dłuższe pociągnięcia pędzlem. Tuba jest tu w stanie pracować na jednym oddechu przez wiele sekund, a trąbka i puzon wyjątkowo urokliwie śpiewać w dalece molowych klimatach. Tym, który zdaje się tu mieć najwięcej do powiedzenia jest puzon, ale jego lokalna gadatliwość w niczym nie narusza fundamentu kolektywnej improwizacji. W ostatniej opowieści muzycy powracają do naszych ulubionych, tu po części preparowanych dźwięków. Szumy, oddechy, westchnienia - kameralna podróż, konsumująca pełne drżenia i bojaźni blaszane zaśpiewy. Co ciekawe, w ramach finalizacji artyści zdają się delikatnie dynamizować swoje poczynania.



MuMu & Albert Cirera  Theme & Variations (Bandcamp’ self-released, CD 2022)

Kopenhaga, maj 2020: Albert Cirera – saksofon sopranowy oraz MuMu - field recordings, kompozycje. Jedenaście opowieści w jednym traku, 31 min.

Cirera debiutował w formule solowej pięć lat temu w pewnej krajowej, jakże iberyjskiej serii spontanicznej. Wtedy zdecydował się na wyjątkowo spektakularny eksperyment sonorystyczny, w głównej mierze przy wykorzystaniu saksofonu tenorowego. W roku ubiegłym podesłał nam kolejny album solowy, w którym postawił na prostotę i cyrkulacyjny oddech wtłaczany do tuby saksofonu sopranowego. Przy okazji do prac jednoosobowych zatrudnił sobie postać o nazwie MuMU, która dostarczyła mu inspiracji w zakresie kompozycji samych improwizacji, jak i ubarwiła je drobnymi, elektroakustycznymi zdobieniami. Dziś Katalończyk powraca z idą bliską tego drugiego rozwiązania i proponuje półgodzinne wspominki ze swojego covidowego pobytu w Kopenhadze. A MuMU, jak to MuMU, jak na postać całkowicie fikcyjną, wydaje się być nad wyraz kreatywny.

Sopranowa epopea z elektroakustycznymi niespodziankami zaczyna się w oparach tych ostatnich. Drobne, usterkowe odgłosy, pracujący wentylator (?) i dobywający się z dna piekła sopranowy śpiew. W kolejnych fazach jednotrakowej, ale definitywnie jedenastoczęściowej opowieści skupiamy się na intensywnej improwizacji saksofonu sopranowego. Muzyk pracuje cyrkulacyjnie, ale jego historie nie trwają dłużej niż kilkadziesiąt sekund. Czasami dźwięk jego instrumentu brzmi, jakby zarejestrowany był w warunkach terenowych, w innych przypadkach frazuje czystym, podniebnym brzmieniem. W połowie nagrania wydaje się, że w tubie instrumentu pojawiły się obce przedmioty, których charkot jest elektronicznie doposażany w hałas, sama zaś narracja niespodziewanie prowadzona dwoma dętymi strumieniami. Cirera dmie chwilami dość nostalgicznie, ale często wpada w dynamiczny tunel mocy, w którym brzmi niczym Evan Parker w swoich najlepszych sopranowych ekspozycjach solowych. Bywa, że drive jego narracji wydaje się wyjątkowo taneczny, z brzmieniem niemal post-barokowym, ale wpada też niekiedy w sidła zadumy i emigranckiego smutku. Opowieść w swej drugiej fazie ma kilka punktów zwrotnych. W 20 minucie przystaje w obliczu śpiewających ptaków, trzy minuty później gaśnie w niemal zupełnej ciszy, a w 27 minucie sopranowy flow przekształca się w urokliwą, polifoniczną zabawę. Ostatnie kilkadziesiąt sekund nagrania, to połączenie telefoniczne. Automat głosowy przemawia po katalońsku, słychać urywane rozmowy w różnych językach, a w tle snuje się smutny tembr saksofonu, metaforycznie wołającego o pomoc.



Gonçalo Almeida  Compositions For Double Bass (Cylinder Recordings, CD 2022)

Rotterdam, od kwietnia 2021 do sierpnia 2022: Gonçalo Almeida – kontrabas, live electronics (pierwszy i czwarty utwór), taśmy (czwarty utwór). Cztery kompozycje (autorzy odpowiednio: Thanos Polymeneas, Michał Osowski, Pedro Melo Alves, Friso van Wijck), 43 minuty.

Nasz ulubiony portugalski kontrabasista zabiera nas do świata komponowanej muzyki współczesnej. Cztery utwory – dwa akustyczne i dwa elektroakustyczne, moc wrażeń, wspaniałe brzmienia i … dużo przestrzeni dla kreatywnego improwizatora. W albumowym credits możemy poczytać o kompozytorskich zamysłach i konceptualnych wizjach, ale tu, na tych łamach, zalecamy nade wszystko skupiony odsłuch i celebrowanie pojedynczych dźwięków. Albowiem piękny to album!

Na dobry początek kompozycja na kontrabas i elektronikę kreowaną na żywo. Szeleszczący swąd z kabli i zapętlone frazy wysoko podwieszonego smyczka tworzą tu aurę, która generuje przeróżne sytuacje dramaturgiczne. Akustyka smyczkowego kontrabasu permanentnie modyfikowana jest elektroniką, wpada w polifonię, bywa ekspresyjna i niepozbawiona warstwy meta rytmicznej. Z kolei frazy grane pizzicato, bardzo minimalistyczne, stanowią tu rodzaj narracyjnego kontrapunktu. Warstwa elektroniczna ma także swój niezależny byt, często bywa filigranowa i także niepozbawiona znamion rytmu. Efektowna opowieść toczy się od stanu ciszy do niemal kompulsywnego hałasu. Drugi utwór, w pełni akustyczny, to wielominutowa, minimalistyczna, repetytywna i nade wszystko medytacyjna narracja. Muzyk pracuje tu smyczkiem, którego spektrum działania zdaje się być bardzo szerokie, a pomiędzy długie pasaże arco wplata drobne frazy pizzicato. Brzmienie jest szorstkie, niekiedy bardzo surowe, smakuje muzyką dawną. Trzecia kompozycja jest krótka, bazuje na ekspresji wykonawczej. Z jednej strony nerwowe, post-barokowe didaskalia, z drugiej krótkie i dłuższe frazy, które są w stanie nabierać zaskakującej taneczności. Czwarta kompozycja, to akustyczne dźwięki kontrabasu urokliwe skorelowane ponownie z live electronics, a także z manipulacjami taśmą. Narracja znów jest dość minimalistyczna, zdobią ją jednak rozbudowane wtręty elektroakustyczne, w tym plejada dźwięków, które zasługują na miano fake sounds. Zmiana goni tu zmianę, pojawiają się narracyjne pauzy pełne ciszy i post-kameralny suspens. W trakcie wielominutowej opowieści frazy akustyczne zdają się pozostawać w pewnej przewadze, ale urokliwe zdobienia elektroniki (choćby nerwowe plamy post-ambientu) rekompensują nam ową czasoprzestrzenną nierównowagę.



 

Frank Paul Schubert, Kazuhisa Uchihashi & Klaus Kugel  Black Holes Are Hard To Find (Nemu Records, CD 2022)

Noisy Rooms, Berlin, wrzesień 2021: Frank Paul Schubert – saksofon altowy i sopranowy, Kazuhisa Uchihashi – gitara elektryczna, elektronika oraz Klaus Kugel – perkusja, instrumenty perkusyjne. Siedem kompozycji/ improwizacji, 78 minut.

Dwóch Niemców i Japończyk zapraszają tu do świata fussion jazz-rocka, który koncentruje się na improwizacji, zapewne częściowo predefiniowanej, na utworach, które nie bazują na zadanych tematach i zdają się dawać każdemu z muzyków dużą swobodę kreacji. Znając dokonania artystów, którzy zwarli szeregi na niniejszym albumie można było formułować w recenzenckiej głowie kilka dobrych lub bardzo dobrych scenariuszy. Dźwiękowa rzeczywistość napotkana na płycie zdaje się jednak nie realizować żadnego z nich. Przede wszystkim nagranie jest zbyt długie i często gubi dramaturgię. W przeważającej części prowadzone jest w leniwym tempie, w jego trakcie muzycy szczędzą nam emocji, a ekspresyjne szczyty omijają niekiedy bardzo szerokim łukiem.

Start każdego z utworów jest wyważony emocjonalnie, niekiedy filigranowy, często osnuty intrygującym, chwilami onirycznym klimatem. Delikatnie wycofany saksofonista (zwłaszcza, gdy pracuje na sopranie), mający tysiące pomysłów gitarzysta, wspierany elektroniką, która zdaje się dawać mu dużo opcji rozwoju sytuacji dramaturgicznej, wreszcie drummer, który bywa na ogół trzymany na uwięzi i tylko z rzadka pozwala sobie na puszczanie wodzy fantazji i budowanie energetycznej narracji. Pierwszy bardziej nerwowy drive rzeczonego perkusisty spotyka nas w drugim utworze. Po spokojnym otwarciu sopranu i gitary pełnej psychodelicznych niekiedy subtelności, narracja rusza do walki z czasem, ale osiągnięcie finału zajmie jej wiele minut. W czwartej części porcjowane emocje dostają nieco dubowego, gitarowego echa, a elementy rytmu, jakie kreuje Japończyk wiodą nagranie do przedsionka post-rocka. Dużo ciekawej jest w odsłonie piątej, gdy muzycy bez trudu uciekają z krainy łagodności (w której maczali już kilkukrotnie palce), brudzą brzmienie, szukają nietypowych frazowań. W części szóstej podobać się może kolektywnie realizowany, dronowy start, w którym nie brakuje dźwięków preparowanych. Z kolei ostatni utwór, który budzi się w poświacie gitarowego ambientu, dobrze łapie odrobinę psychodelii w żagle, ale artyści nie mogą zdecydować się, na jakim poziomie ekspresji realizować będą swój koncept. Decyzja o bardziej energicznej postawie zapada dość późno. Album kończy się bardzo dynamicznymi pasażami, które zdają się stanowić tu rodzaj artystycznej autoironii.



 

Moss Freed/ Union Division  Micromotives (Discus Music, 2CD 2023)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Moss Freed – gitara elektryczna, dyrygenckie gestykulacje, Laura Jurd – trąbka, Charlotte Keeffe – trąbka, Sam Eastmond – trąbka, Tullis Rennie – puzon, Rachel Musson – saksofon tenorowy, George Crowley – saksofon tenorowy, klarnet, Chris Williams - saksofon altowy, Rosanna Ter-Berg – flety, Brice Catherin – wiolonczela, Otto Wilberg – kontrabas, Steve Beresford – fortepian, Elliot Galvin – fortepian, Will Glaser – perkusja, James Maddren – perkusja oraz Pierre Alexandre Tremblay – elektronika, bas elektryczny. Siedem improwizacji, 127 minut.

Bliżej nam nieznana brytyjska orkiestra improwizująca pod wodzą gitarzysty Mossa Freeda, która zdaje się łączyć młodzieńczy temperament z bagażem improwizowanych doświadczeń (Beresford!), proponuje nam dalece ambitne przedsięwzięcie artystyczne. Na albumie odnajdujemy siedem rozbudowanych improwizacji, które sprawiają wrażenie dość precyzyjnie … zaplanowanych, a każda z nich dedykowana jest innemu tuzowi szeroko rozumianej muzyki współczesnej (Anthony Braxton, John Zorn, czy Barry Guy, by wymienić tych, którym na nasze łamy najbliżej). Każdy utwór ma urokliwy i intrygująco brzmiący początek, który niemal każdorazowo rozwija się w narrację sycącą się swobodnym jazzem i miewającą sporo kameralnych interludiów. W trakcie ponad dwóch godzin nagrania koncertowego napotykamy wiele wyjątkowo udanych momentów, ale nie sposób przemilczeć fakt, iż wielominutowe narracje miewają problemy z budowaniem dramaturgii na długim dystansie, a na etapie rozwinięcia kalkują pomysły poprzednich epizodów. Freed zdaje się, że rzucił się tu na wyjątkowo głęboką wodę, nie zawsze wygrywa, ale na jego kolejne próby już teraz czekamy z dużą niecierpliwością.

Wylistujmy najciekawsze fragmenty improwizacyjnych bojów prowadzonych przez 16-osobową Zjednoczoną Dywizję. Początek pierwszej real-time collective impro z miejsca stawia nas do pionu swą energetycznością, precyzją wykonania i dużą zmiennością akcji, tu definitywnie godną braxtonowskiego temperamentu. Sekcja dętych w pełnej gotowości, bystre, dynamiczne partie fortepianu, poszukiwania free jazzowych emocji, także działania w podgrupach i kameralne chwile wytchnienia. Druga opowieść zaczyna się niezwykle rozbudowaną plejadą drobnych fraz, które intrygująco snują się po scenie, korzystając z bazy smyczkowych dronów. Narracja zasługuje tu na miano post-chamber, ale nie szczędzi nam dramaturgicznych i brzmieniowych niespodzianek. Z kolei trzecia opowieść pachnie konceptem muzyki współczesnej. Najpierw samotna gitara, która rozmawia z ciszą, a potem kolektywna improwizacja, która zdaje się być minimalistyczna, ale na swój sposób taneczna. Mimo tak zarysowanej dramaturgii orkiestra nie skąpi nam salw ekspresji, godnych free jazzowych uniesień mistrzów. Czwarta część dedykowana jest Zornowi, zatem dynamika, ekspresja i stan permanentnej zmiany! Bystry, ponadgatunkowy kogel-mogel rośnie tu w siłę m.in. dzięki świetnej robocie perkusistów. Piąta i szósta improwizacja toczone są w dość leniwym tempie i nie stronią od dramaturgicznych mielizn. W pierwszej z nich sporo do powiedzenia mają dźwięki syntetyczne, w tej drugiej oś narracji opiera się na migotliwych i ulotnych frazach gitary i instrumentów dętych. Emocje na równi pochyłej, ale i smakowite plastry psychodelii. Finałowa narracja (dla Barry’ego Guya!) zaczyna się na poziomie gitarowych pick-upów. Narracja budowana jest skrupulatnie z drobnych, na ogół dętych westchnień. Nerw życia dają tu perkusje, które przez moment ciągną opowieść w stronę free jazzu, ale całość nie stroni od kameralnych, by nie rzecz post-klasycznych wtrętów, szczególnie fortepianu. Samo zakończenie przynosi nam garść bardziej ekspresyjnych zachowań ze strony perkusistów i elektrycznego basu.



Kshettra  Thou Art That/ Это есть то (Addicted Label, DL 2022)

Orange Studio, Moskwa, czerwiec 2020 - sierpień 2021: Boris Ghas – bas, gitara (utwory 2,3,7), saksofon (3, 7), sample (5), Viktor Tikhonov – perkusja akustyczna i elektryczna, instrumenty perkusyjne, gitary (1,4,5), syntezatory i sekwensery (1,3,4,5), metallophone (1,4,6,7), saksofon (2,3,7), Gosha Rodin – rożek francuski i efekty, delay-noises (5), gitara (6), Nikolai Samarin – syntezator (1,5), bas (1), Mila Kiseleva – czytanie poezji Borisa Ghasa (1,6), Nikita Gabdullin – gitara (2,3), Ilya Rosenblat – saksofon tenorowy (2,3,7), Alexander Novikov – saksofon barytonowy (2,7), Kirill Olkhovsky – skrzypce (4,7), Nikita Bobrov – perkusja (5) oraz Olga Larionova – wokal (7). Siedem utworów, 40 minut.  

Przed nami kolejny rozbudowany aparat wykonawczy, ale wykorzystany w dalece odmienny sposób. Tym razem odstawiamy improwizację jako naczelne narzędzie pracy i oddajemy się we władanie post-rockowej (prog-rockowej?) opowieści podanej nam z niemal renesansowym przepychem. Proste melodie, incydentalnie kwaśne rytmy, dużo smutnej radości i bardzo bogate aranżacje. Muzyka na długie trasy samochodowe, także do tupania nogą i śpiewania (jakkolwiek pozbawiona wokalistów - jedynie recytowanie poezji i ambientowe wokalizy). Co istotne, z punktu widzenia percepcji całego albumu, jego najmniej udanym momentem jest sam początek. Im dalej, tym lepiej, a trzy ostatnie opowieści śmiało zasługują na miano bardzo udanych w przyjętej, nieskomplikowanej rytmicznie i melodyjnie konwencji.

Pierwsze fragmenty albumu zdają się być nieco slapstickowymi, rockowymi piosenkami, podszytymi banalnie brzmiącą elektroniką. Dużo słodyczy, dęte inkrustacje, recytacje na pogłosie. Utwory szczęśliwie nasączone są przyzwoitą dawką dynamiki i nawet, jeśli pachną balladowymi wtrętami, dotarcie do końca nie stanowi dla wytrawnego słuchacza specjalnego problemu. W trzeciej opowieści mamy elektroniczny beat, który płynie pod jazzowo frazującą gitarą, w czwartej zaś tempo siada, artyści kombinują z rytmem, a my rozglądamy się za tym, co stanie się w kolejnych odcinkach. Trzy ostatnie utwory wiele tu bowiem rekompensują. W piątej odsłonie wita nas oniryczna elektronika, bystry rytm post-techno i gitarowe melodie, zwieńczone ambientowymi wokalizami. Odcinek szósty, to już crème de la crème albumu. Głos i masywny, rytmiczny bas pracujący w umiarkowanym, jednostajnym, niemal mantrycznym tempie, nad którym kłębią się obłoki post-elektronicznego hałasu. Dodajmy, iż sugestywna narracja zostaje tu urokliwie sfinalizowana. W końcowej opowieści znów nie brakuje mocnej bazy basowej, pojawiają się brudne brzmienia gitar i efektowne ekspozycje dęte, głównie saksofonu barytonowego. Zakończenie albumu jest mroczne, wręcz demoniczne, wzmacniane coraz bardziej rozśpiewanymi wokalizami.