Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quentin Stokart. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quentin Stokart. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 stycznia 2026

eux sæm’ fresh outfit: Mehin! Live in Nickelsdorf!


Z radością sięgamy dziś po dwa albumy, które zaliczyliśmy całkiem niedawno do 50 powodów, dla których warto było zapamiętać rok 2025!

Nasza radość jest tym większa, iż oba sygnuje wydawnictwo eux sæm, za którym stoi organizacyjnie i artystycznie belgijski drummer Tom Malmendier. Na obu nasz bohater jest obecny, oba są duetami i w równym stopniu zasługują na bardzo wiele ciepłych słów. Zatem, otwórz szafę, mów do rzeczy!

 


Quentin Stokart & Tom Malmendier Mehin (CD 2025)

Studio Grez, Bruksela, styczeń 2025: Quentin Stokart – gitara oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 35 minut.

Zaczynamy od duetu Malmendiera z belgijskim gitarzystą Stokartem, którego losy śledzimy bacznie, ale który, póki co, wielu nagrań nam nie upublicznia. Panowie improwizują na żywo, ale w warunkach studyjnych.

Szmer z rozgrzewającego się amplifikatora, drżenie strun, nieznane przedmioty przesuwane po glazurze werbla, to elementy czegoś, co już na tym etapie nagrania moglibyśmy nazwać przednówkiem post-industrialu. Muzycy dość szybko budują gęstą pajęczynę splotów nerwowych, wchodzą w tłuste zwarcia i ociekają potem już po kilku pętlach narracji. Struny gitary i perkusyjne pałeczki łamane są kołem zębatym, a tło drży i złorzeczy, ale też śpiewa, chyba po arabsku. Opowieść jest głośna, niekiedy dynamiczna, innym razem tonie w gęstym mule. Gitara plami psychodelią, perkusja tańczy na krawędziach. A to ledwie szósta minuta koncertu.

Po krótkim, niemal tanecznym interwale, artyści grzęzną w preparacjach. Trudno w tej chwili wskazać ośrodek odpowiedzialny za dany dźwięk, czy strzęp hałasu. Dynamika nagrania zostaje jednak szybko odszukana i równie sprawnie zatopiona w mrocznej, ambientowej chmurze. Wszystko drży, łomoce, zgrzyta, szumi i skwierczy, wpada w iście diabelskie ukołysanie. W okolicach dwudziestej minuty muzycy znów popadają w taneczny nastrój. Przypominają pokraczne postacie, które podskakują na rozgrzanej patelni, żywcem wyjęci z ostatniej sceny Stroszka Herzoga. Gitara śpiewa martwe melodie, perkusja krzyczy mocą koślawego werbla i kanciastych tomów. Jakiś dziwny, progresywny rytm zdaje się kierować muzyków w nieznane. Szukają hałasu, ale odnajdują mroczne wystudzenie. Znów pojawia się melodia, ale to zdarta płyta, uszkodzona pozytywka. Pięć minut przed końcem wstrzymują oddech, po czym rozpościerają skrzydła i skaczą w ogień krwistego noise. Mają jednak wszystko pod kontrolą i wieńczą ów crazy trip gasząc płomień narracji do pojedynczego dźwięku.

 


Les Marquises (Emilie Škrijelj & Tom Malmendier) Live in Nickelsdorf (CD 2025)

Konfrontationen Festival, Nickelsdorf, Austria, lipiec 2022: Emilie Škrijelj - turntable, akordeon, elektronika oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 41 minut.

Duet Les Marquises, to bazowa formacja dla Toma i całego labelu. Koncert z Austrii, to bodaj ich czwarta płyta. Od post-elektronicznej flauty do elektroakustycznego galopu. Tradycyjny dla duetu poziom intensywności, którym obdzielić możnaby całe dyskografie wydawnictw poświęconych minimalistycznej muzyce współczesnej.

Artyści od pierwszej sekundy dyktują sobie intrygujące tempo. Nie tylko perkusja, ale także cały arsenał akordeonistki czyni tu dalece rytmiczne przebieżki. Wiele dźwięków ma definitywnie syntetyczny posmak, ale brzmienie całości jest bardzo selektywne. Sporo z nich stanowi tu zagadkę, choćby fletowo brzmiąca ekspozycja oplatająca perkusyjny drive w okolicach piątej minuty. Muzyka duetu zwyczajowo pachnie umiarkowanym industrialem, ale nie przekracza granicy hałasu. Lubi incydentalnie popadać w narracyjny letarg, ale tylko po to, by zaczerpnąć mocy do dalszych swawoli.

Improwizacja ma swą pierwszą kulminację w okolicach dwunastej minuty, ale po kolejnych dwóch przypomina już ambient usiany tajemniczym electro beatem. Po dalszych sześciu minutach nabiera zaskakującej melodyki i spokojniejszego rytmu, a zaraz potem wpada w medytacje pulsujące delikatną elektroniką. Dopiero tuż przed upływem dwóch kwadransów ze sceny słyszymy po raz pierwszy frazy typowe dla brzmienia akordeonu. Po niezbyt długiej fazie leżakujących preparacji w muzyków wstępuje nowy duch walki i przystępują do intensywnej finalizacji koncertu. Ta zdaje się być w stu procentach akustyczna, nasączona tanecznym krokiem akordeonu. Stylowy falling down poprzedza rzęsiste oklaski.



 

piątek, 10 lutego 2023

Peter Jacquemyn in duo with Quentin Stokart and other short stories!


Belgijski kontrabasista Peter Jacquemyn to muzyk definitywnie osobny. Podąża swoimi ścieżkami, czasami zaczepia się o produkcje free jazzowe, ale nade wszystko zdaje się być pierworodnym synem Petera Kowalda, który sam sobie sterem i okrętem. Nie wydaje tysiąca płyt rocznie, każde jego ujawnienie fonograficzne sprawia wrażenie głęboko przemyślanego. Muzyk czerpie inspiracje z pewnością z całego kosmosu, ale jak sam zeznaje na albumowych liner notes, jego filozofia artystycznego istnienia i sztuki improwizowania poszukuje energii do życia i muzycznej kreacji w obszarze Dalekiego Wschodu, choćby w mongolskich, czy koreańskich systemach wartości.

Na łamach Trybuny jego dane personalne pojawiają się dość regularnie, ale na ogół dotyczą projektów nie w pełni autorskich Petera. Szczęśliwie artysta koncertował na początku roku w poznańskim Dragonie, dzięki czemu redakcja weszła w posiadanie kilku jego autorskich albumów, które w swej bezwzględnej głupocie przegapiła w trakcie minionej dekady lat. Dziś trzem takim wydawnictwom przyjrzymy się dość skrupulatnie.

Na starcie jednak czeka nas całkiem świeże nagranie, edytowane w kilku formatach w roku 2022. Duet z belgijskim gitarzystą Quentinem Stokartem wydaje się być dobrym wprowadzaniem do eksploracji starszych dokonań kontrabasisty, odpowiednio z lat 2018, 2016 i 2013.



 

Jacquemyn & Stokart

Spotkanie kontrabasisty z gitarzystą, to swobodna, bogata w wydarzenia i niekiedy bardzo hałaśliwa improwizacja. Trwa niespełna dwa kwadranse i to z pewnością jedyna wada tego wspaniałego nagrania.

Emocje stanu początkowego kreuje tu ostry smyczek kontrabasowy, który pracuje zarówno w dolnych, jak i wysokich pasmach oraz gitarowe preparacje o dalece post-industrialnej proweniencji. Narracja dość szybko nabiera dynamiki, a także pewnej rytmicznej tekstury, tu kreowanej głównie akcentami percussion ze strony gitarzysty. Artyści zdają się rozdzierać szaty i klecić coraz bardziej bolesne frazy - zdeformowane, brudne post-riffy gitary i bardziej smukle, wystudzone odgłosy smyczka. Improwizacja ma tu kilka faz, raz syci się post-barokowym brzmieniem kontrabasu i tuli do elektroakustycznych plam gitary, innym razem intensywnie nabiera tempa, po czym kończy żywot w ogniu hałasującego smyczka i skowycie rozśpiewanej gitary.

Druga odsłona zaczyna się w ciszy kontrabasowych drobiazgów i perkusyjnych akcji gitarzysty. Muzycy bez zbędnej zwłoki łapią wiatr w żagle i przystępują do kompulsywnego ataku. Z jednej strony mechanika dewastowanego gryfu gitary, która syci się post-rockową ornamentyką, z drugiej post-barokowe emocje kontrabasowego smyczka, który tańczy, krzyczy i swawoli. Narracja faluje tu niczym wzburzony ocean, a jej ekspresyjne góry i doliny zastępują się w tempie karabinu maszynowego. Muzycy preparują dźwięki, ale cały czas doładowują baterie i gonią za śmiercią. Chwilami brzmienie kontrabasu, to jednocześnie pisk strun i trzeszczenie pudła rezonansowego, z kolei gitara przypomina płonącą trafostację. Dynamika hałasu, ale i precyzja każdego pociągnięcia pędzlem. Gdy Peter decyduje się na szorowanie strun, Quentin ucieka w post-jazzowe pląsy. Gdy przechodzi w tryb pizzicato i niemal swinguje, ten drugi szuka prądu w otchłani wzmacniacza. W drugiej połowie kilkunastominutowej improwizacji muzycy zdejmują nogę z gazu i sięgają po brzmieniowe drobiazgi, ale charczą przy tym, jak gruźlicy pozbawieni dawki penicyliny. Narracja robi się niemal akustyczna – wysoko zawieszone pizzicato i zakotwiczony na samym dole brud gitarowych wyziewów. Na zakończenie spektaklu Peter powraca do smyczka, a Quentin slajsuje niczym bluesman, po czym wypuszcza z gardła gitary ostatnią porcję hałasu.



Fundament

Pięć kontrabasów, trzy tuby (w tym jednak określona jako tubax, czyli połączenie tuby i saksofonu), dwa saksofony barytonowe, saksofon basowy i puzon tenorowy – już sam skład instrumentalny Fundamentu winien budzić grozę i zachwyt jednocześnie. Jacquemyn – poza grą na kontrabasie i używaniem głosu - odpowiada tu także za tzw. koncept, który należy zapewne rozumieć, jako scenariusz improwizacji, które realizować będzie on sam i jego jedenastu partnerów. Na całość albumu składają się dwie długie opowieści, skromne, niespełna dwuminutowe interludium pomiędzy nimi i zmysłowa, czterominutowa koda. Zapraszamy do królestwa niskich częstotliwości. Dodajmy, iż połowa muzyków ensemble używa także własnego głosu.

Pierwsze kroki artystów wydają się dalece minimalistyczne - na gryfach kontrabasów snują się smyczki, w tubach dętych kołyszą drobne porcje zimnego powietrza. Każda akcja obfituje tu w interakcję, zatem spirala narracji nakręca się z każdym kolejnym wydarzeniem. Z jednej strony zaplanowane spiętrzenia, z drugiej dronowe interludia. Siła rażenia tego combo wydaje się nie mieć granic, nawet w momentach, gdy niemal wszyscy frazują unisono. Całość przypomina chwilami soundtrack to mrocznego horroru, a grana tuti dronowa ekspozycja dźwięk nalotu dywanowego. W ramach stylowych ornamentów zdarzają się tu także dęte frazy grane w zdecydowaniem wyższych pasmach. Niedługo przed wybiciem dziewiętnastej minuty opowieść zmysłowo przygasa wprost w strumień kolektywnego śpiewu tybetańskich mnichów, którzy snują gardłowe mantry. Niespełna dwuminutowa część druga działa, jak silny kontrapunkt – galop zwinnych, lekkich pizzicato daje tu asumpt do free jazzowych, dętych okrzyków.

Trzecia opowieść budowana jest bardzo skrupulatnie i cierpliwie. Smyczkowa mantra kontrabasów i szemrzące oddechy dęte, niczym z afrykańskiego buszu. Tuby huczą, a smyczki płyną długimi strumieniami, nabierając post-barokowej taneczności i niezbędnej dynamiki. W okolicach szóstej minuty narracja hamuje i przekształca się w plejadę short-cuts, granych niekiedy unisono. Po niedługim czasie strunowe frazy ponownie nabierają tempa i lepią się w coraz gęstszy strumień fonii. Ostatnie pięć minut tej części albumu formuje się z dronowych ekspozycji wytłumionych smyczków i budującego się w tle potoku zmysłowego wielogłosu. Narracja szuka cisza, a ostatnie dźwięki gra tu chyba sam Jacquemyn. Czwarta odsłona na tle całego albumu zdaje się być wyjątkowo lekka. Smyczki frazują bardzo wysoko, są jedynie podkładem do kolejnego strumienia gardłowego wielogłosu. Potok akustycznej metafizyki cudownie reasumuje to niezwykle fundamentalne przedsięwzięcie. 




Cloud Chamber

Kameralna Chmura, a może Pomieszczenie z Chmur, to wielominutowa i tyluż wątkowa opowieść o tym, jak akustyczny kontrabas w rękach Petera Jacquemyna potrafi fantastycznie funkcjonować w oparach bystrej, kreatywnej elektroniki Stefana Prinsa. Dodajmy, iż elektroniki na ogół uprawianej na żywo, a w końcowej fazie części koncertowej sycącej narrację także ciekawymi cytatami z muzyki klasycznej, dostarczanej za pomocą sampli. Dawka ponad dwóch godzin, co do zasady, improwizowanych interakcji nie powinna zniechęcać akustycznych purystów. To bowiem kolejne doskonale nagranie w portfolio Jacquemyna.

Cześć studyjna albumu składa się z siedmiu dobrze skonstruowanych opowieści. W każdej z nich mamy wartką akcję, dużą zmienność i strumienie dźwiękowe balansujące od wytłumionej filigranowości po połacie niczym nieskrępowanego hałasu. Kontrabas pracuje najczęściej w trybie arco, a incydenty pizzicato traktować możemy raczej jako próby zadzierzgnięcia nowej intrygi narracyjnej. Spektrum działania elektroniki zdaje się tu nie mieć granic. Od nieokrzesanych galopad, syntezatorowych pasm meta elektroniki, po usterkowe i zgrzytliwe strzępy dźwięków, zarówno delikatnych, jak i pełnych energii, niczym drum’n’basowe fantazje Squarepushera z dawnych lat. Bywa, że kontrabasowo-elektroniczna narracja nabiera tu niemal piosenkowego charakteru – piszczący smyczek płynie wraz ze strugą syntezatorowej narracji. W kolejnych odcinkach sagi studyjnej znajduje raz za razem narracyjne perełki. W drugiej podoba nam się, gdy kontrabas i elektroakustyka reszty niemal szorują po gołej, szorstkiej podłodze, z kolei w trzeciej, gdy galopady pizzicato połykają kilometry w oparach usterkowej post-elektroniki. W czwartym epizodzie kontrabas ryje bruzdy w ziemi, a elektronika dla kontrastu szuka melodii i śpiewnych fraz. W części kolejnej live electronics brzmią niczym analogowy aparat telefoniczny, zagubiony w zdezelowanej budce na rogu ulicy, podczas gdy zuchwały smyczek tańczy post-barokowe figury. W części szóstej mamy minimalistyczne wymiany drobnych uprzejmości, a w części ostatniej pojawiają się głosowe mantry kontrabasisty, delikatny smyczek i mroczne, nisko osadzone kłęby syntetycznych post-dźwięków.

Płyta koncertowa składa się z dwóch długich improwizacji, przy czym ta pierwsza trwa prawie czterdzieści minut. Opowieść zdaje się tu skupiać na ciężkiej, smyczkowej pracy kontrabasisty, który zmienia tempa i poziom intensywności, ale nie ustaje w procesie budowania interesującej narracji. Elektronika w pierwszej fazie skupia się na budowaniu tła i subtelnym kontrapunktowaniu wysiłków akustyka, chce nie stroni od wtrętów niemal post-industrialnej proweniencji. Artyści potrafią tu także sięgać po drobne, niemal filigranowe frazy, a każdy przejaw dźwiękowej agresji jest jedynie ich artystycznym wyborem, a nie narracyjną koniecznością. Improwizacja sięga noise’owych wyżyn, ale i pęknie broczy w mule mrocznych i charczących fraz. Na ostatnie prostej nie ma już jednak litości – opowieść przypomina prawdziwą burzę z piorunami! W części drugiej koncertu elektronika zdaje się wychodzić delikatnie przed szereg. Sypie jak z rogu obfitości syntetycznymi subtelnościami, śpiewa i buduje meta rytmiczne narracje. Tym razem improwizacja dociera do stadium hałasu za sprawą smyczka piszczącego na gryfie kontrabasu, którego pudło rezonansowe trzeszczy, jak stara kanapa. A na samo zakończenie anonsowana garść sampli, która koi emocje, ale i bierze w nawias artystyczne wysiłki ostatnich dwóch godzin z życia artystów.



Dig Deep

Na zakończenie dzisiejszej epistoły, eksplorującej niektóre dokonania belgijskiego kontrabasisty w minionej dekadzie, definitywnie czas na płytę solową - tylko kontrabas i glos. Wszystko, co dobrego powiedzieliśmy o muzyce Jacquemyna przy okazji poprzednich płyt, tu w trakcie samotnej improwizacji, zdaje się powracać w dwójnasób. Siedem opowieści – krótka uwertura, część zasadnicza, będąca jednym strumieniem dźwiękowym, ale podana w dwóch częściach, a potem jeszcze cztery bardziej zwarte czasowo, ale równie urokliwe epizody.

Anonsowana uwertura trwa siedemdziesiąt dziewięć sekund i pokazuje, jak bardzo kontrabasowy smyczek zdolny jest do zadawania śmiertelnych ciosów. Dwie kolejne improwizacje zwą się odpowiednio Low i Lower, a trwają razem ponad dwa kwadranse. Muzyk ma tu mnóstwo czasu, by nasycić nasze uszy ogromem emocji, jakie czają się w jego głowie. Na starcie nisko, niemal leniwie, ale już wtedy masywnie, głęboko w teksturę dźwięku. Smyczek zdaje się tu płynąć w gęstej mazi, kreśli wielkie pętle filozoficznej zadumy, czasami nabiera intensywności, czasami zwalnia i zadaje pytania pozbawione odpowiedzi, a czasami zamyśli się, niczym pielgrzym u progu kolejnego etapu podróży. W ósmej minucie muzyk sięga dna ciszy, a struny jego instrumentu bezdźwięcznie pulsują. Potem zdobi opowieść garścią filigranowych flażoletów i buduje dalekowschodnio brzmiąca mantrę delikatności. Na moment wpada w szarpany półgalop, ale dość szybko powraca do smyczkowych boleści i rozlewa wokół dźwięków instrumentu morze gardłowych pomruków. Głos muzyka i jego lekki jak pawie pióro smyczek zdają się teraz stanowić jedno dźwiękowe ciało. Czasami haczy ono o post-barok, innym razem szuka delikatnej dynamiki. Głos idzie tu za roztańczonym smykiem aż do kresu opowieści.

Czwarta improwizacja zwie się High, a smyczek każdą swą frazą udowadnia zasadność tytułu. Wysoko zawieszony dron ciekawie konweniuje tu z kolejną porcją głosowych pomruków. Old asian morning song, niczym mantra strudzonego piechura. W drugiej części tej ekspozycji muzyk dodaje siły swych mięśniom, improwizacja nabiera niemal post-industrialnego posmaku, ale nie traci swej wewnętrznej taneczności. W części piątej w centrum uwagi pozostają energiczne ruchy szarpania za struny i inne mniej lub bardziej wyszukane metody dewastowania materii. Z kolei w szóstej muzyk szoruje maltretowane uprzednio struny, zdaje się śpiewać i rytmicznie podrygiwać, czyniąc wszystko na imponującej dynamice. Finałowa opowieść, pełna melodii w głosie i delikatnych fraz pizzicato, jest dalece enigmatyczna i zdaje się parafrazować semickie obyś bogatym był.

 

Peter Jacquemyn & Quentin Stokart qter (qeerecords, CD-r/ kaseta/ DL 2022). Peter Jacquemyn – kontrabas oraz Quentin Stokart – gitara. Nagrane w Brukseli, 22 lutego 2022 roku. Dwie improwizacje, 27 minut z sekundami.

Fundament Fundament (El Negocito, CD 2018). Peter Jacquemyn – kontrabas, głos, koncepcja całości, Mathieu Lilin – saksofon barytonowy, Gregoire Tirtiaux - saksofon barytonowy, głos, Peter Verdonck – saksofon basowy, głos, Kristof Roseeuw, Lode Leire i Yannick Peeters – kontrabasy, Pieter Lenaerts – kontrabas, głos, Eric Sleichim – tubax, Matthias Muche – puzon tenorowy, Carl-Ludwich Hübsch i Jan Pillaert – tuby, głos. Zarejestrowane w miejscu zwanym Nona, Mechelen, Belgia, w roku 2017 (?). Cztery utwory, 43 i pół minuty.

Peter Jacquemyn & Stefan Prins Cloud Chamber (ChampdAction, 2CD 2016). Peter Jacquemyn – kontrabas, głos oraz Stefan Prins - live electronics. Zarejestrowane w ChampdAction/Studio, deSingel, Antwerpia, Belgia, czerwiec 2016 (dysk pierwszy – prace studyjne; drugi dysk – koncert). Odpowiednio siedem i dwie improwizacje, łącznie 125 minut.

Peter Jacquemyn Dig Deep (ChampdAction, CD 2013). Peter Jacquemyn – kontrabas i głos. Zarejestrowane w ChampdAction/ Studio, deSingel Antwerpia, Belgia, lipiec- sierpień 2013. Siedem improwizacji, 52 minuty.

 


piątek, 13 stycznia 2023

A New Wave Of Jazz’ fresh outfit: Dandelion! The Art Of Crashing! Good To Be Back In Reality! Stochastic Regions!


Belgijski label A New Wave Of Jazz pracuje równo i wytrwale, każdego roku dostarczając miłośnikom wolnej improwizacji kilka łakomych kąsków. Dokonania stajni Dirka Serriesa śledzimy od początku jej istnienia, zatem nasi Czytelnicy znają każdą płytę wydaną z logo NWOJ.

Dzisiejsze spotkanie obejmie dwie jesienne premiery kompaktowe wydawnictwa, a także dwie kasetowe świeżynki, które światło dzienne ujrzały pod koniec lata zacnego roku ubiegłego. Na czterech albumach odnajdujemy jedno trio i aż cztery duety, albowiem druga z kaset ma charakter splitowy, zatem na każdej ze stron tego wyśmienicie nobliwego i jakże archaicznego, tudzież nieporęcznego nośnika pomieszczono różne nagrania. Szefa labelu znajdujemy na nagraniu trzyosobowym (tu definitywnie najciekawszym, które bez trudu trafiło na naszą coroczną listę rzeczy wartych zapamiętania) oraz na dwóch ostatnich duetach. Poza nim, na omawianych płytach zagrają dla nas sami dobrzy znajomi - z Wielkiej Brytanii, Belgii, Holandii i … Portugalii.



Dandelion by Jackson, Serries & Vanderstraeten

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, październik 2021: Tom Jackson – klarnet, Dirk Serries – gitara akustyczna oraz Kris Vanderstraeten – instrumenty perkusyjne, perkusja. Pięć improwizacji, 42 minuty.

Dość jeszcze młody Anglik i dwóch doświadczonych (nawet bardzo) Belgów proponuje nam nagranie niezwykłe. Na lewej flance bardzo kreatywny klarnecista, którego znamy z wielu ciekawych albumów, muzyk wszakże nie nastawiony na eskalowanie ekspresji, to raczej wyczulony na niuanse post-kameralista. Po prawej stronie gitarzysta, tu w wersji akustycznej, a zatem skory do intrygującego pętlenia narracji, nieustannie wystawiający partnerów na nowe i niełatwe zadania. Po środku zaś weteran swobodnego percussion & drums (dokładnie w tej kolejności), który zdaje się być głównym strategiem tej improwizacji, muzykiem, który permanentnie sieje zdrowy ferment i wtłacza narrację w coraz bardziej urokliwe sytuacje sceniczne. Dodajmy, iż album jest fantastycznie skonstruowany pod względem dramaturgicznym. Każda kolejna improwizacja zdaje się tu zagęszczać emocje i nieść nas coraz większym wzniesieniem.

Początek nagrania to gromada drobnych fraz – pisków, delikatnych obtarć, trzasków, szmerów i szelestów. Akustyczny mikro świat, który szybko gęstnieje i przyjmuje postać tzw. narracji właściwej, pełnej ciekawych zakamarków i zwinnie pokonywanych zakrętów. Wszystkie frazy, akcje i towarzyszące im bystre reakcje zdają się tu do siebie pasować niemal idealnie – od szczegółu do ogółu i z powrotem! Druga opowieść zaczyna się na stojąco – coś rezonuje, ktoś wzdycha. Po kilku głębszych oddechach narracja rusza jednak z kopyta i dość szybko zyskuje na dynamice. Zadziorne frazy gitary, wycofana melodyka klarnetu i wielopalczasty drummer, który z wyjątkową gracją pociąga za sznurki. Trzecia improwizacja faluje niczym wzburzony ocean. Najpierw budowana ze sprytnych short-cuts, potem oparta na zwinnych interakcjach. Pierwszym, który ciągnie narrację na wzniesienie jest dobrze już rozgrzany klarnet. Emocje rosną jak w dobrym filmie kryminalnym. Nie brakuje też fazy rezonująco-śpiewającej, szczególnie w parze klarnet-perkusja. Ten pierwszy ma tu nawet krótkie, w pełni samotne solo. Rozbudowana czasowo narracja wchodzi w fazę beauty falling down dopiero po dziesiątej minucie. Zdobi ją szczególnie garść tajemniczych, elektroakustycznych dźwięków, zapewne ze strony perkusjonalisty. Czwarta odsłona stawia na frazy permanentnie preparowane. Klarnetowe gwizdy, smyczkowe akcje na gryfie gitary i kacze gdakanie perkusjonalisty. Muzycy zaskakują nas tu na każdym korku – rozkołysane śpiewy, dynamiczne podskoki i stado koni w galopie – wszystko brzmi niczym soundtrack do filmu przygodowego. Na starcie ostatniej części albumu dostajemy dźwięki wprost z werbla, których pochodzenia możemy się jedynie domyślać. Rozrywane struny gitary i klarnecie popiskiwanie, to kolejne elementy tej układanki. Muzycy formują się w zwarty, na poły rytmiczny szyk. Emocje skaczą tu do samego nieba, tempo eskaluje, ekspresja eksploduje! Na moment zwalniają, by schylić się po drobne, niemal zjawiskowe dźwięki, po czym skaczą na powrót w piekło niekończących się, całkiem tanecznych podrygów. Po siódmej minucie zdejmują nogę z gazu i zaczynają preparować. Klarnecista śpiewa teraz na smutno, gitarzysta liczy struny, a perkusista przestawia przedmioty na werblu, obiera je ze skóry, zdaje się, że także … nakręca. Bardziej energetyczne frazy powracają tu na ostatniej prostej, genialnie reasumując całe spotkanie.



 

The Art Of Crashing by Costa & Ernsting

Studio SanteBoutique, Holandia (?), 2020: Hugo Costa – saksofon altowy oraz Philipp Ernsting – perkusja. Sześć improwizacji, 49 minut.

Portugalskiego saksofonistę i holenderskiego perkusistę znamy z dwóch formacji trzyosobowych – Albatre (z basem Gonçalo Almeidy) i Anticlan (z gitarą Josue Amadora). Tym razem postanowili pomuzykować jedynie w duecie, z góry zakładając, iż formuła free jazzu będzie dla nich najodpowiedniejsza. Świetnie sobie w zadanej estetyce poradzili, dodatkowo mając w zanadrzu sporo nie do końca jazzowych doświadczeń z obu wymienionych grup, wnieśli do tygla dość spodziewanych emocji fire music całe mnóstwo niuansów dramaturgicznych, brzmieniowych onomatopei, a nade wszystko dużo zwyczajnej, jakże bezcennej kreatywności.

Pierwsza odsłona albumu, to miniaturowa narracja budowana niemal wyłącznie frazami saksofonowymi. Costa oddycha, lekko rezonuje, śle kilka post-jazzowych pętli na tzw. dobry początek. Kolejne trzy improwizacje trwają po dziesięć i więcej minut, zdają się być prawdziwym mięsem tego ognistego splotu wydarzeń dźwiękowych. Narracja saksofonu budowana jest dość pieczołowicie, step by step ku niebu/ piekłu stylowej, jakże emocjonalnej opowieści. Z kolei perkusja od startu szyje gęstym, tłustym, niebywale ekspresyjnym ściegiem. W wielu momentach można odnieść wrażenie, jakby strugę rytmicznej, wielowarstwowej narracji prowadziły przynajmniej dwa zestawy perkusyjne. Muzycy idą tu w ogień free jazzu, jak w ramiona ulubionej kochanki, czują się komfortowo w gęstym strumieniu improwizacji. Aktywność drummera sprawia wszakże, iż to saksofonista ma tu więcej sposobności, by czasami zwolnić, zadąć w róg nieco bardziej zadumanym tembrem, czy wysłać w świat kilka rezonujących fonii. W tej akurat ekspozycji najciekawiej dzieje się chyba wtedy, gdy w dynamicznej narracji muzycy pozostawiają dźwiękom więcej przestrzeni, budują frazy na lekkim wydechu i mimo dynamicznej sytuacji, donikąd nie gnają. Improwizacja umiera tu pod ciężarem pustych, saksofonowych dysz i oddechu upoconej perkusji. Zresztą efektowna finalizacja, to silna strona także kolejnych improwizacji. Trzecią z nich otwiera perkusyjna introdukcja. Alt wkracza do gry soczystymi dronami po kilkudziesięciu sekundach. Tempo jest tym razem umiarkowane, a wiele saksofonowych fraz ma tu bardzo melodyjną bazę. Potem gęsty ścieg drummerski jeszcze się … zagęszcza i improwizacja zionie ogniem niczym wataha smoków. Czwarta opowieść trwa ponad kwadrans, jest zatem budowana bardzo nieśpiesznie i z dużą rozwagą dramaturgiczną. Saksofon zaczyna swingowym stepem, z kolei perkusista sprawia wrażenie konia, który ubija ziemię pod kopytami. Z tej nieoczywistej sytuacji scenicznej artyści kreują piękną opowieść. Znów to drummer jest tym, którego ciągnie do ognia, saksofonista skupia się raczej na leniwym czerpaniu radości z chwili obecnej. Narracja nabiera tu niemal rytualnego drive’u, cieszy ucho każdą frazą. Pod koniec najpierw zalewa nas ogniem ekspresji, potem doskonale tłumi się pod presją coraz wolniejszego stepu perkusji i dętego pisku opon. Dwie finałowe improwizacje trwają po kilka minut i pokazują duet w nieco innym świetle. Najpierw czeka nas meta ekspresyjna ballada z niemal coltrane’owskim sznytem. Drummer kręci tu pętle, saksofonista śpiewa z lekką zadumą, dronuje, nie stroni od drobnych preparacji. Narracja faluje, nadyma się i kurczy. Ostatnia improwizacja od pierwszego dźwięku stawia na dynamikę, dęte pokrzykiwania, ale i pewien perkusyjny suspens. Artyści tańczą wokół własnej osi i z gracją kończą swe dzieło.



Good To Be Back In Reality by Webster & Grigg

Peckham Road Studios, Londyn, styczeń 2022: Colin Webster – saksofon altowy oraz Matthew Grigg – gitara, amplifikator. Osiem improwizacji, 53 minuty.

Webster i Grigg znają się bardzo dobrze, ale nie nagrali jeszcze razem tysiąca płyt. Jednak ich nowa produkcja sprawia wrażenie, jakby całe życie grali tylko ze sobą. Upichcili nam bowiem bardzo zwarte, ciasne i gęste improwizacje, w trakcie których naczelnym celem stało się szukanie wzajemnych podobieństw, tudzież zachowań imitacyjnych, nie zaś eskalowanie brzmieniowych dysproporcji pomiędzy ognistym altem, a elektryczną gitarą zaplątaną w zwoje kabli i przetworników.

Otwarcie sesji nie trwa tu zbyt długo. Kilka drobnych westchnień z obu stron i od razu krok ku narracji usianej dźwiękami, realizowanej w tempie, nastawionej na szybkie interakcje. Strumienie fonii budowane są tu nie tyle ekspresyjnymi frazami, ile preparowanymi, które zdają się łatwiej odnajdować brzmieniowe podobieństwo. Z jednej strony trochę akustycznych trzasków i szmerów, z drugiej dużo hałaśliwych nutek wypełnionych prądem. Druga odsłona prowadzona jest początkowo w bardziej umiarkowanym tempie. Tu muzycy łapią kontakt na poziomie dramaturgicznych subtelności. Tkają samonakręcającą się narrację z drobinek rozbitego szkła. Potem chwytają więcej powietrza w płuca i gonią za ochłapami ekspresji, tu dość mrocznej i nieoczywistej, ale nasączonej pokrętną melodyką. W trzeciej części dyskutują w oparach ciszy za pomocą short-cuts – drobnych parsknięć tuby i zgrzytania strun. Z czasem nabierają jednak mocy, intensywności, lepią się w jedną strugę post-noise. Czwarta improwizacja wydaje się na tle poprzedniej niemal filigranowa. Dostajemy więcej czystych fraz, a niektóre figury narracyjne zdają się być niemal wirtuozerskie. W kolejnej części artyści stawiają na drony i szukają przeciwieństw - ciepły vs brudny, rezonujący vs sprzęgający. Dość sprawnie nabierają gęstości, ale w połowie utworu stają się tylko szumem w tubie i szelestem gitarowego amplifikatora. Potem serwują sobie bitwę na śnieżki – rwane, wychłodzone, ale ekspresyjne. Szósta część powraca do konwencji filigranowej. Trochę wytłumionych śpiewów, trochę polerowanych strun, jęki i zdrobnienia - wszystko przypomina tu upiorną kołysankę dla łobuzów. Siódma opowieść dowodzi, iż kontrast jest dobrą metodą budowania dramaturgii. To ostry skok w bezmiar ekspresji – charcząca tuba i silnie sfuzzowana gitara, a wszystko realizowane w imponującym tempie. Wreszcie końcowa improwizacja, dużo spokojniejsza, ale nasycona brudnymi, sprzęgającymi się dźwiękami obu instrumentów. Wielka, post-industrialna smuga cienia! Saksofon buduje drony, gitara szuka hałasu. W połowie ekspozycji delikatny stopping, oddech w chmurze rezonansu, a potem już tylko finałowe śpiewy altu i kilka zgrabnych, posuwistych ruchów na gryfie gitary.



Stochastic Regions by Serries, Mobin & Stokart

Border Lab, Orlean, Francja i domowe studio, Belgia, od marca do listopada 2021: Dirk Serries – gitara archtop oraz Anton Mobin – prepared chamber (strona pierwsza); Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, marzec 2022: Dirk Serries – amplifikowana gitara archtop oraz Quentin Stokart – gitara, amplifikator (strona druga). Łącznie piętnaście improwizacji, 52 minuty.

Angielskie określenie chamber ma bardzo wiele znaczeń. W muzyce zwykliśmy odnosić je do stylistyki kameralnej, jako wszakże rzeczownik może być rozumiane także jako pomieszczenie. Anton Mobin, to artysta, który swoje dźwiękowe spektakle zwie prepared chamber. Znamy już kilka jego ujawnień, po prawdzie do dziś jednak nie wiemy, jakimi metodami produkuje on dźwięki, z których konstruuje swoje improwizacje. Tu dostajemy jego dzieło, które jest efektem postprodukcyjnego zderzenia z akustycznymi improwizacjami gitary. Mobin znów czyni tu cuda, dodatkowo retorycznie pytając, gdzie kończy się dźwięk akustyczny, a gdzie zaczyna jego przetworzona, syntetyczna forma. Z kolei na drugiej stronie kasety … intelektualnie odpoczywamy. Tym razem gitara akustyczna zostaje delikatnie amplifikowana, a towarzyszy jej druga gitara, także korzystająca z drobnego wzmocnienia. Słuchajmy zatem obu opowieści nad wyraz uważnie!

Pierwsza strona kasety składa się dziewięciu na ogół krótkich epizodów. Każdy z nich jest gęsto naładowany dźwiękami zwanymi prepared chamber, pozornie akustycznymi, których pochodzenia możemy się jedynie domyślać oraz dźwiękami, które dość łatwo przypisać możemy gitarze akustycznej. Serries pracuje tu w typowy dla siebie sposób – rysuje fikuśne pętle, zgrzyta zębami, kreuje pół riffy, którym nie brak bluesowego posmaku. Cała reszta jest dziełem Mobilna, a ich opisanie zgrabnym, choć odrobinę zrozumiałym językiem graniczy niemal z cudem. Potok skojarzeń odbiorcy zdaje się nie mieć tu końca. Część dźwięków to rwane, wręcz szarpane fonie, inne płyną dłuższymi strumieniami, na poły kameralnymi (a jednak chamber!), jeszcze inne zakwalifikować możemy jako post-perkusyjne. Bardzo często mamy wrażenie, że przebywamy w zakładzie szlifierskim, w którym nie brakuje szumów, szelestów, zgrzytów i trzasków, przesuwających się suwnic, całych plejad rezonujących fraz, tudzież innych meta industrialnych fonii. Czasami słyszymy fale radiowe, innym razem ktoś przesuwa po podłodze ciężką donicę. Bywa, że rękach szaleńca znajduje się balon, który ugniatany z dużą siłą nie chce jednak pęknąć. Ów wielobarwny i nieskończony świat post-akustyki na ogół wchodzi w zdrowe interakcje z żywym instrumentem.  I to zdaje się być naczelną wartością pierwszej strony kasety.

Druga strona nie wymaga już od nas ciągłego nadstawiania uszu i zadawania pytań. To sześć zgrabnych improwizacji na dwie gitary. Początek tej historii jest dość filigranowy. Drobne frazy z gitar najpierw ledwie szumią mocą wzmacniacza, potem zdają się sycić nieco większą porcją prądu. Slajsy, mikro riffy i drobne zakręty, odrobina charczących preparacji i post-westernowe pasaże małych melodii. W kolejnej części dominują preparacje, w trzeciej zaś niemal rockowe riffowanie. W czwartej artyści wracają do wymiany dźwiękowych subtelności. Każdy z nich snuje tu dość linearną narrację, nie ma zatem potrzeby, by wchodzili w bardziej intensywne interakcje. Pod koniec tej części najpierw obie gitary nabierają siarczystości, potem zadumanego mroku. Piąta improwizacja wydaje się być szczególnie urokliwa. Serries szoruje tu struny, z kolei Stokart snuje akustyczne drony. W dalszej części nagrania pojawiają się smyczki, które generują dodatkowe porcje ekspresji. Finałowa improwizacja budowana jest z drobnych dźwięków, czasami zadziornych, czasami dość obłych, doposażonych w melodię i niekiedy sporą dawkę emocji. W połowie utworu muzycy odnajdują ciszę i na jej poziomie udanie finalizują opowieść.