Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jakub Wosik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jakub Wosik. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 listopada 2022

The November’ Round-up: Sloth Racket! Quiromancia! Formica! James & Jiminez! Hocus! Ferrazza & Salis! Lussier! Shepherds Of Cats! Ziemia! Masing!


Cykliczna zbiorówka recenzji świeżych porcji improwizacji przed nami! Tym razem, wobec zalewu ważnych tematów festiwalowych w ubiegłym miesiącu, trochę ustawiona okrakiem na osi czasu – miała być październikowa, ale zrobiła się listopadowa. Za to wyjątkowo rozbudowana, bo aż dziesięcioodcinkowa! Zestawienie jak zwykle pełne wolt stylistycznych i bogate w nazwiska do zapamiętania, także te z dalekiego świata, przynajmniej z europocentrycznego punktu widzenia! Jak świetnie bowiem wiemy, dobra muzyka improwizowana powstaje wszędzie, prawdopodobnie także na innych planetach, nie tylko układu słonecznego!

Naszą dzisiejszą marszrutę zaczniemy od pokaźnej porcji free jazzu. Na początek nasi dobrzy znajomi z UK, którzy konsekwentnie zbliżają się do osiągniecia stadium wzmożonego zainteresowania ich muzykowaniem. Potem skok na drugi kontynent – dwie soczyste petardy z Argentyny i na poły kolumbijska, nieco bardziej kameralna ekspozycja z Kanady! Powrót do Europy, to jednocześnie wejście w stadium dźwiękowych eksperymentów – odpowiednio z Portugalii i Włoch! W dalszej części nie zabraknie także francuskiego humoru, polsko-angielskiego transu, soczystej porcji krajowego jazzu, a na koniec strunowych śpiewów w towarzystwie kakadu!



Sloth Racket  Organising Space (Luminous Label, CD 2022)

Kwiecień 2022, Lightship 95, Londyn: Cath Roberts – saksofon barytonowy, Sam Andreae – saksofon altowy, Anton Hunter – gitara, Seth Bennett – kontrabas oraz Johnny Hunter – perkusja. Dziewięć części, 37 minut.

Na wstępie warto dopowiedzieć, iż album de facto składa się … z czterech rozbudowanych kompozycji Roberts, które stanowią zgrabny szkielet dla wielowymiarowych improwizacji każdego z członków kwintetu (wszystkie parzyste utwory). Pozostałe pięć części, to krótkie – trwające od kilku do kilkudziesięciu sekund – zapisy foniczne, poczynione najprawdopodobniej w trakcie sesji nagraniowej lub próby. Sloth Racket lubią free jazz, który toczy się pewnymi z góry przewidzianymi ścieżkami, czasami doposażony w śpiewny, melodyjny temat, który raz po raz przywraca improwizujących szaleńców do świata trzeźwych i ogarniętych dźwiękowo.

Pierwszy z owych dłuższych utworów (a drugi na albumie) budowany jest na bazie rozśpiewanych saksofonów, ostrego drive’u kontrabasu, intrygującej, post-rockowej gitary i perkusji, która najpierw stempluje szlak, a potem kreśli dynamikę nagrania. To narracja stawiająca raczej na kolektywizm niż indywidualne popisy. Kolejny utwór (czwarty) w dużej części zdaje się być swobodną improwizacją, pełną niuansów brzmieniowych, preparacji, lekkiej perkusji i post-balladowych, dętych wtrętów. Temat utworu pojawia się dopiero po wielu minutach i porządkuje urokliwy rozgardiasz na scenie.  Szósta odsłona kreowana jest w głównej mierze przez szczebioczące po ptasiemu saksofony. Po ich długiej introdukcji improwizowane trzy grosze dokładają pozostali instrumentaliści. Ósma opowieść zdaje się być wyjątkowo zgrabnym podsumowanie albumu. Zaczyna ją perkusyjna introdukcja. Potem do gry wchodzi smyczek i jazzowo usposobiona gitara. Ta trójka kreuje narrację, pod którą najpierw podłącza się baryton, a potem alt. Dynamiczna opowieść przez chwilę staje się tu duetem gitary i altu, by po niedługiej chwili tanecznym i marszowym krokiem sięgnąć szczęśliwego końca.

 


Ezequiel Jaime/ Daniel Bruno/ Carto Brandán/ Jerónimo Díaz  Quiromancia (Neue Numeral, DL 2022)

Luty 2022, Estudio El Cubo, Argentyna: Ezequiel Jaime – bas elektryczny, Daniel Iván Bruno – puzon, Carto Brandán – perkusja oraz Jerónimo Díaz Mauro – gitara. Siedem dobrze zaplanowanych improwizacji, łącznie 28 minut.

Po nagrania muzyki improwizowanej z Argentyny sięgamy coraz częściej i zawsze są to pociągnięcia przynoszące nieskrywaną radość z odsłuchu. Znamy już kilku bystrzaków z tamtej części świata, ale czwórka, która teraz puszcza do nas oko ewidentnie debiutuje na tych łamach. Gęsty, sfuzzowany bas, który oddycha całym ciałem, błyskotliwa gitara, która zdaje się tu mieć kilka twarzy, a najpiękniejsza z nich przypomina szkliste brzmienie Ferrana Fagesa. Do tego zwinny, koci w ruchach puzon, który potrafi brzmieć wyjątkowo szorstko, no i równie inteligentna w ruchach perkusja, która choć nigdy nie wychodzi przed szereg, zawsze jest tam, gdzie być powinna. Całość nie trwa tu nawet dwóch kwadransów i to być może jedyna wada tego doskonałego albumu!

Początek grany jest kolektywnym, gęstym strumieniem dźwiękowym, konstruowany siłą brzmienia całego kwartetu. Pocięta, naznaczona tembrem grzmiących przetworników gitarowych improwizacja nie daje tu czasu na refleksję - kupujemy ją całą już po kilku pierwszych pętlach narracyjnych. W drugiej opowieści czujemy posmak rocka, ognistego, świetnie odnajdującego się w żmudnym procesie improwizacji. Narracja kipi do tego stopnia, iż puzon zdany jest na wysoki pisk, by przebić się przez ścianę gitar i perkusji. Trzecia historia, to szansa dla owego puzonu, by pokazać lwi pazur – improwizuje jedynie w duecie z perkusją. No i pokazuje nie jeden pazur! Czwarta narracja zdejmuje nogę z gazu, jest powolna, czerstwa, nasiąknięta wywarem z dobrego, gitarowego jazzu. Bas bystrze pulsuje, a puzon zanosi się śmiechem. W piątej odsłonie dynamika powraca, a swoje piękne chwile ma tu zmutowany w brzmieniu blaszak. Szybka, nerwowa czasówka z małym zniesieniem. Przedostatnia improwizacja, to elektroakustyczne zabawy basu i gitary. Od krok od hałasu, o krok od onirycznej ciszy. Finałowa ekspozycja znów stawia na gęsty, masywny kolektywizm - soczyste łamańce rytmiczne i wyjący do księżyca puzon.



 
Matías Formica Trio  Preámbulo (bandcamp’ self-released, DL 2022)

Czas akcji nieznany, okoliczności studyjne w argentyńskiej La Placie: Jonatan Schenone – kontrabas, Sebastían Stecher – perkusja oraz Matías Formica – saksofon tenorowy i barytonowy, kompozycje. Tych ostatnich są cztery, łącznie trwają niecałe 30 minut.

Kolejne nagranie z Argentyny, które trwa mniej niż dwa kwadranse. Na tamtych ziemiach, to reguła! Nade wszystko chyba jednak skromność i ważna dla dramaturgii nagrania zasada, iż lepiej zagrać o dwa dźwięki za mało, niż o jeden za dużo. Niemal bezcenna rzecz w muzyce improwizowanej! A rzeczone Preámbulo, to klasycznie zinstrumentalizowane trio swobodnego jazzu, improwizujące na bazie skomponowanego materiału. W sumie słyszeliśmy takie granie miliony razy, ale coś sprawia, iż ze spotkania z triem Formicy wychodzimy zadowoleni i dalece bogatsi w definitywnie smakowite doznania artystyczne.

Rozśpiewany temat pierwszego utworu wspiera masywna sekcja rytmu – lekko zadumany bas i kręcąca urocze pętle perkusja. Saksofonista pnie się ku górze i z radością ucieka w improwizowane didaskalia. Po niedługiej chwili podobnie czynią pozostali aktorzy tej bystrej narracji. Drugi utwór ma wstęp dalece balladowy, kreślony zwinnym, kontrabasowym smyczkiem. Molowa opowieść po kilku zakrętach nabiera mocy i kołysze się na lekkim, oceanicznym wietrze. Na czele pochodu improwizatorów staje saksofonista, który intensywnie brudzi brzmienie. Trzeci utwór od startu płynie wedle wskazań z pięciolinii. Temat znów podany na twardo, z dużą dawką melodyjności - open jazz z posmakiem świeżości, kreowany na dużej swobodzie, ale bardzo precyzyjny w każdym niemal ruchu. Niekiedy przypomina najlepsze momenty tria Adama Pierończyka z połowy lat 90. ubiegłego stulecia, bazujące na rytmie, ale rozhuśtane do granic. Pod koniec tej części muzycy serwują solo na perkusji, które pojawia się także w ostatnim utworze. Ten zaś zdaje się być refleksyjną post-balladą, budowaną na urokliwym rytmie, który pachnie słodką salsą!

 


Daniel James / Pablo Jimenez  Improvisations (Small Scale Music, DL 2022)

Październik 2021, domowe studio w Montrealu: Pablo Jimenez – kontrabas oraz Daniel James – gitara akustyczna. Sześć improwizacji, 33 minuty z sekundami.

Swobodnie improwizowane, nad wyraz intrygujące spotkanie Kolumbijczyka i Kanadyjczyka pod flagą małego labelu z Quebecu. W pełni akustyczne, pozbawione obłych kształtów, wyraziste, chwilami zadziorne, ale także dość mroczne. Do tego z mnóstwem emocji pomiędzy strunami. I to nie tylko kameralnych!

Sytuacja na starcie dalece frapująca – cierpiące, smyczkowe oddechy i gitara, która pracuje na strunach brzmiących, jakby ulepione były z organów wewnętrznych ludzkiego ciała. Smutek miesza się tu z nerwowym przekładaniem nogi na nogę. Ekspresyjne zjazdy i leniwe podbiegi, kanciaste frazy i dźwiękowe metafory. Także tarcia i skrzypienia, akcenty perkusjonalne. W trzeciej odsłonie muzycy wspinają się na palce i skaczą po wilgotnej łące. Post-barok, flażolety, małe otarcia i subtelne krwawienia. W kolejnej skutecznie szukają fikuśnej dynamiki, namiętnie szarpią za struny, jakby od tego zależało ich życie, nie tylko artystyczne. Emocje pikują ku górze, jak słupek rtęci w upalne popołudnie. W trakcie piątej części artyści delikatnie tłumią namiętności po obu stronach nieistniejącej sceny. Stawiają leniwe kroki, szepczą po kątach, szarpią za struny z trwogą. Kreują suspens, ale może też pytają o kierunek dalszej drogi. Na ostatniej prostej łapią jednak dynamikę, co dobrze robi całej ekspozycji. Końcową improwizację budują brzmieniowym i emocjonalnym dysonansem. Kontrabasista preparuje smyczkiem, gitarzysta tapla się w akustycznym ambiencie. Opowieść składa się drobnych elementów, pozornie od siebie różnych, ale zwinie lepiących się w spójną całość. Narracja skrzy się tu niespodziankami, każda akcja liczyć może na chytra ripostę. Kontrabas pod smykiem śpiewa smutne piosenki, gitara kłębi się w sobie i zionie drobnym ogniem. Samo zakończenie brnie w mroku po kolana, ale nerwy muzyków pozostają w stanie napięcia aż do uzyskania pełnej ciszy.



Hocus  Narrow (Colectivo Casa Amarela, Kaseta 2022)

Czas akcji nieznany, nagranie live, Água Ardente, Lizbona: João Almeida – no-input mixer. Siedem utworów, 41 minut z sekundami. 

Muzycy improwizujący, to wspaniały gatunek artystów. Uwielbiają czerpać inspiracje ze wszystkiego, a ucieczki w międzygatunkowe otchłanie złych mocy, to niemal ich chleb powszedni. Młody, wielce już obiecujący trębacz z Lizbony właśnie zapisał się do tej kasty odszczepieńców. Wykorzystując dźwiękowy mikser (zapewne analogowy), który generuje fonie nie mając nic na tzw. wejściu, zaprasza nas na harsh-noise’owy trip. Dodajmy, jedyny w swoim rodzaju, wyłącznie dla osób, którzy nie są nadmiernie wrażliwi na trudne dźwięki. Efekt bywa tu incydentalnie różny, momenty intelektualnego bezdechu zdarzać się mogą nam często, ale artystyczna bezczelność Portugalczyka, świetna konstrukcja dramaturgiczna i poziom kreatywności w obrębie zupełnie niemuzycznego instrumentarium winien budzić nas niekłamany podziw.

Początek koncertu nie pozostawia nam złudzeń. Czerstwy, syntetyczny strumień fonii pulsuje, niczym pętla śmierci, która zaciska się wokół naszej szyi. Gna do przodu, nie bez drobnych usterek. Muzyk pracuje na pokrętłach, w pocie czoła kreując ostatecznie dwie ścieżki hałasu. Ten ostatni nabiera mocy w kolejnej części. Jakby pracowały turbosprężarki powietrza - narracja przypomina epokowe nagrania Squarepushera, ale pozbawione beatu, często przybiera też postać gęstego szumu. Na starcie trzeciej części przez moment wydaje nam się, że słyszymy gitarowe sprężenia. Poemat syntetycznej plądrofonii – raz wysoko, raz nisko, raz atakuje z daleka, innym razem z samego bliska. Całość nabiera pewnej pokracznej taneczności, przypomina berlińskie post-techno sprzed trzech dekad, ale pozbawiane dubowego echa. Narracja na ogół pulsuje w niskich częstotliwościach, ale potrafi też być lekka, brzmieć niczym uszkodzona krótkofalówka. Końcowa narracja nie jest bynajmniej kodą, to nowa, gęsta porcja hałasu. Zmutowane, poranione kojoty wyją do księżyca, a przed nami lub w nas, w samym środku naszej głowy, już tylko ściana dźwięku.




Marco Ferrazza & Giacomo Salis  Verso (Tone Burst, Kaseta 2022)

Listopad i grudzień 2021, studyjna sesja improwizowana we Włoszech; Marco Ferrazza – elektronika oraz Giacomo Salis – instrumenty perkusyjne i obiekty. Cztery epizody, 31 minut.

Jeśli nagranie podsyła nam włoski perkusjonalista Salis, możemy być pewni dźwiękowego ciągu przyczynowo-skutkowego, wysokiej jakości i dużej pieczołowitości w kreowaniu absolutnie swobodnej improwizacji. Tym razem Giacomo wyłącznie w towarzystwie elektroniki, znów z tezą na ustach, iż elektroakustyka może mieć bardzo intrygujący dla ucha wymiar. Pierwsze dwie części dają tu lekką przewagę akustyce, w dwóch kolejnych delikatny prym wiedzie syntetyka. Ale, tak czy inaczej, proporcje są naprawdę modelowe.

Na starcie syntetyka pulsuje bezruchem, zaś na perkusyjnym werblu szeleszczą przedmioty poruszające się ruchem okrężnym. Narracja nabiera tu drobnej dynamiki, głównie dzięki rosnącemu napięciu na glazurze perkusyjnego przedmiotu, być może także w efekcie działań live processing, ale tego akurat nie jesteśmy pewni. W kolejnej improwizacji syntetyka stawia na działania o znamionach dynamicznych, z kolei akustyka mości się w sobie, przypominając dźwiękowy rozgardiasz w domowej kuchni. Słyszymy inside piano, ale to zapewne złudzenie foniczne. Z czasem wszystko smakuje tu żywym mięsem. W trzeciej odsłonie elektroakustyka chwili przybiera na masie i stanowczości. Najpierw szemra, potem zaczyna skwierczeć jak olej na patelni. Narracja nosi już znamiona hałaśliwej, jeśli tylko podkręcimy potencjometr - przypomina soundtrack do filmu o umierającym przemyśle ciężkim. W finałowej opowieści syntetyczne pulsowanie napotyka na perkusjonalne szumowisko. Elektroakustyczny śmietnik mieni się tu wieloma szarymi barwami. Można odnieść wrażenie, że każdy dźwięk wpada do elektronicznego kotła i powraca na scenę w syntetycznej powłoce. Żywe dźwięki stękają i szeleszczą, martwa natura szuka zagubionej dynamiki.  



 

René Lussier  Au Diable Vert (Circum-Disc/ ReR Megacorp, CD 2022)

Czas, miejsce i forma nagrania nieznane: René Lussier – gitary, bas, instrumenty perkusyjne, kompozycje, Luzio Altobelli – akordeon, marimba, Julie Houle - tuba, euphonium, Robbie Kuster - mały zestaw perkusyjny, mbira, śpiewająca piła, Marton Maderspach – mały zestaw perkusyjny, Guillaume Bourque – klarnety, Alain Trudel – puzon (w trzech utworach), Koichi Makigami – głos (jeden utwór), Takashi Harada - fale Martenota (jeden utwór) oraz Chris Cutler – głos (jeden utwór). Dziewięć części, 48 minut z sekundami.

Znamienita postać francuskiej art-rockowej gitary zaprasza na wycieczkę do miejsca, które nazwać moglibyśmy … paryskim lunaparkiem. Nagrania powstałe, tudzież wykoncypowane w trakcie pandemii (zatem nie wiemy, ile tu klejenia ścieżek, ile realnych spotkań muzyków), bogate w wydarzenia foniczne, zgiełk ulicy, chaos kreacji i plejady dźwiękowych gagów, po prawdzie nieco-slapstickowych. Ów wielobarwny kalejdoskop upstrzony jest mnogością gitarowych fraz, co dla wielu stanowić będzie zapewne główną atrakcję tej płyty.

Już pierwsze nagranie doskonale wprowadza nas w klimat płyty. Frywolna, dość zabawna gra w dźwięki (z akordeonem!), ale narracja poszatkowana niemal po zornowsku! Bogata instrumentacja, głosy z offu i drobne zaśpiewy, zarówno wokalne, jak i dęte. W kolejnych częściach napotykamy na coraz więcej gitarowych popisów - tylko ten instrument zdaje się tu mieć jakąś drobną przestrzeń do improwizowania. Dramaturgia rwana i szarpana, ale precyzyjnie zaplanowana, a całość definitywnie przeładowana pomysłami. W trzecim utworze pojawia się prawdziwie rockowa ekspresja, w kolejnej, już na poły balladowej, słyszymy więcej niż jedną gitarę, także marimbę i ciepły tembr puzonu. I jakby nam było mało, narrację rozrywają także wokalne wtręty w języku japońskim. Finał utworu grany już jest w tempie karabinu maszynowego, zgodnie z zasadą, iż najświętszą na tym albumie jest idea permanentnej zmiany. W kolejnych częściach mamy bluesową balladę, skoczny, francuski walczyk z kwasowym posmakiem i udaną fazę improwizacji z akordeonem w roli głównej. Nim opowieść dobrnie do szczęśliwego końca dostajemy jeszcze dwa ekspresyjne utwory z rockowymi emocjami i finałową, taneczną opowieść (z tubą!), która pachnie dobrą, bałkańską wódką.




Shepherds Of Cats and Markus Wenninger  Shepherds Of Cats and Markus Wenninger (Fanfare Records, CD 2022)

Luty 2016 roku, miejsce nieznane, okoliczności studyjne,: Markus Wenninger – flet, klarnety, syntezator modularny, didgeridoo oraz Dariusz Błaszczak - tampura, śpiewające miseczki, gongi, porcelanowe dzwony, obiekty, klawikord, Aleksander Olszewski – instrumenty perkusyjne, głos, drobne przedmioty dmuchane, Jan Fanfare - clavinet D6, głos, looper, harmonika, gitara, Adam Webster - wiolonczela, looper, głos oraz Vj Pietrushka - live visual (w wersji audio pozostaje nam wyobraźnia). Cztery improwizacje, 38 minut.

Nasi ulubieni Koci Pasterze, orędownicy transowej, rozwichrzonej, dalece swobodnej improwizacji powracają z artystycznego niebytu wraz z niemieckim multiinstrumentalistą i niewykluczone, iż serwują nam swoje najlepsze jak dotąd danie. Soczyste, klimatyczne, dobrze skonstruowane pod względem dramaturgicznym i brzmieniowym, zgrabnie nasycone niebanalną rytmiką, dodatkowo doposażone w świetną robotę dętą zaproszonego gościa.

Pierwsza opowieść rodzi się tu w ciszy elektroakustyki, małych strun traktowanych wilgotnym smyczkiem i dętych oddechów. Flow formuje się niejako samoczynnie zwinną pracą perkusjonalii, do gry wchodzą kolejne instrumenty, a w tle snuje się strużka psychodelii. W kolejnej opowieści na czele orszaku straceńców pojawia się aktywny klarnet, którego niosą polirytmiczne perkusjonalia. W tle świetnie pracuje wiolonczela, a nad nią unosi się chmura elektroakustycznych niespodzianek. Narracja połyka kolejne strumienie dźwiękowe i z łatwością wspina się drobne, jakże ekspresyjne wzniesienie. Trzecia opowieść znów startuje w mroku, syci się pojedynczymi odgłosami, skutecznie szuka rytmicznej bazy. Jej nerwem życia staje się didgeridoo. Egzotyka rytualnego tańca porywa tu wszystkich, a nerwowe tło buduje dodatkowe emocje. Czwartą improwizacją otwierają dźwięki fletu. Dość szybko do pracy biorą się perkusjonalia. Chamber cello rzuca wyzwanie, które liczyć może na kreatywne reakcje z każdej strony. Opowieść ma tu kilka faz, czasami rezygnuje z bazy rytmicznej na rzecz serii pytań i odpowiedzi, zwinnej gry na małe pola, tudzież budowania onirycznej aury głosami z offu.



Ziemia  Ziemia Dniem (Ziemia, CD 2022)

Czas i miejsce powstania nagrania nieznane: Oskar Tomala – gitara, klarnet, Mateusz Żydek – trąbka, Jakub Wosik – kontrabas, skrzypce oraz Alan Kapołka – perkusja. Siedem kompozycji własnych, 49 minut. 

Obiecany w preambule tekstu soczysty jazz zapewnia nam krajowy kwartet w składzie jak wyżej. Młodzi muzycy dobrze tu sobie wszystko rozpisali, przydzielili role i sprytnie je wykonali. Tematy są zgrabne, nieprzegadane, solowe ekspozycje trzymają poziom, a całość nie musi podpierać się cytatami z przeszłości, choć ich nie unika. Najlepsze wszakże przydarza się muzykom, gdy puszczają wodze fantazji, śmiało wkraczają w dynamiczne strefy i rozsiewają plamy ekspresji po całej scenie studia nagraniowego.

Temat otwarcia wydaje się być dość słodki i nad wyraz melodyjny. Szybkie wejście w fazę improwizacji dobrze tu robi wszystkim – także rockowo usposobionej gitarze i trąbce, która brudzi swoje brzmienie. W kolejnej narracji introdukcja przypada w udziale gitarowym pick-up’om, temat jest przebiegle ogrywany, a kolektywne improwizacje pachną odrobiną bluesa. W części trzeciej uwagę kierujemy na soczyste solo trąbki i gitarę, która zdaje się brzmieć m-base’owo. Czwarty temat płynie z kontrabsu (nie pierwszy zresztą raz), a całość syci się ambientowymi klimatami. To, co najlepsze na krążku dzieje się w utworze piątym. Drive basu ustawia tu wszystko. Narracja z rockowym zębem i semickim zaśpiewem udanie odnajduje strefę spokoju, zmysłowych preparacji (są i skrzypce!), tłumionych melodii, tudzież mrocznej kameralistyki. Szósty temat na starcie huśta się na wietrze, po czym łapie prosty rytm, a tradycyjny już na tym albumie wzrost dynamiki dobrze robi całej ekspozycji. Finałowa kompozycja w swej fazie wstępnej nosi znamiona ciepłej, niesmutnej ballady, zdobionej fikuśnymi ornamentami i szczyptą gitarowego dubu. Po eskalacji tempa opowieść zdaje się formować w niebanalną trawestację La Fiesty Return To Forever!



 

Elo Masing, Christoph Schwantke, Hui-Chun Lin & Kakaduu  Music with Birds (Creative Sources, 2CD 2022)

Marzec 2021, Berlin: Elo Masing – skrzypce, głos, obiekty, Christoph Schwantke - 8-strunowa gitara, głos (dysk pierwszy), Hui-Chun Lin – wiolonczela, obiekty, głos (dysk drugi) oraz Kakaduu – dźwięki wszelakie. Łącznie czternaście improwizacji, 93 minuty z sekundami.

Z ptakami improwizował już choćby Evan Parker, czyniąc ornitologiczne dyskusje za pomocą saksofonu sopranowego. Tym razem do kreatywnej wymiany dźwięków z żywą istotą stają instrumenty strunowe. Skrzypce, raz z udziałem gitary, drugim razem wiolonczeli, starają się włączyć w proces swobodnej improwizacji papugę. Ta ostatnia wydaje sporo dźwięków (także uderza w dzwoneczki), czasami sprawia wrażenie nieco przestraszonej, ale bywa też, że sama próbuje nadawać ton narracji.

Jeśli na pierwszym dysku szukamy urokliwych dźwięków instrumentalnych, to naszą uwagę winniśmy zwracać nade wszystko na pracę skrzypiec. Niemal w każdej z krótkich, nieprzegadanych odsłon mają nam one do zaoferowania dużo smukłych, niekiedy preparowanych, ale także melodyjnych fraz. Jeśli w tej części albumu szukamy szczególnie udanych interakcji na linii instrument-ptak, sięgnąć winniśmy po ostatnie trzy opowieści. Szczególnie część ósmą, gdy większość narracji, to głosowe pobudzanie papugi do aktywności. Rozmowy i śpiewy, krzyki i nawoływania. Finałowa opowieść zostaje oddane w ręce ptaka, a muzycy jedynie spacerują wokół niego. Definitywnie ciekawiej jest na dysku drugim, który przynosi cztery rozbudowane improwizacje. Od samego początku w bystre interakcje wchodzą tu zarówno muzycy, którzy nie szczędzą nam post-barkowych piękności i brudnych, preparowanych fraz, jak i papuga, której długie, smyczkowe frazy wydają się podobać szczególnie mocno. Swoje dokładają także obiekty, które szeleszczą i dobrze wpływają na ptasią kreatywność. Najbardziej urokliwą częścią jest tu druga improwizacja (z bardzo aktywnym ptakiem), najbardziej zaś ekspresyjną trzecia, gdy narracja prowadzona jest zdecydowanie przez trzy ośrodki dźwiękowe. Zwinnych interakcji nie brakuje także w ostatniej improwizacji, w trakcie której kakadu wydaje się niebywale pobudzone i skore do dźwiękowych figli.

 


wtorek, 21 grudnia 2021

Antenna Non Grata: three very fresh fruits for rotting vegetables!


Konińska Antenna Non Grata nie dostarcza nam zbyt wielu nowych nagrań, ale swój katalog buduje nad wyraz skrupulatnie i konsekwentnie. I co najważniejsze, wciąż zaskakuje rozstrzałem stylistycznym, który sprawia, iż z samej ciekawości sięgamy po kolejne płyty tego wydawnictwa. Na dodatek label ten nade wszystko lubi improwizację, a to strasznie ważna cecha! Przynajmniej na tych łamach!

Trzy jesienne nowości, jak zwykle w wydaniu krajowym, wszystkie w formacie CD, to duet, trio i nagranie solowe. Dronowa sonorystyka, swobodna kameralistyka i niebanalna elektronika, to zaś drogowskazy stylistyczne. Dla każdego coś miłego, byle miał ucho wyczulone na niuanse, a umysł otwarty na poznawanie nowego. Zapraszamy do odczytu, odsłuchu i zakupów! Mery krystmas!

 


Paulina Owczarek & Aleksander Wnuk  Komentarz eufemistyczny

Dźwiękowy Komentarz Eufemistyczny przygotowali specjalnie dla nas - Paulina Owczarek uczepiona głębokiej tuby saksofonu barytonowego oraz Aleksander Wnuk, który z perkusji czyni generator mrocznych dronów (wg albumowego credits: obiekty perkusyjne, przetwarzanie). Krakowscy muzycy mają dla nas pięć improwizacji, które trwają niemal pełną godzinę zegarową. Powstały w połowie lipca tego roku w klubie Alchemia.

Muzycy zapraszają nas do tajemniczej, nie do końca skodyfikowanej przestrzeni. Czujemy się częścią mechanizmu, wokół którego tworzy się pole rezonansu. Dźwięki powstają tu za przyczyną artystów, ale też dostają życie niezależnie od ich woli. Tuba wielkiego saksofonu szumi, szoruje po dnie piekła, ociera się o skrawki nieba. Dysze pracują miarowo, gotowe w każdej chwili wydać z siebie regularny stukot. Tuż obok snuje się meta rytmika intensywnie preparowanych dźwięków perkusjonalnych. Wszystko dociera do nas jakby z głębokiego tunelu, którego przynajmniej jeden koniec pozostaje poza zasięgiem naszych narządów percepcji. Gęsta faktura narracji, wypełniona zdarzeniami i post-zdarzeniami akustycznymi, zdaje się nabierać industrialnego posmaku, cechuje ją pewna naturalna masywność, ale i dramaturgiczna ulotność. Tworzą ją zarówno mikro elementy hałasu, jak i długie pociągnięcia stalowym pędzlem. Saksofon jak niedźwiedź, leniwie przeciąga się po niespodziewanym wybudzeniu, napina mięśnie i wydycha gorące powietrze. Perkusjonalia, które dawno straciły już kontakt z żywą materią instrumentu, pracują niczym maszyna generująca elektroakustyczne dźwięki, choć nic nie wskazuje na to, by grze uczestniczyły jakiekolwiek przedmioty połączone kablami z urządzeniami zasilania. To jakby wielka dziura w niebie, z której pada na nas kosmiczny pył. Gdy tumult nierealnego świata na moment milknie, dane jest nam słyszeć akustykę naprawdę żywych instrumentów. Kto jest tu autorem danego dźwięku, kto jego odbiorcą, po upływie kilku minut przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

Druga historia stawia nas przed stłuczonym lustrem weneckim. Oblepia nas cała plejada dźwięków, które równie dobrze mogą być efektem ugniatania balonika, jak i ciężkiej pracy saksofonowych dysz i spoconego ustnika. Pomruk twardego echa zdaje się jednak brać nasze dywagacje w nawias bezsensu. Dokładnie teraz czeka nas bowiem mała burza z piorunami, poprzedzona deszczem zgniłych meteorytów. Kolejny krok ku nieznanemu, nowe rozdanie błyskotliwego festiwalu fake sounds staje się naszym udziałem. Rezonans może pochłonąć tu wszystko, nawet wtedy, gdy narracja przebiera szaty acoustic noise. Trzecia improwizacja – choć to niebywałe – stanowi kolejny krok naprzód! Długie frazy lepią się do siebie, inne, jeszcze dłuższe odpychają wzajemnie. Zmyślne szlifierstwo, nadęta wulkanizacja, podróże międzyplanetarne – to kolejne stadia rozwoju cyrkulacyjnego rezonansu. Pod koniec tej części saksofon zdaje się schodzić na poziom pojedynczych fraz, które drżące perkusjonalia zaczynają otulać gęstym echem. Najpiękniejszy moment tego spotkania przybiera na sile, gdy flow definitywnie zyskuje na intensywności, ciągnąc muzyków na zamglony szczyt. Na etapie zejścia czeka nas kolejna porcja preparowanych oddechów barytonu.

Czwarta fabuła rodzi się tuż u nasady ustnika. Mechanika instrumentu zlewa się tu z porcjami fonii, które rodzą się na styku materii i żywego ciała artysty. Chmura rezonansu napływa leniwie, obok cisza stąpa na palcach, a dołem płynie rzeka post-industrialnych ścieków. Saksofon oddycha jak topielec, a u jego boku coś grzmi i szeleści, tworzy wielowymiarowe kłębowisko rezonansu. Zakończenie tej części jest zaś gęstą, jednorodną strugą post-akustycznych wymiotów. Finałowa pieśń następuje po drobnej porcji ciszy, która mogłaby być już końcem tej podróży. Echo jednak pracuje, dźwięki zdają się pozostawać w nieustannym ruchu, tworząc radioaktywne chmury, fale bezzębnej narracji, która nawarstwia się jak kolejne fale pandemii. Dopiero po wielu pętlach, w tym zgiełku monotonnych niespodzianek zdolni jesteśmy usłyszeć frazy bardziej typowe dla instrumentu dętego. Saksofon pracuje niczym koło ratunkowe ostatniego etapu podróży. Wygaszanie płomienia trwa długo i okazuje się bardzo żmudnym procesem. Cisza, tuż potem, ściele się doliną niczym cmentarna mgła.

 


Trio_io  New Animals

Swobodnie improwizowana kameralistyka ma z pewnością tysiące twarzy, ale Trio_io dodaje jej kilka kolejnych. Łączy wodę i ogień, snuje się po podłodze i skacze do samej góry, ciekawie żeni kameralną zadumę, post-rockowe emocje i chwilami wręcz free jazzowe uniesienia. A wszystko za sprawą trójki muzyków: Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce i dzwonki (w trzeciej części). Swoją drugą płytę nagrali w Bydgoszczy, w lipcu tego roku. Siedem improwizacji, niespełna 35 minut muzyki.

Muzycy od samego początku chcą przykuć naszą uwagę i w takim stanie pozostawić nas do ostatniego dźwięku. Uprzedźmy wypadki – uda im się! Akcje i reakcje, niektóre bolesne, ale wszystkie zalotne, nieobojętne, jakby uczuciowe. Struna goni tu strunę, a flet pozostaje w lekkiej dyfuzji, być może też chciałby być instrumentem strunowym. Oto free chamber, głęboko zaniepokojone losem świata, szuka światełka w ciemnym tunelu. Śpiewy, lamenty, gitarowe plamy post-psychodelii, niezliczone znaki zapytania, niebanalne riposty. Jest też pewien suspens i nieukrywana wesołość, choć trochę przez łzy. Post new romantic? Druga opowieść podkręca tempo i ostrość niektórych fraz. Pierwsze preparacje, kilka nowych kombinacji stylistycznych. Gra na małe pola, która sprawia, iż trio_owy chamber zaczyna szukać neofolkowych skojarzeń. W trzeciej odsłonie rośnie skupienie, podtrzymywane głębokim meta rytmem. Na dnie gitary czai się echo, skrzypce kłębią się w sobie, jak kocur na zapiecku, a flet ginie w zadumie, łagodny jak baranek, wyczekując na dźwięk dzwonków. Tuż potem, ostra riposta gitary. Co dobre, to nie my! Rockowa werwa gotuje krew w żyłach wszystkich muzyków. Tu już tylko krok do ognistej erupcji emocji. Na finał narracja wpada w kompulsywną repetycję i jeszcze dorzuca kilka zmyślnych preparacji.

Piąta improwizacja, to post-rytmiczny melanż samych niespodzianek. Coś stuka, ktoś wpada w trwogę, trzęsie się jak osika. Krótka, dosadna historyjka! Szóstą część – też dość enigmatyczną - buduje rytmiczna repetycja gitary i skrzypiec. Flet gada sam ze sobą, po zwierzęcemu spreparowanymi dźwiękami. Atmosfera robi się nerwowa, ale dźwięki jeszcze bardziej soczyste. No i finałowa siódemka! Więcej niż osiem minut akcji! Na starcie post-gitarowy szum, piszczące skrzypce i głębokie, niskie oddechy fletu. Takie oto rozhuśtane post-chamber z gitarowym backgroundem. Kilka pętli ze znakiem zapytania i nowy wątek, który kreuje gitara, doposażona prawdopodobnie w smyczek. Słyszymy pracujące klapy fletu i to, jak boleśnie brzmieć może być pojedyncza struna skrzypiec. Na końcowej prostej wszyscy zaczynają śpiewać dość niskim głosem i żegnają się z nami definitywnie zbyt szybko.

 


CHORE IA  Reanimacja

Za dźwięki zamieszczone na ostatniej z omawianych dziś płyt odpowiada tylko i wyłącznie Jacek Wanat. Jego wyobraźnię wspomagają – gitara basowa, wiolonczela, głosy, tzw. processing i … paintings. Nagranie domowe z Konina, powstały w roku bieżącym w nieokreślonym bardziej precyzyjnie przedziale czasu. Na dysku jeden trak ma aż pięć tytułów, całość trwa blisko 70 minut.

Na starcie Reanimacji wita nas kawalkada dźwięków, które śmiało możemy określić mianem zmutowanego, zdekonstruowanego powłoką elektroniki drum’n’bass! Pętla toczy się wartkim strumieniem, w tle zaś pulsować zaczynają porcje hałasu, mroczne, pełne niepokoju, budujące dramaturgiczny suspens. Po pewnym czasie można odnieść wrażenie, iż słyszymy organy, których brzmienie muzyk także przekazuje nam przefiltrowane przez swoje chore ja. Wszędzie wokół sączy się ambient o różnych poziomach intensywności. Raz za razem pojawiają także dźwięki instrumentu strunowego, czasami jest to gitara basowa, czasami coś, co brzmi łagodniej, zapewne wiolonczela. Te improwizowane inkrustacje dobrze robią całej narracji, rzec można, stanowią ważny obiekt naszych zainteresowań. Pomiędzy tymi interludiami toczą się rożnego rodzaju elektroniczne wojny, niektóre zmysłowe, nawet chill-outowe, inne groźne, piskliwe, generujące poziom intensywności czasami trudno przyswajalny dla niewprawionego ucha. Zmiana goni tu jednak zmianę, duże emocje są naszym udziałem w trakcie całego nagrania, zatem o nudzie nie może być mowy nawet przez ułamek sekundy.

Pierwsza istotna zmiana następuje po upływie osiemnastej minuty. Narracja wchodzi na wysokie, ale jakże piskliwe C. Oniryczna aura stanowi tu ledwie pretekst do dywanowego ataku elektroniki. Nim minie kolejne dziesięć minut dostajemy się w obszar preparowanych fraz gitary basowej, zdekonstruowanych, rozwarstwionych, drżących, dobrze wszakże stabilizujących napięcie dramaturgiczne całej ekspozycji. Elementy basowe jeszcze ciekawiej bogacą opowieść w drugiej jej części. Zdaje się, że improwizowane pasma są coraz dłuższe, a dzielące je strugi mniej lub bardziej intensywnego ambientu bardziej kojące. Jakby w kontrze do tych spostrzeżeń recenzenta wypada finałowa faza nagrania. Ambient staje się tu bardziej suchy, jakby martwy, pulsuje złymi myślami i niczym kropla drążąca skałę, wżera się w nasze zwoje mózgowe.

 


poniedziałek, 16 marca 2020

Clarke, Willberg & Karlsen! Tavares, Trocado & Ward! Gadt & Olak! Arszyn & Gadecki! Trio_Io! The Crazy March’ Virus!


W marcu, jak w garncu! Dzisiejsza zbiorówka recenzji bez wątku głównego, równie nieprzewidywalna, jak słynny wirus za oknem! Płyty nowe, płyty nieco starsze, wykonawcy krajowi i światowi, oczywiście znów kilka nowych nazwisk do zapamiętania! Od Sasa do lasa! A jeśli już koniecznie potrzebujecie jakiegoś hasła przewodniego – Improwizacja Nie Jedno Ma Imię!




Martin Clarke/ Otto Willberg/ Emil Karlsen  Shopping For Images  (Open Ear Music, CD 2020)

Martin Clarke na saksofonie altowym, Otto Willberg na kontrabasie oraz Emil Karlsen na perkusji – trio bez nazwy własnej, w miejscy zwanym Music Room, Londyn, wrzesień 2019. Trzy swobodne, kilkunastominutowe improwizacje, które skończą się tuż przed upływem trzech kwadransów.

Na wejściu małe, improwizacyjne gierki, trochę akcji i reakcji, nasze ulubione, dźwiękowe obmacywanki, które precyzyjnie kreślą nam ramy tego, co doświadczymy w trakcie najbliższych minut. Swobodna, niczym nieskrępowana improwizacja, czyniona aż do samej mety na sporym luzie, bez pośpiechu, z dużą ilością powietrza pomiędzy poszczególnymi frazami. Opowieść dobrze skonstruowana dramaturgicznie, zgodnie z zasadą – im dalej, tym lepiej. Precyzyjna, bogata w wydarzenia perkusjonalistyka, mistrzowski kontrabas, najczęściej traktowany smyczkiem, który stanowi tu prawa i bystrze je egzekwuje, wreszcie śpiewny, skromny saksofon altowy, który woli rolę komentatora niż tygrysa, który wchodzi w szranki rywalizacji.

Pierwsza improwizacja dba o rys ogólny, pokazuje, iż muzycy dobrze radzą sobie zarówno w kompulsywnych ekspozycjach free, jak i w cichszych, kameralnych zabawach w selektywne dźwięki. Druga część podtrzymuje klimat, dodatkowo stanowiąc dla wszystkich uczestników w pełni demokratyczne prawa w dostępie do czasoprzestrzeni nagrania. Nie zmienia tego faktu krótki odcinek bystrej, solowej ekspozycji altu na tle zmysłowego percussion. Narracja stawia na lekko kołyszący rytm, nie stroni również od półgalopu, dyktowanego mocnym pizzicato kontrabasu. Metoda muzycznej kooperacji zwana call & response także tu ma swoje miejsce i czas.

Zgodnie z zarysowaną ideą dramaturgiczną, najciekawiej dzieje się w ostatniej, trzeciej improwizacji. Muzycy zaczynają ją na poziomie ciszy - dźwięk w odpowiedzi na dźwięk. Pierwszy zaczyna fermentować kontrabas – pojedyncze szarpnięcia strun, niczym zwoływanie na rytualny spektakl. Potem powrót do ciszy, rezonans talerzy, parsknięcia smyka i drony saksofonu. Po trzeciej minucie artyści kwieciście wchodzą w dynamiczną fazę, dla której dobrym komentarzem okaże się krótka, solowa ekspozycja kontrabasu. Być może najpiękniejszym fragmentem płyty jest jednak jego zakończenie – wielominutowe, jakże stylowe wygaszanie płomienia narracji. Akcenty preparacji saksofonu, brzask talerzy i smyczek, który decyduje tu o każdym niuansie. Cisza po ostatnim dźwięku smakuje wyjątkowo dobrze.




Sérgio Tavares/ Nuno Trocado/ Tom Ward ‎ Vestiges  (self-released, CD 2019)

Kolejne trio, to Sérgio Tavares - kontrabas, Nuno Trocado – gitara i elektronika oraz Tom Ward – flet, saksofon altowy i klarnet basowy. Spotkali się w grudniu 2018 roku, w Nosso Estúdio, Maia, Portugalia. Dziewięć improwizacji, zapewne poprzedzonych drobnymi scenariuszami, prawie 48 minut.

Vestiges, to płyta bogata w wydarzenia, obfitująca w zwroty akcji, pełna zaskoczeń, także odrobinę, w drugiej części, przegadana i być może zbyt długa. Pełna gatunkowych niespodzianek, naładowana pomysłami młodych artystów, których stać na wiele. Zaczyna się w klimatach post-jazzowych, a o takiej definicji gatunkowej decyduje przede wszystkim dynamiczny, lekko swingujący walking kontrabasu. Klarnet też wydaje się być chętny do tańca i swawolenia, może jedynie gitara, od czasu do czasu, zgłasza zdanie odrębne i schodzi na bok, by szukać odrobiny psychodelii. Drugi fragment przesuwa zainteresowanie muzyków w kierunku kameralistyki, nie bez udziału dość wyważonej i nieinwazyjnej elektroniki. Przy okazji Ward gra kilka ciekawych pasaży na flecie.

Trzecia, najdłuższa improwizacja jest przy okazji chyba kluczowym dla odbioru całości utworem. Klarnet basowy, smyczek na kontrabasie i przesiąknięta elektroniką gitara budują zmysłowy flow. Nie brakuje preparacji i delikatnego przesteru na amplifikatorze. Zmiana zdaje się tu gonić zmianę, a wszystkie one wydają się trafione. Gitara wciąż dba o emocje, elektronika pozostaje w klasie, nawet, gdy przychodzi jej zostać na chwilę samej na scenie (po siódmej minucie). Tuż potem robi się jeszcze piękniej – trochę sonorystyki w tubie dęciaka, rozbujany smyczek i garść gitarowego post-psycho. Utwór czwarty zaczyna się dość sztampowo – jazzy as well – ale z czasem zdecydowanie zyskuje na wartości. Ostre, free jazzowe expo odnotowuje Ward, a ornamenty elektroniki na gryfie gitary, pełnej prądu i dobrze repetujący smyczek, dopełniają obrazu całości. W piątej części powraca klimat chamber, smyczek na kontrabasie smakuje barokiem, a saksofon śpiewa w niebogłosy. Ów delikatny chill-out skomentowany zostaje na sam koniec bystrymi parsknięciami saksofonu. Krótki, szósty epizod dobrze podsumowuje najbardziej udaną, środkową część płyty, pasażami preparowanych dźwięków, której zlewają się w ambientowy strumień.

Ostatnie trzy utwory na płycie nieco mącą obraz całości propozycji tria Portugalczyków i Brytyjczyka. Muzycy stawiają kategorycznie na kameralistykę, dobrze się w niej czują, instrumenty są im niebywale posłuszne, ale emocje siadają. Brakuje ognia, zadziorności i artystycznej czupurności. O ile w części ósmej możemy jeszcze docenić dobre momenty saksofonu i skowyczącej prądem gitary, o tyle ostatni odcinek, który daje się być hybrydą rocka, rytmicznej kameralistyki i całkiem zagubionej elektroniki, śmiało moglibyśmy sobie już podarować. Dziwny finał płyty, która do 35 minuty broni się doskonale pod względem artystycznym.




Anna Gadt & Marcin Olak  Gombrowicz  (Hevhetia , CD 2019)

Witold Gombrowicz, krew dobrej literatury w języku nam ojczystym, bywał już nie jednokrotnie inspiracją dla muzyki, także jazzowej i improwizowanej. Dziś powraca w wersji wyjątkowo kameralnej, jedynie na głos kobiecy i gitarę akustyczną, czasami także elektryczną. Anna Gadt i Marcin Olak w nagraniu koncertowym z maja ubiegłego roku. Dwanaście części z długimi tytułami (będącymi, co oczywiste, cytatami z Gombrowicza), trwających 56 minut i 12 sekund.

Gombrowicz, to opowieść z jednej strony bardzo swobodna, improwizowana, z drugiej skupiona wokół niebanalnych słów pisarza. Dźwięki równie rozwichrzone, bystre i ironiczne, jak słowa, którym towarzyszą. Czasami leją się w jeden strumień, czasami stanowią wobec słów ciekawy dysonans estetyczny i dramaturgiczny. Być może całość jest odrobinę zbyt długa, być może w kilku momentach warto było postawić na jeszcze większą ekspresję, ale całość broni się artystycznie od pierwszego do ostatniego dźwięku.

Dobre otwarcie płyty dobrze rokuje na przyszłość - kanciasta, niemal bailey'owska gitara akustyczna i kobiecy, szumiąco-szemrzący pół scat, który mówi, gada, czasami podśpiewuje, a potem cedzi zwodniczo, namiętnym głosem, słowa Gombrowicza. W drugiej opowieści gitara Marcina łagodnieje, ale nie stroni od zadziorów, przy okazji inspiruje Annę do wydawania dźwięków niemal każdą częścią ciała. W trzeciej gitara pulsuje post-rockiem, ciekawie korelując z półśpiewem. Słowa wydają się być równie dosadne i precyzyjne, jak towarzyszące im dźwięki. W kolejnej gitara mantruje, a głos Anny brzmi jak … wysoko zestrojony puzon. Dobrze wchodzą w bystrą imitację. W piątej opowieści znów duch Dereka Baileya zawiesza się nad narracją. Recytacja Anny z dramaturgicznym suspensem, intrygująco przechodzi w fazę swobodnej improwizacji. Szósta część przynosi kolejne nowe elementy - Marcin piłuje struny, a Anna sięga po beatboxowe środki narracji. Głęboki oddech i perkusjonalne dziąsła! Nie brakuje rezonansu i dalekowschodniego zaśpiewu. Piękny moment!

Siódma opowieść, najdłuższa na płycie, otwiera drugą część improwizowanego Gombrowicza – gitara z prądem i recytacja – wszystko pulsuje i kusi literalnie. Anna wchodzi w fazę śpiewu, a gombrowiczowska ironia świetnie zazębia się z drżącymi strunami gitary. W dalszej kolejności - faza eskalacji, faza imitacji, a na sam finał garść jazzu i scatu. Kolejna część, to miniatura – dźwięk za dźwiękiem, litera po literze. Na starcie dziewiątej części Anna pochrapuje, przeciąga się, szepcze bystry tekst. Gitara plecie post-jazzowe pasaże. Akcenty beatboxu i gitarowych flażoletów, które pachną barokiem. Dziesiąta i jedenasta piosenka bazują na bluesie. Słowa Gombrowicza kłują i inspirują wyjątkowo dosadnie. Anna, wyluzowana nad wyraz, dobrze to wszystko układa w ciąg przyczynowo-skutkowy. Całość nabiera rytmu, można tupać nogą i podśpiewywać przy goleniu. Wreszcie finał, w konwencji balladowej – oddechy, półdźwięki gitary, szept jakby po … japońsku, flażolety i dźwięki, które przypominają trąbkę (Anna!). Zmysłowe zwieńczenie dźwiękowego Gombrowicza. I znów nie daliśmy się upupić!




Arszyn/ Gadecki  Choroby Pszczół  (Don't Sit On My Vinyl! ‎LP 2019) *)

Czas na kolejny duet - Tomek Gadecki na saksofonie tenorowym i Krzysztof Topolski Arszyn) na perkusji, używający także przedmiotu o nazwie Buchla 200 oraz korzystający z nagrań terenowych. Rejestracja ze Studia Elektryków - Gdańsk, luty 2017 roku - trzy utwory, 26 i pół minuty. Odpalamy jedną z 66 sztuk limitowanego winyla - w ramach serii Don't Sit On My Vinyl Wujka Gusstaffa - dwunastocalówkę wyciętą w prędkości 45 obr/min. Zapraszamy na elektroakustyczną podróż w estetyce dość swobodnej improwizacji, która po pewnym czasie zaczyna smakować dobrym, starym free jazzem!

Ruszamy w tę podróż z dobrze rozgrzanym saksofonem tenorowym i perkusją, która zdaje się być nieźle okablowana i połączona z dystrybutorem dźwięków elektronicznych. Rodzaj free jazzu silnie stymulowanego dobrej jakości LSD. Saksofon płynie niezwykle zwinnie, perkusja zaś buduje swój flow silnie naznaczając go jazzowymi parametrami. Elektronika funkcjonuje tu jakby mimochodem, ale to ona sieje ferment, czasami kreuje dźwiękowy dysonans poznawczy, nie pozwalając przy okazji żywym foniom na choćby moment dramaturgicznej nieuwagi. Gdy w 5 minucie na kilka chwil tuba milknie, syntetyka ciekawie koegzystuje z mocnym, żywym drummingiem. Szybki powrót tenoru otwiera wielką księgę pamięci Johna Coltrane’a – jakże piękny to moment. Ostatnie dwie minuty pieśni otwarcia zostają oddane we władanie elektroniki, co wnikliwy recenzent dość szybko obwieszcza mianem czasu delikatnie straconego w kontekście zawartości całej, krótszej niż 30 minut płyty.

Druga opowieść toczy się już wyłącznie z wykorzystaniem akustycznych atrybutów tej duetowej improwizacji. Bystrze i stylowo budowana, free jazzowa narracja z nieśpiesznym, ale pewnym oddechem tenoru i niemal hardbopową perkusją. W drugiej części utworu Gadecki płynie wyjątkowo precyzyjnym pasażem dźwięków wyłącznie udanych. Arszyn podażą za nim jak cień, nie umyka mu choćby ćwierćnutka. Płytę kończy krótki encore, gdzie przy dźwiękach tajemniczego głosu z innej rzeczywistości (field recordings!), płynie do nas dynamiczny, niemal rockowy drumming. W dalszym tle słychać posuwiste pasaże saksofonu, które z czasem włączają się w główny nurt narracji. Odrobinę zaskakujący finał całkiem ciekawej płyty, której zakończenie niechybnie karze prosić o więcej minut duetu Arszyn/ Gadecki.




Trio_Io  Waves  (Bôłt, CD 2019) *) ‎

Trójka młodych, polskich muzyków (Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce) proponuje intrygujący melanż post-gatunkowej, inteligentnie zdefiniowanej improwizacji. Radzą sobie z tą pokrętną materią niezwykle przebiegle, a nic, co boskie, nie jest im obce. Niemal trzy kwadranse zmysłowej zabawy w dźwięk, w dziewięciu częściach, opatrzonych tytułami. Zapraszam koniecznie!

Wita nas fonia amplifikatora, który cicho pracuje. Dźwięki snują się płaskim dronem, pełnym niepokoju, mroku, pewnej analogowej niepewności, co do ciągu dalszego.  Po niedługiej chwili wiemy już, że na scenie są trzy instrumenty. Sustained piece as well! Roztańczone fale radiowe na końcu świata rzeczywistego! – podpowiada wyobraźnia recenzenta. Skrzypce i flet jakby śpiewały, gitara rozdziera szaty pod nimi, a aura oniryzmu zmysłowo pożera narrację. Druga pieśń stawia na suchą akustykę. Bukiet dźwięków najrozmaitszych – drżenie struny, tuba fletu, gryf gitary, przedmioty. Wolna kameralistyka na otwartej przestrzeni. Garść mikrofaz, pytania i odpowiedzi.

Na starcie trzeciej opowieści flet śpiewa o porzuconej miłości. Ckliwe pasaże o semickim posmaku, w towarzystwie depresyjnego smyczka. Delikatność i drapieżność w tym samym niemal momencie. Szczypta rytmicznej inspiracji ze strony łagodnej gitary. Taniec, który wyzbywa się smutku, ale nie do końca.  Czwarta część, podobnie jak druga, budowana trochę na zasadzie kontrastu – ucieczka od harmonii, pląsy, akcje i reakcje, twórczy chaos swobodnej improwizacji z elementami elektroakustyki. Post-gitarowy rezonans i płacz na strunach skrzypiec. Śpiew fletu i basowe pulsacje u samego dołu. Piąta historia - matowe skrzypce, akcenty percussion na gryfie gitary i flet, który szuka zaczepki. Dobra szkoła brytyjskiego free improv z wyważoną dawką preparacji! – podpowiada google research.

Szósta piosenka i wolt stylistycznych ciąg dalszy – electro pulsar, harmonia, melodia i metaforyczny śpiew na nieistniejących ustach fletu. Gitara frazuje wręcz post-jazzowo, skrzypce odrabiają zadanie domowe z free chamber, aura zagubionej, rockowej estetyki także staje się udziałem muzyków. Po małej kulminacji, narracja gaśnie magią potencjometru. Po szóstej czas na siódmą opowieść, którą na wejściu kreuje modulowany ambient gitary. Struny stroszą pióra, flet buduje mikro dron. Znów posmak kameralistyki, stylowy, ładny i intensywnie niepokojący.

Ósma część i drobna zabawa improwizacyjna, czyniona metodą call & responce! Akord gitary, pląsy fletu, cisza skrzypiec. Po chwili temperatura narracji rośnie, cała trójka rusza w imitacyjne tango, które wieńczy rockowa niemalże kipiel. Tuż po niej ślad ciszy i basowy przester gitary. Repetycja w kierunku dobrego zakończenia. Ostatnia część Waves zdaje się kontynuować pomysł części ósmej – taneczna repetycja gitary, małe śpiewy po góralsku. Rytm, bijące serce, zwarty półgalop. Free after rock with chamber taste! – językiem Szekspira recenzent puentuje tę wyjątkowo smakowitą płytę.


*) recenzja pierwotnie opublikowana na portalu polish-jazz.blogspot.com