Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joachim Badenhorst. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joachim Badenhorst. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 marca 2026

Pascal Niggenkemper’ Ensemble Tuvalu goes d'une rive à l’autre!


Pascal Niggenkemper, kontrabasista o niemieckich korzeniach, ale francuskiej rezydencji, od pewnego czasu unika estetyki free jazz/ free impro, koncentrując się na zgłębianiu stylistyk, tudzież estetyk, którym trudno przypisać nazwę, a tym bardziej kierunek gatunkowy. Ale to w sumie świetna wiadomość! A dla zapominalskich trop – prawie trzy lata temu Trybuna omawiała sześciopak Pascala z muzyką niezwykle intrygującą, na ogół komponowaną, po części performatywną, okazjonalnie improwizowaną *).

Nowa podróż Pascala wydaje się definitywnie szalona. To krzyk artysty w obronie świata, który umiera, wyartykułowany wielobarwną muzyką, którą buduje akustyczny oktet, dźwiękowa instalacja, wreszcie konglomerat pieśni i poematów z historii dalekiego świata, ubranych w całkiem współczesne szaty.

Bohaterem dramatycznym albumu jest Tuvalu - polinezyjska wyspa na południowym Pacyfiku, w przyrodzie której szczególnie silnie ogniskuje się proces globalnej zmiany klimatu. Przewiduje się, że sztormy, erozja wybrzeża i wzrost poziomu morza sprawią, że w ciągu kilku dekad wyspa stanie się niezamieszkana, a kraj zniknie z mapy świata.

Ensemble Tuvalu, to oktet złożony z dwóch niemal bliźniaczych instrumentalnie kwartetów, a może jednak czterech duetów – kornetu i trąbki, dwóch klarnetów, dwóch akordeonów, wreszcie wiolonczeli i kontrabasu. Każdy z artystów używa też głosu.

Osiem akustycznych instrumentów, to nie jedyne narzędzia pracy muzyków. Wokół nich, w okolicznościach studyjnych, rozwieszono szesnaście kurtyn dźwiękowych, tworzących przestronną instalację wykonaną z metalu i paneli plastikowych, dodatkowo wyposażoną w wzbudzające rezonatory. Muzycy mogą je aktywować za pomocą pedałów, w ten sposób przekształcając brzmienie instrumentów i głosów w osobliwe akustycznie twory o drżącym, trzeszczącym i klekoczącym anturażu.

Album zawiera kompozycje Niggenkempera, które zdają się stanowić ledwie szkice wypełniane treścią poprzez improwizację i interaktywne akcje muzyków. Rzeczonych kompozycji jest jedenaście, a prawie każda z nich ma także swoją warstwę werbalną/ wokalną, skonstruowaną na bazie tradycyjnych tuwalskich pieśni i poematów. Wykonują je poszczególni członkowie zespołu, pochodzący z różnych, bardziej oczywistych rejonów świata (głównie Europy), transponując je na język im ojczysty. W sześciu przypadkach dramaturgię utworu budują instrumentalne improwizacje duetowe, przy czym duet klarnetów występuje w tej roli trzykrotnie. Dodajmy, iż wydawnictwo d'une rive à l’autre składa się z dwóch krążków. Opisanemu wyżej nagraniu studyjnemu (dostępnemu na CD) towarzyszy nagranie koncertowe dostarczone na płycie DVD.

  


Siedemnastoczęściowa opowieść o Tuvalu ma mroczne, nerwowe otwarcie, łagodną, taneczną, post-folkową część środkową i spinający całość dramatyczny, zgiełkliwy, wręcz hałaśliwy, ale także po części taneczny finał. Zanurzymy się w niej po koniuszek nosa i ucha.

Po kilkudziesięciosekundowym, uroczo chaotycznym otwarciu, pełnym sprawiających wrażenie przypadkowych fraz instrumentów i głosów, muzycy uginają kolana i niesieni nisko osadzonymi smyczkami budują mroczny dron, który efektownie eskaluje. Napięcie potęguje także pierwsza ekspozycja głosowa. W trzeciej odsłonie z zastygłej modlitwy wyłania się dziki taniec. Cięte, dźwiękowe riposty i nerwowy wielogłos, to sedno tej opowieści. W kolejnej części napotykamy na chwilę mrocznego uspokojenia – struny drżą, tajemnicze szepty docierają z głębokiego lasu. Aurę kameralnego ambientu rozpraszają rozśpiewane klarnety, zwiastujące nadchodzącą burzę z piorunami.

Piątą opowieść biorą na swoje barki klarnety i akordeony, które kwilą po ptasiemu, komentowane mniej przyjaznymi frazami smyczkowymi. Narracja nabiera teraz podskórnego rytmu, pojawiają się okrzyki i zgrzytanie zębami. W kolejnych dwóch odsłonach muzycy przechodzą definitywnie do lżejszej, bardziej tanecznej, by nie rzec piosenkowej części nasączonej meta folkową estetyką. Po krótkiej introdukcji klarnetów pojawia się śpiew i niemal polirytmiczna taneczność. Łagodność chwili delikatnie kontrapunktują nerwowe akordeony posadowione na backgroundzie.

Począwszy od ósmej opowieści idylla pryska. Najpierw duet akordeonów w szybkiej, jakże emocjonalnej wymianie zdań, potem oktetowa zabawa w pytania i odpowiedzi, okraszona tekstem po japońsku. Kolejna porcje emocji wnosi preparowany duet trąbki i kornetu. Jedenasta opowieść zdaje się być kulminacją hałasu, chaosu i trudnych do opanowania spamów. Szczęśliwie scenę w mgnieniu oka opanowują śpiewacy i tancerze. Rytm jest teraz pokraczny, ale wydaje się nieść szczyptę ukojenia. W opozycji stają jednak dwa kolejne duety – najpierw kameralne, ale strwożone klarnety, potem głośne, zawadiackie cello i bas. Kolejna opowieści jeszcze podnosi temperaturę wydarzenia – struny dygoczą, ktoś krzyczy po niemiecku. Piętnasta opowieść stara się za wszelką cenę koić nerwy długą, teatralną recytacją. Ale emocje nie chcą nas opuścić. Artyści zdają się wyć, krzyczeć, choć brakuje im sił witalnych. Ostatni epizod wystukiwany jest na pudle rezonansowym kontrabasu, szyty dronami, rwanymi frazami, ostatecznie wpada w finałowy afrykański taniec. Śpiew niesie tu nie tylko ludzkie gardło, ale także lekki kornet. Czy końcowa, spokojna recytacja daje nam jakąkolwiek nadzieję?

Po powrocie do rzeczywistości sięgnijcie po obraz i dźwięki z koncertu. Tym razem dwanaście opowieści - tytuły podobne do tych z części studyjnej, ale atmosfera inna. Bardziej rytmiczna, kreowana bez dźwiękowej instalacji, ale kontrapunktowana w wielu momentach intrygująco brzmiącą analogową elektroniką. Publiczność cierpliwie słucha, choć przecież mogłaby się włączyć w ów zawrotny niekiedy taniec.


Pascal Niggenkemper’ Ensemble Tuvalu d'une rive à l’autre (Subran Music, CD/DVD 2026). Ensemble Tuvalu: Ben LaMar Gay - kornet, głos, Louis Laurain - trąbka, głos, Mona Matbou Riahi – klarnet, głos, Joachim Badenhorst – klarnet, głos, Tizia Zimmermann – akordeon, głos, Artemis Vavatsika – akordeon, głos, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, głos, Pascal Niggenkemper – kontrabas, głos, kompozycje, instalacja dźwiękowa oraz Jaumes Privat – słowa (w utworze piętnastym). CD nagrane w Südwestrundfun, Baden-Baden, DVD zarejestrowane na żywo w Tollhaus, Karlsruhe – oba wydarzenia w listopadzie 2024. Ścieżka audio - łącznie siedemnaście utworów, 65 minut. Ścieżka video - dwanaście utworów, około 60 minut.

 

*) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/04/pascal-niggenkemper-renaissance-man.html

 


poniedziałek, 30 października 2017

Sousa & Ferrandini! Lisbon String Trio! Lama! – Queremos calor não só na música! Chcemy ciepła nie tylko w muzyce!


Krajowa, centralna i wschodnioeuropejska pogoda jest tak gigantycznie paskudna, że już od samego patrzenia na mapę pogody Półwyspu Iberyjskiego robi się odrobinę cieplej i serdeczniej na duszy. A cóż dopiero sprawić może sięgnięcie po muzykę improwizowaną z tego cudownego zakątka świata?

Baa, słowo się rzekło, kobyłka u płotu! Nasze uszy kierujemy zdecydowanie na słoneczną i gorącą Lizbonę! No, prawie na Lizbonę, bo zaczerpniemy także odrobinę oceanicznego powietrza kilkaset kilometrów na północ od stolicy Portugalii (to będzie Belgia!).

Przed nami trzy nowe płyty wprost z zachodniego krańca Iberii (lub prawie wprost). Bystry recenzent winien głodnych wrażeń bywalców Trybuny czym prędzej zapędzić do lektury, a potem do odsłuchu (kolejność odwrotna jest równie akceptowalna). Słowo wstępne wszakże paść musi. Płyty rzeczywiście będą aż trzy, dodatkowo każda z nich będzie radykalnie różna od pozostałych, a jedynym wspólnym dla nich mianownikiem – poza krajem pochodzenia jej twórców (prawie wszystkich!) – będzie fakt, iż dominującą metodą twórczą okaże się improwizacja! Chwilami intensywnie swobodna!


Młodości dodaj nam skrzydeł!

Na początek duet kumpli z podwórka, a konkretnie z okolic Placu Kwiatów, położonego w dzielnicy wolnej muzyki i równie szalonej miłości – Bairro Alto, czyli Pedro Sousa na saksofonie tenorowym i Gabriel Ferrandini na perkusji. Okoliczność koncertowa z roku ubiegłego (chyba), miejsce zwie się Ma Arte. Tak też nazywa się limitowana edycja kasetowa tego nagrania, którą dostarcza Favela Discos (2017). Jak kaseta, to dwie strony, łącznie 37 minut muzyki. Zarówno Sousa, jak i Ferrandini, nie potrzebują na tych łamach jakichkolwiek rekomendacji. Warto wszakże zauważyć, iż choć są obecni na scenie muzyki improwizowanej nie od dziś (zwłaszcza Gabriel), to oboje skończyli lub za chwilę skończą ledwie 31 lat. Młodości, dodaj nam zatem skrzydeł!




Lado A. Perkusja na pogłosie, nie do końca zamierzonym, odrobina field recordings znad baru, szepty i mlaski, szkło o szkło. Muzykom to w ogóle nie przeszkadza. Wiedzą, po co tu przyszli. Tenor Sousy od pierwszej sekundy jest zadziorny i szybko osiąga stan wzmożonego metatransu. Narracja jest dość gęsta, ale prowadzona w umiarkowanym tempie. Tembr saksofonu śle moc pozdrowień wprost w ramiona Evana Parkera. Młody Portugalczyk jest jednak, co do zasady, na ogół o tempo bardziej dynamiczny od weterana free improv, który spokojnie mógłby być już jego dziadkiem. Ferrandini brnie w tej eskapadzie w sposób niebudzący wątpliwości, zarówno, co do jego drummerskich kompetencji, jak i dyspozycji dnia, a także telepatycznego odczytywania intencji partnera. Free jazz na wysokim poziomie, trochę bezczelny, odrobinę młodzieńczy i na pewno zbuntowany. Muzycy znają się od kołyski, zatem nie mają jakichkolwiek problemów z nawigacją w żmudnym procesie swobodnej, kolektywnej improwizacji. Gdy w drugiej połowie tej części koncertu postanawiają nieco przyhamować, tembr tenoru zdaje się być wręcz rozczulający, a jakość membran werbla i tomów niebudząca zastrzeżeń. Za moment ruszają jednak do galopu, jak stado dzikich koni, boleśnie okutych przez niewprawionego kowala. Szczypta odczynu adhd w grze Gabriela podkreśla dramaturgię tego fragmentu koncertu. Jednooddechowy pasaż Pedro, niczym wisienka na torcie.

Lado B. Płynnie zmieniamy strony nośnika kasetowego, a na scenie pozostaje sam Pedro i kreśli zwinną, niebanalną synkopę. Znów pędzi bez zakrztuszenia. Powrót Gabriela jest nienachalny i pełen drumerskiego uroku, zmyślnie akceptujący kończące się solo saksofonu. Teraz on zostaje sam, a jego wyobraźnia eksploduje – down and up! Tym razem to tenor powraca i w aurze tajemniczości, tudzież niedopowiedzeń stopuje narrację i zeruje licznik kilometrów. Doskonała, sonorystyczna cisza. Restart jest równie błyskotliwy, pełen incydentów na dyszach i krawędziach talerzy. Finałowa galopada znów nie traci dobrego smaku i wiedzie nas do krainy wiecznego zadowolenia. No, a przycisk play again zda się wyjątkowo pomocny!


Orgia strunowców!

Nadprodukcja dźwięków improwizowanych dotyczy także sceny portugalskiej. Przed nami Lisbon String Trio, które pod tą nazwą publikuje dopiero od tego roku, a już ma w dorobku… sześć dysków! Tu, dla przykładu, sięgnijmy do nagrania poczynionego w towarzystwie francuskiego saksofonisty Etienne’a Bruneta (sopran). A samo trio personalnie to: Alvaro Rosso – kontrabas, Miguel Mira – wiolonczela i Ernesto Rodrigues – altówka. Płyta zwie się Telepathie i przy okazji, być może niezwykle celnie, tłumaczy charakter relacji, jakie zawiązały się pomiędzy muzykami w trakcie rejestracji (Creative Sources, 2017). A ta pochodzi z kwietnia br., z miejsca zwanego Livraria Ferin, położonego rzecz jasna w Lizbonie. Dwa fragmenty swobodnej improwizacji, łącznie niespełna 34 minuty.




Pierwszy. Trzy strunowce i drobny saksofon – ciekawa mieszanka. Zdaje się, że na początku nagrania, to największy ze strunowców wiedzie prym. Delikatnie prowadzi narrację, rysuje pętle, a pozostałe instrumenty dopowiadają swoje kwestie i komentują. Dialogi i interakcje nie mają końca. Sopran tylko pozornie ma tu rolę separatywną, chętnie bowiem wchodzi w zabawy imitacyjne i bez trudu wkleja się w zwoje strun partnerów. Gęsta, stosunkowo dynamiczna wymiana poglądów. Cztery płynne kaskady czystych akustycznie dźwięków. Pełne empatii zachowania muzyków. Każdy może tu liczyć na ciętą, ale i precyzyjną ripostę. Rodzaj filharmonii dla pełnowymiarowych szaleńców, kameralistyka na zdrowym speadzie. W ramach obszaru wyznaczonego przez czterech muzyków panuje pełna demokracja – śmierć liderom i wszelkim prowodyrom! Rosso lubi jazzowy walking i często z niego korzysta, Rodrigues i Mira reagują jak bracia syjamscy, a Brunet wchodzi pomiędzy struny ze zwinnością baletnicy. Pod koniec fragmentu, nikt nie ma tu nic przeciwko drobnej eskalacji i niezobowiązującej do niczego galopady, pełnej wszakże kameralistycznego uroku.

Drugi. Subtelna narracja na starcie. Cisza na gryfach, skupienie, trochę szumu na dyszach. Special kind of sonore, która napędza się podskórną intensywnością, napiętą cięciwą nerwu. Znów sopranista nie może opędzić się od komplementów. Znów sporo walkingu kontrabasowego ze strony Rosso, który dyktuje pozostałym strunowcom warunki gry. Konsensus jest wszakże osiągany w mgnieniu oka (lub ucha). Układ przestrzenny jest zachowany. Kontrabas i saksofon atakują flankami i bywają nieco głośniejsze, altówka i wiolonczela brną środkiem i częstą grają jednym dźwiękiem. W trakcie tej części nagrania napotykamy fragment emocji, które pachną niebanalnym free jazzem. Pod koniec nagrania, nie pierwszy krok w kierunku ciszy. Zaduma, refleksja, błyskotliwa mikrosonorystyka czterech doskonałych muzyków. A na finał, istotnie last minute – wytrawne i precyzyjne crescendo!


Lama, nie do końca portugalska!

Czas na skromne akcenty nieiberyjskie w naszej dzisiejszej modlitwie o odrobinę ciepła za oknem! Trio Lama jest oczywiście w dwóch trzecich pełne krwi portugalskiej, ale uzupełnia ją kanadyjski perkusista, a wspiera, na drugiej kolejnej płycie, belgijski klarnecista. Samo zaś nagranie, nad którym za moment się pochylimy powstało w Belgii (Neerpelt, Jazzcase Series Dommlhof, w styczniu 2016 roku). A zatem – Gonçalo Almeida na kontrabasie i klawiszach (plus efekty i loopy), Susana Santos Silva na trąbce, Greg Smith na perkusji i elektronice, no i w charakterze gościa, Joachim Badenhorst na klarnecie i klarnecie basowym. Czwarta płyta w dorobku Lamy zwie się Metamorphosis (Clean Feed, 2017). Opowieść składa się z pięciu części (w tym trzy pierwsze, to kolejne fazy tytułowych Metamorfoz). Łącznie 46 minut muzyki.




Metamorfoza 1. Elektronika, ambientowy sound, sucha trąbka, zgrzyty na gryfie, tuba klarnetu, inwazyjne klawisze – to charakterystyka startu tego nagrania. W okolicach 4 minuty żywe instrumenty zaczynają akcentować swoją obecność, choć kontrabasista brzmi jak zmutowany Hendrix. W tubach dęciaków rodzą się pierwsze semickie akcenty melodyczne, które będą kilkukrotnie powracać w tej rejestracji. Rodzaj dramaturgicznej puenty dla przesyconej elektroniką introdukcji tej płyty. Wybrzmienie jest jednak kolektywne, niemal industrialne, co wprowadza drobną konfuzję w toku recenzenckich wynurzeń. Perliste free improv!

Metamorfoza 2. Ciche dęciaki wypłukują hałas z naszych uszu po ustaniu Pierwszej Metamorfozy.  Rodzaj porannego tańca na mokrej trawie. Klarnet łapie pogłos i repetuje, kontrabas zaś stawia wszystkich do pionu siłą swojego soundu. Po chwili to samo czyni perkusja, a elektroniczne ornamenty ledwie skwierczą na boku. Pomysł goni pomysł! – to pierwsza charakterystyka tego nagrania, która ląduje w kajecie recenzenta. Barokowy przepych niemalże. A dęciaki, jakby na przekór, wciąż szukają melodii (Susana, nawet zaczepki – jakże smakowite solo przy wsparciu skromnej elektroniki!). No tak, permanentne metamorfozy. W 11 minucie – dość standardowa, cool semicka narracja na skraju niebanalnej melodii, jakby na dowód, że my także potrafimy grać piękne piosenki. Dynamizacja na ostatniej prostej sieje adekwatny do sytuacji ferment.

Metamorfoza 3. Kontrabas ponownie przy władzy! Silny, jak dąb, nieznoszący sprzeciwu (Almeida to potrafi!). Rhythm, sound and death! Ciekawe, ile tu idzie ze scenariusza? – pyta dociekliwy recenzent. Dęciaki linearnie, tonalnie i z melodią na ustach – to już znamy z tej opowieści. Oczywistość tego akurat rozwiązania dramaturgicznego nie konweniuje z bogactwem improwizacyjnym dwóch pierwszych Metamorfoz.

Sen Komasiny. Klarnet basowy jako kontrapunkt dla właśnie co zakończonej skocznej galopady. Asysta z klawisza nie budzi entuzjazmu po drugiej stronie sceny. Dęciaki biorą jednak sprawę w swoje ręce (a nawet usta!) i temat brnie dalej w całkiem przyjaznej akustycznie scenerii (Susana jest zdecydowanie matką tego drobnego zwycięstwa!).

Ciemny zaułek. Brutalne wejście kontrabasu wyznacza start finałowej opowieści. Mimo kilku, ledwie co dostrzegalnych ambiwalencji w trakcie, czwarta Lama to zdecydowanie najlepsza, jak dotąd płyta tria, co zwinnie podkreśla ten właśnie utwór. Ta rozbiegówka ma żar melodii, emocje spełnionych oczekiwań. Należy podkreślić udany wkład elektroniki w sukces tego finału. Uzupełnia i eskaluje wyczyny żywych instrumentów, wszak w tym właśnie jest najlepsza. A semicka melodia powraca jak mantra i budzi egzystencjalny lęk. Ostatnie słowo należy jednak do kontrabasu i elektroniki. To w sumie żadne zaskoczenie.



****

Przydatna nawigacja do poprzednich tekstów zamieszczonych na Trybunie (read more!):

wtorek, 26 września 2017

John Butcher! – The Last Dream of Raw Nightingale! *)


Jak wskazuje statystyka, brytyjski saksofonista John Butcher był już gościem Trybuny trzynastokrotnie. Tu drobne przypomnienie look at this!

Bez zbędnych zatem wstępów, proponuję uważny odsłuch trzech nowych lub stosunkowych nowych płyt tego muzyka. Ta muzyczna przygoda będzie tym ciekawsza, iż każde z wydawnictw zaprezentuje Johna w trochę innej konwencji gatunkowej. Zaczniemy niechybnie freejazzowo, potem zatopimy się we współczesnej kameralistyce, by opowieść zwieńczyć konstruktywnym free improv.




The Last Dream

Trudno wyobrazić sobie lepszy początek dla dzisiejszej opowieści. John Butcher w szponach sekcji rytmicznej, która wyniesie na wyżyny każdego saksofonistę. Tym bardziej tak wybitnego, jak nasz bohater. John Edwards na kontrabasie i Mark Sanders na perkusji! Muzycy zwarli swoje szeregi w listopadzie ubiegłego roku, w miejscu zwanym The Fish Factory (Willesden, Zjednoczone Królestwo). Nic nie wskazuje na to, iż spotkanie odbyło się z udziałem publiczności. Efekt fonograficzny dostarcza Relative Pitch Records, a krążek zwie się Last Dream Of The Morning (2017). Pięć improwizacji, czas trwania 52 minuty. Zaglądamy do środka.

Wstęp do pierwszej opowieści niczym nie zaskakuje. Tremola Butchera na tenorze, twarda, gęsta, istotnie dynamiczna sekcja rytmiczna, delikatnie oparta na wybuchowym smyczku. Muzycy nie gonią się wzajemnie, z rozwagą stawiają każdy krok, albowiem do ostatniego pociągu powrotnego jeszcze daleko. Są wielowymiarowi, pełni improwizacyjnego pomyślunku. Narracja wszakże aż kipi z nadmiaru dźwięków. Pierwsze, jakże zmysłowe wyciszenie proponują już w piątej minucie. Na moment robią się jednak groźni akustycznie (niemal industrialni!). Eskalują się równie szybko, jak przed momentem osiągnęli stan wzmożonego skupienia. A zatem drugi odcinek -  cisza, konsternacja, wewnętrzne tarcia, rodzaj specyficznego inside music. Gęsty sos, tłuste obcierki w ślimaczym tempie. Smyk na gryfie kontrabasu, zanurzony w głębi piekielnej, tyczy szlak kolejnej eskapady. Butcher jakby grał jedynie na ustniku - wysokie, ptasie zaśpiewy. Na finał galopada, bo z taką sekcją nie można inaczej. Trzecia, najdłuższa piosenka – mimo braku niespodzianek muzyka wbija w fotel nawet najbardziej wytrawnego słuchacza. Muzycy znają się jak łyse konie (choć po prawdzie, w takim trio grają bodaj pierwszy raz!), zatem każdy pomysł skutecznie wprowadzają w stan realizacji. Zmiany tempa, metod frazowania, stylu improwizacji – raz za razem, w mgnieniu oka (i ucha). Wonderful! W okolicach 9 minuty, jakże piękny przystanek! Kontrabas drży, saksofon piszczy, perkusja zaś staje się na moment wielką orkiestrą talerzy. Rwane frazy Butchera, jakże wyrafinowane. Muzycy tak zwinnie się imitują, iż recenzent ma problemy ze wskazywaniem źródła dźwięku. Tempo jest tu pogrzebowe, zatem mnóstwo czasu na niuanse brzmieniowe. Edwards zrywa podłogę, prawdziwy nalot dywanowy! Butcher skowycze i woła na ratunek! Sanders i jego talerze w stanie rezonującego orgazmu! Soczysta dynamizacja - trudno o lepsze rozwiązanie dramaturgiczne w tej właśnie chwili! A Butcher, jak to ma w zwyczaju na każdej prawie płycie – znów jest w stanie zaskoczyć nowym dźwiękiem, czy barwą brzmienia! Czwarty, krótki numer, choć wcale nie relaksacyjny – kojenie nerwów po Piaskowym Tańcu (tytuł poprzedniego odcinka) idzie jak po grudzie, bo muzyków rozsadza energia kinetyczna. Urywane frazy, przepychanki, drobne swawole. Nieźle hałasują w ramach tego ukojenia. No i finalny, piąty fragment – znów jakby szczypta akustycznego noise & industrial! Globalny atak fonii! Doskonałe! Z kajetu recenzenta: ta płyta na ogół toczy się dość powoli, ale jest gęsta od emocji, leje się jak niestygnąca lawa. Improwizacja potrafi wręcz stanąć w miejscu, głęboko się zawiesić, by po chwili nieśpiesznie ruszyć w kolejną podróż. Sanders i Edwards są bardzo szeroko rozstawieni, pozostawiają dużo przestrzeni saksofoniście, a ten nie marnuje choćby chwili. No i to perfekcyjne brzmienie! Na ostatnie dźwięki, zwyczajowe wybrzmiewanie z detalami na gryfie i dyszach.




Raw

Miejsce zwie się Offene Ohren. Jesteśmy w Monachium, pod koniec stycznia 2015 roku. Na scenie trio smyczkowe pod nazwą własną Trio Kimmig-Studer-Zimmerlin oraz John Butcher. Pod względem instrumentalnym rzecz ma się następująco: skrzypce, kontrabas, violoncello oraz saksofon tenorowy naprzemiennie z sopranowym. Koncert podzielony na cztery odcinki (wypauzowane), potrwa czterdzieści pięć minut i tyleż sekund. Dostarcza Leo Records pod tytułem Raw (2016).

Suchy saksofon i iskrzące się trzy strunowce – to punkt wyjścia do niezwykłej przygody akustycznej, która wiedzie trzech muzyków, osadzonych we współczesnej kameralistyce, na manowce istotnie uwolnionej improwizacji. A przewodnika mają prawdziwie diabelskiego! Komórkowa narracja, pytania i odpowiedzi, celne riposty i soczyste niedopowiedzenia. Artystyczny konsensus osiągnięty zostaje ledwie po kilku minutach dźwiękowych przymiarek. Jakby całe życie tylko razem, we czterech muzykowali. Improwizowana kameralistyka na styku z pro-jazzowym saksofonem. Zmiany tempa, trybu narracji, splatają się ze sobą i udanie konweniują. Muzycy lubią ciszę i zadumę, nie stronią jednak od ostrych dźwięków na krawędziach swoich instrumentów. Akcenty zawahania, tłumione emocje i wewnętrzny ogień piekielny. Walka przeciwieństw z dobrym efektem dla skupionego odbiorcy. W 12 minucie startuje drobna eskalacja pod dyktando Butchera. Strunowce nie mają jakichkolwiek problemów poznawczych. Baa, nawet potrafią przejąć inicjatywę. Fragment drugi zaczyna się złowieszczą ciszą. Rodzaj sonorystyki, która nabiera barw z upływem czasu. Taniec na strunach i dyszach, w wysokim rejestrze. Ptasia artykulacja na kontrabasowym stelażu. Wytrawne, czerwone wino! A galopada na finał, przepyszna! Trzeci interwał toczy się wedle podobnego scenariusza, co poprzednie. Suche sonore saksofonu na tle perkusyjnych strun w stanie drżenia. John sięga po sopran, a to dobrze wróży tej improwizacji. Dużo kreacji na strunach, nie mało emocji w wąskiej tubie dęciaka. Modulowany sound jako zaskoczenie. Sporo dźwięków w oparach ciszy, choć swąd eskalacji snuje się po sali koncertowej. Jednak ostatnie sekundy iskrzą emocjami i ładunkiem fonii. Gwałtownie, raptownie, dotkliwie! Czas na finałowe 5 minut tego koncertu. Start wprost z gryfów strunowców, czystym tembrem, a tuż obok nieco zawadiacki tenor. Opowieść snuje się minimalistycznie, sound by sound. Szczypta oniryzmu spod smyczków, pięknych, zrównoważonych emocjonalnie pasaży i mikroetiud. Saksofon też jakby płynął po wezbranej rzece. Ostatni dźwięk nie pozostawia złudzeń, co do wartości tej rejestracji. Wyśmienite! Delicious!




Nightingale/ Nachtigall

Jakże trafna ptasia konotacja zawarta w tytule płyty! Skowronek w rozkwicie! Baa, nawet trzy skowronki. Ale do rzeczy: Antwerpia, dwa dżdżyste, marcowe dni w Belgii, w roku 2013, okoliczności studyjne. Trzech muzyków. Dwaj weterani, mistrzowie gatunku z Anglii – Paul Lytton na perkusjonaliach i John Butcher na saksofonie tenorowym i sopranowym oraz skromny aspirant z tejże Antwerpii – Joachim Badenhorst na klarnetach i saksofonie tenorowym. Osiem fragmentów z tytułami, 47 minut i krążek Nachtigall. Wydawcą jest Klein Records, label założony przez ostatniego z muzyków, właśnie na potrzeby wydania efektów fonograficznych sesji z dumnymi synami Albionu (2013, numer katalogowy 001). A w środku prawdziwie ptasia eksplozja!

Zaczynamy od trzyczęściowej suity! Burczenie, syczenie, cmokanie, smoła w ustach. Dwa dęciaki na przeciwległych flankach i żywe, jak srebro, perkusjonalia po środku. Prawdziwie owadzi świat improwizacji! Mikroeskalacje na skrzydłach, motyle i świerszcze. A Lytton chytrze dynamizuje poczynania Butchera i Badenhorsta. Czyni to w zasadzie od pierwszej do ostatniej minuty. I to jak! Noże i widelce, szczotki, mopy i chusteczki jednorazowe! W międzyczasie pyskówka dęciaków i świetna puenta klarnetu. Drugą część suity stempluje klarnet, czyniąc próby melodyzacji tej wciąż filigranowej improwizacji. Wygładzanie kantów, wytłumianie emocji. Rozszerzone techniki artykulacji ze strony Butchera – dodaje bystry recenzent! A Lytton tworzy dynamiczne sytuacje na potęgę! Skutek? Kolektywna eskalacja, niczym czołg. Trzeci utwór zaczyna się introdukcją perkusjonalną, w którą wkleja się Butcher na sopranie, mając melodię między zębami. Badenhorst powraca w czwartej minucie i szorstko imituje starszego kolegę. Czwarty odcinek – aż gęsto od dźwięków! Ale wszystkie one lekkie, swobodne, akustycznie drobne w dotyku. A Lytton podpowiada, inspiruje. Wiedzie pozostałych na pokuszenie dynamiką swoich działań. A oni, gdybyście zapytali, bardzo subordynowani, ale równie kreatywni. W piątym, szóstym i siódmym fragmencie (wszystko to miniatury) znów perkusjonalista tyczy szlak bojowy. Na flankach konkurs piękności. Kto zagra ładniej dla oka, piękniej dla ucha. Sonorystyczne wzmagania. Rodzaj suchej ballady free improv. Od ciszy do głośnych ekspozycji. Świetny tembr Joachima, niegorszy Johna, choć bardziej … perkusjonalny. Wreszcie dziewięciominutowy finał – dęciaki delikatnie się imitują. Lytton stawia im stemple na czole i pyta o pogodę. Szczypta udanego kolektywizmu w trybie bezmelodyjnym. Ach, te suche dysze! Spokojna narracja, pojedyncze, intrygujące dźwięki na bokach. I znów ten szaleniec Lytton! Czym byłaby ta płyta bez jego permanentnego stawiania na baczność kolegów, pozostanie pytaniem retorycznym. Na finał powraca klarnet basowy i komentuje wyczyny starszych (ci śmiało mogą się rewanżować szerokim wachlarzem komplementów - Joachim brnął przez to nagranie na pełnych prawach!). A galopada na ostatniej prostej, to już tylko wyjątkowo udana puenta całej, jeszcze lepszej płyty!



Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań!


*) ang. Ostatnie marzenie surowego skowronka – oczywiście ten tytuł brzmi nonsensownie, ale jest przecież językową zbitką tytułów płyt, recenzowanych w tej opowieści.