Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nils Vermeulen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nils Vermeulen. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 listopada 2020

Dirk Serries in 2020’ Autumn! A multidimensional overview for your pleasure!


Ultrapandemiczna jesień nie pozwala na organizację w pełni żywych koncertów (choć część festiwali odbyła się jakimś cudem, niektóre nawet ze śladowym udziałem publiczności!!!), ale w jakikolwiek sposób nie ogranicza aktywności edytorskiej muzyków i wydawców, szczególnie w obszarze muzyki improwizowanej, gdzie przecież powstanie każdego nowego nagrania stanowić może pretekst do jego publikacji.

Jeden z absolutnych faworytów redakcji, belgijski gitarzysta Dirk Serries, nie dotarł niestety na czwartą edycję pewnego krajowego festiwalu spontanicznego, ale jakby w zamian za to (a może pomimo tego) dostarczył nam w ostatnich tygodniach prawdziwy ocean dźwiękowych wspaniałości. Dziś pochylimy się nad pięcioma jesiennymi premierami z jego kluczowym udziałem. Płytami tak od siebie różniącymi się, jak tylko różnić się mogą dźwięki powstałe w głowie i pod palcami jednego człowieka.

Zaczniemy improwizowanym dark ambientem naszej ulubionej formacji Yodok III, potem uciekniemy na dwa swobodnie wykreowane sety kwartetowe, które zaprezentują nam m.in. improwizację powstałą w więcej niż jednym wymiarze czasoprzestrzeni (pandemia wymusza nowe rozwiązania w zakresie organizacji spotkań międzyludzkich!). Kolejna płyta przeniesie nas do krainy muzyki minimalistycznej, improwizowanej w oparciu o graficzne notacje, a ostatnia znów zaprosi w bezmiar jedynego w swoim rodzaju dark ambientu, tym razem w klasycznym dla Serriesa wydaniu – na samotną gitarę elektryczną, tu zrealizowanym w pandemicznych okolicznościach tegorocznego września.

 


Yodok III  A Dreamer Ascends (Consouling Sounds, LP/CD)

Tomas Järmyr (perkusja), Kristoffer Lo (amplifikowana tuba i flugabone) oraz Dirk Serries (gitara elektryczna) preferują na swojej drodze artystycznej długie, rozbudowane prezentacje koncertowe, a do studia nagraniowego trafiają raptem raz na kilka lat. Dziś doświadczamy właśnie drugiego z tych przypadków (ORA Studio, Trondheim, Norwegia, grudzień 2017), dodatkowo skrojonego pod wymiar płyty analogowej, zatem wyjątkowo krótkiego, przeto niebywale skondensowanego w zakresie treści i należnych im emocjom. Jeśli brakuje wam czasu na odsłuch koncertowych epopei Yodok III, tu dostajecie ideę tej niebywałej muzyki w prawdziwej pigułce. Dwie improwizacje, łącznie 33 minuty i 20 sekund.

Perkusyjna stopa na bębnie basowym bije sercem tej opowieści. Na prawej flance budzą się do życia dwa pasma ambientu – jedno śpiewa i romantycznie zawodzi, drugie wyje z rozpaczy. Po drugiej stronie sceny pojawia się strumień szorstkich, ale zdecydowanie gitarowych dźwięków. W tle szeleści, pulsuje jeszcze nie do końca rozgrzany amplifikator. Pełnowymiarowy drumming pojawia się w połowie czwartej minuty i zdaje się ciągnąć ambientowe pasma ku wzgórzom ekspresji. W opowieści wciąż pojawiają się nowe elementy, drobne, czasami krótkotrwale (nie bez rockowego posmaku), ale definitywnie ubogacające całość ekspozycji. Wejście narracji na poziom ściany dźwięku możemy ogłosić po upływie siódmej minuty. Przez kolejne siedem minut – choć to trudne do wyobrażenia - muzycy utrzymują się na krzywej wznoszącej, eskalują emocje i poziom ekspresji, aż do efektownego wybrzmienia.

W drugą improwizację wchodzimy niemal niezauważeni, w sam środek dość już intensywnych wydarzeń. Rozgrzana perkusja i kilka syntezatorowych pasm z tuby, zapewne także z gitary, uroczo się ze sobą kotłuje. Opowieść płynie szerokim korytem, można w niej odszukać drobne wątki podszyte tajemniczą nostalgią. Flow nabiera epickości, prawdziwie ekspresjonistycznego rozmachu twórczego. Trzech ludzi zdaje się budować dźwiękowy masyw godny orkiestry symfonicznej. Już jednak po upływie czwartej minuty scenę spowija zaskakująca cisza – drummer milknie, a ambientowe pasma gasną, jak ostatnie promienie słońca w trakcie przedwczesnego zmierzchu. Muzycy bez zbędnej zwłoki zdają się kreować nowy wątek – dron meta syntetycznej fonii stoi niemal w miejscu, a wybudzona z chwilowego letargu perkusja zaczyna kręcić się wokół własnej osi. Żywy drumming w tajemniczej mgławicy. Zimny, bardzo zimny Yodok! Muzycy zdają się mieć kilka chwil zawahania, albowiem dopiero w połowie ósmej minuty zamglona gitara i pasma dość piskliwego ambientu z tuby zaczynają budować coś na kształt narracji właściwej. Pojawia się pasmo basowe, tuż obok niego niemal żywa tuba, która śpiewa melodię. Drumming rośnie w siłę z każdą sekundą. Opowieści przybywa mroku i suspensu. W tym rosnącym tyglu emocji, w połowie trzynastej minuty tuba zaczyna nagle nucić spokojną piosenkę. Dysonans ów pcha opowieść do przodu. Po kilku kolejnych minutach wszystkie dźwięki jednocześnie płaczą i krzyczą. Egzystencjalna pustka i dźwiękowa ściana, która nie ustępuje choćby na krok. Nim wybije dziewiętnasta minuta, przy wciąż aktywnym drummingu, opowieść zaczyna przygasać. Coś gwiżdże, coś piszczy, śpiewa i oddycha – mamy wrażenie, że w miejsce ginącej muzyki pojawia się gwar publiczności, która choć zdematerializowana światowym lockdownem, wciąż pozostaje z muzykami, nawet w pustce studyjnych pomieszczeń. Dźwięk urywa się nagle, słychać tylko irytujący szelest wygaszonego amplifikatora.

 


Ward/ Verhoeven/ Serries/ Roberts  Imaginary Junction (A New Wave Of Jazz, CD)

Zmieniamy klimat gatunkowy (to dziś reguła!) i przynosimy się do … dwóch miejsc jednocześnie! Martina Verhoeven (fortepian) i Dirk Serries (gitara akustyczna) znajdują się w belgijskim Sint-Lenaarts, zaś Cath Roberts (saksofon barytonowy, obiekty) i Tom Ward (flet, klarnet, klarnet basowy) w angielskim Brockley. Obie pary połączone są globalną siecią i aplikacją JackTrip, dzięki czemu słyszą się (i pewnie widzą) w czasie niemal rzeczywistym. Wspólnie zatem improwizują, mimo, iż znajdują się po przeciwległych stronach kanału oddzielającego Imperium Brytyjskie od Starego Kontynentu. W samym środku pandemicznego lata 2020 owa zdalna free impro trwa godzinę zegarową i kilkanaście sekund, a na płycie składa się z dwóch części.

Kwartet binarnej rzeczywistości rusza w bój z pewną nieśmiałością. Muzycy – choć są razem dzięki urokom nowoczesnych technologii – zapewne czują odległości pomiędzy sobą. Ale już pierwsze dźwięki (błysk suchej gitary, szelest strun piana, urywane, dęte frazy) powodują, iż wszelkie wątpliwości natury komunikacyjnej mijają bezpowrotnie. Pierwsza faza improwizacji, to próby nawiązywania wzajemnych kontaktów metodą call & responce. Wystarczy jednak kilka silniejszych uderzeń w czarne klawisze, by kwartet ruszył zwartym szykiem na swoje pierwsze łowy (powagi sprawie dodaje rozśpiewany saksofon barytonowy). Już w połowie 5 minuty muzycy po raz pierwszy szukają własnych oddechów i bawią się z ciszą. Po chwili lepią się w dron i szukają nowej intrygi – ptasi harmider na brytyjskich flankach, a w belgijskim środku deep piano i baileyowska gitara, wszyscy mają tu coś ciekawego do powiedzenia. W kolejnym epizodzie z ciszą po raz pierwszy pojawia się flet, przedmioty na gryfie gitary i piano, które szuka akustycznego ambientu. Nastrój chwili unosi się w powietrzu, niczym baletnica. Po wybiciu 15 minuty kwartet porzuca jednak niuanse dramaturgiczne i rusza w eksplozywne, niemal free jazzowe tango. Gdy artyści znów wytracą moc, tym, który zakłóca pozorny spokój jest masywny baryton. Ów ciekawy dysonans estetyczny prowadzi do wykreowania na niedługą chwilę dalece minimalistycznej improwizacji, która smakować zaczyna estetyką idei Tonus, jakże charakterystycznej dla niektórych przedsięwzięć Serriesa (patrz: inna dzisiejsza recenzja). Flow ciągnie klarnet basowy i piano, gitara i baryton snują komentarze, a reakcje zazębiają się na tyle intensywnie, iż kwartet dość sprawnie osiąga emocjonujący status ognistego post-jazzu. Po osiągnięciu szczytu powraca flet i klimat seta chyli się ku kolektywnego zakończeniu. Tu mistrzynią okazuję się Martina i jej głębokie frazy z pudła rezonansowego piana.

Drugi set otwiera duży klarnet, a opowieść tworzą drobiazgi, które lepią się do siebie w dość nerwowym, niepokojącym trybie. Smyczek i czarne klawisze rysują narrację, która przypomina Different Trains Reicha na lekkich sterydach. Rytm zostaje z nimi przez dłuższą chwilę, po czym rozpływa się w abstrakcjach post-jazzu. Pierwsze skutecznie uspokojenie następuje dopiero w połowie 8 minuty, głównie z inicjatywny klarnetu basowego i piana. Garść akustycznego rozgardiaszu - coś szumi, coś szemrze, kilka stempli piana. Nastrój chwili robi się dalece kameralny, a frazy stają się dłuższe i bardziej wyważone. Ów jakże piękny moment sesji gaśnie do poziomu ciszy w połowie 21 minuty. Finałowa partycja rodzi się z drobnych fonii, znów zaczyna przypominać tonusowe, minimalistyczne gry w kreatywne zaniechanie. Pojedyncze frazy, flet, pianistyczne abstrakcje. Dźwięki nabierają wprawdzie intensywności, ale w ogóle nie szukają dynamiki. Serce narracji obumiera pod ciężarem klawiszy fortepianu.

 


Rubicon Quartet  Crosscurrents (A New Wave Of Jazz, CD)

Okoliczności pandemiczne pozostawiamy w ich niebycie i cofamy się do grudnia ubiegłego roku. W studiu Sunny Side Inc., w brukselskim Anderlechcie, spotykamy muzyków, którzy zwą się Rubicon Quartet. Patrick De Groote (trąbka, bugel), Cel Overberghe (saksofon altowy) oraz uczestnicy poprzedniej improwizacji - Dirk Serries (gitara akustyczna) i Martina Verhoeven (fortepian) będą improwizować przez siedem odcinków - łącznie 56 i pół minuty.

Kolejny dziś kwartet zaprasza nas na podróż nieco bardziej przewidywalną estetycznie i dramaturgicznie niż pandemiczny meeting dwóch duetów. Muzycy wciąż będą swobodnie improwizować, jakkolwiek częściej sięgać po stricte jazzowe rozwiązania, w czym celował będzie saksofonista, który najwyraźniej w bardziej uporządkowanej stylistyce czuje się lepiej niż w żywiole emocji, które zdają się pozwalać na wszystko. Pierwsza opowieść potwierdza tezę recenzenta. Krótkie otwarcie gitary, kilka stempli i kwartet rusza kolektywnie w pierwszą, niemal free jazzową podróż. W połowie utworu zaczyna się faza duetowa. Najpierw dość wystudiowany dęty dialog, potem odrobinę ciekawiej w zwarciu piana i gitary, a na finał już naprawdę dobrze w swobodnej rejteradzie na trąbkę i gitarę. Drugą część otwiera podmuch gorącego powietrza z trębackiego wentyla. Po kilku komentarzach kwartet rusza w kolejną eskapadę ociekającą jazzowym ogniem. W drugiej fazie improwizacji muzycy schodzą w okolice ciszy i tutaj także zdają się być bardzo przekonujący. Trzecią opowieść zaczyna solowy saksofon, pracujący niemal samymi dyszami. Posmak suchych strun i trębackich oddechów wkleja się po pewnym czasie. Narracja uroczo się ślimaczy, instrumenty gadają ze sobą o wszystkim i o niczym, a finałowe emocje zawdzięczamy głównie rozochoconym dęciakom. Czwarta część przenosi nas w nieco inne kategorie emocji. Metoda call & responce muzycy budują piękną opowieść, nie stroniąc od preparacji i świetnie na siebie reagując. Gitara dodaje ciepła, piano przestrzeni, zaś trąbka i saksofon nieco balladowego zaśpiewu.

Piąta improwizacja rodzi się w tubach saksofonu i trąbki. Gitara buduje niezobowiązujące tło, parska post-Baileyem, nie stroni od na poły dynamicznego riffowania, a piano liczy czarne klawisze. Mroczna, kolektywna narracja pęcznieje niemal samoczynnie, a gaśnie w jazzie saksofonu altowego. Na starcie kolejnej opowieści preparująca trąbka naprawdę dużo wymaga od siebie. Gitara wchodzi dopiero po minucie, a dość energiczne piano - po kolejnej. Nie brakuje emocji, choć studzą je saksofonowe plastry miodu, które pojawiają się pod koniec opowieści. Wreszcie finałowa narracja – kolejne dobre intro kreuje trąbka. Pierwsze podłącza się piano, ciągnąc za sobą kanciaste i zadziorne wstęgi dźwięków. Saksofon wrzuca kilka śpiewnych fraz, gitara trzyma jarzmo dyscypliny. Tempo rośnie, emocje buzują. Krótkie solo gitary, a zaraz potem, błyskotliwa ekspozycja tria (bez saksofonu), która lepi wszystkie napotkane dźwięki i preparuje je. Tuż przed upływem 9 minuty, od dawna milczący alt daje znak życia i bierze na swoje barki zakończenie płyty. Pozostałe instrumenty godzą się na takie rozwiązania bez wydania choćby jednego dźwięku.

 


Tonus  Monograph 50 (Fort Evil Tapes, Kaseta) *)

Jesienią 2018 roku obchodziliśmy pięćdziesiąte urodziny Dirka Serriesa. Obok wielu nowych płyt, były też liczne koncerty. W ramach odchodów głównych, w belgijskim Rijkevorsel, w świetnie nam znanym klubie De Singer odbył się koncert formacji Tonus, która – czytający te łamy wiedzą to świetnie! – improwizuje w oparciu o notacje graficzne Serriesa (tu, specjalna edycja urodzinowa), przy okazji czyniąc wszystko w rytualnej powolności, w duchu kreatywnego minimalizmu i … dobywając bardzo ciche dźwięki. Zapraszamy na odsłuch koncertu, w trakcie którego Tonus przybrał postać sekstetu złożonego niemal wyłącznie z naszych dobrych znajomych. Na scenie, 13 października pojawili się: Patrick De Groote (trąbka, bugel), Dirk Serries (gitara akustyczna, akordeon), Benedict Taylor (altówka), Martina Verhoeven (fortepian), Nils Vermeulen (kontrabas) oraz Colin Webster (saksofon altowy). Na dwóch stronach kasety pomieściło się dokładnie 73 minuty i 7 sekund muzyki.

Pierwszy set urodzinowego Tonusa skoncentrowany jest na płynnych, trwających frazach (być może stevensowskie sustained piece byłoby określeniem całkiem na miejscu), budowanych przez kolektyw muzyków, drugi zaś set kreują dramaturgicznie pojedyncze akordy fortepianu i wybrzmiewające w ślad za nimi frazy akordeonu, które przedzielane interwałami ciszy, obudowywane są improwizacjami pozostałych instrumentów. Set pierwszy zatem rodzi się w plamach brzęczących strun, które oczekując na to, co może się za chwilę wydarzyć, szukają fonii i wtapiają się w płynący szerokim strumieniem, akustyczny ambient czegoś co nie jest już ciszą, ale nie jest jeszcze narracją właściwą. W owym strumieniu słyszymy większość instrumentów płynących w demokratycznym porządku, ale od czasu do czasu, któryś z nich zdaje się przez moment wybijać na pierwszy plan. Pierwszym tego przykładem jest akordeon, który płynie ledwie słyszalnym półdźwiękiem, a towarzyszą mu oddechy z tuby saksofonu i trąbki. Dopiero po wybiciu 7 minuty na pierwszy dźwięk decyduje się pianistka. Wysyła jeden akord, który plącze się pomiędzy pasmami wyboistej ciszy. W tak zwanym międzyczasie zasadniczy strumień dźwięku wydaje się delikatnie rozwarstwiać. Szczególnie dotyczy to fraz kreowanych przez dęciaki. Swoje trzy bezcenne sekundy ma też altówka i smyk na gryfie kontrabasu, który w połowie 18 minuty wydaje barokowy okrzyk, ale po chwili milknie. W połowie 24 minuty więcej od siebie daje trąbka, znów próbę życia podejmuje smyczek, a zaraz potem saksofon. Narracja serwuje nam mały szczyt, po czym znów opada w kłębowisko ciszy. Wentyle i struny szumią, dysze pulsują, tuby oddychają, młoteczki piana bawią się w perkusjonalia. Po wybiciu 36 minuty połykamy już wyłącznie duże porcje ciszy, a w tle szumi ambient z akustycznej gitary.

Drugi set, zgodnie z zapowiedzią – akord piana, cisza, fraza akordeonu, cisza, budzące się z tejże ciszy mikro improwizacje pozostałych instrumentów i … cisza. Przez cały czas trwania tej części muzycy skrupulatnie trzymają się z góry obranego scenariusza. W ramach części improwizowanej, budowanej przez kontrabas, altówkę, trąbkę i saksofon, dzieje się wszakże sporo, a elementów godnych uwagi odnajdujemy całe mnóstwo. Z upływem czasu można odnieść wrażenie, iż notacja pozostawia owej czwórce improwizatorów coraz więcej miejsca i czasu na bardziej swobodne działania. Dęciaki i strunowce zdają się żyć już własnym życiem, swawolić i pięknieć, jakkolwiek akord piana i fraza akordeonu wciąż przypominają im, gdzie są i do czego zmierzają. Dużo dźwięków zdaje się dostarczać trąbka, której zdecydowanie po drodze jest z altówką. Mimo, iż konwencja utworu chwilami pęta muzykom ręce, narracja pod koniec seta delikatnie pęcznieje, zagęszcza ścieg, a instrumenty dęte zdają się szukać wspólnej płaszczyzny narracji z akordeonem. W fazie ostatecznego wybrzmiewania struny delikatnie skomlą, a trąbka bulgocze na sucho.

 


Dirk Serries  Live At De Loods, Stramproy (NL) (Bandcamp, DL 2020)

Na ostatni dziś spektakl zapraszamy do … wiejskiej stodoły (farmer's warehouse)! Połowa września br., holenderskie Stramproy. Dirk Serries na gitarze elektrycznej w nieprzerwanym strumieniu dźwięków, trwającym blisko 85 minut. Jak sugeruje tytuł, nagranie live, choć brak danych o ewentualnej publiczności.

Gitarzysta rozpoczyna opowieść serwując nam od razu kilka wątków ambientu, które płyną dość szeroką ławicą. Niektóre z nich wydają się lekkie, jak pawie pióra, inne zdają się być odrobinę bardziej syntetyczne w smaku. Wszystko pulsuje do wewnątrz i na zewnątrz w prawdziwe klasycznym dla gatunku wydaniu. Po upływie kilkunastu minut narracja zaczyna zlewać się już do jednego koryta, a wszystkie wątki stają się niemal bliźniacze. Dźwięk przygasa w okolicach 20 minuty i po chwili ciszy Dirk rozpoczynać już może nowy epizod koncertu. Tym razem pasma gitarowego ambientu są bardziej intensywne, migoczą, pulsują, pełne są nerwowych splotów i tajemniczych fraz. Ambientowe Twin Peaks zaczyna panowanie w naszej stodole! Opowieść płynie jednak dość leniwie, a po czasie, wzorem wątku pierwszego, rozpływa się w szerszy strumień. Groza sytuacji wydaje się przygasać, w przeciwieństwie do urody ekspozycji. Nim muzyk postanowi przejść w trzecią fazę spektaklu, z oddali dobiegnie do nas jeszcze coś na kształt meta krzyku, małego stempla kolejnej nierozwiązanej tajemnicy.

Zapowiadany epizod trzeci rozpoczyna swoje mgliste życie po 42 minucie seta. Płynie do nas nieco gęstsze pasmo dźwięków, ale zdecydowanie spokojniejsze niż miało to miejsce w wątku poprzednim. Odrobinę relaksująca, wysoko zawieszona, niemal podniebna eskapada, trochę jak poranny błysk słońca. Moc czystego ambientu wypełnia nam receptory słuchy, a uczucie czysto fizycznej przyjemności definitywnie rośnie. Na kolejny epizod – z pewnością ostatni – czekać musimy aż do początku drugiej godziny koncertu. Po niemal pełnym zejściu do poziomu ciszy Serries buduje nowe pasma, bardziej syntetyczne w brzmieniu, delikatnie zabrudzone, znów wysoko zawieszone. Po raz kolejny pojawia się znany już nam nerw strachu, rodzaj dramaturgicznego niepokoju. Po paru pętlach emocje jednak wygładzają się, a niepewność jutra jakby słabła. Muzyka nabiera dodatkowej przestrzeni, staje się jeszcze bardziej nierealna. Wygaszanie owego relaxing stream muzyk postanawia rozpocząć około siedmiu minut przed ostatecznym zakończeniem, które wyznacza długość zapisanej w elektronicznym pliku ścieżki dźwięku.

 

*) Nagranie Monograficzne, to nie koniec tegorocznych nowości Tonusa. Recenzji pierwszej polskiej płyty formacji, zarejestrowanej podczas jednego z lokalnych spontanicznych festiwali, spodziewajcie się niebawem.

 

 

 

wtorek, 2 października 2018

Dirk Serries’ Tonus! A New Celebration Has Started!


Usually when someone says a thing is too simple, they’re saying that certain familiar things aren’t there. - Donald Judd (1965)

Tonus – literalnie: siła mięśni, ale także rodzaj systemu muzycznego, który w procesie tworzenia dźwięków przykłada takie samo znaczenie nutom, jak i przestrzeni pomiędzy nimi.


57:39, Intermediate Obscurities I

Miejsce i czas: Dommelhof, Neerpelt (Belgia), nagrane na żywo, 16 listopada, 2017. Muzycy: Jan Daelman – flet, George Hadow – perkusja, Dirk Serries – gitara akustyczna,  Martina Verhoeven – fortepian, Nils Vermeulen - kontrabas, Colin Webster – saksofon altowy.

Bazą dla prowadzenia rozbudowanej narracji, opartej na swobodnej improwizacji, ale także dyscyplinie, kontrolowaniu emocji i antycypowaniu zdarzeń na scenie, jest leitmotif grany przez pianistkę. Kluczem do zrozumienia przedsięwzięcia artystycznego zdaje się być przyjęta przez muzyków metoda twórcza, oparta na strukturalnym minimalizmie - akord piana, rezonans talerza, plusk gitary, szmer z tuby altu i fletu. Opowieść budowana jest z pojedynczych fraz instrumentów strunowych i fortepianu oraz nieco dłuższych interwałów instrumentów dętych. Misterna pajęczyna akustycznych dźwięków i duże porcje umiejętnie dozowanej ciszy. Rodzaj abstrakcyjnej kameralistyki, wtłoczonej w proces kolektywnej improwizacji. Narracja prowadzona w oparach dychotomicznego minimalizmu, który nie pęta jednak inwencji muzyków, ale wręcz ją kreuje. Pytanie recenzenta o zasięg i charakter predefinicji samego procesu improwizacji pozostaje na ten czas retoryczne.

Czas zdecydowanie pracuje na korzyść naszej percepcji, zwłaszcza, że struktura dźwięków generowanych przez szóstkę muzyków gęstnieje (choćby rozbudowany dron Webstera w 12 minucie), ma swoje punkty przegięcia, momenty stopowania i twórczego restartu. W sumie najmniej dźwięków zdaje się wydawać sam Serries, który dyskretnie czuwa nad przebiegiem spektaklu, być może także prowadzi małą dyrygenturę. Uroda długich dźwięków fletu i altu, ulotność fraz perkusisty (Hadow dużo wnosi do tej historii – drży, szeleści, kontrapunktuje), także kontrabasisty, konsekwentna repetycja pianistki. Saksofonista, co rusz zdobi przestrzeń drobinami swoich z trudem tłumionych emocji – małe drony i skrawki ekspresji. Jak na przyjętą konwencję minimalistyczną, opowieść toczy się wartko, ma wiele smaków i ozdobników. Oczywiście repetycja jest tu narzędziem dominującym. W 30 minucie na gryfie kontrabasu bodaj po raz pierwszy pojawia się smyczek. To nowy element, który zaczyna dominować w procesie improwizacji i będzie to czynić nad wyraz konsekwentnie już do końca koncertu. Dobrze wspomagają go coraz silniej rezonujące talerze. Druga część spektaklu obfituje w większą ilość sustained pieces. Jakość ekspozycji zdaje się rosnąć w oczach! Po 45 minucie dostrzegamy pierwsze symptomy wygaszania narracji, ale nie wszyscy muzycy są w tym dziele równie zdeterminowani. Interwały zdają się być dłuższe, a tworzenie dźwięków odbywa się w jeszcze większym skupieniu. Chyba tylko rozochocony smyczek kontrabasisty zgłasza tu zdanie odrębne. Złowieszczo grzmi choćby w 48 minucie. W samym finale rola Vermeulena jest również kluczowa. Dalece wyraziste pasaże fletu i altu. Oto, jak kameralistyka delikatnie wpada w ogień. Końcowa cisza zostaje wszakże osiągnięta bezkonfliktowo.




45:20, Intermediate Obscurities IV

Miejsce i czas: Hundred Years Gallery, Londyn, nagrane na żywo, 14 stycznia 2018. Muzycy: Cath Roberts – saksofon barytonowy, Dirk Serries – gitara akustyczna, Benedict Taylor – altówka, Tom Ward – klarnet basowy, Colin Webster – saksofon altowy, Otto Willberg – kontrabas.

Początkowa sekwencja dźwięków jest następująca – gitara, kontrabas i saksofon. Muzycy improwizują wedle wskazówek graficznych przygotowanych przez gitarzystę. Ponownie dyktat pojedynczych fraz, wspieranych minimalnie dłuższymi wypowiedziami klarnetu basowego. Onirycznie, tajemniczo, więcej odcinków sustained niż w trakcie pierwszej części Intermediate Obscurities. Serries stawia małe stemple, reszta płynie dość zwinnie, nie unikając wszakże punktów przystankowych. Struktura dronów, jakie wydają z siebie muzycy jest dalece interesująca – trzy wyraziste dęciaki i kontrabas ze smykiem mają swoją moc i dar przekonywania. Jakby mniej minimalizmu, więcej upiornej i nie rzadko błyskotliwej filharmonii. Baryton i klarnet basowy, niczym mur chiński, nie biorą tu jeńców. W 17 minucie cały sekstet staje w głębokiej ciszy. Serries pojedynczymi akordami nawołuje do nowych ekspozycji. Fragment niemal zatopiony w głuchej bezdźwięczności. Altówka – chyba o niej zapomnieliśmy! – gra tylko długie dźwięki i wtapia się w dęty obraz sytuacji scenicznej. Gdy nagle wszyscy muzycy wypuszczają oddech, ekspozycja potrafi być nawet głośna. W 24 minucie alt Webstera próbuje szarpać strukturę narracji, ale nie znajduje specjalnego posłuchu wśród pozostałych improwizatorów. Po chwili kolejny pasus ciszy wyznaczy start nowej opowieści. Okazuje się, że hałas potrafi być od tejże ciszy jedynie nieznacznie oddalony.

Podobnie, jak w trakcie pierwszej części sekstetowego Tonusa, w połowie koncertu bardziej aktywną postawę zaczyna prezentować kontrabas. Ryje głębokie bruzdy w ziemi, ostrym jak brzytwa smyczkiem. Faktura dronów gęstnieje, choć pojedyncze ich pasma wydają się bardziej separatywne. Bez problemu jesteśmy w stanie rozpoznać poszczególne instrumenty (zwłaszcza alt Webstera). Docenić należy urodę pasaży generowanych wspólnie przez altówkę i kontrabas. 40 minuta, to początek tłumienia emocji. Strunowce szukają inspiracji w okresie późnego baroku, dęciaki dmą niczym filharmonia w trakcie napisów końcowych. Na ostatniej prostej niespodziewanie tembr sekstetu ponownie gęstnieje, przypomina pomruk stada wygłodniałych niedźwiedzi. Finał opowieści jest definitywnie piękny, tak w wymiarze akustycznym, jak i dramaturgicznym. Trwały niepokój bardzo swobodnych dronów. Koniec jest nagły i dotkliwy.




54:42, Texture Point

Miejsce i czas: Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, 9 grudnia 2017. Muzycy: Dirk Serries – gitara akustyczna, Benedict Taylor – altówka, Martina Verhoeven – fortepian.

Texture I. Akord piana, szmer strun na gryfie altówki, akord gitary. Sekwencja działań jest przejrzysta i stała w trakcie całej, czteroczęściowej ekspozycji. Wracamy do punktu wyjścia Tonusowej przygody, czyli motywu wprost z klawiatury fortepianu. Piękna sonorystyka Taylora na tle punktów kierunkowych, generowanych metodą ultra minimalistyczną przez jego partnerów. W stosunku do nagrań koncertowych, tu w studiu, dźwięk piana osiada jakby głębiej w przestrzeni spektaklu, altówka szuka brudnych, wysokich, nieco szorstkich fonii, nie stroniąc od pizzicato, a gitara zdaje się pracować na niższych strunach. Na finał pierwszej części błyskotliwy pasaż Taylora, przykład sonorystyki, która znajduje swój blask w posmaku industrialu. Serries przeplata akordy – raz pojedyncze, innym razem bardziej rozbudowane.

Texture II. Piano o stopień niżej, ale jeszcze delikatniej. Altówka płaska, znów pełna sonore. Gitara szuka dźwięku pomiędzy strunami, jakby pozbawiona była stroju. Narracja zdaje się być nieco bardziej zwarta, muzycy czują swoje oddechy na plecach, choć sama formuła improwizacji pozostaje bez zmian. Pianistka from time to time gra nawet 2-3 akordy w jednej sekwencji. Taylor pozwala sobie na prawdziwie czyste dźwięki. Każdy jego antrakt pachnie akustycznym wyniesieniem.

Point A. Intro jest udziałem altówki, szum niczym kołowanie samolotu. Akord piana - tym razem bardziej basowy. Gitara bez zmian, gra głównie ciszą. Odrobina preparacji na strunach piana, za to altówka wręcz pogwizduje! Drży i niesie złe wieści! Pudło rezonansowe największego z instrumentów daje o sobie znać. Pasaże Taylora zdają się być nieco dłuższe niż poprzednim razem. Instrument Serriesa zrobił się zaś tak suchy, że aż trzeszczy. Ujmuje nas nad wyraz gęsta narracja, jak na formułę minimal improve, konstytuującą do tej pory działania Tonusa. Altówka ma ochotę pohałasować, piano wybrzmiewa tylko matowymi młoteczkami, gitara trzyma pion - bodaj najpiękniejszy moment tego dysku, może nawet całego czteropłytowego zestawu Tonusa.

Texture III. Na wejściu aż dwa akordy piana. Altówka startuje z poziomu ciszy. Gitara tuż obok. Narracja zdaje się być bardziej rozmyta, z dużą przestrzenią ciszy pomiędzy dźwiękami. Ta opowieść potrwa 20 minut, muzycy mają zatem naprawdę dużo czasu. Struny altówki śpiewają, a jej mała ekspozycja wręcz tryska urodą. Dużo echa, sporo pogłosu. Mikrobiologia dźwięków. Martina i Dirk, konsekwentni do upadłego, Benedict momentami nieco na przekór, szuka intrygi, jest czujny i wymagający. W 10 minucie stawia kolejny stempel doskonałości. Raz za razem wystawia frazy bliskie akustycznego geniuszu. Akompaniament piana i gitary znacząco podkreśla całe zjawisko. Na ostatniej prostej Taylor skrobie struny, gra suchy ambient. Piękne!




34:06, Cagean Morphology

Miejsce i czas: Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, 10 marca 2018. Muzycy: Dirk Serries – gitara akustyczna, Martina Verhoeven – fortepian.

Po dwóch sekstetach i jednym trio, na sam finał Tonusowej epopei, wracamy do bazy fonicznej całej koncepcji. Tylko akord piana i akord gitary, a pomiędzy nimi ogromne połacie białej, lekkiej jak puch ciszy. Cage przywołany w tytule tej części, nie wymaga uzasadnienia. Jakby muzycy wykonywali jego 4:33, przypadkiem podkreślając dramaturgię spektaklu pojedynczymi dźwiękami. Piano z dużym pogłosem, gitara zdana jedynie na swe niezbyt duże pudło rezonansowe. Akordy Martiny nieco dłużej wybrzmiewają, akordy Dirka giną w sekundę po ich ujawnieniu. Sporadycznie ta pierwsza pozwala sobie zagrać więcej niż jeden dźwięk w trakcie pojedynczej sekwencji. Ten drugi raczej stroni od takich ekstrawagancji. Ekspozycja pełna Morfologii Cage’a z pewnością dostarcza nam więcej ciszy niż samych dźwięków. Na poziomie konceptualnym – pełna akceptacja, na muzycznym – płyta do przetrwania.


Tonus Intermediate Obscurities I + IV  (2CD, A New Wave Of Jazz, 0015)
Tonus Texture Point (CD, A New Wave Of Jazz, 0016)
Tonus Cagean Morphology (CD, A New Wave Of Jazz, 0017).

Premiera wydawnictw będzie miała miejsce 13 października 2018 roku, na specjalnym koncercie TONUS Dirk Serries ‘50’ w klubie de Singer (Rijkervorsel, Belgia). Dwa tygodnie później podobne wydarzenie będzie miało miejsce w londyńskim Cafe Oto.

4 października Dirk Serries obchodzi 50 urodziny. Happy Birthday, Dirk!


piątek, 21 września 2018

Frame Trio! Luminária! Vicente & Dos Reis - a new chapter of brotherhood!


Luis Vicente, doskonały trębacz portugalski, zapytany przeze mnie w wiosennym wywiadzie dla portalu jazzarium.pl, czy podziela pogląd, iż muzykiem, z którym najbardziej mu po drodze w muzyce improwizowanej jest jego przyjaciel, gitarzysta Marcelo Dos Reis, odparł przekornie, że nie ma muzyka, z którym lubi grać bardziej niż z innymi.

Oczywiście kłamał! Przed nami bowiem płyta nowej formacji Frame Trio, w której składzie odnajdujemy obu muzyków. A zatem do grona wspólnych przedsięwzięć artystycznych Vicente i Dos Reisa, uwiecznionych choćby jednym wydawnictwem płytowym, możemy dopisać pozycję numer cztery - po Chamber 4, In Layers i Fail Better! Wszystkie te formacje czytelnicy Trybuny znają doskonale. Być może na początku nowego roku poznamy kolejny przykład doskonałej kooperacji obu Portugalczyków (choć to na razie informacja objęta tajemnicą edytorską).

Skład Frame Trio uzupełnia belgijski kontrabasista Nils Vermeulen, którego znamy choćby z grupy Kabas, która błyskotliwie uprawia minimal free improve.




Dość zatem wstępów, czym prędzej sięgamy po krążek Luminária (FMR Records, 2018), na który składa się 6 swobodnych improwizacji, oznaczonych cyframi. Nagranie z 28 listopada ubiegłego roku z Coimbry (Centro Norton de Matos Gymnasium). Odsłuch zajmie nam niespełna 43 minuty.

I. Intro luminaryjne jest łagodne, stonowane. Struny gitary brzmią zalotnie, kontrabas zdaje się być w nastroju nieco mniej spolegliwym, trąbka ma w planach melodyjne pasaże, ale zdecydowanie ciągnie ją w kierunku brudnych fraz i wyuzdanej sonorystyki. Swoboda, świetna komunikacja, od startu słychać, że muzycy dobrze czują się w swoim towarzystwie. Tonujący emocje zefirek, który zwiastuje burzę w piorunami.

II. Nieprzerwana choćby ułamkiem ciszy narracja szuka nowych rozwiązań w niższych partiach częstotliwości. Silny akcent sonore ze strony Vicente, zgrabna palcówka Vermeulena, w tle zaś łagodna jak baranek gitara Dos Reisa. Frame Trio, niczym nieustająca zagadka. Dobitny i precyzyjny stelaż dramaturgiczny kontrabasu dla obu wyswobodzonych ze wszelkich reguł flanek przestrzeni fonicznej spektaklu - piękne frazy! 5 minuta – Marcelo błyskotliwie pętli się na strunach, Luis ma kipiel wewnątrz trąbki. Narracja narasta, zdecydowanie idziemy na szczyt! Gitara dostaje prądu, iskry lecą po ścianach! Jej rockowy sznyt kierunkuje swobodną improwizację. Luis szuka psychodelii i znajduje ją! Piękny finał odcinka!

III. Smyczek na kontrabasie, niski, konwulsyjny. Dynamiczna gitara, gwałtowna trąbka. Rozmowa przyjaciół na dowolny temat, bywają zdania odrębne, nie brakuje emocji, a ładunki ekspresji są adekwatnie alokowane. W 4 minucie Marcelo repetuje, a Nils płynie swobodną i niebanalną solówką. Luis wkracza tanecznym krokiem, ze skłonnościami do hałasowania. Komentarz Marcelo w stylu rock’in! Finał części na pełny gazie!

IV. Kolejne intro dobrze już rozgrzanego smyka. Długie intro! Portugalczycy wchodzą do gry po 90 sekundach. Mikrofazy, czujność i odpowiedzialność. Barokowe skale, bogactwo treści. Marcelo idzie w powtarzalność, Luis wyciska trąbkę, jak cytrynę. Doskonały moment! Burzliwa nostalgia, drżąca zaduma. A finał tej 11 minutowej perły improwizacji także należy do smyczka, który zmyślnie repetuje.

V. Struny gitary poddawane procesowi intensywnego tarcia, kontrabas rozwichrzony ponadnormatywnie, trąbka zablokowana tubą – klasyczna sytuacja sonorystyczna. Po chwili Marcelo ustawia się w roli tworzącego tło (znów genialnie repetuje!), zaś jego partnerzy idą w nieznane. Dwa brudne, upocone stwory plotą separatywne, ale świetnie konweniujące ze sobą opowieści. Zakrzywiony sound całej trójki – industrialna gitara, moc death metalu w kontrabasie, trąbka zanurzona w deep sonore. I błyskotliwa eskalacja! Kolejny doskonały moment luminaryjny. Na finał muzycy pętlą się i zazębiają, jakby lizali rany po ciosach.

VI. Marcelo – mikrotonalne wręcz intro budowane wszakże na bazie rytmu, przy zastosowaniu mantrycznych powtórzeń. Nils i Luis wchodzą do gry na palcach.Ten drugi, jakby mimochodem, wypuszcza garść jednolitych dźwięków. Piękne! Finał tej wyśmienitej płyty jest tylko pozornie spokojny. Muzycy drobnymi ruchami, permanentnie się eskalują. Gęsty krem czekoladowy.




wtorek, 12 czerwca 2018

Kabas & Vicente & Godinho! Negen & SMUP!


Kontynuujmy wątek młodej, improwizującej Belgii. Parę dni temu zachwycaliśmy się introwertyczną pianistyką Seppe Gebruersa, którego na polskie salony free improv doprowadził Pan Redaktor, wydając parę tygodni temu płytę „Live at Ljubljana” z Luisem Vicente i Onno Govaertem. Okazją zaś do piątkowego zachwytu była płyta nagrana z Hugo Antunesem i Paulem Lovensem Room: Time & Space.

Dziś oko i ucho pochylimy nad kolejnym intrygującym pianistą z Belgii – Thijsem Trochem (poznaliśmy go na tych łamach w trakcie prezentacji nagrań z Dirkiem Serriesem). Okazją będzie podwójna płyta kwartetu Kabas. Radość redakcji jest tym większa, iż druga płyta w dorobku formacji poczyniona została w towarzystwie portugalskich bohaterów swobodnej improwizacji – Luisa Vicente i Carlosa Godinho.

Najpierw posłuchamy nagrań studyjnych w formule Quartet + 1, potem zaś – koncertowych w formule Quartet oraz Quartet + 2.




Przygodę z belgijsko-portugalską improwizacją zaczniemy od wizyty w lizbońskim studiu nagraniowym Namouche (4 stycznia 2017 roku). Całkowicie belgijski Kabas - Jan Daelman na flecie (też nagrywa z Serriesem!), Thijs Troch na fortepianie, Nils Vermeulen na kontrabasie i Elias Devoldere na perkusji – w towarzystwie Luisa Vicente na trąbce. Na pierwszą część podwójnego dysku wydanego przez FMR Records (2018), trafia sześć utworów, które trwają łącznie 35 minut z sekundami. Ta część nazywa się Negen.

One. Introdukcja perkusyjna, oszczędna, delikatna, daleka od hałasu i jazzowej ekspresji. Po kilkudziesięciu sekundach podłącza się równie subtelny smyk na kontrabasie, w towarzystwie dronu trąbki. Opowieść wszakże gęstnieje, narasta, krew w żyłach muzyków zaczyna krążyć bardziej swobodnie. Separatywne mikroeskalacje kontrabasu. Flet i piano w dalekiej perspektywie akustycznej (jeśli ten pierwszy w ogóle wydaje jakieś dźwięki; piano ogranicza się do ornamentów z pustych klawiszy). Two. Delikatna materia dźwięku, piano zawieszone pod nieboskłonem studia, flet muskany szczeliną w wardze, suche preparacje na trąbce, szczoteczkowanie na werblu. Art of minimal improvisation. Jakość, która tkwi w szczególe, tu także zaczyna narastać. Mikrobiologia akustyki. Rośnie ilość dźwięków w jednostce czasu, a mocno skupiony odsłuch potęguje ciąg endorfin i emocje w piórze recenzenta. Perkusyjne piano, sonorystyka instrumentów dętych, szorstki kontrabas, skumulowany drumming w estetyce percussion. Three. Piano, flet i smyk. Minimalistyczne frazy, repetycja, prawdziwa trójca święta. Doskonała trąbka burczy w ustniku. Rodzaj specyficznego call & response. Głębokie słuchanie jako przyczyna, rosnąca kreacja jako skutek. Silna ekspozycja czystego brzmienia trąbki jako element dramaturgicznego zaskoczenia. Progresywny, dość już dynamiczny drumming. Pianista repetuje, ponownie zdaje się przyjmować rolę pomocnika perkusisty. Bardzo kolektywna, wzajemnie kompatybilna narracja. Znów uważne słuchanie i celne reakcje, których skutkiem staje się żwawy galop całej piątki, ze świetnymi stygmatami Vicente! Four. Odrobina frywolnych, niemal tanecznych ruchów - niskie pomruki piana, preparacje kontrabasu, oddechy trąbki. Gwałtowny akord piana jako silny kontrapunkt. Mały, deep drumming. Każdy z muzyków daje tu cząstkę siebie, która buduje jakość całej ekspozycji. Wielka pajęczyna skrupulatnie tkana przez wrażliwych improwizatorów – cicha, chwilami nawet mainstreamowa trąbka, dużo dobrych dźwięków na flankach (piano and drums), sporo artystycznego fermentu na gryfie kontrabasu, tu w świetnej komunikacji z perkusją. Piękne wybrzmienie. Five. Intro fletu, cisza, jak makiem zasiał. Mikrofrazy piana, coś dzieje się na gryfie. Jakże drobna, delikatna, wręcz kobieca narracja (czyniona przez pięciu facetów!). Szczoteczki ponownie tańczą na werblu, piękny akustycznie bezdech trąbki. Zmysłowe narastanie, całusy u wlotu ustnika, okrężny, definitywny drumming na obrzeżach opowieści. Matowy, zatopiony w minimalizmie flet. Six. Start bardzo kolektywny, dużo drobnych faz, preparacje pianisty. Kroki stawiane spokojnie, z rozwagą. Trąbka z samego dna. Eksplozywna frakcja dęta stawia jednak na działanie. Piano z klawisza, jako element stymulujący przebieg wydarzeń.  Znów robi się dość gęsto od dźwięków, interakcje, podpowiedzi i odpowiedzi. Uroczo skonstruowany flow, który nawarstwia się i prowadzi kwintet na finałową eskalację. Świetne zwieńczenie pierwszej płyty w zestawie!




Mija doba i muzycy lądują na peryferiach Lizbony, w Parede i miejscu zwanym SMUP. W koncercie weźmie udział szósty muzyk, perkusjonalista Carlos Godinho. Zagra w dwóch ostatnich częściach, podobnie jak Luis Vicente. W pierwszej zaś usłyszymy kwartet w wersji saute. Ponownie 35 minut z sekundami. Dysk zwie się dość oczekiwanie – Live at SMUP.

One. Do boju rusza samotny kwartet. Znów moc subtelności akustycznych, estetyka swobodnego call & response, tu z wyeksponowanym, acz tłumionym fletem. Wszystko zgodnie z zasadą, iż lepiej zagrać o dwa dźwięki za mało niż o jeden za dużo. Minimal improve w roli głównej! Flet nieustannie prowadzi narrację. Tuż obok drobny, nieekspansywny drumming, z jazzowym nerwem. Piano zawieszone na dwóch, trzech dźwiękach, kontrabas zostawiający mokre ślady na piasku. W 6 minucie zejście w ciszę przy akompaniamencie mikrofaz piana. Stukot palców o powierzchnię pudła rezonansowego kontrabasu, a może to jednak dzieło perkusisty. Le Monte Young bije brawo na stojąco! Narracja krok po kroku jednak narasta. Werbel drży, piano szyje nieco gęstszym ściegiem. Od 12 minuty rolę pianisty przejmuje kontrabasista i snuje udany duet z flecistą, którego instrument gra jakby trzy światy dalej od nas, za kawalkadą mgławic. Powrót piana i perkusji nadaje ekspozycji niespodziewanie free jazzowy sznyt. Finał pełen emocji, zwłaszcza ze strony drummera. Flet schodzi posłusznie na plan dalszy. Two. Oto kwartet staje się sekstetem, z rozbudowaną sekcją drums & percussion. Recenzent wyraźnie słyszy dwie trąbki (czyżby obok Vicente, także Daelman?). W tle sporo ornamentyki sekcji. Piano zanurzone w minimalu już chyba po wszeczasy. Kilka dźwięków niewiadomego pochodzenia, zwinnie akompaniujących coraz silniejszej ekspozycji trąbki (zapewne Vicente). Ciekawy dialog tego ostatniego z metalicznie brzmiącym Godinho. Sonorystyka przedmiotów blaszanych i metalowych. Żwawa, post-jazzowa ekspozycja w drugiej części utworu. Ważne słowo należy do kontrabasu, który pląsa niczym dziewica na łące zroszanej stukotem perkusjonalnym. Na ostatniej prostej wracają dęciaki (odnaleziony flet!) i dorzucają do ognia, czyniąc finał fragmentu niezwykle ekspresyjnym. Three. Intro budowane z ujemnej liczby dźwięków. Repetycje kontrabasu, szumy trąbki, drżenie piana, perkusjonalne metale, pomruki fletu. Ferria niuansów, subtelności brzmieniowych i dramaturgicznych. Klasycyzujący pasaż piana, nawet ładny, porządkuje obraz sytuacji scenicznej. Fragment wprost do katalogu ECM, ale mający swój niezaprzeczalny urok. Finał tonie w zadumie i nostalgicznym tembrze trąbki.