środa, 7 września 2022

Fast Forward 6.Spontaneous Music Festival 2022! The full line-up is ready!


Szósta edycja Spontaneous Music Festival będzie jak zwykle imprezą niepokorną, mieszającą gatunki i siejącą artystyczny ferment. Znów będzie świętem muzyki improwizowanej - trzy festiwalowe dni, od czwartku do soboty, dwanaście setów i kilkunastoosobowe grono muzyków z Katalonii, Francji, Niemiec i Polski. Edycja z nazwą własną „Fast Forward”! Tegorocznym headlinerem będzie Ferran Fages, kataloński improwizator, kompozytor i gitarzysta. Drugą znamienitą artystką tego wydarzenia będzie bułgarska skrzypaczka Biliana Voutchkova. A w tak zwanym międzyczasie wydarzy się niemal wszystko – solowe otwarcie, stałe składy improwizujące, klecone ad hoc tria i kwartety, wreszcie minimalistyczna kompozycja na kwartet instrumentów dętych i kontrabas. 

Zainicjowany wiosną 2018 roku Spontaneous Music Festival, kreatywna inicjatywa Trybuny Muzyki Spontanicznej oraz poznańskiego Dragon Social Club, na stałe wpisał się w krajobraz muzyki improwizowanej w Polsce. Od początku stawia na młodych, krnąbrnych artystów, unika znanych i powtarzalnych, ceni sobie otwartość, gotowość na wyzwania artystyczne, stawia na składy ad hoc, czyli pierwsze muzyczne spotkania sceniczne, nie stroni od festiwalowych projektów kompozytorsko-dyrygenckich, nade wszystko zaś gwarantuje jakość improwizacji na każdym etapie rozwoju sytuacji scenicznych, w niezmiennie niebywałych akustycznie przestrzeniach Małego Domu Kultury w Dragonie.  

Szczegółowy line-up tegorocznej edycji wygląda następująco:



Sylwetki artystów, jacy wystąpią na deskach Dragona:

Ferran Fages – gitara (Barcelona, Katalonia). Phicus, Isysxae i Tàlveg, to tria, z którymi pracuje na stałe. W każdym jego gitara brzmi inaczej i ma inne zadania do wykonania. Dwa z nich zobaczymy na scenie festiwalowej. Fages, to także wielka historia europejskiej muzyki elektroakustycznej, zarówno tej improwizowanej, jak i komponowanej. W jego przebogatym portfolio znajdujemy płyty takich wydawców, jak Another Timbre, Potlatch, Creative Sources, Entr’acte, Inexhaustible Editions, Discordian Records, Raw Tonk, a także iberyjska seria Trybuny Muzyki Spontanicznej i Multikulti Project, Bocian i Monotype Rec.

https://bandcamp.com/tag/ferran-fages

Tom Chant – saksofon tenorowy i sopranowy (Barcelona, Irlandia). Na przełomie milenium, u boku Eddie Prevosta i Johna Edwardsa, wyznaczał nowe trendy na londyńskiej scenie free impro. Od początku nie stronił od muzykowania w dużych składach, będąc ważnym elementem The Cinematic Orkiestra (jest nim do dziś!), często grywał też z London Improvisers Orchestra. Od ponad dekady związany z Barceloną - pierwsze lata Discordian Records, to niemal wyłącznie jego improwizowane produkcje. Wybitny improwizator, funkcjonujący nieco na uboczu świata, ale dostrzeżony w iberyjskiej serii Trybuny Muzyki Spontanicznej.

https://bandcamp.com/tag/tom-chant

Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne (Barcelona, Katalonia/Portugalia). Aktywny na scenie muzyki improwizowanej od ponad dekady, z bogatą płytoteką (w Polsce wydał mnóstwo płyt, tylko pod szyldami Trybuny Muzyki Spontanicznej czeka już na dziesiąty tytuł!). Jeden z najważniejszych europejskich innowatorów perkusji i instrumentów perkusyjnych. Na naszym festiwalu grał już trzykrotnie, zawsze zaskakując brzmieniem i rozwiązaniami dramaturgicznymi. Stały członek tria Phicus, ma w dorobku albumy m.in. z Marsem Williamem, Martinem Küchenem, Mikołajem Trzaską, Szilardem Mezei, Andreą Centazzo, Timem Daisy. Prawdziwymi akustycznymi majstersztykami są jego liczne albumy solowe.

https://bandcamp.com/tag/vasco-trilla

Àlex Reviriego – kontrabas (Barcelona, Katalonia). Kolejny innowator ze stolicy Katalonii. Pod naciskiem jego drobnego ciała wielki instrument strunowy kona, wydając dźwięki rzadko spotykane nawet na najbardziej eksperymentalnych scenach noise (wystarczy sięgnąć po jego solowe nagrania). Muzyk wielu talentów, wytrawny improwizator, także free jazzowy, jeden z ulubionych partnerów El Pricto i Discordian Records w dużych, ponadgatunkowych projektach. Stały członek tria Phicus, wielbiciel mrocznych dźwięków, które uprawia m.in. pod szyldem Inhumankind, czy też Tholos Gateway (z Vasco Trillą i Colinem Marstonem).

https://bandcamp.com/tag/%C3%A0lex-reviriego

Pere Xirau – perkusja, instrumenty perkusyjne (Barcelona, Katalonia). Zdecydowanie najmłodszy z tegorocznego zaciągu barcelońskiego. Studiowanie w lokalnym i kopenhaskim konserwatorium zaprowadziło go … w mroczne zaułki awangardy, ekstremalnych, niekiedy radykalnych eksperymentów. Skutki tych podróży poznamy w trakcie koncertu Isysxae, inne, bardziej subtelne jego wcielania w trakcie improwizacji „ad hoc”. 

https://isysxae.bandcamp.com/releases

Timothée Quost – trąbka, elektronika, głos (Dijon, Francja). Improwizator i kompozytor, który rozwija osobiste podejście do instrumentu poprzez interakcje z urządzeniami wzmacniającymi i zniekształcającymi jego brzmienie. Zaczynał w duecie Astragales (założonym z Pierre’em Juillard), potem pracował w zespołach takich, jak kwintet Escargot czy trio QUAM! Ma też w dorobku dwa jakże efektowne albumy solowe „Before Zero Crossing” oraz „Flatten The Curve”. To właśnie w tej formule zachwycił nas ubiegłej jesieni w Dragonie! Teraz zagra w trio z Whitehillem i Boer.

http://www.tquost.com/home

Benjamin Whitehill – gitara, elektronika, field recordings (Berlin, Wielka Brytania). Związany ze stolicą Niemiec od dekady, gitarowy trubadur i outsider, wielbiciel swobodnych improwizacji i eksperymentów z dźwiękiem. Wykorzystuje gitarę w zakresie jej potencjału fakturalno-perkusyjnego, preparuje jej brzmienie i łączy z innymi akcesoriami, nie tylko elektronicznymi. Techniki rozszerzone, „feedback” i rezonujące przedmioty, to jego ulubione zabawki. W trio z Quostem i Boer będzie miał szanse poznać kolejne.

https://benjaminwhitehill.bandcamp.com/

Laure Boer – elektronika, instrumenty tradycyjne, instrumenty perkusyjne, głos (Berlin, Francja). Multiinstrumentalistka, której muzyka inspirowana jest z jednej strony hałasem, z drugiej tradycyjnym folkiem. Jej występy to hipnotyczne improwizacje skupione wokół tradycyjnych instrumentów, własnoręcznie wykonanych urządzeń elektronicznych i głosu, śpiewającego lub recytującego w ojczystym francuskim. To tętniący życiem wszechświat, równie wrażliwy, jak brutalny. W trio z Quostem i Whitehillem czeka nas z pewnością prawdziwe szaleństwo!

https://laureboer.bandcamp.com/releases

Biliana Voutchkova – skrzypce, głos (Berlin, Bułgaria). Klasycznie kształcona artystka, swoje liczne talenty rozwija zarówno na polu muzyki komponowanej, performance i sztuk audio, jak i w swobodnej improwizacji. Stałym elementem występów jest jej głos, który idealnie lepi się z preparowanymi frazami skrzypiec. Jej najważniejsze obecnie aktywności, to Splitter Orchestra, Trickster Orchestra, United Berlin, Solistenensemble Kaleidoskop, Voutchkova/Thieke duo, czy Jane in Ether. W roku bieżącym artystka realizuje autorski projekt DUOS2022, który na deskach Dragona przeobrazi się w … trio z instrumentami perkusyjnymi Vasco Trilli i live drawing, tudzież słowem Leny Czerniawskiej. Solą jej dorobku artystycznego są genialne albumy solowe – „Modus Of Raw” i “Seeds of Songs”.

https://bilianavoutchkova.bandcamp.com/

Lena Czerniawska – grafika, poezja, live drawing (Berlin, Polska). Rysowniczka, pisarka, improwizatorka i eksperymentatorka, która próbuje bardziej szukać niż znaleźć, bo „kto znalazł, źle szukał”. Jej ekspresyjne, mroczne grafiki zdobią okładki wielu fantastycznych płyt z muzyką improwizowaną.

https://lenaczerniawska.weebly.com/

Eric Bauer – elektronika, także w wersji „extended” (Berlin, Niemcy). Przygodę z eksperymentującą elektroniką zaczynał od solowych ekspozycji. Później mierzył siły w duetach i większych formacjach. Szuka dialektyki pomiędzy dynamiką i statyką dźwięków, lubi zadawać pytania i nieustannie szukać odpowiedzi. Nic nie łączy go z ikonami niemieckiego free jazzu o takim samym nazwisku.

https://ericbauer.bandcamp.com/

Carina Khorkhordina – trąbka (Berlin, Rosja). Artystka jest nie tylko trębaczką, ale także fotografką. Rezyduje w Berlinie od ośmiu lat. Obecnie pracuje nad serią performansów „site-specific” w przestrzeni publicznej miasta we współpracy z różnymi muzykami. Łączy te zainteresowania z możliwościami dźwiękowymi trąbki, nagraniami terenowymi, dokumentacją wideo i fotografią. W obszarze muzyki improwizowanej i eksperymentalnej, jej podstawowe aktywności, to m.in. duet z Ericiem Bauerem, kwartet Slurge (Eric Bauer, Burkhard Beins, Wolfgang Seidel) i Klub Demboh.

https://www.khorkhordina.org/

https://tmrwlabel.bandcamp.com/album/carina-khorkhordina-eric-bauer

Zofia Ilnicka – flet (Katowice, Polska). Kompozytorka i improwizatorka od wielu lat związana z wykonawstwem muzyki nowej i improwizowanej. Odważnie eksploruje zaawansowane techniki wykonawcze, zatem wydaje się być idealnie skrojona na potrzeby naszego festiwalu. Zaangażowana w wiele ciekawych projektów, takich jak Trio_io, Layers, Space Welders, Brzoska Kolektyw, Kraków Improvisers Orchestra. Współpracowała z Landjugendorchester NRW, Filharmonią Pomorską oraz Toruńską Orkiestrą Symfoniczną.

https://antennanongrata.bandcamp.com/album/trio-io-new-animals

Michał J. Biel – saksofon barytonowy (Kopenhaga, Polska). Performer i kompozytor, w przeszłości silnie związany z poznańską i wrocławską sceną muzyki improwizowanej. Obecnie zajmuje się tworzeniem kompozycji instrumentalnych, prac taśmowych oraz muzyki konkretnej. Współtworzy grupę kompozytorską Ensemble Ektòs, ściśle współpracuje z Francesco Toninellim, współtworzy duety instrumentalne z Cosimo Fiaschi, czy Michaelą Tucerową, jest członkiem formacji Szymona Gąsiorka - Pimpono Ensemble oraz E/I.

https://michalbiel.bandcamp.com/

Mateusz Rybicki – klarnet (Wrocław, Polska). Improwizator związany ze sceną muzyki improwizowanej i poszukującego jazzu, twórca muzyki teatralnej i filmowej. Duże portfolio ciekawych kolaboracji, m.in. z takimi artystami, jak Alexander Von Schlippenbach, Peter Brötzmann, Tristan Honsinger, Joëlle Léandre, Zlatko Kaučič, Steve Noble, Tristan Honsinger, Axel Dörner, czy Mikołaj Trzaska. Ma w dorobku dziewięć płyt, z których na szczególną uwagę zasługuje „Beauty/Resistance” nagrana razem ze wspomnianymi Léandre i Kaučičem. Jego styl gry jest charakterystyczny, w czytelny sposób odnosi się do tradycji jazzu, czerpie też z ducha muzyki etnicznej i klasycznej.

https://bandcamp.com/tag/mateusz-rybicki

Patryk Daszkiewicz – taśmy, efekty (Poznań, Polska). Artysta ukrywający się za projektem DMNSZ. Udziela się również w innych mniej lub bardziej enigmatycznych przedsięwzięciach, takich jak Sumpf, Kakamina, czy trio Strętwa z Maciejem Maciągowskim i Pawłem Doskoczem, także improwizuje w różnych konfiguracjach. W pracy z dźwiękiem skupia się na operowaniu z zastaną przestrzenią i środowiskiem dźwiękowym. Eksperymentuje z różnymi technikami nagrań i pozostającymi po nich artefaktami.

https://soundcloud.com/demonszy

https://plazach.bandcamp.com/album/str-twa

 

 

wtorek, 6 września 2022

Liquid Trio! Camí ral!


Katalońska scena muzyki improwizowanej ma się świetnie od niepamiętnych czasów, o czym Trybuna Muzyki Spontanicznej donosi prawie każdym swoim słowem. W tym tygodniu na poparcie tej zuchwałej tezy zaprezentujemy kolejnych sześć dowodów w sprawie.

Dziś w ramach inauguracji owego tygodnia katalońskiego bierzemy na recenzencki warsztat nową płytę formacji Liquid Trio, która zdaje się być okrętem flagowym w zadanym spektrum zainteresowań. Kolejnych pięć albumów z Barcelony zaprezentujemy w najbliższy piątek.

Pierwsza płyta rzeczonej grupy – niemal dekadę temu - była jeszcze firmowana nazwiskiem pianisty, ale demokratyczny charakter muzykowania sprawił, iż na okładkach kolejnych albumów figuruje wyłącznie nazwa formacji. Wszystkie płyty LT znamy doskonale, także większość twórczości muzyków ją tworzących, czyli Agustí Fernándeza, Albert Cirery i Ramona Pratsa. Dla przypomnienia warto spojrzeć do trybunowego archiwum, z którego wynika, iż tekstów otagowanych nazwiskami tych muzyków jest dokładnie … 112! Bez zbędnej zwłoki zagłębiamy się zatem w nowej porcji dźwięków tria, którą muzycy zgrabnie zatytułowali Droga.

 


Muzycy skonstruowali swój album wedle najlepszych kanonów filmowej dramaturgii. Najpierw fundują nam trzęsienie ziemi, a potem jest jeszcze ciekawiej. Pierwsze osiem minut nagrania zdaje się być gęste niczym zapach napalmu o poranku. W kolejnych psycho-dramach artyści rzucają nami od prawej do lewej, jakby wciąż kręcili dubel do słynnej sceny pod prysznicem z Psychozy. Wreszcie w finałowej narracji znów zwierają szeregi, tłuką nas obłymi przedmiotami, by na sam koniec zafundować kilka czystych, jazzowych fraz, które pętlą się z gracją godną ścieżek dźwiękowych do filmów noire!

Piano w edycji inside, tuba saksofonu pełna dziwnych przedmiotów, które trwale zniekształcają jego brzmienie i głęboki, acz filigranowy drumming, który także szuka okazji do serwowania nam brudnych przebiegów, to sytuacja na starcie improwizacji. Toczy się tu ona jak kula śnieżna, klecona z rwanych, nerwowych, charczących dźwięków. Od gęstego do rozrzedzonego i z powrotem! Trzy strumienie narracji szybko łączą się w jedno rozkołysane ciało, pełne kompulsywnych torsji. Wokół tli się post-industrialny fetor, a próba delikatnego spowolnienia kończy się tu atakiem czarnych klawiszy fortepianu. Na koniec pierwszej odsłony tempo jeszcze rośnie, po czym zostaje perfekcyjnie ugaszone, co zresztą stanie się zasadą niemal każdej opowieści na tym szalonym albumie.

Druga improwizacja trzyma się zadanej konwencji akustycznej grozy, ale zdaje się generować frazy obciążone nieco mniejszym ciężarem właściwym. Szmery, szuranie nogami, ropiejące torbiele i smugi cienia, jakby para wodna skraplała się wyjątkowo obficie. Przez moment wszystkie instrumenty brzmią tu perkusyjnie, a drobna zmiana następuje wtedy, gdy do gry podłącza się saksofon sopranowy, który rzęzi jak gruźlik na porannym kacu. Na finał odcinka muzycy serwują nam jeszcze wyjątkowo intensywne spiętrzenie. Krew leje się po ścianach, ale końcowa cisza następuje w wyniku tłumienia niemal filigranowych fraz. Trzecia opowieść jeszcze bardziej zasklepia się do wewnątrz. Pełna jest mroku i brudnych westchnień powstających w niedużej odległości od gęstej ciszy. Przypomina mglistą broken ballad, która z czasem nabiera gęstości, choć toczy się w wyjątkowo ślimaczym tempie. Horror stoi tu u bram, ale bezskutecznie próbuje sformować umocnienia obronne. Improwizacja tymczasem nabiera kosmicznego pogłosu, zwłaszcza saksofonowe piski i skomlenia. W czwartej części muzycy udowadniają nam, że nawet najkrwawsze thrillery można ilustrować drobnymi, kąśliwymi frazami. Tu panują dźwięki z samego dna piana i tuby saksofonu, a wszystko wokół zdaje się ze sobą rezonować. Wiele fonii trudno powiązać z danym instrumentem, a pojawiające się po pewnym czasie czyste frazy fortepianowych klawiszy brzmią jak wyjątkowo złośliwy intruz. Podobny charakter mają na poły melodyjne, dęte drony.

Kolejne dwie narracje są dość krótkie w wymiarze czasowym i realizowane w duetach. Najpierw free jazzowe sax and drums, które szukając gatunkowej stylistyki miota ogniem na prawo i lewo. What a power! Z kolei szósta improwizacja tli się zmysłowym chill-outem, budowana mrocznymi klawiszami i szeleszczącymi talerzami perkusyjnymi. Minimalistyczne duo daje nam kilka chwil wytchnienia, które okaże się niezbędne w kontekście absorpcji dwóch ostatnich narracji.

Na starcie siódmego epizodu preparowane piano i saksofon charczą i stukają, a drumming odbywa się na wyjątkowo twardym werblu. Całość brnie po kolana w błocie, pchana do przodu połamanym rytmem i perkusjonalną intensywnością, także dzięki działaniom pianisty. Finałowa improwizacja, najdłuższa na płycie, zaczyna się dość delikatnie. Głuche frazy z pudla rezonansowego, saksofonowe skomlenia i gęsty, ale wyjątkowo delikatny flow perkusji. Opowieść materializuje się tu wyjątkowo spektakularnie, budują ją frazy grane w trio, ale także krótkie strzały solowe i duetowe kontrapunkty. Narracja w swej środkowej fazie stawia na zadumany minimalizm, spokojne piano inside & outside i kłęby saksofonowego dymu, ale wraz z powrotem perkusji znów zagęszcza ścieg i sieje popłoch. Tempo rośnie, flow pnie się ku górze, ale samo zakończenie zaskakuje. Saksofon zaczyna czysto, niemal melodyjnie frazować, a pozostałe instrumenty budować sieć nowych, synkopowanych powiązań. Wszystko smakuje tu dobrym jazzem, który na ostatniej prostej nabiera ognistej poświaty. Jakby muzycy puszczali do nas oko, biorąc w nawias wszelkie swoje filmowe intencje.

 

Liquid Trio Camí ral (Sirulita Records, CD 2022). Agustí Fernández – fortepian, Albert Cirera – saksofony oraz Ramon Prats – perkusja. Nagrane 29 kwietnia 2022, Estudi Rosazul, Barcelona. Osiem improwizacji, 42 minuty.

 

 

piątek, 2 września 2022

Dirk Serries and A New Wave of Jazz: two trios, quartet and two duos!


Belgijski label A New Wave Of Jazz funkcjonuje artystycznie od roku 2014 i ugruntował już sobie markę nie tylko na europejskiej scenie muzyki improwizowanej. Ironiczna nazwa, kreatywny szef i nieustające morze pomysłów na tworzenie dobrych, muzycznych koincydencji, to recepta na sukces przedsięwzięcia kierowanego przez gitarzystę Dirka Serriesa.

Sięgamy dziś po cztery czerwcowe premiery labelu, wszystkie wydane na CD, które przynoszą nam wiele udanych dźwięków, choć niczym nie zaskakują. Jak zwykle odnajdujemy na nich w pełni swobodną improwizację, na ogół akustyczne brzmienia i całe rzesze znajomym muzyków, widniejące na takich samych szarych okładkach, tworzonych od początku wedle jednej layoutu i zawsze doposażonych w liner notes autorstwa Guya Petersa.

Na nowych albumach (od numeru katalogowego 049 do 052) odnajdujemy nade wszystko dokonania artystyczne szefa wydawnictwa. Pośród nich dwa akustyczne tria – jedno w pełni strunowe, z kolejną gitarą i kontrabasem, drugie z dwoma instrumentami dętymi, wreszcie duet z perkusistą Onno Govaertem (podwójny, albowiem w szranki impro batalii z rzeczonym drummerem rusza także pianistka Martina Verhoeven). Zestaw nowości uzupełnia elektroakustyczny kwartet Gonçalo Almeidy, który w katalogu dość hermetycznych, tak stylistycznie, jak i personalnie, nagrań labelu stanowi definitywnie świeży element. 



 

049: Today And All Tomorrows by Serries/ Thompson/ Verhoeven

9 sierpnia 2019, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Dirk Serries – gitara akustyczna, Daniel Thompson – gitara akustyczna oraz Martina Verhoeven – kontrabas. Sześć improwizacji, 44:13

Akustyczne gitary posadowione na przeciwległych flankach i kontrabas na samym środku, doposażony w smyczek, to sytuacja przestrzenna improwizacji. Początek improwizacji, to gra na małe pola - bystre pytania i równie efektowne odpowiedzi. Kameralny zaduch nie przeszkadza budować tu pewnej leniwej dynamiki, ale zdaje się wypełniać też studio grubymi plastrami ciszy. W drugiej opowieści pojawiają się pierwsze preparowane dźwięki. Stonowane zgrzyty i martwe oddechy. Prym wiedzie tu smyczek, który w początkowej fazie szuka dna, zaś w końcowej rwie trio do delikatnego lotu wznoszącego. Kolejna narracja wydaje się bardziej skupiona, minimalistyczna, budowana mikro elementami post-perkusjonalnymi i subtelnymi riffami. Kontrabas przypomina tu leniwego byka, obie gitary kwilące ze strachu owieczki. Całość zostaje bardzo efektownie zgaszona suchym smyczkiem.

Na starcie czwartej opowieści tłumione emocje zdają się przelewać zamkniętymi dyszami. Gitary popiskują, smyczek jęczy z wysiłku. Ciche dźwięki i statutowy minimalizm w połowie improwizacji tracą nagle rację bytu. Muzycy łapią wiatr w żagle i zaczynają budować uroczą gęstwinę tłustych dźwięków. Początek następnego epizodu znów jest bolesny - ukradkowe frazy cedzone przez zaciśnięte zęby, strzępy melodii na lewej gitarze. Narracja systematycznie jednak pęcznieje i lepi się wokół mozolnie konstruowanego pizzicato kontrabasu. Opowieść kipi od emocji, które raz zdają się być uwalniane, innym razem tłamszone do samej podłogi. Finałowe zejście w ciszę jest doprawdy mistrzowskie! Ostatnia improwizacja, to stemple kontrabasu i gitarowe minimalizmy. Brudny barok dużego strunowca szuka tu przyjaciela w post-rockowych westchnieniach obu gitar. Balladowy posmak i źdźbła melodii pomiędzy suchymi strunami nie przeszkadzają muzykom wykreować małego spiętrzenia, po którym smyczek może już gasić płomień improwizacji.

 


050: Translucence by Rennie/ Roberts/ Serries

12 stycznia 2020, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Tullis Rennie – puzon, Cath Roberts – saksofon barytonowy oraz Dirk Serries – gitara akustyczna. Cztery improwizacje, 45:19

W kolejnym trio sytuacja sceniczna jest następująca: puzon stacjonuje po lewej, saksofon po prawej stronie, a środkową oś narracji kontroluje gitara. Owo narracyjne centrum i prawa flanka zaczynają na raz, z posmakiem free jazzu, z kolei puzon najpierw bierze kilka głębszych oddechów, a dopiero po chwili rzuca garść niebanalnych fraz. Narracja kołysze się na wietrze, bywa nerwowa, ale i leniwa. Tym, który sieje intrygi jest tu nade wszystko gitarzysta, z kolei dęciaki wolą rozmowy na stronie i cięte komentarze. Część narracji sprawia wrażenie nieco zaplanowanej, całość płynie jednak dość swobodnie, z daleka od kameralnej zadumy, raczej z tendencjami do poszukiwania jazzowych emocji. Każdy z muzyków raz za razem puszcza tu oko i zasiewa dramaturgiczny niepokój ciekawą zagrywką. W drugiej improwizacji pojawiają się dźwięki preparowane, między innymi dzięki akcjom smyczka na gryfie gitary. Trochę śpiewu przez łzy, trochę końskiego parskania i kilka dobrych pytań skonsumowanych jeszcze bystrzejszymi odpowiedziami.

Początek trzeciej opowieści wydaje się niespodziewanie dynamiczny, dyktowany tempem puzonu i saksofonu. Gitara wchodzi w post-jazzowe narracje, ale improwizacja po kilku pętlach jakby traciła lwi pazur. Kilka zakrętów, tudzież zaskakujących rozdroży, z których udaje się wyjść na prostą dzięki, jak zawsze skutecznej, metodzie call & responce. Przy okazji odnotowujemy kolejne intrygujące fraz ze strony puzonu. Finałowa improwizacja syci się pewną melodyką, budowana jest małymi riffami i dętymi zaśpiewami. Najpierw kilka krótkich uderzeń, potem więcej przeciągłych westchnień. Każdy z artystów szuka tu nowych rozwiązań, co dobrze robi całej ekspozycji. Nie brakuje mrocznych zakamarków i dobrze postawionych pytań o kierunek dalszej drogi. Końcowe przebudzenie smakuje post-jazzem, niepozbawione jest także szczypty nostalgii.

 


051: Vistas by Hydra Ensemble

16 kwietnia 2021, Worm; Gonçalo Almeida – kontrabas, Lucija Gregov – wiolonczela, Nina Hitz – wiolonczela oraz Rutger Zuydervelt – elektronika. Pięć improwizacji, 49:42

Swobodna kameralistyka uwikłana w kable współczesnej elektroniki, to idea tej Hydry. Jej drugi album wydaje się być bardzo sprytnie zaprojektowany. Oto bowiem to, co najlepsze, najbardziej frapujące i ekscytujące dostajemy na początku i na końcu nagrania. To, co pomieszczone jest pomiędzy utworami otwarcia i zamknięcia także zdaje się być nad wyraz interesujące, ale chwilami można odnieść wrażenie, jakby muzycy traktowali te fragmenty jako pole do eksperymentów i poszukiwania nowych środków wyrazu.

Pierwszą improwizację buduje dudnienie kontrabasu, szeleszcząca mgła elektroniki i długie, posuwiste frazy obu wiolonczeli. Najpierw artyści serwują nam dużo matowego smutku, potem niemałą porcję emocji nasączonych jakimś stymulującym wywarem roślinnym. Kolejna opowieść bazuje na frazach pizzicato, początkowo głównie ze strony kontrabsu, potem także wiolonczeli. Znów dużo dobrego niesie nam warstwa elektroniczna, która chwilami przypomina live processing. Improwizacja kończy się tu strugami smyczkowych pląsów mniejszych strunowców. W trzeciej części nie brakuje stylowych drobiazgów. Narracja przypomina pajęczynę filigranowych fraz, pomiędzy którymi intrygująco przemykają elektroniczne strugi zaskakujących fonii. W drugiej fazie improwizacji dzieje się już naprawdę dużo, co jest efektem świetnej roboty każdego z muzyków. Czwarta opowieść płynie wyjątkowo nisko przy powierzchni ziemi. Dronowe, post-barokowe ekspozycje kontrabsu najpierw szukają zwady, potem oddają pole minimalistycznym inicjatywom elektroniki i obu wiolonczeli. Finał pnie się ku górze kolektywnymi strugami pizzicato. Anonsowana już wcześniej, ostatnia improwizacja stawia na emocje i całkiem wyszukaną dynamikę. Smutny, molowy początek zwinnie przekształca się w narrację sycącą się energią własną fraz pizzicato i gęstymi plamami elektroniki. Nerwowa, dobrze ugaszona porcja smakowitości. 



052: Twofold by Onno Govaert + Verhoeven/ Serries

18 października 2021, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Onno Govaert – perkusja, Martina Verhoeven – fortepian (dysk 1) oraz Dirk Serries – amplifikowana gitara akustyczna (dysk 2). Trzy improwizacje - 45:38 (1), jedna improwizacja - 42:11 (2)

Jeśli duet perkusji i fortepianu zaliczyć moglibyśmy do post-kameralistyki, która zwinnie łapie bakcyla free jazzu, to duet tejże perkusji z gitarą akustyczną (całkiem silnie amplifikowaną) najudaniej byłoby pomieścić w szufladzie nerwowego post-rocka, który równie chętnie wpada w sidła free jazzu, jak toczy boje na skraju avant-rockowej improwizacji. Jedno wszakże nie ulega wątpliwości – podwójny album prezentuje wyjątkowo smakowite oblicze Onno Govaerta, drummera, którego nagrania śledzimy od ponad dekady, a którego artystyczny rozwój zdaje się nie mieć granic.

Improwizacja pierwszego duetu podzielona została na trzy części o nieco zmiennej dramaturgii. Początek zdaje się być nerwowy, a każdy z muzyków niecierpliwy. Narracja, wyzwolona z wszelkich uwarunkowań gatunkowych, ma tu pokrętną dynamikę i buduje emocje w sposób dalece niepowtarzalny. Od free jazzowej furii po post-kameralne subtelności. Te drugie atrybuty zdają się kreować szczególnie dobitnie drugą część. Dużo akcji minimalistycznych, pracy fortepianowego wnętrza i rezonujących talerzy. Zmysłowy chill-out szybko sięga tu free jazzowego nieba, choć każdy ruch muzyków wydaje się być ulotny i nieoczywisty. W podobnej atmosferze toczy się trzecia odsłona tego duetu. Małe porcje preparowanych fraz powstające blisko ciszy i znów zagadkowy rytm, ledwie sugerowany, jakby w zawieszeniu, wokół którego toczy się improwizacja. Zakończenie albumu z jednej strony jest dość dynamiczne, z drugiej nasączone mrokiem i tajemniczością. Sam finisz zaś doprawdy fenomenalny - potężne pokłady energii kinetycznej stają się tu szelestem fortepianowych młoteczków.

Kolejny duet podany zostaje na dysku w jednym traku, choć ewidentnie składa się z czterech epizodów, które trwają po około dziesięć minut. Początek, to bijąca stopa na bębnie basowym i gitara, która rozsiewa meta rockowe zarazki. Chropowata, czerstwa narracja, po pokonaniu kilku zawiłych wiraży efektownie piętrzy się i skrzy free jazzowymi emocjami. Jeśli Onno stawia tu na dynamikę, to Dirk często zwalnia i sięga po dźwięki preparowane. Muzycy jednocześnie stymulują i temperują wzajemne reakcje. Każdy z owych podepizodów wydaje się mieć dość zbliżoną dramaturgię. Celem każdorazowo jest pewne spiętrzenie, metody zaś dojścia do niego subtelnie się od siebie różnią. W trzeciej i czwartej fazie improwizacji gitara frazuje niekiedy dość basowo, a w jej brzmieniu doszukać się możemy fraz godnych pedal steel guitar. Narracja na ogół toczy się kolektywnie, a fragmenty solowe traktować możemy jako incydenty. Ciekawy jest sam finał. Muzycy zdają się tu dawać upust swoim rockowym, by nie rzec punkowym temperamentom. Jest głośno i naprawdę czupurnie.



 

wtorek, 30 sierpnia 2022

The August Round-up: JakTar! Forensic Trio! Byrne! Zajac! Plantas Horribles! Ciel – Cristal! Don’t Cry! Widoki!


Sierpień dobiega końca, a na łamach Trybuny nie zamiesiliśmy jeszcze comiesięcznej zbiorówki świeżutkich płyt z najlepszą na świecie muzyką! Najwyższy czas przystąpić zatem do dzieła, jak zwykle ponadgatunkowego, krnąbrnego, ale nade wszystko pokazującego całemu złemu światu, że muzyka jest tylko jedna, nie zna ras, języków i nie ma rezydencji podatkowych!

Dzisiejsza opowieść zacznie i skończy się całkiem jazzowo, ale w tej wersji, którą lubimy najbardziej, czyli z etykietą free, improwizowaną, czasami nad wyraz swobodnie, buńczuczną, prawdziwie wojowniczą odmianą synkopowanych erupcji. W tak zwanym międzyczasie nie zabraknie oczywiście stosownej porcji elektroakustycznych eksperymentów, które hołubimy w stopniu równie nieograniczonym.

Zaczniemy w Londynie i tam spędzimy aż trzy albumy – dwa tria i jeden incydent solowy! Potem na krótko przeniesiemy się do Słowacji, a zaraz potem do Argentyny! Powrót na stare, europejskie śmieci zacznie się w portugalskim Porto, a na dwa finałowe albumy wylądujemy w Polsce, kończąc niniejsze dzieło najbardziej rdzennie jazzowym nagraniem w zestawie. So, go on!



 

Paul Hession, Michael Bardon & Christophe de Bézenac  JakTar (Discus Music, CD 2022)

Na początek naszej marszruty prawdziwa perełka swobodnego post-jazzu w wykonaniu muzyków brytyjskich, całkiem doświadczonych, ale mniej rozpoznawalnych medialnie (niech ten album to zmieni!). Na perkusji i instrumentach perkusyjnych najbardziej znany z tego grona Paul Hession, na kontrabasie Michael Bardon, a na saksofonie tenorowym Christophe de Bézenac. Panowie przygotowali dla nas dziesięć improwizacji, które trwają 37 minut. Nie znamy miejsca i czasu nagrania.

Artyści zaczynają swoją opowieść na ostro – masywnym, amplifikowanym kontrabasem, silnym drummingiem i zadziornym, choć tajemniczo brzmiącym saksofonem. Płyną w poprzek, pod prąd schematów i przyzwyczajeń, dziergając stylowy free jazz. Kolejne cztery improwizacje uciekają od dynamiki utworu otwarcia i przenoszą nas w obszar swobodnych, dźwiękowych eksperymentów. Preparacje kontrabasowego smyczka, rezonujące talerze, sycząca glazura werbla, metaliczne eksperymenty na korpusie saksofonu - śpiewy, lamenty i cały ocean subtelności, nie rzadko podawanych trybem call & responce. Co wszakże najważniejsze, muzycy trzymają w ryzach swój temperament i nadkreatywność, dzięki czemu ich wypowiedzi są bardzo zwięzłe i nie przekraczają na ogół trzech minut.

Szósty odcinek przekracza za to aż siedem minut i zdaje się stanowić opus magnum tego doskonałego albumu. Znów lepiony jest z drobnych, często preparowanych fraz, napędzany powykręcanym rytmem dyktowanym przez kontrabasowy smyczek i stemplowany zawsze trafiającym w punkt drummingiem. Tempo początkowo powolne, z czasem zyskuje na atrakcyjności. Tu szczególnie podoba nam się imitacyjna gra smyczka i saksofonu. Ten ostatni swym chropowatym brzmieniem syci improwizację dodatkową jakością. Kolejne opowieści są nieco krótsze, ale nie tak enigmatyczne, jak te w pierwszej części albumu. Znów mnóstwo na nich efektownych momentów. W ósmej części intrygują zmysłowe small talks prowadzone w niemal chill-outowej aurze, które z czasem zyskują jakże nerwową powłokę wyśmienitych interakcji pomiędzy muzykami. W dziewiątej części trio powraca do free jazzowego idiomu i stawia kolejny stempel jakości. Finał jest najsubtelniejszym momentem albumu, smakuje post-barokiem i uroczą wstrzemięźliwością, zwłaszcza ze strony perkusisty.



Martin Archer, Pat Thomas & Johnny Hunter  Forensic Trio (Discus Music, CD 2022)

Pozostajemy w Zjednoczonym Królestwie Improwizacji, choć nie znamy miejsca i czasu powstania nagrania, które stworzyli: Martin Archer – saksofon altowy, sopranino, barytonowy i elektronika, Pat Thomas – fortepian oraz Johnny Hunter – perkusja, instrumenty perkusyjne, glockenspiel. Cztery improwizacje, niespełna 50 minut.

Kolejne brytyjskie trio trzyma poziom poprzednika! Płynie od startu do mety bardzo swobodnym strumieniem, ale gdy trzeba sięga po twarde atrybuty free jazzu i bez trudu stawia nas do pionu. Pierwsze dwa traki na dysku, to jedna improwizacja, ale składająca się z dwóch dość niezależnych stylistycznie części. Początek, to rozpoznawcze gry, pełne preparowanych dźwięków, powstających w niewielkiej odległości od ciszy. Dużo akcentów inside piano, skromne podmuchy saksofonowe, uzupełniane nieinwazyjnymi porcjami elektroniki i bystra, koherentna sfera perkusjonalna. Muzycy zadają pytania i leniwie na nie odpowiadają. Po dziesięciu minutach dość niespodziewanie zmieniają jednak tryb narracji. Prym przejmują teraz fortepianowe klawisze, które kreślą free jazzową ścieżkę, na której w mgnieniu oka pojawiają się dziarski saksofon altowy i dynamiczna perkusja. Ta ostatnia konstruuje także zgrabne solo.

Trzecia improwizacja, to danie główne koncertu. Niemal dwa kwadranse pełne subtelności i wielu zaskakujących wydarzeń. Najpierw faza długich pociągnięć pędzlem – tu w roli głównej preparowane piano i elektronika. Improwizacja znów prowadzona jest metodą call & responce z całą masą udanych interakcji. O aurę tajemniczości dbają także stylowe deep drums. Po kilkunastu minutach tego slowly & lazy flow muzycy, ponownie jak w części pierwszej, włączają tryb jazzowy (tym razem z wykorzystaniem sopranino). Pomysł ten jednak dość szybko zarzucają i na powrót zanurzają się po szyje w swobodnych, improwizowanych igraszkach. Archer znów woli gmerać po kablach, niż dąć w saksofon. Ta część koncertu, prowadzona w trybie wyjątkowo minimalistycznym, wydaje się być jej najbardziej udanym fragmentem. Finałowa improwizacja, kilkuminutowa, przypomina post-jazzową broken ballad. Piano kreśli post-klasyczne solo, także perkusja ma tu kilka chwil dla siebie. Gdy finał koncertu wydaje się być na wyciągnięcie ręki, na scenę wpada saksofon barytonowy i wesoło repetując ogłasza definitywny koniec.



Dee Byrne  Live at Cafe Oto (Luminous Label, DL 2022)

Wciąż jesteśmy po tej samej stronie Kanału Le Manche, nawet wiemy, w jakim miejscu i kiedy: londyńskie Cafe Oto, czerwiec bieżącego roku. Na scenie Dee Byrne, artystka wyposażona w saksofon altowy i urządzenia elektroniczne. Zagra dla nas jeden set, który trwa niecałe 28 minut.

Kolejna brytyjska przygoda, to pozornie skromne spotkanie saksofonu z elektroniką. Jak się jednak okazuje, rozumne użytkowanie tej drugiej może nadać prostemu instrumentowi dętemu kilka nowych żyć, a odbiorcy koncertu dużo zaskakujących wrażeń. Całość nie trwa dwóch kwadransów, zatem warto pochylić się tu niemal nad każdym dźwiękiem.

Początek spektaklu, to saksofon doposażony w delaye, które sprawiają, że flow opóźnia się, a dźwięki nakładają na siebie. Klimat chill-outowy, ale z dużą dawką niepokoju o losy kolejnych fraz. Gdy echo gaśnie, Dee serwuje nam kilka przebiegów czystego, zadziornego frazowania, po czym dodaje kolejną porcję pogłosu, który niesie dęte dźwięki coraz bardziej zaskakującymi ścieżkami. Lekki posmak psychodelii i wyprawa w kosmos gotowa! Artystka żyje tu ciągłą zmianą, z których zdecydowaną większość w pełni akceptujemy. Kolejna faza, to saksofonowe multiplikacje. Tu można odnieść wrażenie, że gra dla nas co najmniej World Saxophone Quartet! Następna część koncertu zdaje się być najciekawsza, albowiem Dee sięga po dubowe echa, które fantastycznie niosą proste, mechaniczne bezdźwięki dysz. Przez moment saksofon brzmi też niczym wokoder, po czym artystka znów sięga po free jazzową ekspresję i sprowadza nas na ognisty szlak. Z każdym nowym pomysłem echo jej elektroniki dodaje coś nowego do brzmienia całości. Pod koniec koncertu mamy wrażenie, że pogłos zaczyna tu żyć własnym życiem. Tymczasem narracja przepływa jeszcze przez rzekę ambientu, także strumień czystego frazowania i ostatecznie dokonuje swego żywota w strugach saksofonowych repetycji.



Ondrej Zajac  I Will Be Forgotten (Weltschmerzen, LP/DL 2022)

Czeskie Pardubice, miejsce zwane Divadlo 29, a w środku kolejny samotny artysta: Ondrej Zajac –gitara, gitarowe przetworniki, elektronika. Nagranie koncertowe (czas powstania nieznany) składa się z ośmiu części i trwa około 38 minut.

Solowych, gitarowych performance’ów na naszych łamach nie brakuje, ale ten słowacki, choć na czeskiej ziemi, doprawdy zasługuje na dużą uwagę! Decyduje o tym zarówno niemal epicki, ponad 16-minutowy utwór drugi, który buduje swą jakość ambientowymi metodami, jak i cała reszta krótkich, niekiedy dość enigmatycznych eksperymentów gitarowych, którym równie blisko do post-rockowych wyziewów, jak i neo-elektronicznych zabaw na zgliszczach konstrukcji rytmicznych.

Pośród tej drugiej grupy impro-kompozycji szczególnie podobać się może pierwsza z nich, otwierająca album. Z jednej strony tworzy ją poświata nieoczywistej elektroniki, z drugiej strunowe ingrediencje, szumy, szelesty i mroczne zakamarki, nie bez udziału dubowego dna. Potem sunie po naszych głowach ów epicki, wielominutowy ambient, który zaczyna się od ruchu smyczka na gryfie gitary, a kończy wielowarstwowym płaszczem rozkołysanych post-melodii. Kolejne pięć części, to sól wspomnianych eksperymentów, brzmiących niekiedy niczym mandolina na pogłosie (trzecia odsłona), czy też przypominających post-rytmiczne łamańce, sączące się z gitarowych kabli, sugerujące estetyczne konotacje z improwizacjami Bucketheada z końca ubiegłego stulecia (czwarta z nich). Piąta historia pachnie dubem na kilometr i skrzy się tysiącami pomysłów narracyjnych, z kolej szósta, to typowa praca na gitarowych przetwornikach, a siódma, to czynione nieznaną metodą dekonstrukcje gitarowych riffów. Wreszcie finał tej smakowitej płyty, ponad sześciominutowy, który zdaje się nawiązywać do ambientowej estetyki drugiej części - falujące drony, strunowe ornamenty, dużo mroku i … poczucia dobrze wykonanej roboty.



 

Ariel Invernizzi Oviedo, Martin Allende Medina, Camila Nebbia & Raian Valença João  Plantas Horribles (Neue Numeral, DL 2022)

Dość istotnie zmieniamy teraz estetykę, ale pozostajemy pod silnym wpływem świetnej, gitarowej roboty. Argentyńskie Buenos Aires, czasy pandemii i kwartet w składzie: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Martin Allende Medina – gitara elektryczna, Raian Valença João – bas elektryczny oraz Ariel Invernizzi Oviedo – perkusja, instrumenty perkusyjne. Dwanaście impro-kompozycji trwa tu niepełne dwa kwadranse.

Początek argentyńskiej impro-noweli sugeruje konfrontację z siłą avant-rockowego walca, wspartego dzikiem wrzaskiem saksofonu altowego, którego nie powstydziłby się sam bóg jazzowego warcholstwa, czyli John Zorn. Ale to jedynie pozór. Z każdą bowiem sekundą zarówno pieśni otwarcia, jak i kolejnych jedenastu epizodów, przekonujemy się, iż kreatywność i krewkość argentyńskiego kwartetu dalece wykracza poza schemat, w który niechybnie wpadliśmy słuchając pierwszych kilku minut tego – co w tym kontekście niebywałe – niemal doskonałego albumu!

Już bowiem rzeczona pierwsza kompozycja po kilku dynamicznych przebiegach zaczyna uroczo rozwarstwiać się, rozjeżdżać, pękać w szwach i szukać pretekstu do improwizacji w każdych źdźble dźwięku. Niczym upalone skrzydła Velvet Underground, dla których prosty motyw gitarowy był jedynie pretekstem do psychodelicznych szaleństw i niekończących się improwizacji. W kolejnych, niekiedy dalece enigmatycznych częściach albumu tezy recenzenta znajdują wielowątkowe uzasadnienia. Druga opowieść, to huśtawka emocji z przetrąconym metrum, trzecia, to bulgoczący ambient, czwarta zaś to post-rockowe gęstwiny, pełne mrocznych tajemnic. W dalszej kolejności dostajemy szczyptę jazzu z gryfu gitary i saksofon, który jątrzy, a zaraz potem przywołane zostają wspomnienia z nowojorskiego Downtown lat 90. ubiegłego stulecia (czyli jednak Zorn!). Następne dwie opowieści błyskotliwie się pętlą, po czym giną w otchłani jazz-rockowych, swobodnych improwizacji (nie bez dubowych klimatów!), silnie naznaczonych wyjątkową kreatywnością gitarzysty. W dziewiątej części kipiel rocka wraca, by w kolejnych odcinkach sypać improwizacjami, nawet czynionymi metodą call & responce, jak z rękawa czarnoksiężnika. W finałowej narracji nasze uszy znów sycą się nieparzystym metrum, które na ostatniej prostej miast koić nasze nerwy, rzuca nas na pożarcie rockowym emocjom. I co na tym albumie chyba najcenniejsze – muzycy w genialny sposób panują nad dramaturgią. Nie ma tu jednego zbędnego dźwięku, tylko same konkrety. Może dlatego ta płyta wydaje się taka krótka.



 

Lionel Marchetti & Abdul Moimême  Ciel – Cristal (Lionel Marchetti’ bandcamp, DL 2022)

Czas na zapowiadane, elektroakustyczne eksperymenty. Nagranie koncertowe z Porto (Planetarium, początek listopada ubiegłego roku) i dwóch artystów: Lionel Marchetti – syntezator, stacje basowe i elektronika oraz Abdul  Moimême - dwie gitary elektryczne (grające symultanicznie) oraz obiekty. Jedna improwizacja, prawie 42 minuty.

Przed nami ciąg dalszy gitarowych wycieczek w nieznane, tym razem w towarzystwie elektroniki oddanej w ręce jednego z klasyków gatunku. Zresztą sam gitarzysta do takich też winien być zaliczany, zatem nie sposób nie zreasumować tego albumu niemal wyłącznie komplementami. Jedno wszakże wątpliwości nie ulega – w trakcie ponad czterdziestu minut koncertu muzycy dostarczają nam wiele dźwięków, niekiedy naprawdę tajemniczych, ale najlepszy moment spektaklu, to ten, gdy docierają do nas frazy ewidentnie powstałe na gitarowych gryfach i cedzące post-eksperymentalny, mroczny i zdekonstruowany elektroniką ambient. Ów konglomerat elektroakustycznych przygód syci improwizację udanymi szczegółami, po prawdzie, na każdym etapie jej rozwoju, co więcej, raz za razem kieruje skojarzenia recenzenta ku metodom pracy, jakże charakterystycznym dla klasyków z AMM. A na tych łamach to komplement najcięższej wagi!

Na starcie koncertu w strumieniu różnorodnych dźwięków dominują frazy elektroniczne, postrzępione ochłapy fonii, zagubione na kilometrach kabli. Co pewien czas narracja zdobiona jest akustycznymi incydentami, które siłą rażenia przypominają pojedyncze uderzenia w czarny klawisz fortepianu w oceanie skwierczącej ciszy. Po niedługim czasie w tle zaczynają formować się pierwsze warstwy ambientu, które zdają się nadawać sens dotychczasowym zgrzytom i elektronicznym turbulencjom. Pracy artystów towarzyszy także posmak rezonansu (z nieistniejącego talerza?) i post-industrialne brudy pomiędzy dźwiękami. Opowieść pęcznieje, chwilami sprawiając wrażenie, jakby ktoś akustyczne medytacje ala AMM upiększał zwarciami elektrycznymi. Po anonsowanej już fazie dominacji gitarowych fraz, improwizacja w drugiej części koncertu staje się jeszcze bardziej medytacyjna, mimo, iż w strumieniu zdarzeń artyści sytuują pewien wątek rytmiczny, a także garść incydentów elektroakustycznych godnych niejednego klasyka table guitars. Nieśpieszny w swej schyłkowej fazie koncert kona ostatecznie w obłokach post-psychodelii.



 

Korybalski/ Traczyk/ Zemler  Don't Try (For-Tune, CD 2022)

Na zakończenie dzisiejszej podróży lądujemy na ojczystej ziemi. Najpierw warszawskie Studio W Dobrym Tonie, początek listopada 2020 roku i trio w składzie: Łukasz Korybalski – trąbka, flugelhorn, syntezator modularny, Wojciech Traczyk – kontrabas oraz Hubert Zemler – perkusja, instrumenty perkusyjne. Osiem części, 54 i pół minuty.

Krajowe trio zaprasza na eskapadę definitywnie improwizowaną (przynajmniej tak zeznaje na okładce!), ale nim w czarną dziurę kreatywnego chaosu muzycy wpadną bez reszty, trochę bawią się w post-jazz, tudzież nadmiernie rytmiczne konstrukcje dramaturgiczne, dodatkowo sycąc narrację sporymi dawkami analogowej elektroniki, która miast wspierać akustyczne zabawy rozśpiewanego blaszaka, masywnego kontrabasu i kąśliwej perkusji, często wchodzi w rolę przodownika pracy. Po prawdzie blisko godzinna Nie płacz oczywiście spodoba się wielu, bo to dobra robota artystyczna w każdym wymiarze, ale dla prawdziwego miłośnika improwizacji, wielbiciela ciekawych brzmień i niebanalnych rozwiązań estetycznych, ta płyta na dobre zaczyna się jakieś … 22 minuty przed końcem!

Z pierwszych pięciu części na pewno warto zapamiętać brudny, połamany flow basu, któremu wtóruje rozregulowana perkusja (druga improwizacja), kontrabasowy smyczek dający asumpt do psychodelicznych akcji, sprawiających, iż wszystkie ścieżki narracji zaczynają rozjeżdżać się po studyjnych kątach (trzecia), wreszcie sporo akustycznej, freejazzowej werwy, skonsumowanej solową ekspozycją drummerską (piąta). Począwszy od szóstej opowieści płynie już do nas sam miód kolektywnej, swobodnej improwizacji, która permanentnie szuka i na ogół nie błądzi. Zaczyna ją agresywny smyczek, któremu wtóruje perkusyjna repetycja. W tle buduje się ambient, a swoje dokłada szorstko brzmiący tu instrument blaszany. Dopiero w połowie nagrania pojawia się syntezator, ale i on wydaje się być wyjątkowo subtelny. Ostatnia improwizacja trwa ponad kwadrans i stanowi, bez dwóch zdań, opus magnum albumu. I ona ma kilka faz. Najpierw budowana jest z drobiazgów, które lepią się w dronowy, systematycznie pęczniejący strumień dźwięków. Potem stery przejmuje brutalnie brzmiący smyczek, który zdaje się sprowadzać narrację na najniższe kondygnacje. Gdy dno stanie się jego udziałem, zadaniem wyprowadzenia opowieści na powierzchnię zajmuje się trąbka. Finałowa, drobna wspinaczka dodaje jeszcze uroku całemu przedsięwzięciu, a kreowana jest znów świetną pracą kontrabasu oraz nieszablonowymi wtrętami perkusji.



 

Artur Małecki & Creature  Widoki (Fundacja Słuchaj!, CD 2022)

Kolejne mazowieckie studio nagraniowe, to Nieporęt i miejsce zwane Tokarnia 2.0 (styczeń i luty bieżącego roku). Przy swoich instrumentach meldują się tu: Artur Małecki – perkusja i kompozycje, Michał Aftyka – kontrabas i bas elektryczny oraz Przemysław Chmiel – saksofon tenorowy i sopranowy. Osiem części, prawie 62 minuty.

Finał dzisiejszego zestawienia, zgodnie z zapowiedziami najbliższy jazzowi środka, niepozbawiony zdaje się być dramaturgicznych smaczków, z zastrzeżeniem jednak niemal bliźniaczym do tego, jakie postawiliśmy w recenzji poprzedniego albumu. Nagranie trójki młodych muzyków zaczyna być interesujące dopiero w swej drugiej fazie, po tym, jak odbiorca przebrnie przez meandry zachowawczego, nieco przestraszonego jazzu, który usilnie szuka wsparcia w historii gatunku, miast skupić się na indywidualnej kreacji. W tej części schemat nagrania wydaje się dość prosty – temat spod kontrabasowych strun, dobrze ułożony drumming i rozśpiewany saksofon, którego melodie dobrze wkleiłyby się w kolejny wspominkowy film o Krzysztofie Komedzie. Nie sposób też nie usłyszeć nadmiaru słodyczy w tembrze saksofonu sopranowego, w rozbudowanej ponad miarę trzeciej opowieści.

Od utworu czwartego coś zaczyna się dziać na Widokach! Oto dostajemy się w szpony dynamicznej perkusji i saksofonu, który wreszcie zdaje się mieć ochotę wziąć sprawy w swoje ręce. Przejście do fazy całkiem swobodnej improwizacji nie zajmuje tu muzykom zbyt wiele czasu. To samo rzec można o kompozycji szóstej. W kolejnej pojawia się bas elektryczny, a smaczkiem całości jest brzmienie saksofonu, który płynie do nas jakby dwoma strumieniami. Sekcja rytmu wali jak młot, a dęciak bystrze ucieka w aylerowską śpiewność. Całość kostropata, chropowata, podana z zębem, a sfinalizowana smyczkiem. Siódma część z nazwy jest już samą improwizacją, ucieka w post-barokowe dyskusje o pogodzie, ale na tle początku albumu, i tak sytuuje się po stronie jego atutów. Finałowa opowieść znów bazuje na mięsistym, elektrycznym basie, doposażona w odpowiedni ładunek ekspresji, broni się od pierwszej do ostatniej sekundy. Parafrazując klasyków - nie ważne, co znajdziesz, byle byś szukał!

 

 

piątek, 26 sierpnia 2022

Ab Baars, Terrie Ex & Kaja Draksler! When The Hills Run Across The Fields – Live In Nickelsdorf! *)


Na jednym z najciekawszych europejskich festiwali muzyki kreatywnej, austriackich Konfrontacjach w Nickelsdorfie, lądujemy dokładnie w roku 2018. Na scenie trójka muzyków - dwóch prawdziwych weteranów holenderskiej sceny improwizowanej, jeden pełnokrwisty jazzman, drugi tytan punkowej gitary, a wraz z nimi dużo od nich młodsza pianistka, ścisłe związana z tamtejszą sceną, ale pochodząca ze Słowenii, artystka, której przy odrobinie semantycznej swobody śmiało możemy przypisać miano wschodzącej gwiazdy gatunku.

Mimo różnic pokoleniowych i estetycznych muzycy znają się świetnie, grali ze sobą w przeróżnych konfiguracjach personalnych i artystycznych, ale niewykluczone, iż w takim dokładnie trio grają po raz pierwszy. Zatem złota zasada Dereka Baileya może zadziałać! A jak się okazuje po odsłuchu – zadziałała ze świetnym skutkiem! W ręce muzyków oddajemy się na niecałe 40 minut, z góry zaznaczając, iż każda z nich warta będzie naszej wzmożonej uwagi.



 

Otwarcie koncertu przypomina stąpanie gołą stopą po zroszonej deszczem łące. Spokojne klawisze piana, wysoko podwieszony tenor i przeciągane struny gitary, doposażonej w niemały prąd. Niezobowiązujące small talks wydają się być wstępem do czegoś bardziej kompulsywnego, ale na razie to jedynie przypuszczenia, albowiem dłuższe zdania urywane są na ogół w pół słowa. Pianistka od czasu do czasu zagęszcza swój flow, saksofonista śpiewa i pokrzykuje, gitarzysta szuka pierwszych zadziornych fraz. Oto post-classic spotyka Aylera podpartego post-rockiem. Co ciekawe, ośrodkiem dowodzenia w zakresie dynamiki ekspozycji zdaje się być nade wszystko Kaja. Ab i Terrie jątrzą, ale podają się jej dyktatowi. W okolicach 10 minuty Pani Kapitan zarządza krótkie, bardzo spokojne solo gitary, a po nim otwiera fazę drobnych preparacji i subtelnej wymiany zdań. Emocje i dynamika rodzą się tu jakby mimowolnie. Każdy frazuje coraz gęstszym ściegiem, każdy zdaje się wypuszczać nagromadzone w płucach powietrze. Eksplozja godna free jazzu jest w takiej sytuacji jedynie kwestią czasu. Kaja atakuje z wnętrza piana, Ab stawia na kompulsywną ekspresję, Terrie brnie w efektowne sprzężenia i bluzga krwią. Szczyt zostaje osiągnięty w mgnienia oka, po czym muzycy swobodnie lądują w oparach ciszy.

Chroboczą fortepianowe młoteczki, oddychają saksofonowe dysze, struny gitary błyszczą w księżycowej poświacie. Oto ze spokojnych, wyważonych fraz budowana jest nowa opowieść. W okolicach 20 minuty kierunek podróży wskazuje na kolejne wzniesienie. Tempo jest jednak pod pełną kontrolą muzyków, a dawki ekspresji na razie głęboko skrywane. W ustach Aba pojawia się klarnet, który z całej tej łobuzerskiej czeredy wydaje się być najmniej cierpliwy. Tymczasem piano szumi, a gitara szuka brudu pomiędzy strunami. Powrót do fortepianowych klawiszy daje tu sygnał do budowania czegoś znacznie potężniejszego. Po 25 minucie śmiało możemy skonstatować, iż artyści pną się ku górze. Narracja dostaje niemal tanecznej dynamiki, a rozkazy znów idą wprost z klawiatury. Nowy szczyt staje się udziałem wszystkich muzyków, choć wkładu dźwiękowego klarnetu nie słyszymy zbyt wyraźnie. Wraz z wybiciem 31 minuty scenę na powrót spowija gęsta cisza. Pojawia się japoński flet, który przez moment zostaje sam. W tle towarzyszą mu jedynie nanofrazy gitary. Pianistka głęboko oddycha, nie jest skora do wydawania innych dźwięków, zdaje się, że w trakcie finalizacji koncertu jej rola sprowadzi się jedynie do postawienia kropki nad „i”. Ostatnia prosta pachnie post-ethno, to znak znamionujący pytanie, na które artyści nie zdążą już znaleźć odpowiedzi.

 

Ab Baars, Terrie Ex & Kaja Draksler When The Hills Run Across The Fields – Live In Nickelsdorf (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Ab Baars – saksofon tenorowy, klarnet i shakuhachi, Terrie Ex – gitara elektryczna oraz Kaja Draksler – fortepian. Nagranie koncertowe, Konfrontationen Festival, Nickelsdorf, Austria, 21 lipca 2018 roku. Jedna improwizacja, 39:14.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została, całkiem niedawno, szczęśliwie opublikowana