Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emilie Škrijelj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emilie Škrijelj. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 sierpnia 2026

Crawford, Foster, Malmendier & Škrijelj did a Faux pas!


Jak doskonale wiemy, Emilie Škrijelj i Tom Malmendier, muzykujący razem jako Les Marquises, prowadzą także label eux sæm publikujący intrygującą muzykę improwizowaną, na ogół z ich osobistym udziałem. Śledzimy te albumy od zarania owej zacnej inicjatywy.

Zatem równie doskonale wiemy, iż Emilie i Tom, poza rejestracją nagrań w duecie, chętnie wchodzą w kolaborację z innymi artystami, dokładnie z całego świata.

Dziś spotykamy ich na Brooklynie, gdzie pichcą smakowite danie kwartetowe z gitarzystą Webbem Crawfordem (prawdopodobnie debiut na Trybunie) i dobrze rozpoznawalnym w naszych stronach saksofonistą Michaelem Fosterem. Z dużą radością zaglądamy do kompaktowej dokumentacji tego spotkania.

  


Początek albumu nie jest pozbawiony znamion gry wstępnej, typowej dla formacji kleconych ad hoc. Szmery, szelesty, drobne obcierki i skrzypienia osnute poświatą elektroakustyki, jaką dostarcza Emilie, tym razem pozbawiona akordeonu, a jedynie grająca z talerza. Zręby bardziej linearnej narracji inwokuje aktywny saksofon, wsparty na perkusyjnych szczoteczkach i basowych plamach gitary. Na etapie rozwinięcia sporo do ognia dolewa frakcja syntetyczna, który brzmi niemal perkusyjnie. Otwarcie drugiej improwizacji jest ciche, ale podskórnie nerwowe. Muzycy preparują, drżą, ich frazy gęstnieją, nabierają niemal post-industrialnej tekstury. Wszystko zdaje się zgrzytać zębami, aż do momentu, gdy sygnał do ataku daje saksofon. Najdłuższa opowieść na albumie w drugiej fazie staje się bardzo intensywna, przypomina post-nuklearny free jazz!

Trzecia odsłona, to ledwie kilkadziesiąt zgrzytliwych sekund skonsumowanych głównie przez gitarę i sample z gramofonu. W czwartą część artyści wchodzą niesieni coraz silniejszymi podmuchami rezonującego wiatru. Głęboko oddychają, szukają brzmieniowych pikanterii, wydają się być ukierunkowani na budowanie post-free jazzowego szczytu. Dynamika idzie tu nade wszystko od Toma i Emilie, ale akcje Webba i Michaela są świetnie z nimi skorelowane. Po osiągnieciu imponującego szczytu narracja wyjątkowo urokliwie opada w ramiona ciszy.

Start ostatniej improwizacji wydaje się emocjonalnie zrównoważony. Błyszczą perkusjonalia, coś ciekawego dzieje się na gitarowych przetwornikach, tuba szemra, a na talerzach szeleści. W głębi tej mikstury niechybnie czai się hałas, ale ma problemy z wydostaniem się na powierzchnię. Opowieść wydaje się rozedrgana, nerwowa, znów odrobinę post-industrialna, ale wraz z upływem minut zaczyna przygasać. Śmierć maszyn zwiastuje porywisty wiatr od morza. Saksofon melodyjnie rezonuje niosąc ostatnie frazy farewell song.

 

Crawford/ Foster/ Malmendier/ Škrijelj Faux pas (eux sæm, CD 2026). Webb Crawford – gitara, Michael Foster - saksofon, Tom Malmendier – perkusja oraz Emilie Škrijelj – turntable. Nagrane w Phantom Ear Studio, Brooklyn, Nowy Jork, maj 2025. Pięć improwizacji, 40 minut.



wtorek, 13 stycznia 2026

eux sæm’ fresh outfit: Mehin! Live in Nickelsdorf!


Z radością sięgamy dziś po dwa albumy, które zaliczyliśmy całkiem niedawno do 50 powodów, dla których warto było zapamiętać rok 2025!

Nasza radość jest tym większa, iż oba sygnuje wydawnictwo eux sæm, za którym stoi organizacyjnie i artystycznie belgijski drummer Tom Malmendier. Na obu nasz bohater jest obecny, oba są duetami i w równym stopniu zasługują na bardzo wiele ciepłych słów. Zatem, otwórz szafę, mów do rzeczy!

 


Quentin Stokart & Tom Malmendier Mehin (CD 2025)

Studio Grez, Bruksela, styczeń 2025: Quentin Stokart – gitara oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 35 minut.

Zaczynamy od duetu Malmendiera z belgijskim gitarzystą Stokartem, którego losy śledzimy bacznie, ale który, póki co, wielu nagrań nam nie upublicznia. Panowie improwizują na żywo, ale w warunkach studyjnych.

Szmer z rozgrzewającego się amplifikatora, drżenie strun, nieznane przedmioty przesuwane po glazurze werbla, to elementy czegoś, co już na tym etapie nagrania moglibyśmy nazwać przednówkiem post-industrialu. Muzycy dość szybko budują gęstą pajęczynę splotów nerwowych, wchodzą w tłuste zwarcia i ociekają potem już po kilku pętlach narracji. Struny gitary i perkusyjne pałeczki łamane są kołem zębatym, a tło drży i złorzeczy, ale też śpiewa, chyba po arabsku. Opowieść jest głośna, niekiedy dynamiczna, innym razem tonie w gęstym mule. Gitara plami psychodelią, perkusja tańczy na krawędziach. A to ledwie szósta minuta koncertu.

Po krótkim, niemal tanecznym interwale, artyści grzęzną w preparacjach. Trudno w tej chwili wskazać ośrodek odpowiedzialny za dany dźwięk, czy strzęp hałasu. Dynamika nagrania zostaje jednak szybko odszukana i równie sprawnie zatopiona w mrocznej, ambientowej chmurze. Wszystko drży, łomoce, zgrzyta, szumi i skwierczy, wpada w iście diabelskie ukołysanie. W okolicach dwudziestej minuty muzycy znów popadają w taneczny nastrój. Przypominają pokraczne postacie, które podskakują na rozgrzanej patelni, żywcem wyjęci z ostatniej sceny Stroszka Herzoga. Gitara śpiewa martwe melodie, perkusja krzyczy mocą koślawego werbla i kanciastych tomów. Jakiś dziwny, progresywny rytm zdaje się kierować muzyków w nieznane. Szukają hałasu, ale odnajdują mroczne wystudzenie. Znów pojawia się melodia, ale to zdarta płyta, uszkodzona pozytywka. Pięć minut przed końcem wstrzymują oddech, po czym rozpościerają skrzydła i skaczą w ogień krwistego noise. Mają jednak wszystko pod kontrolą i wieńczą ów crazy trip gasząc płomień narracji do pojedynczego dźwięku.

 


Les Marquises (Emilie Škrijelj & Tom Malmendier) Live in Nickelsdorf (CD 2025)

Konfrontationen Festival, Nickelsdorf, Austria, lipiec 2022: Emilie Škrijelj - turntable, akordeon, elektronika oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 41 minut.

Duet Les Marquises, to bazowa formacja dla Toma i całego labelu. Koncert z Austrii, to bodaj ich czwarta płyta. Od post-elektronicznej flauty do elektroakustycznego galopu. Tradycyjny dla duetu poziom intensywności, którym obdzielić możnaby całe dyskografie wydawnictw poświęconych minimalistycznej muzyce współczesnej.

Artyści od pierwszej sekundy dyktują sobie intrygujące tempo. Nie tylko perkusja, ale także cały arsenał akordeonistki czyni tu dalece rytmiczne przebieżki. Wiele dźwięków ma definitywnie syntetyczny posmak, ale brzmienie całości jest bardzo selektywne. Sporo z nich stanowi tu zagadkę, choćby fletowo brzmiąca ekspozycja oplatająca perkusyjny drive w okolicach piątej minuty. Muzyka duetu zwyczajowo pachnie umiarkowanym industrialem, ale nie przekracza granicy hałasu. Lubi incydentalnie popadać w narracyjny letarg, ale tylko po to, by zaczerpnąć mocy do dalszych swawoli.

Improwizacja ma swą pierwszą kulminację w okolicach dwunastej minuty, ale po kolejnych dwóch przypomina już ambient usiany tajemniczym electro beatem. Po dalszych sześciu minutach nabiera zaskakującej melodyki i spokojniejszego rytmu, a zaraz potem wpada w medytacje pulsujące delikatną elektroniką. Dopiero tuż przed upływem dwóch kwadransów ze sceny słyszymy po raz pierwszy frazy typowe dla brzmienia akordeonu. Po niezbyt długiej fazie leżakujących preparacji w muzyków wstępuje nowy duch walki i przystępują do intensywnej finalizacji koncertu. Ta zdaje się być w stu procentach akustyczna, nasączona tanecznym krokiem akordeonu. Stylowy falling down poprzedza rzęsiste oklaski.



 

wtorek, 25 czerwca 2024

Emilie Škrijelj & Tom Malmendier in two direct actions!


Akordeonistka Emilie Škrijelj i perkusista Tom Malmendier tworzą duet Les Marquises od przynajmniej dekady. Dużo koncertują (bywali w Polsce), sporo nagrywają, od czasów pandemii prowadzą też label, który zwie się eux sæm. Wszystko to doskonale wiedzą Czytelnicy Trybuny, albowiem o dokonaniach tej dwójki wciąż jeszcze młodych artystów europejskiej sceny muzyki improwizowanej informujemy na bieżąco.

Emilie i Tom w duecie popełnili dotąd bodaj dwie płyty, znacznie częściej możemy ich usłyszeć na albumach nagrywanych w większych składach. Wystarczy spojrzeć na nieduży katalog ich labelu. Aż cztery pozycje, to nasza para w towarzystwie jednego, tudzież dwóch dodatkowych muzyków.

Dokładnie w tej konwencji dramaturgicznej posadowione są płyty, nad którymi dziś pochylamy nasze muzyczne zmysły. Najpierw kwartet Nuits, który ma już w dorobku album pod auspicjami eux sam, a teraz wraca do nas w wersji koncertowej (uzupełniają go wiolonczelista Stéphane Clor i elektronik Armand Lesecq), potem trio Bruine, w szeregach którego dostrzegamy naszego dobrego znajomego z Berlina, klarnecistę Michaela Thieke. Kwartet zaprasza nas na podróż definitywnie elektroakustyczną, z kolei trio teoretycznie bazuje na instrumentach akustycznych, ale ponieważ wystawia je na pastwę całej armii głośników (speakers), efekt foniczny zdaje się być nie tyle elektroakustyczny, co zdecydowanie post-industrialny.



 

Nuits Concert à Bruisme (Ligne de Crête, CD 2023). Emilie Škrijelj – akordeon, sampler, Stéphane Clor – wiolonczela, Tom Malmendier – perkusja oraz Armand Lesecq – elektronika. Nagrane w trakcie Festiwalu w Bruisme, Francja, 2021. Jedna improwizacja, 41 minut.

Początek koncertu lepi się z drobnych, elektroakustycznych szmerów, drżących strun i subtelnego, ale już udramatyzowanego drummingu. Narracja urokliwie rozkwita, przypomina pierwsze poranne promienie słoneczne. Akordeon dygocze ambientem, elektronika wije się wężowatym strumieniem, pracują perkusyjne szczoteczki. Medytująca improwizacja niepodziewanie zaczyna szukać podskórnej dynamiki. Jeszcze tylko dwa głębsze oddechy i nabiera niemal post-industrialnych barw, trzęsąc się niczym budyń czekoladowy na wybojach. Z każdą pętlą opowieść zdaje się być szyta coraz dłuższymi frazami. Cello zaczyna śpiewać, reszta intensywnie szeleścić. Po dwunastej minucie można donieść wrażenie, ze muzycy chowają się za kotarą ambientu, a jednym żywym w tym gronie pozostaje perkusista. Narracja nabiera szczególnej urody – dominują żywe frazy, a mgła elektroniki dopełnia obrazu całości. Lewitacja, która szuka drobin rytmu, echo, które wydaje się być dziełem live processing, frazy czyste i ocean fraz preparowanych. Oniryczny post-taniec! Ale gdybyśmy mieli teraz precyzyjnie wskazywać źródła pochodzenia poszczególnych dźwięków, niechybnie polegniemy! Prawdziwy festiwal fake sounds!

W połowie seta muzycy przeoblekają się w orszak perkusjonalistów. Akordeon i elektronika dygoczą, cello nuci pod nosem, a krawędziowy, na poły preparowany drumming snuje nić życia. Po kilku chwilach opowieść traci jednak walory dynamiczne. Wszyscy jakby zastygli, pogrążeni w tlącym się pogorzelisku. W tle ktoś gada, powietrze pełne jest szmerów i tajemniczych szelestów, coś popiskuje, a nawet gwiżdże. Z czasem ów konglomerat fake sounds zaczyna gęstnieć. Akordeon pulsuje, smyczek preparuje, coś mości się na perkusyjnym werblu. Akustyka lepi się w dron, wokół którego rozpościera się chmura elektroniki. Akordeon brzmi teraz wyjątkowo syntetycznie, wiolonczela przebiera szaty rockowej gitary, a perkusja szuka kolejnej porcji dynamiki. Ale i tak wszystko drży i szeleści. Od końca trzydziestej szóstej minuty opowieść zaczyna systematycznie przygasać. Mroczne drony, małe zgrzyty, kłębiaste szelesty – żywy post-ambient niesiony ostatnimi oddechami perkusji.



 

Michael Thieke, Emilie Škrijelj & Tom Malmendier Bruine (eux sæm, CD 2024). Michael Thieke – klarnet, głośniki, Emilie Škrijelj – akordeon, głośniki oraz Tom Malmendier – instrumenty perkusyjne, głośniki. Nagrane w Césaré, Reims, Francja, kwiecień 2024. Trzy improwizacje, 41 minut.

Trzy akustyczne instrumenty wzmocnione czeredą głośników od startu budują tu gęstą, zwartą opowieść. Wszystko chrobocze, stuka, drży i szeleści. Improwizacja wyłania się z mroku, ale dość szybko zaczyna błyszczeć post-industrialną poświatą i serwować nam czerstwe ochłapy hałasu. Całość pulsuje, zdaje się być wielką, perkusjonalną maszyną. Dodatkowo coś pracuje jak metronom doładowany sterydami. Ów siarczysty dron mechaniki akustycznych instrumentów ma swój rytm, swoje wewnętrzne życie. W trakcie pierwszej odsłony flow uspokaja się dopiero na ostatniej prostej. Drugą opowieść otwiera dynamiczny, ale okazjonalne delikatny drumming. Wokół niego pulsuje akustyczna wszechmoc akordeonu, który dygocze gęstą siecią głośników. Narracja znów płynie perkusjonalną strugą, w której coraz trudniej wskazać źródło danego dźwięku. Mechaniczna, znów na poły industrialna faktura zaczyna przybierać na sile. To już nie ochłapy hałasu, ale prawdziwa ściana dźwięku. Tworzą ją zarówno strumienie post-drummingowej furii, jak i plejady drobnych stukotów, obcierek i powiewów gorącego powietrza. W okolicach dziesiątej minuty mamy efektowną kulminację, z opresji której artyści wychodzą niemal suchą stopą. Co klasa, to klasa!

Trzecią część tego horroru otwiera akordeon, który buduje ambientowy, ale gęsty, niemal smolisty flow. Perkusjonalia drżą, klarnet ciężko oddycha. Zdaje się, że poziom post-industrialnego hałasu muzycy osiągają tu jeszcze szybciej niż w poprzednich epizodach. Młoty pneumatyczne, uszkodzone trafostacje, zardzewiałe suwnice przemysłowe. Po szóstej minucie następuje mimowolne uspokojenie - mamy wrażenie, że na moment wyszliśmy z piekła wprost w objęcia czyśćca. Wszystko piszczy i zgrzyta na wydechu. Pulsacje, ambientowe drony i post-mechaniczne obcierki na werblu. Koniecznie trzeba to zobaczyć, by uwierzyć! W okolicach dziesiątej minuty poziom hałasu znów sięga nieba, ale brzmienie całości wydaje się być bardziej selektywne - jesteśmy w stanie wskazać, jaki instrument jest odpowiedzialny za poszczególne frazy. Opowieść nabiera teraz free jazzowej ekspresji, sięga kolejnej ściany dźwięku, by po upływie kwadransa wystudzić się i z gracją powrócić do świata żywych. Akordeon teraz dyszy, jak zepsuty silnik elektryczny, perkusyjne pałeczki delikatnie stukają o krawędź werbla, a klarnet szumi coraz zimniejszym powietrzem. Improwizacja umiera w pozycji stojącej.


 

 

piątek, 11 listopada 2022

Oud Klooster and Driven in Paradox! Two quintets of a perfect three!


Dziś zapraszamy na dwie kwintetowe improwizacje pełne emocji, jakości i cudownych dźwięków, obie nagrane tegorocznej wiosny - jedna w kameralnym miejscu i w takim chwilami nastroju, druga na wielkim festiwalu i z całą mocą free jazzowego kombo! Obie formacje łączy trójka muzyków, których na tych łamach uwielbiamy, i których niemalże każda aktywność jest tu komentowana. Oba kwintety uzupełniają zaś muzycy, których także obdarzyć możemy wyżej wspomnianymi atrybutami. Zatem sami swoi, świetna muzyka i buchające emocje! Czegoż chcieć więcej!



Oud Klooster

Na dobry początek Webster na barytonie, Verhoeven na kontrabasie, Serries na gitarze akustycznej, tu w towarzystwie Škrijelj na akordeonie (bez elektroniki!) i Malmendiera na instrumentach perkusyjnych!

Otwarcie seta zdaje się być wyjątkowo tajemnicze - baryton prycha, wokół coś szumi i szeleści, być na może na werblu poruszają się jakieś przedmioty, struny drgają, ale wielu dźwięków jedynie się domyślamy. Muzycy formują dronową kołysankę – saksofon i akordeon szlifują długie frazy, smyczki snują post-barokowe, brudne westchnienia, a rola perkusjonalii sprowadza się do subtelnych zdobień i matowych świecidełek. Kameralny nastrój raz za razem zakłócają tu intrygujące dźwięki z akordeonu. Muzycy gadają ze sobą, szczerzą do siebie zęby, szukają zaczepki. Narracja faluje, nadyma się, albo chowa pod dywanem. Baryton ma w tej grze przewagę masy, czasami z niej korzysta, ale demokracja jest tu bezsprzecznie ustrojem panującym. Niebawem ze strony perkusjonalii nadchodzi pierwszy zwiastun jakiejś struktury rytmicznej. W aurze akordeonowych psot i strunowego piłowania, w okolicach 12 minuty, opowieść tłumi się do poziomu onirycznych plam dźwiękowych. Improwizacja klecona z drobnych akcji, także w formie pytań i odpowiedzi, tudzież garści preparacji kontrapunktowanych czystymi frazami gitary, dość szybko przekształca się w energiczny strumień fonii, niesiony mocą barytonu i urodą smyczka. Droga na ewentualny szczyt zostaje jednak zaniechana, muzycy bowiem zdają się teraz tonąć w oparach zimnego powietrza.

Tymczasem mija 20 minuta i czas budować nowy wątek. Kontrabas, po raz pierwszy w wyraźnym trybie pizzicato, jednoczy siły z gitarą, która frazuje gramaturą post-jazzu. Na stronie prycha baryton, dzięki czemu cała opowieść pęcznieje niczym ciasto na pizzę. Pojawia się także rytm delikatnie sugerowany przez perkusyjne szczoteczki. Muzycy kierują się na szczyt, ale ich szlak zdaje się wieść okrężną drogą. W końcu, w okolicach 27 minuty improwizacja definitywnie hamuje wprost w objęcia onirycznej ciszy. Przed nami fragment wyjątkowej urody – wszystkie przedmioty na scenie zaczynają ze sobą rezonować. Owa huśtawka nastrojów sprzyja formowaniu się narracji w gęsty dron, który nadyma się przez kilka chwil, po czym przekształca w nowy wątek narracyjny. Teraz opowieść bazuje na strumieniu dźwięków płynących z barytonu i akordeonu, nie bez drobnego wsparcia perkusjonalii, z intrygującymi, post-industrialnymi naleciałościami. Swoje trzy grosze raz za razem dokłada aktywny akordeon, który zaczyna pulsować elektroakustycznym zgiełkiem. Siedem minut przed końcem nagrania niektóre frazy zdają się znamionować rozpoczęcie fazy finalizacji. Małe preparacje gitary i perkusjonalii, oddechy kontrabasu i barytonowe pulsacje. Ostatnie rozdanie wydaje się być jednak wyjątkowo nerwowe, rozedrgane, z drobinami ekspresji na werblu. Opowieść zaczyna przygasać po tym, jak uformuje się w dron. Na jego powierzchni ostatnie dźwięki, jakże śpiewne, należą do barytonu i wciąż bardzo aktywnego akordeonu.



 

Driven

Drugi kwintet, to Webster na alcie, Verhoeven na fortepianie, Serries na amplifikowanej gitarze, tym razem w towarzystwie Almeidy na kontrabasie i Govaerta na perkusji!

Koncert inicjują czarne klawisze i plejada short-cuts płynąca z pozostałych źródeł dźwięku. Narracja z drobiazgów lepi się w zwarty szyk bojowy niemalże w ułamku sekundy. Kontrabas burczy, perkusja rysuje na poły dynamiczne pętle, a reszta nie traci czasu na niuanse dramaturgiczne. Free jazzowa kipiel staje się udziałem muzyków już po kilku minutach. Gęsty strumień fonii płynie tu całą szerokością niemałej sceny, zapalczywy, niesiony na barkach wyjątkowo energetycznego drive’u basu. Pierwszy szczyt zostaje osiągnięty z gracją baletnicy, po czym improwizacja studzi się przy dźwiękach gitary i inside piano. Faza leniwych preparacji, jakby od niechcenia, pozwala muzykom dość szybko zebrać siły do budowania drogi na kolejny szczyt. Smyczek na gryfie kontrabasu brzmi tu szczególnie efektownie, saksofon kołysze się na lekkim wietrze, a na werblu zdaje się rodzić nowa dynamika. Ten wątek koncertu gaśnie dość niespodziewanie ledwie po kilku nawrotach. Tym razem improwizacja zdecydowanie kluczy już mrocznymi zakamarkami. Trochę zabawy w call & responce, trochę nucenia pod nosem i kilka głębszych oddechów. Na froncie narracji pojawia się piano, obok kroczy gitara i małe perkusjonalia. Nowe rozdanie syci się pewną melodyką, a także strzępami post-rockowej ekspresji. Muzycy znów potrzebują kilku sekund, by powolną ekspozycję zamienić w rwący potok lawy. Ten fragment koncertu zdaje się osiągać intensywność godną każdej reedycji brotzmannowskiego Machine Gun! Szczyt wydaje się tu być wyjątkowo ognisty, a wychodzenie z niego dalece nerwowe, szarpane, jakby energia kinetyczna kombo nie pozwalała na zbyt proste hamowanie. W końcu muzyków spotyka grad oklasków, co sprawia, iż muszą definitywnie przystanąć, a za moment wszystko budować od nowa. Przy okazji odnotowujemy środek koncertowej rzeczywistości.

Nowe otwarcie spada na barki gitary i saksofonu. Sporo subtelności dodaje tu kontrabas. Pojawia się dawno niesłyszany smyczek. Piano w trybie inside syci improwizację dodatkową porcją tajemniczości. Wraca perkusja i zaczyna tworzyć dynamiczne zręby nowej opowieści. Tym razem droga na szczyt zostaje efektownie wydłużona, głównie dzięki posuwistym ruchom post-barokowego smyczka. Podobnie zachowuje się saksofon, mimo, iż reszta załogi rwie włosy z głowy i nie może doczekać się ekspresyjnej wolty. Dość niespodziewanie pianistka przenosi się na klawiaturę, a kontrabasista wpada w tryb pizzicato. Narracja tylko w trio (z perkusją) zaczyna swingować i nabierać dodatkowej dynamiki. Rozbudowana ekspozycja piana zachęca do powrotu saksofon i gitarę. Kwintet w pełnym rynsztunku w kilka chwil osiąga stan wrzenia, jaki nie był jeszcze jego udziałem tego wiosennego wieczoru. Po osiągnięciu szczytu narracja najpierw traci intensywność, a dopiero potem gubi tempo. Kolejna burza oklasków ucisza tu wszystkich, poza drummerem. Ten ciągnie narrację dalej, przy okazji powraca smyczek, a z tuby saksofonu zaczynają lać się porcje gorącego powietrza. Inside piano i rozkojarzona gitara sprzyjają formowaniu się finałowego drona. Końcowe zagęszczenie realizowane jest na dużej swobodzie, ze sporą przestrzenią pomiędzy dźwiękami. Koncert staje ostatecznie w płomieniach, po czym kompulsywnie gaśnie wprost w kolejną porcję burzliwych oklasków.

 

Colin Webster/ Dirk Serries/ Emilie Škrijelj/ Martina Verhoeven/ Tom Malmendier Oud Klooster (Raw Tonk Records, CD 2022). Colin Webster – saksofon barytonowy, Dirk Serries – gitara akustyczna, Emilie Škrijelj – akordeon, Martina Verhoeven – kontrabas oraz Tom Malmendier – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Oud Klooster, Brecht, Belgia, 5 maja 2022. Jeden trak, 44:56

Martina Verhoeven Quintet Driven - Live At Roadburn Festival 2022 (Klanggalerie, CD 2022). Martina Verhoeven – fortepian, Gonçalo Almeida – kontrabas, Onno Govaert – perkusja, Dirk Serries – gitara oraz Colin Webster – saksofon. Nagranie koncertowe, Roadburn Festival 2022, Paradox, Tilburg, Holandia, 24 kwietnia 2022. Jeden trak, 49:31



piątek, 23 września 2022

The September Round-up: Land Over Water! Aumbrambama! The Kort'dakian Crisis! Sources! Fu-Rin-Ka-Zan! To Live and Breathe! Legacies for Our Grandchildren! Aarhus!


Wrześniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt z muzyką improwizowaną przed nami! Dziś, jak na nasze kanony, dużo w niej będzie jazzu, zarówno tego swobodnego, bez ram stylistycznych i ograniczeń w zakresie ekspresji, jak i tego, który chwilami sięgać będzie do swych korzeni i posiłkować się main-streamową estetyką. Tym razem unikniemy szczególnie bolesnych eksperymentów, choć w zestawie nie zabraknie niespodzianek, takich jak choćby obecność w elektroakustycznej improwizacji legendy amerykańskiej i europejskiej sceny hip-hopowej. Będą nagrania bardzo świeże, ale także kilkuletnie, a na końcu opowieści nawet takie, które na swą premierę czekały kilkadziesiąt lat!

Pośród ośmiu omawianych dziś albumów aż pięć wydano we Francji – czekają na nas podwójne nowości z naszych zaprzyjaźnionych labeli Circum-Disc i Dark Tree, a także jedna z eksperymentalnego eux sæm.

Zaczniemy od dwóch swobodnie improwizowanych ekspozycji, które free jazz mają posadowiony z tyłu głowy – odpowiednio z Holandii i Polski. Potem rzeczony pięciopak francuski, bardzo różnorodny estetycznie, z kilkoma gorącymi, współczesnymi nazwiskami, ale też nie bez udziału … amerykańskich weteranów free jazzu i anonsowanego wcześniej hip-hopu. Na finał zaś dzisiejszego zestawu samotny Walijczyk w barwach portugalskich, w nagraniach koncertowych z duńskiego Aarhus, popełnionych 35 lat temu, a wyszukanych na starych kasetach w pewnej zatęchłej piwnicy.



 

Hugo Costa, Raoul van der Weide & Onno Govaert  Land Over Water (Creative Sources, CD 2022)

Rotterdam, Noorse Kerk (koncert), Okapi Recordings (studio), czas nieznany; Hugo Costa – saksofon altowy, Raoul van der Weide – kontrabas, obiekty perkusyjne oraz Onno Govaert – perkusja. Cztery improwizacje, 41 minut.

Portugalski saksofonista, którego znamy z kilku mniej lub bardziej hałaśliwych odmian improwizacji (choćby Albatre, czy Anticlan), od pewnego czasu gustuje także w akustycznych, open jazzowych wystąpieniach. Na najnowszej płycie do tria dobrał sobie wybitnych muzyków z Holandii, dzięki czemu mógł na koncertowych i studyjnych rejestracjach pozwolić sobie na pełną swobodę kreacji, mając pewność, że efekt całości, tak czy inaczej, będzie wyjątkowo wartościowy. Album składa się dwóch rozbudowanych improwizacji (w tym jednej koncertowej), dwuminutowego interludium i kilkuminutowej, dość kameralnej ekspozycji na zakończenie.

Na początek rzeczony koncert i ponad osiemnaście minut swobodnego free jazzu. Kilka pierwszych przebiegów realizowanych jest dość spokojnie, z odrobiną elektroakustycznych wtrętów kontrabasisty. Przywołany free jazz zdaje się być dla muzyków nade wszystko drogowskazem, a nie celem samym w sobie. Nim muzycy dojadą tu na końcowy szczyt, bawią się w rezonujące subtelności, saksofonowe półmelodie na dużym wydechu i całą masę kontrabasowych wspaniałości. Portugalczyk zostawia Holendrom dużo miejsca na scenie, a ci rewanżują się mocą jedynie udanych wyborów. Druga, szybka narracja odbywa się już w okolicznościach studyjnych, a składa się na nią intro kontrabasu, trochę perkusjonalnych akcji saksofonowych dysz i drummingowe stemple jakości. Trzecia improwizacja, to znów kilkunastominutowa beauty impro drama! Na starcie szum z tuby, rytmiczne podrygi kontrabasu i perkusji, dające silną inspirację do polirytmii, pełnej fikuśnych, połamanych dysharmonii. Kolektywną narrację zdobi solo drummera i zmysłowe pogwizdywanie kontrabasisty. Tu także free jazz z subtelnościami efektownie nabiera tempa i śle nam moc brawurowych pozdrowień. Sześciominutowy finał albumu budowany jest na kontrabasowym smyczku, saksofonowych, długich pasażach i bystrych kontrapunktach drummera. Kameralna, niemal post-barokowa ekspozycja systematycznie pęcznieje, a na koniec pachnie wyjątkowo zrelaksowanym Aylerem.



 

|fontAnna|, Michał Giżycki & Piotr Dąbrowski  Aumbrambama (Torf Records, DL 2022)

Poznań, Kołorking Muzyczny, 23 lutego 2022; |fontAnna|- głos i obiekty, Piotr Dąbrowski – perkusja kieszonkowa i głos oraz Michał Giżycki – saksofon sopranowy i klarnet basowy. Trzy improwizacje, 36 minut.

Czwarta płyta poznańskiego labelu Torf trzyma zdumiewająco wysoki poziom swoich poprzedniczek, i jak one, zdaje się być dalece rożna od pozostałych albumów w zestawie. Jakość i różnorodność, to cechy edytorskiego katalogu, które nie zawsze idą w parze, zwłaszcza, gdy w każdej rejestracji pojawia się dęty śpiew szefa wydawnictwa. Aumbrambama przeczy tym obiegowym opiniom, to bowiem album niosący nas przez całe 36 minut naprawdę wysokim wzgórzem. A jej podstawowe atrybuty pięknie konsumują trzy słowa w języku Szekspira - ritual fire music! Emocje, brzmieniowa wrażliwość i wybuchowy temperament perkusisty (używającego także głosu), ponadgatunkowej wokalistki, wreszcie zmysłowego saksofonisty i klarnecisty.

Początek sesji należy do pocket drummera, który buduje polirytmiczną fakturę bogatym bukietem perkusjonalnych świecidełek i ewidentnie dalekowschodnim posmakiem. W ów potok fonii z łatwością wkleja się saksofon sopranowy, który jednym oddechem nadaje improwizacji odpowiedni poziom ekspresji, a drugim wciąga ją na wysoki szczyt i śle stamtąd bogobojne pokłony. Po kilku minutach w tej efektownej strudze emocji pojawia się wokalistka, która najpierw mantruje, a potem śpiewa w nieznanym języku. Na starcie drugiej improwizacji muzycy sytuują się bliżej ciszy, a dźwięki otwarcia znów płyną z perkusjonalii. Głos tym razem jodłuje, a potem skomle o łyk zimnej wody. Tymczasem na scenę wtacza się klarnet basowy, który jasno daje do zrozumienia, że najbliższe chwile nasycone będą jego nisko brzmiącą ekspresją. Najpierw zabiera w podróż wokalistkę, potem porywa do lotu nerwowy drumming. Opowieść w środkowej części błyskotliwie przygasa, a jej odbudowa znów liczyć może na emocje klarnetu, wspieranego kocim mruczeniem pozostałej części załogi. Trzecia improwizacja w dużej części tkana jest z drobnych, zagubionych fraz. Oto narracja leniwych i wzdychających improwizatorów, którzy szukają drogi na kolejny szczyt, ale wciąż uroczo zbaczają z obranej ścieżki. Rozhuśtana, melodyjna, jakże śpiewna opowieść dociera do kresu po kilkunastu minutach. To, w jaki sposób gaśnie, raz jeszcze dowodzi kunsztu tej trójki szaleńców.



Mike Ladd, Emilie Škrijelj & Tom Malmendier  The Kort'dakian Crisis (eux sæm, CD 2022)

Mulhouse, Météo Music Festival, La Filature, 27 sierpnia 2021; Mike Ladd – głos i poezja, Emilie Škrijelj – akordeon, turntable, elektronika oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 42 minuty.

Francusko-belgijski duet, który używa także nazwy własnej Les Marquises, znamy w tym gronie dość dobrze, z kolei amerykański poeta, głos zbuntowanego pokolenia z przełomu millenium, w periodykach poświęconych muzyce improwizowanej bywa nie zbyt często. A to błąd! Czyż bowiem jego fantastyczne produkcje awangardowego hip-hopu, te czynione już po tej stronie Wielkiej Wody, choćby w ramach sublabelu Biga Dada Recordings, nie niosły ze sobą pierwiastka improwizacji? Mniej zorientowanych odsyłamy do nagrań sprzed 20 lat, a wszystkich zapraszamy na koncert elektroakustycznego akordeonu, perkusji i zmysłowego głosu poety, w brzmieniu których nie sposób nie doszukać się wpływu takich formacji, jak choćby legendarne The Infesticons!

Od pierwszej sekundy koncertu artyści budują bogaty flow, który urokliwie lepi się z progresywnego, gęstego drummingu, elektronicznej magmy soczystych, syntetycznych wymiocin i głosu, który kaznodziejskim tembrem sypie w nas słowami, metaforami i prawdami objawionymi. Paleta możliwości okablowanego akordeonu wydaje się nie mieć tu granic - artystka pełni rolę dj-a, który sypie zjawiskowymi, chwilami naprawdę zadziornymi i zgrzytliwymi frazami. Także możliwości akustycznych brzmień perkusji i głosu zdają się być nad wyraz bogate. Narracja równie efektownie prezentuje się w fazie dynamicznej, jak i w strefie spowolnienia. W tej drugiej opcji dostajemy się w wir niemal akustycznych subtelności, a świetną robotę wykonuje poeta, który niczym wytrwany aktor teatralny dostosowuje tembr głosu i tempo wypowiedzi do sytuacji scenicznej. Ten ostatni potrafi też zamilknąć i dać sygnał do zmiany sposobu budowania narracji (choćby w okolicach 14 minuty). Po kolejnych dziesięciu minutach dostajemy się w wir turntable’idalnych popisów Emilie, czynionych w momencie, gdy jej partnerzy ewidentnie gaszą poziom ekspresji. Ostatni kwadrans koncertu przynosi jeszcze więcej smaczków. Zestaw perkusyjny Toma dwukrotnie wpada w intensywny rezonans, bardzo podobać się może także moment, w którym narracja robi się wyjątkowo cicha, niemal oniryczna, a plastry żywego akordeonu stają się wyjątkowo urokliwe. Finałowe kilka minut, to bystra droga na szczyt, którego osiągniecie zwiastuje krzyk Mike’a, a potem rzęsiste oklaski publiczności.



Abdou & Boni  Sources (Circum-Disc, CD 2022)

Lille, la malterie, 21-23 grudnia 2020; Sakina Abdou – saksofon i flet oraz Raymond Boni – gitara. Dziewięć improwizacji, 33 minuty.

Kolejne spotkanie międzypokoleniowe! Młoda adeptka zaawansowanych technik wydobywania dźwięków z instrumentów dętych drewnianych oraz gitarowy mistrz, prawdziwy weteran sceny francuskiej, co to bystre improwizacje grywał z Joe McPhee cztery i więcej dekad temu. Spotkanie tej dwójki charakteryzuje pewien wzajemny dystans, tak międzypokoleniowy, jak i po części estetyczny. Z jednej strony dużo szacunku, ale z drugiej wiele ochoty, by z tego spotkania powstało naprawdę coś wartościowego. Abdou mniej niż zazwyczaj preparuje, nie używa swojego recordera, z kolei Boni sypie z rękawa tysiącami pomysłów, bywa nienośne post-klasyczny, ale gdy kosa trafi tu na kamień, improwizacja iskrzy podniebnymi fajerwerkami. Tak dzieje się choćby w opus magnum tego krótkiego albumu, w przedostatniej improwizacji.

Wspomniany na wstępie wzajemny szacunek zdaje się determinować artystów zwłaszcza w dwóch pierwszych improwizacjach. Sporo tu czystych fraz i raczej mniej zadziornych interakcji. Jak się okazuje, od współczesnej awangardy do francuskiej klasyki gitarowej nie wiedzie aż tak daleka droga. Trzecia i czwarta odsłona, to pierwsze perełki w zestawie. Muzycy pracują blisko ciszy, serwują nam plejady filigranowych fraz, stosując nieco mniej konwencjonalne rozwiązania. Abdou sięga pierwszy raz po flet, oboje nie stronią od drobnych preparacji. W kolejnych dwóch opowieściach muzycy ślą nam trochę melodii, garść jazzu i pewną taneczną dostojność, jakby dawali nam chwile wytchnienia przed tym, co na ich albumie definitywnie najciekawsze.  W siódmej odsłonie powraca flet, a gitara sypie brudnymi dźwiękami. A tuż potem zapowiadany skok jakości! Zabrudzone, metaliczne wyziewy gitary, mroczne oddechy saksofonu i intrygujący suspens dramaturgiczny. Zmiana goni tu za zmianą. Tuba śpiewa, charczy i syczy, a gitara stroi bardzo nisko. Emocje pną się ku górze i zgrabnie finalizują opowieść. Album kończy ballada, która zdaje się konsumować wszelkie ambiwalencje, jakie zrodziły się w głowie recenzenta. Choć nie brakuje w niej stylowych, dętych kantów i zadziornych westchnień.



Le Trio Voyageur  Fu-Rin-Ka-Zan (Circum-Disc, CD 2022)

Miejsce i czas nagrania nieznane; Ludovic Montet – wibrafon, instrumenty perkusyjne, głos i kompozycje, Stefan Orins – fortepian i głos oraz Charles Duytschaever – perkusja i głos. Osiem utworów, 48 minut.

Fu-rin-ka-zan, to prawdopodobnie zbitka japońskich słów określających wiatr, las, ogień i góry. Album o tym tytule jest zaś rodzajem pamiętnika francuskich muzyków z podróży po Japonii. To zbiór bystrych, jazzowych kompozycji, które śmiało zaliczyć może do tzw. nurtu głównego, ubranych w zgrabną melodyki, doposażonych w zwinne, nieprzegadane improwizacje i dalece chill-outowy klimat, przynajmniej w percepcji miłośników zgrzytliwych i bolesnych wojaży free impro. Zestawienie wibrafonu, niepreparowanego fortepianu i perkusji może sugerować ocean słodyczy, ale zapewniamy, iż artyści potrafią tu pokazać czarci pazur!

Dwie pierwsze kompozycje tyczą nam szlak, po którym podążać będą artyści. Smukły jazz bez pretensji do nieomylności, budowany niemal z baletową gracją. Piano i wibrafon czynią tu honory solistów, ale ich eskpozycje dobrze komponują się z kolektywnym charakterem narracji. Muzyka do tupania nogą i śpiewania, ale także do niezobowiązującej refleksji. Trzecia opowieść przybiera szaty ballady z bluesowym posmakiem, która po czasie łapie bakcyla dynamiki. Kończy ją solo perkusisty, który jest także jednym instrumentalnym aktorem kolejnego utworu. Tu niemal afrykańska polirytmia bogacona jest rytmicznymi okrzykami pozostałych muzyków, czynionymi w języku japońskim. Piąta część znów startuje z pozycji sweet song, ale nabiera wigoru, a kończy ją duet inside piano i perkusyjnych szczoteczek, budowany z dużą atencją emocjonalną. Z kolei szósta opowieść powstaje głównie na klawiaturze piana i wibrafonach powierzchniach płaskich. To przykład niemal post-klasycznej narracji. W przedostatniej części muzycy pokazują ów zapowiadany pazur. Dynamika, czarne klawisze w konwulsyjnym, rytmicznym tańcu i dużo dobrych emocji, wieńczonych zmysłową, tłumioną improwizacją. Album kończy samotnie wibrafonista. Jego delikatne, wręcz oniryczne frazy udanie reasumują całe nagranie.



Vinny Golia, Bernard Santacruz & Cristiano Calcagnile  To Live and Breathe... (Dark Tree Records, CD 2022)

Piacenza, Casa Spezia, 5 lutego 2017; Vinny Golia – saksofon sopranowy i flet piccolo, Bernard Santacruz – kontrabas oraz Cristiano Calcagnile – perkusja. Pięć improwizacji, 53 minuty.

Na foniczną dokumentację spotkania amerykańskiego saksofonisty, bezdyskusyjnego weterana gatunku i jego nieco młodszych, ale też pozostających w sile wieku kolegów - francuskiego kontrabasisty i włoskiego perkusisty - czekaliśmy długie pięć lat. To kolejny w dzisiejszej zbiorówce pokaz swobodnego jazzu, otwartego na wszelkie sugestie stylistyczne. Jeśli nie wtłaczamy włoskiego wydarzenia w ramy free jazzu, to jedynie dlatego, iż artyści kreują w trakcie niemal całego koncertu plejady dźwiękowych subtelności i dowodzą, iż w otwartej kameralistyce także mają dużo do powiedzenia.

Pierwsze cztery improwizacje, to zasadnicza część koncertu, podana w jednym strumieniu dźwiękowym. Na starcie wysoko zawieszony sopran, niskie pizzicato kontrabasu i aktywny drumming posadowiony gdzieś pomiędzy nimi. Śpiewna melodyka, żywy groove basu i sporo kreatywnego fermentu ukrytego wewnątrz narracji. Żywa, dynamiczna improwizacja, nieco filuterna, gdy wszystkie instrumenty zaczynają grać w wysokich rejestrach. Finał otwarcia kipi od emocji saksofonu, które gasić musi zwinny smyczek. Druga faza koncertu przenosi nas do przestrzeni bardziej kameralnej. Smutny saksofon i kontrabas, który decyduje tu niemal o wszystkim, wreszcie rezonujące talerze, które w końcowej fazie kradną show. W trzeci odcinek wchodzimy na barkach perkusisty, który buduje urokliwe expo dając sygnał, że i on może postawić nas do pionu jakością swojego frazowania. Narracja nabiera wigoru, gdy do gry wchodzą pozostałe instrumenty, oferując dobre emocje i kilka fajerwerków ze strony świetnie rozgrzanego drummera. W ostatniej części seta muzycy ponownie chyla się ku kameralistyce. Saksofon woli tu leniwie śpiewać, ale kontrabas i znów świetna perkusja macą flow i kreują świetne figury dramaturgiczne. Po oklaskach czas na encoreI Golia sięga po flet piccolo, Santacruz zaczyna na smyczku, potem sunie delikatnym pizzicato, a Calcagnile dodaje kilka perełek ze swojego coraz bogatszego zasobnika jakości. To być może nietypowe, ale zdaje się, że bis tego więcej niż dobrego koncertu jest jego najlepszą częścią.



Horace Tapscott Quintet  Legacies for Our Grandchildren - Live in Hollywood, 1995 (Dark Tree Records, CD 2022)

Hollywood, Catalina’s Bar & Grill, 19-20 grudnia 1995; Horace Tapscott – fortepian, Michael Session – saksofon sopranowy, altowy i tenorowy, Thurman Green – puzon, Roberto Miranda – kontrabas, Fritz Wise – perkusja oraz gość specjalny: Dwight Trible – wokal. Sześć utworów (różni kompozytorzy), godzina zegarowa.

Zgodnie z zapowiedzią preambuły tej zbiorówki cofamy się w czasie, w tym wypadku o skromne 27 lat. Na scenie znanej kalifornijskiej miejscówki dla fanów pełnokrwistego jazzu spotykamy legendę gatunku, pianistę, który w zgrabnym kwintecie serwuje nam sześć pure jazzowych kompozycji, zdobionych efektownymi, niekiedy wręcz free jazzowymi solówkami. Muzyka ta z perspektywy trzeciej dekady XXI wieku wydaje się dość oczywista i przewidywalna, ale z drugiej strony, czy ktoś potrafi dziś grać jazz środka na takim poziomie kreatywności?

Koncert z Hollywood składa się z dwóch, przeplatających się wątków. Nieparzyste tematy zdają się tu stanowić esencję jakości – dwie pierwsze, to kompozycje Tapscotta, ta trzecia, to utwór Milesa Davisa. Świetnie ze sobą współgrają stylistycznie - melodyjne, ale twarde tematy, niebywały groove kontrabasu, który trzyma flow od pierwszej do ostatniej sekundy i wyjątkowo smakowite solówki saksofonu i puzonu. Sam pianista trzyma się tu trochę z boku, pełni rolę strażnika jakości wykonania kompozycji, a gdy już rusza w tango ze swoją ekspozycją solową, bywa wystudzony, niekiedy stanowiąc dysonans dla śpiewnego tematu i harcujących dęciaków. Choć tematy pianisty budzić winny szacunek (jakże precyzyjne aranże, które stymulują emocje na scenie!), to trzeba oddać królowi, co królewskie. Temat Davisa, to top tego koncertu - dynamiczny, nasycony połamanymi synkopami i świetną robotą drummerską. Utwory parzyste, z pespektywy recenzenta, mogłyby w ogóle nie znaleźć się na tym albumie. Pojawia się w nich wokalista, a tematy stanowią afroamerykańskie spirytualsy. Rodzaj hołdu dla korzeni jazzu i czarnej kultury nie budzi naszych wątpliwości, te wynikają raczej z przesłodzonej estetyki piosenek, jakie serwuje nam kwintet +1. Honoru parzystych kompozycji broni finałowa ballada, którą zdobi świetny step pianisty i rozśpiewane frazy saksofonu sopranowego.




Steve Hubback  Aarhus (Colectivo Casa Amarela, Kaseta/ DL 2022)

Aarhus, 1987; Steve Hubbach - perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika. Dwa utwory (prawdopodobnie fragmenty dwóch koncertów), 45 minut.

Walijski perkusista, aktywny na scenie improwizowanej od zamierzchłych lat 70. ubiegłego stulecia, odkrył w trakcie pandemii zbiór starych kaset ze swoimi solowymi koncertami z roku 1987. Z obszernego materiału dało się wykroić dwie strony kasety, zachowując przyzwoitą jakość brzmienia (choć klejenia taśmy są słyszalne). Muzyk w trakcie tych występów udanie korzysta z elektroniki, a w procesie improwizacji skupia się na czystym drummingu i raczej nie winniśmy oczekiwać od niego stosowania rozszerzonych technik wydobywania dźwięków z werbla, tomów, czy talerzy.

Pierwsza strona kasety składa się z trzech podepizodów. Początek tworzony jest na plamie ambientu, po której urokliwie ślizga się circle drumming, silnie doposażony w pogłos. Muzyk incydentalnie do kotła dźwięków wrzuca elektroniczne zgrzyty, ale szczęśliwie dość szybko porzuca ten rodzaj aktywności. Druga część budowana jest wyłącznie na perkusji i po prawdzie nie przynosi nic szczególnie ekscytującego. To jedynie wystudzone emocje powtórzeń i zgranych, perkusyjnych grepsów. Mały ambient powracana na koniec seta i narracja od razu zyskuje na jakości. Druga strona kasety też klei się z trzech wątków i wydaje się być dużo ciekawsza. Pierwsza odsłona jest pure drummingowa, ale skoncentrowana na drobiazgach, pełna brzmieniowych smaczków i niebanalnej dynamiki. W części drugiej pojawia się soczysty ambient, który po kilku pętlach narracyjnych przechodzi z pozycji tła to roli pełnoprawnego kreatora improwizacji. Przez moment słyszymy chór kościelny, który kontrapunktowany jest dość agresywnym bębnieniem. Wreszcie sam finał strony i kasety, definitywnie najbardziej intrygujący w zestawie. Muzyk sięga po bliżej nieokreślony w albumowym credits instrument strunowy. Posiłkując się elektronicznym tłem buduje doskonałą ekspozycję. Najpierw szarpie za struny, potem prowadzi na nich drummingową narrację. Zakończenie skrzy się ciekawymi frazami, metalicznym echem i niemal oniryczną poświatą.

  

 

wtorek, 11 maja 2021

Clor, Lesecq, Malmendier & Škrijelj! Nuits et Latitudes!


Rezydujący we francuskim Metz label eux sæm doczekał się na początku bieżącego roku swojego czwartego wydawnictwa, które jak zwykle przykuło naszą uwagę w stopniu ponadnormatywnym. Prowadzona przez muzyków - Emilie Škrijelj i Toma Malmendiera – inicjatywa edytorska koncertuje się wokół ich aktywności muzycznych, przynosi zaś w skończonej liczbie przypadków intrygujące improwizacje, które udanie łączą dźwięki żywych instrumentów z elektroniką. Ten ostatni wątek często pojawia się na łamach Trybuny w ostatnich dniach, a omawiana płyta, to kolejny dowód rzeczowy w sprawie. W ramach introdukcyjnej reasumpcji dodajmy wszakże już teraz – pozycja numer cztery, to najlepsza jak dotąd płyta w katalogu eux sæm!

 


Połowa grudnia ubiegłego roku, francuska Miluza i czworo muzyków w jednym miejscu i czasie, wbrew zakazom pandemicznym: Stéphane Clor (kontrabas i sampler), Armand Lesecq (elektronika) oraz edytorzy we własnych osobach - Tom Malmendier (perkusja) i Emilie Škrijelj (akordeon i sampler). Kwartet ma nazwę własną (Nuits), a płyta tytuł (Latitudes) - w formacie CD dostajemy zaś jeden, blisko 49-minutowy trak.

Nuits zapraszają nas na wyjątkowy, elektroakustyczny spektakl dźwiękowy, w którym aż roi się od naszych ulubionych fake sounds (innymi słowy – to, co słyszymy trudno jest na ogół skojarzyć z konkretnym instrumentem lub przedmiotem muzycznego użytku), który jednakowoż doskonale łączy syntetyczne frazy z brzmieniem - pozostających w stałej przewadze sytuacyjnej - realnych instrumentów. Już aura otwarcia obiecuje nam wiele – kontrabas dudni z post-rockowym zębem, a reszta obecnych na scenie urządzeń zdaje się szumieć i szeleścić splotem elektronicznych i perkusjonalnych dźwięków. Opowieść od początku jest gęsta i intensywna, ma swoją nerwową, wewnętrzną dynamikę, ale też wydaje się być wyjątkowo lekka, wręcz ulotna, bo nawet kontrabas nie utrzymuje tu zbyt silnego kontaktu z podłożem. Po niedługiej chwili w tle pojawia się chmura ambientu z nieznanego miejsca pochodzenia, która udanie konweniuje z pulsującym basem, drżącymi perkusjonaliami i nieinwazyjną, niemal filigranową elektroniką.

W 7 minucie puls basu gaśnie, a w jego miejsce pojawiają się nowe akcje, których celem jest kreowanie rytmicznej struktury narracji. Artyści i ich tajemnicze przedmioty kreślą teraz serię dronów, którą zdobi melodia najprawdopodobniej dostarczana wprost z samplera. Każdej akcji towarzyszy reakcja lub nowa akcja, a niespodzianki sypią się jak z rogu obfitości. Powraca basowa pulsacja, ale pachnie już bardziej syntetycznym brzmieniem, rodzą się kolejne preparacje po obu stronach elektroakustycznej barykady, jakkolwiek ten fragment płyty, to być może jedyna chwila, gdy dźwięki syntetyczne pozostają w przewadze liczebnej. Po wybiciu pierwszego kwadransa improwizacja po raz pierwszy zdecydowanie zdejmuje nogę z gazu i uroczo tłumi się w elektroniczne delikatności i akustyczne subtelności. Nowa porcja ambientu wydaje się płynąć tym razem z woli smyczka na gryfie kontrabasu. Flow schodzi w dół, a meta drumming (chyba nie tylko z perkusji) buduje dodatkowy suspens. Całość drga, szuka rytmicznej powłoki, jak chory tlenu pod respiratorem. Akustyka odzyskuje, utracone kilka chwil temu, miano przewodnika improwizacji. Rozkołysany smyczek tapla się w post-perkusjonalnym i ambientowym sosie z gracją baletnicy, a wszystko wokół niego zdaje się śpiewać i rzewnie zawodzić. Być może ta ostatnia sytuacja jest wynikiem działań akordeonu, który po raz pierwszy pokazuje swoje bardziej żywe oblicze. Opowieść z czasem gęstnieje szmerem perkusyjnych talerzy i mocą posadowionych niżej, bardziej syntetycznych fraz.

Gdy mija drugi kwadrans opowieść ponownie przygasa, tym razem jednak znajduje schronienie w strumieniu preparowanych dźwięków, realizowanych głównie przez osnute elektroniką perkusjonalia. Nowy wątek proponuje bas, który na poły rockowymi metodami stara się wybudzić improwizację ze stanu drobnych dylematów dramaturgicznych. Nisko osadzone repetycje, perkusyjne stymulacje i delikatna syntetyka spod akordeonu, to główne elementy, które tworzą improwizację w jej trzecim kwadransie. Ta część opowieści gaśnie w plejadzie dźwięków kreowanych przez preparowany bas i wyzbyty elektroniki akordeon, a także rezonujące talerze. Narracja umiera elektroakustycznym szumem spadających dźwięków.

Ostatnie wybudzenie improwizacji – już po upływie trzech kwadransów - tli się nowym pasmem ambientu, kontrabasowym smyczkiem i kolejną porcją rezonansu żywych perkusjonalii. Na koniec powraca także wątek pulsującej elektroniki. Całość nie traci jednak swojej subtelności, a artyści skutecznie dbają o to, by każdy dźwięk, bez względu na źródło swojego pochodzenia, efektownie wybrzmiewał. Finałowy dron smyczka, metafizyka milczących instrumentów i dzwonki - rytuał zakończenia zdaje się być równie fantastyczny, jak całe nagranie. Brawo!

 


wtorek, 20 października 2020

Škrijelj & Malmendier in two different outfits! A new music by eux sæm!


Emilie Škrijelj i Tom Malmendier u progu nowego, jakże szalonego roku 2020 założyli edytorską inicjatywę eux sæm, z siedzibą we francuskim Metz. Z ich pierwszą produkcją Les Marquises mieliśmy już okazję zapoznać się na tych łamach. Nie szczędziliśmy wówczas ciepłych słów dla elektroakustycznej, swobodnej improwizacji na akordeon zaplątany w elektronikę i żywą perkusję. Dziś muzycy powracają z nowymi płytami labelu, tym razem jednak nagranymi osobno. Emilie zagra w trio (jakże pandemicznym!), a wcześniej Tom będzie improwizował w kwartecie! Dodajmy, iż obie płyty są dostępne na nośniku fizycznym (CD).

 


There or here and that by Eraslan/ Frith/ Malmendier/ Weil

Na początek zapraszamy do Strasbourga i studia nagraniowego NAC. W połowie listopada 2018 roku spotykamy tam czterech artystów. Oto oni: Anil Eraslan – wiolonczela (z amplifikacjami), Fred Frith – gitara elektryczna, Tom Malmendier – perkusja oraz Clara Weil – głos. Odsłuch sześciu swobodnych improwizacji zajmie pełną godzinę i 49 sekund.

Spektakl inaugurują rwane frazy wiolonczeli i dźwięki przypominające szeptany beatboxing, a wszystko zdaje się tonąć w elektroakustycznej poświacie. Obok szelest post-rockowej gitary i nabierającej dynamiki perkusji. Kwartet potrzebuje około minuty, by wejść na tor gęstej, utrzymanej w żwawym tempie, swobodnej i bardzo kolektywnej improwizacji. Kobiecy głos już teraz potrafi nakrzyczeć na wszystkich wokół, a podłączone pod zasilanie zmienne cello działa wedle zbliżonego scenariusza. Kołem zamachowym opowieści zdaje się być nade wszystko perkusista, zaś mistrzynią kreatywności owa Pani przy głosie, która skacze z kwiatka na kwiatek i wiele wskazuje na to, że jest w stanie zaproponować każde rozwiązanie dramaturgiczne. Na finał pierwszej części strumień dźwięków rozlewa się bardzo szerokim korytem – gitara znajduje psychodeliczną poświatę, a głos charczy, jak zepsuty odbiornik radiowy. Druga opowieść na wejściu stawia na preparowanie dźwięków. Najpierw trzy instrumenty, potem głos, który przypomina wygłodniałą po covidowej kwarantannie owcę na wybiegu. Kolektywny, demokratyczny spleen rządzi niepodzielnie rozwojem wypadków scenicznych. Po kilku pętlach flow gęstnieje do tego stopnia, iż wszyscy zdają się śpiewać zaplątaną meta melodię, każdy na swój sposób. Dużo fermentu sieje amplifikowane cello, które najpierw kąsa prądem, a potem zieje ogniem … post-electro. Jeszcze tylko kilka incydentów w podgrupach, a na finał mała kwartetowa eksplozja. Trzecia improwizacja wita nas paletą wyjątkowo czystych dźwięków, przynajmniej na tle poprzednich części nagrania. Wiolonczela spokojnie płynie, głos podśpiewuje, gitara delikatnie rzęzi, a deep drumming dopełnia obrazu jakże kameralnej ekspozycji. Po upływie trzech minut sygnał do wzrostu dynamiki daje oczywiście perkusja. Gitara nabiera rocka, głos pokrzykuje, po czym narracja schodzi w obszar przyciszonego śpiewu i łoskotu talerzy. Po niedługiej chwili gitara zaczyna dudnić jak bas, a swoje dokłada cello – akcja goni tu akcję, ale sama narracja wydaje się być niezwykle przestrzenna. Pojawiają się zabawy w pytania i odpowiedzi, znów klimat całości nabiera bardziej kameralnego charakteru i nie stroni od dłuższych fraz. Po czternastej minucie (uwaga, to najdłuższa sekwencja dźwięków na płycie!) muzycy brną w kierunku estetyki balladowej. Nim jednak wybrzmi ostatni dźwięk, zdążą jeszcze istotnie zmącić strumień narracji.

Czwartą część płyty rozpoczyna … lejąca się woda. Nie wiemy dokładnie, kto jest sprawcą tego incydentu. Gryf gitary grzmi złowieszczo, ale reszta instrumentów kreuje małe, filigranowe frazy, pełne niuansów brzmieniowych. Solidarna zabawa dźwięk na dźwięk toczy się w najlepsze. Z tego zbioru małych zdarzeń muzycy budują masywny dron. Szepty i krzyki, warknięcia i westchnienia. Akustyczne pląsy i elektryczne plamy. Piąta opowieść od startu stawia na dynamikę, ale opowieść płynie nad wyraz swobodnie i zdaje się być dość zwiewna. Garść niemal operowych dźwięków wprost z gardła, smyczki i small percussion w najkrótszej, trzy i półminutowej opowieści. Czas na finałową, rozbudowaną do pełnego kwadransa improwizację. Zaczynają ją drżące struny i migoczące perkusyjne świecidełka. Piszczący głos, przeciąganie liny - struna po strunie, pulsujące smyczki, lekka, ale zadziorna narracja, pełna dramaturgicznych subtelności. Akcja, reakcja, ale także garść dość łagodnych dźwięków. Intuitywne post-chamber zdaje się pięknie reasumować wysoką jakość całego nagrania. Cello rozmawia z głosem, raz językiem pacholęcym, innym razem niczym dwie operowe divy. Na przetworniku gitarowym buduje się pasmo syntetycznych, dość zaskakujących fraz. W połowie improwizacji muzycy włączają nieco bardziej dynamiczny tryb. Potem cudownie trwonią czas na rozchełstane call & responce, kilka preparowanych dźwięków, a nawet dubowe echo gitary. Bogaty w wydarzenia finał sięga także po mglisty ambient, głos scatem i szelest perkusjonalii. Opowieść zostaje zgaszona w mistrzowskim stylu, ale po takiej wyjątkowo udanej, godzinnej narracji, w ogóle nas to nie dziwi.

 


Distant Numbers by Loris Binot/ Lê Quan Ninh/ Emilie Škrijelj

Kolejna płyta nagrana została przez trzech artystów, ale każdy z nich pracował osobno, w innym miejscu i czasie (wszakże w trakcie pandemicznej wiosny roku bieżącego). Każdy przygotował jeden autorski, improwizowany materiał, który następnie był miksowany z utworami pozostałych muzyków. W różny sposób, w różnej kolejności. Efektem tych prac jest sześć kombinacji liczb 1,2 i 3. Dodatkowo stworzony został siódmy utwór, który jest konglomeratem indywidualnych traków każdego z muzyków. Uff…. zacznijmy od danych personalnych: Loris Binot – piano preparowane (część druga, nagrana w Metz), Lê Quan Ninh – surrounded bęben basowy (część trzecia, Jarnages) i Emilie Škrijelj – akordeon (część pierwsza, Scy-Chazelles). Całość trwa 35 minut i 37 sekund.

Przed nami nagranie, które nie powstało w czasie rzeczywistym, jest efektem pewnego rodzaju … improwizowanej post-produkcji, ale jakkolwiek skomplikowany nie byłby proces, jaki doprowadził do ostatecznego efektu (a także równie ułomny opis recenzenta), to, co dostajemy na płycie Distant Numbers brzmi, jak swobodna improwizacja realizowana definitywnie w … czasie rzeczywistym, do tego nad wyraz wartościowa artystycznie, ale o tym już poniżej.

Płyta zaczyna się zwinnym konglomeratem dźwięków i brzmień, którą mniej lub bardziej przypominają wielowymiarowe instrumenty perkusyjne. Po prawdzie, tak działo się będzie w wielu fragmentach tej niekolektywnej improwizacji. Coś masywnie drży, coś tańczy na strunach fortepianu, coś skrzypi, brzęczy i huczy. Świat preparacji, który choć nie korzysta z amplifikacji, chwilami smakuje elektroakustyką. Druga opowieść nie stroni od rezonansu, szumów, szelestów, całej palety dźwięków, które potrafią brzmieć w sposób dalece nierzeczywisty. W tym tyglu zdarzeń, od czasu do czasu, pojawia się jęczący akustyką akordeon i to właśnie ten instrument zdaje się tętnić najbardziej żywym dźwiękiem. Preparowany bęben basowy czasami przypomina grzmoty pioruna w otwartej przestrzeni kosmicznej, a preparowane piano – to wiemy pewnie najlepiej – potrafi zaskoczyć nasze narządy słuchu w każdym momencie. W trzeciej części dźwięki, jakie do nas docierają sprawiają wrażenie, jakby cała trójka artystów zamknęła się w pudle rezonansowym fortepianu. Wszystko drży do tego stopnia, że niemal … śpiewa.

Szczególnie udany wydaje się odcinek czwarty. Pulsująca meta elektroakustyka akordeonu nabiera posmaku suchego ambientu, rezonuje z resztą świata aż do uzyskania intrygującego efektu post-noise. Piano dostarcza dźwięków z samego swego dna, surrounded bass drum wypełnia zaś całą resztę jakże intensywnego odcinka improwizacji. Piąty epizod znów brzmi, jak zmutowana armia instrumentów perkusyjnych. Całość narracji nabiera maszynowego rytmu, brzmi niczym zdezelowana wiertarka. I znów akordeon zdaje się być tym ostatnim po stronie żywych uczestników tego niezwykłego spektaklu. Szósty epizod zdaje się oddychać – z glazury wielkiego bębna bucha powietrze niczym z tuby instrumentu dętego. Mechanika małego zakładu szlifierskiego - szorowanie, polerowanie, skrobanie, tłuczenie i ugniatanie! To zapewne także efekt maltretowania strun fortepianu i klawiszy akordeonu (ten ostatni zdaje się konać w mękach piekielnych!)! Wreszcie siódmy epizod, lepiący niezmiksowane dźwięki wygenerowane wcześniej przez muzyków. Zachowując odrobinę wyobraźni, można rzecz - tworzone symultanicznie. Perkusjonalne echo, preparacje fortepianu, drżenie akordeonu – powstaje gęsta narracja, który kipi aż po sam sufit, po czym błyskotliwie schodzi w ambient, by po chwili znów eksplodować krótkotrwałą porcją hałasu. Akustyczne morze szaleństwa w nieskończonej czasoprzestrzeni. Szkliste piano, błyszczący akordeon, szemrzący bęben basowy – recenzentowi kończą się już metafory, dobrze zatem, że ta fantastyczna płyta trwa tylko 35 i pół minuty.

 

 

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Tom Malmendier & Emilie Škrijelj and their Les Marquises!


W ramach zakrojonej na szeroką skalę eksploracji kolejnych etapów łamania akustycznych barier we współczesnej muzyce improwizowanej, z jaką mamy do czynienia w Barcelonie (patrz: post poprzedni, czekaj na post następny), proponujemy chwilę artystycznego wytchnienia przy akordeonie i perkusji! Jednakże, iż uwagi na fakt, iż oba skromne instrumenty akustyczne podłączone zostaną pod zwoje kabli i dodatkowo wspierane będę urządzeniami, które pozwalają na permanentny proces dekonstrukcji żywego dźwięku, a także samplowanie, czeka nas raczej przygoda z improwizowaną muzyką … post-techno!

Pani zwie się Emilie Škrijelj, Pan zaś Tom Malmendier. Ten drugi odpowiada za brzmienie perkusji i tzw. obiektów, zaś cała szalona reszta dźwięków, to dzieło tej pierwszej. Płytę formacji Les Marquises (bo tak ta para nazwała się przy okazji debiutu fonograficznego w roku ubiegłym) dostarcza na tegorocznej płycie CD label Eux Saem. Całość składa się z trzech improwizacji, a trwa 39 minut i kilkadziesiąt sekund.




Bystry drumming, z ekspozycją stopy na bębnie basowym, zanurzony w onirycznej poświacie syntetyki i pasma wielobarwnej, elektronicznej post-akustyki, oto dźwiękowy obraz otwarcia Les Marquises. Całość narracja ma wymiar nade wszystko perkusyjny – syntetyka z zębem, akustyka z posmakiem post-rockowej brawury. Emilie sprawia wrażenie, jakby prowadziła permanentny live proccesing dźwięków generowanych przez Toma, jakkolwiek domyślamy się, iż nie jest to główny zakres jej obowiązków scenicznych. Opowieść będąca dobrym przykładem, iż elektronika i akustyka mogą śmiało współtworzyć całkiem udany marsz równości. Ta pierwsza wydaje się być niezwykle kreatywna – raz repetuje, innym razem skrzeczy, a samplowane głosy ludzkie dodają całości zagadkowej poświaty. Ta druga dba o dynamikę, jest niebywale plastyczna, trzyma jądro narracji na właściwym miejscu. W okolicach trzynastej minuty drummer najpierw milknie na kilka sekund, a potem rozpoczyna proces preparowania własnych dźwięków. Narracja toczy się nieco wolniej, pełno w niej pisków, szumów i bliżej niezidentyfikowanych fonii. Powrót do dynamicznej narracji znów kieruje improwizację w wymiar perkusyjny, mocno podładowany elektroniką. Recenzent nie może nie podzielić się swoim muzycznym skojarzeniem: bystre, zwinne post-techno spod znaku Mouse On Mars!

Druga improwizacja zaczyna się … żywym dźwiękiem akordeonu (a jednak!). Zaraz podłącza się do niego równie akustyczny drumming. Elektroniczne dekonstrukcje czają się jednak w zakamarku sceny i czekają na swój czas. Po niedługim czasie elektronika, z dużym rozmachem, rozpoczyna budowanie swojej opowieści, w tle zaś perkusja czyni to o wiele spokojniej, sprawiając, iż całość staje się ciekawym dysonansem. Po chwili elektronika płynie jednak w zadumie, a to perkusja zdaje się nakręcać spiralę narracji. Na powrót akustycznego brzmienia akordeonu musimy poczekać do dziewiątej minuty opowieści. Wracają także głosowe sample i aktywny drumming. Na to wszystko nakłada się matowa poświata elektroniki. Wszyscy i wszystko rusza do tańca! Samo wybrzmiewanie odbywa się jednak bardzo filigranowymi dźwiękami.

Ostatnia, najkrótsza improwizacja, buduje się w nieco wolniejszym tempie. Tom szlifuje krawędzie i talerze swojego drummerskiego zestawu, Emilie podaje meta rytm z akordeonu, samplowane głosy zaś lepią całość w opowieść, która smakuje dalekowschodnią post-muzyką Muslimgauze’a! Na finał płyty powraca czysty, akustyczny dźwięk akordeonu. Śpiewa przy akompaniamencie circle drumming. Syntetyczna poświata dodaje całości niebywałej urody. Znów elektronika i akustyka kreują artystyczny marsz równości, choć w dalece innej estetyce, niż miało to miejsce w pierwszej części. Ostatnia prosta - znów proces wybrzmiewania zdaje się być wyjątkowo pieczołowicie skonstruowany.