Wielokrotnie na tej stronie zastanawialiśmy się nad istotą
procesu swobodnej improwizacji. Szczególnie interesujące zagadnienie to kwestia ustaleń przedprodukcyjnych w
gronie improwizujących muzyków. Innymi słowy – jakie ustalenia, co do przebiegu
procesu improwizacji, zostały ustalone przez muzyków przed wejściem na scenę,
czy do studia nagraniowego. Jeśli – oczywiście – w ogóle cokolwiek ustalali.
Wszyscy interesujący się muzyką improwizowaną doskonale
znają prawdy objawione Dereka
Baileya, a szczególnie tę jedną – prawdziwie kreatywna i interesująca
improwizacja rozgrywa się jedynie w sytuacji, gdy muzycy spotykają się ze sobą
po raz pierwszy. Każde następne spotkanie trąci już delikatnie rutyną. Czyli
tylko głowy puste od skojarzeń i dobrze pobudzona wyobraźnia gwarantują jakość?
Historia gatunku zna wszystkie metody, które skutkują udaną
improwizacją. Przypadek muzyki, która została skomponowana w drodze
improwizacji znamy świetnie i kochamy od wielu już lat (Evan Parker Six Of One). Na Trybunie nie raz padały słowa zachwytu nad swobodną improwizacją,
która wcześniej została…. stosunkowo precyzyjnie zaprojektowana. By nie szukać
daleko – kilka genialnych scenariuszy na wolną improwizację stało się udziałem choćby
Tony Oxleya (czytaj tutaj), czy Alexa Warda (czytaj tutaj), umieszczając obu
Panów na przeciwległych stronach generacyjnych gatunku.
Dziś pochylimy się nad postacią Chrisa Burna, angielskiego
pianisty, kompozytora i improwizatora. Nie ma on niestety poczesnego miejsca w
historii muzyki improwizowanej, co nie trudno zauważyć. A jest to przeoczenie godne iście piekielnego potępienia.
Burn przez niemal dwadzieścia lat prowadził wyjątkowy Ensemble, który wyniósł brytyjską muzykę
improwizowaną do rangi sztuki wysokiej. Podstawowym zaś narzędziem pracy
pianisty i muzyków tworzących wieloosobową grupę improwizatorów, było
muzykowanie na bazie wcześniej zdefiniowanych struktur i konspektów
improwizacji, z ograniczonym wykorzystaniem elementów dyrygentury.
Grupa pozostawiała po sobie raptem pięć wydawnictw, które po
latach poszukiwań udało mi się wreszcie skompletować. Dziś omówimy je dość
szczegółowo, zwracając szczególną uwagę na predefiniowane aspekty procesu
kolektywnej improwizacji.
Bagaż kulturalny
Historia muzykowania pod szyldem Zespołu Chrisa Burna sięga
pierwszej połowy lat 80. ubiegłego stulecia. W swej fazie prenatalnej skład
grupy był bardzo płynny, liczył nawet do 15 muzyków. Dwie wszakże postaci, jakże istotne dla
sceny brytyjskiej, towarzyszyły pianiście od początku funkcjonowania tej
muzycznej idei i trwały przy nim przez kolejne dwadzieścia lat. To doskonały
saksofonista John Butcher i człowiek odpowiedzialny za elektronikę, syntezatory
i inne instrumenty klawiszowe, nieakustyczne - Matthew Hutchinson. Ów wstępny
okres wspólnego muzykowania nie został niestety udokumentowany fonograficznie.
Jedyne ślady z tego okresu, to … duetowa płyta Burna i Butchera (Fonetiks, LP Bead Records 1984), która
stanowi przy okazji debiut fonograficzny obu muzyków oraz pochodzące z jesieni
1988r. nagrania kwartetu Embers, który - obok w/w muzyków - tworzyli także Jim
Denley i Marcio Mattos (Live, kaseta
Acta, 1989). Należy bezwzględnie podkreślić, iż są to rejestracje, obok których
żaden odpowiedzialny wielbiciel muzyki improwizowanej nie powinien przejść
obojętnie.
Pierwsze zarejestrowane (a następnie wydane) spotkanie w
ramach Ensemble miało miejsce dopiero
po kilku latach, konkretnie w londyńskim Gateway Studios w dniach 11 i 12
sierpnia 1990r. Kilka miesięcy później świat poznał płytę Cultural Baggage (Acta, 1990).
W studiu spotykamy ośmiu muzyków, których instrumentarium
stanowić będzie trzon grupy w kolejnych latach. A zatem - dwa instrumenty dęte
(John Butcher na saksofonie tenorowym i sopranowym, Jim Denley na flecie),
cztery strunowe (John Russell na gitarze akustycznej, Marcio Mattos na
wiolonczeli, Phil Durrant i Stevie Wishart na skrzypcach; ta druga skorzysta
także w jednym fragmencie z klawesynu), fortepian (Chris Burn) oraz syntezator
i elektronika (Matthew Hutchinson). Muzycy geograficznie reprezentujący aż trzy
kontynenty (flecista z Australii, wiolonczelista z Brazylii), wnoszą do Zespołu
bardzo zróżnicowane doświadczenia, tak w zakresie gatunkowym, jak i pod
względem praktykowanych technik uprawiania muzyki i improwizowania. Przy okazji
nie trudno dostrzec, iż mamy przed sobą formację bez klasycznie rozumianej
sekcji rytmicznej (to także będzie jedną z zasad funkcjonowania tego składu).
Muzycy w skupionych okolicznościach studyjnych realizują osiem
utworów. Krótsze opowieści zawarte na krążku powstają w drodze swobodnej
improwizacji, zaś te dłuższe, w oparciu o wcześniej przygotowane scenariusze,
schematy i konspekty. W kompozycji (użyjmy tego słowa!) Funforall (autor: Butcher) oktet podzielony zostaje na dwa
kwartety, z których każdy dostaje inne wytyczne, co do rozwoju improwizacji. W
aspekcie akustycznym prawdziwa feeria barw kreowana jest przez cztery strunowce, umieszczone w centralnej
części przestrzeni dźwiękowej nagrania. Dęciaki
skupiają się raczej na stemplowaniu momentów zbiorowego uniesienia, zaś
fortepianowi i syntezatorom pozostaje rola wyznaczania subtelnych ornamentów
dramaturgicznych. Oto kwiat brytyjskiego (i nie tylko) free improv w prawdziwym rozkwicie! Utwory Influence and Concealment oraz Nutchacht
Forage (autor: Burn) stanowią dwie niezależne opowieści, prowadzone w
oparciu o tę samą, wcześniej zaproponowaną strukturę. Jedna z nich
skoncentrowana jest wokół fletowych incydentów Denleya, druga zaś ogrywa i
zdobi wyczyny Mattosa na wiolonczeli. W ciekawej plątaninie mikrodźwięków Fissile
Totems (autor: Burn), elementy predeterminacji koncentrują się na wskazaniu
tego samego kierunku rozwoju narracji dla różnych podgrup muzyków.
Uroda muzycznych ekspozycji tego nagrania, niedefiniowalna z
założenia, kruszy mur obojętności recenzenta i bez cienia wątpliwości sprowadza
go do pozycji horyzontalnej. Stanowi przy okazji artystyczny fundament, punkt
odniesienia dla kolejnych pokoleń brytyjskich (i nie tylko) wolnych
improwizatorów, szczególnie tych korzystających z instrumentów strunowych. Barokowa
różnorodność, przepych akustyczny tej porcji dźwięków sprawiają, iż uszy
słuchaczy brną przez zakamarki nagrania w nieustającej ekstazie. Szczególnie
błyskotliwe zdają się być fragmenty tłumionych emocji, te drobne chwile
dramaturgicznego zaniechania, które skupiają uwagę obecnych po obu stronach sceny, a w ostatecznym
rezultacie, i tak kończą się ekspresyjnymi komentarzami rozochoconych
improwizatorów. Muzycy zdają się być w ciągłym ruchu. Łączą się w niewidzialne
duety, czy tria, które na moment przyjmują ster narracji, gdy reszta Zespołu czeka w
konsternacji na to, co się za moment wydarzy, dysząc siarczyście… Skupiona, dbająca o detale
brzmieniowe, contemporary & extremaly
freely improvised music!!!. Piękno tej muzyki jest istotnie
pierwotne i od pierwszego dźwięku, bezwzględnie nieśmiertelne. We fragmentach
bez scenariusza muzycy wydają się bardziej skorzy do szaleństwa, ale ta
sytuacja tylko pozornie daje im artystyczną przewagę. To właśnie skupienie,
zaniechanie i dbałość o realizację scenariusza improwizacji daje Cultural Baggage niezbywalną wartość.
Miejsce, 1991
Metoda kolektywnej, częściowo predefiniowanej improwizacji,
przećwiczona i wycyzelowana w okolicznościach studyjnych, doskonale sprawdzała
się także w warunkach koncertowych, gdzie brak możliwości restartu, czy
postprodukcyjnych ingerencji, stanowił dodatkową motywację dla artystów.
Przynajmniej tego dowodzi rejestracja koncertu Chris Burn’s Ensemble, jaki
odbył się w Londynie, 13 października 1991r. Świat poznał te dźwięki dekadę
później, dzięki wydawnictwu The Place
1991 (Emanem Records, 2001).
Personalnie jesteśmy w takim samym towarzystwie, jak rok z
okładem wcześniej w Gateway Studios. Warto jedynie zauważyć, iż Denley będzie
grał także na flecie basowym, a instrumentarium Burna zostanie rozszerzone o toy piano i perkusjonalia. I uwaga
ostatnia, ale jakże istotna - na finałowy fragment koncertu, do oktetu dołączy
Evan Parker na saksofonie tenorowym.
Ponownie improwizacja toczona będzie w oparciu o zarysy
scenariuszy, konspekty, czy nawet diagramy. Muzycy biorą na warsztat sześć
utworów. Jeden z nich będzie swobodną improwizacją, za pozostałymi pięcioma
kryją się nazwiska kompozytorów. Za
trzy z nich opowiada lider, zaś jeden powstał z inicjatywy Johna Butchera.
Brakujący element tej wyliczanki, to pierwsza w historii grupy, kompozycja
przygotowana specjalnie dla niej – wyposażona w graficzną notację opowieść Pollock #82 (autor: Keith Rowe!). Skojarzenia z amerykańskim
abstrakcjonistą Jacksonem Pollockiem, jak najbardziej zasadne. Muzycy prowadzić
będą narrację zgodnie z diagramami powstałymi z inspiracji malarstwem tegoż
artysty.
Muzyka Ensemble na koncercie brzmi pełniej i donośniej.
Przestrzenny układ akustyczny jest zbliżony do wersji studyjnej – po lewej
piano i flet, po środku cztery strunowce (także
klawesyn), po prawej saksofon i syntezator.
Zarys scenariuszy kompozytorskich Burna jest następujący:
muzycy pozostają w stanie permanentnej zmiany, zarówno pod względem natężenia dźwięku,
jak i usytuowania w zespole oraz stosowanych technik artykulacyjnych. Jednocześnie
każdy z muzyków ma zachowywać się i brzmieć inaczej niż pozostali. We
fragmencie Blocks And Arches Evan
Parker ma za zadanie grać jakby w poprzek
narracji pozostałych muzyków, filtrować
dźwięki płynące z ich instrumentów i dbać o obraz całości. Podobnie odbywa się w
utworze The Piano Ate Card. Tu w rolę
koordynatora, cerbera (?), wodzireja (?), osi spajającej grę oktetu, wciela się
klawesynistka. Przy okazji wnikliwy słuchacz obcuje tu z przykładem przepięknej
akustycznie symbiozy klawesynu i saksofonu tenorowego. Finał utworu wieńczy
wyjątkowy pasaż wiolonczeli.
Trochę dla odmiany, porcja free improv czyli utwór Hammer
Hint, brzmi zaskakująco… strukturalnie! Zatem nauka nie poszła w las!
Zdyscyplinowana, na swój sposób harmonijna, wręcz harmoniczna wolna
improwizacja.
Southern Samba A Go-Go
(autor: Butcher) zdaje się być niebywale rytmiczna. Bezperkusyjny ansambl tworzy gramaturę drummingu z sampli i innych, już akustycznych dźwięków,
generowanych przez nieperkusyjne instrumentarium.
Pollock#82 stanowi
zaś, zapewne nie przez przypadek, szczególnie ważny fragment koncertu. Każdy z
muzyków wyposażony jest w indywidualny, graficzny scenariusz, inspirowany
kolejnym bohomazem malarza. Przykład
ekscytującej free improvisation wprost z płótna szaleńca!
Koncert jest akustyczną perłą. Trudno w kilku żołnierskich
słowach oddać istotę tego niebywałego zjawiska muzycznego. Ekstremalna moc
urody tej muzyki nie pozwala trafnie dobierać przymiotników i innych części mowy, które oddałyby choć w drobnym stopniu poziom ekscytacji recenzenta. Bez
wątpienia niezaprzeczalny jest fenomen akustyczny tego spektaklu. Muzyka
improwizowana grana na żywo brzmi tak pięknie i czysto, jak brzmieć może
jedynie … koncert barokowy na instrumentach z epoki.
Z kajetu recenzenta: zdaje się, że najmniej dźwięków dobywa
z swego instrumentu sam Burn. Czuwa, dogląda, czasami znaczy teren pojedynczymi akordami
fortepianu, czy korzystając z perkusjonalii, daje asumpt rytmiczny do zmiany
kierunku narracji.
Dokooptowanie na finał Evana Parkera stawia przysłowiowy
stempel geniuszu na The Place 1991.
Tenor Parkera wchodzi w kosmiczną symbiozę z sopranem Butchera. Zdaje się, że
tembr obu dęciaków wznosi Ensemble na wyżyny, którym być może nie sprosta już
jakiekolwiek późniejsze nagranie tego składu, czy tych muzyków w ich
indywidualnych poczynaniach artystycznych. Bez wątpienia sam Evan, którego
dorobek życia muzycznego przerasta niemal każdego żyjącego dziś muzyka improwizującego,
zagrał nieraz na pograniczu absolutu, ale te blisko trzynaście minut,
zarejestrowane ponad 25 lat temu w Londynie, stanowi być może jego artystyczne opus magnum. Jest tu równie czujny i
wyważony, jak agresywny i bezlitośnie konsekwentny. Jeśli tego wymaga
interakcja ze strony któregokolwiek ze współpartnerów, bywa czuły jak lisiczka.
Jego tenor brzmi równie ujmująco, jak ujmujące potrafią być wszelkie definicje
piękna, jeśli tylko po obu stronach sceny nie brakuje wyobraźni. Prawdziwie
gotycki triumf!
Nawigacje
Na kolejne, udokumentowane płytą, spotkanie Chris Burn’s
Ensemble czekać będziemy musieli aż sześć lat. W tak zwanym międzyczasie
muzycy okazjonalnie muzykowali pod tym szyldem, czego dowodzi choćby audycja
dla BBC Radio 3, która wyemitowana została w roku 1993. Obok prezentacji kilku
fragmentów muzycznych (skład oktetowy, identyczny, jak na wyżej omówionych
płytach), w programie usłyszeć można było ciekawe wypowiedzi Burna na temat
procesu tworzenia predefiniowanej improwizacji. Onegdaj zapis tej audycji
dostępny był na blogu Inconstant Sol. Polecam bezapelacyjnie.
Wracając do wątku głównego naszej dzisiejszej opowieści –
ponownie gościmy w Gateway Studios. Znów dwa dni akustycznych igraszek (17-18
września 1997r.), które realizowane będą tym razem aż przez jedenastu muzyków.
Do znanych już nam ośmiu muzyków Ensemble
dołączają – Mark Wastell na wiolonczeli, Rhodri Davies na harfie i Axel Dörner
na trąbce. Zatem zastęp strunowców
rozrasta się aż do sześciu instrumentów, zaś dęciaków do trzech.
Na pulpitach wiecznych
improwizatorów ląduje sześć pomysłów na swobodne muzykowanie. Cytując za liner notes - w rękach muzyków znalazły
się skeletal kinds of score.
Wskazówki, nawigatory/ nawigacje,
określające kierunek i zakres improwizacji. Każdemu z muzyków została
przypisana indywidualna rola do zagrania, specjalny klucz do nawigowania
procesem twórczym, z własną i niepowtarzalną strukturą przebiegu zdarzeń
akustycznych. Jakby zupełnie przy okazji, rodzi się także zadanie dla słuchacza, który zechce poświecić odrobinę skupienia i rozczytać tę muzykę – szukaj szczegółów, drobnych śladów ingerencji
kreatora w żmudny, kolektywny i separatywny proces uwolnionej improwizacji.
Ponieważ opis płyty nie zawiera jakichkolwiek pre-wykonawczych ustaleń, czy
zarysów scenariuszy, słuchając kolejnej wspaniałej płyty Ensemble, zdani jesteśmy na indywidualne domysły. Prześledźmy zatem
przebieg wydarzeń.
No Stops, Only Commas (autor: Butcher). Improwizacja
w bardzo współczesnym, wręcz kameralnym klimacie, pewien rodzaj nowej filharmonii, podawanej bez
zgrzytów i akustycznych zadziorów. Scarecrow
Analysis (autor: Burn). Opuszczamy krainę czystego dźwięku w towarzystwie
wyrafinowanych zgrzytów i tarć, wspomaganych niezobowiązującą elektroakustyką,
jak zwykle zwinnie serwowaną przez Hutchinsona. Fortepianowi wtóruje ostry
tembr saksofonu, rozbawiony klawesyn i uwikłana w niuanse sonorystyczne trąbka.
Bogactwo instrumentalne budzi podziw, a narracja toczy się wedle zacnego
schematu search & reflect.
Wszystko działa niezwykle precyzyjnie, choć nie brakuje zwarć, pyskówek i
sprzężeń w podgrupach. Sowari For
Ensemble (autor: Durrant). Elektroakustyka na pograniczu ciszy, odrobinę na
wesoło. Szmery, szelesty, stuki i westchnienia z głębi dęciaków. Cropped Rotation
(autor: Burn). Harfa w roli głównej, uroczo zdobi swą wyszukaną akustyką, obraz
tego wycinka świata improwizacji. Sześć strunowców
unosi cały ansambl w orgiastyczne przestworza bez wskazywania drogi powrotnej.
Najdłuższa, blisko 14-minutowa perła w
koronie formacji. Towards Trumpeting.
Niespełna trzyminutowa miniatura free
improv. Wojna mikrodźwięków, toczona w pokojowych intencjach. Ohst (autor: Dörner). Sonorystyczna
rozróba dęciaków, realizowana na tle ptasich incydentów tych, którzy szarpią
za struny. Niedźwiedzie przekomarzania, szczypta elektroakustyki bez prądu. Nothing Lasts For Ever (autor: Russell). Nawigacja całości ewidentnie po
stronie gitarzysty, choć akustycznie przestrzeń demolowana jest ponownie przez
nadpobudliwe dęciaki. W dynamicznym
finale muzycy szybują po nieboskłonie, niczym upalone szerszenie w tańcu godowym. Wspaniałe!
Biel Horyzontalna
Na osi czasu życia formacji Chrisa Burna egzystujemy już pod
koniec drugiej dziesiątki lat. Uprawianie często ćwiczonej wolnej improwizacji,
w tej konfiguracji personalnej, nie nastręcza już nikomu większych problemów,
nawet w sytuacji, gdy muzycy wychodzą na scenę bez wytycznych kompozytorskich.
Martin Davidson (Emanem) wydając The Place, 1991 zaliczył te dźwięki, do kategorii: kompozycje dla improwizatorów (adnotacja
na okładce płyty). Edytując nagrania koncertowe zespołu z roku 2001, przypiął
już im typową etykietę: free
improvisation.
Ad rem – przed nam
krążek Horizontals White (Emanem Records,
2002), który łączy w sobie dwa incydenty koncertowe Chris Burn’s Ensemble. Pierwszy
miał miejsce w styczniu 2001r., w ramach doskonale znanego na tych łamach cyklu
koncertowego Mopomoso (Londyn, Red
Rose), drugi zaś - w maju tego samego roku, w trakcie równie rozpoznawalnego
wydarzenia artystycznego dumnej Brytanii, festiwalu Freedom Of The City (Londyn, Conway Hall). Edycja zimowa odbyła się
w składzie sześcioosobowym – na scenie oczywiście Burn, Butcher, Russell,
Hutchinson, także Mark Wastell i Rhodri Davies, czyli sami znajomi w
poprzedniej, jedenastoosobowej rejestracji sprzed czterech lat. Na wydarzenie
wiosenne Ensemble dotarł już jedynie w składzie pięcioosobowym, zabrakło bowiem
Daviesa i jego harfy.
Ponieważ Panowie, wychodząc na scenę, postanowili zdać się
na żywioł improwizacyjny, nie mamy jakichkolwiek schematów, diagramów czy
konspektów do omówienia na tym etapie analizy materiału muzycznego. Pozostaje
nam jedynie… delektować się wspaniałymi dźwiękami. Popatrzmy (posłuchamy!), cóż wydarzyło się na tych koncertach.
Horizontals White.
Start zdobią nam hałas i zgiełk, deklamowane w dalece nieśpiesznych tempach,
wręcz onirycznym klimacie. Muzycy tulą się do siebie, jak niewykastrowane koty,
śliniąc się obficie. Efekt ich działań wbija recenzenta w suchy beton, głową do
dołu i tylko milczenie zdaje się oddawać emocje płynące z tego odsłuchu. Być
może każdy z muzyków ma zmultiplikowaną sensorykę słuchu i takąż umiejętność
błyskawicznego reagowania na wydarzenia akustyczne wokół niego. Non-verbal
magic! Density vs Silence! Język polski nie daje już rady … Verticals Blue. Chyba już wiemy, dlaczego prawie dwie dekady temu Burn,
konstruując ideę Ensemble, postanowił nie skorzystać z usług perkusisty. Do pary
z Hutchinsonem, używając na ogół instrumentów klawiszowych, potrafią
fantastycznie zastąpić każde percussion.
Tu, w tej części koncertu, dzielnie i wyjątkowo dobitnie wspomaga ich w tym
dziele istotnie pobudzony Butcher. Ten fragment gra skupieniem, wyważonym call & response. Jak wspaniale w
tygiel stricte akustycznych
incydentów, wpisać można dźwięki z kabla
– kanon do wiecznego naśladowania (Hutchinson!). Ogień rozpala się w tym
fragmencie dopiero na ostatnie 120 sekund! Słuchając tych nagrań, ewidentnie przekonujemy się, dlaczego brytyjska szkoła free improv stanowi creme de
la creme muzyki spontanicznej, muzyki improwizowanej w wymiarze światowym. There Were Five In Eight. Na scenie pozostaje jedynie pięć osób (tytuł jakby to
podkreślał). Hutchinson z lekkością nimfy wodnej, panuje nad akustycznym
instrumentami i skwiercząc mikroszumami, inspiruje ich do dalece swobodnej
eskalacji (what a man!).
Elektroniczna wstrzemięźliwość godna kilku odznaczeń rangi państwowej.
Cząsteczkowa improwizacja zdaje się być tu dominującym środkiem wyrazu.
Refleksja recenzenta: czym byłaby ta muzyka bez spuścizny Spontaneous Music
Ensemble? Night-Time
Nostalgia. Nostalgia w tytule, kipiące
emocje na scenie! Separatywne mikrodźwięki, które wchodzą w energetyzujące
zwarcia – modelowe call & response! Still Life On May Day. Finał drugiego
koncertu podkreśla nieśpieszność narracji i duże skupienie muzyków na detalach
akustycznych (odrobinę w opozycji do fragmentów 1-2 na tym dysku). Selektywne
brzmienie każdego instrumentu znacząco poszerzą percepcję muzyki Ensemble.
Jakby w odpowiedzi na wymądrzanie się recenzenta, dopada nas krwista eskalacja
z tenorem Butchera w roli głównej (nawet Hutchinson lubi pohałasować!). W tej
dość skromnej jednak galopadzie muzycy szukają się po kątach, świecą latarkami
po oczach i niczego nie chcą robić w pojedynkę. Mrocznym kanałami prowadzą wszystkich na ekscytujący finał, który bezwzględnie odnajduje, zwłaszcza słuchaczy, w horyzontalnych pozycjach, wcale jednak nie białych!
Zespół na festiwalu Musica Genera, 2002
Powoli wyczerpują się już metafory i określenia, jakimi recenzent
jest w stanie werbalizować muzykę Chrisa Burna i jego wiernych przyjaciół.
Przed nami epizod finalny. Jesteśmy zupełnie niespodziewanie w … Szczecinie.
Jest wiosna 2002 roku, odbywa się kolejny festiwal muzyki improwizowanej Musica Genera. Na scenie sześcioosobowy
Ensemble – Burn, Butcher, Hutchinson, Rhodri Davies i dwóch debiutantów w tym składzie –
francuski klarnecista Xavier Charles i grecki wiolonczelista Nikos Veliotis.
Panowie zagrają nieco ponad trzy kwadranse. Na płycie zostanie to wydane jako Ensemble At Musica Genera 2002 (Musica
Genera, 2003). Uwaga! Wracamy do predefiniowanej improwizacji! Z sześciu
odcinków dźwiękowych, trzy będą miały autora i zapewne drobne scenariusze,
wystawione przed oblicza muzyków.
Zacząć. W ramach
tego swojsko brzmiącego tytułu, muzycy komponują
dźwięki, improwizując przy tym dość swobodnie i nader kolektywnie. Perkusyjne
piano wzywające do koncentracji, drony dęciaków
i strunowców, oniryczna
elektroakustyka. Narracja gęsto tkana, trochę czupurna. Qpdbqp (autor:
Veliotis). Tytuł być może sugeruje sposób usytuowania instrumentów względem
siebie. Znów zgrzytliwy i niepokorny wielogłos sześciu generatorów dźwięku.
Multiplikujące się tekstury, szorstka akustyka, plastyczna elektronika. Sporo
zbiorowej histerii, mniej indywidualnych, separatywnych strategii przetrwania.
Dźwięki tracą źródło swego pochodzenia, a miłośnicy minimalistycznej improwizacji
moczą się obficie z podniecenia. Hałas na finał puentuje wszystkie złe myśli. Kontynuować. Jeśli był początek, musi
być także rozwinięcie… Zwarty, ukierunkowany dron, budowany na kilku płaszczyznach
elektroakustycznych. Innymi słowy – blisko dziewięciominutowa kontynuacja na stojąco, w agresywnym
bezruchu, w konwulsyjnym bezdechu (z kajetu recenzenta: ekstatycznie!). Rotacja (autor: Burn). Nieokreślone
dźwięki szarpane…(wiolonczela? elektroakustyka?). Tuż obok, dwugłos dęty
pięknie wiedzie tę historię po stromym zboczu. Hutchinson intrygująco
kontrapunktuje wyczyny żywych
kolegów. A może to jednak harfa tak hałasuje? Strach na wróble (autor: Burn). Wybredna wymiana poglądów na
początek (mało subtelne call &
response), potem już tylko dynamika, ostrość obrazu, stanowczość dźwięków. Kończyć. Cisza po burzy lub przed
kolejną eskalacją dźwięków w wysokich rejestrach. Muzycy budują dron, ale
wszelkie próby rozpadają się, niczym domki z kart. Cisza zdaję się w tym momencie największym
sprzymierzeńcem muzyków. Nieśmiało zwiastuje koniec tego koncertu…
Niespodziewanie jednak narracja pętli się, a struktury sklejają - Ensemble
wpada w lekki galop. Ostatni akord zwiastowany jest przez strunowy zjazd wprost w ramiona jeszcze ciepłej ciszy. Piękne!
****
Rekomendacje: tekst umieścić w katalogu Historia Muzyki Improwizowanej. Udostępniać, czytać na głos,
wycinać, wklejać, kopiować. Wszelkie prawa niezastrzeżone.
And the Music???? Stricktly recommended… for ever!
Ps. W grudniu roku ubiegłego, w ramach wydawnictwa Simona H.
Fella (Bruce’s Fingers), wyłącznie w wersji elektronicznej (via bandcamp), udostępniony został 40
minutowy koncert firmowany jedynie nazwą Ensemble, pochodzący z roku 2008. W
składzie: Chris Burn (piano), John Butcher (saksofony), Simon H. Fell
(kontrabas), Christof Kurzmann (elektronika), Lê Quan Ninh
(perkusjonalia).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz