Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tristan Honsinger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tristan Honsinger. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 sierpnia 2021

Cecil Taylor Quintet shows how to Lifting The Bandstand! *)


Amerykański pianista Cecil Taylor, w opinii wielu najważniejszy muzyk tego instrumentu w historii free jazzu, stał się artystą europejskim bodaj w roku 1988. Wtedy to, na zaproszenie FMP Production, spędził w Berlinie okrągły miesiąc i nagrał pewnie tuzin płyt z muzykami europejskimi. Dobrze się czuł w Europie, a że od początku miał tu status półboga, jego współpraca z muzykami europejskimi kwitła także w kolejnych latach. W dekadzie lat 90. miał po tej stronie Atlantyku nawet swoje working bandy, a przynajmniej jeden, ten, który spotykamy na najnowszej płycie Taylora, wydanej całkiem niedawno przez krajową Fundację Słuchaj!, która w kręgach anglojęzycznych bywa już nazywana skrótowo FSR Records.

W bardzo demokratycznym kwintecie, którego sam Taylor nazywał ponoć Bandem, spotykamy dwóch Niemców (Tristana Honsingera - wiolonczela i Paula Lovensa - perkusja) oraz dwóch Finów (Harri Sjöströma – saksofon sopranowy i Teppo Hauta-Aho – kontrabas). Każdy z tych muzyków jest dziś – na różnym poziomie intensywności – legendą gatunku, zatem premierowa prezentacja pewnego koncertu tegoż kwintetu z końca lat 90. ubiegłego stulecia musi stanowić prawdziwy rarytas pośród free jazzowych publikacji początku 2021 roku.

Muzyków zastajemy w przedostatni dzień października 1998 roku na fińskim zlocie jazz fanów, zwanym Tampere Jazz Happening. Płyta Lifting The Bandstand (tytuł, to cytat z wypowiedzi Steve’a Lacy, zachwyconego jakością kooperacji w ramach tegoż składu) jest pełnym zapisem koncertu – wstępnych, niemal slapstickowych zabaw głosowych, części zasadniczej koncertu, pierwszej burzy oklasków, dwuminutowego encore i wyciszonej, drugiej burzy oklasków. Całość podana w jednym traku trwa blisko 76 minut.

 


Kabaretowa zabawa na pięć głosów męskich i przypadkowe dźwięki percussion trwa tu niemal sześć pełnych minut. Wtedy to z uroczego chaosu sytuacyjnego wyłania się wiolonczela, która zaczyna urokliwie piłować struny. Reszta muzyków pozostaje jeszcze przez moment w stanie wybudzania. Wejście w fazę formowania narracji właściwej ogłaszają czarne klawisze piana, a zaraz potem pierwsze dźwięki saksofonu sopranowego. Od lewej słyszymy zatem: fortepian, wiolonczelę, perkusję, kontrabas i saksofon! Kwintet ludowej demokracji pod światłym przewodnictwem pianisty rozpoczyna swoje free jazzowe życie estradowe! Free Cecil Dance with Good Companies płynie szerokim strumieniem, do którego każdy z muzyków dokłada symboliczne 120% mocy i kreatywności!

Wraz z wybiciem 20 minuty mamy pierwsze, ledwie dostrzegalne wystudzenie emocji i zejście w okolice free chamber, głównie za sprawą wyjątkowo aktywnej, wręcz nadpobudliwej wiolonczeli. Przez moment ów post-barokowy flow tłumi nawet temperament Cecila! Ten ostatni wznosi jednak okrzyk i zawraca kwintet na jedynie słuszną drogę free jazzowej galopady. Odnotujmy także pierwszych kilka chwil bez saksofonu (muzyk będzie tak czynił from time to time, z dużą wszakże konsekwencją). Pod koniec trzeciej dziesiątki minut pióro recenzenta nie może nie odnotować masywnego expo Lovensa, czynionego w trakcie gry pełnym składem, zatem naprawdę ekspresyjnego. Po kolejnym zdjęciu nogi z gazu muzycy serwują nam przecudny moment w duecie – piano i perkusja. W ułamku sekundy dołącza do nich kontrabas, być może pracuje też cello, ale w tumulcie emocji nie jesteśmy tego pewni. Po chwili wraca też saksofon i efektownie śpiewa, mimo dość głośnego akompaniamentu pozostałych kolegów.

W 40 minucie tym, który gasi ekspresyjną narrację jest sam pianista. Kilka masywnych uderzeń i flow schodzi na kolanach niemal do poziomu samotnej wiolonczeli. Znów świetny moment odnotowuje Lovens, a barwa brzmienia saksofonu intrygująco zbliża się do tego, czym zwykł nas zachwycać sam Steve Lacy. Po kolejnych kilku minutach, znów na zaciągniętym ręcznym, bodaj najpiękniejszy fragment koncertu – wystudzone piano płynie swobodnie na podkładzie dwóch strunowców traktowanych arco i pizzicato. Powrót saksofonu, to moment na równie efektowne duo dęciaka z wiolonczelą. Kameralny nastrój nie trwa jednak zbyt długo, mistrz Cecil jest bowiem niezwykle czujny pod względem dramaturgicznym.

Czarno-białe piano wrzuca tryb gęstej galopady, a nam pozostaje jedynie nadstawiać uszu. Kwintet na szóstym biegu dobrze łechta nasze zmysły, ale można odnieść wrażenie, iż muzycy grają wciąż to samo. Rotują poziomem intensywności, nie zaś metodami pracy. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego, wszak egzystujemy tu w ramach stuprocentowego free jazzu! Opowieść, która odnotowuje coraz krótsze momenty spowolnienia (w trakcie jednego z nich kontrabas gra smyczkiem!) prowadzi nas autostradą emocji do 63 minuty, gdy narracja gaśnie znów niemal do poziomu gołej wiolonczeli. Pojawia się głos pianisty, który zalotnie pokrzykuje, a w rolę akompaniatora dobrze wkleja się Lovens, tu na wyjątkowo delikatnym percussion. Muzycy zaczynają fazę drobnych, urywanych fraz dodawanych przez kolejne instrumenty, zaczynają się też delikatnie przedrzeźniać, by wraz z wybiciem 70 minuty śmiało przejść do kabaretowych igraszek, które znamy z początku koncertu. Muzyka gaśnie niemal równocześnie z nastaniem burzliwych oklasków. Na dwuminutowe encore wraca tylko Taylor i Lovens, w sumie … tylko Taylor. Piętnaście sekund po wybiciu 75 minuty koncert kończy się definitywnie.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, onegdaj, minionej wiosny

 

 

 

poniedziałek, 25 lipca 2016

Daunik Lazro – francuski łącznik


Daunik Lazro, wybitny francuski saksofonista wolnej muzyki improwizowanej, kolejna być może ofiara dominacji kultury anglosaskiej we wszechświecie (bo permanentnie niedoceniany przez całą swoją muzyczną przygodę, trwającą ponad cztery dekady), trafił już na te łamy przy okazji omawiania trzech genialnych kwartetów jego nieco młodszej koleżanki znad Sekwany, Joelle Leandre. Na zapowiadane wtedy kilka słów o nim i jego muzyce przyszedł dziś odpowiedni moment.

Dyskografia autorska muzyka, urodzonego 71 lat temu w Chantilly, nie jest nadmiernie rozbudowana. Znacząca jej cześć powstała z udziałem improwizujących rodaków i wydana została we Francji. O kolaboracjach z Leandre (choćby Paris Quartet i Madly You) już pisałem, warto także wspomnieć o niejednokrotnych spotkaniach z wyjątkowym francuskim sopranistą Michelem Donedą i takimż portugalskim skrzypkiem Carlosem Zingaro. Jeśli chodzi o świat anglosaski, częstym partnerem Daunika bywał Joe McPhee. Osobiście po raz pierwszy usłyszałem tembr jego saksofonów w trakcie zwarcia trzech instrumentów dętych, drewnianych, na krążku bez tytułu, który dwadzieścia lat temu wydała oficyna Vand’Oeuvre – wraz z Lazro dmuchali na niej, wspomniany przed momentem McPhee i Evan Parker.

Dziś szerzej zajrzymy na dwa wydawnictwa już z bieżącej dekady (ich wspólną cechą kosmiczna jakość muzyki tam zawartej), a także rzucimy okiem i uchem na trzy starsze krążki, które z jakichś względów warto dziś uznać na wysoce interesujące.


Promieniowanie niepozbawione sensu

Zacznijmy od wydanej dwa lat temu płyty Sens Radiants (Dark Tree Records). To swoiste międzypokoleniowe spotkanie trzech znamienitych francuskich improwizatorów. Najmłodszy z tego grona, aktywnie muzycznie dekadę z okładem, kontrabasista Benjamin Duboc, dekadę starszy perkusista Didier Lasserre i nasz weteran, od połowy lat 70. aktywny na scenie free, Daunik Lazro, tu jedynie na saksofonie barytonowym. Wspomniany krążek jest dokumentacją fonograficzną koncertu, jaki odbył się 20 września 2013r. w na festiwalu Ecouter pour I’Instant w Le Fliex, Francja. Przy okazji nagranie z oklaskami jest muzyczną kontynuacją pierwszego spotkania tego tria, w okolicznościach studyjnych, w sierpniu 2010r., które swój wyraz wydawniczy odnalazło na krążku Pourtant Les Cimes Des Abres (Dark Tree Records, 2011).






Nie mam w zwyczaju, recenzując jakąkolwiek płytę, rozpoczynać od porównania do znanego już zespołu, czy nagrania. Ale w wypadku tria Lazro-Duboc-Lasserre, nie potrafię się powstrzymać, by nie porównać ich muzyki do dokonań legendy free improvisation, angielskiej formacji AMM! Oszczędna w środki wyrazu, skupiona, chwilami minimalistyczna improwizacja trzech muzyków niezwykle silnie wyczulonych na pojedyncze interakcje, potrafiących także budować oniryczny klimat, a nawet transową narrację, operując przy tym zwartymi i przeplatającymi się wzajemnie plamami dźwięków. Perkusista funkcjonujący w trakcie koncertu na sporym pogłosie (nie znam miejsca, zatem nie wiem, czy to efekt zamierzony, czy jedynie zastana rzeczywistość), często operuje pałkami na glazurze talerzy, niczym Eddie Prevost, potrafi też napędzać kolegów nieoczywistym rytmem, czy nawet jego sugerowaniem. Saksofonista działa z zaplecza, często milknie na długie minuty, by powrócić w absolutnie kluczowym momencie i zdynamizować improwizację (uwaga! tu potrafi być głośno i drapieżnie, choć nie są to charakterystyki dominujące w muzyce tria). Ciekawie wykorzystuje sonorystycznie swój baryton, grając chwilami w naprawdę wysokich rejestrach, jawiąc się kolorystą dużego formatu, przy okazji nie po raz pierwszy, udowadniając wysokie kompetencje. Wreszcie kontrabasista, zdaje się w tej zabawie jednak postacią centralną i to nie tylko z uwagi na miejsce, z którego dociera do nas tembr jego instrumentu, niski, mocny i nieznoszący sprzeciwu. Dużo gra smyczkiem, budując przy tym klimat swoistego niepokoju i nieprzewidywalności, lubi ostro tym smykiem uderzać w gryf instrumentu, czym nadaje całej improwizacji siłę wyrazu i jakość przekazu. Muzyka całego trio, korzystając z amm-owskiej podpórki… trwa i jest to jedyny niezaprzeczalny fakt, jeśli chodzi o jej percepcję.

Płyta studyjna składa się z czterech fragmentów o różnym poziomie intensywności gry, koncert zaś jest nieprzerwanym, ponad 55-minutowym ciągiem dźwięków. Wydane we Francji, w małej oficynie o niebogatym dorobku, Dark Tree. Jeśli gdziekolwiek da się kupić te krążki, zróbcie to koniecznie.




Pod wpływem Kurary

Czas na niezwykłe spotkanie trzech fascynujących postaci – francuskiego, eksperymentującego gitarzysty Jean-Francois Pauvorsa, doskonale nam znanego free drummera Rogera Turnera i bohatera dzisiejszej opowieści, tu z rurą barytonową i altową. Na krążek Curare (NoBusinness Records, CD/LP 2011) złożyły się dwie okoliczności koncertowe – pierwsza w znanym klubie Instant Chavires w roku 2008, druga w trakcie festiwalu Jazz en Franche-Comte, dwa lata później. Intrygujące spotkanie lekko wycofanego saksofonisty, ekspresyjnego gitarzysty (wszakże bez specjalnych doświadczeń w zakresie improwizacji o choćby odrobinę jazzowych korzeniach) i perkusjonalisty kameleona, który odnajdzie się w każdych okolicznościach estradowych. Pauvros, facet o wyglądzie wychudzonego Williama Burroughsa w długich włosach, trzymając swe różne gitary w ręku, nie ma żadnych ograniczeń w sposobie gry i doborze środków wyrazu. Wyobraźnia miota nim po scenie, a my możemy tylko konstatować, co pewien czas: ja bym na to nie wpadł… Raz brzmi jak Joe Morris, innym razem stosując technikę slajdową, ślizga się i płynie po gryfie umoczonymi palcami, niczym bluegrassowy wyjadacz. Gdy sytuacja w procesie improwizacji tego wymaga, zamienia się w gitarzystę basowego i napędza całe trio, niczym silnik atomowy. Stanowi bezsprzecznie inspirujący dysonans estetyczny i stylistyczny dla pozostałej dwójki muzyków. Lazro na początku całej zabawy czai się jak tygrys na żerowisku, nieco ustępuje pola gitarzyście, ale to efekt zamierzony i dramaturgicznie uzasadniony. Gdy przyjdzie jego moment, barytonem wydzierga marszrutę improwizacji dla całej załogi, a groteskowość sytuacji scenicznej podkreśli komentarzem gardłowym. Zgrabnie dyscyplinuje szaleństwo koncertowe, pyskatym i śpiewnym altem. Gdy improwizacja przebiera bardzo skupiony charakter, gdy wydawanie dźwięku przypomina wyciskanie soku z nadgniłej cytryny, jest królem tego rytuału i jedynym sprawiedliwym. Turner jest wszędzie, w każdym momencie podkreśla tupaniem wyczyny kolegów i dynamizuje w ujęciu dramaturgicznym całą improwizację. Pod koniec nie zabraknie też szczypty psychodelii (Lazro palcuje jak Coltrane, to chyba przypomina jedną z jego kompozycji!) i onirycznego pląsania na finał.
Kurara, indiańska trucizna do smarowania grotów strzał. Trafiony, zatopiony!





Starsze incydenty, personalnie różnorodne

Cofnijmy się w czasie o blisko dwie i pół dekady. W dyskografii Lazro niewiele jest pozycji, w których jest on głównym podmiotem wykonawczym (poza sporadycznymi ekspozycjami solowymi). Tu – wyjątek potwierdzający regułę. Podwójna winylowa płyta Daunik Lazro Sweet Zee (Hat Art, 1985), niestety do dziś niewznowiona na nośniku cyfrowym. Pierwszy krążek, to fantastyczne, prawdziwie rozwichrzone free improv w pasjonującym personalnie kwartecie – dwaj faceci odpowiedzialni za niskie częstotliwości, Tristan Honsinger (wiolonczela, głos) i J.J. Avenel (kontrabas), wyjątkowy Toshinori Kondo na trąbce (także głos) i Lazro na saksofonie altowym. Blisko trzy kwadranse improwizacyjnego szaleństwa o brudnym soundzie i piekielnym, mimo braku perkusji, ładunku dynamizmu. Sweet Zee I i II, zarejestrowane na festiwalu jazzowym w szwajcarskim Willisau, w sierpniu 1983r. Drugi czarny krążek dzielą między sobą dwie formacje trzyosobowe. Najpierw alt Lazro zaplątany został między struny gitary Raymonda Boni i skrzypiec Carlosa Zingaro – ponad 23-minutowa perła precyzyjnej, acz śmiałej estetycznie improwizacji (koncert na Sens Music Meeting, Francja, maj 1983r.). Na koniec kolejna formacja bez backgroundu rytmicznego – Joelle Leandre (kontrabas i głos), George Lewis (puzon z przystawkami), no i Lazro znów tylko na alcie. Tym razem aż pięć drobnych miniatur swobodnej improwizacji, godnych każdej naszej chwili do zmarnowania (rejestracja francuska ze stycznia 1984r.). Po odsłuchu całości można tylko zadać sobie pytanie, która z czterech stron Sweet Zee, uwiodła nas najbardziej. Pytanie jest cokolwiek retoryczne. Doskonała muzyka.

Ciekawym wydawnictwem jest płyta Periferia (in Situ, 1995), sygnowana przez demokratyczny kwartet w składzie – Daunik Lazro (alt, baryton), Carlos Zingaro (skrzypce, także w wersji elektrycznej), Sakis Papadimitriou (piano) i Jean Bolcato (kontrabas, głos). Każdy z muzyków przygotował na okoliczność spotkania w Vando’eure-Les-Nancy (kwiecień 1994r.) po dwie kompozycje, które zostały poddane kolektywnej, acz skupionej i wrażliwej na szczegół brzmieniowy improwizacji. Ciekawa okazja, by poznać muzykę Daunika w atmosferze zupełnie odmiennej od szaleństwa Słodkiej Zee.




Pozostańmy przy kontrabasie Bolcato i dodajmy doń perkusję Christiana Rolleta. Tych dwćch Panów doprosił Daunik Lazro (alt, baryton) do realizacji pomysłu, firmowanego trojgiem nazwisk, A.H.O And His Orchestra (Blue Regard, 1997). Znów na pulpitach studyjnych pojawiły się kompozycje każdego z muzyków (także Steve’a Lacy i Charlesa Tylera), które na wysokim poziomie kooperacji zostały nam podane w wersji silnie improwizowanej. Bardzo jazzowa propozycja, której wiele fragmentów granych jest unisono, a my możemy zachwycać się fantastycznym brzmieniem instrumentów i telepatycznym wręcz zrozumieniem muzyków. Piękna płyta!



Ps. Uwaga! Trybuna udaje się na zasłużone wakacje, w trakcie których nie planuje nowych publikacji (choć licho nie śpi..). Nowych zwariowanych opowieści o jeszcze bardziej zwariowanych muzykach oczekujecie po 15 sierpnia.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Company, czyli zacne Towarzystwo Pana Baileya


W ramach odkrywania niezbadanych lądów współczesnej muzyki improwizowanej, proponuję podróż po prawie dziś niedostępnych nagraniach, powołanej do życia artystycznego przez Dereka Baileya, formacji Company. Swoją uwagę skoncentruję na dźwiękach zarejestrowanych w drugiej połowie lat 70. ubiegłego stulecia.

Company, czyli rzeczone w tytule Towarzystwo, Derek Bailey powołał do życia w roku 1976. Jak sam to niezbyt zgrabnie określił, by swoje dotychczasowe doświadczenia w zakresie "swobodnie zaimprowizowanej muzyki" (freely improvised music) skonfrontować i rozszerzyć w gronie przyjaciół i muzyków, z wielu względów, także artystycznych, szczególnie mu bliskich.

A zatem wolna, swobodna improwizacja w trakcie spotkania zaprzyjaźnionych improwizatorów, przy kawie, herbacie, papierosie itd. (cenzura obyczajowa nie pozwala rozwinąć tego wątku). Zabawa, intelektualna gra, muzyczny pasjans.


Company, stadium początkowe

Początkowo idea Company funkcjonowała raczej w kameralnym zestawieniu. Bailey w kwartecie z Evanem Parkerem, Tristanem Honsingerem i Maartenem van Regteren Alteną (Company 1, maj ‘76), w trio z Anthonym Braxtonem i Evanem Parkerem (Company 2, sierpień ‘76), w duecie z Hanem Benninkiem (Company 3, wrzesień ’76), w końcu w kolejnym duecie - ze Steve’m Lacy (Company 4, listopad ’76). Wszystkie przywołane tu nagrania nie doczekały się jak dotąd edycji kompaktowej, a i same winyle chyba trudno kupić na legalu.


Company majowe, informacje porządkowe

Nagrania pod szyldem Company ukazywały się do końca lat 90. Nas wszakże w tym miejscu interesuje pewna sesja z maja 1977 roku, kiedy to powstały nagrania wydane pod numerami 5, 6 i 7.

Wtedy to, w ramach tzw. First Company Week, w Londyńskim The ICA spotkało się dziesięciu wybitnych improwizatorów. Reprezentujący zachodnią część półkuli ziemskiej, Amerykanie - Anthony Braxton (cl, fl, as, ss), Leo Smith (tp, fl), Tristan Honsinger (clo) i Steve Lacy (ss) oraz Ci z półkuli wschodniej, tu: europejskiej, Holendrzy - Maarten van Regteren Altena (b) i Han Bennink (d, vla, cl, bjo, etc.) oraz Brytyjczycy - Derek Bailey (el-g, ac-g), Evan Parker (ss, ts), Steve Beresford (p, tp) oraz Lol Coxhill (ss).

Realizatorzy (Nick Glennie-Smith i Howard Cross) zarejestrowali tony dźwięków i zapisali je na kilometrach taśmy. Wydano ostatecznie 18 fragmentów muzycznych (rejestracje z 25, 26 i 27 maja), na trzech płytach winylowych, które dzięki boskiej opatrzności znalazły się po latach na dwóch wydawnictwach CD (tu niestety okrojone o trzy utwory, dwa wcześniej wydane na części 6, jeden na części 7). Potem już tylko kilka karkołomnych zbiegów okoliczności i dwa srebrne krążki (zaledwie w formacie CD-R) wylądowały w odtwarzaczu Waszego recenzenta.

Winyle ukazywały się w pewnych interwałach czasowych. Najpierw wydano nagrania powstałe 26 maja. Na oceny przyjdzie czas w dalszej części tego omówienia, wszakże muszę od razu zaznaczyć, że w pierwszej kolejności wydano nagrania najlepsze, co jest – tak myślę - całkowicie naturalne. Domniemuję, że kolejne winyle ukazały światło dzienne w euforii odbioru wydawnictwa Company 5 (dla mnie osobiście - euforii bezdyskusyjnej). Ale to już fakty nieistotne i z dzisiejszej perspektywy trudne do weryfikacji.

I jeszcze szczypta statystyki – wśród rzeczonych osiemnastu fragmentów wolnych improwizacji (uwaga: każdy tytułowany inicjałami muzyków biorących udział w nagraniu!) mamy siedem duetów, pięć razy gramy w trio, są dwa kwartety, trzy kwintety oraz jeden septet. I to właśnie od niego zaczniemy omówienie ponad 100 minut wspaniałej muzyki nagranej w trakcie majowej trzydniówki, prawie czterdzieści lat temu w Londynie.


A teraz muzyka, czyli ... Company 5

 LS/MR/DB/TH/AB/SL/EP - otóż i rzeczony Septet w ponad 25-minutowym, kluczowym nagraniu analizowanej sesji. Cztery dęciaki kontra gitara, bas i wiolonczela. Ważny głos (Wadady) Leo Smitha - to ojciec chrzestny tego nagrania, on inicjuje i czuwa artystycznie nad przebiegiem wydarzeń. Choć to swobodna zabawa w dźwięki czujemy klasycyzujący, kameralistyczny stempel Smitha. Wyjątkowa muzyka.






SL/AB – dwa, trwające blisko kwadrans, duety Lacy’ego i Braxtona. Całkowicie pokojowa wojna na dwa soprany. Nikt tu nie wygrywa, może jedynie słuchacz w pozycji na kolanach. Kolejny dowód na to, że free improvisation może być piękne niczym dżdżysty, wiosenny poranek.

EP/TH/AB- wielki finał pierwszej edycji majowego Company, czyli Evan Parker i Anthony Braxton w konwulsyjnym dialogu, na tle ściany wiolonczelinowego dźwięku. Niespełna 8 minut muzycznego orgazmu. Dwa fragmenty gwarantujące całej majowej sesji miejsce w historii muzyki współczesnej.


... Company 6

LS/TH/AB/SL/MR – trwający blisko kwadrans fragment większej całości (światu wszakże nigdy nieudostępnionej w full wersji). Zgrabny kwintet, stanowiący estetyczne uzupełnienie Septetu z części 5. Znów (Wadada) Leo Smith w roli wodzireja i ciekawe wymiany zdań między saksofonistami. Wiolonczela i bas także mają tu sprawę na boku.

EP/HB/DB – muzykę tego tria, póki co, pozostawiamy w sferze domysłów, albowiem dostępna mi wersji CD nie zawiera tego fragmentu.




SB/MR/HB/LC – jak wynika z opisu wydawnictwa ten kwartet popełnił w trakcie majowego tygodnia kilka nie mniej zabójczych interwałów muzycznych, my jednak możemy posłuchać jedynie tego, 5 minutowego fragmentu. Czupurna przepychanka kilku pomysłów na zawładnięcie uwagą słuchacza i dźwięki wydawane gardłem (Beresford? Bennink?) jako puenta.

MR/SL – nagranie niedostępne w formacie CD

HB/AB/DB – znów fragment większej całości i Han Bennink - nie po raz ostatni – trafnie konstytuujący tezę, że wytrawny perkusjonalista zagra na każdym przedmiocie. Podobny stosunek do materii nieożywionej prezentuje tu Bailey, a Braxton wszystko oplata altowym komentarzem (choć jako intro proponuje najpierw subtelne fletowe pląsy). Muzyka powoli gęstnieje i nie czeka na oklaski. Perełka, jakkolwiek.

LC/TH/LS – Wiolonczela Honsingera w roli mediatora, a po obu stronach ringu wyciszone, acz zdolne do wszystkiego jurne dęciaki – Coxhill i Smith. Wojna ma jednak charakter pozycyjny, a Anglikowi chyba brakuje amunicji.


... Company 7

AB/EP – Panowie Parker i Braxton, jakby na przekór ogólnej tendencji charakteryzującej te nagrania (hałas piękniejszy jest od ciszy!), zapraszają raczej na spokojny spacer, w trakcie którego, przy świetle wschodzącego słońca, podziwiać możemy niuanse ich techniki improwizatorskiej….




TH/MR/SB/HB/DB – …. A powyższa chwila relaksu wyda się nam niezbędna w kontekście piorunującego kwintetu, która rozpali teraz laser naszego odtwarzacza! Han Bennink posiada w swoim muzycznym portfolio pewien spacer po lesie Szwarcwaldzkim (w towarzystwie Petera Brötzmanna), gdy szukał inspiracji do free jazzu pośród fauny i flory. Tu inspiracją jest przemysłowy hałas. Bodaj najgłośniejszy moment sesji. Muskularna muzyka, preparowana rzeczywistość industrialnej Anglii drugiej połowy lat 70. Koledzy z kwintetu też szukają natchnienia w jazgocie pędzących wózków widłowych, liniach przesyłowych i stacjach trafo. Znów fragment większej całości, ponad 10-minutowy.

SL/EP/AB/LC – sopranowy chór czterech wytrawnych wyjadaczy free (także tylko fragment większej całości, a szkoda). I konkurs dla słuchaczy – rozpoznajmy, który z muzyków odpowiedzialny jest za dany dźwięk. Szanse na wygranie marne, bo cały utwór nie trwa nawet 5 minut...

TH/LS – (Wadada) Leo Smith w duecie z wiolonczelą w bodaj najpiękniejszym fragmencie tej sesji, niestety niespełna 3-minutowym. Wpisać do kanonu lektur obowiązkowych, na pierwszej lekcji każdej szkoły muzycznej!

LC/AB/MR - nagranie niedostępne w formacie CD.

HB/LC//MR/TH – kwartecik w ramach żegnania się z majową muzyką Company. Bennink czaruje, Panowie od niższych częstotliwości kontrapunktują, a saksofonista próbuje...

EP/LS/DB – ot, i wspaniałe zwieńczenie sesji. Parker i Smith w towarzystwie gospodarza spotkania uroczą puentują improwizacyjne harce całego tygodnia zmagań (i znów protestujemy – to tylko drobny fragment wyczynów tego tria – szkoda!).


Puenta?

Niniejszym czynię obywateli Zjednoczonego Królestwa (w tym, w szczególności, bezpośrednich spadkobierców majątku pozostałego po śmierci Pana Dereka Baileya) osobiście odpowiedzialnymi za natychmiastowe wznowienie nagrań Company z lat 70., w formacie dostępnym dla większości sympatyków dobrej muzyki (edycje winylowe dla szaleńców wskazane!).

Tekst pierwotnie opublikowany na portalu diapazon.pl w roku 2009.