piątek, 5 maja 2017

Ian Brighton – Reunion, czyli powrót do świata żywych


Personalia brytyjskiego gitarzysty, przywołanego w tytule dzisiejszej opowieści, być może wielu z nas mówią niewiele. Trudno się jednak temu dziwić, albowiem muzyk - dziś już po 70-ych urodzinach - przez ostatnie ćwierć wieku przebywał w stanie nieuprawiania muzyki. Inny słowy, nie funkcjonował artystycznie w sposób szczególnie zauważalny dla reszty świata.

Aktywny muzycznie mniej więcej od końca lat 60. ubiegłego wieku do końca lat 80., nie pozostawił po sobie zbyt wielu nagrań, ale przynajmniej dwa z nich godne są częstego przypominania i zostaną tu przywołane z imienia i nazwiska. Ponadto Brighton uczestniczył w latach 70. w rejestracji niektórych płyt Spontaneous Music Ensemble/ Orchestra Johna Stevensa, co już samo w sobie – przynajmniej na tych łamach – jest wartością niezbywalną i godną wiecznej chwały.




Mniej więcej trzy lata temu muzyk powrócił do uprawiania muzyki w wymiarze publicznym. Po dwóch dość nieśmiałych próbach, latem ubiegłego roku zorganizowany został koncert w bardzo zacnym gronie brytyjskich free improv mistrzów, który od kilku tygodni dostępny jest fonograficznie po tytułem Reunion – Live From Cafe Oto. Zanim jednak szczegółowo omówimy ten krążek, parę zdań rysu historycznego.


Dwa wybitne czarne krążki, jeden srebrny, a po nich już tylko popiół…

We wrześniu 1973r. Brighton wraz z przyjaciółmi zarejestrował swobodnie improwizowany materiał pod szyldem Balance, który stanowił zarówno nazwę formacji, jak i tytuł płyty (LP Incus, 1073). Obok gitarzysty, w nagraniu uczestniczyli także: Philipp Wachsmann na skrzypach, Frank Perry na perkusjonaliach i Radu Malfati na puzonie, a także drobnej elektronice. W dwóch fragmentach słyszymy również wiolonczelę Colina Wooda, muzyka, który za dwa lata stanie się stałym członkiem Spontaneous Music Ensemble. Muzyka zawarta na dwóch stronach winyla trwa niespełna 40 minut i przynosi bardzo wyważoną, spokojną, molekularną improwizację, opartą na surowym brzmieniu instrumentów strunowych (na okładce płyty muzycy upierają się przy określaniu ich muzyki mianem kompozycji).




Po kilku latach Brighton powraca już w pełni autorskim wydawnictwem Marsch Gas (LP Bead Records, 1977). Trzon ekipy Balance pozostaje niezmienny (Brighton, Wachsmann, Malfati), jednak w nagraniu uczestniczą także Marcio Mattos (kontrabas), Roger Smith (gitara, już wtedy członek SME) i Jim Livesey (saksofon altowy). Siedem eksplozywnych, krwiście improwizowanych odcinków z tytułami, muzycy znów określają mianem kompozycji (w tym zakresie udzielają się prawie wszyscy). Jeśli kiedykolwiek dotrzecie do tego nagrania, z pewnością zrozumiecie, dlaczego muzyczny powrót do świata żywych Iana Brightona osobiście uważam dziś za duże wydarzenie. Doskonała płyta!

Z Wachsmannem, Mattosem i Trevorem Taylorem (perkusjonalia, elektronika; przy okazji szefem wydawnictwa FMR Records), nasz bohater muzykował przez dwie dekady. Ich spotkania zwykli określać mianem String Thing. Jedyny fonograficzny dokument, jaki po tych muzycznych ekscesach pozostał, zwie się Eleven Years of Yesterday (Bead/FMR Records, 1988). W trakcie studyjnej rejestracji, kwartet rozszerzony został o Petera Jacobsena, obsługującego różnorakie instrumenty klawiszowe. Nagranie to kończy w zasadzie muzykowanie w tym składzie.

Tym samym, gdy mija całkiem bezboleśnie dwie i pół dekady, lądujemy już w czasach całkowicie nam współczesnych. W roku 2014 Brighton ogłasza światu, że jednak żyje i publikuje w sieci globalnej skromny materiał solowy, a w roku ubiegłym, po pośrednictwem cd-rowego labela Marka Wastella, publikuje różne nagrania z lat 2013-2015 (w tym także dwie znacznie starsze miniatury), po tytułem Now and Then (Confront, 2016). Pośród kilku fragmentów odnajdujemy tu także krótkie muzyczne spotkanie kwartetu String Thing – 30 Years of Yesterday, które miało miejsce w roku … 1986.


Reunion or even … rebirth!

Nie pozostaje nam już nic innego, jak odnaleźć się czasoprzestrzennie w londyńskim Cafe Oto. Jest 14 sierpnia 2016r. Spotkanie okrzyknięte mianem Reunion, ubarwi czterech historycznych muzyków String Thing, a także dwoje znamienitych gości, ale mistrzem ceremonii będzie niepodzielnie Ian Brighton!

Here and Hear (Ian Brighton solo). Łagodny, acz głęboki sound gitary. Przez moment można pozostać w drobnej konfuzji – jakby instrument był na poły akustyczny, na poły z prądem (rozwiązanie? zdecydowanie gitara elektryczna). Odczuwalny sznyt estetyki mistrza Dereka Baileya. Zwinna, gęsta narracja na lekkim pogłosie. Sześć i pół minuty introdukcji, która nie pozostawia wątpliwości, czy chcemy dalej być częścią tego koncertu.




Why do we leave it so long? (Ian Brighton/ Philipp Wachsmann/ Marcio Mattos/ Trevor Taylor). Trzy strunowce (w tym dwa akustyczne, skrzypce i kontrabas) w opozycji do perkusjonalii, elektroniki, a także niewymienionego na okładce wibrafonu. Spokojna, liryczna (a może jednak … trochę deliryczna) narracja, bez pyskówek, ani akustycznych zadziorów. Gitara smukła jak na solowym wprowadzeniu. Wibrafon oklepuje te dźwięki i zachęca do powolnej eskalacji, która jednak nie chce nadejść. Improwizacja toczy się raczej w estetyce search & reflect, naznaczonej dużą dozą kameralistycznego skupienia. W międzyczasie garść gadanych sampli, które niczego nie wnoszą do spektaklu. Mimo podejmowanych przez poszczególnych muzyków prób dynamizacji tej ciągle dość skromnej wymiany poglądów, muzyka snuje się dalece leniwie. Najczęstszym prowodyrem zmian zdaje się być tu Taylor i jego dość rozbudowane instrumentarium. Skrzypce i gitara, rozstawione na skrzydłach, plotą swoje, a kontrabas pozostaje na ogół w pozie konstruktywnego zaniechania. Wibrafon zmienia front i tym razem sprząta na scenie, przy okazji zamiatając pod dywan kolejne próby eskalowania napięcia akustycznego. Z kajetu recenzenta: trochę brakuje tu emocji, mentalnego rozbrykania, jakiegoś akustycznego zgrzytu. Po 20 minucie muzycy jakby doczytali się powyższych słów, gdyż wspólnie doświadczamy pierwszej, porządnej eskalacji tego koncertu. Niestety już po kilkudziesięciu sekundach, całkiem kolektywnie, zostaje ona sprowadzona do parteru. Znów w poszukiwaniu ciszy i skupienia, muzycy rzeźbią improwizowane hybrydy, za nic sobie mając utyskiwania niżej podpisanego. Klimat robi się odrobinę oniryczny, mgławy (… chociaż coś). Gdy już wszyscy załapują klimat deep listening long awaited sound, wibrafon zgłasza zdanie odrębne i czar pryska… Wyjście z tej dość ciekawej improwizacyjnej matni, nie rzuca jednak na kolana. Trochę na znak protestu, skrzypce wpadają w indywidualne konwulsje, ale nie natrafiają na odzew współpartnerów. Wybrzmienie ponad półgodzinnego setu smakuje sporym niedosytem.

Walthamstow Cheesecutter (Evan Parker/ John Russell). Pierwszy z saksofonem sopranowym (nie zamieni go do końca Reunion), drugi z akustyczną gitarą, bo jakżeby inaczej. Początkowo nieśpieszna, zrównoważona narracja, szybko łapie kolektywnego bakcyla i po nanosekundzie osiąga pierwszy stopień eskalacji dźwiękowej. Duet brnie w swej improwizacji, pozostając jakby w opozycji do wysiłków kwartetu. Tu każdy moment jest pretekstem do ważnego wydarzenia akustycznego. Russell i Parker potrzebują dwóch, trzech minut, by osiągnąć to, co nie udało się poprzednikom przez ponad półgodziny – wzbudzić emocje po obu stronach sceny! Z kajetu recenzenta: brzmienie jest subdoskonałe, mam wrażenie, że Parker gra, przebywając jeszcze w garderobie. Mimo tych akustycznych ambiwalencji, saksofonista udowadnia, że jego kunszt improwizatorski graniczy z geniuszem. Russell rozumie się z nim tyleż telepatycznie, co niemal traumatycznie (mają jedną skórę, mają jedną duszę). Ich finałowa eskalacja tego niebywałego, koncertowego kwadransa graniczyłaby z doskonałością, gdyby nie zastrzeżenia w zakresie jakości dźwięku. Z kajetu recenzenta: być może doproszenie tego duetu do święta Reunion okaże się artystycznym samobójstwem gospodarzy.




What Else Did You Expect ? (Evan Parker/ John Russell/ Ian Brighton/ Philipp Wachsmann/ Marcio Mattos/ Trevor Taylor). Już pierwszy dźwięk sopranu Evana zaprasza cały sekstet do intensywnej pracy. Tym razem Brighton sytuuje swoją gitarę na środku sceny, zwalniając Russellowi miejsce na prawej flance. Narracja nie jest jakaś nadmiernie dynamiczna, ale ileż tu się dzieje?! Każdy z instrumentów zgłasza akces do bycia tym frontowym, są dyskusje w podgrupach i sprośne pyskówki, nie brakuje zgrzytów i wspaniałych dysonansów akustycznych. Z kajetu recenzenta: to nagranie, to wspaniały dowód na to, że kolektywna, wartościowa improwizacja nie może się odbywać bez wybitnych jednostek! Kwartet z drugiej części tego koncertu, tu – postawiony w obliczu rozszalałego duetu – aż iskrzy w podstawach, płonie i krzyczy z radości (może jedynie Taylor patrzy na wszystko z boku i wymownie milczy). Finał kolejnego kwadransa cudownie gęstnieje, pętli się, acz każdy dźwięk jest niebywale selektywny. Nurt improwizacji jest płynny, delikatnie psychodeliczny, w oczekiwaniu na konwulsyjny finał. Akurat w tych okolicznościach wspaniale odnajduje się sam Brighton, akceptując swoją obecność incydentami na gryfie, bezwzględnie godnymi mistrza. Przez moment Taylor sięga po sample, ale w mgnieniu oka zauważa ich zbyteczność. Momentalnie uderza w plastry wibrafonu, dzięki czemu jego osobisty wkład w sukces finału rośnie w postępie geometrycznym. Czego więcej się spodziewaliście? - pyta poeta niesiony burzą oklasków, która oznaczać może już tylko finał wieczoru ponownego zjednoczenia.





środa, 3 maja 2017

Rutherford! Rempis! Malaby! Chicago London Underground! Shelter! DEK Trio! McPhee! Küchen! Gustafsson! Courvoisier! Laubrock! Sanchez! Haino! Sobanski! – Cztery miesiące roku 2017 za nami, czyli najwyższy czas na dużą zbiorówkę


Muzyka improwizowana wciąż płynie do nas wyjątkowo szerokim strumieniem. Półki uginają się od płyt, komputery skwierczą z nadmiaru danych, a nasze uszy proszą o … chwilę wytchnienia!

Pozostajemy jednak na polu walki, bez krzty litości dla tych, którzy zwątpili. Nie było podsumowania stycznia, nie było lutego, ani tym bardziej kwartału pierwszego. Kwiecień minął w mgnieniu ucha. Zatem najwyższy już czas na konkretnie obfitą zbiorówkę na Trybunie.

Oczywiście nowe płyty goszczą na tych łamach permanentnie. Nie dalej jak kilka dni temu ogłoszono tu nawet, że pewna portugalska pozycja (The Attic tria Almeida/ Amado/ Franco) zasługuje na miano jak dotąd najlepszej, pośród tych, wydanych ze znakiem 2017. Jak się zupełnie przy okazji okazało, kolejnych kilkanaście płyt z tymże samym znakiem nie doczekało się jeszcze choćby słowa opinii ze strony Pana Redaktora. Za moment zaległość tę odrobimy z nawiązką.

Z litości dla pojemności naszej percepcji, w poniższej zbiorówce pominąłem płyty, które trafiły do mnie już w roku 2017, ale datowane były na rok 2016 (jakkolwiek z dwoma wyjątkami). Przypominam mniej bystrym, tudzież mniej zorientowanym, iż płyty na Trybunie po odsłuchu pierwotnym otrzymują tzw. wstępną rekomendację – zieloną (high), żółtą (middle) lub czerwoną (low). Teraz czas na weryfikację tych koślawych cenzurek. Robotnicy do fabryk, studenci do nauki, pismaki do piór!!!!


Paul Rutherford/ Sabu Toyozumi  The Conscience (NoBusiness Records, 2017)

Przegląd absolutnych świeżynek zaczynamy od nagrania, które powstało prawie…. 18 lat temu! Być może jedna z najwybitniejszych postaci europejskiej muzyki improwizowanej, angielski puzonista Paul Rutherford, nie żyje już od dekady. Bagaż muzyki, jaką pozostawił po sobie, zwłaszcza w wymiarze autorskim, jest niezwykle… uboga. Tym bardziej zatem cieszy nas fakt, że historia ludzkości - w wymiarze dźwiękowym - wciąż przechowuje dla nas łakome kąski.




Dzięki litewskiej niebiznesowej dociekliwości, także determinacji, trafia dziś do nas koncert Paula, poczyniony w Japonii, w towarzystwie perkusisty Sabu Toyozumi, w październiku 1999r. Dociekliwi szperacze internetowi (w tym niżej podpisany) znają zapewne doskonale inny koncert tego duetu (poczyniony rok wcześniej), który od lat dostępny jest na … całkowicie nieodstępnym cd-r, wydanym własnoręcznie przez japońskiego drummera (Fragrance, 2000).

Bez cienia wątpliwości, wszyscy entuzjaści wolnej muzyki improwizowanej doprawdy ginąć winni w odmętach szczęścia z powodu ukazania się wydawnictwa The Conscience (dodajmy, by czara radości przelała się, iż dodatkowo także w edycji winylowej, jakkolwiek uboższej o jeden fragment, ostatni z wydania cyfrowego). I nawet, jeśli ta akurat edycja sztuki improwizacji w wydaniu Paula Rutherforda nie jest szczytem jego możliwości, to radość nasza pozostaje głęboka i istotnie ponadczasowa. Muzyka Rutherforda w duecie z bardzo solidnym japońskim perkusistą jest niezwykle komunikatywna i wyjątkowa radosna, co dodaje jeszcze temu nagraniu wartości. Stanowić ona może także udane wprowadzenie w świat puzonowych imaginacji Paula dla tych, którzy – o, zgrozo! – nie czynili tego wcześniej.

Jeśli najbardziej zielona z zieleni ma jakąś nazwę własną, to winna ona paść w tym miejscu – more than high!!!


Ballister (Dave Rempis, Fred Lonberg-Holm, Paal Nilssen-Love)  Slag (Aerophonic Records, 2017)

Dave Rempis/ Matt Piet/ Tim Daisy  Hit The Ground Running (Aerophonic Records, 2017)

Po egzaltacji starowinką, przyjdźmy już definitywnie do nowości pierwszej tercji roku 2017. Od razu odnotujmy bardzo udane wejście w nowy rok doskonałego, amerykańskiego saksofonisty Dave’a Rempisa. W ramach własnej inicjatywy Aerophonic, proponuje on dwa bardzo smakowite tria, a nam pozostaje jedynie spierać się o to, które z nich jest lepsze. A wybór wcale nie jest łatwy!




Trio Ballister znamy doskonale, to bodaj szóste ujawnienie fonograficzne tego składu. Połączenie ostrego tenoru, błyskotliwej wiolonczeli pod prądem i nadekspresyjnego drummingu nie może nie zakończyć się powodzeniem w kategorii free jazzowe mięcho! Tylko konkret, tylko na temat, z takim ładunkiem energetycznym, że starczyłoby na oświetlenie całego Londynu! Koncert sprzed dwóch lat, z Cafe Oto – obok erupcji emocji, także kilka chwil bardziej wyważonej narracji, które szczególnie polecam (fragment drugi).




Drugi krążek (nomen omen, dostępny jedynie …w wersji elektronicznej), to spotkanie Dave’a z kumplem z podwórka, czyli Timem Daisy’im i bliżej mi nieznanym pianistą Mattem Pietem. Bardzo ciepły jeszcze koncert, bo ze stycznia tego roku, z chicagowskiego Elastic Arts. Dwa fragmenty z oklaskami, które śmiało pomieścić zdoła niezbyt długi winyl. Pozostajemy w kategorii free jazz bez cienia wątpliwości. Choć w ramach Hit The Ground Running słuchamy jednak nieco innej muzyki, iż miało to miejsce w przypadku Slag. Bardzo przypadła mi do gustu pianistyka Matta, który grając swoje, bardzo ciekawie stymuluje wyobraźnię improwizatorską Rempisa w procesie kolektywnej improwizacji. Jest wysoka energetyka, są emocje, ale nie brakuje także chwil zawahania, intrygującego, wzajemnego rozgryzania się. Świetna płyta! Mocne high (!), podobnie zresztą, jak w odniesieniu do tria omówionego akapit wyżej.


Tony Malaby/ Mat Maneri/ Daniel Levin  New Artifacts (Clean Feed Records, 2017)

Nowojorski saksofonista Tony Malaby zyskał onegdaj na tych łamach tytuł wyjątkowo sprawnego rzemieślnika. Nic nie ujmując jego artyzmowi, nie wszystkie jego produkcje wbijały nas w podłogę swą ponadczasowością i nowatorstwem. Wszakże wszelkie atrybuty jego saksofonowego rzemiosła ewidentnie pięknieją w konfrontacji z dobrze rozgrzanymi instrumentami smyczkowymi.




Dowodem choćby najnowsza płyta New Artifacts. Zwinne skrzypce Mata Maneriego i jak zawsze śpiewna wiolonczela Daniela Levina, świetnie konweniują z wyważoną i niebanalną sonorystyką saksofonu tenorowego Malaby‘ego. Nagranie studyjne sprzed półtora roku, oczywiście z Nowego Jorku, cztery zróżnicowane dramaturgicznie opowieści, pod którymi kolektywnie podpisują się wszyscy uczestnicy tego spotkania. Długość całości ledwie winylowa, zatem nawet na moment nie grozi nam nuda, czy niepotrzebne przegadanie tematu. Rekomendacja stanowczo zielona (high!).


Chicago London Underground  A Night Walking Through Mirrors (Cuneiform Records, 2017)

Rob Mazurek, amerykański kornecista, to prawdziwy muzyczny obieżyświat, muzyk o wielu twarzach i zawsze niczym nieskalanej determinacji, by produkować dźwięki, których zadaniem nie jest zamęczanie słuchaczy, ale raczej generowanie samo odnawiających się pokładów przyjemności. Jego naczelny projekt na ogół ma rzeczownik Underground w tytule. Znamy i ten z dodatkiem Chicago, znamy też edycję brazylijską – Sao Paulo.




Mniej więcej rok temu dotarł on, wraz ze swym częstym, muzycznym kolegą, perkusistą Chadem Taylorem, do doskonale nam znanego londyńskiego Cafe Oto i wraz z dwójką jakże kompetentnych tubylców (Alexander Hawkins, piano i John Edwards, kontrabas) zagrał krwisty koncert jako … Chicago London Underground. Dziś mamy go przed sobą na płycie.

Muzyka, jak to zwykle w przypadku Mazurka, jest istotnie umoczona w fussion jazzie, ma konkretną dynamikę, bywa transowa i niepozbawiona interesującej melodyki (dodajmy, że część amerykańska załogi wspomaga się w dużym stopniu elektroniką i samplerami). Jest przy tym tak radośnie bezpretensjonalna i całkiem oldschoolowa (jak i cały Mazurek wraz miłością do Milesa Davisa wypisaną na twarzy!), że nie może się nie spodobać, bez względu na okoliczności obcowania z nią. Ambitna, improwizowana muzyka do samochodu na długie trasy? Why not! Cztery kompozycje - prawie 75 minut - do śpiewania, tupania nogą, ale i podziwiania kunsztu muzyków (John Edwards!). High (zielono) bez gadania!


Shelter (Nate Wooley, Ken Vandermark, Jasper Stadhouders, Steve Heather)  Shelter (Audiographic Records, 2017)

DEK Trio (Elisabeth Harnik, Didi Kern, Ken Vandermark) Burning Below Zero (Trost Records, 2016)

Nowa formacja Kena Vandermarka i Nate’a Wooleya zwie się Shelter i gra kompozycje wszystkich członków, zatem być może jest całkiem demokratycznym tworem artystycznym. Dwa dęciaki, gitara basowa zamiennie z gitarą elektryczną i perkusja. Układ instrumentalny, po którym obiecywać można sobie wiele.




Jeśli chodzi o mnie, to na obietnicach się skończyło. Nie od razu byłem o tym przekonany, bo i indywidualne popisy Wooleya odnalazłem tu, jak zwykle na kosmicznym pułapie, bo i gra holenderskiego gitarzysty zdaje się być dalece frapująca (to muzyk, który lubi szukać, drążyć i odnajdywać). Tylko, że całość nie trybi. Myślę, że na etapie budowania koncepcji grupy i przygotowywania materiału kompozytorskiego zabrakło pomysłu. Płyta jest bowiem okrutnie nierówna. I próżno wskazać palcem winnego. Tematy dynamiczne są ciekawie podane, ale w wielu momentach wielowątkowe improwizacje pętlą się i nie znajdują drogi ujścia. W tematach spokojniejszych pozornie dzieje się wiele, tylko po drugiej strony sceny widz delikatnie przysypia. W sumie, gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że to typowa dla współczesnego Vandermarka grupa, która na bazie gotowego materiału kroi nudne improwizacje. I szkoda mi w tym wszystkim mojego ulubieńca Wooleya, jego muzyki, jego kreatywności. Pozostaję przy żółtej (middle) rekomendacji, bo kilka momentów na tej zbyt długiej płycie podniosło mi jednak poziom ciśnienia we krwi.




Jeśli już miałbym pochwalić Kena Vandermarka, to zdecydowanie za płytę Burning Below Zero, którą stworzył z austriacką pianistką Elizabeth Harnik i mniej mi znanym perkusistą Didi Kernem, pod nazwą własną DEK (co zresztą sugerować może jej artystyczny ciąg dalszy). Muzyka mieści się w formule swobodnej improwizacji, co niezwykle skutecznie stymuluje saksofonistę do bardziej kreatywnej postawy na scenie (koncert z Klagenfurtu, z 2014r.). Pianistka ewidentnie jest w formie i w wielu momentach bierze byka za rogi. Mnie do gustu szczególnie przypadł fragment drugi koncertu, gdy doskonałej improwizacji Kena na klarnecie, towarzyszy nieco minimalistyczna, lekko oniryczna pianistyka Harnik. Płyta dostaje ode mnie zielony kolor (high!) i definitywnie zamyka w tej zbiorówce wątek pochodzącego z Chicago saksofonisty.


Joe McPhee/ Daunik Lazro  The Cerkno Concert  (Klopotec Records, 2016)

Im szybciej Joe McPhee zbliża się do 80 urodzin, tym – mam wrażenie – więcej wydaje płyt. Jak to zwykle bywa, ilość rzadko idzie w parze z jakością, czego przypadek bieżących nagrań Joe dowodzi w dwójnasób. W ostatnich miesiącach przez moje odtwarzacze przewinęło się prawie pół tuzina jego płyt, ale rzadko która pozostawała tam na więcej niż jeden w miarę skupiony odsłuch.




Na tej jednej postanowiłem się jednak zatrzymać, choćby na te kilka słów w trakcie okresowej zbiorówki. Oto bowiem u boku amerykańskiego trębacza i saksofonisty, stanął mój ulubiony … weteran saksofonu francuskiego, Daunik Lazro. Tytuł mówi wszystko o okolicznościach nagrania (dodam jedynie, że Cerkno leży w Słowenii). Dostajemy siedem odcinków muzycznych, których każdorazowy tytuł stanowi wykaz instrumentów użytych w nagraniu.

Efekt finalny nie spowodował mojego upadku z fotela. Raczej, częściej ziewałem. Tej muzyce ewidentnie brakuje energii, snuje się od lewa do prawa, tylko na krótkie chwili wzbudzając emocje, czasami dzięki pojedynczym dźwiękom. Typowe dla McPhee dłużyzny i przegadane, niekiedy zawieszone w próżni frazy, nie zostały tu jakoś szczególnie spuentowane przez francuskiego kolegę. Częściej wpisuje się on w pomysł Amerykanina i nie robi wiele, by krew w żyłach recenzenta krążyła bardziej wartko. Rekomendacja, co najwyżej żółta (middle!).


Angles 9  Disappeared Behind The Sun (Clean Feed Records, 2017)

Johan Berthling/ Martin Küchen/ Steve Noble  Threnody, At The Gates (Trost Records, 2017

Trespass Trio  The Spirit of Pitesti  (Clean Feed Records, 2017)

Martin Küchen - razy trzy! Oto szwedzki saksofonista pokazuje nam dobitnie, jak różne są oblicza współczesnej muzyki improwizowanej, szczególnie tej, mocno tkwiącej korzeniami w jazzie.




Jako pierwszy, jego bodaj najciekawszy pomysł na muzykowanie, czyli formacja Angles. Bywała samotną nazwą, funkcjonowała na dodatkiem 8, a od pewnego czasu jest już wytrawną 9-ą! Pięć dęciaków, piano, wibrafon, kontrabas i perkusja. Pięć dynamicznych, radosnych i melodyjnych kompozycji lidera, które wykonane w pełnej euforii, na 100%-owym improwizacyjnym gazie, przez dziewięciu wyjątkowej klasy rzemieślników, daje efekt końcowy, który pobudzi do życia nawet kilkukrotnie umarłego. Jeśli lubicie Fire!Orchestra Matsa Gustafssona (ta sama, chwilami wręcz rockowa sekcja rytmiczna!), koniecznie sięgnijcie po Angles 9. To zwyczajnie lepsza załoga! High intensywnie zielone!

Küchen – edycja druga. Free jazzowe trio - z Berthlingiem na kontrabasie i Noble’em na perkusji - na klubowym, źle nagłośnionym koncercie w Malmoe. Energia, pełnowymiarowy powerdrinks, tylko, że po odsłuchu pozostaje głównie lekki szum w uszach. Zdrowe, żywe i pełne ekspresji, ale zwyczajnie nieoryginalne. Szkoda, bo sekcja diabelnie kompetentna, a saksofonista w niezłej formie. Z pewnością ta rejestracja broniła się lepiej, gdyby jakość dźwięku nie była kasetowa. Czyli rekomendacja jedynie na żółto (middle!).




Była zielona rekomendacja, była także żółta, czas zatem na … czerwoną. Kolejne trio szwedzkiego saksofonisty, tym razem w krajowym składzie, z Perem Zanussim na kontrabasie i Raymondem Stridem na perkusji. Od lat ta trójka muzykantów zwie się Trespass Trio. Ich najnowsza płyta jest tak nudna, mdła i niewyrazista, że nie potrafię nawet dociec, dlaczego aż tak bardzo mi się nie podoba. Granie do kotleta o czwartej nad ranem, po wyjątkowo marnej imprezie. I tyle w temacie Ducha Pitesti.


Mats Gustafsson & Craig Taborn  Ljubljana (Clean Feed Records, LP 2017)

Całkiem niespodziewanie pozostajemy w towarzystwie muzyka ze Szwecji. Oto Mats Gustafsson na szumnie zapowiadanej płycie z amerykańskim pianistą Craigiem Tabornem. Koncert z Ljubljany, dwa improwizowane fragmenty, szczelnie wypełniające dwie strony winylowej płyty. Muzycy po nagraniu prześcigali się we wzajemnych komplementach, sam Mats wspominał o niezwykłej energetyce tego nagrania. Wasz recenzent ma jednak wrażenie, że muzyk mówił o … innym wydarzeniu scenicznym.




Płyta jest zwyczajnie słaba. Taborn płynie niezbyt oryginalnymi pasażami przez cały czas trwania koncertu, a Mats ogrywa go na barytonie, głównie szukając powodu do eskalacji hałasu. Nic się jednak po drodze dramatycznego nie wydarza i Panowie bezproblemowo osiągają finał koncertu, być może nawet bardzo z siebie zadowoleni. Im dłużej słucham tego nagrania, tym większą mam ochotę na obniżanie cenzurki. Pozostanę przy słabym żółtym (middle…), by do końca nie pogrążyć muzyków i wydawcy. Obiecuję do krążka więcej nie wracać.


Stephan Crump/ Ingrid Laubrock/ Cory Smythe  Planktonic Finales (Intakt Record, 2017)

Sylvie Courvoisier & Mary Halvorson  Crop Circles (Relative Pitch Records, 2017)

The Angelica Sanchez Trio  Float The Edge (Clean Feed Records, 2017)

Czas najwyższy na wątek feministyczny w naszej dzisiejszej zbiorówce. Przed nami trzy amerykańskie płyty z kobietami w roli głównej. I każda z nich jest na swój sposób ciekawa.




Zacznijmy od tej, bezwzględnie najlepszej. Na tych łamach już kilkakrotnie obdarzałem dalece ciepłym komentarzem niemiecko-nowojorską saksofonistkę, kompozytorkę, band liderkę i nade wszystko świetną improwizatorkę, Ingrid Laubrock. Dziś powraca ona w dość kameralistycznym, współczesnym triu, w którym towarzyszą jej pianista Cory Smith i grający na akustycznej gitarze basowej Stephen Crump. Bardzo spokojna, nienachalna narracja, w której wyjątkowo dobrze odbieram wyważone i skupione improwizacje Laubrock (gra na sopranie i tenorze). Polecam do dużo większej liczby odsłuchów. Świetna płyta (high!).

Bardzo nieśpieszny, chwilami wręcz relaksacyjny, zdaje się być duet piana i gitary elektrycznej, już w pełni kobiecy, albowiem w roli podmiotu wykonawczego odnajdujemy Sylvie Courvoisier i Mary Halvorson. Muzyka toczy się niewinnie, a my mamy kilka bezcennych chwil na przemyślenie porażek dnia codziennego. Nagranie studyjne, które dla mnie jest odrobinę zbyt mało dramatyczne, ale z pewnością wielu się nim zachwyci. Daje żółtą rekomendację, a lekką tendencją ku zielonej (middle/ high).




W bloku babskim czas na trio z fortepianem w roli głównej. Przyznaję, że nie sięgnąłbym po tę płytę, gdyby nie uczestnictwo w jej tworzeniu Michaela Formanka, kontrabasisty, do którego, choćby z racji wielu nagrań z Timem Berne’em, czuję ogromny sentyment. W roli tytułowej natomiast, Angelica Sanchez, pianistka, która ma kilka ciekawych płyt w portfolio, choćby duet z Wadadą Leo Smithem. Tego tria dobrze się słucha, pianistyka liderki jest nawet ładna i chwilami niebanalna, a tembr kontrabasu łechta ucho bez zobowiązań (dodam, że tę dwójkę na perkusji wspiera Tyshawn Sorey). Daje żółtą rekomendację (middle) i polecam do słuchania przy żonie. Zapewniam, że to będzie udany wieczór.


Keiji Haino/ Jozef Dumoulin/ Teun Verbruggen  The Miracles Of Only One Thing (SubRosa Records, 2017)

Finał zbiorówki będzie – dla przeciwwagi - dwustuprocentowo męski. Najpierw trochę dynamicznego hałasu, psychodelii i rockowej niemal ekspresji, wypadłej spod piór i rąk niezwykle energetycznego tria: Keiji Haino (gitara elektryczna, flet, gongi i głos), Jozef Dumoulin (piano fendera) i Teun Verbruggen (perkusja, elektronika).




Niewiele wiemy o miejscu powstania nagrania (jedynie, że rzecz miała miejsce w roku ubiegłym). Dostajemy godzinę dość zaskakującej i chwilami dalece interesującej muzyki, podanej w czterech odcinkach z tytułami. Choć rzadko ekscytuję się japońskim temperamentem w zakresie muzyki improwizowanej, w sumie album ten kupuję z całym ryzykiem, jakie ze sobą niesie. Pomaga mi w tym na pewno zmyślny pianista, którego kojarzę choćby z ciekawej formacji elektrycznego free jazzu – Biura Turystyki Atomowej – gdzie towarzyszą mu m.in. Nate Wooley i Marc Ducret, a także obecny tu drummer Verbruggen.

Jeśli macie w sobie odrobinę szaleństwa, sporo wolnego czasu, zanurzcie się w tę muzykę. Istnieje spore prawdopodobieństwa, że Wam się spodoba. Licho nie śpi! Rekomendacja żółta, ale z dużą zieloną podpórką (middle/ high!).


Sobanski/ Mowat/ Leonori/ Menes  Ambient Document (European Improvisation Scene EIS, 2017)

Na koniec pozostawię Czytelników z muzyką bardzo swobodnie improwizowaną, powstałą całkiem niedawno w zachodniej Anglii. Nazwiska muzyków zapewne niewiele Wam powiedzą. Mariusz Sobański (gitara elektryczna i skrzypce; jeśli zetknęliście się z formacją Light Coorporation, egzystującą na polu rockowej awangardy, to właśnie ów polski muzyk jest jej liderem), David Mowat (trąbka), Federico Leonori (kontrabas), Chris Menes (syntezator modularny).




Dostajemy cztery dokumenty środowiskowe, które przenoszą nas w świat onirycznej, elektroakustycznej, lekko psychodelicznej muzyki improwizowanej. Bardzo ciekawie brzmią wszystkie instrumenty strunowe, niezależnie do poziomu ich pogłosu, intrygujący jest sztafaż introspektywnych zagrywek czynionych na syntezatorze modularnym. Jeśli w tym tyglu rozbuchanej wyobraźni i żmudnej kooperacji, coś mniej mnie frapuje, to trębacz, który po prawdzie niewiele wnosi do obrazu całości i jest w mojej ocenie nadmiernie ilustracyjny. Zdecydowanie ciekawsze są momenty, gdy ten akurat muzyk milczy. Reszta broni się dobrze, a recenzentowi pozostaje czekać na ciąg dalszy tej muzycznej przygody. Rekomendacja żółta (middle) z delikatną zieloną (high) podpórką na zachętę.


piątek, 28 kwietnia 2017

Test – niezbędny suplement, czyli uroki życia ulicznego


Musisz być częścią tego zamieszania i przezwyciężać negatywny wpływ wszystkiego, co Cię otacza. Grając na ulicy, stajesz się silniejszym. To dobre dla Ciebie w sytuacji, gdy tworzysz muzykę*).

Tom Bruno, perkusista wyposażony jedynie w 16-calowy boczny tom, skromny bęben, hi-hat i talerz, co dzień wychodził na ulice i podziemia Nowego Jorku, by grać solowe koncerty dla ludzi, a precyzyjnym będąc - do ludzi. Po pewnym czasie dołączył do niego Daniel Carter (instrumenty dęte), a jeszcze później Sabir Mateen (instrumenty dęte) i Matt Heyner (kontrabas). W ten sposób, dwadzieścia parę lat temu, uformowała się formacja Test, dla której główną aktywności było muzykowanie w przestrzeni publicznej. Trasy koncertowe, czy wizyty w studiu nagraniowym, był tak okazjonalne i rzadkie, że gdyby nie ich fonograficzna dokumentacja, muzycy mogliby dziś powiedzieć, że w ogóle nie miały miejsca.





Tę historię czytelnicy Trybuny znają świetnie ( w tym miejscu można ją sobie skutecznie odświeżyć). Zachęcam, by czytać ją z uwzględnieniem komentarzy Krzysztofa z Chicago, Przyjaciela i wiernego Czytelnika tej strony, który niezwykle kompetentnie uzupełnił i skorygował tekst główny. Także dzięki niemu i jego przepastnym zbiorom płyt, udało mi się wejść w posiadanie nagrań Testu i jego członków, o których w opublikowanej ponad pół roku temu opowieści wspominałem, ale których literalnie wtedy nie znałem.

Zacznijmy o winylowej płyty Ahead (Jazz Ramwong/ Eremite and Father Yod, 1998). Zawiera ona dwa fragmenty koncertowe, trwające łącznie trzy kwadranse. Jak udało mi się ustalić, materiał zarejestrowany został w trakcie trasy koncertowej Test po południowo-wschodnim USA w listopadzie 1998r., czyli dokładnie tej samej, na której powstały fragmenty katalogowego Test Live (CD Eremite, 2000), a także dostępne w sieci nagrania z Atlanty. Nadal nie wiemy jednak, w jakim mieście zarejestrowano muzykę zawartą na Ahead.

Tytuł płyty można rozumieć jak Cała Naprzód, co zresztą świetnie oddaje klimat tego niezwykle energetycznego nagrania. Można też interpretować, jako komentarz do sposobu, w jaki muzycy – zwłaszcza Carter i Mateen - zwykli byli sytuować się wzajemnie w okolicznościach koncertowych. Otóż saksofoniści grali zawsze zwróceni do siebie twarzą w twarz, zupełnie nie zwracając uwagi, tak na publiczność, jak i pozostałych członków grupy. Z jednej strony świetnie wpływało to na ich wzajemną komunikację, z drugiej jednak sprawiało, że czasami Test w wersji koncertowej potrafił brzmieć, jak … dwa duety. Co, oczywiście, w jakikolwiek sposób nie odbiera wartości tej muzyce.




Strona pierwsza czarnego krążka wypełniona jest utworem Test Ahead, a zaczyna się dzikim wrzaskiem całego bandu. Mamy wrażenie, że nie jest to początek koncertu, a rejestracja nagrania rozpoczęła się dokładnie w trakcie tej ekspresyjnej eskalacji. Całość, blisko 25-minutowa, stanowi być może najgłośniejszy i najostrzejszy fragment historii Test. Druga strona zatytułowana jest Thurston For Certain (chodzi o gitarzystę Sonic Youth Thurstona Moore'a - przy okazji zespół ten bywał supportowany przez Test na rockowych koncertach; dodatkowo Moore był także wydawcą jednej ze studyjnych płyt kwartetu). Zaczyna ją długi i stosunkowy spokojny fragment koncertu, w trakcie którego w roli głównej występuje flet Daniela Cartera. Finał oczywiście zastaje nas w ogniu piekielnym, dzięki czemu całość płyty nie budzi wątpliwości, co do ładunku energii, jaki został na niej uwieczniony. Mimo to, jak zwykle w przypadku muzyki Test, obok free jazzowej ekspresji  i permanentnego eskalowania emocji, nie brakuje tu miejsca dla potężnych pokładów specyficznego rodzaju melancholii, będącej pokłosiem szczerego i bezkompromisowego uduchowienia, zarówno samych muzyków, jak i dźwięków, które generują. Emocje leją się z muzyków na każdym kroku, ale ich zachowania sceniczne nie są nacechowane agresją. To jedynie przejaw ich temperamentu i pełnokrwistej, artystycznej ekspresji. Rdzeniem tej muzyki zdaje się być perkusja (Bruno), zwłaszcza pozostająca w nieustannym użyciu stopa wraz bębnem basowym, która niczym bijące serce, napędza tę muzykę. Dęciaki (Carter i Mateen), pozostają w stanie nieustannego ruchu, płyną na ogół pod prąd i krzyczą na siebie wzajemnie (twarzą w twarz!). Kontrabas (Heyner) sprawia zaś, że Test w ogóle ma kontakt z podłożem. Jest twardy i specyficznie melodyjny, ma drive i zwinnie trzyma rytm (co być może jest pokłosiem m.in. tego, że muzyk wywodzi się ze sceny blues-rockowej).




O zawartych na krążku Live fragmentach koncertów w Baltimore (Baltimore 2) i Bostonie (Boston2) można w zasadzie napisać to samo. Choć fragmenty te nieco różnią się od siebie dynamiką i poziomem ekspresji. Ten pierwszy zaczyna się w tempie marsza pogrzebowego. Pięknie brzmi tu ponownie flet, zwłaszcza na tle kontrabasu traktowanego smyczkiem. Drumming Bruno, niepowtarzalny, nieśmiertelny, ogrania całość i nadaje specyficzną kolorystykę. Następująca po tej blisko 20-minutowej introdukcji, ekspresyjna galopada potrafi być szczegółowo zaplanowana i dalece wytrawnie zrealizowana, pełna nostalgii i freejazzowej refleksji. W opozycji do tej estetyki, odnajdujemy niedługi, kilkunastominutowy fragment koncertu z Bostonu – tu muzyka tryska krwią, niczym szamański rytuał inicjacji free. A po wybrzmieniu, wszyscy uczestnicy spektaklu, w wyczekiwaniu na głos perkusisty, wstrzymują się od oklasków, jakby czekali na pozwolenie. Magiczny moment, po którym nastąpić może już tylko erupcja nieskrywanego entuzjazmu.

Słuchając nagrań Test, zwłaszcza tych koncertowych, mamy wrażenie, że uliczne doświadczenia muzyków są trwale wrośnięte w test-owy pomysł na uprawianie muzyki. Nawet na koncertach w miejscach do tego tradycyjnie przeznaczonych, słyszymy w tej muzyce uliczny hałas, zgiełk kolejowych zapowiedzi, rozmowy podróżnych, cały ten negatywny background, o którym wspomina Tom Bruno we wstępie do tego tekstu. To muzyka adresowana wprost do ludzi, jak na stacji metra, być może do osób zupełnie na to nieprzygotowanych, ale tylko taka forma komunikacji – wedle intencji muzyków Test - jest szansą na zaistnienie tej metafizycznej chmury dźwięków we właściwy, pożądany sposób – jako czysta i niepohamowana ekspresja.




A propos dźwięków dworca kolejowego…. Cofnijmy się o kilka lat.  Ostatni dzień lutego 1995r. Pomiędzy godziną 12:48, a 1:33 na Grand Central Station w Nowym Jorku gra duet Tom Bruno i Sabir Mateen. Dokument foniczny zwie się Getting Away From Murder (CD Eremite, 1998). Trzy kwadranse progresywnego, dynamicznego drummingu (głównie wszakże na szczoteczkach) i wyważonych (jaka na kanony Test) pasaży na saksofonie altowym. Obok ludzkie dialogi, przekomarzania z muzykami, hałas dworca i zapowiedzi pociągów. Muzycy definitywnie w swoim żywiole. Narracja jest stabilna, pierwsza część stosunkowo dynamiczna, druga raczej nostalgiczna, a pomiędzy nimi spory odcinek perkusji solo. Kwintesencja muzycznej i życiowej postawy Toma Bruno. Prosty, bezkompromisowy przekaż, szczerość i autentyczność. Muzyka. Dźwięki. Cały sens. Piękna płyta!




*) Słowa Toma Bruno, zacytowane w artykule Daniel Carter: This Is The Test. Pełny tekst Phila Freemana, stanowiący fragment większej całości (New York Is Now! The New Wave of Free Jazz) odnajdziecie w tym miejscu



środa, 26 kwietnia 2017

Gonçalo Almeida! Rodrigo Amado! Luis Vicente i… Karoline Leblanc! – The Free Lisbon Story, czyli kuszenie wiosny


Przed nami kolejne dwa dowody na to, że w Lizbonie w zakresie muzyki improwizowanej gra się dużo i na temat! I być może rację miał nieco wyuzdany angielski periodyk The Wire, który całkiem niedawno wysłał w delegację do pięknej stolicy Portugalii jednego ze swych pismaków, by ten potwierdził tezę, którą zapodałem w pierwszym zdaniu niniejszej opowieści.

Ale do rzeczy – zderzamy dziś ze sobą trio i kwartet, formacje złożone z muzyków prawie wyłącznie portugalskich, na dwóch krążkach, które zarejestrowano w Lizbonie w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy. Dodatkowym smaczkiem tej recenzenckiej kompilacji jest fakt, iż sześciu – na ogół doskonale nam znanych – muzyków z Portugalii, uzupełnia tu personalnie i artystycznie, przesympatyczna pianistka z… Kanady - Karoline Leblanc, która zdaje się być przy okazji inicjatorem sprawczym drugiego z wydawnictw.

W okolicznościach dalece zimowej wiosny, przynajmniej w kraju na Odrą i Wisłą, muzyka, jaka dociera do nas z tych dwóch absolutnie świeżych krążków, zdaje się być wyjątkowo gorąca, pełnokrwista i istotnie wartościowa. Obyśmy dzięki tym doskonałym dźwiękom dotrwali do pory ciepłej i słonecznej!


Parede (przedmieścia Lizbony), późny grudzień 2015

Koncert w znanym, przynajmniej lokalnie, przybytku kultury SMUP, a na scenie dalece frapujące trio – kontrabasista Gonçalo Almeida, saksofonista Rodrigo Amado i perkusista Marco Franco. Każdy z nich gościł już na tych łamach niejednokrotnie, zatem nie będziemy strzępić języka, by przybliżać ich sylwetki muzyczne. Od czego w końcu mamy sieć globalną…. Poprzestańmy na tym, że sporo dobrego na scenie muzyki improwizowanej mężczyźni ci poczynili.

Koncert składać się będzie z pięciu odcinków muzycznych, wyjątkowo zgrabnie zatytułowanych, a potrwa 52 minuty. W szczególnie dobrych sklepach muzycznych odnajdziecie go pod tytułem The Attic (NoBusiness Records, 2017), firmowany zaś jest danymi personalnymi muzyków, ułożonymi w kolejności alfabetycznej.




Shadow. U progu tej muzycznej epopei, zostajemy postawieni do pionu ostrym jak brzytwa dźwiękiem, który wydaje smyczek w akustycznym zwarciu z dobrze rozgrzanym gryfem kontrabasu. Brzmienie jest pełne, głębokie i niesamowicie czyste. Przez moment odnosimy wrażenie, że Almeida postanowił zagrać jedną z sonat wiolonczelinowych Johanna Sebastiana Bacha i czyni to w delikatnie farmaceutycznym uniesieniu. Po kilkudziesięciu sekundach naszą zadumę równa z ziemią krzyk saksofonu tenorowego, któremu towarzyszy niezobowiązujące szczoteczkowanie na wyciszonym zestawie perkusyjnym. Ale smyk, niczym tytułowy Cień, wyznacza nieustannie perspektywę tej improwizowanej… sonaty (nadal mając brzmienie, graniczące z absolutem!). Dopiero w połowie tej opowieści kontrabasista przechodzi w bardziej typowy walking, ryjąc bruzdy w parkiecie i tycząc szlak dla zadziornego, kwiecistego i jakże konsekwentnego saksofonisty. Pod koniec narracja dynamizuje się, dając szansę na artystyczne zaistnienie także perkusiście.

Hole. Od progu tej dziury Amado postanawia rozwiać wątpliwości, co do własnej dyspozycji dnia. Tak, jest w doskonałej formie! Głęboki, rozedrgany tembr, z zaszytą melodią, choć kontrabas oczywiście potrafi zejść niżej. Narracja jest wartka i nieakceptująca pustych miejsc. Franco, za drummerską maszyną, na razie ekscytuje jakby mniej, ale jest krępy, czupurny i mocno trzyma się walkingu Almeidy. Sekcja idzie zwartym szykiem po złote runo, a zmyślnie rollinsonowski saksofonista komentuje te wydarzenia na boku.

Spring. Demokracja zdaje się stanowić wielką siłę tej trzyosobowej armii muzykantów. Kompozycje (patrz: opis na okładce) są oczywiście w…. 100% improwizowane, co cieszy recenzenta i całą Europę na wschód od Lizbony. Od pierwszej chwili Wiosny, doświadczamy soczystego, kolektywnego mlaskania, z dalece wyciszonym Amado (to tu, artystyczna pozycja Franco w grupie rośnie w oczach!). Saksofonista wchodzi do gry spokojnym, czystym i lekko rzewnym tonem, znacząc najbardziej zadumany, jak dotąd, fragment koncertu. Almeida gra niemal flażoletowo, a Franco otrząsa z kurzu swój zestaw przeszkadzajek. Atmosfera gęstnieje z każdą łzawą septymą, choć nie natarczywie. Eskalacja wykluwa się wolniej, niż nasza tegoroczna … wiosna. Puentą okazuje się pełnowymiarowy galop o niepoliczalnych płaszczyznach piękna.

Board. Najdłuższy fragment koncertu (ponad 16 min) muzycy zaczynają tak zwinnie, w tak silnej kooperacji, jakby przez całe swoje życie wszystko robili wspólnie. Almeida czeka na odpowiedni moment, wchodzi z ziejącym ogniem smykiem, jest agresywny, może nieco mniej bachowski, choć nadal przejmująco urokliwy (rozterka recenzenta: i kto tu będzie ogłoszony prawdziwym królem polowania?!?). Jego partnerzy aż milką z wrażenia. Kontrabasista na moment zostaje sam i rwie nam włosy z głowy psychodeliczno-delirycznym tańcem na linie (what a game!). Franco dołączą do niego na rosyjskich kastanietach i delikatnie stempluje przestrzeń. Powrót Amado jest szczyptę szamański, jakby trochę na grzybkach. Rozwierca dziurę w niepustej głowie recenzenta (tembr bąbelkowy), szuka punktu zaczepienia, a potem łapie szwung i sam prowadzi trio w niezbadane odmęty doskonałości (z kajetu recenzenta: jakość dźwięku uwalnia ocean endorfin! świetnie proporcje w zakresie rozmieszczenia instrumentów w przestrzeni akustycznej koncertu!).

Nail. Dynamika, agresja, sekcja jak na zawodach formuły 1! Amado czyta w ich myślach i stawia ornamenty zachwytu. Jeśli jego Motion Trio jest wyjątkowej klasy motylem, to ten skład przypomina równie zjawiskowego lotniskowca! Saksofonista rośnie w oczach, z każdym rokiem jakby mu ubywało lat, kipi energią jak młodziak na studniówce, jednocześnie mając już doświadczenie weterana improwizacji. No i świetnie kojarzy się personalnie, szczególnie w otoczeniu muzyków portugalskich. W kawałku o Gwoździu nie wyjmuje instrumentu z ust i rządzi na scenie, że aż wióry lecą!!!!  Z kajetu recenzenta: najlepsza płyta pierwszych czterech miesięcy 2017 roku! Jeśli ktoś zgłasza zdanie odrębne, znaczy, że głuchy!


Lizbona, druga połowa maja 2016

Muzyków odnajdujemy w czeluściach piekielnych Namouche Studios. Słoneczny poranek (?), prawdziwa (!) wiosna za oknem. Przy fortepianie gość z Kanady, Karoline Leblanc, po prawdzie zapewne główny inicjator spotkania, a już z całą pewnością wydawca muzyki, jaka za moment powstanie. Tuż obok niej, nie pierwszy zresztą raz, perkusista Paulo J Ferreira Lopes (przyznaję, że widzę go po raz pierwszy). Kolejni dwaj muzycy już szczerzą do nas zęby, bo znamy się świetnie – Luis Vicente na trąbce i Hugo Antunes na kontrabasie. Materiał muzyczny, który zgrabnie wyimprowizują w/w muzycy, zostanie skodyfikowany w pięć fragmentów z tytułami, potrwa godzinę zegarową, a trafi do nas dzięki płycie A Square Meal
(atrito-afeito, 2017). Podmiot wykonawczy określony zostaje poprzez wymienienie z imienia i nazwiska wszystkich muzyków w takiej to kolejności instrumentalnej – piano, trąbka, kontrabas i perkusja.




Od razu zaznaczmy, iż płyta stanowi nieprzerwany ciąg improwizowanych dźwięków, a zaczyna go głęboki, nisko zwieszony pasaż fortepianu. Wtóruje mu niezwykle stanowczy kontrabas, skupiona perkusja i trąbka w stanie delikatnej preparacji. Wstęp nie jest przegadany, a kwartet w mgnieniu oka osiąga większą motorykę. Narracja jest gęsto tkana, bez specjalnych fajerwerków, toczy się zwinnie, zwartym szykiem i zdecydowanie na temat. Demokracja wewnątrz kwartetu nie budzi zastrzeżeń służb specjalnych, a muzyka płynie bardzo wartkim strumieniem, brocząc w oceanie dalece swobodnej wymiany myśli i empatycznych zachowań wszystkich muzyków. Struktura pomysłu na improwizację nie jest nadmiernie skomplikowana, stanowi wyważony konglomerat indywidualnych incydentów, udanie łączonych w kolektywne wypowiedzi. Określenie free jazz winno paść w tym momencie i stanowić stały punkt odniesienia dla tego nagrania. Tak istotne dla jakości muzyki parametry - umiejętności muzyków i adekwatna wyobraźnia - są tu udziałem każdego, a w szczególności, co nas zupełnie nie dziwi, Luisa Vicente.

W trzecim fragmencie tej dość jednorodnej i skupionej opowieści, dopada nas dalece frapujące wyciszenie po dość intensywnym galopie – szmery, westchnienia, tarcia, tłuste smyki i nieśmiałe preparacje pianistki. Dramaturgia tej orgii improwizacji opiera się na pięknym dysonansie budowanym na styku kontrabasu (kanał lewy) i trąbki (kanał prawy). Ich wymiany poglądów, subtelne zwroty dramaturgiczne są kluczem do interpretacji zamysłów wszystkich muzyków. Karoline niechybnie czerpie dużą radość z operowania klawiszami odpowiedzialnymi na niskie częstotliwości, co stanowi istotny powód dla odbiorcy, by często wgryzać się w jej pianistykę. Perkusista bywa tu czujny, nienachalny i choć momentami ledwie znaczy swoją obecność, to trudno byłoby sobie wyobrazić ów kwartet bez jego udziału. Mistrzem ceremonii, mimo demokratycznego statusu w zespole, pozostaje jednak doskonały trębacz, który co rusz zrywa nam kurz z powiek i uwalnia tony endorfin. Szczęśliwie dla obrazu całości, pozostali muzycy spokojnie nadążają za jego wyobraźnią. Być może, w niektórych momentach, brakuje nieco pieprzu w tej muzyce (preparacji piana? Karoline – więcej odwagi!), ale samo obcowanie z interakcjami na linii Antunes-Vicente nakazuje ustawiać ocenę tej płyty na wysokim szczeblu. Pierwsza część czwartego upływa nam na studiowaniu niezwykle taylorowskiej galopady pianistki. Free pełną gębą! W tym samym niemal momencie istotnie odżywa także perkusista, dając krótkie i kompetentne solo, które skutecznie zagaduje, jak zwykle nadaktywny trębacz. Robi się z tego ekscytujące duo, które subtelnie stemplują jednodźwiękami kontrabas i piano. Być może ten moment winniśmy uznać za najbardziej wartościowy na krążku. Finał – dynamiczny, dwuminutowy - wybudza nas z dalece udanego muzycznego letargu.


piątek, 21 kwietnia 2017

Albert Cirera – trzy kolejne kroki: epizod portugalski, rosyjski i… szkocki


Jeśli do tej pory nie zetknęliście się z muzyką Alberta Cirery, katalońskiego saksofonisty, od paru już lat rezydującego w Lizbonie, to dobitnie świadczy to o tym, iż w ogóle nie czytacie Trybuny Muzyki Spontanicznej!

Fakty bezsporne, dotyczące muzycznej biografii muzyka i jego dość już bogatej fonoteki, jak na 36 wiosen na karku, poznać można było przy tej okazji. Inne ważkie i bieżące wydarzenia w dyskografii muzyka można eksplorować klikając choćby w to miejsce lub tamto miejsce .

Dziś przed nami trzy najnowsze wydawnictwa z udziałem Cirery, wszystkie datowane na rok 2017 (jedno premierę miało bodaj w ostatni poniedziałek). Saksofonista nie będzie jedynym wspólnym elementem tego improwizowanego trójpaku, zatem ładunek dramaturgiczny dzisiejszej opowieści będzie spory.

Zupełnie przy okazji, omawiając poniższe płyty, możemy śmiało ogłosić kolejną śmierć nośnika kompaktowego! Żadna z nich bowiem nie została udostępniona światu w tej formie – pierwszą możecie nabyć jedynie w formie plików elektronicznych, druga jest… kasetą magnetofonową, trzecia zaś płytą winylową.


Lizbona, 24 stycznia 2016

Okoliczności zdecydowanie studyjne, miejsce i czas podane w tytule. Czterech bystrych muzyków gotowych na wszystko: Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Hernani Faustino – kontrabas, Luís Lopes – gitara elektryczna i Vasco Furtado – perkusja. Kwartet rejestruje, a następnie upublicznia pięć fragmentów z tytułami, stworzonych przez nich samych, w drodze dość uporządkowanej dramaturgicznie improwizacji. Całość trwa blisko 47 minut, a trafia do nas pod tytułem Temple Of Doom (pliki elektroniczne, Discordian Records, 2017). Podmiotem wykonawczym są wymienieni z imienia i nazwiska muzycy, w kolejności, w jakiej zostali zaprezentowani kilka wierszy wyżej.




Pierwszy. Skupiona introdukcja tej muzycznej przygody koncentruje się na szorowaniu akustycznych instrumentów, toczonym przy pięknym, onirycznym wsparciu gitary z prądem, realizującej swoją obecność na dużym pogłosie. Cirera ckliwie pętli się na zwojach sopranu, Faustino sunie grubym walkingiem, a Furtado rozgrzewa swoje werble i tomy. Muzycy ze zwinnością wygłodzonych szczurów przechodzą od niezobowiązującego truchtu do pełnowymiarowego galopu. Sekcja jedzie jak rollercaster. Imponujące otwarcie! 

Drugi. Muzycy w silnym zwarciu, przepychają się, poklepują wzajemnie. Lopes utraciwszy pogłos, brnie w kompaktowe synkopy, Faustino przesuwa bloki skalne, a Furtado i Cirera komentują ich wyczyny. Jeśli pierwszy był przykładem liniowej narracji, to drugi jest gęstą układanką, permanentnie rozsypywaną przez indywidualne eskalacje. Krew, pot i łzy – każdy chce tu mieć ostatnie zdanie.

Trzeci. Uspokojenie, choć przychodzi w pełni zasłużenie, nasycone jest lękiem, niedopowiedzeniami i silnie skrywanymi tajemnicami. Albert przebiera maskę trupiej sonorystyki (on tak potrafi!), Hernani włącza rytm, a cała sekcja ponownie goni za niemożliwym. Luis zdaje się być nieobecny, jakby dobijał się z zaświatów na bal, bez zaproszenia. Klimat mało wybrednej zadziorności i brak pustych przebiegów, dynamicznie zagęszczają narrację. Gitara – nie mając wyjścia - czerpie dodatkowe porcje energii z kabla i odpala, nie po raz ostatni na tej płycie, psychodeliczny drive, który nieco tłumi – tak akustycznie, jak i konceptualnie - ambicje pozostałych instrumentów. Albert, mając w ręku rozgrzany sopran, przystaje na warunki Luisa.

Czwarty. Sekcja wyrywa się przed szereg i ryje trajektorię dla tej historii na dwa metry w głąb ziemi. Albert, znów na sopranie, snuje chytrą opowieść, a Luis tradycyjnie czeka na gotowość do odpalenia swojego wiosła. Szuka zapalnika w stercie przesterowanych szumów. Narracja dynamizuje się, ale gitarzysta ucieka w głąb, w niemal dubowy idiom. Gdy sopran wreszcie zapłonie w ekstazie, w tle pogłos i drapieżna psychodelia zmultiplikują się. Cóż za błyskotliwa eskalacja! Sekcja już może liczyć trupy na swojej drodze – Hernaniemu pomaga w tym smyk, Vasco wybijanie rytmu. Wyciszenie zdaje się konieczne i dramaturgicznie uzasadnione – jakże wspaniały moment, pełen niesamowitej synergii w tym czupurnym i nieoczywistym kwartecie (refleksja recenzenta: na ile ten moment został zaplanowany przez muzyków?). Przestrzeń akustyczną wypełniają mikrodrony, zdubowana gitara, subtelne sprzężenia na obręczy bębna basowego. Narracja prawie staje w miejscu. Przez chwilę Luis pozostaje sam, Albert tylko głaska dysze, ściera pot z czoła, a Vasco dotyka talerzy, tak, by ich nie dotknąć. Gitara zdaje się wchodzić na jakiś post-elektroniczny poziom. Odzywa się saksofon tenorowy, trochę dziś uśpiony i mniej wykorzystywany. Wtóruje mu zupełnie nieobliczalna w tym momencie gitara (choć po prawdzie gra ledwie dwa dźwięki i zwinnie repetuje). Sekcja wymownie milczy, ale to jedynie pozór. Jest już zwarta i gotowa, by podjąć kolejne wyzwanie – odnaleźć drogę wyjścia z tego improwizacyjnego labiryntu (refleksja recenzenta: ciekawe, jak przebiegałaby ta muzyka, z tym saksofonistą i takimż gitarzystą, gdyby wspomagała ich sekcja bardziej wrażliwa na niuanse brzmieniowe?). Czwarty, najdłuższy, prawie 19-minutowy, finalizuje się bardzo leniwie. Muzycy dygoczą, mając wciąż maksymalnie wytężone źrenice, jakby za chwilę miało począć się nowe życie. Subtelna akustyka ginącą w chmurze gitarowego dubu. Wyjątkowe!

Piąty startuje na ostro i z przytupem. Diabolicznie! Noise’owo! Free jazz na 120%, z rockową gitarą, w klimatach dobrze upalonego Thin Lizzy! Ekstremalnie rozgrzany, emocjonalnie oszalały Cirera wciąż atakuje lewą flanką, podczas gdy prawą sunie trudna do opanowania gitara Lopesa. Sekcja rżnie środek i nie daje chwili wytchnienia. Każdy z muzyków snuje tu jakby swoją opowieść, ale kompatybilność elementów składowych tego kwartetu jest bezdyskusyjna. Ekspresja! Ogień! Fire Music! Cisza po wybrzmieniu ostatniego dźwięku aż skwierczy….


St. Petersburg, 13 kwietnia/ Moskwa, 14 września 2016

Przemierzamy wszerz cały niemal kontynent europejski, by zameldować się w Petersburgu, na studyjnym spotkaniu tria w składzie: Ilia Belorukov – saksofon altowy, elektronika, Konstantin Samolovov – perkusja i Luis Lopes – gitara elektryczna, efekty. Jeśli to wydarzenie miało miejsce w kwietniu, to zaraz potem będzie już wrzesień, Moskwa i koncert innego tria: Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Ramon Prats – perkusja (ci dwaj zwykle występują jako Duot) i Dmitriy Lapshin – kontrabas. Po kilku miesiącach oczekiwania oba incydenty dźwiękowe lądują na jednym wydawnictwie – kasecie magnetofonowej Split (Spina!Rec, 2017), firmowanej nazwiskami wszystkich sześciu muzyków. Tytuł kasety bynajmniej nie ma konotacji chorwackich, a jest jedynie zwyczajowym określeniem wydawnictwa, które łączy w sobie oddzielne podmioty wykonawcze - każdy na osobnej stronie analogowego nośnika (kanon na scenie hardcore/ punk, jakieś 25-30 lat temu).




Strona A. Dwa fragmenty opatrzone tytułami, przykuwać będą naszą uwagę przez niespełna 26 minut. Muzycy od pierwszego dźwięku zabierają nas do krainy hałasu, przesterów i progresywnego drummingu. W procesie budowania dźwięku, w stanie niezwyklej symbiozy odnajdujemy Lopesa i Belorukova, przy czym recenzent ma wrażenie, iż częściej generują oni muzyczne pasaże korzystając z elektroniki, niż z przypisanych im żywych instrumentów. Pomiędzy nimi, odnajdujemy delikatnie zagubionego perkusistę, który szuka akustycznej szczeliny, by w jakikolwiek sposób zaistnieć w tym nagraniu. Po kilku minutach, doświadczamy skromnego zawieszenia tej stricte noise’owej narracji, dzięki czemu recenzent ma na czym zawiesić pióro, a aura całości robi się nieco mniej ambiwalentna. Zmyślne preparacje perkusisty (bo ma przestrzeń!), intrygujące pląsy gitarzysty na silnie naelektryzowanym gryfie, niegłupie palcówki na saksofonie – muzyka snuje się leniwie, ale zadziornie, w bardzo elektroakustycznym klimacie (uwaga recenzenta: nieperfekcyjna produkcja, dużo punkowego brudu). Powrót do świata wiecznego hałasu, ogłasza ostrym riffem, wyposzczony saksofon, a chwilowy entuzjazm recenzenta nieco przygasa. Hard-electronics z prostym bębnieniem będą już nam towarzyszyć do końca nagrania. Nieśmiałe preparacje drummera pod sam koniec, potraktować możemy jedynie jako próbę ratowania tego nagrania.

Strona B. Inna scena, inna okoliczność. Mający blisko dziesięcioletni staż, swoisty working band Cirery i Pratsa, czyli Duot, w trakcie wielodniowej trasy po wschodnich krańcach naszego rubasznego politycznie kontynentu. Przystanek Moskwa i lokalny muzyk na dokładkę – Dmitriy Lapshin – uzupełniający zgrabne, free jazzowe trio. Przed nami niespełna 26 minutowy odcinek zatytułowany Porto. Panowie ruszają z grubej rury, od pierwszego dźwięku śmiało wkraczając w jazzową estetykę, dzięki czemu recenzent może złapać akustyczny oddech po elektronicznej masakrze, dokonanej na pierwszej stronie tej zabawnej kasety. What a jazz! Samo mięcho! Cirera zdaje się niezwykle coltranowski w swoim prymalnym zadęciu i semantyce swojej pierwszej eskalacji w trakcie tego krótkiego koncertu (dodatkowo Prats doskonale wie, co robić w takiej sytuacji). Rosyjski kontrabasista wgryza się w kataloński duet, jakby niczego innego w życiu nie robił – dodatkowo jest równie śpiewny i radosny w swej grze, jak akustycznie stanowczy, czym nieśmiało przypomina nam samego Williama Parkera! Nie daje saksofoniście i perkusiście chwili wytchnienia, na co Katalonia mówi stanowcze Tak! Albert precyzyjny, adekwatny dramaturgicznie i niezwykle sumienny w budowaniu ekspresyjnych pasaży saksofonowych. Narracja całego tria jest dynamiczna, spójna i artystycznie jednorodna. Uspokojenie emocji po obu stronach sceny - zgrabnie zaproponowane przez muzyków - jest efektem bardzo skrupulatnego solo kontrabasu, na tle mikrodźwiękowego drummingu. Tuż po nim, wyjątkowo ckliwy Cirera, przy wtórze smyczkowego backgroundu Lapshina, daje sygnał do kolejnej galopady, która smakuje jednak inaczej. Jest bardziej płynna, czupurna, no i jest … sopranowa! A w takich momentach saksofonista jest mistrzem świata! Oczywiście brzmi jak Steve Lacy, ale… z turbodoładowaniem i posmakiem pełnolistnej psychodelii! Wielki finał!


Barcelona, 18 grudnia 2015

Czas na epizod szkocki. Jesteśmy jednak w Barcelonie, tuż przed kolejnymi, nikomu niepotrzebnymi świętami. Trzech dojrzałych facetów w skromnym studiu nagraniowym. Ciągle jest z nami Duot, którego tym razem wspierał będzie Andy Moor, gitarzysta holenderskiej załogi punkowej The Ex! Zapytacie zatem, skąd ta Szkocja? To proste – Andy jest Szkotem.
Po kilkunastu miesiącach od tej rejestracji, trafia do nas winylowe wydawnictwo Food (Repetidor, 2017), dla którego tytułem wykonawczym jest Duot and Andy Moor. Siedem tytułów, 42 minuty muzyki.




Pierwszy. Gitary elektryczna klimatycznie pulsuje, saksofon stawia stemple, a perkusja wyznacza teren dla tej muzycznej improwizacji. Cisza, skupienie, delikatne prężenie muskułów, po chwili przeradzają się w ekskluzywne zwarcia i przepięcia energetyczne. Wolna, swobodna improwizacja iskrzy w zderzeniu z free rockową gitarą, dążącą do noise’owej eskalacji. Argumenty Moora, to siła i natężenie dźwięku, atuty Duotu, to zwinność i lisia przebiegłość. Konsekwencją tej artystycznej ambiwalencji jest ściana dźwięku, tyczona bez specjalnych niuansów brzmieniowych. Gdy Ramon – być może nieświadomie – cytuje drumming Katriny z macierzystego zespołu Szkota, aura robi się istotnie exowska.

Drugi. Albert bierze się w garść i plecie urocze, sonorystyczne grepsy na wyposzczonym sopranie. Andy marzy o dalekich podróżach w oparach skromnej psychodelii, w czym przypomina gitarowe pasaże.. wczesnego Sonic Youth. Ramon wydobywa z torby małą orkiestrę dzwoneczków, która przejmuje ster tej akurat historii. Miniatura, którą wieńczy saksofonista, szukający nietypowych artykulacji, bo to nagranie ewidentnie potrzebuje estetycznego dysonansu.

Trzeci. Odpoczynek w trakcie drugiego przydał się! Typowo exowski atak hałasem, bez ostrzeżenia. Albert ma w ustach chyba sygnałówkę. Ogłasza alarm postnuklearny! Eskalacja jest gęsta, jak świąteczny sos do pieczonej kaczki, może jedynie szkoda, że wysiłek foniczny Cirery grzęźnie pomiędzy strunami szalejącej, punkowej gitary. Jej ostre riffy nie pozwalają na otwartą dyskusję o kierunku rozwoju tej narracji. Gdy saksofon wchodzi na wyższe rejestry (nie ma wyjścia!), rośnie szansa na równowagę sił w tyglu hałasu. Całkiem wyzwolony rebel rock! Brak tu przestrzeni na subtelności. Na etapie wybrzmienia rodzi się jednak okazja na szczyptę fonicznej demokracji w tym prawdziwie bermudzkim trójkącie.

Czwarty. Gitara burczy, a perkusja i saksofon boją się zapytać o ciąg dalszy. Wszyscy plamią się wzajemnie, a Duot ma tu szczęśliwie nieco dialogu do odegrania.




Piąty. Niewinny spokój, klastery gitary, Albert prycha i zapowietrza się. Ciekawa wolta dramaturgiczna – wykluwa się z tej introdukcji prawdziwie spontaniczne improwizowanie, w dotkliwym zwarciu, w półdystansie. W tej sytuacji akustycznej, w tym drobnym zaniechaniu narracji, Moor nie koniecznie musiał wrzucić drugi bieg swojej rockowej maszyny.

Szósty. Rock in! Mamy wrażenie, że saksofon gra fantastyczne frazy, ale nie jesteśmy tego pewni fonicznie.  Po niedługim czasie Ramon zakleszcza synkopę, a Albert wyje do księżyca, dzięki czemu staje się… słyszalny! To zwarcie ma bardzo progresywny charakter, jakkolwiek efekt finalny jest pochodną ograniczonych możliwości artykulacyjnych rockowego gitarzysty.

Siódmy. Albert chwyta się brzytwy. Pięknie sonoryzuje na mokro. Andy zostawia mu więcej przestrzeni na takie ekscesy, dzięki czemu doświadczyć możemy, być może, najbardziej intrygującego fragmentu tego nagrania. Finałowy interwał bowiem ekscytuje, pozwalając przy okazji zapomnieć o kilku niedoskonałych momentach w obszarze pierwszy-szósty. Saksofon po prostu szaleje! Moor, na ugiętych kolanach, zdolny jest jedynie bić brawo pojedynczymi akordami, ale robi to z dużym smakiem, delikatnie hacząc o skale arabskie. Albert i tak go zagaduje, bo to jest jego moment! Ramon komentuje z boku na zestawie skromnych dzwoneczków. Finał płyty zastaje recenzenta w dziennikarskim rozkroku – a gdyby cała płyta brzmiała jak siódmy, jak Gudi?