Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fred Lonberg-Holm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fred Lonberg-Holm. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 czerwca 2025

The Portuguese’ impro way of live: Na Parede! Uivo Zebra! Faustino! Motian & More! Lencastre & Flak! Garuda Trio & Pinheiro!


Dziś krótka zbiorówka z muzyką improwizowaną z ukochanej Portugalii. Przed nami sześć albumów, z których aż cztery zarejestrowano w słynnym klubie SMUP w podlizbońskim Parede. Dokładnie tyle razy pojawi się na omawianych płytach basista i kontrabasista Hernâni Faustino. Dodajmy, iż trzy z prezentowanych albumów są wydawnictwami Phonogram Unit, labelu prowadzonego przez samych muzyków, a jedno nagranie zostało upublicznione w Belgii, pod szyldem, który także doskonale kojarzymy.

Zaczynamy od dość kameralnej, ale intensywnej impro-dramy, w której bierze udział pewien amerykański wiolonczelista (acz osiadły w Lizbonie) i równie nam znany szwajcarski gitarzysta. Potem, jak to często bywa w portugalskich produkcjach, będzie dużo jazzu (nawet z kompozycjami legend gatunku), odrobina gitarowo-saksofonowej abstrakcji i krótki, acz dosadny set solowy na kontrabas. Wśród wykonawców bez zaskoczeń – wszyscy znamy się jak łyse konie. So, welcome to the portuguese impro way of live!



 

Zíngaro, Stoffner, Lonberg-Holm & Madeira Na Parede (4DaRECORD, CD 2025)

SMUP, Parede, marzec 2023: Carlos Zíngaro – skrzypce, Florian Stoffner – gitara elektryczna, Fred Lonberg-Holm – wiolonczela oraz João Madeira – kontrabas. Cztery improwizacje, 42 minuty.

Zaczynamy od nagrania, które zostało upublicznione dość szybko po jego rejestracji, ale jedynie w plikach elektronicznych. Na trwały nośnik trafia dopiero teraz i to jest doprawdy wspaniała wiadomość. Swobodnie improwizowana opowieść na cztery instrumenty strunowe, to bowiem album wyśmienity.

Delikatne introdukcje z błyskiem post-baroku, deformowanego kreatywnością i pokrętną melodyką, kreślone są tu zarówno czystymi frazami, jak i tymi skąpanymi w błocie preparacji. Wszystkie, wyśmienicie unerwione, pozostają w stanie permanentnej interakcji. Trzy instrumenty akustyczne potrafią frazować w tak nieoczywisty sposób, brzmieć tak niecodziennie, iż w wielu momentach trudno jest wskazać, czy to dźwięk skrzypiec, wiolonczeli, czy wysoko zawieszonego, kontrabasowego smyczka. Niestandardowa gitara elektryczna buduje, co oczywiste, intrygujący kontrapunkt, niekiedy dysonans, ale potrafi też idealnie wklejać się w akustyczne strumienie dźwięków. Muzycy płyną w potoku ciągłych zmian - od spokojnego spaceru zielonym wzgórzem, przez ogniste spiętrzenia, aż po mroczne medytacje w głębokiej krypcie. W drugiej improwizacji osiągają doprawdy imponujące tempo, a wiele akcji nasączonych jest zaskakującą dynamiką. Z kolei w trzeciej odsłonie, najdłuższej, bodaj najpiękniejszej, pozwalają sobie dokładnie na wszystko. Z jednej strony jednoczą się w chóralnym śpiewie, z drugiej jęczą pod ciężarem wyjątkowo kreatywnych preparacji. W szczególnie intensywnych spiętrzeniach ratunkiem zdaje się być melodia, którą jest w stanie generować każdy, a która nadaje improwizacji wręcz uloty wymiar. Finałowa opowieść, która początkowo zdaje się płynąć w chmurach, nabiera intrygującej dynamiki, po czym grzęźnie w mule nerwowej nostalgii. Tu wyjściem z impasu jest efektowne, pożegnalne spiętrzenie. Brawura, emocje, nieskończone pokłady ekspresji – wszystkie gaśnie w sposób równie zmysłowy, jak efektowny.



 

Uivo Zebra Deus Montanha (Phonogram Unit, DL 2025)

SMUP, Parede, styczeń 2021: Hernâni Faustino – bas elektryczny, instrumenty perkusyjne, głos, João Svayam – perkusja, instrumenty perkusyjne (także egzotyczne), głos oraz Jorge Nuno – gitara elektryczna, głos. Sześć improwizacji, 53 minuty.

Formacja Uivo Zebra dwie pierwsze płyty wydała w Polsce, w bocianiej inicjatywie wydawniczej. Teraz wraca pod portugalską flagą edytorską. W przeciwieństwie do poprzednich albumów muzyka tria intrygująco uspokaja się, artyści głębiej sięgają do psycho-rockowych medytacji, wielokrotnie płynąc pod prąd naszych oczekiwań i estetycznych skojarzeń. Efekt jest zaskakująco udany, co więcej Deus Montanha śmiało kandydować może do miana najlepszej płyty portugalskiego tria.

Początek albumu jest wręcz ambientowy, budowany czystym pasmem o syntezatorowym posmaku i tym brudnym, który ściele się po podłodze. W tle błyszczą tajemnicze perkusjonalia, a bas zaznacza swoją obecność flażoletami, z których po czasie kleci coś na kształt linearnej narracji. Perkusja i gitara biorą się do pracy dopiero pod koniec utworu, powodując, iż zakończenie się gęste i dość gorące. W drugiej części od startu zarysowany jest powolny rytm basu i perkusji. Gitara nie jest zainteresowana współuczestniczeniem, hebluje na boku i łyka coraz większe porcje kwasu. W drugiej części utworu pojawia się zaskakująca wokaliza, która wytrąca narrację z martwego marszu. W kolejnej odsłonie leniwy flow zdaje się trzymać artystów w gęstym mule. Prowadzi ich od mrocznej inicjacji wprost w smugę kosmicznego pyłu, który smakuje soczystą psychodelią. W czwartym utworze intensywnie pracują gitarowe przetworniki. Opowieść intrygująco pulsuje, nabiera kwasowej mocy i odpływa w niebyt niesiona perkusyjną pętlą. Otwarcie przedostatniej części spoczywa na etnicznie brzmiących perkusjonaliach. Gitara i bas stawiają na minimalizm, a rozkołysana opowieść pięknie ginie w mroku pogłosu. Finałowa improwizacja trwa ponad dziesięć minut i jest piękną, trzymaną na dramaturgicznym suspensie opowieścią pożegnalną – bas swobodnie pulsuje, gitara nabiera dubowej poświaty, a perkusja krąży nad nimi niczym sęp nad gnijącym trupem.




Hernâni Faustino Hide and Seek (Robalo Music, CD 2025)

Penh Asco Arte Cooperativa, listopad 2023: Hernâni Faustino – kontrabas. Jedna improwizacja, 25 minut.

Najsłynniejszy portugalski, improwizujący basista przesiada się teraz na kontrabas i prezentuje nam krótkie, acz nasiąknięte jakością i kreatywnością dzieło solowe. Jednotrakowe nagranie pokazuje pełne oblicze artystyczne Faustino, który równie dobrze czuje się w post-jazzowym pizzicato, jak i w abstrakcyjnym, niekiedy siarczyście melodyjnym arco.

Na starcie artysta pokazuje szeroką paletę swoich możliwości – jego brudny smyczek skacze po strunach, głaszcze je, uderza i poleruje, a on sam, raz za razem, owe struny szarpie palcem wskazującym. Także portfolio fraz silnie preparowanych jest tu bardzo bogate – struny skomlą, poddawane są bolesnym otarciom, a wszędzie wokół panoszą się strzępy zapomnianych melodii, szorstkich, matowych, dojmująco pięknych. Pudło rezonansowe potrafi cierpieć, a smyczek być ostrym jak brzytwa. Od swobodnej agresji po kompulsywną mozolność, od krzyku po odgłos mrocznej ciszy. Po sześciu minutach muzyk zapada się w tej ostatniej, po czym wynurza na powierzchnię soczystym, tanecznym post-barokiem, który natychmiast macza w gęstym oleju. Hernâni świetnie dawkuje tempo, odpowiednio porcjuje emocje i choć lubi zmiany, struktura jego opowieści jest dramaturgicznie stabilna. Nie brakuje w niej post-jazowych westchnień, filigranowych flażoletów, ale także wybuchów ekspresji i mrowia soczystych preparacji. W końcowej fazie nagrania, które jest koncertem, nie brakuje melodii granych obiema technikami. Samo zakończenie uformowane jest w dron, który odbywa drogę od minimalizmu do tanecznej, masywnej mięsistości.

 


 

Motian & More Gratitude (Phonogram Unit, DL 2025)

SMUP, Parede, styczeń 2022 (utwory 1-2), BOTA, Lizbona, marzec 2023 (3-5): José Lencastre – saksofon tenorowy, Pedro Branco – gitara elektryczna, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Sousa – perkusja. Pięć kompozycji (Thelonious Monk, Paul Motian), 53 minuty.

Portugalia kocha jazz! Wiemy to z niejednej opowieści. Tym razem bez dróg na skróty – jeden evergreen Monka i cztery kompozycje Motiana. Tematy, improwizacje, rozciągnięte niekiedy do nastu minut i kody. Rzecz definitywnie dla fanów gatunku, ale my, starzy wyjadacze free impro, śmiało możemy pochylić nad nią nasze zmęczone receptory słuchu. Zwłaszcza, że personalnie mamy tu prawdziwy kwiat portugalskiego jazzu i stylistyk pokrewnych.

Misterioso Monka szyte jest zgrabną synkopą, a nasączone dziarskim bluesem na każdym etapie narracji. Pierwszy z utworów Motiana muzycy rozciągają do dwóch dziesiątek minut. Saksofonowe otwarcie, dynamiczne rozwinięcie, a potem zejście w kameralny minimal z intrygująco wystudzonymi melodiami. Dobrze unerwiony finał sporo tu rekompensuje. Trzecią historię otwiera efektowne solo kontrabasu. Rozwinięcie znów jest dynamiczne, podane z zębem, a potem … ponownie zatopione w nieco przydługiej balladzie. W kolejnym Motianie króluje połamany rytmicznie blues. W ostatniej kompozycji muzycy pomieścili chyba najwięcej jakości. Opowieść osadzona jest w rytmie samby, gitarzysta gra soczystego rocka, a akcje pozostałych muzyków też noszą znamiona ekspresyjnych. Zdrowe emocje towarzyszą nam tu do ostatniej sekundy.




José Lencastre & Flak Cloudy Skies (Phonogram Unit, CD 2025)

Studio Alfarim, czas nieznany: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Flak – gitara. Czternaście utworów, 39 minut.

Pozostajemy w towarzystwie Lencastre’a, który tym razem swobodnie improwizuje z gitarzystą o pseudonimie Flak, którego znamy także z licznych eksploracji elektronicznych. Muzycy na albumie pomieścili aż czternaście opowieści, w większości sprawiających wrażenie fragmentów większych całości. Mnożą zatem wątki, nie brakuje im pomysłów, ale nagranie z pewnością byłoby bardziej interesujące, gdyby z owych czternastu opowieści wybrać 5-6 i ciekawie rozwinąć pod względem dramaturgicznym.

Lencastre jest definitywnie zwierzem jazzowym i pokazuje to na każdym kroku – lubi melodię, po frazy preparowane sięga rzadko, ale gdy już to czyni, mają one smak i są dobrze posadowione w strumieniu narracji. Flak jako gitarzysta wydaje się kolorowy, niczym dziecięcy kalejdoskop. Nie stroni od ambientu, na których sadowi intrygujące frazy, niekiedy preparowane, niemal elektroakustyczne, bardzo skromnie sięga po jazz, czasami blues, równie rzadko kieruje się w kierunku ekspresji rocka. Dobrze dba o dramaturgię, daleki jest od nadmiaru ekspresji, udanie kontrapunktuje melodyjnego saksofonistę. W tyglu 2-4 minutowych opowieści na rozwinięcie zasługiwałoby kilka z nich. Trzecia wprowadza elementy percussion, które budują ciekawy, gitarowy flow. W ósmej narracja ma dalece nerwową powłokę, a minimal gitary skonfrontowany jest z zadziornym dęciakiem. W dziesiątej części muzycy kreują opowieść ze strzępów fonii - najpierw imitują się, a potem niesieni melodią nabierają wigoru. W odcinku jedenastym frazują wysoko, dbają o tempo i hamują z piskiem opon. Wreszcie w opowieści dwunastej gitarzysta stawia na drobiazgi, flażolety, a saksofon cedzi frazy na efektownym wdechu.



 

Garuda Trio & Rodrigo Pinheiro Live at SMUP (A New Wave Of Jazz, DL 2025)

SMUP, Parede, marzec 2024: Hugo Costa – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Valinho – perkusja. Dwie improwizacje, 51 minut.

Na zakończenie krótkiej, portugalskiej zbiorówki kolejna porcja jazzu, ale tym razem w bardzo swobodnej, rozimprowizowanej formie, który w wielu momentach koncertu przybiera szaty godne free music. Funkcjonujące od pewnego czasu trio koncertuje tu z gościem, który po prawdzie powoli staje się już czwartym do brydża w tym układzie personalnym. Same gorące iberyjskie nazwiska, zatem wszelką introdukcję uznać należy za zbędną. Koncert składa się z dwóch wielominutowych opowieści, z których ta pierwsza trwa dwa kwadranse z sekundami.

Muzycy budują narrację kolektywnie, bazując na szorstkim brzmieniu saksofonu, zrównoważonym, niekiedy post-klasycznym strumieniu piana z klawiatury i dobrze unerwionej sekcji rytmu, którą niesie melodyjny drive basu, śmiało kojarzący się ze estetyką Williama Parkera. Kierunek drogi artystów zdaje się wskazywać na free jazz, ale de facto do stanu gorącej kipieli nigdy nie dochodzi. W roli strażnika emocji występuje tu nade wszystko pianista, który dobrze kontroluje emocje i często wprowadza narrację w bezmiar spokojnego, kameralnego frazowania, zapraszany do akcji przez saksofonistę, który lubi schodzić na drugi plan lub całkowicie milknąć. Szczególnie udane jest drugie kameralne interludium pierwszego seta, gdy akcja kwartetu niesiona lekkim pianem staje się delikatnie rozmarzona. Finał pierwszego seta jest wyłącznym udziałem kontrabasu i perkusji. Z kolei otwarcie drugiej części spoczywa na saksofonie i kontrabasowym smyczku. Narracja kwartetowa formuje się na dobre dopiero po pięciu minutach. Drugi set na etapie rozwinięcia wydaje się bardzo stabilny pod względem dramaturgicznym. Znów melodyjny drive basu, kontrolujące piano, zadziorny saksofon i ogarniająca dynamikę perkusja. Dodatkowe emocje na etapie finalizacji dostarcza powracający smyczek, który schodzi nisko na kolanach, łapie brud w szprychy i wiedze kwartet na finałowe zatracenie.



 

wtorek, 1 listopada 2022

The Festival Report! Siedemnaste Ad Libitum w dźwiękach i obrazach – Sonic & Visual! *)


Siedemnasta edycja Festiwalu Ad Libitum, który od zawsze kocha improwizację, a od kilku lat jest także otwarty na formuły muzyczne bardziej uporządkowane pod względem dramaturgicznym, wniosła do bogatej już historii imprezy obraz, jak pełnoprawny element scenicznej kreacji. Obraz oczywiście… improwizowany, będący efektem pracy artysty, ale też przetworzeniem wizualnym dźwięków, jakie na scenie Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie zostały nam dane ze strony artystów skupionych na improwizacjach fonicznych.

Impreza została po raz pierwszy rozbudowana aż do czterech dni festiwalowych, z niedzielną kodą, która przeniosła wszelkie ab libitumowe doświadczenia w nowej miejsce - do Promu Kultury na Saskiej Kępie.



Trzy pierwsze dni Festiwalu odbyły się wszakże w starym miejscu, w sprawdzonej w bojach formie trzech koncertów dziennie. Każdy z nich otwierał występ solowy, co zdaje się być dobrym pomysłem na inaugurowanie dnia pełnego szalonych, improwizowanych dźwięków. Początek czwartkowego wieczoru przypadł w udziale bułgarskiej skrzypaczce Bilianie Voutchkovej. Artystka często koncertująca w Polsce rozpoczęła swój set nieco konceptualnie, szukała intrygujących fraz i nieoczywistych dźwięków, preparując brzmienie swego instrumentu. Po pewnym czasie wpadła jednak w urokliwie taneczny trans i bez najmniejszego trudu kupiła sobie przychylność publiczności. Może jedynie szkoda, iż jej występ nie trwał nawet dwóch kwadransów.

Kolejny festiwalowy set był gratką dla fanów swobodnej improwizacji, która tkwi korzeniami we free jazzie, ale także bez trudu łapie zmysłowe konotacje z wolną kameralistyką. Georg Graewe na fortepianie, Frank Gratkowski na klarnetach i saksofonie altowym oraz Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli wspieranej delikatną elektroniką, zgodnie z tytułem ich pierwszej płyty (wydanej prawie 20 lat po nagraniu!), zabrali nas do urokliwego świata Trójlinearnej Polaryzacji. Każdy z artystów (na zdjęciu powyżej) dołożył tu cegiełkę do obrazu wyśmienitej, jakże kolektywnej improwizacji, która balansowała pomiędzy kompulsywnym post-free jazzem, a stonowaną, bazującą na niuansach brzmieniowych narracją.

Ostatni koncert pierwszego dnia zdecydowanie przeniósł nas do festiwalowej sfery visual. Edyta Jarząb i Maciej Wirmański – przy użyciu wielu elektroakustycznych i wizualnych narzędzi - zaproponowali dalece konceptualny performance, w trakcie którego więcej pracy miały nasze oczy niż tęskniące za fonią uszy.



Start piątkowego wieczoru, to znów występ solowy. Tym razem Robert Jędrzejewski na wiolonczeli i niekiedy dość rozbudowanej elektronice. Muzyk komentował akustyczne frazy swego strunowca zarówno przygotowanym na laptopie materiałem, jak i działaniami live processing, czyli elektronicznymi dekonstrukcjami fraz granych na żywo. Wszystkie elementy spektaklu intrygująco się zazębiały, tworząc spójną i niebanalną improwizację.

Tymczasem improwizacją, która sięga także po atrybuty wizualne był tego dnia drugi koncert. Po raz pierwszy na scenie spotkali się: Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej, Olgierd Dokalski na trąbce oraz obsługujący live electronics i wizualizacje Adam Frankiewicz. Trzeba przyznać, iż był to zdecydowanie najlepszy koncert spośród tych, które reprezentowały festiwalową ideę Sonic & Visual. Bystre, chwilami naprawdę efektowne, żywe improwizacje ze strony preparowanej gitary i delikatnie dekonstruowanej trąbki były tu świetnie wspierane nienachalną, plastyczną elektroniką i obrazem, który był naturalną konsekwencją dźwięków produkowanych przez wszystkich artystów obecnych na scenie.

Final dania drugiego był już w pełni akustyczny i zupełnie niewizualny w rozumieniu głównej idei festiwalu. Czterech wyjątkowej klasy artystów (na zdjęciu powyżej), cztery akustyczne instrumenty i intrygujące, ale statyczne oświetlenie: Elisabeth Harnik na fortepianie, Harri Sjöström na saksofonie sopranowym i sopranino, Wilbert De Joode na kontrabasie oraz Dag Magnus Narvesen na perkusji. Muzycy, którzy w takiej konfiguracji personalnej chyba nigdy ze sobą nie grali, zaprezentowali set wyjątkowej improwizacji. Bardzo kolektywnej, świetnie zbudowanej pod względem dramaturgicznym, perfekcyjnie płynącej od wytłumionych, preparowanych mikro improwizacji do strzelistych erupcji niemal free jazzowej mocy. Nam, pośród publiczności, pozostało jedynie spierać się, który z muzyków zrobił na nas największe wrażenie. I tu każdy miał swojego faworyta. Niżej podpisanemu szczególnie przypadł do gustu holenderski kontrabasista, który rewelacyjnie stymulował do pracy perkusistę, tudzież komentował grę saksofonisty i pianistki, niemal jednocześnie stosując technikę arco i pizzicato.



 

Festiwalowa sobota została zaprogramowana równie interesująco. Najpierw dwa sety z elektroniką i wizualizacją, a potem już prawdziwe trzęsienie ziemi, bez wątpienia dla wielu najważniejszy punkt festiwalu. Ale po kolei – najpierw ukraiński elektronik Myroslav Trofymuk. Artysta budował swoją ekspozycję niczym domek z kart, powoli, z niebywałą precyzją. Muzyk zaczął w chmurze lekkiego ambientu, potem nabrał masy i różnorodności, by przez drum’n’bassową strefę dotrzeć do fazy finałowej, która zdawała się komentować trudną rzeczywistość dnia codziennego. Drugi set dnia, to trio: Michael Fischer – saksofonowy feedback zanurzony w analogowej elektronice, Franciszek Araszkiewicz – live electronics oraz Aleksander Janicki – projekcje wideo, live electronics. Ten epizod festiwalowy miał wiele twarzy. Dużo dobrego wnosił do narracji saksofon, który pracował niczym akustyczne źródło dźwięków podłączone do elektronicznych przetworników, sam muzyk zaś dość rzadko sięgał po tradycyjne metody gry na instrumencie dętym. Pozostała warstwa elektroniczna koncertu często płynęła nisko posadowionymi dronami, chwilami wydawała się odrobinę przegadana i zbyt chaotyczna. Ale jako całość set z dużą swobodą zniósł wszelkie ambiwalencje części publiczności.

Czas na sobotę i okolice godziny dwudziestej pierwszej. Na scenie formacja The Croaks w składzie trzyosobowym (na zdjęciu powyżej), ale z bardzo rozbudowanym instrumentarium: Martin Klapper - amplifikowane obiekty i zabawki, mała elektronika, Martin Küchen – sopranino, saksofon sopranowy, rezonujący werbel, metalowe obiekty oraz Roger Turner – perkusja, małe talerze, metalowe i plastikowe obiekty. Peak wieczoru, szczyt festiwalu, nazwijmy to, jak chcemy. Intensywna, elektroakustyczna, niekiedy wręcz post-industrialna improwizacja, genialnie skomunikowana, wielobarwna, zaskakująca dźwiękiem i formą niemal na każdym etapie dwuczęściowego koncertu. A w środku 76-letni Turner, który nie przestaje zadziwiać – poziomem kreatywności, umiejętnością współpracy w grupie i wciąż doskonałą kondycją fizyczną i intelektualną. Wybitny koncert, któremu zabrakło może jedynie lepszego nagłośnienia niebywałych rzeczy, jakie wykonywał Küchen – Szwed byłą po prawdzie małą orkiestrą, która gra krzykliwego marsza z atomową intensywnością.

Finał siedemnastej edycji Ad Libitum odbył się w niedzielę na wspomnianej już Saskiej Kępie. Yannis Kyriakides i Konrad Smoleński w instalacji audiowizualnej Trackers z udziałem grupy warsztatowej w składzie: Zofia Ilnicka – flet, Piotr Chęcki – saksofon, Jakub Paulski – gitara, Robert Jędrzejewski – wiolonczela, live electronics oraz Franciszek Pospieszalski – kontrabas. Mroczna, zadumana, wizualna i dźwiękowa podróż, w której nie uczestniczył już niżej podpisany, ale która w ocenie innych była pięknym podsumowaniem wyjątkowo udanej – pod każdym względem – edycji festiwalu.


*) tekst pierwotnie opublikowany na portalu jazzarium.pl



wtorek, 25 października 2022

Georg Graewe, Frank Gratkowski & Fred Lonberg-Holm! Trilinear Polarity! *)


Trzech muzyków, dwóch Niemców i jeden Amerykanin, zagrali na początku bieżącego millenium koncert, którego dokumentacja fonograficzna, jak wiele przejawów ludzkiej aktywności w dziedzinie muzyki improwizowanej, wylądowała w szufladzie jednego z nich (a być może także w klubowych archiwach pewnego renomowanego klubu w niemieckiej Kolonii).

Po latach jakiś dobry duszek odnalazł taśmę, odsłuchał i oniemiał…. Tak dobre wydało mu się to nagranie! Muzycy dość szybko orzekli, iż materiał należy wydać, a ów fakt podsumować koncertami w trio, które w dotychczasowej historii ludzkości zagrało tylko ten jeden raz, niemal dokładnie 18 lat temu. Zauważmy, iż duża część tej intrygi dzieje się w Polsce - krążek dostarcza krajowa Fundacja Słuchaj!, a jej zbrojne ramię zaprasza trio na nadchodzący w tym tygodniu, warszawski Festiwal Ad Libitum.

Ot, cała historia i jakże wspaniała muzyka – Panie i Panowie, Georg Graewe, Frank Gratkowski i Fred Lonberg-Holm!



 

Pierwsza opowieść wieczoru zdaje się mieć wyjątkowo przemyślaną dramaturgię. Zasadniczą metodą pracy artystycznej jest tu oczywiście improwizacja, ale ciekawie ustrukturyzowana. Na początek fortepianowe zagajenie, pod które podłącza się klarnet kontrabasowy, płynący gęstym, ale ulotnym, jakże braxtonowskim tembrem. Wiolonczela wchodzi do gry po prawie trzech minutach, ale zostaje niespodziewanie sama na scenie. Po chwili powraca piano i mamy kolejny duet. W połowie siódmej minuty powraca klarnecista (w jego dłoniach najlżejsza odmiana instrumentu!) i dopiero wtedy po raz pierwszy słyszymy trio w pełnej krasie. Ale też tylko na chwilę, bo piano znów robi sobie małą drzemkę. Zakończenie utworu płynie już dość spokojnymi, kameralnymi frazami, rozsyłanymi przez wszystkich artystów.

Początek drugiej improwizacji muzycy budują ze szczególną pieczołowitością. Narracja w trybie stand by - wiolonczela rezonuje, klarnet melodyjnie syczy na pograniczu ciszy, a piano stawia drobne stemple. Dużo preparowanych fraz, część z nich podawana imitacyjnie przez Freda i Franka. Bogata struga kameralnych lamentów i zwinnych dekonstrukcji. Z kolei trzecia część, kreowana nad wyraz kolektywnie, zdaje się być nieco bardziej dynamiczna. Jakby odważniejsze, głośniej artykułowane frazy, ale niepozbawione warstwy kameralnej zadumy. Garść post-jazzu, kilka post-klasycznych uderzeń w klawiaturę. Wiele wskazuje na to, iż tego wieczoru muzykom we wszystkim jest do twarzy. A dodatkowym stemplem jakości pierwszej fazy koncertu jest krótka, ledwie kilkudziesięciosekundowa część czwarta. Otwiera ją wiolonczela w trybie pizzicato & arco, potem kilka głębszych oddechów klarnetu kontrabasowego i delikatne uderzenia w klawiaturę piana.

Piąta odsłona kolońskiego koncertu trwa ponad 16 minut i śmiało możemy określić ją mianem części najważniejszej, po prawdzie także najbardziej wartościowej. Muzycy improwizują ze świadomością, iż mają dużo czasu. Zaczynają u progu ciszy, snując bardzo uporządkowane przebiegi, jakby posiłkowali się zapisem wprost z pięciolinii. Narracja nabiera dość szybko tempa, ale jest lekka, wręcz frywolna, nawet odrobinę taneczna. Emocje falują, a dramaturgii dodaje kolejny passus jednego z niższych odmian klarnetu. Piano po raz pierwszy nie stroni od dźwięków generowanych w jego wnętrzu, a cello raz za razem podsuwa nowy pomysł narracyjny. Improwizacja charakteryzuje się wyjątkowo zmiennym nastrojem – chwile kameralnej zadumy kontrapunktowane są nerwowymi podrygami. Świetne chwile ma tu każdy z artystów, jednak szczytem emocji zdaje się być krótki duet Freda i Franka. Gdy wszystko wskazuje na to, iż muzycy wyczerpali już wszelkie pomysły w ramach tego epizodu, dość niespodziewanie, jak jeden mąż, skaczą w ekspresyjne tango, któremu śmiało można przykleić łatkę free jazzu. Równie efektowne wydaje się być samo zakończenie. Pisk wiolonczeli, szum klarnetowej tuby, szybie przebiegi piana, wreszcie ostatnia prosta, którą wypełnia minimalistyczna zabawa w call & responce.

Ostatniej improwizacji daleko do miano koncertowego encore. To prawie dziesięciominutowa opowieść, która ma przynajmniej trzy fazy. Najpierw rzeczywiście sprawia wrażenie finałowej ballady, budowanej z zębem, ale stylowo kameralnej. Głębokie oddechy, przebiegi pełne zadumy i wiolonczela, która niespodziewanie łamie dramaturgię. Najpierw proponuje nam kilka fraz solo, a potem wypuszcza w bój pianistę, który bodaj jedyny raz tego wieczoru pokazuje swoje typowe, free jazzowe oblicze. Emocje skaczą ku górze, a grozę sytuacji wzmaga nerwowy tryb pracy klarnetu basowego. Narracyjny peak zdaje się być wyjątkowo udanym momentem całego wieczoru, jednakże muzycy, po jego bystrym wytłumieniu, postanawiają rozgrywać akcje przez kolejne dwie minuty, po prawdzie nie mając na to specjalnego pomysłu.

 

Georg Graewe/ Frank Gratkowski/ Fred Lonberg-Holm Trilinear Polarity (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Georg Graewe – fortepian, Frank Gratkowski – klarnet, klarnet basowy i klarnet kontrabasowy oraz Fred Lonberg-Holm – wiolonczela. Nagrane w LOFT, Kolonia, 3 listopada 2004 roku. Sześć kompozycji/ improwizacji, 52:27


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, tuż przed koncertem tria na Festiwalu Ad Libitum


 

wtorek, 4 stycznia 2022

Amado! Lencastre! Transition Zone! Cirera! Erades! Neverending Sextet! Zabelka! Mirror Unit! The January Round-up as a good begining!


Stary, zatęchły rok 2021 upuścił ten ziemski padół ledwie kilka dni temu, zatem jego muzyczne echa będą nam jeszcze towarzyszyć przez wiele kolejnych tygodni. Jak zwykle garść płyt spóźni się na nasz recenzencki schedule wydawniczy, kilka innych albumów zginie w potoku świeżynek roku jak najbardziej nowego. Ale pisać trzeba, bo skoro grają, a niektórzy także kupują …

Ów stary rok zakończyliśmy zdecydowanie po portugalsku, zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by w podobnych klimatach przestrzennych rozpocząć nowe dwanaście miesięcy! Zaczniemy z wysokiego C, dalece … norweskim kwartetem Rodrigo Amado, potem czeka na nas iberyjski oktet João Lencastre’a i trio z udziałem kolejnych dwóch Portugalczyków, wsparte na silnym wiośle amerykańskim. Po portugalskiej części, przyjdzie czas na urywek kataloński i dwie całkiem nowe, bystre improwizacje, z których pierwsza powstała … w Portugalii. Po tych szaleństwach definitywnie opuścimy już Iberię i polecimy do Skandynawii, potem do Wiednia (ale z kanadyjskim międzylądowaniem), a naszą dzisiejszą marszrutę zakończymy w braterskich Niemczech! W ujęciu gatunkowym zaczniemy od ognia free jazzu, potem będziemy zmieniać stylistyki jak rękawiczki, a ów trip sfinalizujemy bystrą sonorystyką na dwa saksofony altowe. Welcome!

 


Rodrigo Amado Northern Liberties  We Are Electric (Not Two Records, 2021)

Pierwszą zbiorówkę recenzji w 2022 roku nie sposób nie zacząć w pięknej Lizbonie! Lato roku 2017, ważne miejsce na kulturalnej mapie miasta, czyli Ze dos Bois i kwartet muzyków: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Thomas Johansson – trąbka, Jon Rune Strøm – kontrabas oraz Gard Nilssen – perkusja. Panowie mają dla nas przygotowane cztery soczyste, free jazzowe improwizacje, które trwają łącznie niespełna 48 minut.

Muzycy zaczynają swój występ na raz - z piękną, szorstką, post-colemanowską melodyką, z posadowionymi na flankach dęciakami w stanie permanentnej wymiany poglądów i dziarską sekcją rytmu, która od startu szyje bardzo gęstym ściegiem. Tempo, emocje, niestygnący zew krwi toczą narrację, która błyskotliwie dzieli się na fazy ekscesów solowych, prowadzonych zawsze z akompaniamentem pozostałych uczestników eskapady. Zaczyna trąbka na niezłej dynamice, potem tenor na delikatnym spowolnieniu, wreszcie kontrabasowy smyczek. Potem znów trąbka, i znów ognisty tenor, wreszcie kontrabas w trybie pizzicato. A ostatnie dźwięki pierwszej, najdłuższej części, to zmysłowy duet trąbki i saksofonu. Druga opowieść zaczyna się niemal kameralnie - smyczkiem i perkusyjnymi szczoteczkami. Piękna, rozhuśtana ballada łapie oczywiście bakcyla dynamiki, ale tym razem podkręcanie tempa nie wydaje się być naczelnym celem muzyków. Finałowe depnięcie całego kwartetu ma wszakże moc artyleryjskiego wystrzału!

Trzecia historia rodzi się w klimatach niemal cool jazzowych, w tle pracują smyczek i perkusyjne talerze. Muzycy biorą się za bardziej energiczne działania dopiero po upływie pięciu minut. Tym razem płyną bystrym, marszowym krokiem z posmakiem bluesa. Kolejne świetne ekspozycje solowe ze strony dętych wynoszą wskaźniki jakości całego przedsięwzięcia na niebotyczny poziom. A samych muzyków znów jednoczy tempo, bowiem w galopie Północni Wyzwoliciele realizują się najpełniej. Czwartą improwizację otwiera samotny smyczek. Reszta łapie się na akcję po kilkudziesięciu sekundach. Rozśpiewani, wręcz rozwrzeszczani gnają po swoje, aż ciepła krew leje się ze ścian, a ogień emocji wrze! Doskonałe nagranie!

 


João Lencastre's Communion  Unlimited Dreams (Clean Feed Records, 2021)

Jazzowa Wspólnota perkusisty i kompozytora João Lencastre’a przybiera różne formy, na ogół są to mniejsze składy, ale na najnowszej płycie rozrasta się aż do rozmiarów oktetu! Poza bezdyskusyjnym liderem w jego składzie pomieścili się następujący muzycy: Albert Cirera – saksofon sopranowy i tenorowy, Ricardo Toscano – saksofon altowy, Benny Lackner - piano i elektronika, André Fernandes oraz Pedro Branco – gitary elektryczne, João Hasselberg – bas elektryczny i elektronika oraz Nelson Cascais – kontrabas. Nagrania powstały w maju ubiegłego roku, w miejscu zwanym Estúdios Atlântico Blue. Sześć kompozycji trwa 39 minut z sekundami.

Słowo się rzekło, skoro jazzowe kompozycje, to i narracja Nielimitowanych Snów kreślona jest wedle dość precyzyjnego scenariusza – są zatem zwarte i dobrze skrojone tematy, ale też duża przestrzeń dla improwizacji, częściej kolektywnych niż solowych. Sporo ciekawego dzieje się niemal w każdym utworze na etapie introdukcji, które są swobodne, rozimprowizowane i stylowe. Zresztą w wielu momentach oktet Lencastre’a pokazuje, iż całkiem dobrze radziłby sobie bez kompozycyjnych ram.

Otwarcie płyty klei się z niemal kameralnych fraz, a narracja budowana jest z pewnym suspensem, podkreślanym łagodnym posmakiem elektroniki. Saksofony prychają, gitary skrycie się uśmiechają, a gdy do gry wejdzie rozbudowana sekcja rytmu (z podwójnym basowym oprzyrządowaniem), opowieść zdecydowanie brnie już do przodu, pełna atrybutów bystrego fussion jazzu. Druga historia zdaje się być szczególnie udana. Taneczny i rozśpiewany temat szybko ucieka w swobodne, kolektywne, ale kontrolowane improwizacje. Rytm, dynamika i spore pokłady ekspresji decydują tu o jakości kompozycji. Jeśli trzecia opowieść początkowo zbyt chyli się ku balladzie, to w dalszej części elektryczna moc oktetu pcha ją w ramiona niemal psychodelicznego post-fussion. Dużo dobrego idzie tu z klawiatury piana, a całość zdobi saksofonowe solo. W kolejnej części do zestawu sił i środków już zastosowanych dodać możemy kameralny smyczek i całkiem rockowe emocje na ostatniej prostej. Z kolei piąta odsłona ścieli się mocno jazzowymi frazami, ale połamana rytmika i rosnące z każdą peltą emocje wynoszą artystów niemal na free jazzowy szczyt. Końcowa kompozycja nie stroni od łagodnych fraz piana, zdaje się być wyjątkowo precyzyjnie zaplanowana, zdobią ją zaś niemal symultanicznie prowadzone improwizacje obu gitar.

 


Fred Lonberg-Holm/ Abdul Moimeme/ Carlos Santos  Transition Zone (Creative Sources, CD 2021)

Jazzowe, tudzież free jazzowe emocje porzucamy na dłuższą chwilę. Przed nami swobodnie improwizujące trio: Fred Lonberg-Holm – wiolonczela i elektronika, Abdul Moimême – dwie gitary elektryczne (grające symultanicznie!) i obiekty oraz Carlos Santos – komputer, syntezator. Jesteśmy w Lizbonie, w studiach Naumoche, jest początek maja roku 2018. Pięć improwizacji, ponad 72 minuty.

Amerykanin i dwóch Portugalczyków zapraszają nas na kosztowanie gęstej potrawy, budowanej na ostrych relacjach, w jakie wchodzą dźwięki żywej wiolonczeli, dwóch gitar, które tylko incydentalnie brzmią jak gitary i aktywnej, chwilami odrobinę inwazyjnej elektroniki. Spektakl tej trójki bardzo często przeradza się w zmysłową paradę fake sounds, w trakcie której jedynie niektóre dźwięki możemy z dużym prawdopodobieństwem przypisać wiolonczeli. Reszta jest tu zagadką, dodajmy na ogół niezwykle intrygującą.

Od startu muzycy kreślą obszar estetyczny, jakie pozostanie w ich zainteresowaniu przez całą sesję nagraniową. Budują czerstwą, dalece post-industrialną magmę dźwięków, która raz za razem zaskakuje, a za każdą pętlą narracyjną zdaje się czaić nowy pomysł. Opowieść incydentalnie przyobleka szaty post-chamber, zanurzone wszakże w bezmiarze nieschematycznej elektroniki, czy przestrzeniach dalece post-akustycznych. Jądrem prawdziwej tajemnicy są tu gitary, które potrafią budować niebywałe tło, pełne ambientu, metalicznego frazowania i tysiąca zagadek. Opowieść często przypomina najlepsze fragmenty starych nagrań AMM, tych z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego stulecia. Takie skojarzenia szczególnie towarzyszą nam w trakcie drugiej i czwartej części. Z kolei zakończenie drugiej, to mały spektakl post-kameralnych jęków, które generowane są zapewne głównie przez wiolonczelę. Trzecia opowieść wystawia tenże instrument na atak syntetycznych dźwięków z wielu źródeł. Narracja wydaje się być bardzo nerwowa, pełna preparowanych fraz, ma wszakże swoją bystrą dynamikę, którą kreśli także gitara, brzmiąca tu przez moment niemal folk-rockowo. Szczególnie udana wydaje się być ostatnia improwizacja. Zaczyna ją krótkimi, zabrudzonymi frazami cello. Gitara buduje tu zmysłowe, dubowe echo, a sama elektronika oddycha wyjątkowo delikatnie. Z czasem ta ostatnia bierze na swoje barki kształtowanie meta rytmiki, dzięki czemu gitary i cello paść mogą sobie w objęcia i płynąć w kompulsywnym tańcu dzikiej swobody. Narracja skąpana w post-industrialnej poświacie na sam koniec zdaje się powracać do dziewiczych, niemal akustycznych fraz, głęboko oddychać i szukać ukojenia w bardziej kameralnych splotach dźwiękowych.

 


Albert Cirera & MuMu  Âmago (bandcamp’ self-released, DL/CD 2021)

Wbrew tytułowi wykonawczemu, zapraszamy na odsłuch solowej płyty katalońskiego saksofonisty! W ramach narzędzi pracy dwa saksofony – sopranowy i tenorowy oraz tzw. działania post-produkcyjne, które Albert Cirera określa mianem kompozycji MuMu. Nagrania powstały w Igreja do Espírito Santo, Caldas da Rainha, w trakcie dwóch majowych dni ubiegłego roku. Dziewięć utworów trwa niespełna 35 minut.

Wydana cztery lata temu płyta Lisboa’ Works, wyniosła Alberta Cirerę do rangi jednego z najważniejszych współczesnych eksperymentatorów w zakresie preparowania saksofonu. Muzyk postawił poprzeczkę niebywale wysoko i po prawdzie przez miniony okres nikt, nawet sam Katalończyk, do tego typu narracji w ujęciu solowym nawet się nie zbliżył. Dziś powraca on do formuły samotnej improwizacji, ale odnajduje siebie i swoją kreatywność w ogromnym oddaleniu od ówczesnych, lizbońskich eksperymentów. Zdaje się, że nade wszystko stawia na prostotę swojego improwizowanego przekazu, pokazując, iż etykieta wielkiego emancypatora saksofonowych dekonstrukcji nie powinna być mu przypisana na stałe.

Nagranie Âmago składa się z dwóch części. Cztery utwory (dwa pierwsze i dwa ostatnie), to rozbudowane improwizacje, których dźwiękowa dokumentacja dociera do nas w stanie nienaruszonym pod względem akustycznym. Pozostałe pięć utworów, to enigmatyczne, na ogół nie dłuższe niż minuta, przetworzenia dźwięków nagranych wcześniej. W tej pierwszej, zasadniczej grupie improwizacji Cirera korzysta na ogół z saksofonu sopranowego i kreśli zmysłowe, definitywnie cyrkulacyjne przebiegi, którym niezwykle blisko do dokonań mistrza w tej materii, czyli Evana Parkera. Pierwsza z nich, po szumiącym wstępie, ucieka w meta rytmiczną, swobodną narrację. Improwizacja płynie do nas szerokim strumieniem, od czasu do czasu stać ją wszakże na chwilę bystrej zadumy lub radosne tańce wokół własnej osi. Druga część brzmi delikatniej, prowadzona jest jednak na dużej dynamice, z niemal folkowym zaśpiewem. W połowie flow intrygująco gaśnie, dźwięki zdają się tonąć w mroku, ale po chwili następuje efektowny restart. Przedostatnia improwizacja początkowo szuka echa, repetuje, by po kilku nawrotach wpaść w cyrkulacyjny wir i mknąć w nieznane, znów z delikatnym, folkowym posmakiem. Finałowa część płyty skupia się na drobnych, cichych, preparowanych dźwiękach. Wiele wskakuje na to, iż to improwizacja grana na saksofonie tenorowym. Narracja wpada po pewnym czasie w sidła ekspresji, skacze ku górze, wiruje, czyniąc ów moment bodaj najlepszym momentem całego nagrania.

Pięć środkowych, post-produkcyjnych prac zwanych kompozycjami MuMu, to m.in. poszukiwania elektroakustycznej poświaty dla dronowych plam dźwiękowych, ale nade wszystko niebanalna zabawa w saksofonową polifonię. Muzyk nakłada na siebie warstwy narracji i buduje całkiem efektowne piramidy. Najciekawsza brzmieniowo wydaje się być część piąta, w której Cirera dekonstruuje frazy saksofonu tenorowego.

 


Luis Erades/ Pol Padrós/ Diego Caicedo/ Javi Garrabella/ Joni Sigil  Nocturna Discordia #265 (Discordian Records, DL 2021)

Teraz już zdecydowanie lądujemy w Barcelonie! Koncertowa seria Nocturna Discordia w klubie Soda Acústic i ubiegłoroczny, późnopaździernikowy wieczór. Na scenie piątka artystów: Luis Erades – saksofon altowy i barytonowy, Pol Padrós – trąbka, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny oraz Joni Sigil – instrumenty perkusyjne. Sześć niepredefiniowanych improwizacji trwa prawie 42 minuty.

Na małej scenie klubowej odnajdujemy niemal samych znajomych, za wyjątkiem saksofonisty, który stanowi dla nas pewną zagadkę. Scena barcelońskiej free impro nie jest zbyt rozległa, ale i tak domniemujemy, iż w tym zestawie personalnym muzycy grają ze sobą po raz pierwszy. Sama idea tej konfiguracji zdaje się być bardziej niż intrygująca. Dwa dęciaki sugerują kierunek free jazzowy, gitara i bas z prądem mogą tu zarówno szukać jazz-rockowych koncepcji, jak i pójść w ciemny zaułek świata i hałasować. Ale na to wszystko nakłada się zestaw instrumentów perkusyjnych i bystra myśl, by smugami preparowanych fraz na talerzach i cierpkim werblu budować zmysłowy no drumming percussion i powodować, iż cała kwintetowa ekspozycja unikać będzie rytmicznych uproszczeń, raczej cedzić dźwięki w stanie stand by, tudzież uroczo broczyć po kolana w chwilami gęstej, niemal post-industrialnej magmie swobodnej improwizacji! I tak właśnie dzieje się przez owe niepełne trzy kwadranse!

Początek koncertu to gra na małe pola, urywane, rozpoznawcze frazy ze strony niemal każdego muzyka. Niemal, bo gitarzysta na dobre włącza się do gry dopiero po pewnym czasie i ciągnie kwintet w otchłań odrobinę hałaśliwych fraz. Niedźwiedzie free chamber (ach ten baryton!) nabiera tu po raz pierwszy cech dźwięków post-przemysłowych. Tempo stabilne, by nie rzec wolne, daje okazję do celebrowania prawie każdej frazy, a szczególnie efektów jak zwykle doskonałej roboty gitarzysty. Ten ostatni ma tu swoje kilka chwil, ale warto też odnotować zmysłowy duet saksofonu i trąbki. Druga część rodzi się na gryfie gitary i perkusyjnych talerzach, przesycona zaś jest sonorystycznymi wycieczkami obu instrumentów dętych. Z kolei trzecia historia (prawie kwadrans!) zdaje się zawierać wiele dysonujących ze sobą fragmentów. Szuka dynamiki, ale – jak wiemy ze wstępu – raczej bezskutecznie, intrygująco się pętli, często rezonuje całym zestawem instrumentalnym, a każdy z artystów ma kilka chwil niemal wyłącznie dla siebie. Kończy się zaś w oparach zmysłowego, jakże mrocznego ambientu. Czwarta improwizacja, to mniej niż trzy minuty skoncentrowane wokół perkusjonalii i wnętrza gitary, która frazuje dalece zaskakującymi dźwiękami. No i jeszcze parę preparowanych, dętych zdobień w ramach wisienki na torcie. Wreszcie finałowa, prawie dziesięciominutowa narracja. Wlecze się jak żółw po pustyni, cedzi frazy, narasta z woli saksofonu i gaśnie wobec braku reakcji pozostałej części załogi. Na zakończenie muzycy uroczo lamentują i gaszą płomień narracji, pozostając w mentalnej symbiozie.

 


Joel and the Neverending Sextet  Pouring Textures (Motvind Records, LP 2021)

Czas na obiecaną Skandynawię! Sekstet pod wodzą tytularną i kompozytorską szwedzkiego wiolonczelisty Joela Ringa zwie się Niekończącym, a w jego składzie odnajdujemy innych muzyków z tej części świata, głównie Norwegów. Są to: Heida Mobeck – tuba, Anton Jonsson i Tomas Sandström – obaj perkusje, Milton Öhrström – piano oraz Karl Hjalmar Nyberg – saksofon tenorowy i klarnet. Pięć kompozycji, które zaczynają się w obszarze głównego nurtu jazzu, a kończą w swobodnej, chwilami niezwykle efektownej, kameralnej improwizacji, trwa tu 35 minut. Muzyka powstała w miejscu zwanym Flerbruket, w lutym 2020 roku.

Pierwszy temat pachnie zdrowym bebopem na sto kilometrów! Opowieść ma jednak pewien kameralny suspens, a po ekspozycji zamysłu kompozytorskiego cudownie rozjeżdża się na boki pijanym pianem i zmysłowo burczącą tubą. Drugi epizod zdaje się mieć niemal rockowy drive! Dwie perkusje robią tu swoje! Śpiewny saksofon na czele czeredy tancerzy, ale i kameralny smyczek, który wynosi fazę improwizacji na poziom niemal call & responce! Po powrocie dynamiki narracja staje się uroczo pokrętna, prawdziwie zawadiacka (znów ta tuba!), a ku zamglonemu niebu ciągnie ją chytry saksofon.

Dwie kolejne kompozycje pokazują, iż pomysły Ringa lubią pozostawiać w artystycznej relacji z estetyką Henry Threadgilla. Precyzja, nadymająca się tuba i nieskończona lekkość, powabność na poły melodyjnych fraz. Pierwszą z tych powinowactw, po wywołaniu rytmu (one, two, three, four!), otwiera perkusja, a urodę dalszej jej części budują smyczkowe inkrustacje wiolonczeli. Po prezentacji tematu narracja rozlewa się niczym lawa w strugi wyjątkowo zmysłowych improwizacji, tak kolektywnych, jak i separatywnych. Pod odzyskaniu dynamiki flow nabiera ognia. Kolejny utwór, to już prawdziwa symfonia drums and percussion, dwie maszyny improwizują, potem biją rytm i wzywają na żer! Reszta wraca do gry w połowie trzeciej minuty, a narrację zdobi improwizacja piana na tle lekkiego drummingu. Wreszcie ostatnia kompozycja – zaczyna się nudnym, balladowym tematem, ale po jego prezentacji sekstet odpływa w otchłań smakowicie preparowanych dźwięków. Zabawa toczy się w pobliżu ciszy i eksploduje jakością. Free chamber with tuba taste trwać mógłby jeszcze wiele minut, ale dyktat kompozytorski każe wrócić do tematu, co okazuje się procesem dość bolesnym. Szczęśliwie koda kompozycji, swym smutnym rozśpiewaniem, ratuje finałową fazę nagrania.

 


Mia Zabelka/ Glen Hall  The Quantum Violin (FMR Records, CD 2021)

Sytuacja czasoprzestrzenna jest tu następująca: na przełomie lat 2020/2021 w Wiedniu pracowała Mia Zabelka (skrzypce, także elektryczne, głos, różne hałasy, elektronika i samotne obiekty), w Toronto zaś Glen Hall (oscylator kwantowy, urządzenia zwane OMax i CataRT oraz dużo kreatywnych eksperymentów na etapie miksu). Okazjonalnie te dwójkę wspierał wokalnie, zapewne wprost z Japonii – Kenji Siratori. Po prawdzie nie wiemy, w jakiej kolejności powstały poszczególne dźwięki, który z muzyków był tym pierwszym, który zaś wcielał się w rolę artysty muzykującego na bazie czegoś, co powstało wcześniej. Dodajmy jedynie, iż na okładce płyty przy nazwisku Hall pojawia się określenie kompozycje, a przy danych Austriaczki widnieje napis kompozycje na żywo. Całość przedsięwzięcia artystycznego składa się z czternastu części, a odsłuch całości zajmuje godzinę zegarową z sekundami.

Długa opowieść o Kwantowych Skrzypcach ma definitywnie kilka faz, zdaje się przeplatać wątki z dominującym soundem skrzypiec z wątkami całkowicie oddanymi w ręce elektroniki, będącej jednak efektem działań obu muzyków. Początek, to gęste, elektroniczne intro, w magmie którego możemy doszukać się brzmienia elektrycznych skrzypiec. Kompozycje (improwizacje) od drugiej do piątej stawiają w centrum uwagi skrzypce. Elektronika ma tu wiele zadań, ale głównie koncertuje się na zdobieniach, narracyjnych kontrapunktach, tudzież na polifonizacji strumienia dźwiękowego żywego instrumentu. Mia gra bardzo ekspresyjnie, jak zawsze fantastycznie frazuje, potrafi być rozśpiewana i taneczna, ale także kąsać ostrym brzmieniem i efektownie preparować dźwięki swojego instrumentu. Kompozycje od szóstej do ósmej, to spory challange nawet dla osłuchanego odbiorcy. Dominuje elektronika, która choć ma tysiące intrygujących twarzy, zdaje się silnie pracować na umęczeniem naszych uszy. Dodajmy, iż w utworze ósmym pojawia się głos ludzki, oczywiście poddany rożnym dekonstrukcjom.

Utwory od dziewiątego do jedenastego śmiało możemy określić mianem najlepszych momentów tej szalonej płyty. Skrzypce grają i śpiewają, i preparują, a elektronika (post-produkcja) buduje na ich bazie wielowątkową narrację. Całość zdaje się być równie urokliwa, jaki i nieco schizofreniczna. Mamy wrażenie, że nasza percepcja może tu wszystkiego nie ogarnąć. Już w jedenastej części elektronika zaczyna powoli przejmować stery, by w dwóch kolejnych utworach, nie bez aktywnego udziału skrzypiec, zbudować niemal noise’ową ścianę dźwięku! Oszołomieni poziomem decybeli z radością lądujemy w ostatniej części (dedykowanej Pauline Oliveros), gdzie nasze zszargane nerwy koi syntetyczny ambient, równie mroczny, jak i zmysłowy, w strugach którego z radością odnajdujemy dźwięki żywych skrzypiec!

 


MirroR Unit  Sonic Rivers (FMR Records, 2021)

Zabawa w lustrzane odbicia, to spotkanie dwóch saksofonów altowych i idea permanentnego preparowania ich dźwięków. Panowie Georg Wissel oraz Tim O’Dwyer spotkali się pierwszego dnia lipca 2019 roku w Kolonii. Jak piszą, był straszny upał, a w pomieszczeniu, w którym rejestrowali nagranie, nie działała klimatyzacja (Kinosaal Alte Feuerwache). Efekty dźwiękowe ich potu podzielone zostały na płycie na pięć improwizacji, które trwają łącznie 47 minut z sekundami.

Dwa czysto brzmiące saksofony altowe odnajdujemy w dość rozległej przestrzeni kina, w której nie brakuje pogłosu, a zapowiadany upał zdaje się dopiero nadciągać. Początek jest minimalistyczny - dysze niczym perkusyjne pałeczki zaczynają kreślić szlak improwizacji. Muzycy dbają o drobiazgi, są bardzo wyczuleni na niuanse, ale w tej części nagrania nade wszystko szukają punktów wspólnych i wydają się stosować niemal bliźniacze metody artykulacji. Szumią, szeleszczą, rzężą i chichoczą. W kolejnej opowieści prezentują nam hydrauliczne możliwości swoich dętych powierników. Lekko brudzą brzmienie, być może w tubach pojawiają się obce ciała. Płyną spokojnie w poszukiwaniu tanecznego kroku, tudzież utraconej wieki temu melodyki. Niczym Marcel Proust cedzą słowa i kręcą się wokół własnych myśli. W trzeciej odsłonie upał zaczyna chyba doskwierać, albowiem saksofony pracują niczym małe wentylatory. Znów frazują głównie imitacyjnie, incydentalnie łapiąc drobne ochłapy rezonansu. Tempo nieznacznie rośnie, a akcje muzyków nabierają intrygującej intensywności.

Wejście w czwartą improwizację stawia słuchacza w bardziej komfortowej pozycji, albowiem muzycy kreują tu coś dalece ciekawszego niż dotychczas. Mruczą jak koty, szczerzą kły, choć są blisko ciszy, wydają się być agresywni i skorzy do figli. Wreszcie pojawia się pewien dysonans dramaturgiczny - lewa flanka śpiewa sprośne piosenki, prawa rytmicznie rechocze. W kolejnym epizodzie mamy wrażenie, że muzycy i ich saksofony łączą się w jeden byt. Ustniki stają się ustami, korpus dęciaka spoconym ciałem artysty. Muzycy łapią kolejną porcję humoru, przedrzeźniają się i śpiewają. Na zakończenie spotkania toną w ciszy, zasłuchają się w kroplach potu, który kapie na podłogę. Płyną wysoko, ale na wyjątkowo nisko ugiętych kolanach. Wzdychają z przekąsem, marząc o dużych porcjach napojów chłodzących.

 


piątek, 18 grudnia 2020

Duerinckx & Northover! Sloth Racket! Byrne, Scott & Roberts! J.Almeida! Javaid & Bogacz! SCM! IZE! Black Frost! The December Round-up!


Czas nawet w pandemii mknie z prędkością ponaddźwiękową! Rok dobiega końca, mnożą się podsumowania i listy best of (niektórzy zaczęli już 1 grudnia!), a na redakcyjnym stole wciąż zalega sterta płyt, które czekają na ciepłe słowa recenzenta jeszcze w fatalnym roku 2020!

Redakcja swoje best of zaprezentuje tradycyjnie ostatniego dnia roku. Uwaga! Tym razem lista będzie obejmować aż 66 pozycji. Być może, w tym roku lista ta winna objąć … 666 pozycji. Dalibyśmy radę, muzycy produkują dźwięki na potęgę, niczym murarze budujący socjalizm 70 lat temu.

Dziś - bez zbędnej zwłoki - zapraszamy na odczyt i odsłuch aż 10 nowych płyt. Bystra zbiorówka bez myśli przewodniej, z całą masą dobrej improwizacji i zwinnych dźwięków. Nasza marszruta zaczyna się w Belgii i Zjednoczonym Królestwie (to zawsze dobra mieszanka!), potem duży łyk Lizbony, niemiecka Kolonia (ale w jakże latynoskim wydaniu!), krajowy akcent warszawski, niespodziewany powrót do Kolonii i finał wszeteczny tam, gdzie zaczynaliśmy, czyli w Belgii. Piekielna pętla! Here it is!

 


Jean-Jacques Duerinckx & Adrian Northover  Hearoglyphics (Settola Di Maiale, CD 2020)

Wiosenne, ubiegłoroczne spotkanie w Red Shed Studios: Jean-Jacques Duerinckx – sopranino oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy i altowy (ten drugi bardzo sporadycznie). Trzynaście improwizacji, na ogół dość swobodnych, ale z pewnością odrobinę zaplanowanych (być może moglibyśmy określić je mianem instant composition), łącznie prawie godzina zegarowa muzyki.

Belg i Anglik zapraszają nas na prawdziwie ponadgatunkową improwizację. Czasami pachnie tu zmysłową kameralistyką, innym razem muzycy szukają post-jazzu, ale ponieważ nie jest on ich naturalnym środowiskiem, pięknie uciekają w bardziej abstrakcyjne formy. Nie stronią od preparowania swoich instrumentów (każdy ma w tej dziedzinie sporo doświadczeń i własnych przemyśleń!), często płyną zwartymi, posuwistymi strumieniami dźwięków, które permanentnie się szukają, spoglądają na siebie, imitują wzajemnie, a czas spędzany przez muzyków wspólnie zdaje się być tym najbardziej wartościowym. Prawie godzinna narracja z pewnością zasługiwałaby na najwyższe oceny, gdyby nie jej czas jej trwania. Skrócona do naszych ulubionych dla free impro 40 minut, z pewnością graniczyłaby z mistrzostwem formy i dramaturgii.

Płyta zaczyna się w bardzo delikatny sposób. Ptasie dialogi prowadzone są tu w spokojnym tempie, pełne ciepłych i zrównoważonych uczuć, nastawione głównie na szukanie wspólnego mianownika. Pierwsze emocje pojawiają się w czwartej części. Muzycy produkują długie frazy, a towarzyszy im pewna elektroakustyczna poświata, która jest być może jedynie echem studia nagraniowego. Pojawiają się preparowane dźwięki, ale oba instrumenty nie decydują się na razie na jakieś bardziej separatywne akcje – duch kolektywizmu ani na moment nie opuszcza artystów. W piątej części dominuje suche powietrze wydychane przez wąskie tuby i delikatnie prychające dysze, jakby główną robotę improwizacyjną wzięło tu na siebie studyjne air condition. Kolejne części stawiają na nieco większą dynamikę. Saksofony zaczynają na siebie pokrzykiwać, choć wciąż szukają wspólnego strumienia dźwiękowego.

Ósma opowieść, to krótkie, urywane frazy, które przypominają metody twórcze Trevora Wattsa, gdy pół wieku temu skutecznie degenerował jazz u boku Johna Stevensa. Emocje, brudne dźwięki i kanciaste frazy budowane w sekwencji call & responce. W dziesiątej części muzycy nie rezygnują z kreatywnego zniekształcania dźwięków, skupiają się na szczegółach i małych frazach, ale czynią to w niezłym tempie, dzięki czemu emocje wciąż mogą pozostawać na krzywej wznoszącej. Zaraz potem ich preparacje zdają się wchodzić w wyższy rejestr – słyszymy piski i skomlenia, ale także puste dysze i podmuchy bardzo suchego powietrza. W przedostatniej części Jean-Jacques i Adrian wciąż preparują dźwięki, ale tym razem każdy z nich stosuje inne metody pracy. Na powrót stają się jednością w ostatniej, kojącej emocje, pół melodyjnej ekspozycji. Z ciszy pojedynczych oddechów bardzo swobodnie rodzą się piękne, finałowe frazy.

 


Sloth Racket  Exabout: Live In Ramsgate (Luminous Label, DL 2020)

Z brytyjskim kwintetem Sloth Racket spotykamy się regularnie, zatem jedynie krótkie przypomnienie, kto zacz - Cath Roberts na saksofonie barytonowym (odpowiedzialna także za kompozycje, które w niebanalny sposób zostają degenerowane do postaci całkiem błyskotliwych improwizacji!), Sam Andreae na saksofonie altowym, Anton Hunter na gitarze elektrycznej, Seth Bennett na kontrabasie oraz Johnny Hunter na perkusji (i tu, okazjonalnie na pianie). Nagranie koncertowe (Arco Barco, Ramsgate, wrzesień 2019 roku) składa się z trzech utworów, których odsłuch zajmuje trzy kwadranse z sekundami.

Kwintet bardzo kolektywnie wchodzi już w pierwszy temat. Saksofony i gitara posadowione zostają na flankach, a środkiem podąża samo serce narracji – kontrabas i perkusja. Opowieść toczy się bardzo swobodnie, nikt nie gra tu jakiegokolwiek tematu, a to, co wynika z notacji kompozytora sprowadza się zapewne do scenariusza całości i zarysu przebiegów poszczególnych improwizacji. Świetnym dowodem w sprawie niech będzie moment pierwszego utworu, gdy po dobrze skontrowanym stoppingu muzycy wchodzą w fazę wytłumionych, ale jakże namiętnych zabaw w pytania i odpowiedzi. Najpierw baryton, piano i szczoteczki perkusyjne (dwie ostatnie w rękach jednego artysty!), potem wyposażony w zwinny smyczek kontrabas, prowadzą Rakietę pięknym, głębokim nurtem psychodelizującego slow motion. Oczywiście, gdy dyktat kompozycji także każe, oba saksofony zaczynają pięknie śpiewać unisono, a reszta załogi posłusznie szuka w sobie inspiracji jazzowych i post-jazzowych.

To, co najlepsze na tym bardzo udanym koncercie zaczyna się wszakże wraz z rozpoczęciem drugiego utworu. Zaczyna piano i perkusja (one man!), którą spotyka synkopujący bas, a niedługo potem ambientowa gitara. Oba saksofony nie czekają na dalsze zachęty, zaczynają płynąć długimi frazami i imitować gitarę. W końcu pojawia się smyczek i ustala reguły … jakże swobodnej improwizacji. Muzycy budują na zwałach kompozycji uroczą open jazzową opowieść. Szczególnie efektowne zdają się być post-aylerowskie zaśpiewy obu saksofonów. Ostatnią część koncertu otwiera zgrzytliwa gitara i naśladujące ją saksofony. Sekcja rytmu uderza w dzwon i rusza blues-rockowym korytem. Saksofony znów kwilą wspólnym głosem, znów udanym, niezależnie od tego, jak silnie inspirowane są notacjami kompozytora. Finał koncertu obfituje w niespodzianki, zwroty akcji, solowe ekspozycje i kolektywne stemple jakości. Na ostatniej prostej znów pojawia się smyczek, gitara zastyga w kameralnym ambiencie, a ciepło usposobione dęciaki ślą końcowe pozdrowienia.

 


Dee Byrne/ Craig Scott/ Cath Roberts  Live at BRÅKFest (OEM Music, DL 2020)

Cath Roberts (saksofon barytonowy) zostaje z nami, a dołączają do niej Dee Byrne (saksofon altowy i elektronika) oraz Craig Scott (gitara elektryczna). Ta trójka zaprasza nas do londyńskiej Hundred Years Gallery (w ostatni dzień tegorocznego lutego) na półgodzinny set bardzo swobodnej improwizacji.

Otwarcie koncertu pełne jest dramaturgicznych wątpliwości i emocjonalnego niepokoju. Tuby dętych szumią, struny gitary ledwie oddychają, a poświata elektroniki sączy się z oddali. Repetycja gitary zdaje się być tym elementem, który rozpoczyna konstrukcję narracji właściwej. Open chamber and jazzy flow, który szuka swobody i dość szybką ją znajduje. Gitara trzyma nurt główny, saksofony stawiają na free impro. Pierwsze emocje i wzrost dynamiki, to efekt pracy barytonu, który łapie kąśliwy rytm. Alt buszuje wciąż w zbożu, a gitara nie stroni od drobnych preparacji. W połowie seta elektronika podaje ciekawe tło, które brzmi niczym zdezelowany akordeon. Improwizacja śmiało wypływa na szerokie wody, a instrumentem, który w tej fazie koncertu zdaje się generować najciekawsze frazy jest gitara.

Po adekwatnym dla sytuacji dramaturgicznej wyciszeniu muzycy budują nowy wątek z drobnych i dość delikatnych fraz. Gitara płynie z ciszą, saksofony śpiewają smutne piosenki. I to znów baryton jest tym, który stara się przerwać owo narracyjne lewitowanie. Gitara jest na tak, alt trochę się ociąga. Zamiast zatem wybuchu ekspresji, trio na koniec seta znów pogrąża się w ciemnościach, w czym pomaga bystra, ale nieinwazyjna elektronika. Swoje trzy grosze dokłada także post-rock-jazzowa gitara.

 


João Almeida/ Fred Lonberg-Holm/ João Lopes Pereira  Live at Zaratan (bandcamp self-release, DL 2020)

Ze Zjednoczonego Królestwa przenosimy się na sam koniec Europy, do Lizbony. Trębacz João Almeida (frakcja bardzo młodzieżowa tamtejszej sceny free jazz/ free impro!) zaprasza nas na koncert pewnego tria, a zaraz potem na dwa eksperymenty solowe (patrz: kolejna recenzja). Na początek lądujemy w miejscu zwanym Zaratan - Arte Contemporânea in Lisbon (początek marca br.). Na naszego bohatera czekają tam – Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli (plus elektronika) oraz João Lopes Pereira na małym zestawie perkusyjnym. Swobodna improwizacja składa się z dwóch części i trwa łącznie prawie 36 minut.

Trio młodych i bardzo doświadczonego zaczyna improwizację bez specjalnej gry wstępnej. Od startu ciekawe frazy (także preparowane), dużo swobodny, ale bez eskalacji, z ciszą pomiędzy niektórymi dźwiękami, z wiolonczelą, która na tym etapie nie kąsa jeszcze prądem. Fred dość szybko przemienia swój instrument w post-rockową gitarę, ale nie wydaje się chętny na hałasowanie. Portugalczycy zostawiają mu dużo miejsca i należnego szacunku, ale robią swoje w prawdziwie mistrzowskim stylu (zwłaszcza trębacz – bez respektu, z pełną mocą, jeśli wymaga tego sytuacja sceniczna). W połowie 7 minuty trio kipi już ogniem, po czym równie efektownie przenosi się do strefy ciszy, którą ubarwia szczególnie cello, które snuje małe stróżki psychodelii. Owo leniwie, ale jakże smakowite slow motion wybudza się z letargu z prawdziwie portugalską nieśpiesznością. Gdy w końcu dynamika i emocje na powrót opanują scenę, muzycy proponują nam pokaźny pakiet świątecznych fajerwerków. Trąbka repetuje, cello kąsa prądem, a obrazu całości dopełnia aktywny drumming. Na sam koniec seta niespodzianka ze strony Freda – bardzo lekki flow z post-barokowym zabarwieniem.

Drugi set stawia na spokojniejsze rozwiązania. Dzieło introdukcji przypada w udziale perkusyjnym szczoteczkom i wiolonczeli. Trąbka pojawia się w połowie 3 minuty – śpiewa, śle zadziorne frazy i szeleści, innymi słowy, dynamizuje narrację. Po spowolnieniu mały koncert na drobne, ale wyjątkowe urocze frazy ze świetnym perkusjonalnym backgroudem. Pod koniec seta (znacznie krótszego niż pierwszy) muzycy znów dają upust swoim emocjom – meta melodie, gęsta perkusja i cello, które szuka dużego prądu. Całość gaśnie bardzo precyzyjnie, głównie z woli wiolonczeli, przy sporym wsparciu perkusyjnych szczoteczek.

 


João Almeida  Static I & II (bandcamp self-release, DL 2020)

Czas na rzeczone eksperymenty portugalskiego trębacza, wyprodukowane (to właściwe określenie) bez użycia jego ulubionego instrumentu blaszanego. Pierwsza część Static, to jeden trak o długości 30 minut, część druga – dwie opowieści, łącznie trwające 28 i pół minuty. Oba nagrania powstały tej jesieni, zapewne w pandemicznych warunkach domowych (acz wkład dźwiękowy do pierwszej części, to efekt … pewnego spaceru).

Static I, to przetworzony elektronicznie zapis nagrania terenowego z nocnego spaceru po lizbońskim Olaias-Anjos. W trakcie postprodukcji dźwięki zostały rozciągnięte w czasie i zmultiplikowane. Efektem prac muzyka jest dość jednostajny dron syczącego powietrza, podawany dość cicho (odsłuch słuchawkowy na maksymalnej głośności wskazany), który mógłby przypominać efekt amplifikowania trąbki (takie produkcje ma w portfolio Nate Wooley), ale my wiemy przecież, iż to intensywnie przetworzony field recordings. W trakcie półgodzinnego (zbyt długiego) nagrania dzieje się niewiele, a wart odnotowania być może jest jedynie incydent dźwiękowy z 25 minuty, coś na kształt krzyku, być może prawdziwy dźwięk z lizbońskiej nocy.

Druga część Static, to efekt użycia przez muzyka wirtualnego symulatora analogowego ze swej natury syntezatora modularnego. Tutaj napotykamy na zdecydowanie ciekawsze sytuacje dźwiękowe. Całość brzmi chwilami jak realny syntezator modularny, w innych momentach, jak dobrze skrojona, nieinwazyjna, niekiedy naprawdę ciekawa elektronika. Flow na strukturę ambientową, ale nie składa się z jednostajnych dronów, często pulsuje, zdaje się żyć własnym życiem wewnętrznym. Nie brakuje głośnych, na poły noise’owych wstrętów, zmiana goni zmianę, a całość potrafi być głośna. Jeszcze ciekawiej jest w drugiej części Static II. Zaczyna się ona brzękiem siarczystej syntetyki, w tle której rozbłyskują i rozsypują się fragmenty tajemniczych dźwięków. Z czasem te plamy, strzępy, strugi fonii lepią się w rozdygotany dron. Narracja cały czas nabiera intensywności i gęstości, aż do momentu, gdy przybiera postać rozchełstanego, rozdrażnionego, jakże zadziornego pasma dark ambient. W ramach ostatniego akcentu muzyk proponuje nam jeszcze organową salwę. Brawo za tę część!

 


Salim Javaid & Santiago Bogacz with Marlies Debacker  Una mirada perdida / Ella se convirtió en sus ojos (Matador, DL 2020)

Przenosimy się do słynnego Loftu w niemieckiej Kolonii, by posłuchać nagrania duetu, a na koniec także tria, stworzonego przez pewnego Urugwajczyka w podróży służbowej i międzynarodowych rezydentów niemieckich. A zatem: Santiago Bogacz (gitara akustyczna, struny stalowe i nylonowe), Salim Javaid (saksofon sopranowy, altowy i tenorowy) oraz na trzy ostatnie części - Marlies Debacker (fortepian, głównie preparowany). Całość składa się z dziewięciu części i trwa blisko 70 minut. Być może odrobinę za długo, ale z drugiej strony, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który potrafi wskazać momenty nagrania, które z całą odpowiedzialnością możnaby wyciąć z tego ponadgodzinnego potoku dźwięków. Dla ścisłości dodajmy – nagranie z ostatniego dnia lutego 2020 (chyba już dziś zetknęliśmy się z tą datą!), a wydawcą jest rzeczony Urugwajczyk i jego bandcampowy label.

Swobodna, w pełni akustyczna improwizacja lubi rodzić się w ciszy. Czysta, metalicznie brzmiąca gitara, obok szumiące dysze, oddechy z tuby i półdźwięki. Wszystko zdaje się być tu lekkie, rozhuśtane i dalece swobodne. Energia godna post-rocka, która szybko uwalnia się ze szponów introdukcji, dobrze koreluje się z precyzją akcji i równie bystrych reakcji. Oto dialog przyjaciół, którzy na tym etapie znajomości nie mają jeszcze sobie dużo do powiedzenia, ale czas spędzany wspólnie sprawia im dużą przyjemność. Wiele dzieje się tu za przyczyną dużej aktywności gitarzysty (spory wachlarz technicznych możliwości i jedynie dobrej kreatywności!). Saksofonista trzyma z nim sztamę w każdej sekundzie i świetnie reaguje nawet w karkołomnych układankach dramaturgicznych. Leniwe, minimalistyczne repetycje i kipiące mocą małe wybuchy ekspresji – w każdym z tych wariantów duet zdaje egzamin. W drugiej części powolność muzyków jakby zyskiwała na wartości – jeden sprawia wrażenie, że jest na niezłym kacu, drugi ewidentnie czuje się jeszcze wczorajszy. Opowieść, nie tylko w tej części, zasadza się na pewnym dysonansie. Jeśli Bogacz tryska emocjami i dynamiką, Javaid chętnie cedzi dźwięki przez zęby i intrygująco degeneruje etos improwizacji. Ten drugi w kolejnej części znacząco poszerza naszą percepcję jego potencjału artystycznego – piszczy, drży, prowokuje. W dalszych odcinkach duet znów buduje flow na energetycznym dysonansie. Gitara zdaje się być lekko upalona brzmieniowo (muzyk zmienia tempo improwizacji w imponującym stylu!). Saksofon warczy, preparuje dźwięk wargami, gwiżdże i napotyka na piękną imitację gitary, która też śle niemal dęte frazy.

Ta bardziej niż udana improwizacja zyskuje jeszcze na wartości, gdy pod zmyślne, coraz bardziej preparowane frazy gitary i saksofonu podłącza się pianistka, która woli drżeć w pudle rezonansowym fortepianu niż tańczyć po gołych klawiszach. Trio zaczyna swą przygodę od delikatnych, wzajemnych macanek, potem przystępuje zaś do zasadniczej części swych obowiązków scenicznych. W ósmej części gitara tańczy po całej szerokości sceny, saksofon jęczy w kącie i prosi o łyk wody, a perkusyjnie usposobione piano rysuje szlak podróży. Mimo tych dynamicznych charakterystyk improwizacja zdaje się nabierać wręcz molekularnej struktury. Fantastycznym zaś podsumowanie całości jest ostatnia część, prawdziwa wisienka na torcie. Opowieść znów tkana jest z drobiazgów, pełna zmyślnych preparacji (przez moment mamy wrażenie, że słyszymy tylko szelest sześciu pracujących palców!), dętych półimitacji i surowych, finalnych oddechów.

 


Spontaneous Chamber Music  Vol. 3 (Fundacja Słuchaj!, CD 2020)

Czas na krajowy akcent w dzisiejszej zbiorówce! Trzecia odsłona Spontaneous Chamber Music, to autochtoni: Marcin Olak na gitarach i Patryk Zakrocki na altówce oraz goście: Anna Gadt wokalnie i Annemie Osborne na wiolonczeli (nagranie studyjne z grudnia 2018 roku – czternaście improwizacji, być może niektóre z nich z zarysowanym scenariuszem, ponad 54 minuty). Płyta składa się z dwóch części i epilogu. Najpierw otrzymujemy sześć improwizacji w kwartecie, potem siedem duetów, by na koniec znów spotkać się z kwartetem. Trudno czynić z tego zarzut artystom, wszak większość dźwięków świetnie się tu broni, ale sam zabieg długotrwałego rozbicia kwartetu na duety zakłóca nieco dramaturgię całości. Dodatkowo, album okrojony do 40-45 minut zapewne ominąłby kilka ledwie dostrzegalnych płycizn i definitywnie zasługiwał na wysoką ocenę.

W morze improwizacji artyści wchodzą wszakże z przytupem. Silny głos, skacząca wokół niej gitara i intensywny szelest piłowania strun pozostałych instrumentów. Czujne, rozwichrzone i intrygująco zdekalibrowane free chamber. Druga część stawia na rytm, melodię i nieskrywaną taneczność. Muzyka z epoki, ale na sterydach! W kolejnej odsłonie pojawiają się pierwsze, ciekawe preparacje dźwięków, szczególnie w podsekcji smyczkowej. Gitara najczęściej szuka głosu (tak dzieje się w wielu momentach płyty), buduje dramaturgię całości, dba też o pojedyncze przebiegi. Czwartą i piątą część bardzo udanie otwierają altówka i wiolonczela. Najpierw filigranowo i delikatnie, potem dynamicznie i emocjonalnie. Gitara dodaje do tego szczyptę dobrego hałasu, zaraz potem niezbędną dynamikę, a głos, rozdrażniony szept, zdaje się przywoływać wszystkich do porządku. Ostatni fragment partycji kwartetowej odwraca kolejność zdarzeń. To głos i gitara maszerują na czele, a cello i altówka budują zmysłowe tło. Nim utwór wybrzmi do końca, role wydają się być odwrócone, definitywnie dla dobra obrazu całości.

W fazie duetowej emocje chwilami nieco przygasają. Więcej jest niuansów i nieśpieszności, niż ekspresyjnych, bystrych dialogów. Najpierw gitara i głos, potem kolejno – gitara i wiolonczela, wiolonczela i altówka (to tu jest najciekawiej, piękny post-barok!), głos i wiolonczela (bardzo kobieca narracja!), ponownie głos i gitara (ciekawy, wschodni zaśpiew!), ponownie wiolonczela i altówka, a na finał głos i wiolonczela (znów post-barokowo!). W ramach udanego zakończenia powraca kwartet i serwuje nam niebanalny free chamber w emocjonalnym rozkwicie. Na ostatniej prostej wszyscy głęboko oddychają, a gitara dodaje pasma mglistego ambientu.

 


Hübsch/ Martel/ Zoubek  Ize (Insub Records, CD 2020)

Wracamy do kolońskiego Loftu! Listopad 2018, a na scenie (czy z publicznością?) trójka zdolnych do wszystkiego muzyków: Carl Ludwig Hübsch (tuba i obiekty), Pierre-Yves Martel (viola da gamba, harmonica, pitch pipes) oraz Philip Zoubek (fortepian i syntezator). Panowie w procesie generowania dźwięków stawiają na improwizację, ale wszystko zdają się czynić w sposób uporządkowany i z pewnością precyzyjnie zaplanowany. Przygotowali dla nas pięć utworów w estetyce zbliżonej do contemporary chamber, trwających mniej więcej trzy kwadranse.

Otwarcie płyty stawia na niejednoznaczność, elektroakustyczną poświatę, na długie frazy, ale także szybkie cmoknięcia w ustnik i szemrzące oddechy. W drugiej części (ponad 17 minutowej) ta majestatycznie powolna opowieść jeszcze bardziej rozwarstwia się. Garść zaaranżowanych akcji i reakcji, trochę minimalizmu i repetytywności. Klimat tajemniczości wiele tu rekompensuje. Po pewnym czasie opowieść dostarcza nam wreszcie kilku prawdziwie żywych dźwięków tuby, która intrygująco burczy. Piano i viola koncentrują się raczej na krótkich frazach. Rozbudowa narracja zaczyna pęcznieć i nabierać masy, choć interwały ciszy nie przestają być stałym elementem gry. Na koniec dostajemy kilka frapujących dźwięków jakby wprost z zakładu mechaniki pojazdowej.

Definitywnie ciekawiej robi się w kolejnych, już nieco krótszych ekspozycjach. Trzecia część jest miniaturą, pełną niebanalnych brzmień i mikro preparacji. Wszystko, co najlepsze dzieje się zaś w części czwartej. Powraca elektroakustyczna poświata, tajemnicze obiekty zaczynają rezonować, a tuba intensywnie oddychać i prychać. Kilka dźwięków z syntezatora, także harmoniki dodatkowo ubarwia narrację. Muzycy wraz z upływem czasu inteligentnie budują napięcie, aż po szczególnego rodzaju peak emocji. Tuż po nim opowieść zaczyna przypominać rwącą rzekę, pełną naprawdę groźnych fortyfikacji dźwiękowych. Finał tej dalece dobrej płyty stawia na akustyczne brzmienia tuby, violi i fortepianu. Narracja przypomina dynamiką marsz pogrzebowy. Powraca harmonica, która buduje pojękujący dron, struny dodają swoje, a zagadka znów zdaje się gonić zagadkę.

 


Chihei Hatakeyama & Dirk Serries  Black Frost (Glacial Movements Records, CD 2020)

Na finał dzisiejszych opowieści kojący strumień dźwiękowy, któremu nie tak łatwo przykleić jakąkolwiek kolorową łatkę. Raczej nie dark, może bardziej blue, a może po prostu, to ambient w czystej, niemal klasycznej postaci. Belgijskiego gitarzystę Dirka Serriesa znamy na tych łamach doskonale, japońskiego muzyka Chihei Hatakeyamę wręcz przeciwnie. Opis płyty nie wspomina o użytym przez muzyków instrumentarium, a także, gdzie zarejestrowano nagranie, razem, czy może osobno, czy to może kolaż dwóch ścieżek dźwiękowych, powstałych niezależnie od siebie. Pozostajemy w oparach tajemnicy, choć wielu spraw możemy się domyślać. Jedno nie ulega wszakże wątpliwości – nagranie składa się z czterech części, trwa zaś 43 minuty i kilkanaście sekund.

Zapraszamy do krainy ambientu lekkiego, jak puch, budowanego przez dwa strumienie fonii, z których jedna swobodnie płynie w nieznane, druga zaś kreśli małe pętle. Z czasem narracja pęcznieje, a w jej strukturze zaczynają pojawiać się nowe mikro elementy. Wszystko spowite jest mrokiem tajemnicy, ku chwale gatunkowej czystości. Druga opowieść zdaje się być jeszcze cieplejsza, a dźwięki sprawiają wrażenie niezwykle sterylnych, powstałych w warunkach laboratoryjnych - płyną swobodnym, dość jednorodnym strumieniem. Nie pozostaje nam nic innego, jak przymrużyć oczy, wziąć głęboki oddech, zatrzymać wszelkie procesy myślowe i dać się zabrać tym dźwiękom na meta relaksacyjny trip.

Trzecia opowieść płynie do nas z nieco bardziej mrocznych stref świata. Muzycy proponują nam zejście o kilka stopni w dół. Jedno pasmo produkuje wręcz basowy dron, a całość płynie do nas z dalekiego, nieznanego księstwa. Ostatnia historia wydaje się być najbardziej powolna i wytłumiona - dociera do nas wymieszana z szumem ciszy. Pętla za pętlą brzmienie łagodnieje i pnie się ku górze. Przez moment może wydawać się, iż ambient zaczyna śpiewać. Ostatecznie, brnie jednak z powrotem na samo dno i gaśnie w mgławicy syntetycznych oddechów ciszy.