Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harald Kimmig. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harald Kimmig. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 października 2021

Cecil Taylor Ensemble at Göttingen! *)


Pośmiertnej parady niepublikowanych nagrań legendy freejazzowego fortepianu, Cecila Taylora ciąg dalszy! I to po raz trzeci w szeregach krajowej Fundacji Słuchaj!

Po duecie i kwintecie, czas na trzynastoosobowy ansambl. Taylora spotykamy oczywiście w Europie, a jeśli na przełomie lata 80. i 90. ubiegłego stulecia, to oczywiście w Niemczech. Rzeczony Ensemble skrzyknięty zostaje przez saksofonistę i klarnecistę Ove Volquartza w dwa lata po pierwszym spotkaniu tego składu, którego efekt uwieczniono na krążku Legba Crossing. Znów warsztaty, zabawa i wspólne spędzanie wolnego czasu, a potem wielki koncert zorganizowany w obiekcie teatralnym - dwa długie sety, dwa kompaktowe dyski upchane dźwiękami niemal po brzegi.

Wedle wspomnień Volquartza muzycy improwizowali zgodnie ze wskazówkami Taylora, zarówno przekazywanymi werbalnie, jak i przedstawianymi graficznie. Pozornie wydają się one dość precyzyjne (patrz: okładka płyty), ale praktyka koncertowa dowodzi jedynie tego, iż swobodna improwizacja trzynastu muzyków miała swój kierunek, pewne ramy dramaturgiczne i garść naprawdę drobnych instrukcji. Oba sety zasadnicze oczywiście były nieprzerwanymi strumieniami dźwięków, podzielonym na dyskach i w plikach elektronicznych jedynie dla wygody słuchaczy.

 


Set 1. Orkiestra złożona z pięciu dęciaków (w tym dwóch blaszaków), trzech kontrabasów, dwóch perkusji, jednego zestawu rozbudowanych perkusjonalii, pojedynczych skrzypiec, wreszcie pianisty i jego głosu zaczyna swą opowieść w sposób dość typowy dla produkcji Taylora – zabawą w głosy i wielogłosy, teatralne gagi, rytualne bębny, nie bez afro posmaku, tudzież groźne, basowe pomruki smyczkowe. Pierwsze dźwięki piana słyszymy dopiero po upływie 5 minuty koncertu. Narracja budzi się do życia właściwego bardzo leniwie i rusza z kopyta dopiero wtedy, gdy do gry podłączają się na poważnie instrumenty dęte, rozśpiewane i pełne ochoty na improwizowane figle. Nim wybije 10 minuta, duży ansambl osiąga już swój pierwszy stan emocjonalnego wrzenia – atakuje całą szerokością sceny, kolektywnym wrzaskiem bystrych, świeżych dźwięków. Zgodnie z maksymą Taylora – ok, everybody plays solo! Oto szczytowa intensywność ustrukturyzowanego, chwilami brutalnego chaosu chwili, która zdaje się trwać w nieskończoność. Wytrawni fani free jazzu kochają takie sytuacje! Pierwsze istotne spowolnienie następuje po upływie kwadransa (i zdaje się, że zasadą pierwszego seta będzie to, iż zmiana trybu narracyjnego odbywa się w cyklach pięciominutowych). W ramach stoppingu dostajemy garść swobodnej kameralistyki, z pianem na czele i pięknym backgroudem dętej frakcji. Po kolejnej pięciominutówce załoga znów kipi emocjami, ale jej flow zdaje się być rozlany niczym farba na obrazach Pollocka! Kilka swoich typowych, ostrych, jakże kanciastych fraz serwuje nam teraz Taylor, a my mamy wrażenie, iż jego instrument ma kilka pięter. Przy kolejnym spowolnieniu odnotujmy bystre, polirytmiczne frazy percussion, a przy kolejnym dramaturgicznym rise-up błyskotliwe ekspozycje piana i trąbki. Swoje dokładają instrumenty dęte, które nie boją się frazować unisono, a także skrzypce, które po raz pierwszy (i nie ostatni!) potrafią efektownie wyjść przed szereg orkiestry, która chwilami naprawdę nieźle hałasuje. Po jakże zmysłowym expo tychże skrzypiec odnotowujemy piękny atak puzonu i trąbki, jako rodzaj kontrapunktu dla perkusyjnych dywagacji i pytań o kierunek dalszej drogi. Ogień improwizacji gaśnie na dłużej i w sposób bardziej zdecydowany w połowie 42 minuty. Muzycy prowadzą teraz grę na małe pola, frazują nawet dość delikatnie, a utwór pierwszy na dysku numer jeden niespodziewanie przechodzi w utwór numer dwa. Ansambl potrzebuje jeszcze kilku pętli, by ponownie nabrać freejazzowej mocy. Tu piano w roli głównej, także skrzypce i perkusjonalia. Opowieść rozkręca się tym razem z woli strunowców, które piłują struny aż do czerwoności. Muzycy bawią się teraz w teatr, wydają dźwięki zarówno otworami gębowymi, jak i swoimi instrumentami. Ów wielogatunkowy interwał czeka na saksofonowe salwy, które po niedługiej chwili dają sygnał do ataku. Emocje rosną teraz w tempie geometrycznym – część załogi podaje rytm, inna część (głównie dęta) uroczo histeryzuje. Po kwadransie narracja efektownie wyhamowuje. Ciche piano, wybrzmiewające kontrabasy, smyczek i trąbka - kolejna faza krótkotrwałych wymian poglądów z jakże czułymi reakcjami. Na finał seta opowieść gęstnieje i kolektywnie gna przed siebie, ale każdy z instrumentów zdaje się być wyposażony w arsenał zachowań dalece melodyjnych. Ostatnie słowo należy wszakże do chóru złych!

Set 2. Drugą odsłonę koncertu muzycy zaczynają jeszcze leniwiej niż pierwszą. Znów dobrze się bawią, robią miny i odrobinę się wygłupiają. Czy to pijackie zawodzenia, czy rytuał freejazzowej inicjacji, niech pozostanie pytaniem retorycznym. Małe perkusjonalia, drobne preparacje na strunach, deep piano, słowa i melorecytacje. Musi minąć 10 minuta, by saksofonowe i smyczkowe śpiewy zdołały wybudzić orkiestrę z letargu. To niemal romantyczne śpiewy, ale prowadzone już na dość nerwowym drive’ie rozbudowanej sekcji rytmu. Tymczasem dzieło tworzenia biorą w swoje ręce skrzypce i ciągną opowieść efektownym expo po rozdrożach kolektywnej, bardzo swobodnej improwizacji. Co ciekawe, pierwsze stadium ognistej kipieli ansambl osiąga niemal bez udziału frakcji dętej! Saksofony, trąbki, puzony i klarnety wchodzą do gry jeden po drugim, zapewne zgodnie z przyjętym harmonogramem prac. A skrzypce za swą ciężką pracę zostają nagrodzone burzą oklasków! Tuż potem czeka nas drobne spowolnienie, dające przestrzeń dla bardziej ekspresyjnych harców piana, które zostają skomentowane dętym unisono. Kolektywna narracja zaczyna rosnąć ponownie po 25 minucie, by po … 5 minutach (a jednak!) delikatnie zwolnić i wypuścić na łowy trio piana, basu i perkusji, którego zadaniem jest czynienie nowego. Gdy dochodzą dęciaki i skrzypce, moc ansamblu znów strzela do samego nieba. Dynamiczna opowieść wije się spod klawiatury piana i jest efektownie kontrapunktowana separatywnymi popisami dętych, zwłaszcza puzonu, aż do momentu, gdy wykipi i zejdzie w stan ciszy, gwałtownie przerwanej sporą porcją oklasków. Po kilku sekundach łagodnych fraz następuje ostry strzał z piana i saksofonu, który jest przy okazji startem drugiej części drugiego seta. Tu flow od początku zdaje się być mocno nerwowy, ale melodyjne śpiewy dętych łagodzą wrażenie ogólne. Orkiestra dzieli się na mniejsze frakcje – świetne expo dostajemy do tria piano, sax and drums. Na tej bazie powstaje bardzo efektowna ekspozycja (znów brawa dla skrzypiec!), którą śmiało możemy nazwać dramaturgicznym peakiem całego koncertu! Po 9 minucie następuje efektowne hamowanie wprost w kameralną zadumę, która wieńczy set i zostawia nas z niemal trzyminutowymi oklaskami.

Encore. Konstrukcja blisko 10-minutowego bisu zdaje się być w kontekście obu setów nad wyraz prosta. Spokojne intro piana i skrzypiec, potem zwarta kolektywna porcja everybody plays solo, ciągnięta do samego nieba, z dużą porcją hałasu, wreszcie naprawdę urokliwe hamowanie po szóstej minucie, które trwa aż do końca minuty dziewiątej, gdy wrzawa trybun zdaje się nieść muzyków bardzo wysokim wzgórzem.

 

Cecil Taylor Ensemble Göttingen (Fundacja Słuchaj! 2 CD 2021). Koncert w Junges Theater, Göttingen, 15 września 1990r. Cecil Taylor – fortepian, poezja, kompozycja, dyrygentura, Tobias Netta – trąbka, Heinz-Erich Gödecke – puzon, Joachim Gies – saksofon altowy i sopranowy, Martin Speicher – saksofon altowy i basowy, Ove Volquartz – saksofon sopranowy i tenorowy, klarnet basowy I kontraltowy, Harald Kimmig – skrzypce, Alexander Frangenheim – kontrabas, Uwe Martin – kontrabas, Georg Wolf – kontrabas, Kojo Samuels – instrumenty perkusyjne, balafon, elephanthorn, Lukas Lindenmaier – perkusja, Peeter Uuskyla – perkusja. Dwa sety, dwa utwory i encore, na dyskach podzielone na pięć części, łącznie 138 i pół minuty.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, latem roku bieżącego



wtorek, 22 maja 2018

Zweige & Synchronous Rotation! Vasco Trilla, in the company of the Rodrigues’ family, once again proves that every instrument has the strings!


Bez wątpienia, w rękach Vasco Trilli perkusja zdaje się być instrumentem strunowym. Przekonywaliśmy się o tym już wielokrotnie, szczególnie w sytuacjach, gdy Katalończyk mierzył swe siły w formacjach prowadzonych lub auspicjowanych przez doskonałego portugalskiego skrzypka Ernesto Rodriguesa i jego zacny label Creative Sources.

Dokładnie w tym miejscu można sobie przypomnieć recenzję płyty Blattwerk, a w tym Nepenthes Hibrida.

Bieżący rok przynosi kolejne dwa dowody na to, iż teza postawiona na wstępie tego tekstu ma rację bytu. Najpierw kontynuacja studyjna projektu Blattwerk, potem zaś skromny kwartet z udziałem … włoskiej kontrabasistki. Będzie się działo!




Harald Kimmig/ Ernesto Rodrigues/ Miguel Mira/ Guilherme Rodrigues/ Alvaro Rosso/ Vasco Trilla ‎Zweige (Creative Sources, 2018)

Luty br., Lizbona, Namouche Studio. Na wiolonczelach - Guilherme Rodrigues i Miguel Mira, na kontrabasie - Alvaro Rosso, na altówce - Ernesto Rodrigues, na skrzypcach - Harald Kimmig, na instrumentach perkusyjnych – Vasco Trilla. Dwie swobodne improwizacje potrwają prawie 39 minut.

Zweige I. Struny poddawane procesowi intensywnego ostrzenia. Rezonans na talerzach. Krok za krokiem, czar urywanych fraz, pomruki kontrabasu, dzwonki. Aż gęsto od dźwięków. Odrobina uzasadnionego drummingu Trilli. Narracja jest delikatna akustycznie, ale pełna emocji i niezbędnej dynamiki. Struny pozostają w permanentnym dialogu. Swobodnie improwizowana kameralistyka z pewną dozą abstrakcyjnej psychodelii. Już w 5 minucie szóstka muzyków udaje się w szumiące szuwary, z ciszą u progu, w atmosferze mięsistej polerki. Akcenty rytmoidalne na suchym werblu. Molekularny taniec ze szczyptą intrygującej sonorystyki (zwłaszcza ze strony mniejszych strunowców). Akustycznie urocze, dramaturgicznie błyskotliwe! – notuje recenzent w pierwszej fazie ekstazy. Od 8 minuty improwizacja zdaje się systematycznie narastać (kierunek eskalacja?), ale pośród instrumentalistów nie ma na to pełnej zgody. Wybór zejścia do krypty, wydaje się dalece słusznym rozwiązaniem. Cisza na gryfach, półmrok, ktoś uderza w struny i raczej nie jest to Vasco. Ten ostatni bowiem drży i szeleści. Zapasy z dramaturgicznym zaniechaniem, zawieszaniem narracji. Piękna muzyka (13-14 min.)! Rezonanse i mezalianse! Doom dark micro sonore! Focus on one sound! Pięć strunowców i ten szósty też jakby strunowiec – nierozpoznawalne źródła pojedynczych dźwięków! Wspaniale! Wybrzmiewanie w kolektywnym rezonansie!

Zweige II. Muzycy pozostają w krypcie. Szum wiatru pomiędzy strunami i w arsenale Trilli. Cięciwy łuków napinają się. W oddali stuprocentowo akustyczny dark ambient. Jakby kolejny stopień muzycznego wtajemniczenia. Mroczne dźwięki dronizują się. To zapewne okrwawiony smyczek na gryfie kontrabasu. Vasco stawia zasieki, wiolonczele pętlą się, brną w kierunku skowytu. Altówka i skrzypce czynią podobnie. Cały sekstet pląsa po zroszonej ciepłym napalmem wiosennej łące. Dzwonki zapraszają na celebrację chwili. Improwizacyjne wyniesienie?! Choć na studyjnej scenie raczej … tłumienie emocji. Niektóre struny drżą, inne rezonują i budują separatywne drony. 10 minuta, to wzrost aktywności, więcej dynamiki, narracja robi się gęsta, jak na początku płyty. Muzycy popadają wręcz w galop! More than one drum! I jakże błyskotliwy stop! Dzwonki, echa potu na strunach. Doom ambient! Pięknie! Znów umiar wygrywa z nadmiarem, czyniąc całą płytę naprawdę wyjątkową. Słychać, jak struny oddychają, a przestrzeń wokół nich pulsuje ciszą.




Ernesto Rodrigues/ Guilherme Rodrigues/ Gianna de Toni/ Vasco Trilla ‎ Synchronous Rotation (Creative Sources, 2018)

Na osi czasu przesuwamy się do listopada ubiegłego roku. Tym razem jesteśmy na koncercie, wciąż wszakże w Lizbonie (O'Culto da Ajuda). Na scenie poznajemy twarze znane z poprzedniego nagrania. Ojciec i syn Rodrigues, jest też Vasco Trilla. Towarzyszy im tajemnicza kontrabasista - Gianna de Toni. Muzycy zagrają jeden trak, który potrwa niespełna 28 minut.

Muzyka wstaje z ciszy, dobiega z głuchej przestrzeni. Słuchać szelest kroków, ktoś oddycha. Struny pełne bojaźni i drżenia, w egzystencjalnym zawieszeniu. Koncertowe królestwo, pełne skupienia i umiaru. Struny wchodzą w delikatne interakcje, ledwie muskane smykami, lekkimi jak ptasie pióra. Robaczki tańczą w ołowianych miseczkach (Trilla!). Kameralistyka owdowiałych przedmieść Lizbony. Odrobina klasycznych pasaży, konfrontowana przez bystre interakcje rzeczywistości ciągłej improwizacji. Być może jesteśmy bliżej bramy do filharmonii, ale kwaśny odczyn dźwięku determinuje nasz sceptycyzm wobec wejścia do środka. Jakby na potwierdzenie przypuszczeń recenzenta - 8 minuta i pierwsze próby sonorystycznych zadziorów na gryfach i krawędziach werbla i tomów. Wsparcie drummingowe, to nie jest zły pomysł. Niepokój rytmu pozorowanego. Smyki podśpiewują molowe pieśni. Niekoniecznie żałobne, może bardziej wielkopostne. Tuż potem zejście w głąb czarnej ziemi. Zdaje się, że to Ernesto ma w dłoniach pochodnię i oświetla drogę wędrowcom. Pięknie snuta opowieść, bez puenty, z pokładami lirycznych metafor na gryfie altówki. Reszta partnerów komentuje i wpada w drobną egzaltację. 14 minuta, dronowy czteroślad! Jakże uroczy pasaż! Jakże te instrumenty oddychają i szeleszczą. Drżą! Akustyczny meta byt! Głaskają się z ciszą! Po uszy w ciszy, tu gdzie każdy dźwięk stanowić może krwawą rewolucję (także ze strony widowni)! 20 minuta, Trilla bierze opowieść na swój warsztat – dzwoni i rezonuje. Obok drobne turbulencje na strunach. Wejście w kameralny barok, może nawet ckliwy romantyzm. Ale wszystko może liczyć na cięty kontrapunkt drummera! Narracja rośnie w siłę, a tempo przemian dyktuje Katalończyk. Rusza armia wibratorów! Strunowce z otwartymi ustami łapią głęboki oddech. Ostrzą sobie ząbki na finał! Szczypta klasycznej retoryki ze strony wiolonczeli, na pozostałych strunach szmer molowej zadumy. Jakże ciekawy dysonans akustyczny. Na ostatniej prostej wytryski pojedynczych dźwięków i dronowych zaśpiewów.





poniedziałek, 8 stycznia 2018

Blattwerk! Opowieść o tym, jak perkusja stała się instrumentem strunowym!


Trybuna Muzyki Spontanicznej znalazła aż 33 powody, by z muzycznego punktu widzenia zapamiętać rok 2017, który w wielu aspektach był wyjątkowo dziwny, powykręcany i … ekstremalnie fascynujący.

Płyty roku, wg ultra subiektywnego widzimisię Pana Redaktora, widnieją na tej stronie od kilku dni. Pośród nich jest jedna, która, jak dotąd, nie doczekała się jeszcze recenzji. Czas niezwłocznie nadrobić tę skromną zaległość.

Przenosimy się zatem do Lizbony, a dokładnie do Galeria Monumental. Jest przedostatni dzień lutego 2017 roku. Na scenie niemal klasyczny kwartet smyczkowy (zamiast drugich skrzypiec jest … druga wiolonczela) i intrygujący zestaw perkusjonalny. Personalnie przed nami: Harald Kimmig - skrzypce, Ernesto Rodrigues - altówka, Miguel Mira i Guilherme Rodrigues – wiolonczele oraz Vasco Trilla – perkusjonalia. Panowie zagrają dwa improwizowane fragmenty, łącznie 42 i pół minuty. Dokumentacja fonograficzna koncertu zwie się Blattwerk, a firmowana jest imionami i nazwiskami całej piątki muzyków. CD dostarcza Creative Sources Records.




Blattwerk I. Sonorystyka nylonowych (i nie tylko) strun, wspierana szeleszczącymi przedmiotami z przebogatego zestawu Trilli. Rodzaj rozdygotanej filharmonii, w krytycznym stanie przedzawałowym. Sporo zawieszonych, stojących pasaży. Cmentarne tańce umarlaków, w oczekiwaniu na cud zmartwychwstania. Doświadczamy zarówno czystych akustycznie pereł dźwiękowych, jak i brudnych, upalonych mikrodystorcji. Vasco stawia swój werbel na sztorc już w 5 minucie i zachęca kwartet do bardziej energicznych poczynań. Jednocześnie, nie stanowi dla niego jakiejkolwiek problemu, by generować na swoich cudactwach dźwięki charakterystyczne dla instrumentów strunowych. Taśma magnetyczna, smyczek, zerwane struny gitary, drżące talerzyki i dygoczące chrabąszcze. To wszystko znajdziecie w jego magicznej walizce. 7 minuta, to pierwsza ekspozycja, która nosi znamiona eskalacji. Na razie, dość skromnej. Zwinnie i zadziornie! W improwizacji piątki muzyków nie brakuje, rzecz jasna, także drobin kameralistycznej zadumy i minimalistycznego zatopienia emocji. W 10 minucie strunowce idą w wysoki rejestr. Niewykluczone, że macza w tym palce także drummer. Narracja wszakże, w każdym aspekcie ulega ciągłym zmianom. Czasami nawet, co kilkanaście sekund. Recenzent nie ma szans na nudę. Gęsta, chwilami nawet demoniczna mikstura dźwiękowa. 13 minuta, symfonia miseczkowa Trilli. Tuż potem, na moment znów jest perkusistą i nawet … bębni. Końcowe fragmenty pierwszej części pachną reichowskim minimalizmem i błyskotliwą urodą zaniechania. Doskonałe wybrzmiewanie, w tym gronie muzyków, jest już oczywistą powinnością. Trochę, jak wielka orkiestra symfoniczna przed prapremierą Święta Wiosny, czynioną dla penitencjariuszy zakładu dla nierozpoznanych jednostek chorobowych. Demony nie śpią!

Blattwerk II. Mozolne droczenie się ze strunami. Przepychanki, prychania i obtarcia. Vasco siłuje się z obręczami swoich tomów, jakby były odrobinę za ciasne. Innymi słowy – przykład wielkiej sonorystyki na pięć źródeł dźwięku. Więcej niż piękne! Tuż potem, pójście w galop całej czeredy muzyków pachnie już geniuszem. Miseczki szczęścia w użyciu! 8 minuta, filharmoniczna zaduma w bardzo niskich rejestrach, którą puentuje Trilla, robiąc użytek z werbla! Strings też potrafią być armią perkusjonalną! Brawo! Na scenie Galerii dzieje się tak wiele, że pracę doktorską można śmiało popełnić! 12 minuta – nie pierwszy już dziś taniec demonów na mokrych od zimnego potu strunach, wspierany rezonującą orkiestrą Vasco. Krwawa filharmonia w rytmie Bolero! Talerze w ogniu! Droga na finałowy szczyt pachnie zdrową sonorystyką, ale zdaje się mieć wznoszącą trajektorię, definitywnie pod górę. Wiolonczele zupełnie niespodziewanie sprowadzają nas jednak do parteru, wulgarnym tembrem swych ołowianych, ciężkich strun. Groźna, bolesna ekspedycja. Ostatnie sekundy rozkładają nas na podłodze i wprowadzają w stan śmiertelnej medytacji. Cisza smakuje, jak płyn do odmrażania szyb.



wtorek, 26 września 2017

John Butcher! – The Last Dream of Raw Nightingale! *)


Jak wskazuje statystyka, brytyjski saksofonista John Butcher był już gościem Trybuny trzynastokrotnie. Tu drobne przypomnienie look at this!

Bez zbędnych zatem wstępów, proponuję uważny odsłuch trzech nowych lub stosunkowych nowych płyt tego muzyka. Ta muzyczna przygoda będzie tym ciekawsza, iż każde z wydawnictw zaprezentuje Johna w trochę innej konwencji gatunkowej. Zaczniemy niechybnie freejazzowo, potem zatopimy się we współczesnej kameralistyce, by opowieść zwieńczyć konstruktywnym free improv.




The Last Dream

Trudno wyobrazić sobie lepszy początek dla dzisiejszej opowieści. John Butcher w szponach sekcji rytmicznej, która wyniesie na wyżyny każdego saksofonistę. Tym bardziej tak wybitnego, jak nasz bohater. John Edwards na kontrabasie i Mark Sanders na perkusji! Muzycy zwarli swoje szeregi w listopadzie ubiegłego roku, w miejscu zwanym The Fish Factory (Willesden, Zjednoczone Królestwo). Nic nie wskazuje na to, iż spotkanie odbyło się z udziałem publiczności. Efekt fonograficzny dostarcza Relative Pitch Records, a krążek zwie się Last Dream Of The Morning (2017). Pięć improwizacji, czas trwania 52 minuty. Zaglądamy do środka.

Wstęp do pierwszej opowieści niczym nie zaskakuje. Tremola Butchera na tenorze, twarda, gęsta, istotnie dynamiczna sekcja rytmiczna, delikatnie oparta na wybuchowym smyczku. Muzycy nie gonią się wzajemnie, z rozwagą stawiają każdy krok, albowiem do ostatniego pociągu powrotnego jeszcze daleko. Są wielowymiarowi, pełni improwizacyjnego pomyślunku. Narracja wszakże aż kipi z nadmiaru dźwięków. Pierwsze, jakże zmysłowe wyciszenie proponują już w piątej minucie. Na moment robią się jednak groźni akustycznie (niemal industrialni!). Eskalują się równie szybko, jak przed momentem osiągnęli stan wzmożonego skupienia. A zatem drugi odcinek -  cisza, konsternacja, wewnętrzne tarcia, rodzaj specyficznego inside music. Gęsty sos, tłuste obcierki w ślimaczym tempie. Smyk na gryfie kontrabasu, zanurzony w głębi piekielnej, tyczy szlak kolejnej eskapady. Butcher jakby grał jedynie na ustniku - wysokie, ptasie zaśpiewy. Na finał galopada, bo z taką sekcją nie można inaczej. Trzecia, najdłuższa piosenka – mimo braku niespodzianek muzyka wbija w fotel nawet najbardziej wytrawnego słuchacza. Muzycy znają się jak łyse konie (choć po prawdzie, w takim trio grają bodaj pierwszy raz!), zatem każdy pomysł skutecznie wprowadzają w stan realizacji. Zmiany tempa, metod frazowania, stylu improwizacji – raz za razem, w mgnieniu oka (i ucha). Wonderful! W okolicach 9 minuty, jakże piękny przystanek! Kontrabas drży, saksofon piszczy, perkusja zaś staje się na moment wielką orkiestrą talerzy. Rwane frazy Butchera, jakże wyrafinowane. Muzycy tak zwinnie się imitują, iż recenzent ma problemy ze wskazywaniem źródła dźwięku. Tempo jest tu pogrzebowe, zatem mnóstwo czasu na niuanse brzmieniowe. Edwards zrywa podłogę, prawdziwy nalot dywanowy! Butcher skowycze i woła na ratunek! Sanders i jego talerze w stanie rezonującego orgazmu! Soczysta dynamizacja - trudno o lepsze rozwiązanie dramaturgiczne w tej właśnie chwili! A Butcher, jak to ma w zwyczaju na każdej prawie płycie – znów jest w stanie zaskoczyć nowym dźwiękiem, czy barwą brzmienia! Czwarty, krótki numer, choć wcale nie relaksacyjny – kojenie nerwów po Piaskowym Tańcu (tytuł poprzedniego odcinka) idzie jak po grudzie, bo muzyków rozsadza energia kinetyczna. Urywane frazy, przepychanki, drobne swawole. Nieźle hałasują w ramach tego ukojenia. No i finalny, piąty fragment – znów jakby szczypta akustycznego noise & industrial! Globalny atak fonii! Doskonałe! Z kajetu recenzenta: ta płyta na ogół toczy się dość powoli, ale jest gęsta od emocji, leje się jak niestygnąca lawa. Improwizacja potrafi wręcz stanąć w miejscu, głęboko się zawiesić, by po chwili nieśpiesznie ruszyć w kolejną podróż. Sanders i Edwards są bardzo szeroko rozstawieni, pozostawiają dużo przestrzeni saksofoniście, a ten nie marnuje choćby chwili. No i to perfekcyjne brzmienie! Na ostatnie dźwięki, zwyczajowe wybrzmiewanie z detalami na gryfie i dyszach.




Raw

Miejsce zwie się Offene Ohren. Jesteśmy w Monachium, pod koniec stycznia 2015 roku. Na scenie trio smyczkowe pod nazwą własną Trio Kimmig-Studer-Zimmerlin oraz John Butcher. Pod względem instrumentalnym rzecz ma się następująco: skrzypce, kontrabas, violoncello oraz saksofon tenorowy naprzemiennie z sopranowym. Koncert podzielony na cztery odcinki (wypauzowane), potrwa czterdzieści pięć minut i tyleż sekund. Dostarcza Leo Records pod tytułem Raw (2016).

Suchy saksofon i iskrzące się trzy strunowce – to punkt wyjścia do niezwykłej przygody akustycznej, która wiedzie trzech muzyków, osadzonych we współczesnej kameralistyce, na manowce istotnie uwolnionej improwizacji. A przewodnika mają prawdziwie diabelskiego! Komórkowa narracja, pytania i odpowiedzi, celne riposty i soczyste niedopowiedzenia. Artystyczny konsensus osiągnięty zostaje ledwie po kilku minutach dźwiękowych przymiarek. Jakby całe życie tylko razem, we czterech muzykowali. Improwizowana kameralistyka na styku z pro-jazzowym saksofonem. Zmiany tempa, trybu narracji, splatają się ze sobą i udanie konweniują. Muzycy lubią ciszę i zadumę, nie stronią jednak od ostrych dźwięków na krawędziach swoich instrumentów. Akcenty zawahania, tłumione emocje i wewnętrzny ogień piekielny. Walka przeciwieństw z dobrym efektem dla skupionego odbiorcy. W 12 minucie startuje drobna eskalacja pod dyktando Butchera. Strunowce nie mają jakichkolwiek problemów poznawczych. Baa, nawet potrafią przejąć inicjatywę. Fragment drugi zaczyna się złowieszczą ciszą. Rodzaj sonorystyki, która nabiera barw z upływem czasu. Taniec na strunach i dyszach, w wysokim rejestrze. Ptasia artykulacja na kontrabasowym stelażu. Wytrawne, czerwone wino! A galopada na finał, przepyszna! Trzeci interwał toczy się wedle podobnego scenariusza, co poprzednie. Suche sonore saksofonu na tle perkusyjnych strun w stanie drżenia. John sięga po sopran, a to dobrze wróży tej improwizacji. Dużo kreacji na strunach, nie mało emocji w wąskiej tubie dęciaka. Modulowany sound jako zaskoczenie. Sporo dźwięków w oparach ciszy, choć swąd eskalacji snuje się po sali koncertowej. Jednak ostatnie sekundy iskrzą emocjami i ładunkiem fonii. Gwałtownie, raptownie, dotkliwie! Czas na finałowe 5 minut tego koncertu. Start wprost z gryfów strunowców, czystym tembrem, a tuż obok nieco zawadiacki tenor. Opowieść snuje się minimalistycznie, sound by sound. Szczypta oniryzmu spod smyczków, pięknych, zrównoważonych emocjonalnie pasaży i mikroetiud. Saksofon też jakby płynął po wezbranej rzece. Ostatni dźwięk nie pozostawia złudzeń, co do wartości tej rejestracji. Wyśmienite! Delicious!




Nightingale/ Nachtigall

Jakże trafna ptasia konotacja zawarta w tytule płyty! Skowronek w rozkwicie! Baa, nawet trzy skowronki. Ale do rzeczy: Antwerpia, dwa dżdżyste, marcowe dni w Belgii, w roku 2013, okoliczności studyjne. Trzech muzyków. Dwaj weterani, mistrzowie gatunku z Anglii – Paul Lytton na perkusjonaliach i John Butcher na saksofonie tenorowym i sopranowym oraz skromny aspirant z tejże Antwerpii – Joachim Badenhorst na klarnetach i saksofonie tenorowym. Osiem fragmentów z tytułami, 47 minut i krążek Nachtigall. Wydawcą jest Klein Records, label założony przez ostatniego z muzyków, właśnie na potrzeby wydania efektów fonograficznych sesji z dumnymi synami Albionu (2013, numer katalogowy 001). A w środku prawdziwie ptasia eksplozja!

Zaczynamy od trzyczęściowej suity! Burczenie, syczenie, cmokanie, smoła w ustach. Dwa dęciaki na przeciwległych flankach i żywe, jak srebro, perkusjonalia po środku. Prawdziwie owadzi świat improwizacji! Mikroeskalacje na skrzydłach, motyle i świerszcze. A Lytton chytrze dynamizuje poczynania Butchera i Badenhorsta. Czyni to w zasadzie od pierwszej do ostatniej minuty. I to jak! Noże i widelce, szczotki, mopy i chusteczki jednorazowe! W międzyczasie pyskówka dęciaków i świetna puenta klarnetu. Drugą część suity stempluje klarnet, czyniąc próby melodyzacji tej wciąż filigranowej improwizacji. Wygładzanie kantów, wytłumianie emocji. Rozszerzone techniki artykulacji ze strony Butchera – dodaje bystry recenzent! A Lytton tworzy dynamiczne sytuacje na potęgę! Skutek? Kolektywna eskalacja, niczym czołg. Trzeci utwór zaczyna się introdukcją perkusjonalną, w którą wkleja się Butcher na sopranie, mając melodię między zębami. Badenhorst powraca w czwartej minucie i szorstko imituje starszego kolegę. Czwarty odcinek – aż gęsto od dźwięków! Ale wszystkie one lekkie, swobodne, akustycznie drobne w dotyku. A Lytton podpowiada, inspiruje. Wiedzie pozostałych na pokuszenie dynamiką swoich działań. A oni, gdybyście zapytali, bardzo subordynowani, ale równie kreatywni. W piątym, szóstym i siódmym fragmencie (wszystko to miniatury) znów perkusjonalista tyczy szlak bojowy. Na flankach konkurs piękności. Kto zagra ładniej dla oka, piękniej dla ucha. Sonorystyczne wzmagania. Rodzaj suchej ballady free improv. Od ciszy do głośnych ekspozycji. Świetny tembr Joachima, niegorszy Johna, choć bardziej … perkusjonalny. Wreszcie dziewięciominutowy finał – dęciaki delikatnie się imitują. Lytton stawia im stemple na czole i pyta o pogodę. Szczypta udanego kolektywizmu w trybie bezmelodyjnym. Ach, te suche dysze! Spokojna narracja, pojedyncze, intrygujące dźwięki na bokach. I znów ten szaleniec Lytton! Czym byłaby ta płyta bez jego permanentnego stawiania na baczność kolegów, pozostanie pytaniem retorycznym. Na finał powraca klarnet basowy i komentuje wyczyny starszych (ci śmiało mogą się rewanżować szerokim wachlarzem komplementów - Joachim brnął przez to nagranie na pełnych prawach!). A galopada na ostatniej prostej, to już tylko wyjątkowo udana puenta całej, jeszcze lepszej płyty!



Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań!


*) ang. Ostatnie marzenie surowego skowronka – oczywiście ten tytuł brzmi nonsensownie, ale jest przecież językową zbitką tytułów płyt, recenzowanych w tej opowieści.